Bierność i nieudolność rządu PiS w walce z pandemią

Nie przygotowano żadnej strategii przygotowującej Polskę na drugą falę koronawirusa, choć był na to czas, pieniądze i możność skorzystania z doświadczeń państw wcześniej dotkniętych epidemią. System opieki zdrowotnej wali się na naszych oczach.

Liczba zakażeń koronawirusem i zgonów rośnie w Polsce lawinowo, coraz bardziej niepokojące stają się dane o zajętych łóżkach i niemożności korzystania z respiratorów.
Kolejne zmiany taktyki ogłaszane na rządowych konferencjach prasowych każą zadać pytanie o to, czy w ciągu ostatnich miesięcy udało się przygotować państwo do drugiej fali epidemii?. Pytanie retoryczne, bo doskonale widać, że to się nie udało – a zresztą rząd PiS nawet nie próbował podejmować takich przygotowań.
Zaniechaniami rządu PiS powinien zająć się wymiar sprawiedliwości, ale prominenci obecnej ekipy skutecznie zadbali o to, żeby przejąć prokuraturę i dzięki temu wymigać się od odpowiedzialności karnej. A przecież mamy tu do czynienia ze zdarzeniami mogącymi nosić znamiona przestępstwa, takimi jak świadome zaniedbania w odpowiednim doinwestowaniu Inspekcji Sanitarnej czy zapewnianie osób starszych przez premiera rządu, że nie trzeba się bać koronawirusa, co zagrażało ich życiu i zdrowiu.
Zdaniem ekspertów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, brak jasnej strategii i skutecznych procedur pokazuje, że okres „wyciszenia” wirusa został przespany przez instytucje kierujące systemem opieki zdrowotnej w Polsce.
– Był czas, żeby przemyśleć sposób postępowania jesienią i doposażyć odpowiednie instytucje. Wiadomo było przecież, że druga fala epidemii nadejdzie – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Od kilku tygodni obserwujemy zupełny chaos i bezradność instytucji. Procedury albo nie istnieją, albo nie działają, testujemy wielokrotnie mniej osób niż powinniśmy, a zasób łóżek i respiratorów kurczy się. Minister Zdrowia nie zdążył przygotować realnej strategii walki z koronawirusem, bo trudno nazwać strategią opublikowany na stronie resortu dokument.
A tymczasem resort zdrowia, ustami swego rzecznika, twierdzi, że żaden z czterech jesiennych scenariuszy rozwoju sytuacji epidemicznej przygotowanych dla Ministerstwa Zdrowia przez naukowców, nie przewidywał aż takiego wzrostu liczby zakażeń.
Tak więc, wedle typowej taktyki Prawa i Sprawiedliwości, to nie rząd jest winien, ale zawsze wszyscy inni. Już jesteśmy świadkami szczucia na lekarzy, co dobitnie wyraził Jacek Sasin, a teraz przyszła pora na obrabianie naukowców, którzy jakoby dostarczyli rządowi błędnych informacji. Ciekawe jakim cudem, skoro o nadejściu drugiej, znacznie groźniejszej fali koronawirusa trąbiono powszechnie już od wiosny? Czyżby te fałszywe ekspertyzy przygotowywali dla resortu zdrowia pożal się Boże „naukowcy” rodem z PiS-u, tylko po to, żeby zainkasować możliwie dużo publicznych pieniędzy?
Wiadomo, że podstawowe cele racjonalnej strategii walki z COVID-19 to ograniczenie transmisji wirusa poprzez masowe testowanie, zapewnienie maksymalnej możliwej wydolności systemu opieki zdrowotnej i utrzymanie ciągłości prowadzenia działalności gospodarczej. Rząd PiS nawet nie próbuje realizować żadnego z tych celów. Odmawia zwiększenia liczby testów, żeby statystyki zakażeń nie poszybowały jeszcze bardziej w górę. Nie podejmuje żadnych działań dla poprawy wydolności systemu opieki zdrowotnej. Stopniowo ogranicza możliwości prowadzenia działań gospodarczych.
Zdaniem ekspertów ZPP, mimo deklaracji polityków PiS o braku możliwości ponownego zamknięcia gospodarki, wprowadzane konsekwentnie ograniczenia w gigantycznej mierze dotykają biznes – i oznaczają w praktyce ponowny, kroczący lockdown.
– Polska gospodarka poniosła gigantyczne koszty lockdownu – pierwszy raz od lat nie odnotowujemy wzrostu produktu krajowego brutto, deficyt budżetowy wzrósł do rekordowych rozmiarów, wydaliśmy dziesiątki miliardów złotych na konieczne programy pomocowe – podkreśla Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Wydaliśmy te pieniądze w określonym celu, żeby kupić czas potrzebny na przygotowanie systemu opieki zdrowotnej do walki z wirusem. Nie zrobiono tego i teraz ponownie koszty reżimu sanitarnego próbuje się przerzucić na biznes. To niemożliwe do zaakceptowania.
