Pisie misie

Państwową Komisję Wyborczą pozbawiono prawa przeprowadzenia wyborów prezydenckich. To oczywiście nie jest zgodne z Konstytucją, ale tylko do czasu, gdyby ktoś chciał zapytać Trybunał Konstytucyjny. Jak się taki ciekawski znajdzie, to się dowie, że jest zgodne. Na razie nikt nie pyta. Na razie wystarczy, że jakiś Miś na urzędzie stwierdził, że PKW owszem jest, ale w wyborach udziału brać nie musi – na przykład nie musi już określać wzoru kart wyborczych.

Miś na urzędzie stwierdził, że on sam wyda odpowiednie rozporządzenie i będzie git! Powołał się przy tym kilkakrotnie na prawo. Że on je ma. Faktycznie – ma. Nadali mu je koledzy, którzy mają w Sejmie większość i mogą mu nadać, co tylko chce. Na przykład tytuł „Króla Cyganów”, albo „Królowej Madagaskaru”…
Miś, który zorganizuje nam wybory, to gość galantny, nie ma co! Dajmy na to w takich Ząbkach drugiego podobnego nie uświadczysz. Nawet, gdyby w jego marynarę ubrać wieżę tamtejszego kościoła, to i tak lepiej by nie wyglądała. Ani gorzej… Bo Miś „z twarzy jest podobny zupełnie do nikogo”.
Miś, jak to Miś, jest dzieckiem PRL-u. Bo czyim ma być?!
Urodził się za Gomułki, kiedy takie metropolie jak Ząbki, Wołomin, czy inny Grójec uchodziły za wzór prostactwa, nierozgarnięcia i obciachu. Nie bez powodu w użyciu było jeszcze wtedy powiedzenie „bajer na Grójec”. Oznaczało ciemnotę, której wszystko można wcisnąć – most Poniatowskiego po okazyjnej cenie, albo Pałac Kultury… Miś się jednak wysferzył – młodość spędził za Gierka, studiował za Jaruzelskiego. Bo studiował. Trafił na czas „punktów za pochodzenie”, kiedy PRL ciągnęła takich Misiów za uszy, chcąc ich za wszelką cenę przerobić na swoje własne, nowe elity. Polska Ludowa podjęła tę próbę trzykrotnie. Raz za Bieruta, kiedy „nie matura lecz chęć szczera robiła z ciebie oficera”, drugi raz po 1968, kiedy na miejsce syjonistów wysiudanych „do Syjonu” wpychała swoich „docentów marcowych” oraz potem, kiedy wymyślono „punkty za pochodzenie”. Bramy uniwersytetów otwierano wtedy dla dzieci robotników i chłopów – z Ząbek, Grójca, czy Wołomina – żeby też mogły być magistrami. Nie ma co ukrywać, że PRL liczyła na wdzięczność w ten sposób doprowadzonej do inteligencji młodzieży robotniczo-chłopskiej. Przeważnie bardzo się oszukała, bo o wdzięczności, jak pokazuje historia, decyduje przede wszystkim kasa. Jest kasa, jest wdzięczność, a i to do czasu.
Ta i podobne zasady współżycia międzyludzkiego w Wołominie, Grójcu i Ząbkach, przetrwały w dobrym stanie do dziś. W każdej innej, najmniejszej choćby dziurze też. Miś, który jest stąd, dobrze rozumie, jak bije serce ziemi. „Tej ziemi”. Jemu nie trzeba powtarzać dwa razy, co sobie szary obywatel myśli, jak kombinuje, żeby zarobić, ale się nie narobić. Bez grosza przy duszy jakieś piwo chlapnąć z rana żeby dygot uspokoić, fajki cudem skombinować, bo palić się chce, coś zszamać, czemu nie, no i bzyknąć na boku, jak się da. I oby do jutra!…
Do elity nasz Miś wdrapywał się w latach 80. Zaczął studia na wydziale historii UW i studiował dogłębnie – 10 lat! Ostatecznie pracę obronił już „za wolności”, ale jeszcze u peerelowskiego profesora. Jest podejrzenie (ale tylko podejrzenie), że ten „mgr” przed Misiem, to z profesorskiego sentymentu dostał, po prostu. Bo Miś kuty jest na cztery nogi i dobrze widział, jaki temat sobie wybrać, żeby po 10 latach dobić wreszcie do naukowego pomostu. Piłsudczyków sobie wybrał i ich wizję Polski. Jak raz piłsudczycy, to był konik tego profesora, u którego Miś pracę magisterską pisał. Konik, miłość i słabość jednocześnie…
