Strażnik głównego rynsztoka

Nie mam już siły na obrońców tzw. III RP. Niestety, ci ludzie są jak bumerang – ciągle wracają. A czasem jeszcze z bratnią pomocą.

Ileż to już naczytałem się wzniosłych i nadętych peanów na cześć transformacji! Pal licho, jeśli są to po prostu propagandowe popłuczyny prawicy, która jest jej polityczną beneficjentką. Trudno mieć uwagi do uciechy tych, którzy na niej skorzystali nie tylko kolonizując każdy skrawek przestrzeni publicznej, ale także serca i umysły swoich – przynajmniej teoretycznie biorąc – przeciwników politycznych.
Zanim jeszcze doszło do „zamachu w Smoleńsku” i zanim rozgorzała wojna o inwestyturę pomiędzy PO i PiS, religią, która subordynowała społeczeństwo (w Polsce i w całym Bloku Wschodnim) był antykomunizm. Ta najbardziej zbrodnicza ideologia, jaką wykoncypowała ludzkość, dziś także jest wszechobecna, ale już bardziej jako tło niż bezpośrednie narzędzie formatowania nastrojów społecznych. Tylko na skrajne grupki KOD-erskich cyrkowców, antykomunizm jako taki może działać ożywczo. No i dla ekstremistycznych facecjonistów typu poseł-elekt Grzegorz Braun, dla którego wszystko jest w Polsce post-sowieckie, albo Stanisław Michalkiewicz, wedle którego żydokomuna czai się za każdym rogiem z kijem baseballowym w ręku.
Ale ich można jeszcze jakoś zrozumieć. Najbardziej dokuczliwe są wyrażone z górnolotną, syntetyczną powagą komunikaty o śmiertelnych niebezpieczeństwach jakie zawisły nad „dorobkiem III RP” przez osoby, którym udaje się pozycjonować jako lewica. Spiskowo-ksenofobiczny ton ludzi takich jak Tomasz Piątek czy Przemysław Witkowski, którzy „ruską agenturę” tropią pewnie nawet w swoich lodówkach poraża. Demonstracyjnie troskliwe komentarze Jakuba Majmurka na wysokim C o „Zachód” są jak braunowskie alarmistyczne wezwania do obrony cywilizacji łacińskiej. Bo co to będzie, jak Polska ją opuści? Wszyscy umrzemy. A wspólnym mianownikiem tego jest oczywiście uznanie dogmatu o transcendentalnym dobru transformacji. W ten sposób tworzy się oddziały strażników bezkrytycyzmu, których moralność naruszają np. rozliczne nagonki wszczynane przez Kaczyńskiego, ale gdy przychodzi do przehandlowania braku bezdomności i pełnego zatrudnienie za „demokrację” i wolny rynek, to już spoko.
Gdyby jednak wątpliwości tego rodzaju rozeszły się po ludziach za bardzo lub gdyby nie nastarczyło argumentów, z bratnią pomocą przyjdzie zawsze Zachód. Nie wiem czy apologetom III RP zabrakło w Polsce paliwa, nie sądzę. Jednak ogólniej patrząc, w Europie, po kapitulacji socjaldemokratów i przejściu na całej oficjalnej lewicy na wiarę neoliberalno-euroatlantycką do głosu zaczęła dochodzić prawicowa ekstrema. Polska nie jest wyjątkiem. Walką z tą nawałą jest bardzo trudna, gdyż strona przeciwna nie ma do zaproponowania niczego poza powrotem do status quo.
