Głos lewicy

Gdzie czerwony sztandar?

Nie tylko Wincenty Elsner ma dość „czekania w przedpokoju Schetyny”. Ma go dosyć również Łukasz Moll:

Lewica pozwoliła, żeby gość, który zakłamuje tradycję ruchu ludowego i robi z PSL konserwatywną, kościółkową partię „wiejskiego mieszczaństwa”, gotową odgrywać rolę partnera kompradorskich neoliberałów (współczesny odpowiednik szlachty), a przez mainsteam jest lubiany, bo dobrze wygląda w garniturze, a zamiast onuców nosi nawet markowe buty, decydował o tym, gdzie jest miejsce lewicy na scenie politycznej, z kim powinna startować i w jakim celu. Ma ona zająć miejsce, które Panu Kosiniakowi-Kamyszowi pokazały badania, bo tak łatwiej będzie zrealizować cel nadrzędny, a właściwie jedyny dla niego i Schetyny: odsunąć PiS od władzy, bez żadnej wizji czy programu. „Do konta, lewaki, i róbcie Waszą koalicję, a my zrobimy swoją” – nakazuje Kosiniak-Kamysz. A w kolejnym zdaniu stanowczo oświadcza, że takie ekstremizmy jak prawa LGBT i krytyka kościoła to nie z nim. Z PO i Nowoczesną nie przejdą zaś takie komunistyczne rozwiązania jak socjal dla tych, którym pracować się nie chce i wstrzymywanie zawsze niedokończonej prywatyzacji. Rząd opozycyjny ma być demokratyczny i praworządny, tak jak demokratyczne i praworządne były wszystkie rządy nie-pisowskie po 1989 roku: ma być to demokracja bez zapewnienia społeczeństwu warunków realnego udziału w życiu publicznym i w dochodzie narodowym i praworządność bez równych praw i gwarancji wolności obywatelskich. O żadnej korekcie mowy nie ma. Niżej już upaść lewica naprawdę nie może. Taką bezpodmiotową, uległą „strategią” zabieracie jakiekolwiek widoki na prowadzenie lewicowej polityki w tym kraju na lata. Lewica jeszcze bardziej będzie postrzegana, zwłaszcza przez ludzi młodych jako smród pałętający się po liberalnych gaciach, jako przystawka establishmentu. Tym bardziej szkodliwe, że wcześniej była ta gadka o autentyczności, „Czerwony sztandar”, kaszkiety i gazetki z Daszyńskim. Teraz tradycja ta – zupełnie tak samo jak ruch ludowy przez Kosiniaka-Kamysza – wpisana zostaje gładko jako lewe skrzydło Frontu Ocalenia Narodowego robionego przez Schetynę.