Autor do dziś uznawanej za najlepszą biografii Marszałka, uchodził przy okazji za zdolnego nauczyciela akademickiego – jego doktorantami byli Tomasz i Daria Nałęczowie, Wiesław Władyka czy Zbigniew Rykowski… Co by więc pośród nich robił Miś, gdyby nie był cwany? Niestety profesor nie żyje i nie można tych zdziwień skonfrontować z jego pamięcią. Fakt faktem, że Miś magistrem jest, tyle, że praźródłem jego awansów jest uczony co prawda znamienity, który jednak do końca był członkiem PZPR i któremu polityczni komilitoni Misia zajadle wywlekali spod podszewki łaty okołorakowieckie.
Magister Miś nigdy w jego obronie nie stanął, gdyż ten Miś zawsze potrafi wystawić swój nochal pod wiatr i wywęszyć, skąd wieje. Wyczuć wiatr, to w takich Ząbkach, Grójcu, czy w Wołominie, ważna umiejętność. No i nie mieć skrupułów! Jak ktoś ma skrupuły, to na powierzchni się nie utrzyma.
Podobnych Misiów jest w naszym narodowym parku osobliwości dużo. Całe stada! Są to Misie wygłodniałe i pazerne. Wyczekali się na swoją okazję, oj wyczekali! Ale teraz chwycili Polskę za mordę… O, tak – krótko, przy pysku. Państwową kasę biorą bez najmniejszych skrupułów, bo ona się im „po prostu należy”.
Misiowi teraz wolno wszystko! Wolno bratu Misia wygrać wart miliony złotych przetarg w resorcie, którym Miś kieruje, żonę Misia wolno Misiowi zatrudnić w dowolnej spółce skarbu państwa, a nawet w kilku na raz, brata, siostrę, kochankę – kogo tylko Miś chce. W Polsce Misiów prezesem, dyrektorem, biznesmenem może być każdy – kucharka, akwarysta, małolat, gamoń… Miś może też oszukiwać i kręcić w zeznaniach podatkowych ile dusza zapragnie i na ile mu wyobraźni starczy. A jak już go naprawdę bieda przyciśnie, to sobie w foliówce z pracy wyniesie milion, dwa, czy ile potrzebuje… Bo teraz Miś!
Ktoś się dziwi? Ktoś jest oburzony? Miś nie po to się uczył, nie po to żyły sobie po kilkanaście lat na studiach wypruwał, żeby w życiu sobie nie radzić.
Dzięki dobrze wykorzystanym punktom za pochodzenie i głowie otwartej na oścież Miś świetnie jednak rozumie, że różne rzeczy może w życiu robić, ale prawa przestrzegać, to mus! Miś jest więc legalistą jak rzadko. Miś jest wprost zakochany w państwie prawa. Wyrył sobie w zwojach raz na zawsze, że wszystko mu wolno, byle zgodnie z prawem. Zmienia je więc dotąd, aż pozwoli mu ono na to, czego zabraniało. Ustawę o Sądzie Najwyższym Miś zmieniał 9 razy! Teraz miał potrzebę zmienić prawo wyborcze, więc też je sobie zmienił… I kto mu podskoczy?! No, kto?!… Nie po to Miś wygrał wybory, żeby mu teraz ktoś podskakiwał…
Miś rządzi i dzieli. Kocha siebie za to bardzo! I bardzo się sobie podoba. Jako Miś praworządny, wykształcony i na ogół bardzo przystojny, chętnie korzysta z mediów, bo lubi z suwerenem być w kontakcie. Czuje się wtedy jak ryba w wodzie. Swój wśród swoich można powiedzieć. Uwielbia szermierkę słowną, pytanie-odpowiedź, na ostro, bez skrupułów, na odlew. A co mu tam?! Nie pęka przed żadnym Rachoniem, czy inną Holecką:
– Najmocniej pana, panie Misiu przepraszam, ale chciałam zapytać, o której odlatuje dzisiaj ten do Londynu 11:05?
– A skąd ja mam wiedzieć?! No chyba o pierwszej…
Suweren w danych Ząbkach, Grójcu, czy w Wołominie siedzi przed telewizorem, butelkę Perły w ręku trzyma, czipsami bekonowymi pogryza i gębę rozdziawia w poszukiwaniu jakiegokolwiek sensu w czymkolwiek.
– Kazik, o czym oni mówio?
– Cicho bądź, dobrze mówio.
– Acha… Ty, ale co bedzie, jak zabiorom nam pińcet?
– Nie zabioro. Duda dał słowo. One kradno, ale uczciwe som i ludziom też dajom.
– Acha… A tam w rogu, co stoi, w tym telewizorze, tam, o?
– Nie wiem. Zaraz powiedzo. O już mówio. Cicho…
– Ten Miś, który państwo widzą, nie stoi tu przypadkowo. On stoi po to, żeby każdy Polak i każda Polka go widzieli i szanowali. „Bo ten Miś odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Wy wiecie, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu…
– Kazik, co on mówi? Jak to sobie zgnije, jak on jest nasz? Tak nie wolno. Co my wtedy zrobimy?…
Kazik pogłośnił telewizor:
– Zrobimy protokół zniszczenia…

