Węgiel rządzi Polską

Fot. Kopalnia i elektrownia Turów – zamykać czy rozwijać? Oto jest pytanie…

 

 

Gospodarka naszego kraju bazuje i będzie bazować na węglu – takie jest podstawowe przesłanie, jakie wyniosą z Katowic uczestnicy szczytu klimatycznego.

 

Rozpoczęty niedawno szczyt klimatyczny w Katowicach to dobra okazja do nagłaśniania różnych inicjatyw pro-ekologicznych. Dlatego dość wyraźnie został usłyszany apel Partii Zieloni o szybkie odwołanie Ministra Energii Krzysztofa Tchórzewskiego.
Co mu się zarzuca? Pretensji jest wiele, a podstawowa brzmi tak, że zarówno projekt Polityki Energetycznej Polski do 2040 r. jak i zaproszenie koncernów węglowych – stanowiące wyraźny gest symboliczny i ukłon władzy w ich stronę – odpowiedzialnych za zanieczyszczenie powietrza, do patronowania szczytowi klimatycznemu COP24, zupełnie rozmijają się z potrzebami i oczekiwaniami społeczności krajowej i międzynarodowej.
Zieloni uważają, że Polityka Energetyczna Polski 2040, jeśli w obecnym kształcie zostanie wprowadzona w życie, stworzy bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i jego obywateli.

 

Węglowa strategia

Elementy, które w tej strategii rażą najbardziej, to, po pierwsze, kontynuacja energetyki opartej na węglu – podczas gdy reszta świata stara się zredukować emisje pyłów węglowych o 50 proc. do roku 2030 i nawet o 100 proc. do połowy tego wieku. Inwestycje te już dzisiaj generują koszty, nie dając korzyści.
Przykładem może być budowa nowego bloku w elektrowni Turów, która nigdy się nie spłaci.
Jak wskazuje Dominika Mucha z Politechniki Warszawskiej, tylko w 2017 r. działalność kopalni i elektrowni Turów przyczyniła się do 81 przedwczesnych zgonów w Polsce, ale nie tylko. Jej zdaniem, ta sama elektrownia i kopalnia przyczyniła się do
przedwczesnej śmierci 32 osób w Czechach, 133 w Niemczech i 13 osób na Litwie, a w całej Europie aż 289. Czyli, zdaniem pani Muchy, Turów reszcie Europy szkodzi znacznie bardziej niż Polsce.
Abstrahując od, zapewne niezbyt wielkiej, wiarygodności tych wyliczeń, trzeba zauważyć, że nasz kraj wyznaczył zbyt niskie cele redukcji emisji gazów cieplarnianych – poniżej naszych zobowiązań w ramach Unii Europejskiej, wynikających z Porozumienia Paryskiego.
Ponadto, szkodliwa jest propozycja budowy bloków jądrowych – według niektórych zamierzeń, nawet aż sześciu – podczas kiedy kolejne kraje wycofują się z nieefektywnej oraz bardzo drogiej energetyki atomowej na rzecz energetyki oszczędnej, odnawialnej i rozproszonej.
Zieloni zarzucają Ministrowi Energii walkę z wiatrakami, wskazując, że płynąca z nich energia, dziś, bez żadnych dopłat, jest o połowę tańsza od energii z węgla. To akurat nieco mija się z prawdą, a walka z wiatrakami, zaburzającymi krajobraz naturalny i emitującymi szkodliwy hałas, jest jedną z niewielu zasług Krzysztofa Tchórzewskiego.
Nie da się jednak zaprzeczyć temu, iż polityka realizowana i proponowana przez Ministra Energii jest niezbyt odpowiedzialna, z powodu braku efektywnych działań dotyczących redukcji smogu, co niesie zagrożenie dla mieszkańców naszego kraju.

