Zmiana lidera w żużlowej PGE Ekstralidze

Stal Gorzów zaczynała miniony weekend na pierwszym miejscu w PGE Ekstralidze, a skończyła go na trzecim. W niedzielę Bartosz Zmarzlik i spółka przegrali u siebie z Włókniarzem Częstochowa. Była to ich druga porażka z rzędu. Z potknięć gorzowian skwapliwie skorzystały ekipy Motoru Lublin i Sparty Wrocław i zepchnęły ich na najniższy stopień podium.

Ten weekend żużlowa ekstraliga poświęciła na odrobienie zaległości. W piątek odbyły się zaległe spotkania z piątej kolejki (Motor Lublin pokonał u siebie Apator Toruń 51:39, a Unia Leszno wygrała na wyjeździe z GKM Grudziądz także 51:39), zaś w niedzielę z czwartej (Stal Gorzów u siebie uległa Włókniarzowi Częstochowa 44:46, natomiast Sparta Wrocław pokonała u siebie Unię Leszno 47:43). Dzięki temu po sześciu rozegranych kolejkach wszystkie osiem zespołów ma komplet rozegranych meczów.
Liderem jest Motor Lublin z dorobkiem 9 punktów (4 zwycięstwa, 1 porażka i 1 remis). Na drugie miejsce awansowała z czwartego Sparta Wrocław (8 punktów, 4 zwycięstwa, 2 porażki), a po dwóch porażkach z rzędu (wcześniej w niedzielę 16 maja ulegała na wyjeździe Sparcie 38:52) na trzecie z pierwszego spadła ekipa Stali Gorzów (8 punktów, 4 zwycięstwa, 2 porażki). Regulamin rozgrywek PGE Ekstraligi stanowi, że w przypadku takiej samej liczby dużych punktów o kolejność drużyn decyduje tzw. mała tabela, w której uwzględniane są wyłącznie wyniki meczów między zainteresowanymi drużynami. Dlatego wyżej w ligowej tabeli Sparta jest wyżej od Stali. Na czwartej pozycji plasuje się obrońca mistrzowskiego tytułu Unia Leszno (4 zwycięstwa, 2 porażki, ze Stalą i Spartą), na piątej Włókniarz Częstochowa (6 punktów, 3 zwycięstwa, 3 porażki), na szóstej Apator Toruń (4 punkty, 2 zwycięstwa, 4 porażki), a na siódmej GKM Grudziądz (3 punkty, 1 zwycięstwo, 1 remis i 4 porażki). Stawkę ośmiu drużyn zamyka sensacyjnie Falubaz Zielona Góra (2 punkty, 1 zwycięstwo, 5 porażek), ale na razie jest stanowczo za wcześnie żeby skazywać zielonogórzan na spadek do I ligi.
W klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników ligi liderem nadal jest Bartosz Zmarzlik. Lider gorzowskiej Stali legitymuje się średnią biegową 2,656 i średnią punktową na mecz 13,67. Druga lokatę w tym zestawieniu zajmuje żużlowiec Sparty Wrocław Maciej Janowski (średnia biegowa 2,515, średnia punktów na mecz 12,67). Najniższy stopień podium zajmuje lider Unii Leszno Janusz Kołodziej (średnia biegowa 2,464, średnia punktów na mecz 10,17). Top 10 zestawienia po sześciu ligowych kolejkach uzupełniają: 4. Artiom Łaguta (2,382; 12,83), 5. Patryk Dudek (2,324; 12,83), 6. Emil Sajfutdinow (2,267; 10,33), 7. Martin Vaculik (2,267; 9,83), 8. Nicki Pedersen (2,152; 11,83), 9. Jack Holder (2,121; 10,67), 10. Jakub Miśkowiak (2,120; 8,33).
Następna, 7. kolejka PGE Ekstraligi odbędzie się w najbliższy weekend. W piątek 28 maja Włókniarz zmierzy się z GKM Grudziądz, a Stal z Apatorem, a w niedzielę Falubaz podejmie Spartę, a Motor Unię Leszno.

Żużel: Stal Gorzów rozbiła Unię w Lesznie

Od sensacyjnej porażki zaczęli nowy sezon broniący mistrzowskiego tytułu żużlowcy Unii Leszno. W 1. kolejce PGE Ekstraligi leszczynianie przegrali na własnym torze ze Stalą Gorzów 42:48.