Przekonuje o tym Shaun Walker, brytyjski dziennikarz z – a jakże – lewicowego The Guardian. Popełnił był ów przedwczoraj wielki pean na temat tego, jak to Europa Wschodnia nigdy w historii nie miała się lepiej niż teraz, jak to wszystkim nam żyje się czarownie i jak to wszystko jest zasługą przemian po 1989 r. Jest to tekst propagandowy, który powinno się umieścić jako specjalny wzorzec, albo w jakimś muzeum. Kompozycja półprawd i statystycznych manipulacji jest tam naprawdę misternie skonstruowana.
Trzeba być łajdakiem, a nie dziennikarzem, żeby ocean cywilizacyjnego upadku jaki powstał w Europie Wschodniej nazywać „Golden Age”.
Do niedawna ponad 60 proc. Polek i Polaków żyło na granicy ubóstwa. W 2018 r. pomimo wdrożenia różnych transferów socjalnych znacznie wzrosło skrajne ubóstwo. Zjawisko niemal nieznane przez 1989 r.
Polską rządzi partia fundamentalistycznego, autorytarnego dziadostwa, która rząd dusz kupuje sobie drobnymi wydatkami na socjal; to dzięki temu, że kraj został w latach 90. zdewastowany ekonomicznie. Organizowane są dzikie nagonki na imigrantów i osoby nieheteronormatywne.
Po przyjęciu Polski do Unii Europejskiej i otwarciu rynku pracy z kraju wyemigrowało za chlebem ponad 2 mln ludzi.
Od początku transformacji zlikwidowano w Polsce kilkanaście tysięcy szkół, bibliotek, przedszkoli i żłobków.
Służba zdrowia nigdy nie podniosła się po zadanym jej w pod koniec lat 90. zarażeniu rakiem zwanym najpierw Kasami Chorych, a później Narodowym Funduszem Zdrowia. Niedawno najważniejszy szpital w Polsce – przy stołecznej ul. Banach zamknął dziewięć sal chirurgicznych.
I żeby nie było tak polonocentrycznie, dorzucę jeszcze co nieco o Bułgarii.
Transformacja ustrojowa spowodowała wyludnienie kraju. Bez wojny, bez przejścia frontu, bez jednego wystrzału z demograficznej mapy Bułgarii zniknęła 1/3 nacji. Z blisko dziesięciomilionowego państwa stała się pustynią. Pozostało tam ok. 6 mln obywateli z czego dwa mieszkają w Sofii.
Dorasta drugie pokolenie analfabetów wśród przedstawicieli mniejszości romskiej od kiedy zlikwidowany został obowiązek pracy oraz spółdzielnie rolnicze i tzw. wojska zawodowe.
W Bułgarii eksplodowała niesamowita fala rasizmu, ksenofobii, homofobii i innych tego typu nienawistnych trendów. Ich polityczne demonstrowanie było wcześniej ścigane.
Premierem tego kraju jest gangster.
Największą grupą emerytów są ci pobierający minimalną emeryturę. Wynosi 220 lewów, czyli ok. 450 zł.
Do Walkena to na pewno nie dotrze. Ale może jakiemuś wielbicielowi Guardiana da do myślenia.