Z pieprzem i solą

Trzeba znać tradycję i antenatów swojego zawodu, a anegdota jest jednym ze źródeł wiedzy o tej tradycji.
Młodzi jej nie znają, przez co są duchowo ubożsi, z czego na ogół nawet nie zdają sobie sprawy – z Barbarą Burską, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jedna z filmowych scen z Pani udziałem stała się kultowa i wykorzystana jest nawet w satyrze politycznej. Wie Pani, którą scenę mam na myśli?

No, którą?

Scenę z „kultowego” „Misia” Stanisława Barei, w której jako Irena Ochódzka, przychodzi Pani niespodziewanie do byłego męża, granego przez Stanisława Tyma, w towarzystwie nowego partnera, czy męża granego przez Zenona Wiktorczyka, żeby zabrać swoje rzeczy. „Z tragarzami”.

A tak, rzeczywiście (śmiech). Wielu widzów pamięta tę scenę i czasem zaczepiają mnie sympatycznie na ulicy. „Idzie pani z tragarzami?” – pytają niektórzy, albo: „A gdzie tragarze?”

Kilka lat temu widywałem i słuchałem Panią często na spotkaniach z cyklu „Heroina polskiego kina”, organizowanych w Collegium Nobilium warszawskiej PWST przy Miodowej, gdzie imponowała Pani zebranej publiczności wspomnieniami i anegdotami z życia środowiska aktorskiego i reżyserskiego. Jest Pani istną kopalnią wiedzy o nim.

Bo to, po pierwsze, były, przynajmniej z tego anegdotycznego punktu widzenia, bardzo piękne, barwne czasy. Anegdota aktorska, do mistrzów której należeli tacy starsi koledzy jak n.p. Igor Śmiałowski, Andrzej Szczepkowski czy Andrzej Łapicki, a dziś niektórzy ją kontynuują, była zawsze solą i pieprzem naszego zawodu, niejako jego przedłużeniem. Nie znam innej profesji, w której anegdota zawodowa miałaby tak piękną i dowcipną tradycję. Swoistą odmianą tej tradycji jest parodiowanie kolegów aktorów czy reżyserów przez innych kolegów. N.p. Marek Kondrat cudownie parodiował Gustawa Holoubka, Zbyszek Zapasiewicz – Mariana Wyrzykowskiego, a Daniel Olbrychski – Andrzeja Wajdę czy Jerzego Hoffmana. Przykłady można by długo mnożyć. Aktorzy to po prostu umieją. Po drugie, trzeba znać tradycję i antenatów swojego zawodu, a anegdota jest jednym ze źródeł wiedzy o tej tradycji. Młodzi jej nie znają, przez co są duchowo ubożsi, z czego na ogół nawet nie zdają sobie sprawy. Na ogół, bo pewnie są wyjątki, nie rozumieją, że wiedza, pamięć, świadomość, ale nie ta wypożyczona od smartfonu, poszerzają wyobraźnię i pomagają w uprawianiu zawodu aktorskiego. Cykl, o którym pan wspomniał powstał z takiej właśnie intencji, z chęci przypomnienia przybliżenia tradycji naszego zawodu. W pierwszej zwłaszcza fazie spotkania przy Miodowej prowadził z dużą klasą i kulurą teatrolog Janusz Majcherek.