Unia po raz ostatni przegrała na swoim stadionie w sierpniu 2017 roku, a ekipą, która ich wtedy pokonała, była Stal Gorzów. W kolejnych latach ekipa „Byków” zaliczyła na własnym torze serię 30 zwycięskich meczów, a przed inauguracją tegorocznego sezonu PGE Ekstraligi nic nie zapowiadało, że ta znakomita passy zostanie przerwana. Drużyna prowadzona przez trenera Piotra Barona znakomicie spisywała się w przedsezonowych sparingach, natomiast gorzowianie borykali się w wieloma problemami – z powodu przeciągającej się renowacji toru na swoim stadionie nie mogli porządnie trenować, a na domiar złego tuż przed niedzielną potyczką z Unią pojawiły się wątpliwości związane z niejasnym wynikiem testu na obecność koronawirusa u Martina Vaculika. Działacze Stali wykazali się jednak dużą operatywnością i ostatecznie słowacki żużlowiec wystartował w Lesznie, zdobywając dla gorzowskiej drużyny 10 punktów. Lepszy od niego w ekipie Stali był tylko Bartosz Zmarzlik.
Dwukrotny indywidualny mistrz świata wywalczył 14 punktów, przegrywając tylko jeden bieg – z liderem zespołu Unii Australijczykiem Jasonem Doyle’m, który także wywalczył w tym meczu 14 „oczek”. W ekipie z Leszna, która w poprzednich sezonach imponowała wyrównanym składem, tym razem dobrze pojechali tylko wspomniany Dole oraz Rosjanin Emil Sajftudinow (zdobył 12 pkt). Reszta zawodników Unii zawiodła oczekiwania. Ekipa Stali wygrała w Lesznie jak najbardziej zasłużenie, bo w niedzielny wieczór nie miała w swoim składzie słabych punktów.
W drugim spotkaniu 1. kolejki beniaminek PGE Ekstraligi Apator Toruń pokonał na swoim torze Falubaz Zielona Góra 51:39. Mecze Motoru Lublin z Włókniarzem Częstochowa i GKM Grudziądz ze Spartą Wrocław przełożono na 24 kwietnia.

Żewłakow nadal w Canal+

Canal+ poinformował, że Michał Żewłakow nadal będzie w niej pracował w roli eksperta. Od grudnia ub. roku 102-krotny reprezentant Polski był zawieszony za spowodowanie wypadku drogowego pod wpływem alkoholu.

Do zdarzenia doszło 22 grudnia w Warszawie. Żewłakow spowodował kolizję drogową z autobusem miejskim. Badanie alkomatem wykazało, że miał 1,6 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. 44-letni Żewłakow był wtedy zatrudniony na dwóch posadach – jako ekspert piłkarski w Canal+ i jako dyrektor sportowy w Motorze Lublin. Lubelski klub nie wyciągnął żadnych konsekwencji, gdy Żewłakow dzień po zdarzeniu pokajał się publicznie i zobowiązał do naprawienia wszystkich skutków swojego zawstydzającego postępku.
Szef redakcji sportowej Canal+ Michał Kołodziejczyk był bardziej pryncypialny. Decyzję ogłosił dopiero po miesiącu. „Największym wyzwaniem dla Michała będzie teraz wstyd, z jakim będzie się musiał mierzyć za każdym razem przed kamerą” – napisał w swoim oświadczeniu i dodał, że to dla Żewłakowa druga szansa i że trzeciej już nie dostanie. Walnął go też 102-krotnego reprezentanta Polski po kieszeni.

Zepsute święta Michała Żewłakowa

Ponad 10 lat temu Michał Żewłakow podpadł trenerowi Franciszkowi Smudzie z powodu alkoholu i wyleciał z kadry Polski. W miniony poniedziałek 102-krotny reprezentant Polski, a obecnie 44-letni ekspert piłkarski Canal+ oraz dyrektor sportowy Motoru Lublin narobił sobie większego kłopotu, bo spowodował kolizję drogową mając 1,6 promila w wydychanym powietrzu.

Żewłakow zakończył karierę piłkarską w 2013 roku w Legii Warszawa (wcześniej od 1993 roku kolejno grał w Polonii Warszawa, KSK Beveren, Excelsiorze Mouscron, Anderlechcie Bruksela, Olympiakosie Pireus i Ankaragucu) i niemal od razu przeszedł do świata mediów jako wzięty komentator i ekspert piłkarski. Ostatnio był w tej roli związany na zasadzie wyłączności ze stacją Canal+. Nie było to jednak jego jedyne zajęcie, bo równolegle budował też swoją zawodową pozycję w roli dyrektora sportowego najpierw w Legii Warszawa, potem w Zagłębiu Lubin, a od listopada tego roku w Motorze Lublin.
We wtorek po południu PAP i „Super Express” puściły w świat informację, że w nocy z poniedziałku na wtorek Żewłakow spowodował w centrum Warszawy kolizję drogową, wjeżdżając kierowanym przez siebie autem marki BMW w tył stojącego pod światłami miejskiego autobusu. Wezwany patrol policji zbadał sprawcę alkomatem i stwierdził, że miał on w wydychanym powietrzu 1,6 promila alkoholu. Za prowadzenia pojazdu w stanie nietrzeźwości oraz spowodowania kolizji w ruchu drogowym grozi do dwóch lat więzienia. Na szczęście nikt nie odniósł obrażeń, tyle że autobus z rozbitymi tylnymi światłami musiał zjechać do zajezdni. 102-krotnemu reprezentantowi Polski pobyt za kratkami więc raczej nie grozi, także koszty finansowe jakie z tego tytułu poniesie z pewnością go nie zrujnują. Może co najwyżej stracić fuchę w Canal+ (na razie stacja tylko zawiesiła z nim współpracę), a także posadę w Motorze Lublin. Żewłakow nie zwlekał więc z samokrytyką i już w środę rano na swoim profilu na Twitterze zamieścił oświadczenie, w którym m.in. napisał: (…) „Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla mojego braku odpowiedzialności i wyobraźni. Przepraszam wszystkich za moje zachowanie, szczególnie najbliższych oraz tych, którzy poczuli się zawiedzeni moja postawą. Mam świadomość, że jako były kapitan reprezentacji Polski i wielokrotny reprezentant kraju, a także osoba wciąż aktywna w środowisku piłkarskim, powinienem być nie tylko źródłem dumy dla kibiców, ale także wzorem dla piłkarzy, przede wszystkim tych najmłodszych. Przepraszam całą społeczność Motoru Lublin za cień, jaki swoim zachowaniem nas nią rzuciłem. Postanowiłem oddać się do dyspozycji Zarządu klubu. Zdaję sobie również sprawę, że jako osoba zapraszana do studia telewizyjnego w charakterze eksperta powinienem prezentować najwyższe standardy. Przepraszam wszystkich telewidzów oraz współpracowników ze świata mediów, przede wszystkim ze stacji Canal+, za to, że zawiodłem ich zaufanie. (…) Nie jestem w stanie wyrazić, jak bardzo jest mi wstyd”.
Mimo samobiczowania nie uniknął internetowego hejtu, ale ze strony medialnych celebrytów i gromy na niego nie spadły, co nie dziwi, bo kamieniem rzucają tylko ci, co sami są bez winy…

