Przyjaźń rozkwita

Zakończył się szczyt międzykoreański w Pjongjangu, na którym przywódcy obu państw złożyli zapewnienia o dalszych wysiłkach na rzecz umacniania współpracy i pokoju na Półwyspie. Mun Dze In i Kim Dzong Un odwiedzili świętą dla Koreańczyków górę Pektu.

 

Środowy szczyt przywódców Korei Północnej i Południowej był już trzecim tego rodzaju wydarzeniem w tym roku. Pierwszy, o przełomowym znaczeniu, miał miejsce w kwietniu, a przywódcy spotkali się wówczas z strefie zdemilitaryzowanej. Ostatni odbył się w stolicy KRLD. Upłynął pod znakiem wymiany symbolicznych gestów o wielkim znaczeniu dla dalszych postępów na drodze procesu pokojowego na Półwyspie. Obaj prezydenci przejechali otwartą limuzyną wśród wiwatującego tłumu mieszkańców Pjongjangu, którzy witali ich morzem falujących flag północnokoreańskich i flag-błękitno czerwonych symbolizujących jedność narodu koreańskiego.

Kim Dzong Un, nawiązując do deklaracji złożonych na czerwcowym szczycie z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa, wyraził zamiar rozbiórki kompleksu nuklearnego w Jongbjon. Podkreślił jednak, że musi temu towarzyszyć realizacja amerykańskiej części umowy, czyli – jak ujął to Kim – “eliminacja wszelkiego zagrożenia wojną” na Półwyspie Koreańskim. Korea Płn. oczekuje od Stanów Zjednoczonych ograniczenia ich obecności militarnej na Półwyspie. Trump zgodził się wcześniej na odwołanie sierpniowych manewrów wojskowych, które US Army regularnie odbywa wspólnie z armią Republiki Korei. Od tego jednak czasu nie doszło do kolejnych kroków.

– Zgodziliśmy się na to, że na Półwyspie Koreańskim nastanie pokój oraz, że stanie się on wolny od broni atomowej i zagrożenia nuklearnego – przypomniał Kim Dzong Un. W przemówieniu roztoczył też wizję zacieśniania więzi pomiędzy Północą a Południem: – Droga do naszej wspólnej przyszłości nie będzie łatwa i możemy na niej napotkać przeszkody, których nie potrafimy przewidzieć. Nie obawiamy się jednak przeciwności. Nasza siła będzie tylko wzrastać po zwycięstwie w każdej próbie, którą z powodzeniem przejdziemy dzięki mocy naszego narodu.

Najważniejszym z konkretów, do których doprowadził minionych szczyt, jest decyzja o usunięciu 11 posterunków wojskowych ze strefy zdemilitaryzowanej, rozminowanie jej terenu i ustanowienie nad nią przestrzeni wolnej od lotów, z zakaz ma objąć również drony. Podjęto też rozmowy o wspólnej organizacji letnich igrzysk olimpijskich w 2032 r.

Jednym symbolicznych momentów wizyty Mun Dze Ina w KRLD było wspólne wejście na górę Pektu, położoną na granicy z Chinami. Jest to mityczne miejsce pochodzenia narodu koreańskiego. Oficjalna narracja północnokoreańska utrzymuje, że na Pektu urodził się Kim Ir Sen, założyciel kraju. W hymnie Południa również występuje nawiązanie do słynnego szczytu.

Szczyt został poprzedzony otwarcie wspólnego dla obu krajów biura łącznikowego w północnokoreańskim mieście Kesong, gdzie będą ustalane szczegóły rozwijającej się żywo współpracy ponadgranicznej.

Niestety, Stany Zjednoczone wykazują obecnie mniejszy niż początkowo entuzjazm dla idei zacieśniania przyjaźni między Koreami. Jednym z niepokojących sygnałów jest utrudnianie przez przedstawicieli USA realizacji projektu połączenia kolejowego pomiędzy obydwoma krajami.