Piesi kontra kierowcy

Remigiusz Okraska o sytuacji na polskich drogach:
Gdyby w Polsce szanowało się przepisy i prawo, a przede wszystkim ludzkie życie i zdrowie, takie coś wywołałoby polityczne, ustawodawcze i wszelkie inne trzęsienie ziemi: „Tylko jeden na dziesięciu kierowców nie przekracza dozwolonej prędkości w rejonie przejść dla pieszych. Mitem są piesi zapatrzeni w smartfony i piszący SMS-y. Ministerstwo Infrastruktury ujawniło wreszcie ukrywany od kilku miesięcy przed opinią publiczną zatrważający raport. […] Pomiary terenowe prędkości pojazdów wykazały, że w obszarach o dopuszczalnej prędkości 50 km/h, czyli w obszarach zlokalizowanych w miastach i małych miejscowościach, ok. 85 proc. zbadanych kierowców przekracza dozwoloną prędkość, a poza obszarami zabudowanymi o dopuszczalnej prędkości 70 km/h, aż 90 proc. zbadanych kierowców przekracza dozwolony limit prędkości – czytamy w dokumencie. […] Ciekawe natomiast są wnioski dotyczące zachowań pieszych. Przeczą one powtarzanym od lat stereotypom o „zapatrzonych w smartfony i piszących wiadomości”. Okazało się, że z telefonami w rękach chodzi jedynie 5 procent pieszych. A tylko jeden procent cokolwiek w tym czasie pisze. – Nie stwierdzono znacznych problemów związanych z nieprawidłowymi zachowaniami pieszych. Co prawda 7 proc. zbadanych pieszych przekraczało jezdnię na czerwonym świetle, ale takie zachowanie w większości przypadków wystąpiło przy bardzo niesprzyjających warunkach dla pieszych, np. przy długim czasie oczekiwania na zielone światło przy jednoczesnym braku pojazdów. Nieznaczna grupa pieszych rozmawiała przez telefony komórkowe (5 proc.), pisała wiadomości tekstowe (1 proc.) czy słuchała muzyki (1 proc.). Przechodzenie w miejscach niedozwolonych (8 proc.) występowało przede wszystkim na ulicach osiedlowych o małych natężeniach ruchu pojazdów – głosi raport”. Teraz, gdy mamy fachowe badania w ręku, lobby piratów drogowych i potencjalnych morderców nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Wciąż pozostaje jednak pytanie, ile jeszcze osób musi zginąć, ile odnieść ciężkie i trwałe obrażenia, ile dzieci trzeba osierocić, ilu członków rodzin stracić, i tak dalej, żeby to zorganizowane antyludzkie szaleństwo zacząć na serio i bez szukania wymówek ograniczać i zmniejszyć do możliwego minimum tak, jak zrobiły to inne kraje. Te szanujące życie na serio. Te nie wahające się go bronić nie moralizowaniem, lecz zakazem, mandatem, radiowozem, progiem zwalniającym, surowym egzekwowaniem przepisów.

Głos lewicy

Zdrada, ale…

Łukasz Moll komentuje postawę „Solidarności” wobec strajku nauczycieli:
Trzy spostrzeżenia wyprowadzające, mam nadzieję, poza schemat myślowy:
1. Tak, to partyjna zdrada „Solidarności” kosztem solidarności pracowniczej, ale wszystkie partyjne związki mają na swoim koncie takie smutne zagrywki. Problem jest systemowy i wypływa z punktu 2.
2. Fajnie, że nagle wszystkie partie kleją się do nauczycieli, ale trzeba im zadać pytanie: jeśli PiS, który w odróżnieniu od Was potrafił uruchomić duże programy społeczne, pieniędzy na podwyżki nauczycieli nie znalazł, to jak Wy zamierzacie znaleźć? Konkretne wyliczenia prosimy. Problem jest systemowy i wypływa z punktu 3.
3. Nie jest przypadkiem, że wszystkie ważniejsze pracownicze ruchawki ostatnich lat – nauczyciele, Czarny Protest, opiekunki osób niepełnosprawnych, pracownicy opieki społecznej, pielęgniarki, lekarze-rezydenci, „Dziady kultury”, ogrzewanie mieszkań, spór o wolne niedziele – to walki o dowartościowanie pracy reprodukcyjnej. Tu tkwi fundamentalny problem polskiego kapitalizmu: wytwarzanie rzeczy i śmieci jest bardziej cenione niż troska o ludzi, relacje społeczne, zdrowie, kulturę. Dlaczego żadna siła polityczna nie czyni tego rozpoznania rdzeniem swojej strategii i przekazu?

Żegnaj, węglu!

– Będzie perspektywa odchodzenia od węgla w sposób przewidywalny i rozsądny – mówił w „Sygnałach Dnia” Włodzimierz Czarzasty, odnosząc się do założeń Koalicji Europejskiej na nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego.
– Po pierwsze, uważamy, że odejście od węgla powinno być stopniowe i trwać około 20 lat. Po drugie wiemy, jaki będzie koszt, bo obserwujemy taki proces w Niemczech. W Polsce według nas będzie to kosztowało około pół biliona złotych. Po trzecie musi się to wiązać z innymi sprawami, to znaczy np. znalezieniem alternatywnych źródeł energii. Trzeba wdrożyć olbrzymi program oszczędnościowy energii, ocieplania budynków (…) Trzeba też zabezpieczyć pracę osób pracujących przy węglu – stwierdził lider SLD.
Info: skld.org.pl

Polexit u bram?