Samorządy tną dotacje dla klubów żużlowych

W wyniku pandemii koronawirusa samorządowe budżety są poddawane coraz to nowym obciążeniom, przez co władze miejskie zaczynają ciąć koszty lub zapowiadają to zrobić w najbliższym czasie. Najmocniej zagrożony obcięciem dotacji jest sport wyczynowy, ale najmocniej skutki zmniejszenia dopływu publicznych pieniędzy uderzą w obficie dotąd czerpiące z tego źródła kluby żużlowe.

Sytuacja budżetowa żużlowych miast jest bardzo trudna nie tylko ze względu na koszty walki z pandemią. Przyczynia się do tego także polityka prawicowego rządu, która nie sprzyja samorządom, bo podatki PIT i CIT są tak modyfikowane, że wpływy do miejskich budżetów systematycznie maleją. A wydatki, choćby na oświatę, gwałtownie rosną. Do tego władze miast muszą ratować, czyli dotować coraz większymi kwotami żywotne dla lokalnych społeczności instytucje, jak zakłady komunikacyjne, służby komunalne czy instytucje zarządzające np. obiektami sportowymi czy kulturalnymi.
W niektórych ośrodkach żużlowych radni póki co nie zmniejszyli dotacji dla tamtejszych klubów żużlowych. Przykładem takiej postawy jest Grudziądz, więc rywalizujący w PGE Ekstralidze tutejszy GKM w przyszłym roku również ma dostać z miejskiej kasy obiecane dwa miliony złotych. Ale już w Lublinie, którego władze wcześniej biły rekordy w hojności dla Motoru, dotując w minionym sezonie klub kwotą aż czterech milionów złotych, w przyszłym roku zapowiedziały obcięcie tej subwencji niemal o połowę. Niepewność zapanowała też w dwóch czołowych ekipach poprzedniego sezonu, czyli w Unii Leszno i Stali Gorzów. Leszczyński klub otrzymał w 2020 roku z budżetu miasta wsparcie w wysokości 800 tys. złotych, ale już wiadomo, że w przyszłym sezonie może liczyć góra na 600 tys. złotych, natomiast gorzowski na razie nawet nie wie, czy dostanie choćby złotówkę. Nawet na szkolenie młodzieży, na co dostawał do tej pory ok. 100 tys. złotych rocznie.
W Częstochowie prezydent miasta zaproponował po 1,5 miliona złotych z puli dotacji na dwa sztandarowe kluby – żużlowy Włókniarz i piłkarski Raków. Dla żużlowców taka kwota jest niewystarczająca, bo w sezonie 2020 mieli z tej puli dwa miliony złotych, a w lepszych latach wsparcie dochodziło nawet do 3,5 miliona zł rocznie. W Rybniku władze lokalne zapowiedziały całkowite wstrzymanie dotacji na sport, ale ugięły się pod naciskiem środowiska. Wiadomo już jednak na sto procent, że ROW Rybnik w przyszłym roku na pewno nie dostanie jak przed rokiem dwóch milionów złotych i może wydębi góra jedną czwartą tej kwoty.
Ciekawe, że te informacje pojawiły się dopiero po zakończeniu okresu transferowego w naszych żużlowych ligach, w trakcie którego większość klubów licytowały się o zawodników oferując im sute kontrakty. Dzisiaj ich szefowie zapewniają zawodników, że pieniądze dla nich na pewno się znajdą i nie muszą obawiać się cięć w kontraktach. Naszym zdaniem nie mówią prawdy, ale jak dalece posunęli się w swoich kłamstwach, przekonamy się dopiero na wiosnę.

Koniec transferów w PGE Ekstralidze

W minioną sobotę zakończył się trwający od 1 listopada okres transferowy w polskich ligach żużlowych. Największe zainteresowanie wzbudziły rzecz jasna kadrowe roszady w klubach PGE Ekstraligi. Za transferowe hity trzeba uznać pozyskanie przez broniącą tytułu Unię Leszno Jasona Doyle’a oraz przejście Artioma Łaguty do Sparty Wrocław.