Trump, Kim, Xi

Na Dalekim Wschodzie powstaje nowy twór polityczny. Przywódca Korei Północnej Kim Dzong-un i prezydent Chin Xi Jinping uzgodnili ramy „strategicznej i taktycznej” współpracy między obu państwami.

 

Pierwsze spotkanie przywódców Chin i KRLD miało miejsce jeszcze przed szczytem Kim-Trump w Singapurze. W tym tygodniu przewodniczący Kim spotkał się z prezydentem Xi już po raz trzeci. W odróżnieniu od poprzednich, które miały niemal tajny charakter i poinformowano o nich, a i to bardzo lakonicznie, dopiero po ich zakończeniu, ostatnie odbywało się w blasku reflektorów.

W programie wizyty znalazły się nie tylko – co oczywiste – rozmowy na temat ustaleń ze szczytu w Singapurze, ale także cały szereg spotkań o zdecydowanie mniejszym ciężarze politycznym, jednak wiele mówiących, jak na przykład wizyta przywódcy Korei Północnej w Akademii Nauk Rolniczych czy centrum kontroli ruchu lotniczego w Pekinie. Włączenie do programu wizyty tego rodzaju punktów jest wyraźnym sygnałem, że wraz z końcem izolacji Korei Północnej Chiny są gotowe wejść w rolę jej głównego partnera gospodarczego i mają w tej mierze wiele do zaoferowania. Stanowi to równocześnie dowód na to, jak skutecznie – a równocześnie dyskretnie – chińska dyplomacja działała w całym procesie, który w końcu doprowadził do pierwszego w historii spotkania amerykańskiego prezydenta i przywódcy KRLD.

Sceptycy nadal nie przyjmują wprawdzie do wiadomości, że szczyt singapurski faktycznie miał aż tak przełomowy charakter, jak ogłosił to prezydent Trump, że w samych ustaleniach więcej było górnolotnych ogólników a mało konkretów, że faktycznie w ogóle nie wiadomo co między sobą uzgodnili i do czego się zobowiązali obaj interlokutorzy. Dalszy bieg wydarzeń wskazuje jednak, że konkretów było wystarczająco dużo, nawet jeśli nie zostały one upublicznione, bo pomimo wątpliwości sceptyków i rozczarowanych jastrzębi zdaje się, że proces nabrał przyspieszenia. A zatem, to co uzyskał od Trumpa Kim zostało uznane jako wystarczająca gwarancja bezpieczeństwa Korei Północnej po pozbyciu się przez nią nuklearnego i rakietowego arsenału. Bo w ślad za demontażem poligonu używanego do badań ładunków jądrowych (miało to miejsce jeszcze przed spotkaniem w Singapurze) Pjongjang przygotowuje się do likwidacji kolejnego – znanego także Amerykanom miejsca, w którym testowane były silniki rakietowe.

Rozstawienie akcentów podczas ostatniej pekińskiej wizyty Kima i nacisk na współpracę pośrednio dowodzi także, że widocznie gwarancje i ustalenia z Singapuru zostały uznane przez prezydenta Xi za wystarczająco wiarygodne aby się otwarcie angażować w ekonomiczne wsparcie Pjongjangu. Interesujące jest, co w zamian za dość oczywiste zobowiązania Korei Północnej obiecali zrobić w wymiarze militarnym Amerykanie. Okaże się to za jakiś czas. Ale że coś konkretnego zostało Kimowi przyobiecane, nie ulega wątpliwości. Niemal wprost – choć bez żadnych szczegółów – wspomniał o odwzajemnieniu przez USA ruchów Pjongjangu związanych z rozmontowywaniem arsenału rakietowego i nuklearnego prezydent Korei Południowej Mun Dze-in.