Zaczęliśmy rozmowę od sceny filmowej, ale realizowała się Pani głównie w serialach, w „Stawce większej niż życie”, w odcinku „Akcja liść dębu”, w „Kolumbach”, „Chłopach”, „Dyrektorach”, „Daleko od szosy”, „Czterdziestolatku”, „Życiu na gorąco”, „Panu na Żuławach”, „Karierze Nikodema Dyzmy”, „07 zgłoś się” – to znaczna część klasyki polskiego serialu.

 Bardzo sobie cenię te doświadczenia, nawet epizodyczne. Potem, po latach doszły mi też nowsze seriale jak „13 posterunek” czy „Plebania”, ale wzięłam udział także w takich filmach kinowych, jak „Dzięcioł” Jurka Gruzy, „Człowiek z M-3” Leona Jeannota z Bobkiem Kobielą, „Akwarele” Rydzewskiego, „Za ścianą” Zanussiego czy, z późniejszego okresu, „Pręgi” Magdy Piekorz.

Wróćmy do Pani czasów Pani studenckich. Kto z pedagogów był dla Pani najważniejszy?

Opiekun naszego roku Zbyszek Zapasiewicz, także Jan Kreczmar, rektor, który miał z nami zajęcia ze scen, także Aleksander Bardini i Zygmunt Hűbner. To oni mnie uformowali pod względem zawodowym, ale też zwyczajnie ludzkim. Nauczyli mnie różnych rzeczy, także choćby zainteresowania moim zawodem, innymi jego przedstawicielami, ich dokonaniami, różnymi barwami tej profesji, a nie tylko sobkowskiego koncentrowania się na swojej własnej karierze.

Powspominajmy teraz zatem o Pani pracy w teatrze żywym. Po ukończeniu w 1971 roku warszawskiej PWST grała Pani naprzemiennie w Narodowym u Hanuszkiewicza i Ludowym.

Tak. W Narodowym zaczęłam od pięknej roli Muzy w „Beniowskim” Hanuszkiewicza według poematu Juliusza Słowackiego. Była to Muza bardzo dziewczęca, ale ja długo miałam dziewczęcy wygląd. Długo miałam emploi dziewczęcej amantki, ale z rysami charakterystycznymi. Potem była rola Heleny w „Panu Jowialskim” u Jana Kulczyńskiego w Ludowym, a potem znów „Trzy po trzy” Fredry w wielkim widowisku Hanuszkiewicza w Narodowym, po czym, tamże, „Kartoteka” Różewicza w reżyserii Tadeusza Minca, bardzo dobrego i wykształconego reżysera, dziś zapomnianego. Potem rola Pani w głośnej „Balladynie” Hanuszkiewicza z „Hondami”. Następnie znów Ludowy i rola Xairy w „Izkaharze, królu Guaxray” Bogusławskiego w reżyserii Kulczyńskiego. No i w 1974 roku bardzo ważna dla mnie rola Maryny w „Weselu” w inscenizacji Hanuszkiewicza, a dalej udział w „Mężu i żonie” Fredry, też u Hanuszkiewicza. I znów „Na Woli”, w reżyserii Tadeusza Łomnickiego, Hanka w „Do piachu” Różewicza, „Damy i huzary”, a także skromny, ale ciekawy udział w „Amadeuszu”, sztuce o Mozarcie w reżyserii Romana Polańskiego. Potem jeszcze „Igraszki z diabłem” Drdy w reżyserii Tomasza Grochoczyńskiego i ostatnia moja rola sceniczna, w Teatrze Kwadrat w „Mandacie” Erdmana w reżyserii Marcina Sławińskiego. Naprawdę w teatrze żywym doświadczyłam różnorodności ról, płodozmianu.