Ekipa mistrza Polski Unii Leszno straciła dwóch utalentowanych wychowanków, Bartosza Smektałę i Dominika Kuberę, ale pozyskując znudzonego już ściganiem się w barwach Włókniarza Częstochowa Australijczyka Jasona Doyle’a, indywidualnego mistrza świata z 2017 roku, raczej nie straci na wartości. Wręcz przeciwnie. Leszczyńskie „Byki” mają teraz dodatkowego zawodnika na poziomie dwóch liderów – Janusza Kołodzieja i Emila Sajfutdinowa. Prezes Unii Piotr Rusiecki ma dobrą rękę do transferów, o czym najlepiej świadczy fakt, że jego zespół już cztery raz z rzędu zdobył mistrzostwo Polski, a sądząc po składzie zmontowanym na sezon 2021, w Lesznie celują w piąty z kolei mistrzowski tytuł.
Ale pozostałe kluby PGE Ekstraligi też nie próżnowały podczas okna transferowego. Stal Gorzów wzmocniła się pozyskując z Falubazu Zielona Góra Słowaka Martina Vaculika, utrzymała też w kadrze swojego największego asa, dwukrotnego mistrza świata Bartosza Zmarzlika. Sparta Wrocław z kolei „wyjęła” z GKM Grudziądz Artioma Łagutę i zatrzymała kuszonego licznymi ofertami Gleba Czogunowa, zadbała też o to, aby dwaj jej najwięksi gwiazdorzy, czyli Maciej Janowski i Tai Woffinden nie próbowali szukać szczęścia poza Wrocławiem. Atutem ekipy Sparty powinni być też utalentowani juniorzy – bracia Bartosz i Michał Curzytkowie.
Mocny skład skompletowano też w Częstochowie, gdzie do skandynawskich asów, Fredrika Lindgrena i Leona Madsena dołączyli Bartosz Smektała i Kacper Woryna. Na udany sezon liczą też w Lublinie, Zielonej Górze i Grudziądzu, a w Toruniu zrobili co się dało, żeby Apator utrzymał się w ligowej elicie i nie podzielił losu beniaminka z tegorocznego sezonu, ROW Rybnik, czyli spadł do 1. ligi po rocznym pobycie w gronie najlepszych polskich klubów.

Składy zespołów PGE Ekstraligi 2021:
Fogo Unia Leszno
Jason Doyle (Australia), Janusz Kołodziej, Jaimon Lidsey (Australia), Piotr Pawlicki, Emil Sajfutdinow (Rosja), Szymon Szlauderbach. Juniorzy: Kacper Pludra (18 lat), Damian Ratajczak (15 lat), Krzysztof Sadurski (17 lat), Hubert Ścibak (17 lat). Menedżer: Piotr Baron.
Moje Bermudy Stal Gorzów
Bartosz Zmarzlik, Szymon Woźniak, Martin Vaculik (Słowacja), Marcus Birkemose (Dania), Rafał Karczmarz, Linus Sundstroem (Szwecja), Anders Thomsen (Dania). Juniorzy: Mateusz Bartkowiak (17 lat), Kamil Pytlewski (17 lat), Wiktor Jasiński (20 lat), Kamil Nowacki 920 lat).
Menedżer: Stanisław Chomski
Betard Sparta Wrocław
Maciej Janowski, Tai Woffinden (Wielka Brytania), Artiom Łaguta (Rosja), Gleb Czugunow (Polska/Rosja), Daniel Bewley (Wielka Brytania). Juniorzy: Bartosz Curzytek (17 lat), Michał Curzytek (18 lat), Przemysław Liszka (20 lat), Mateusz Panicz (16 lat).
Menedżer: Dariusz Śledź
RM Solar Falubaz Zielona Góra
Patryk Dudek, Max Fricke (Australia), Jan Kvech (Czechy), Damian Pawliczak, Piotr Protasiewicz, Mateusz Tonder, Matej Zagar (Słowenia). Juniorzy: Fabian Ragus (17 lat), Nile Tufft (19 lat), Jakub Osyczka (20 lat). Menedżer: Piotr Żyto.
Eltrox Włókniarz Częstochowa
Fredrik Lindgren (Szwecja), Leon Madsen (Dania), Bartosz Smektała, Kacper Woryna, Jonas Jeppesen (Dania). Juniorzy: Patryk Kowalik (17 lat), Bartłomiej Kowalski (18 lat), Kamil Król (17 lat), Jakub Martyniak (18 lat), Jakub Miśkowiak (19 lat), Mateusz Świdnicki (19 lat).
Menedżer: Piotr Świderski.
Motor Lublin
Jarosław Hampel, Krzysztof Buczkowski, Dominik Kubera, Mikkel Michelsen (Dania), Grigorij Łaguta (Rosja). Juniorzy: Jakub Banucha (18 lat), Mateusz Cierniak (18 lat), Wiktor Firmuga (18 lat), Kacper Gosik (18 lat), Wiktor Lampart (19 lat), Radosław Pyrchla (16 lat), Jan Rachubik (16 lat), Jakub Szpytma (18 lat), Maksymilian Śledź (18 lat). Menedżer: Jacek Ziółkowski.
MrGarden GKM Grudziądz
Krzysztof Kasprzak, Przemysław Pawlicki, Nicki Pedersen (Dania), Norbert Krakowiak, Kenneth Bjerre (Dania), Roman Lachbaum (Rosja). Juniorzy: Damian Lotarski (19 lat), Kacper Łobodziński (16 lat), Denis Zieliński (18 lat). Menedżer: Janusz Ślączka.
eWinner Apator Toruń
Chris Holder (Australia), Jack Holder (Australia), Robert Lambert (Wielka Brytania), Paweł Łaguta (Rosja), Adrian Miedziński, Tobiasz Musielak, Paweł Przedpełski. Juniorzy: Jakub Janik (20 lat), Kamil Marciniec (19 lat), Aleks Rydlewski (18 lat), Justin Stolp (19 lat), Krzysztof Lewandowski (15 lat), Karol Żupiński (18 lat).
Menedżer: Tomasz Bajerski.