Trzeba więc realnych zmian organizacyjnych i przestrzegania restrykcji sanitarnych, bo nie możemy pozwolić sobie na ponowny lockdown
Zaprezentowana przez ZPP strategia zakłada daleko idące zmiany w modelu przeciwdziałania rozwojowi epidemii. Eksperci Związku postulują stworzenie wyspecjalizowanej, podległej bezpośrednio premierowi agencji, która przejęłaby zadania administracyjne i menadżerskie.
Pod kątem medycznym, strategia ta opiera się na rekomendacji możliwie masowego testowania (w tej chwili Polska zajmuje dopiero 84 miejsce na świecie pod względem liczby wykonywanych testów na milion mieszkańców) i ścisłej egzekucji kluczowych restrykcji sanitarnych, co do których panuje powszechny konsensus (dystans – dezynfekcja – maseczki). Jednocześnie, Związek sprzeciwia się jakimkolwiek ograniczeniom dla prowadzenia biznesu – konsekwentnie, uważa też za stosowne zlikwidowanie żółtej strefy na terenie całego kraju.
Integralną częścią strategii jest ocena metod walki z COVID-19 stosowanych w Szwecji i w Niemczech. Doświadczenia tych państw nie są jednoznaczne, jednak dostarczają przydatnej wiedzy dotyczącej ewentualnych skutków rozmaitych modeli strategicznych.
– Szwecja „poszła na żywioł” i, będąc w europejskiej awangardzie, nie wprowadzała szczególnych obostrzeń w trakcie pierwszej fali. Zapłaciła za to wysoką cenę gospodarczo, ale przede wszystkim zdrowotnie, odnotowując bardzo wysoką liczbę zakażeń i zgonów – stwierdza ekspertka ZPP Kamila Sotomska – Póki co, kraj ten przechodzi drugą falę epidemii łagodnie (w Szwecji już prawie nie ma zgonów na COVID-19), ale nie jest pewne, czy to rezultat podejścia przyjętego wcześniej w tym roku. Niemcy wydają się dobrze radzić sobie z wirusem – jest to oczywiście konsekwencja wysokich nakładów na opiekę zdrowotną, ale również bardzo masowego testowania. Jest to także podejście, które warto powielić w Polsce.
Ponadto, priorytetem Ministerstwa Zdrowia we współpracy z premierem, powinno być maksymalne ograniczanie bezpośrednich i pośrednich skutków pandemii. – Coraz bardziej widoczne i dotkliwe, pośrednie rezultaty pandemii – takie jak ograniczenie profilaktyki i terapii chorób onkologicznych, kardiologicznych, psychiatrycznych oraz pozostałej specjalistyki – będą swoistą bombą z opóźnionym zapłonem i powinny być jak najszybciej przedmiotem stosownych działań resortu zdrowia. Tylko z powodu raka umiera codziennie w Polsce około 270 osób, co jest liczbą większą niż w przypadku koronawirusa – podkreśla Anna Janczewska ekspertka do spraw zdrowia w Business Centre Club.
Zdaniem Anny Janczewskiej, konieczne jest dopracowanie strategii walki z pandemią koronawirusa, w ramach konsultacji z ekspertami ochrony zdrowia. – Strategia powinna m.in. zakładać odpowiednie zwiększanie liczby wykonywanych testów, jak również możliwość ich zlecania nie tylko przez lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, ale także przez lekarzy prywatnie praktykujących. Powinna ona uwzględniać nie tylko coraz większe zagrożenie koronawirusem, ale również zagrożenie grypą i smogiem, który będzie swoistym wytrychem, otwierającym drzwi do infekcji oraz środkiem do transportu koronawirusa – mówi ekspertka.
Wskazuje też, że nadal brakuje budżetu dla Narodowej Strategii Onkologicznej, która została ogłoszona przez prezydenta RP w lutym 2019 roku, czyli 19 miesięcy temu. Tymczasem 270 osób umierających dziennie w Polsce na raka powinno być wystarczającym argumentem, by uchwalić ten budżet już w ubiegłym roku. Nowelizacji wymaga również niedopracowana przez Kancelarię Prezydenta RP ustawa o Funduszu Medycznym, która została uchwalona przez Sejm 17 września. – Zakłada ona przeznaczenie dodatkowych pieniędzy na ochronę zdrowia, w tym profilaktykę i onkologię, ale jak twierdzą eksperci zawiera wiele błędów merytorycznych i legislacyjnych – zwraca uwagę Anna Janczewska.
– Trzeba powiedzieć wprost – strategia walki z COVID-19 na okres jesienny nie została przygotowana przez właściwe organy – dodaje Cezary Kaźmierczak – Wykonaliśmy więc tę pracę za rząd i liczymy na to, że podejście do walki z epidemią zostanie zmodyfikowane bardzo szybko. Mamy coraz mniej czasu, by zareagować na narastającą liczbę zakażeń i uchronić system opieki zdrowotnej przed całkowitą utratą wydolności.