Kiedy patrzy się na chińskie zainteresowanie ekspansją ekonomiczną w Korei Północnej nie sposób nie myśleć o tym także w kontekście amerykańsko-chińskiej wojny celnej. Wprawdzie jest to obszar bardzo różny od kwestii denuklearyzacji Dalekiego Wschodu, ale także nie tak bardzo odległy. A konsekwencją może być, że jeśli Trump spodziewał się czegoś w wymiarze gospodarczym w związku z doprowadzeniem do wygaszenia ogniska zapalnego na Półwyspie Koreańskim, mógł się przeliczyć, bo nie USA, lecz Chińczycy szybciej, sprawniej i skuteczniej zagospodarują ten obszar.

Przed Trumpem

W doniesieniach na temat postępów rozmów między Seulem a Pjongjangiem i przygotowań do szczytu Kim-Trump w Singapurze zaangażowana Rosji nie było widać. Nie znaczy to jednak, żeby rosyjska dyplomacja traciła tę sprawę z oczu.

 

O planach spotkania rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong-unem poinformowano dopiero w ostatniej chwili. Wcześniej nie było żadnych sygnałów że jest ono w ogóle planowane. W Pjongjangu Ławrow spotkał się również z szefem dyplomacji KRLD Ri Jong-ho. Komunikat rosyjskiego MSZ na temat niespodziewanej wizyty także jest bardzo oględny – mówi się w nim po prostu, że przedmiotem rozmów miały być sprawy dwustronne oraz sytuacja na Półwyspie Koreańskim. A warto zauważyć, że była to pierwsza podróż szefa rosyjskiej dyplomacji do Korei Północnej od 2009 r., czyli pierwsza od przejęcia władzy w Pjongjangu przez Kim Dzong-una w 2011 r. O tym, że w programie było także spotkanie z Kimem podano dopiero po fakcie.

Rosja stara się nie akcentować byt natarczywie swojego zainteresowania i zaangażowania, starając się raczej pozwolić głównym aktorom – czyli Kim Dzong-unowi i Mun Dze-inowi, prezydentowi Korei Południowej – działać możliwie samodzielnie. Podobnie zachowuje się też Pekin. I jest to – jak się wydaje – strategia słuszna, bo wtrącanie się Moskwy czy Pekinu może na tym etapie tylko utrudnić rozmowy – nie tyle między Pjongjangiem a Seulem, ale pomiędzy nimi a Waszyngtonem. Utrzymywanie dystansu wobec tej rozgrywki jest także sygnałem dla USA, że nawet jak się jest mocarstwem, nie musi to oznaczać, że jego decyzja ma być jedynie słuszną i od niej wszystko ma zależeć.

Nie ulega jednak wątpliwości, że pomimo dystansu, Moskwa zachowuje życzliwy stosunek do inicjatywy Kim Dzong-una i postępującej odwilży na Półwyspie. „Jesteśmy zainteresowani tym, by zarówno na Półwyspie Koreańskim, jak i ogółem w Azji Północno-Wschodniej panował pokój, stabilność i dobrobyt” – powiedział Kimowi Ławrow, który pochwalił także wspólną deklarację Kima i Muna podpisaną 27 kwietnia w Panmundżomie. „Jesteśmy gotowi na wszelkie sposoby wspierać jej realizację”. Rosyjski minister zaprosił także północnokoreańskiego przywódcę do złożenia wizyty w Moskwie. W efekcie odbyta niemal tuż przed planowanym szczytem w Singapurze wizyta Ławrowa była więc czytelnym sygnałem wsparcia Rosji.

Równocześnie toczą się rozmowy prowadzone przez wysłannika Pjongjangu – wiceprzewodniczącego rządzącej Koreą Północną Partii Pracy Korei Kim Jong-czola, który spotkał się w Nowym Jorku z sekretarzem stanu USA Mike’iem Pompeo. Należy domniemywać, że ich przedmiotem były merytoryczne ustalenia dotyczące agenty spotkania Kim Dzong-una z prezydentem Donaldem Trumpem. Wiadomo, że rozmowy między wysokimi urzędnikami północnokoreańskimi i amerykańskimi miały miejsce także w mieście, gdzie ma odbyć się szczyt – w Singapurze. W tym przypadku domniemuje się, że odnosiły się do kwestii organizacyjnych i logistycznych.