Unia oddała dwóch wychowanków

Wychowankowie mistrza Polski Unii Leszno Dominik Kubera i Bartosz Smektała, uznawani za czołowych żużlowców młodego pokolenia, zmienili barwy klubowe. 21-letni Kubera podpisał kontrakt z Motorem Lublin, a 22-letni Smektała z Włókniarzem Częstochowa.

Kubera i Smektała mimo młodego wieku mogą pochwalić się pokaźną kolekcją trofeów. Obaj mają w dorobku po pięć mistrzowskich tytułów wywalczonych w PGE Ekstralidze z Unią Leszno, a Smektała jeszcze dodatkowo ma na koncie srebrny medal wywalczony z „Bykami” w 2014 roku w swoim debiutanckim sezonie w żużlowej ekstraklasie, w którym wystartował jako szesnastolatek. Kubera ma w dorobku dwa medale, srebrny i brązowy Indywidualnych Mistrzostwach Świata Juniorów, a Smektała w tej kategorii wiekowej wywalczył złoty i dwa srebrne krążki, a na krajowym podwórku wygrał wszystkie juniorskie turnieje i klasyfikacje. Miniony sezon PGE Ekstraligi dla Smektały był pierwszym w roli seniora, a dla Kubery ostatnim w roli młodzieżowca. Obaj swoimi zdobyczami punktowymi w lidze (średnia biegowa powyżej 1,8 pkt) mieścili się w czołowej dwudziestce zawodników.
Skoro byli tacy dobrzy, dlaczego Unia nie zatrzymała tak obiecujących zawodników w swoich szeregach? Powodem jest przepis o obowiązku posiadania w zespole zawodnika do lat 24 na pozycji seniorskiej, który spowodował, że wartość utalentowanych i skutecznie jeżdżących młodych polskich zawodników na rynku transferowym gwałtownie wzrosła. Klubu z Leszna po prostu nie było stać na utrzymanie w zespole Kubery i Smektały na warunkach finansowych, jakie oferowali im w nowym sezonie ligowi konkurenci. Prezes leszczyńskich „Byków” Piotr Rusiecki z ciężkim sercem musiał więc oddać dwóch wychowanków – Kuberę do Motoru, gdzie dołączy m.in. do Grigorija Łaguty, Mikkela Michelsena, Jarosława Hampela i Wiktora Lamparta, a prawdopodobnie także Mateusza Cierniaka i Krzysztofa Buczkowskiego, a Smektałę do zespołu Włókniarza Częstochowa, w którym będzie partnerem takich żużlowych tuzów, jak Szwed Fredrik Lindgren i Duńczyk Leon Madsen.

W końcu zaczęli się ścigać

W poniedziałek rozegrano przełożony z piątku z powodu złych warunków atmosferycznych mecz Włókniarza Częstochowa z GKM Grudziądz, wygrany przez gospodarzy 53:37. Wcześniej odbyły się trzy pozostałe spotkania żużlowej PGE Ekstraligi, w których Sparta Wrocław pokonała u siebie Motor Lublin 55:35, beniaminek ligi ROW Rybnik przegrał z Falubazem Zielona Góra 36:53, a aktualny mistrz Polski Unia Leszno zwyciężyła na wyjeździe Stal Gorzów 49:41. Liderem po pierwszej kolejce jest ekipa Sparty Wrocław.