Bogusław Liberadzki komentuje w „Przeglądzie Socjalistycznym”:
Rząd polski demonstruje często swoją opozycyjność w Unii i to na wielu obszarach, począwszy od polityki integracyjnej, praworządności, energetycznej, klimatycznej itd. Polska chętnie też wspiera inicjatywy „konkurencyjne” w stosunku do Unii Europejskiej. Przykłady, to chociażby Trójmorze, oś Warszawa-Rzym, goszczenie przedstawicieli partii populistycznych, eurosceptycznych. Główny nurt Unii, to strefa euro wraz z Schengen. Tymczasem ciągle nie podejmuje się rzeczowej debaty w sprawie przystąpienia (lub skutków nieprzystąpienia) do strefy euro.
Polexitem nie straszy opozycja, to partie rządzące stwarzają symptomy woli wyjścia z Unii Europejskiej, pomimo deklaracji zaprzeczających. Premier rządu Zjednoczonej Prawicy zaczęła urzędowanie od wyprowadzenia flag Unii z Kancelarii, prominentni posłowie mówili o szmacie, a nie o fladze Unii, członkowie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w Parlamencie Europejskim (a do tej grupy parlamentarnej należy PiS) nie zawsze wstają, gdy jest grana „Oda do Radości”, padła wypowiedź bardzo ważnej osoby PiS, iż być może w Polsce też trzeba rozważyć potrzebę przeprowadzenia referendum na wzór brytyjski. Można usłyszeć w Polsce, że Unia jest wyimaginowaną wspólnotą, a bez środków z Unii też zbudowalibyśmy autostrady. Mówili to ludzie na najwyższych stanowiskach państwowych.
Opozycja słuchając musi więc się niepokoić i niepokój ten przekazać społeczeństwu, które jest proeuropejskie.

Świetny tytuł!

Ostatnie już terminy, gdy można nabyć ze stoisk prasowych nr 1 (I/II) tegorocznego „Le Monde Diplomatique”, edycji polskiej, numer naprawdę pasjonujący. Otwierają go teksty wstępne Stefana Zgliczyńskiego („Wiosna nasza?”) i Przemysława Wielgosza („Może być tylko lepiej”), napisane w reakcji na pojawienie się zimą Wiosny Roberta Biedronia i wyrażające nadzieję na nową wiosnę polskiej lewicy. Po nich, m.in., Łukasz Moll i Michał Pospiszyl serwują ciekawy i erudycyjny esej „Filozofia polityczna motłochu”. Serge Halimi i Pierre Rimbert napisali błyskotliwy esej o „Walce klas we Francji”, z ciekawymi analogiami historycznymi i odwołaniami do literatury. O szokującym zjawisku „Ratingu obywateli w Chinach” mówi tekst René Raphaela i Ling Xi. Obszerne studium o tym co dzieje się w Brazylii po zwycięstwie prawicowych, reakcyjnych populistów napisał Ladislau Dowbor („Brazylia: głupota i władzy”). O stuleciu „Bauhausu” Waltera Gropiusa napisał Lionel Richard. Są też recenzje kilku interesujących książek, m.in. „Służących do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak i „Końca pokoleń podległości” Jarosława Kuisza. Na koniec numeru dwa teksty o filmie Pawła Pawlikowskiego „Zimna wojna” – aprobatywna analiza Ewy Jasiewicz oraz ujęcie Jarosława Pietrzaka z akcentami krytycznymi odnośnie idei artystycznej i wymowy ideowej filmu („Antykomunizm dla estetów”).

Wesele 2.0

Dwa teksty na Facebooku. Elizy Michalik – dziennikarki Superstacji – i Łukasza Molla – lewicowego aktywisty. Skontrastowane. Mocne. O tym, gdzie jest prawdziwe życie, a gdzie „latte”. A gdy czyta się je obok siebie, to „Wesele” staje przed oczami. I słowa Gospodarza brzmią gdzieś w tle: „Orły, kosy, szable, godła, pany, chłopy, chłopy, pany, cały świat zaczarowany”. Bo to cały czas o tym samym, choć ponad sto lat później, w innej formie i w innym medium. Tylko pewnie tylko konkluzja będzie podobna: „Ostał ci się ino sznur”.