Administracja na straży partii

Fakt ustanowienia państwa demokratycznym okazuje się wciąż niewystarczający, aby obywatel w nim żyjący mógł byś spokojny o swoje sprawy.

Nie jest to jednak takie proste, kiedy owa demokracja nie jest dla wszystkich wygodną formą ustroju, a pokusy naciągania jej zasad przez rządzących wydają się być co raz bardziej agresywne. Omijanie zasad demokratycznego państwa znacznie ułatwia i skraca proces podejmowania decyzji. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy w systemie działającym w sposób pozornie demokratyczny podejmowane są błędne lub niekorzystne dla obywateli decyzje. W takim przypadku, nie mają oni możliwości wymiany złych administratorów w sposób zgodny z prawem.
Kiedy administracja prowadzona jest w sposób efektywny i skuteczny, bo jedno nie wyklucza drugiego, konsekwencje jej błędów będą zauważane i ponoszone dopiero przez kolejne pokolenia. Jesteśmy obecnie świadkami wprowadzania zmiany, szumnie określanej jako „dobrej”. Jednak należy podkreślić, że każda zmiana, która burzy instytucje demokratyczne, negatywnie przekłada się na sytuację obywateli. Krótkowzroczność i doraźność obecnie funkcjonującego systemu, choć wciąż określanego oficjalnie jako demokratyczny, powinna więc silnie niepokoić.
Pomiędzy kolejnymi zapowiedziami dobrych zmian, gdzieś zapodziało się już podstawowe założenie, że państwo powinno pełnić rolę usługową dla obywateli. Forma sprawowania rządów pozwala społeczeństwu jednak z sukcesem przyzwyczajać sie do odwracających się ról w państwie. To czasy, gdzie administracja publiczna nie świadczy już usług administracyjnych wobec obywatela, ale systematycznie pozbawia go skutecznej możliwości ubiegania się o swoje prawa. Czasy, kiedy nieścisłości formalne w nieskończoność przedłużają merytoryczne pochylenie się nad sprawą przez urzędnika, a pokrzywdzony ponosi często finansowe konsekwencje swojej niekompetencji w zakresie prawa.
Pozostaje pytanie, czy jeszcze ktokolwiek ma świadomość tego, że demokratyczne państwa zgodnie z ONZ, to takie, w którym jego administracje przestrzegają praw człowieka i podstawowych wolności i godności? W ramach swojej działalności dążą do zrównania rzeczywistego udziału kobiet w społeczeństwie, znoszą dyskryminacje, również te religijne?
Czy tak przyjęte przez demokrację założenia mają jakiekolwiek przełożenie na sposób funkcjonowania chociażby polskiego wymiaru sprawiedliwości? Kiedy podstawy służącej demokratycznemu państwu administracji naruszane są w sposób diametralny? Mając do czynienia z sytuacją kiedy naczelnym organem administracji rządowej jest prokurator generalny i jednocześnie polityk skrajnie prawicowej partii rządzącej nie można oczekiwać, że wymiar sprawiedliwości będzie skupiony na trosce o każdego obywatela, a nie na realizacji swoich politycznych i ideologicznych interesów.
Aby administrowanie mogło być realizowane w interesie społecznym, bezwzględnie potrzebuje być wypełniane zgodnie z konkretnymi, jawnymi zasadami. Nie jednak tymi, które chętnie są deklarowane i które warto byłoby przyjąć za wartościowe czy słuszne, a tymi, które faktycznie są wdrażane w życie. Aspekt ten jest tu o tyle ważny, że wprowadza rozróżnienie pomiędzy politycznymi zapowiedziami, a rzeczywistym administrowaniem przejawiającym się w konkretnych wynikach.
Wobec powyższego obywatele nie tylko powinni mieć jakiś wpływ na administrujących, ale mają prawo do uzyskiwania rzetelnego sprawozdania z ich działalności. Mają prawo żądać odpowiedzi na zadane pytania i domagać się sankcji za nie wywiązywanie się z tych obowiązków.