W miniony piątek z dwumiesięcznym opóźnieniem spowodowanym przez pandemię koronawirusa zainaugurowano nowy sezon w naszej żużlowej ekstraklasie. Pecha mieli organizatorzy meczu we Częstochowie, którym figla spłatała pogoda. Intensywne opady deszczu zamieniły tor na stadionie Włókniarza w grząskie bajoro. Wprawdzie służby techniczne zdołały doprowadzić go do stanu używalności i nawet po godzinie 21:00 udało przeprowadzić się na nim jazdy testowe, ale zawodnicy obu drużyn po gorących dyskusjach odmówili startu w takich warunkach. Sędzia zawodów Paweł Słupski wprawdzie uważał, że takiej nawierzchni można się bezpiecznie ścigać, lecz ostatecznie uznał racje żużlowców i przełożył mecz na poniedziałek. Wszystkie mecze pierwszej kolejki odbyły się bez udziały publiczności, dlatego decyzja o przełożeniu spotkania w Częstochowie nie wywołała większych problemów organizacyjnych. To się jednak zmieni już od następnej kolejki, bo zgodnie z rządowym rozporządzeniem od 19 czerwca także na mecze żużlowej ligi będą wpuszczani kibice, choć na razie w limitowanej liczbie 25 procent pojemności trybun.
Drugie podejście do meczu w Częstochowie zakończyło się pomyślnie. Tor był równy i znakomicie przygotowany, co zgodnie chwalili żużlowcy obu drużyn, ale zdecydowanie lepiej radzili sbie na nim zawodnicy gospodarzy. W ich ekipie pierwsze skrzypce grał zdobywca 12 punktów Duńczyk Leo Madsen, niewiele gorsi byli Szwed Fredrik Lindgren i Australijczyk Jason Doyle. Pozostali zawodnicy (Paweł Przedpełski, Rune Holta, Mateusz Świdnicki i Jakub Miśkowiak) także punktowali na przyzwoitym poziomie, więc cała drużyna zapracowała solidnie na 53 zdobyte punkty.
Rywale nie mieli tak wyrównanego składu, dlatego wywalczyli tylko 37 punktów, z czego niemal połowa, bo 18, było autorstwa Artioma Łaguty. Rosyjski żużlowiec uchronił zespół GKM Grudziądz od kompromitacji wygrywając wszystkie biegi, w których startował. Dla porównania – także startujący w sześciu wyścigach Duńczyk Nicki Pedersen zdobył tylko osiem punktów. Nie popisał się też jego rodak Kenneth Bjerre, który wywalczył jedynie trzy „oczka”, słabo pojechali też polscy zawodnicy – Krzysztof Buczkowski (4 pkt), Przemysław Pawlicki (2), Marcin Turowski (2) i Damian Lotarski.
Łaguta okazał się najlepszym zawodnikiem w całej 1. kolejce PGE Ekstraligi i objął prowadzenie w klasyfikacji najskuteczniejszych jeźdźców ze średnią punktową 3,00. Drugą lokatę w tym zestawieniu zajął lider Unii Leszno Piotr Pawlicki (średnia 2,80), który poprowadził swój zespół do zwycięstwa w wyjazdowej potyczce ze Stalą Gorzów. Pawlicki przyćmił w tym meczu nawet gwiazdę ekipy gospodarzy Bartosza Zmarzlika. Aktualny mistrz świata nie miał najlepszego dnia i zdobył jedynie 10 punktów, chociaż brał udział w siedmiu biegach. Pawlicki wywalczył 14 „oczek” w pięciu startach, kolejne 12 dorzucił Rosjanin Emil Sajfutdinow, punktowali też Dominik Kubera (7), Janusz Kołodziej (6), Australijczyk Brady Kurtz (5), Szymon Szlauderbach (3) i Bartosz Smektała (20.
W gorzowskiej ekipie oprócz Zmarzlika punkty zdobywali też Duńczyk Anders Thomsen (10), Krzysztof Kasprzak (9), Szymon Woźniak (8) i Rafał Karczmarz (40), nie popisał się natomiast Duńczyk Niels Kristian Iversen, który nie wywalczył nawet jednego punktu.
Tak więc zespół Unii Leszno po pięciu latach przełamał wreszcie serię bolesnych porażek ponoszonych na stadionie im. Edwarda Jancarza w Gorzowie i wygrał 49:41, co z pewnością stawia „Byki” w roli faworyta tegorocznego sezonu. Przeszkodzić tej ekipie w obronie mistrzowskiego tytułu będzie piekielnie trudno. Po pierwszej serii spotkań można wnosić, że najpoważniejszymi rywalami Unii będą drużyny Sparty Wrocław, Falubazu Zielona Góra i wspomnianego już wyżej Włókniarza Częstochowa.
Wrocławianie zaczęli od wysokiej wygranej z Motorem Lublin, który po zakontraktowaniu Jarosława Hampela zgłaszał aspiracje do walki o miejsce w ścisłej czołówce. Sparta na swoim torze sprowadziła jednak lublinian na ziemię zwyciężając różnicą aż 20 punktów (55:35). Miejsce w szyku ekipie beniaminka, ROW Rybnik, pokazali też żużlowcy Falubazu Zielona Góra, wygrywając na ich torze 53:36. Siłą zielonogórskiej ekipy jest wyrównany skład. W spotkaniu z ROW Rybnik wszyscy jej zawodnicy solidnie punktowali: Michael Jepsen Jensen (10), Piotr Protasiewicz (10), Patryk Dudek (9), Norbert Krakowiak (8), Antonio Lindbaeck (6), Mateusz Tonder (5), Martin Vaculik (5).
Liderem po pierwszej kolejce jest Sparta, przez Falubazem i Włókniarzem. Ta kolejność jednak już po następnym ligowym weekendzie może ulec zmianie.
Zestaw par 2. kolejki PGE Ekstraligi:
GKM Grudziądz – ROW Rybnik, 19 czerwca, godz. 18:00;
Unia Leszno – Sparta Wrocław, 19 czerwca, godz. 20:30;
Motor Lublin – Stal Gorzów, niedziela, 16:30;
Falubaz Zielona Góra – Włókniarz Częstochowa, niedziela, godz. 19:15.

Dla nich 25 procent widowni to za mało

Żużlowa PGE Ekstraliga wystartuje 12 czerwca, ale jeszcze bez kibiców na trybunach. Jednak już w zaplanowanej na 19 czerwca drugiej kolejce będzie liga dostała zgodę na sprzedaż wejściówek na 1/4 miejsc.