 

Mam dość

Dość już mam tego gadania, że nie znam prawdziwego życia. I tego głupiego, pogardliwego wyliczania: „Jesteś dziennikarką i mieszkasz w Warszawie, nie znasz prawdziwego życia”. „Stać cię na latte, nie znasz prawdziwego życia”, „Chodzisz do fryzjera, na miłość boską, co ty wiesz o prawdziwym życiu?”, „Co wy w Krakowie, we Wrocławiu wiecie o prawdziwym życiu?”, „Jedźcie na prowincję, to zobaczycie prawdziwe życie”.
Kto i kiedy zdecydował, że prawdziwe życie jest tylko na wsi, w biedzie czy braku wykształcenia i perspektyw, w wielodzietności, nałogach i posiadaniu paru stów miesięcznie na życie? (dla niepotrafiących czytać ze zrozumieniem: nie zrównuję tych rzeczy, po prostu wyliczam). Kto i kiedy uznał, że jeśli jesteś zdolną, utalentowaną, zaradną kobietą, fajnym, mądrym, zamożnym mężczyzną to twoje życie nie jest prawdziwe?
A jakie jest? Nieprawdziwe? Gorsze? Bo kto tak uznał? I dlaczego niby jego opinia ma mieć dla mnie wiążącą moc?
Mówi się tyle o jakiejś wydumanej pogardzie elit dla prostych ludzi – pogardzie, której ja nie widzę, bo znam wielu ludzi z „elit” którzy działają społecznie, pomagają biedniejszym od siebie,takim, których spotkało nieszczęście, choroba, czy wreszcie tym, co dostali od losu na starcie mniej szans.
I znam wielu mieszkańców owych wsi i małych miasteczek, którzy mają wszystko w nosie, biorą zasiłki , bo im się nie chce, oddają się piciu na umór lub zaleganiu całymi dniami przed głupimi serialami.
I nikt mi nie będzie mówił, że to ich życie jest prawdziwe, a nie moje nasze. Bo to jest dopiero chamstwo, to jest dopiero pogarda!
To nie elita gardzi zwykłym człowiekiem, ale zwykły człowiek gardzi elitą, nie szanuje jej, mówiąc „Ty nie znasz prawdziwego życia”.
Otóż każde życie jest prawdziwe i wartościowe i każde życie ocenia się po tym, co ktoś z nim zrobił.
Ja osobiście nigdy w życiu nie darzyłam nikogo szacunkiem z powodu funkcji, którą pełni: minister, bogaty przedsiębiorca, prezes, nauczyciel, sprzątaczka czy cieć – zawsze było mi wszystko jedno. Szanuję wyłącznie ludzi, a nie ich role społeczne czy sytuacje życiowe.
Zostałam dziennikarką, a moi znajomi są dziennikarzami, pisarzami, biznesmenami, prezesami, sportowcami i prawnikami i nie będę za to przepraszać. Korzyć się przed panią czy panem bezrobotnymi, czy jakimikolwiek innymi. Bo co? Bo ich życie, za które oni są odpowiedzialni, to moja wina? Bo ja jestem utkana z innej materii, taka nieprawdziwa,a oni – o… oni to innego, znają prawdziwe życie?
Oni to dopiero, w przeciwieństwie do nas, ludzi nieprawdziwych, ludzie z krwi i kości?
Bo każdy fajny, mądry, bystry człowiek sukcesu, jakiego znam powinien schować do kieszeni swoją pracę, talent, pracowitość, łut szczęścia, przyzwoitość, przyjaciół, pieniądze i swoje fajne, jak najbardziej prawdziwe życie, żeby oni nie poczuli się gorzej?
(Zresztą: kto powiedział, że mają gorzej?
Znam wielu nieszczęśliwych ludzi „sukcesu” z dużych miast i wielu zadowolonych z życia, mądrych dobrych ludzi ze wsi i małych miasteczek).
Niczyje życie nie jest bardziej czy mniej prawdziwe. Każdy człowiek ma swoje. Prawdziwe jedno życie.
I nie życzę sobie tej obrzydliwej pogardy i braku szacunku jakim jest mówienie mi, że moje życie nie jest prawdziwe.
Zajmijcie się swoim.