 

Mit

Śmierć premiera Jana Olszewskiego PiS próbuje wykorzystać do zbudowania kolejnego mitu założycielskiego prawicy.

Szanowni Czytelnicy. Tym tekstem w pewnym stopniu łamię polską zasadę. Mówiącą, że o zmarłych należy mówić wyłącznie dobrze. Albo wcale. Pamiętam jak to było 9 lat temu. Gdy po katastrofie pod Smoleńskiem staraliśmy się unikać przypominania, że sondaże prezydenckie były bezlitosne dla zmarłego Lecha Kaczyńskiego. I nie dawały mu żadnych szans na reelekcję w wyborach zaplanowanych na jesień 2010 roku. Ale gdy większość rodaków pogrążona w smutku zapalała świeczki przed Pałacem Prezydenckim – inni działali. Doprowadzając do tego, że ten niczym specjalnym niewyróżniający się prezydent dzisiaj spoczywa na Wawelu.
Dlatego jeśli nie zareagujemy na czas, Jarosław Kaczyński zdąży napisać po swojemu kolejne karty historii. Przypomnijmy sobie, jak to było z półrocznym rządem Jana Olszewskiego.

Upadek

Dwa lata temu bez większego echa przeszła „Uchwała Senatu RP w 25. rocznicę odwołania rządu Jana Olszewskiego”. Takich okolicznościowych uchwał powstaje w parlamencie wiele. Zwykle przyjmowane są znaczną większością głosów lub wręcz przez aklamację. W przypadku tej uchwały było inaczej. Głosowało za nią wyłącznie 54 senatorów i senatorek Prawa i Sprawiedliwości. Zaś treść uchwały w ewidentny sposób wypaczała prawdę historyczną.
„W atmosferze bezkrwawego zamachu stanu, odwołano rząd Premiera Jana Olszewskiego” – napisali w uchwale parlamentarzyści PiS-u. Wiem, że słowo „zamach” to ulubiona retoryka Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Ale tak jak nie było żadnego zamachu 10 kwietnia 2010 roku, tak również nie było „zamachu stanu” ani 4, ani 5 czerwca 1992 roku. Na tragiczny skutek katastrofy prezydenckiego Tupolewa złożyło się wiele okoliczności. Przede wszystkim brawura pilotów próbujących lądowania w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Zaś koniec rządu Jana Olszewskiego był naturalnym skutkiem braku większości w Sejmie.
Pamiętamy, że w wyborach parlamentarnych w 1991 roku nie było progu wyborczego. Dlatego w ławach sejmowych zasiedli przedstawiciele i przedstawicielki 29 ugrupowań. Z tej liczby aż 11 formacji miało zaledwie po 1 mandacie. Historia pokazała, jak trudno było w takich warunkach rząd sformować. I jak łatwo go zmienić.

4 premierów

W dwuletniej kadencji Sejmu w latach 1991-93 do fotela premiera przymierzało się aż 4 kandydatów. Pierwszemu, Bronisławowi Geremkowi, desygnowanemu przez prezydenta Wałęsę w 1991 roku – nie udało się sformować gabinetu. Podobnie było z Waldemarem Pawlakiem, próbującym stworzyć rząd w 1992 roku – po upadku gabinetu Jana Olszewskiego.
Dwoje pozostałych premierów nie przetrwało nawet roku w swoich premierowskich gabinetach. Rząd Jana Olszewskiego upadł po 181 dniach, a rząd Hanny Suchockiej po 322 dniach (licząc do dnia przegłosowania wotum nieufności). Pod koniec swoich rządów Jan Olszewski dysponował poparciem zaledwie jednej czwartej parlamentarzystów.
Wyobraźmy sobie, że w obecnym Sejmie z PiS-u do opozycji przechodzi nagle połowa posłów i posłanek. A Mateusz Morawiecki pozostaje z poparciem stu kilkunastu głosów. Przecież taki rząd przetrwałby co najwyżej do najbliższego posiedzenia Sejmu. Tylko rozdrobnieniu i skłóceniu ówczesnego Sejmu Jan Olszewski zawdzięczał swoje aż 181‑dniowe rządy. Mówienie o „bezkrwawym zamachu stanu” lub o „koalicji strachu donosicieli” (takie sformułowanie pada też w uchwale senackiej) jest fałszowaniem historii.
„Oprócz racji, trzeba też mieć większość” – powtarzał wielokrotnie premier Leszek Miller. I wiedział, co mówi.

Wielki destruktor

To fakt, Polska aż do dzisiaj nie potrafiła zamknąć tematu lustracji i „teczek”. Czego najlepszym przykładem jest Kazimierz Kujda, najświeższy „bohater” jednej z licznych afer teczkowych III RP. Ale czy winę za to ponosi opisana przez senatorów PiS „koalicja strachu donosicieli”? Bzdura!
Niemcy mieli Joahima Gaucka, duchownego luterańskiego i bezpartyjnego działacza. Który potrafił w sposób merytoryczny zająć się aktami pozostawionymi przez Stasi. A w Polsce Jan Olszewski wziął sobie do pomocy Antoniego Macierewicza, mianując go ministrem spraw wewnętrznych swojego rządu. I na dodatek zlecając przygotowanie i upublicznienie listy rzekomych agentów.
Antonii Macierewicz nie zmienił się. Był, jest, jest i pozostanie do końca swoich politycznych dni „wielkim destruktorem”. Zaledwie w półtora roku potrafił zdezorganizować polskie wojsko i powyrzucać wielu kompetentnych oficerów. W 1992 roku to on podłożył „teczkową bombę” wysadzając przy okazji swój rząd. Można jedynie spekulować, jak wyglądałaby polska rzeczywistość, gdyby pozwolono Antoniemu Macierewiczowi działać wówczas dalej.