Komunikaty – jeżeli jakiekolwiek się pojawiają – są niezwykle lakoniczne, ale poziom i intensywność dyplomatycznej aktywności pozwala sądzić, że pomimo odwołania go przez prezydenta Trumpa, do spotkania jednak dojdzie. A jeśli dojdzie – będzie ono kolejnym krokiem na drodze do wygaszenia pozostałego po zimnej wojnie ogniska zapalnego. Nawet jeśli Waszyngtonowi niespecjalnie zależy na doprowadzeniu do tego.

Sprzeczne sygnały

Prezydent Korei Południowej zapewnia, że północnokoreański przywódca Kim Dzong-un jest gotów na „całkowitą denuklearyzację” i pragnie spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Amerykanie zapewniają, że pomimo odwołania szczytu przez prezydenta Trumpa, nadal jest on przygotowywany.

Prezydent Republiki Korei Mun Dze-in traktuje swoją misję mediatora poważnie, kładąc na szalę swój autorytet aby przełamać impas w procesie normalizacji relacji między Seulem a Pjongjangiem. Jego ubiegłotygodniowe spotkanie z prezydentem USA Donaldem Trumpem nie przyniosło postępu – amerykański prezydent wystosował do przywódcy DPRK Kim Dzong-una list, w którym odwołał zaplanowane na 12 czerwca spotkanie w Singapurze. Mun Dze-in spotkał się zatem w położonym na linii demarkacyjnej Panmundżomie w sobotę z Kimem. Przesłani które przywiózł jest klarowne – Korea Północna nie zmieniał stanowiska, jest zdecydowana na całkowitą denuklearyzację Półwyspu i podtrzymuje wolę odbycia spotkania Kim Dzong-una z Donaldem Trumpem w Singapurze.

List i po liście

Dokument podpisany przez Donalda Trumpa i niemal natychmiast upubliczniony wprawił świat w osłupienie. Sformułowania użyte w nim są wręcz zadziwiające. To, co w nim napisano wygląda z jednej strony jak wiadomość informująca ciocię, że siostrzeniec nie zaszczyci jej urodzin („niestety, nie będę mógł przyjść”), z drugiej – stwierdza, że stanowisko Pjongjangu to „otwarta wrogość”, wreszcie – powtarza retorykę sprzed kilku miesięcy, kiedy to Trump chwalił się na Twitterze wielkością swojego „guzika”. Także sposób przekazania listu daleki był od dyplomatycznych standardów – USA nie mają placówki dyplomatycznej w Pjongjangu, ale kanał dyplomatyczny istnieje. Tą drogą powinna być kierowana korespondencja na szczeblu głów państw. Czymś zupełnie niewyobrażalnym – i obraźliwym dla strony do której wiadomość jest kierowana – jest upublicznianie jej treści jeszcze przed dostarczeniem. Faktycznie – chyba w chwilę po złożeniu podpisu.
To było w czwartek, ale już w sobotę prezydent Trump oznajmił, że „w sprawie szczytu z Koreą Północną idzie jak najlepiej i oczekujemy 12 czerwca w Singapurze. To się nie zmieniło”, dodając swoje „zobaczymy”. W kalendarium Białego Domu pod datą 12 czerwca nadal figuruje zaplanowany szczyt a jego rzeczniczka potwierdza, że przygotowania do spotkania nie zostały zahamowane. Co zatem miał znaczyć ów przedziwny list? Efekt złego humoru prezydenta? Czy też znowu – jak to już przy różnych okolicznościach się zdarzało – prezydent wykonał samodzielne posunięcie i musiał zostać przywołany do porządku? Perspektywa, że szczyt jednak ma nadal szanse się odbyć jest pozytywna, ale przypuszczenie, że głowa najpotężniejszego państwa na świecie z jakichś powodów wydaje w arcydelikatanych a równocześnie arcyważnych sprawach sprzeczne komunikaty jest więcej niż niepokojąca. Na miejscu Kim Dzong-una należałoby się bowiem zastanowić, czy z kimś takim można w ogóle dojść do jakichś wiążących konkluzji.