PS. Na marginesie, to takie cholernie polskie. Wszędzie na świecie szanuje się ludzi, którzy wbrew niesprzyjającym okolicznościom wyszli z biedy, nałogów, upadku, wyrośli ponad marne, biedne czy po prostu małe środowisko, ograniczonych perspektyw w których się urodzili, kręci się o nich filmy, pisze książki i podziwia. W Polsce hołubi się nędzę materialną, duchową i intelektualną, a zdolnych, mądrych, bogatych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe.

Eliza Michalik

 

Zostałem przegrywem

Dość już mam tego gadania, że nie znam prawdziwego życia. I tego głupiego, pogardliwego wyliczania: „Jesteś nikim i mieszkasz w Siemianowicach Śląskich, nie znasz prawdziwego życia”. „Nie stać cię na latte, nie znasz prawdziwego życia”, „Nie chodzisz do fryzjera, na miłość boską, co ty wiesz o prawdziwym życiu?”, „Co wy w Siemianowicach, w Zawierciu wiecie o prawdziwym życiu?”, „Jedźcie do stolicy, to zobaczycie prawdziwe życie”.
Kto i kiedy zdecydował, że prawdziwe życie jest tylko w wielkim mieście, w bogactwie czy szerokich perspektywach, w byciu singlem bez nałogów i posiadaniu kilkunastu tysięcy miesięcznie na życie? (dla nie potrafiących czytać ze zrozumieniem: nie zrównuję tych rzeczy, po prostu wyliczam). Kto i kiedy uznał, że jeśli nie jesteś zdolną, utalentowaną, zaradną kobietą, fajnym, mądrym, zamożnym mężczyzną to twoje życie nie jest prawdziwe?
A jakie jest? Nieprawdziwe? Gorsze? Bo kto tak uznał? I dlaczego niby jego opinia ma mieć dla mnie wiążącą moc?
Mówi się tyle o jakiejś wydumanej pogardzie prostych ludzi dla elit _ pogardzie, której ja nie widzę, bo znam wielu ludzi z „prostego ludu” którzy czytają strony plotkarskie o gwiazdach, śledzą na Instagramie celebrytów, których spotkało szczęście, sława, czy wreszcie tych, co dostali od losu na starcie więcej szans.
I znam wielu mieszkańców wielkich miast, którzy mają wszystko w nosie, nie troszczą się o innych, bo im się nie chce, oddają się karierze lub trwonieniu całych dni na kosztowne hobby.
I nikt mi nie będzie mówił, że to ich życie jest prawdziwe, a nie moje nasze. Bo to jest dopiero chamstwo, to jest dopiero pogarda!
To nie zwykły człowiek gardzi elitą, ale elita gardzi zwykłym człowiekiem, nie szanuje go, mówiąc „Ty nie znasz prawdziwego życia”.
Otóż żadne życie nie jest prawdziwe i wartościowe i każde życie ocenia się po tym, jak zostało zmarnowane.
Ja osobiście nigdy w życiu nie darzyłem nikogo szacunkiem z powodu tego, jaki ma charakter: miły, uczynny, sprawiedliwy, prawy, egoistyczny czy głupi – zawsze było mi wszystko jedno. Nie oceniam ludzi, a wyłącznie przyjmowane role społeczne, które pozwalają im prowadzić walkę klas.
Zostałem przegrywem, a moi znajomi są prekariuszami, korposzczurami, emigrantami, bezrobotnymi, alkoholikami i neurotykami i nie będę za to przepraszać. Korzyć się przed panią czy panem występującymi w mediach, czy jakimikolwiek innymi. Bo co? Bo ich życie, które im się udało, to tylko ich zasługa? Bo ja jestem utkany z innej materii, taki nieprawdziwy, a oni – o… oni to innego, znają prawdziwe życie?
Oni to dopiero, w przeciwieństwie do nas, ludzi nieprawdziwych, ludzie z krwi i kości?
Bo każdy beznadziejny, nieporadny, nierozgarnięty człowiek-porażka, jakiego znam powinien zaakceptować swoją pracę, brak talentu, nawyki, pecha, nieprzyzwoitość, brak przyjaciół, pieniędzy i swoje niefajne, jak najbardziej prawdziwe życie, żeby oni poczuli się lepiej?
(Zresztą: kto powiedział, że oni czują się źle?
Znam wielu przeszczęśliwych ludzi „sukcesu” z dużych miast i niewielu zadowolonych z życia, mądrych dobrych ludzi ze wsi i małych miasteczek).
Nie każde życie jest równie prawdziwe. Mało który człowiek ma prawdziwe życie. Prawdziwe jedno życie.
I nie życzę sobie tej obrzydliwej pogardy i braku szacunku jakim jest mówienie mi, że moje życie nie jest prawdziwe.
Zajmijcie się swoim.