Nocna zmiana

Wielką furorę na prawicy zrobił film Jacka Kurskiego „Nocna zmiana”, ukazujący kulisy negocjacji polityków związane z głosowaniem wotum nieufności wobec rządu Jana Olszewskiego. I faktycznie, wielu z nas może poczuć niesmak, słysząc targi polityków.
Ale jest doskonała „odtrutka” dla tych, którzy skłonni byliby uwierzyć, że Jacek Kurski w swoim filmie odkrywa kulisy „bezkrwawego zamachu stanu”. To tak zwane „taśmy prawdy” ujawnione w programie telewizyjnym Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego. Adam Lipiński, prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości i Wojciech Mojzesowicz, nowy „nabytek” PiS-u, rozmawiają z posłanką Samoobrony Renatą Beger. Temat jest tego samego rodzaju jak w 1992 roku: większość parlamentarna. Tym razem to PiS ma kłopot. I nie rezygnując z metod zwanych potocznie „korupcją polityczną”, stara się sobie zapewnić większość w Sejmie.
Obie taśmy: „nocnej zmiany” i rozmów Adama Lipińskiego z posłanką Beger w hotelu sejmowym można z powodzeniem wrzucić do jednego worka. Załączając do nich etykietę zawierającą starą maksymę cesarza Wilhelma II: „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i jak się robi parówki”.
Beznadziejny
„Nie było programów, były słowa, brakowało czynów, brakowało sił sprawczych, brakowało w końcu odpowiednich fachowych ludzi, którzy potrafiliby wszystkie głośno wypowiadane zamierzenia zrealizować. Miał być to rząd nadziei, był to rząd beznadziejny” – tak podsumował 181‑dniowe rządy Jana Olszewskiego ówczesny przewodniczący klubu SLD Aleksander Kwaśniewski.
Podobnie źle ocenili prawicowe rządy Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej wyborcy. W wyborach parlamentarnych w 1993 roku klęskę poniosły obie strony konfliktu politycznego będącego przyczyną upadku rządu Jana Olszewskiego. Wybory wygrała koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej uzyskując 171 mandatów w Sejmie. Porozumienie Centrum, będące jednym z filarów rządu Olszewskiego nie przekroczyło progu wyborczego. Kongres Liberalno‑Demokratyczny, podpora z kolei rządu Hanny Suchockiej, też znalazł się pod progiem wyborczym. I takiego rachunku wystawionego przez wyborców – nie zmieni żaden mit o rzekomej wielkości rządu Olszewskiego.

Mit

Każda siła polityczna potrzebuje w polityce swojego mitu założycielskiego. Na naszych oczach taki mit buduje wokół siebie Robert Biedroń. Były poseł i polityk z 20‑letnim stażem stara się wykreować na kogoś dopiero rozpoczynającego działalność polityczną. I trzeba przyznać, jak na początek, idzie mu to nieźle.
Gorzej z „mitologią” PiS-u. Antoni Macierewicz po raz kolejny zawiódł. Już nawet w PiS-ie nikt nie wraca do „niezbitych dowodów” w postaci pękających parówek i puszek po coca-coli. O rzekomym „zamachu smoleńskim” -cisza. To puste miejsce politycy prawicy starają się zapełnić innym rzekomym zamachem. „Bezkrwawym zamachem stanu” z czerwca 1992 roku – którego też nie było.
Każda polityczna „mitologia” ma swój język. To dlatego Lech Kaczyński nie zginął śmiercią tragiczna w katastrofie lotniczej. Ale poległ. A rząd Jana Olszewskiego nie upadł po prostu. Jak dziesiątki innych rządów na świecie. On został „obalony”. Słowa, słowami. Ale nierzadko za warstwą lingwistyczną kryje się chęć poprawienia historii.