Nie zapomniał też o Pani także Teatr Telewizji. Ja Panią po raz pierwszy zauważyłem właśnie w telewizyjnym spektaklu, w roli Doloridy w „Beatrix Cenci” Juliusza Słowackiego, w reżyserii Gucia Holoubka, w 1973 roku.

To była piękna praca nad pięknym widowiskiem, bo Gucio był wspaniałym człowiekiem, którego rozkoszą było słuchać, a co dopiero rozmawiać z nim i współpracować. Zaczęłam jednak od roli w Teatrze Kobra w „Nieznanym sprawcy” w reżyserii Jana Kulczyńskiego. Potem były też „Emancypantki” według Prusa w reżyserii Hanuszkiewicza. Zagrałam też w kilku telewizyjnych realizacjach przeniesionych w Teatru Kwadrat, w tym u Wojtka Pokory.

Barbara Burska – ur. 6 maja 1947 w Warszawie. Absolwentka PWST w Warszawie (1971). Związana z teatrami warszawskimi: Ludowym (1971-74), Narodowym (1974-75), Na Woli (1975-87), Kwadrat (1987-89).

Wy*dalaj

Słowo z tytułu jest (z dokładnością do wykropkowania) wiernym cytatem z aktywności politycznej jednego z gangsterów usadowionych w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zaskoczyło nas zapewne skundlenie ludzi, kiedyś podobno normalnych i porządnych, którzy stając przed pokusą przystąpienia do politycznej grupy przestępczej, przechodzą na ciemną stronę mocy.
Można by chyba przyjąć, że to takie czasy, gdy ludzie przeciętni, zamiast pozostać przeciętni, stają się obozowymi kapo, generałami separatystycznych bojówek lub pałkarzami zatrudnionymi w ministerstwie sprawiedliwości, gotowymi do każdej najobrzydliwszej moralnie akcji „dla dobra Polski”
Sami o sobie myślą jak o Ince, Pileckim, zapewne również Janosiku, Rambo i Supermenie.
Nie łudźmy się ta afera w ogóle nie wstrząśnie elektoratem PiS. Wręcz przeciwnie, niezdecydowanych przekona, że potrafią wziąć za mordę, znaczy warto z nimi trzymać. Europie po raz kolejny pokaże, że jesteśmy w radzieckiej strefie wpływów politycznie i mentalnie.
Ta afera w gruncie rzeczy pokazuje tylko beznadzieję sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Dziś stoimy na miejscu klienta z filmu „Miś”. Po tamtej stronie szatniarz właśnie nam objaśnia, że jest Kierownikiem Szatni, nie ma naszego płaszcza i co mu zrobimy. Bo w gruncie rzeczy na tym etapie nic zrobić nie można.
Nacisk opinii publicznej nie istnieje. Nawet wielotysięczne demonstracje, zamiast kilkudziesięcioosobowych jak dziś, nie przełożą się na zwiększenie poczucia wstydu rządzących. Stały elektorat od tej afery nie skruszeje, świat nie urządzi nam za nas Polski. Nie ma płaszcza, nie ma nawet bielizny. Król jest nagi. No i co mu Pan zrobisz?
Nagi król nie wyrzuci koalicjanta, od którego zależy polityczna przyszłość dobrej zmiany. Już raz po aferze gruntowej to zrobił i błędu nie powtórzy. Nagi król jest dziś zakładnikiem politycznego partnera, który od początku swojej politycznej kariery miał skłonności do budowania szemranych struktur. I wpędzania koalicjanta w kłopoty.
Dziś pytanie, jakie można zadać w kontekście działania ministra wielu ministerstw jest takie: czy jest tak nieprawdopodobnie niekompetentny, by nie wiedzieć o grupie przestępczej w swoim ministerstwie, czy kompetentnie o wszystkim wiedział?
W jednym i drugim wypadku powinno to oznaczać natychmiastową dymisję, śledztwo i polityczny koniec. Ale jak się jest Kierownikiem Szatni…
Gdyby nie koszt tego przedstawienia, gdyby nie zmarnowane kilka dekad to można by kupić popcorn, usiąść na brzegu rzeki i czekać. Bo im nie trzeba rewolucji, nowej Solidarności, Majdanu. Im trzeba dać czas i sami się wykończą. Ale to rak i umrze razem z nosicielem.
Co więc robić? Przetrwajmy. I pilnujmy płaszcza w przyszłości.