PS. Na marginesie, to takie cholernie polskie. Wszędzie na świecie szanuje się ludzi, którzy przez niesprzyjające okoliczności ugrzęźli w biedzie, nałogach, upadku, nie wyrośli ponad marne, biedne czy po prostu małe środowisko, ograniczonych perspektyw w których się urodzili, kręci się o nich filmy, pisze książki i współczuje. W Polsce hołubi się bogactwo materialne, duchowe i intelektualne, a niezdolnych, głupich, biednych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe.

Łukasz Moll

 

…a poza tym wszystko zawdzięczam sobie sam

W swoim pełnym żalu wpisie na Facebooku dziennikarka i feministka Eliza Michalik powtórzyła i wzmocniła myśl, którą tydzień temu wyraził na łamach strajk.eu Piotr Szumlewicz: oboje ubolewają nad faktem, że dominującą społeczną emocją stała się niechęć do elit.
„Dość już mam gadania, że nie znam prawdziwego życia” – zżyma się redaktorka „Szpil”. I udowadnia, że dziś premiuje się ubóstwo materialne idące w parze z duchowym, niezaradność, bierność, prowincjonalność. Odwraca strony medalu, pokazując ludzi sukcesu, zgnojonych przez nieudacznych, leniwych zawistników.
Rozumiem, co chcieli przekazać Michalik i Szumlewicz: pragnęli wyrazić sprzeciw wobec uznawania kapitału kulturowego i inteligenckich ciągot za wstydliwe i wobec krzywdzącego odrzucania pracy umysłowej jako niewartościowej. Jednak w moim odczuciu zupełnie zabrakło im argumentów, by swoje stanowisko uzasadnić, bądź też okazywały się one chybione i krążące jedynie wokół rzeczywistego problemu.
Pamiętacie serię memów powstałą na kanwie „Mama zapisała mnie na angielski, a znajoma mamy zaprosiła do Australii” (i nieśmiertelny refren: „…a poza tym wszystko zawdzięczam sobie sam”)? Zarówno Jan Śpiewak, jak i Patryk Jaki, konkurenci Rafała Trzaskowskiego w warszawskich wyborach, są „dobrze urodzeni”, mają inteligenckie korzenie. Pewnie też kiedyś widzieli na ulicy kogoś, kto skojarzył im się z postacią z obrazu Rembrandta czy powieści innego Tołstoja. Nikt nie ma, wbrew temu, co twierdzi Piotr Szumlewicz, pretensji do Trzaskowskiego, że zna nazwisko Edgara Morina, bo w dobrym tonie jest dzisiaj znać nie Morina, tylko pana Mietka spod bloku. Tylko że zupełnie nie o to chodzi.
Z wymienionej trójki kandydatów tylko Trzaskowski stwarza nieodparte wrażenie (poparte okropną pretensjonalnością, ale to temat na osobny tekst), jakby sobie ze swojego uprzywilejowania nie zdawał sprawy. Chcę wierzyć, że w głębi duszy kandydat PO wcale „nie czuje się lepszy” od swoich wyborców, ale faktem jest, że nie potrafi dostosować języka ani przekazu do rozmówcy i do spektrum jego problemów (tę umiejętność, czy raczej wyczucie, miał opanowane do perfekcji – i tego nie są w stanie mu odmówić nawet najbardziej zagorzali polityczni przeciwnicy – Donald Tusk). Mieszkańcy Warszawy nie chcą czytać rzewnych wspomnień o geniuszu prof. Geremka, chcą rzutkiego gospodarza, który rozładuje im korki w drodze do pracy i opiekuna, który nie pozwoli wyrzucać na bruk bezradnych lokatorów reprywatyzowanych kamienic. Nie ma więc