Ogień

Będąc zmuszonym do sięgnięcia pamięcią wstecz do początku lat dziewięćdziesiątych, przypomniałem sobie niektóre inne fakty będące następstwem upadku rządu Olszewskiego – popieranego przez Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Tyle że o niektórych z nich prezes PiS wolałby dzisiaj zapomnieć.
4 czerwca 1993 roku, w pierwszą rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego z inicjatywy Porozumienia Centrum zorganizowano w Warszawie demonstrację zwaną „marszem na Belweder”. Na zdjęciach z tamtych lat bez trudu rozpoznamy Jarosława Kaczyńskiego i Adama Glapińskiego, idących na czele kilkutysięcznego tłumu. Podczas manifestacji spalono kukłę urzędującego prezydenta Lecha Wałęsy.
Lech Wałęsa był złym prezydentem – moja ocena jest jednoznaczna. Ale są granice, których przekraczać nie wolno. Po śmierci prezydenta Adamowicza nasiliła się dyskusja o „mowie nienawiści”. Politycy obwiniają się wzajemnie. Ale mało kto pamięta, że korzenie mowy nienawiści sięgają aż tak daleko. Czym różni się spalenie kukły człowieka od zawieszenia na szubienicy jego portretu?
„A skądinąd tego rodzaju wydarzenia, tutaj w demokratycznym świecie i przedtem i potem się wielokrotnie zdarzały. A w Polsce zrobiono z tego niebywałą historię…” – tak kiedyś skomentował Jarosław Kaczyński spalenie kukły Wałęsy. Te jego słowa, być może, tłumaczą dzisiejszą opieszałość w ściganiu narodowców z Katowic.
Premiera nie było
To znamienne! Premier Olszewski odciął się od „marszu na Belweder” w roku 1993. Nie było go tam. Mimo że marsz zorganizowano dla upamiętnienia upadku Jego rządu. I na potrzeby tworzenia mitu założycielskiego prawicy Kaczyńskich.
Szkoda, że każdy kolejny mit PiS-u ma w tle ludzki dramat. Śmierć każdego człowieka wymaga refleksji. Zadumy. Dla niektórych – modlitwy. Współczucia dla rodziny. Bliskich.
Jan Olszewski był cenionym prawnikiem. Obrońcą represjonowanych w latach PRL-u. Człowiekiem wysokiej kultury i uczciwości. Ale nie zapisał się na kartach historii jako wybitny premier polskiego rządu. Wykorzystywanie Jego śmierci do pisania na nowo historii tamtych lat – jest po prostu niegodziwe.

Alkohol traktuje kobiety gorzej

1. Alkohol nie jest ożywiony. Nie działa intencjonalnie na czyjąś szkodę lub korzyść. To nie alkohol jest „seksistowską świnią”, to społeczeństwo jest seksistowskie.

2. Świadczy o tym nie tylko zestaw metafor użyty przez twórców niefortunnej jak na razie kampanii, ale również ich reakcja na jej odbiór. Kiedy do agencji Chromatique dotarły pierwsze sygnały o bardzo złym przyjęciu formuły filmików przez internautki, jedna z autorek zabrała głos. I choć w swoim wywodzie zapewniała, że „nie chce nikogo strofować” tak to właśnie zabrzmiało: babeczki no, jesteście przewrażliwione, nie zrozumiałyście. A my wam tu przecież, dla waszego dobra, niedouczki wy nasze, dawkujemy zarówno napięcie, jak i ekspercką wiedzę: że metabolizm, że więcej tkanki tłuszczowej, że się szybciej uzależnisz, jak będziesz piła tyle samo, co twój chłopak („nie powinnyśmy na imprezie z partnerem czy mężem pić tych trzech drinków, bo na niego one tak nie zadziałają jak na nas”). My nauczymy was pić mądrze („chcemy budować tą świadomość kobiety, która zna swoje ograniczenia biologiczne i jest w stanie wybrać odpowiedni dla niej model spożywania alkoholu”). Dzięki nam przestaniecie pić tak jak do tej pory piłyście, czyli głupio.

3. I nie jest ważne, kobitki, jak to odebrałyście. A jak odebrałyście źle, to albo nie obejrzałyście wszystkiego (więc łaskawie zamilczcie i zaczekajcie), albo oglądałyście nieuważnie i się nie znacie. I to wcale nie jest z naszej strony seksizm ani paternalizm.

4. W powszechnej świadomości i w ostatnich dyskusjach wokół kampanii z Jackiem Braciakiem nadal widać, że pijący mężczyzna jest zjawiskiem oswojonym, a pijąca/pijana kobieta nie. „Czy feministki uważają, że prawem każdej nowoczesnej kobiety jest nawalić się jak meserszmit?” – pytają w internecie. Owszem, jest. Dokładnie tak samo, jak prawem każdego nowoczesnego i (nienowoczesnego) mężczyzny, bo mieści się w zakresie decyzji, które podejmuje każdy nieubezwłasnowolniony człowiek. Niezależnie również od płci każdym przypadku, gdy sięgamy po alkohol, działają na nas te same uwarunkowania społeczne…

5. … o których kampania milczy. Operuje za to językiem obwiniania (klasyczna metafora z za krótką spódnicą wstaje z grobu). Zakładając kusą kieckę, narażasz się na gwałt. Pijąc za dużo, narażasz się na bliskie spotkania z panami wyznającymi Teorię Ziemkiewicza („kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej, niech pierwszy rzuci kamień”). A więc: bądź grzeczna i się pilnuj. Bo dostaniesz po łapach boleśniej niż dostałby on. My tylko ostrzegamy. Więc lepiej skumaj i się szanuj.