 

O co powinno nam chodzić

Długofalową racją stanu Polski jest przejście w znaczącym stopniu, z gospodarki węglowej na gospodarkę niskoemisyjną, do połowy XXI wieku.
Lepiej rozumiał to rząd PO-PSL, podejmujący, mało wprawdzie skuteczne, działania mające na celu wprowadzenie czystszych technologii do naszego przemysłu.
Dramatycznie natomiast nie chce tego pojąć rząd PiS, który z drogiego i kończącego się polskiego węgla uczynił przedmiot sakralizacji, z apogeum obchodów, przypadającym dorocznie w dniu 4 grudnia.
– Zaprezentowany przez Ministerstwo Energii w przeddzień szczytu klimatycznego, projekt Polskiej Polityki Energetycznej do 2040 każe się zastanowić o co chodzi? Przecież w rozumny sposób nie da się pogodzić zapisanego w polityce rozmachu inwestycyjnego w energetykę paliw kopalnych, łącznie z energetyką jądrową, z celami szczytu, którego Polska jest gospodarzem. Jak Polska będzie budować w czasie COP24 swoją wiarygodność w globalnej społeczności. Nadchodzi czas, kiedy obrona interesów grupowych w polskiej elektroenergetyce przekształca się w odstawanie od świata – oświadczył prof. Jan Popczyk podczas debaty energetycznej zorganizowanej na Politechnice Wrocławskiej.
Natomiast dr. Wojciech Myślecki podkreślił, że nie ma odwrotu od wycofywanie się z węgla i ze scentralizowanej energetyki, na rzecz racjonalizacji zużycia energii oraz jej produkcji z odnawialnych i rozproszonych źródeł.
Uczestnicy tej debaty zauważali, że projekt powstał w pośpiechu w Ministerstwie Energii i jest objawem chaosu w polityce energetycznej. Dziś władze naszego kraju, w obliczu najnowszych raportów klimatycznych, powinny stawiać na wycofanie się z nieefektywnych inwestycji w atom i kosztowną energetykę węglową. Potrzebny jest zaś radykalny program efektywności energetycznej oraz elektryfikacji – począwszy od mieszkalnictwa, przez przemysł po rolnictwo.
Należy też udzielić wsparcia dla rozwoju rynków producentów i konsumentów energii, na szczeblu gospodarstwa domowego, osiedla, małej energetyki, gospodarstw rolnych, drobnego i średniego biznesu. Potrzebne nam są duże zakłady przemysłowe, które w coraz większym stopniu będą korzystać z prądu i ciepła produkowanego z odnawialnych źródeł energii.
Wreszcie, pożądana byłaby zmiana obecnych taryf – wspierających energetyczne monopole państwowe – na taryfy bardziej życzliwe dla OZE.

 

To wszystko da się zrobić

Rząd, społeczności lokalne oraz sami górnicy powinni też zaangażować się w sprawiedliwą transformację społeczną – z obszarów węgla do innych nowoczesnych dziedzin gospodarki. Na Górnym Śląsku, na wykwalifikowanych pracowników sektorów węglowych i powiązanych z węglem, już dziś czekają miejsca pracy.
Urszula Zielińska, z zarządu Partii Zieloni mówi: „Sygnujący Strategię Energetyczną Polski do 2040 r. minister Tchórzewski, w dniach, kiedy z powodu wysokiej fali upałów kraj był o krok od „blackoutu” energetycznego, zawierzył wszystkie sprawy energetyki, jej rozwój i unowocześnienie Matce Bożej, Królowej Polski. Po analizie projektu polityki energetycznej Polski do 2040 mamy głębokie wrażenie, iż faktycznie nasza energetyka byłaby bardziej bezpieczna pod opieką Matki Bożej Królowej Polski, niż pod opieką Ministra Energii Krzysztofa Tchórzewskiego”.
Sprawiedliwa transformacja jest dziś finansowym priorytetem Unii Europejskiej, która kieruje do regionów odchodzących od węgla znaczne fundusze. Dostępna jest też wiedza o tym, jak trzeba planować i przeprowadzać ten proces, by uniknąć negatywnych skutków społecznych.
Wiadomo, że apel do premiera Mateusza Morawieckiego o jak najszybsze odwołanie Krzysztofa Tchórzewskiego ze stanowiska ministra energii, nie przyniesie żadnego skutku – zwłaszcza, że przecież całe kierownictwo naszego państwa popiera prowęglową strategię rozwoju kraju. Dlatego duża jest tu rola opozycji. Plan rzeczywistej, opartej na nowoczesnych założeniach z XXI wieku, transformacji energetyki i gospodarki Polski powinien stać się wspólnym priorytetem łączącym wszystkie ugrupowania opozycyjne. Jedynie to stwarza szanse dla innowacyjności, rozwoju, miejsc pracy w przyszłości, walki z wykluczeniem energetycznym.