Dla klubów naszej żużlowej ekstraklasy ograniczenie liczby widzów na trybunach to kolejne wyzwanie organizacyjne, może nawet trudniejsze niż rozgrywanie meczów przy pustych trybunach. Dochodzi bowiem konieczność dokonywania wyborów przy sprzedaży biletów, co oznacza, że większość fanów odejdzie od kas z kwitkiem i przez to może się zrazić do klubu.
Wyliczając 25 procent pojemności stadionów PGE Ekstraligi ze średnią frekwencją w minionym sezonie, sytuacja w poszczególnych klubach rysuje się następująco: Unia Leszno – średnia frekwencja 11 196 widzów, 25 procent pojemności stadionu to 4175 wejściówek; Sparta Wrocław – średnia frekwencja to 12 833 widzów, a limitowana liczba to 3250 wejściówek; Włókniarz Częstochowa – średnia frekwencja to 13 833 widzów, a limitowana liczba wejściówek 4213; Falubaz Zielona Góra – średnia frekwencja 12 222 widzów, a limitowana liczba wejściówek to 3500; Stal Gorzów – średnia frekwencja 9812, limitowana liczba wejściówek 4256; GKM Grudziądz – średnia frekwencja 6857 widzów, limitowana liczba wejściówek 2000; Motor Lublin – średnia frekwencja 9812, a limitowana liczba wejściówek 2450; ROW Rybnik – średnia frekwencja 9625 widzów, a limitowana liczba wejściówek 2576.
Z tego zestawienia wynika, że w najlepszej sytuacji będą fani Stali Gorzów, bo przy 25-procentowym limicie widzów i tak na trybunach będzie mogła zasiąść połowa kibiców regularnie bywających na stadionie w poprzednich rozgrywkach. Nie wiadomo jeszcze jak kluby będą chciały zaspokoić oczekiwania posiadaczy karnetów.
Większość kibiców zdążyła już się ich zrzec, oddać do klubu lub przełożyć na kolejny sezon. Nagle okazało się jednak, że mogą one odzyskać swoją wartość już w czerwcu. Część klubów oferowała posiadaczom karnetów pierwszeństwo w zakupie biletów, gdyby kibice mogli wrócić na trybuny. Tam, gdzie liczba sprzedanych karnetów nie przekracza 25 procent pojemności stadionu, wydaje się to świetnym rozwiązaniem. Ale nie w Lublinie, bo tam żaden z kibiców Motoru nie zdecydował się na dokonanie zwrotu karnetu, a niemal wszyscy przepisali je na kolejny sezon. Przy takim zainteresowaniu i poziomie lojalności o chętnych na nabycie wyznaczonej puli 2456 biletów lubelski klub nie musi się martwić.
Nie jest jednak pod tym względem żadnym wyjątkiem. W PGE Ekstralidze żaden zespół nie musi obawiać się spadku zainteresowania ze strony swoich fanów. To rodzi natomiast zgoła inny poważny problem związany z narzuconym limitem miejsc na trybunach, bo nikt nie wie jak zachowają się kibice, którzy wejściówek nie dostaną, ale i tak w porze meczu wybiorą się pod stadiony.

PZPN przerwał wojnę Hutnika z Motorem

Prowadzący rozgrywki w grupie 4. III ligi Lubelski Związek Piłki Nożnej arbitralnie postanowił przyznać awans do wyższej ligi zajmującemu drugą lokatę Motorowi Lublin. Operację przeprowadzono kosztem lidera grupy, Hutnika Kraków, co wywołało histeryczną reakcję w krakowskim klubie oraz Małopolskim ZPN. Zanim jednak zrobiła się z tego większa afera, awanturę zdusił w zarodku prezes PZPN Zbigniew Boniek. Na jego polecenie Komisja ds. nagłych PZPN postanowiła przyznać też awans Hutnikowi. To oznacza, że w nowym sezonie w II lidze zagra 19 zespołów.

Sprawa krzywdzącego dla Hutnika werdyktu zbulwersowała futbolowe środowisko, chociaż już na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest jednoznacznie krzywdząca dla krakowskiego klubu. Przypomnijmy: w monecie zawieszenia rozgrywek w 4. grupie III ligi, co nastąpiło w marcu po rozegranej 7 i 8 marca 19. kolejce, liderem był Hutnik Kraków, a Motor zajmował drugą lokatę. Oba zespoły miały tyle samo punktów (po 36), ale wedle zapisów regulaminu rozgrywek, w takiej sytuacji o kolejności przesądzał bilans bezpośrednich spotkań, a w drugiej kolejności bilans bramkowy. W pierwszym przypadku górą był Hutnik, bowiem w jedynym spotkaniu rozegranym z Motorem wygrał na swoim boisku 1:0. Rewanżu na terenie lubelskiego zespołu już nie zdążono rozegrać, zatem ten przepis regulaminu był z kolei krzywdzący dla drużyny Motoru.