Bigos tygodniowy

Rząd PiS zerwał de facto współpracę z UE w ramach programu „Czyste powietrze”. „Kopciuchy”, nawet jeśli będą znikać, to w tak powolnym tempie, że zdążą nas wytruć jak muchy. Polska natomiast straci fundusze. PiS dla utrzymania władzy gotów jest nas jak muchy poświęcić na ołtarzu. Podobnie jak przy „kopciuchach”, także przy węglu mać trwamy, pardon, trwać mamy. Ucieszyła się z tego górnicza „Solidarność”, jedna z najgorszych zakał tego kraju.

*****

Pod kryptonimem „repolonizacji mediów” kryje się to, co można sobie wyobrazić, że się zdarzy w przypadku, gdyby PiS ponownie zdobył niepodzielną władzę, co zresztą jest niestety wielce prawdopodobne. To czego doświadczaliśmy przez minione cztery bez mała lata, okaże się „mały piwem” w porównaniu z łaźnią, jaką PiS urządzi wtedy nam, jego oponentom. I rzecz nie w jakimś wściekłym radykalizmie PiS, ale w tym, że po tym co nabroili i wobec perspektyw konsekwencji prawnych, w tym karnych, jakie im zagrażają, mogą już tylko palić za sobą mosty.

*****

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej PiS przyjęło z dobrą miną znamionującą lekceważenie (Ryszard Terlecki: „Wszystko w porządku”), ale to jednak będzie dla nich, w dłuższej perspektywie, poważny kłopot.

*****
Wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego idący w sukurs n.p. tym, którzy w imię niechęci do LGBT odmawiają (jak w znanej sprawie drukarza, nie mylić z kornikiem) i będą odmawiać usług organizacjom elgebetowskim, może otworzyć „puszkę z Pandorą” czyli falę wzajemnych odmów ideologicznych w sferze handlu i usług. Przypomnę lekarza z Rumii, którzy zadeklarował, że nie będzie leczył pisiorów i handlowców, którzy – podobno – wypraszali ze sklepu panią Ogórek. Co do mnie, to jestem głęboko przekonany, że kwestie ideologiczne nie powinny mieć wstępu do zasad handlowych. Drukarz homofob powinien mieć psi obowiązek drukowania (oczywiście za pieniądze) ulotek LGBT, a krawiec szyjący sutanny czy ornaty, powinien je szyć bez szemrania, nawet jeśli jest antyklerykałem i czytelnikiem „Nie”.

*****
Niektórzy mawiają, że w wymiarze polityki społecznej PiS to czysta lewica. Nic podobnego. W sprawie 500 plus PiS poszło dokładnie w przeciwnym kierunku niż sugerowała to lewica socjalna właśnie. Ta bowiem proponowała wprowadzenie progu dochodowego, skierowanie strumienia pieniędzy do warstw najuboższych, do ludzi naprawdę potrzebujących. PiS właśnie skierował pieniądze bez progu dochodowego nawet na pierwsze dziecko. Czyli jeśli w bajecznie bogatej rodzinie polskich miliarderów narodzi się pierwszy dziedzic fortuny, to na niego także, na konto któregoś z rodziców, wpłynie owe 500 złotych.