6. „Chodzi nam o to, żeby kobiety miały odwagę zawalczyć o siebie i świadomość, że siła do obrony tkwi w nich, a nie na zewnątrz. I o tym jest ta kampania, żeby kobietom przypomnieć, że to w nich jest moc decyzji, żeby nie dały się w tą (w zamyśle toksyczną – WK) relację wplątać i nie ważne czy to jest partner, czy substancja psychoaktywna, która je zniewala” – mówi dalej Ewa Lach z agencji Chromatique.
Takie stawianie sprawy to z jednej strony próba zachęty do większej emancypacji, w założeniu słuszna, z drugiej jednak śmierdzi modnym dziś kołczingiem zakładającym, że „wszystkie odpowiedzi są w tobie”, więc w razie czego „znajdziesz w sobie siłę”. To filozofia, która czyni człowieka w pełni odpowiedzialnym za jego wszystkie sukcesy i porażki, lekceważąca w niebezpieczny sposób procesy społeczne, relacje międzyludzkie, pochodzenie, warunki bytowe, inne niezależne okoliczności. „Nie daj się wplątać”, „dostajesz to, na co się godzisz” to koszmar naszych czasów. Alkoholizm ma różnorodne, skomplikowane tło.

7. To o tym powinno się mówić w odniesieniu do „picia kobiet”, jeżeli już tak bardzo chcemy uczynić akurat to tematem kampanii. Mówić ze zrozumieniem. Bo nigdy, ale to nigdy nie należy zapominać, że uzależnienie jest symptomem. Samo trzymanie nałogu na wodzy niewiele pomoże, jeśli nie wyeliminujemy lub nie ograniczymy wpływu pierwotnych jego przyczyn. Tak, PARPA od kilku ładnych lat sygnalizuje powody (i jest ich więcej niż 10), czemu kobiety (o przeróżnym statusie materialnym i kapitale społecznym) coraz częściej spożywają alkohol w niebezpiecznych dla nich ilościach. Pogadajmy o tym, gdzie i jak mogą szukać pomocy, zanim spadną na nie dodatkowo skutki uzależnienia.

8. Język tej kampanii po prostu zastrasza. Powoduje dodatkową traumę u osób, które faktycznie doświadczyły przemocy domowej. To niestety świadczy o kosmicznej bezmyślności. I słuszność ma Maja Staśko, poddając w wątpliwość, czy przy tworzeniu spotów wzięto pod uwagę zdanie terapeutów uzależnień i dla ofiar przemocy. Jest milion lepszych sposobów na to, żeby zobrazować tezę „alkohol bywa zdradliwy”.

9. Użyte w filmikach przykłady są chybione. „Jesteś słaba”, „zabiorę ci dzieci”, „do niczego się nie nadajesz” – to kwestie, które prędzej usłyszymy od przemocowego partnera niż od poddanego personalizacji „alkoholu”. Jeśli już tak bardzo chcemy trzymać się tego chwytu – pokażmy, jak kusi: ze mną poczujesz się odważniejsza, od wszystkiego się oderwiesz. Ze mną twoje życie nie będzie już gówniane, zniknie poczucie braku. Ze mną staniesz się królową życia! Gdyby ten nasz „pan alkohol” odstraszał od siebie na wejściu, jak czyni to aktor na filmiku, zamiast dawać chwilową ulgę, nikt by się nigdy odeń nie uzależnił.

10. Cała ta kampania to jedno wielkie pomieszanie przyczyn i skutków, które niestety prowadzi do znanego, ogranego refrenu: mądra, szanująca się panienka, kobieta z klasą, świadoma zagrożeń „nie pozwala sobie”, „nie dopuszcza” do pewnych sytuacji, ma „pod kontrolą”. I w efekcie wygrywa. Nikt nie przypnie jej już łatki. No nie, kochani copywriterzy, to wszystko niestety aż tak prosto nie działa.