racji red. Szumlewicz, że jak czytasz po francusku w oryginale to niechybnie spalą cię na stosie. Problem leży zupełnie gdzie indziej. Czytaj, ale stąpaj mimo wszystko po chodnikach, a nie po różowym obłoczku. A do metra wsiadaj trochę częściej niż w kampanii wyborczej, aby później reklamować to jako nie wiadomo jak cwany polityczny manewr. Powtórzę już któryś raz niegdysiejszą trafną refleksję Justyny Samolińskiej: „Joanna Erbel w 2014 sławetnym wywiadem w GW (o swojej poliamorii) wkurzyła wyborców nie z powodu ich pruderii, ale z powodu stworzenia wrażenia, że kandydatka na prezydentkę żyje w bajkowym uniwersum, które sama uznaje za codzienny standard”.
A redaktor Eliza Michalik? Z jej wpisu nie dowiadujemy się niczego o jej „punkcie wyjścia”. Nie wiemy, jaką drogę pokonała do miejsca, w którym znajduje się obecnie i w którym, jak można założyć, jest jej dziś dobrze. Jako argumentów używa fryzjera, latte i faktu osiedlenia się w metropolii – które stanowią przecież niezaprzeczalny arsenał wygodnego mieszczucha. Jeżeli miała to być opowieść o gospodarności, ciężkiej pracy, poświęceniu i determinacji w budowaniu sobie i bliskim po kawałku upragnionego małego raju (które są przecież cnotami) – to gdzieś się rozmyła.
Żyjemy w erze prekariatu. Pracownik najemny, zakredytowany na 30 lat, drży o swoje cztery ściany, które mogą odebrać mu z dnia na dzień, jeśli zachoruje lub jeśli zmieni się kurs waluty. Musi harować na swoje-nieswoje M2, podczas gdy deweloper, u którego zamieszkał, wydaje przez jeden dzień egzotycznych wakacji pięciokrotność jego czynszu. Ale prawda jest taka, że sama zdolność kredytowa w naszych realiach jest już przywilejem, podobnie jak możliwość nauki języków. Warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim zniknie się na dobre w swojej banieczce. Kluczem jest wdzięczność i odpracowanie swojego kawałka „Polish dream” na rzecz innych. Nikt nie hejtuje dziś inteligencji za inteligencję, tylko za „inteligenckość” rozumianą jako totalne odklejenie.
Bo tak, możliwość śnienia snu, piękniejszego i spokojniejszego od większości Polaków (choć naturalnie ma i on swoją cenę), JEST przywilejem (znacie ten obrazek Toby’ego Morrisa?). I tak, prawdziwe życie jest właśnie na prowincji. Kiedy pracowałam jako kurator, nauczyłam się od swoich podopiecznych ważnej prawdy: że o tym, do jakiego punktu w życiu dojdziesz, decyduje cała masa przypadków. Twoja własna determinacja to tylko jedna z wielu zmiennych – też często uwarunkowana tym, kogo na swojej drodze spotkasz. Niektórzy do fryzjera i na latte mieli od zawsze wolny wstęp, inni musieli wyrąbywać sobie tam drogę maczetą. Być może red. Michalik była jedną z takich osób. Chętnie więc posłuchałabym krzepiącej historii.
Czy wobec tego należy zamknąć wszystkie siłownie, teatry, biblioteki, zakłady fryzjerskie czy kawiarnie na Placu Zbawiciela? Oczywiście, że nie. Ale, że pojadę, jak prawdziwy inteligent, klasykiem literatury, trzeba nieustannie pamiętać, by „znać proporcjum, mocium panie”.

Weronika Książek (strajk.eu)