*****
Nie byłbym człowiekiem lewicy, gdybym nie opowiadał się po stronie ludzi najbardziej upośledzonych społecznie. Jednak moje oświeceniowe wektory wewnętrzne mówią, że tym ludziom trzeba pomagać podnieść się z nędzy i beznadziei, z zaniedbania, z lenistwa społecznego, obyczajowego, intelektualnego, a nie schlebiać ich słabościom głosząc kult przeciętności i nijakości, chwałę „zwykłych ludzi”. „Zwykłość” jest jednym ze stanów natury, nie ma w nim nic zawstydzającego, ale też nie należy czynić z niego cnoty godnej najwyższego uznania i wsparcia ze strony państwa. A PiS to właśnie robi, jednocześnie szczując z nienawiścią przeciw ludziom, którzy swoją pracą i talentami wybili się ponad mierność i którzy dzięki temu ciągną tę karawanę.

*****
PSL chlubi się 124-letnią historią istnienia. Jak na polskie zwłaszcza warunki – bardzo długą. Szkoda, że te 124 lata nie wystarczyły PSL-owi, pod żadnym kierownictwem i w żadnych okolicznościach historycznych, na wyrwanie się z postawy wiernopoddańczej wobec kleru oraz z uporczywego zerkania ku prawicy i reakcji społecznej. Ba, PSL, bywał okresami mniej reakcyjny i klerykalny niż dziś. PSL nie chce iść w koalicji z Biedroniem, który z kolei poszedł po rozum do głowy i chce się jednoczyć z blokiem anty-PiS.

*****
„Czołem panie ministrze” – tymi słowami mieli powitać współwięźniowie przybywającego do celi „Misia” Misiewicza. Nie od dziś wiadomo, że pobyt w kiciu wyostrza dowcip. Obecnie „Miś” chodzi już po wolności.

*****
Coś z „Misia”, ale tym razem nie Misiewicza, lecz Barei. Prokuratura z Chodzieży wzięła i zdobyła się na desperacką odwagę zażądania od kurii biskupiej dokumentacji w sprawie księdza-pedofila. Kuria odpowiedziała jak szatniarz z „Misia”: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Kuria o tyle jednak była uprzejmiejsza od szatniarza, że raczyła poinformować prokuraturę, że płaszcz jest w Watykanie.

*****
Policja odwiedziła Skibę za to, że zeszłej jesieni wyraził się publicznie słowami: „Jebać PiS”. Policja powinna zrozumieć, że są ludzie, którzy w podobnie szorstki sposób wyrażają uczucia erotyczne i pragnienie zbliżenia płciowego.

****
Jan Pospieszalski poskarżył się w „Gazecie Polskiej” na parciany poziom bożocielnej procesji, w której brał udział. Wadliwe nagłośnienie, chrapliwe mikrofony, słychać było co drugie zdanie „kazającego” księdza. Do tego uczestnicy nieprzygotowani, znający w najlepszym razie tylko pierwszą zwrotkę każdej z bożocielnych pieśni. Nie to co w kościołach zachodnich, gdzie każdy uczestnik wyposażony jest w stosowny śpiewnik. Tam wiernych jak na lekarstwo, ale za to poziom usług rzetelny, a u nas, w tej masówce, powszechne partactwo, tumiwisizm, niedbalstwo, brakoróbstwo. Prasa, radio i telewizja w Polsce Ludowej też na to ciągle pomstowały.

*****
W Lublinie PiS czyli wojewoda Czarnek i pisowscy radni działają na rzecz zakazu Parady Równości w tym mieście. Czarnek to najbardziej zideologizowany z pisowskich wojewodów, osobnik o poglądach skrajnie reakcyjnych. Województwo leży odłogiem, a pan Czarnek zajmuje się krzewieniem na siłę „wartości chrześcijańskich”. Ma przez to proces z lokalnym LGBT. Panie Czarnek, kończ waść, wstydu oszczędź!

*****
W tymże Lublinie trochę przyglądałem się obchodom 450 rocznicy Unii Lubelskiej. Czysta popkultura, pozowanie, udawanie, przebieranki, śpiewanki, na ogół dość tandetne. Ani odrobiny o myśli politycznej, która tkwiła u podstaw historycznego aliansu. Ani też grama refleksji nad dzisiejszym stanem relacji polsko-litewskich, które są chłodne, na granicy wrogości. Zatem właściwie całe te obchody były nie na temat.