Wszyscy byli odwróceni

„Nie podjął żadnych działań zapobiegawczych…” – poważne zarzuty Najwyższej Izby Kontroli wobec Ministra Energii Krzysztofa Tchórzewskiego.

 

Od 2007 r. mieszkańcy naszego kraju mogą zmieniać sprzedawcę energii. Do końca 2017 r. zrobiło to ok. 3,5 proc. odbiorców – głównie instytucjonalnych. W 15 krajach Unii Europejskiej takiej zmiany dokonała liczniejsza niż u nas grupa konsumentów. Najwięcej w Portugalii, ponad 20 proc., oraz w Norwegii, ponad 18 proc.
Dobrze, że takie rozwiązanie istnieje, choć trudno mówić o sukcesie, bo warunki oferowane przez sprzedawców prądu w naszym kraju różnią się tylko nieznacznie. Ci mieszkańcy Polski, którzy dokonali zmiany, z reguły niewiele więc zyskali – jeżeli w ogóle.

 

Administracja umywa ręce

Niestety, wraz z umożliwieniem konsumentom zmiany sprzedawcy energii elektrycznej pojawiły się poważne zagrożenia – nieuczciwi sprzedawcy oraz stosowanie agresywnych, oszukańczych metod marketingowych.
„Zabrakło skoordynowanych działań ze strony administracji rządowej, UOKiK i URE, dlatego oszustwa stały się powszechne” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli. Tak więc, niewydolny system ochrony konsumenta, bierność administracji rządowej oraz brak współpracy pomiędzy organami państwa przyczyniły się do nasilenia nieuczciwych praktyk
Najczęściej stosowanymi nieuczciwymi praktykami handlowymi było podszywanie się przez handlowców pod przedstawicieli dotychczasowego dostawcy energii, a także nakłanianie odbiorców do zawierania niekorzystnych umów poprzez nie informowanie o zapisach szkodliwych dla konsumentów.
Umowy te nakładały na przykład kary umowne o zbyt dużej, nieuzasadnionej wysokości, albo obciążenia za dodatkowe usługi, z których, w świetle tych umów, niemal przymusowo należało korzystać.
Jednocześnie, wbrew prawu, stosowano praktyki utrudniające lub uniemożliwiające klientom skuteczne odstąpienie od umowy zawartej poza siedzibą przedsiębiorstwa. Występowały przypadki fałszowania podpisów odbiorców, czy stosowania bezpodstawnych gróźb odłączenia zasilania. Na te nieuczciwe praktyki handlowe wskazują niemal wszyscy (aż 98 proc.) rzecznicy konsumentów w Polsce. Swoje opinie formułują oni na podstawie napływających do nich skarg mieszkańców.
„Mimo ogromnej skali nieuczciwych praktyk handlowych Minister Energii nie podjął żadnych działań zapobiegawczych” – podkreśla NIK. Tym Ministrem Energii od samego początku istnienia tego resortu (od 1 grudnia 2015 r.) jest Krzysztof Tchórzewski.
Jak zarzuca Izba, nie reagował on na docierające do niego sygnały oraz na powszechnie znane fakty o agresywnych i nieuczciwych działaniach sprzedawców. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki kilkukrotnie zwracał się do niego z propozycjami zmiany prawa, w tym wprowadzenia zakazu sprzedaży energii w formie bezpośredniej akwizycji. Minister Tchórzewski pozostał jednak bierny.
Ale i prezes URE (jest nim Maciej Bando), mimo iż zidentyfikował wysokie ryzyko nieuczciwych praktyk handlowych, nie podejmował zdecydowanych działań jako organ koncesyjny i regulator rynku energii. W latach 2014-2017 żadnemu sprzedawcy energii elektrycznej nie została cofnięta koncesja z powodu naruszania praw konsumentów. W tym samym okresie na nieuczciwych sprzedawców nie nałożono żadnej kary pieniężnej.