Zwykły podatnik nie posiada jednak wystarczających narzędzi, aby poznać jakość realizowanych przez administrację usług. Odwiedzając jeden z urzędów może on jedynie zaobserwować skrawek tego, w jaki sposób funkcjonuje jego administracja. To czego sam doświadcza to tylko forma w jakiej załatwiane są jego prywatne sprawy. W tym obszarze okazuje się jednak być wiele do zrobienia. Nie chodzi tu już o samą ewentualną opieszałość i kompetencje urzędników. Do systematycznego pozbawiania obywateli przez państwo praw do szybkiej i skutecznej obsługi ich spraw co bezpośrednio przekłada się do ich fatalnej opinii wielu zdążyło już już przyzwyczaić. Warto jednak zaznaczyć, że administracja publiczna być może sama nie zasłużyła na taką renomę, podobnie jak urzędnicy wchodzący w skład Służby Cywilnej wcale nie są w rzeczywistości tak niekompetentni lub źle nastawieni do petenta w urzędzie, jak wydaje się większości społeczeństwa.
Fakt że już w standardzie społecznym przyjęto, że urzędy nie są uznawane za uczciwe, nie wynika bezpośrednio z pracy poszczególnych urzędników. Należy pamiętać bowiem, że niezadowalające decyzje podejmowane są zgodnie z napisanym w określony sposób prawem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce każdego roku powstają tysiące stron nowego prawa, które w założeniu mają zapewnić jednostce – zarówno obywatelowi, jak i przedsiębiorcy – fizyczne i ekonomiczne bezpieczeństwo. Takie są jednak jedynie założenia. Bowiem w rzeczywistości częstotliwość ich wprowadzania i same zmiany bezpośrednio ingerują już nie tylko w swobodne prowadzenie działalności gospodarczej, ale także funkcjonowanie osób fizycznych, gdzie nie sposób przypomnieć o kuriozach prawa podatkowego, a wiec i samego funkcjonowania Urzędu Skarbowego.
Prawo powinno być odkrywane i tworzone zgodnie z faktyczną potrzebą, a nie uchwalane w sprzeczności z nią. Z każdym jednak rokiem poszukuje się nowych, „lepszych” rozwiązań legislacyjnych, odrzucając przy tym chęć znalezienia rozwiązania w przestrzeni pozaustawowej. Jednak nie to leży przecież w interesie grupy trzymającej władzę.
Powstająca w ten sposób inflacja legislacyjna nie ma najmniejszego prawa przyczynić się do efektywnej obsługi obywatela przez państwo i uczynić jego życie łatwiejszym. Wręcz przeciwnie, celowo wprowadzana nieczytelność i zagmatwana pseudo logika, zrozumiała przez nielicznych, wspiera ustrój w którym obywatel pełni rolę zagubionej jednostki ekonomicznej, bez większych szans dostępu do swoich indywidualnych praw jako człowieka. Dopóki więc forma organizacji administracji publicznej nie ulegnie drastycznej poprawie, nie dokona się redukcji absurdalnego prawa i ujednolicenia wytycznych w wielu zakresach, dopóty instytucje administracyjne nie będą otrzymywały od obywateli tak ważnego przecież poparcia społeczno-politycznego, które jest tym samym co zaufanie dla banków chociażby.