Miś na miarę

Chyba udało nam si zbudować idealną koalicję na eurowybory: Teraz Nowoczesna Wiosna Obywatelska Razem Polityki Realnej i Sprawiedliwość.

Polska skłóciła się z Iranem i Izraelem jednocześnie. Dobrze, że z San Escobar jeszcze jakoś dajemy radę. Oni przynajmniej nie mają ambicji, żeby być narodem wybranym.
Andrzej Duda odznaczył Brązowym Krzyżem zasługi Dianę Piotrowską, byłą rzeczniczkę prasową Polskiego Związku Łowieckiego – za zasługi w propagowaniu edukacji przyrodniczej. Dzięki pani Dianie dowiedzieliśmy się na przykład, że koty nie mają kości, człowiek to ssak a nie zwierzę, a audyt, który sama rzeczniczka zleciła w PZŁ wykazał nieprawidłowości Piotr Jenoch, łowczy krajowy, miał potwierdzić, że za te nieprawidłowości odpowiada m.in. była rzeczniczka. Odznaczenie za konsekwentne ujawnianie niekompetencji myśliwych powinna wręczyć jej również „Viva!”.

Premier Buzek na antenie radia Tok Fm powiedział prorocz zdanie, które niechcący tłumaczy stan rzeczy w geopolityce. Oświadczył: „Nie można zawłaszczać całej rury”. Klucz do powszechnego szczęścia całej ludzkości właśnie został odnaleziony.

Izrael dopuścił w psychoterapii używanie popularnego imprezowego narokotyku – Metylenodioksymetamfetaminy. Panie Czaputowicz, proszę naprawić stosunki dyplomatyczne natychmiast!

Miś na miarę

27 grudnia obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Modlitwy o Szybszą Przemianę Materii. W tym roku również zmarnowaliśmy szansę na nawrócenie.

***

Media podają informację o radnym PiS Rafale Szymańskim z Jeleniej Góry, który opublikował na swoim profilu post na temat aborcji. Jego odpowiedź na komentarz jednej z internautek wywołała spore oburzenie. Poradził kobiecie, aby „macicę wyrzuciła do kibla”. Radny Szymański to ponoć przewodniczący Komisji Kultury.

***

To zapewne w ramach wolności do wrzucania do kibla macic oraz innych części ciała minister kultury Piotr Gliński otrzymał prestiżowy tytuł „Człowieka Wolności” tygodnika „Sieci”.

***

Ryszard Petru przed Galerią Mokotów wezwał opozycję do zjednoczenia.
Przemawiał sam. Obecności pozostałych pięciu króli pod galerią nie stwierdzono.

Miś na miarę

Przegląd ostatnich wydarzeń w polskim szołbiznesie.

 

Ryszard Petru założył nową partię, ale najwyraźniej o tym zapomniał. „Ja teraz tworzę partię Razem. Przepraszam, partię Teraz. Partię Teraz, przepraszam” – powiedział w rozmowie z TVN24.
Nawet nie zauważył, że przypadkiem wymyślił najlepszą dla siebie nazwę partii: Partię Przepraszam.

***

Zespół projektowy Centralnego Portu Komunikacyjnego w Barnowie zaprezentował logo lotniska. Dołączone do niego zdjęcia przedstawiały projekt holenderskiego portu Schiphol, który ma powstać do 2023 roku. Użyto ich bez praw autorskich. To tak jak całe państwo PiS.

 

***

Syn Mariusza Kamińskiego pracuje w Banku Światowym, syn Ryszarda Czarneckiego w MON/ Czyżby Beata Szydło była jedyną z partii, która nie pomogła załatwić synowi roboty?

 

***

Nowoodsłonięty pomnik Lecha Kaczyńskiego, który stanął w Warszawie na Placu Piłsudskiego, nie ma obrączki na palcu. Rzeźbiarz zapomniał ją zaprojektować. Pomyłka, to ten drugi ma koty!

 

***

Katarzyna Lubnauer napisała na Twitterze, że PiS nie ma już polityków, z którymi może iść do centrum, ponieważ „wiadomo było, że Morawiecki szybko się zurzyje”. Oficjalnie przekroczyła rubikonia nieuctwa.