 

To nie nasza sprawa

Jednym słowem, współpraca UOKiK i URE w eliminowaniu nieuczciwych sprzedawców była nieskuteczna. Brakowało możliwości automatycznego wszczęcia postępowania o cofnięcie koncesji przez prezesa URE, gdy prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów ukarał sprzedawcę, który nagminnie dopuszczał się oszukańczych praktyk.
Nie istniał również mechanizm eliminacji takich przedsiębiorców z ubiegania się o kolejne koncesje na obrót energią.
Sam prezes UOKiK w latach 2014-2017 tylko jeden raz skorzystał z uprawnienia do nałożenia kary pieniężnej za nieuczciwe praktyki handlowe – była to spółka Polski Prąd i Gaz. Jednak zaskarżenie wydanej decyzji do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów spowodowało, że firma mogła nadal prowadzić nieuczciwą działalność.
Ponadto, w żadnym prowadzonym postępowaniu w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów energii elektrycznej, prezes UOKiK nie skorzystał z uprawnienia do poinformowania opinii publicznej, że przedsiębiorca dopuszczał się takich działań.
„Prezes UOKiK zbyt późno skorzystał z możliwości publikacji komunikatów w telewizji i radiu ostrzegających przed nieuczciwymi sprzedawcami prądu. Zrobił to dopiero w trakcie kontroli” – zauważa NIK.

 

Wykluczeni energetycznie

Na tych wszystkich nieprawidłowościach tracą odbiorcy, narażeni na zawyżone opłaty. Według badań Instytutu Badań Strukturalnych z 2016 r. ponad 12 proc. osób w Polsce dotkniętych było ubóstwem energetycznym, czyli nie mogło sobie pozwolić na zapłacenie za energię (elektryczną i cieplną).
Oznacza to, że blisko 5 mln osób w ok. 1,3 mln gospodarstw domowych nie było w stanie utrzymać odpowiedniej temperatury w mieszkaniu.
Ponadto, duża część tych osób nie mogła liczyć na dodatek energetyczny, bo jego przyznanie było powiązane z jednoczesnym otrzymywaniem dodatku mieszkaniowego, przysługującego osobom mieszkającym w małych mieszkaniach.
Chociaż zdecydowana większość (dwie trzecie) ludzi dotkniętych ubóstwem energetycznym mieszka na wsi, to najwyższe wykorzystanie dodatku energetycznego było w gminach miejskich. Osoby mieszkające na wsi nie otrzymywały dodatku energetycznego, bo nie miały przyznanego dodatku mieszkaniowego ze względu na większy metraż domów.
Z roku na rok rośnie odsetek gmin, które w ogóle nie wypłacają dodatku na opłaty za prąd. W 2014 r. stanowiły one blisko 28 proc. gmin w Polsce, a w 2017 r. (dane za I-III kwartał) już ponad 33 proc. Inna sprawa, że ten dodatek jest marny – zaledwie kilkanaście złotych miesięcznie na gospodarstwo domowe – a proces jego przyznawania skomplikowany. Nie obchodziło to Ministra Energii, który, jak zarzuca NIK, nie analizował skuteczności i wydajności systemu pomocy osobom „ubogim energetycznie” , ani nie dysponował żadnymi danymi o wysokości i strukturze przyznanej pomocy.
Minister Energii nie był też w stanie zadbać o to, by prąd do mieszkańców płynął bez zakłóceń. „Nie udało się zapewnić odbiorcom końcowym gwarancji nieprzerwanych dostaw energii” – podkreśla NIK.