Fakt, że poszczególny urzędnik zmuszany jest więc często do przekazywania niekiedy niedorzecznych decyzji musi wobec powyższego zwrócić uwagę w stronę, skąd płynie taki a nie inny nakaz ich egzekwowania. W niezrozumiałych wciąż dla obywatela strukturach ministerstw, podejmowane są bowiem postanowienia czy rozporządzenia, które w żadnym wymiarze nie przekładają się na jego interesy i poczucie bezpieczeństwa. Co więcej, mając na względzie oczywisty fakt, że w sektorze publicznym wydawane się pieniądze publiczne, a więc środki absolutnie wszystkich obywateli, również tych, którzy przez ich sposób działania są dyskryminowani, w najlepiej pojętym interesie świadomego społeczeństwa powinno być kontrolowanie władzy i jej rozliczanie z tego, w jaki sposób dysponuje danymi środkami. Przede wszystkim – nadzorowanie, czy nie dochodzi przy tym fakcie do żadnych nadużyć. Jak już wspomniałem, obywatel nie posiada dostępu do odpowiednich instrumentów, które mogłyby pomóc mu w dotarciu do prawdy. Posiadają je jednak dziennikarze, którzy mają wręcz nieograniczone możliwości dotarcia do materiałów dokumentujących chociażby wydatki sektora publicznego, jak również niedopuszczalne działania
poszczególnych urzędników.
W państwie demokratycznym, którego Konstytucja zastrzega urzeczywistnianie zasady sprawiedliwości społecznej, rola lokalnych oraz ogólnokrajowych mediów jest więc kluczowa. Pod warunkiem jednak, że media te realizują swoje własne cele i założenia i nie podlegają odgórnym nakazom odbierającym im ich niezależność, jak dzieje się to w przypadku przywłaszczenia mediów publicznych przez obecnie rządzącą w Polsce partię polityczną.
W czasach rozwoju nowych technologii, powszechnego dostępu do środków masowego przekazu oraz wciąż zwiększającego się udziału mediów społecznościowych, przepływ informacji przybiera nowe i niepokojące często formy i tempo. Podobnie jak ze wszystkimi innymi narzędziami, w niewłaściwych rękach mogą doprowadzić do bardzo dotkliwych szkód przy czym coraz częściej przekładających się na życie osobiste obywateli.
Za pośrednictwem nowych technologii na przykład mamy obecnie do czynienia z nielegalnymi wyciekami ściśle tajnych informacji, do których dostęp powinni mieć jedynie nieliczni z urzędników państwowych i upublicznianiem niepełnych informacji wprowadzających w błąd opinię publiczną. Doprowadzanie do wycieku informacji jak też propagowane przez obóz rządzący tak zwane „fake newsy”, wyraźnie obecne są w przypadku informacji z zakresu prawa, gdzie wprowadzenie odbiorcy w błąd może nie tylko wpłynąć np. na wybory polityczne, ale też na pogorszenie sytuacji prawnej i gospodarczej jednostki. Ostatnia afera w Ministerstwie Sprawiedliwości, a więc w jednym z urzędów mających służyć obywatelowi, obnażyła rzeczywiste działania jakimi zajmują się opłacani ze środków publicznych urzędnicy. Sprawa jest w tym momencie o tyle poważna, że nie zamyka się w obrębie politycznych rozgrywek, ale wskazuje, że kiedy narzędziem w rękach sprawcy są media, życie prywatne obywateli również może być zagrożone.
Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy świadkami zmiany, której realizatorzy, ze względu na swoje radykalne założenia, nie mają na celu uczynić życia obywateli łatwiejszym i szczęśliwszym. Zmiana ta ma bowiem na celu wzmocnienie państwa, a nie jego społeczeństwa. Narzędziem jakie wykorzystywane jest w tym celu są przepisy prawa. Zagmatwane i nie dające się zrozumieć kodeksy sprawiają, że obywatel we własnym państwie czuje się winny swoich narodzin, a zanim przekroczy próg sądu wielokrotnie rozważa, czy będąc poszkodowanym w sprawie nie usłyszy oskarżenia pod swoim adresem. Nie ulega wątpliwości, że filozofia obozu rządzącego opiera się na feudalnych formach przymusu i umniejszania wartości jednostki. Należy mieć jednak na uwadze, ze przymus, to obowiązujące prawo. Zatem im więcej prawa, tym mniej wolności.