Liga czterech województw

W grupie 4. III ligi rywalizują zespoły z czterech województw, więc rozgrywki prowadzone są rotacyjnie przez działające na ich terenie Małopolski ZPN, Świętokrzyski ZPN, Podkarpacki ZPN oraz Lubelski ZPN, któremu właśnie w tym sezonie przypadła rola administratora. Po ogłoszeniu decyzji o niewznawianiu przerwanych z powodu pandemii koronawirusa zmagań w niższych ligach, władze PZPN pozostawiły lubelskim działaczom decyzję o wytypowaniu zespołu, któremu przypadnie awans do II ligi (to trzeci poziom rozgrywek w naszym kraju).
Zanim nad sprawą pochylili się działacze Lubelskiego ZPN, swoje racje wygłosili prezesi obu zainteresowanych klubów. Paweł Majka (Motor): „Owszem, Hutnik jest liderem po 18 kolejkach, ale to nie jest ostateczna tabela. Przecież drugi mecz miał być grany u nas, a my mamy mocniejszy zespół. Ale to sprawa drugorzędna, bo skoro nie ma rozegranych dwóch spotkań, to nie mogą decydować mecze bezpośrednie, tylko bilans bramkowy. A my mamy lepszy”.
Prezes Hutnika, Artur Trębacz, miał rzecz jasna zdanie odmienne: „Dla nas sytuacja jest jasna. W tabeli, którą opublikował Lubelski Związek Piłki Nożnej, to my jesteśmy liderem. Mamy opinię czterech niezależnych kancelarii prawnych i one nie zostawiają pola do interpretacji. Liderem jesteśmy my i to my powinniśmy awansować”.
Nie ulega wątpliwości, że rację miały obie strony, ale pewnie gdyby administratorem rozgrywek w tym sezonie były Podkarpacki ZPN lub Świętokrzyski ZPN, w tej sytuacji prawdopodobnie ich działacze trzymaliby się litery prawa i decyzję podjęli w duchu ustalonego regulaminu.


W Lublinie potrzebowali awansu

Arena Lublin to nowoczesny stadion na 15 tysięcy widzów, zbudowany w latach 2012-2014 od podstaw za pieniądze z budżetu miasta, z którego wysupłano na ten cel 160 mln złotych. To jest obiekt na poziomie ekstraklasy, z której Motor po raz ostatni i jak na razie bezpowrotnie spadł w 1992 roku. Jego powstanie było wyrazem aspiracji lubinian do odzyskania miejsca w najwyższej klasie rozgrywkowej. Z planów budowy silnej drużyny sześć lat temu nic jednak nie wyszło, bo deklarujący wstępnie chęć zainwestowania w klub biznesmeni, wśród których był nawet jeden z naszych największych rekinów giełdowych Zbigniew Jakubas, ostatecznie zrejterowali. Teraz jednak znowu pojawiły się plotki, że Jakubas rozważa samodzielne przejęcie Motoru. Jeśli jest w nich coś na rzeczy, to decyzja działaczy Lubelskiego ZPN nabiera innego sensu.
Pomagając w awansie najpopularniejszemu klubowi w regionie być może chcieli w ten sposób zachęcić potężnego inwestora do podjęcia ostatecznej decyzji. Ale to z pewnością nie jedyny powód. Mówi sie, że prezes Lubelskiego ZPN Zbigniew Bartnik, który ponownie kandyduje na to stanowisko, jest byłym trenerem i działaczem Motoru, więc miał podwójny interes w przeforsowaniu korzystnej dla tego klubu uchwały. Gdyby zadziałał na niekorzyść Motoru, na reelekcję nie miałby większych szans.
Decyzja o przyznaniu awansu Motorowi wywołała rzecz jasna gigantyczne niezadowolenie w Małopolskim ZPN, którego prezes, Ryszard Niemiec, sam kiedyś w niewiele mniej kontrowersyjny sposób wspierający w walce o awans Cracovię, z miejsca zagroził konsekwencjami prawnymi. Pozwami sądowymi postraszył też oczywiście prezes Hutnika, zapowiadało się zatem na karczemną awanturę, jakiej już dawno w polskim futbolu nie było.

Boniek wkracza do akcji

Dla najważniejszego obecnie człowieka w PZPN, czyli prezesa Bońka, takie trudne sprawy to kaszka z mleczkiem. Na jego wniosek Komisja d. Spraw Nagłych błyskawicznie zawyrokowała, że awans należy przyznać też Hutnikowi, nie bacząc na fakt, że ta decyzja spowoduje potężny bałagan w nowym sezonie, bo w II lidze będzie musiało grać 19 zespołów. Ale za rok spadnie pięć drużyn i sytuacja wróci do normy, czyli liga ponownie będzie 18-zespołowa.
Prezes krakowskiego klubu w jednej z publicznych wypowiedzi przyznał, że tę dobrą wiadomość jako pierwszy obwieścił mu Marek Koźmiński, obecnie wiceprezes PZPN ds. szkolenia oraz prawa ręka Bońka, ale także jak na razie jedyny kandydat w wyborach na nowego prezesa związku, który oficjalnie chęć kandydowania ogłosił. Być może niepotrzebnie, bo wybory decyzją ministerstwa sportu można legalnie przesunąć o rok, a być może przez ten czas dojdzie do zmiany przepisu o dwukadencyjności i Boniek nie będzie musiał oddawać tej posady, do której już mocno się przywiązał.
Tak czy owak ten duet gra teraz w PZPN pierwsze skrzypce i może załatwić praktycznie każdą sprawę, a co dopiero jakiś nieistotny spór na czwartym poziomie ligowych rozgrywek, bo tak sytuuje się obecnie III liga. I pewnie na tę równie arbitralną jak Lubelskiego ZPN decyzję nie miał wpływu fakt, iż Koźmiński jest wychowankiem Hutnika. W nim zaczynał w 1980 roku jako trampkarz, w jego barwach grał w ekstraklasie w latach 1989-1992 i stąd wyruszył do włoskiej Serie A, gdzie zrobił przyzwoitą karierę jako piłkarza Udinese, Bresci i Ancony.