 

Za mało inteligencji

Jednym z czynników wpływających na wysoką awaryjność sieci i dużą wrażliwość na zjawiska atmosferyczne, jest ich podeszły wiek. 43 proc. linii elektroenergetycznych wysokiego napięcia liczy 40 lat i więcej. Pozostałe są niewiele młodsze. W miarę nowych – do 9 lat – jest tylko 10 proc.
W rezultacie, rozmaite zjawiska atmosferyczne powodują coraz częstsze oraz dłuższe przerwy w dostarczaniu prądu. Szczególnie widoczne było to w 2017 r., kiedy wskaźnik obrazujący średnią długość przerwy w dostarczaniu prądu wzrósł od 39 proc. do aż 161 proc.
Potrzeby inwestycyjne są ogromne, a polski odbiorca prądu czeka na wznowienie dostaw prądu zdecydowanie dłużej niż konsumenci z innych krajów UE.
Dużą bolączką polskiego systemu energetycznego jest brak tzw. inteligentnych liczników, które na bieżąco komunikują się z systemem centralnym. Pozwoliłoby to szybko usuwać awarie, bo wtedy sieć sama zawiadamia o nieprawidłowościach. Ponadto, rachunki byłyby wtedy wystawiane nie na podstawie prognoz (co jest w Polsce nonsensem nierozwiązywalnym od lat), a według faktycznego zużycia energii.
Niestety inwestycje w takie liczniki są w powijakach. Pięciu największych dystrybutorów prądu w Polsce do końca 2018 r. zaplanowało zainstalowanie „inteligentnych liczników” u zaledwie 8,4 proc. gospodarstw domowych.
Wymiana liczników jest wymogiem unijnym. Polska jest jednak spóźniona we wdrażaniu unijnych przepisów dotyczących „inteligentnych sieci”. Pomimo upływu ponad ośmiu lat od wejścia w życie dyrektywy UE, do końca 2017 r. rząd nie stworzył ani strategii wdrożenia inteligentnych sieci elektroenergetycznych, ani niezbędnych regulacji prawnych.
„Nie określono zadań i podziału odpowiedzialności poszczególnych uczestników rynku energii oraz harmonogramu wdrożenia sieci. Minister Energii nie określił jednolitych wiążących dla firm energetycznych wymagań technicznych „inteligentnych liczników” oraz dobrych praktyk, które zapewniałyby taki sam standard działania sieci na terenie kraju” – zarzuca NIK.
Żeby tego było za mało, klienci borykają się z nieczytelnymi rachunkami za energię i zbyt długim rozpatrywaniem reklamacji. Spółki energetyczne nie dotrzymują 14 dniowego terminu ich załatwiania.
Tymczasem Ministerstwo Energii, pomimo wiedzy o problemach klientów z odczytywaniem rachunków, nie podjęło żadnych działań, aby były one bardziej przejrzyste i klarowne. Według badań przeprowadzonych przez Komisję Europejską, Polska plasuje się na 25 miejscu pośród krajów pod względem czytelności rachunków. Firmom energetycznym to oczywiście nie przeszkadza, a nawet wydaje się, że zależy im na tym, aby rachunki te były jak najmniej zrozumiałe.
I nie widać też, aby ktokolwiek we władzach państwowych był zainteresowany zrobieniem porządku w polskim bałaganie energetycznym.