Co zrobić z Amerykanami?

Ambasador zagroziła, więc nasz rząd się posłucha – ale chce zachować twarz.

Gdy pani ambasador USA Georgette Mosbacher zagroziła wstrzymaniem amerykańskich inwestycji w Polsce w przypadku przyjęcia nowej ustawy o transporcie, rząd zaczął się zastanawiać co tu zrobić, żeby zadowolić sojusznika?
Teoretycznie, było łatwiej niż w przypadku ustawy wprowadzającej karalność za zarzucanie Polakom współudziału w mordowaniu Żydów. Teraz bowiem nie naruszono interesów Izraela i środowisk żydowskich.
Z drugiej jednak strony, było i trudniej, bo rezygnacja z ustawy o transporcie powodowałaby protesty taksówkarzy, którzy blokowaliby miasta, trąbili i sprawiali różne niepotrzebne kłopoty.

Tej groźby nie można lekceważyć

Jak wiadomo, zaczęło się od tego, że jesienią ubiegłego roku Ministerstwo Infrastruktury sporządziło projekt nowej ustawy o transporcie drogowym. Przewidywał on między innymi, że pośrednicy transportowi powinni być wpisani do Krajowego Rejestru Sądowego lub do ewidencji działalności gospodarczej, co utrudniałoby funkcjonowanie amerykańskiego Ubera. Projekt powstał z pobudek politycznych, w trosce o decyzje elektoratu taksówkarskiego w ubiegłorocznych wyborach samorządowych.
Gdy przyszła ustawa stała się znana, Uber zaalarmował polityków – i w rezultacie doradcy pani ambasador USA przygotowali jej pismo do ministra Andrzeja Adamczyka. Było tam napisane m.in., że pani ambasador nie może zrozumieć, dlaczego Polska rozważa taki krok – bo zakaz działalności na polskim rynku dla jednej z największych firm technologicznych spowoduje, bez wątpienia, mrożący efekt na przyszłe inwestycje. W liście poproszono też, aby nie popełniać błędu niosącego tak daleko idące konsekwencje.
Takiej groźby nie należy lekceważyć, ale trudno też zrażać sobie taksówkarzy. Wprawdzie wybory samorządowe już minęły, więc rząd mógł mieć w nosie głosy taksówkarzy – ale tylko na krótko, bo przed nami przecież kolejne wybory, jeszcze ważniejsze.

Udają, że nie rezygnują

Radzono długo, aż wreszcie uradzono, że resort infrastruktury będzie sprawiał wrażenie, że nie zrezygnuje z nowelizacji ustawy o transporcie – ale w istocie z niej zrezygnuje, lecz już po wyborach.
Ministerstwo ogłosiło więc, że „projekt nie jest skierowany przeciwko żadnemu konkretnemu podmiotowi gospodarczemu i nie ma na celu dyskryminacji którejkolwiek z firm świadczących takie usługi”.
Zapewniło też, że celem Ministerstwa Infrastruktury jest uporządkowanie rynku przewozu osób w Polsce – i doprowadzenie do sytuacji, w której wszystkich podmiotów gospodarczych wykonujących tę samą usługę – przewóz osób – będą obowiązywać takie same przepisy. Dotyczące zwłaszcza rejestracji działalności, bezpieczeństwa podróżnych i spraw podatkowych.
W konkluzji, resort oświadczył, że prace nad projektem ustawy nie zostały wstrzymane. „Nieprawdą jest, że pod wpływem listu Pani Ambasador nastąpiła ingerencja w rozwiązania zawarte w projekcie” – czytamy. „Główne propozycje rozwiązań od początku procedowania ustawy nie uległy zmianom”.

Będzie pani zadowolona

Tak więc, resort na pozór postawił się okoniem sojusznikowi.
Kierownictwo resortu ogłosiło też jednak, że nad tekstem projektu pracują przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury, Rządowego Centrum Legislacji i Ministerstwa Finansów.
Nie trzeba dodawać, że takie gremia będą nader wnikliwie pracować nad projektem. Potrwa to tak długo, że wreszcie projekt – oczywiście już po wyborach – zostanie odłożony na „święty nigdy”, a nasi amerykańscy przyjaciele będą usatysfakcjonowani.