Koreańskie obawy

Po przełomie tak w relacjach Pjongjang-Seul, jak i widocznym w postaci ewolucji amerykańskiego stanowiska wobec perspektyw spotkania Trump-Kim dysonans ujawnił się po wystąpieniu amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona. Istniał on jednak już wcześniej, wypowiedziane z pozycji supermocarstwowego dyktatu słowa Boltona tylko go ujawniły. Rzecz w tym, jak obie strony strony tego dyskursu wyobrażają sobie denuklearyzację. Wypowiadający się językiem, którego w dyplomacji należy unikać w sytuacjach kiedy nie planuje się czegoś w rodzaju „Anschlussu” Bolton niejako odkrył amerykańskie karty, ale też w Pjongjangu nie rządzą ludzie naiwni. Zdają sobie sprawę, że bez faktycznej gwarancji ze strony USA denuklearyzacja może oznaczać dla Kima samobójstwo. Choć amerykańska retoryka zwykła była przedstawiać budowany przez Koreę Północną potencjał nuklearny jako działanie agresywne, nie ulega wątpliwości że dla Pjongjangu był on przede wszystkim swego rodzaju „polisą ubezpieczeniową”. Oczekiwanie, że zrezygnuje z niej za nic pokazuje, że to Waszyngton (a przynajmniej politycy pokroju Boltona) okazuje się politycznie naiwny, zdając się wierzyć, że to jego potęga rzuciła Kima na kolana i może stawiać takie warunki wstępna jakie stawia się pokonanemu przeciwnikowi. I to w formie, która zostanie przyjęta jako uwłaczająca.
Że nie tak należy rzecz rozgrywać zdaje sobie świetnie sprawę prezydent Mun. Że denuklearyzacja to proces, że wymagać będzie całego ciągu spotkań i posunięć, które pozwolą ten bardzo drażliwy temat przepracować i dopiero wtedy będzie on toczył się dalej. Znakomicie rozumie też, że jeśli coś się chce na tym polu osiągnąć – a gra idzie nie tylko o pozbawienie Korei Północnej broni masowej zagłady, ale o definitywne wygaszenie konfliktogennej sytuacji trwającej od zakończonej rozejmem wojny koreańskiej i normalizację stosunków między obu państwami na Półwyspie – nie można dopuścić do tego, aby byli zwycięzcy i zwyciężeni. Nie tylko dlatego, że Kima urazi potraktowanie go jako pokonanego i poniżonego wroga. To może najmniej ważne, bo i Kim i Mun wiedzą, że po białych ludziach, choćby byli najpotężniejsi w świecie, nie można spodziewać się dobrych manier – i tak będą smarkać przy stole i nic się na to nie poradzi. Bardziej ryzykowne jest to, że usytuowanie Kima i w tym momencie utożsamianego z nim kursu koncyliacyjnego w stosunkach z Seulem, w roli pokonanego może podważyć jego pozycję. A wtedy cały proces może się wywrócić w ciągu jednej nocy.

Zbędny wuj

Rozwiązanie problemu wydaje się – w gruncie rzeczy – dość proste, choć może być trudne do zaakceptowania dla niektórych aktorów tego przedstawienia. Najważniejsze jest bowiem usytuowanie problemu na konkretnych planach i znalezienie dla nich wspólnego mianownika. Perspektywa globalna z której spogląda na koreańską rozgrywkę Waszyngton coraz bardziej oddziela się od perspektywy regionalnej w której widzi sprawę Seul. Faktycznie, przez lata zimnej wojny USA były praktycznie jedyną gwarancją istnienia Korei Południowej, ale teraz jest coraz bardziej widoczne, że jego udział w tej grze samym najbardziej zainteresowanym coraz bardziej przeszkadza. I dlatego trzeba w końcu postawić pytanie, co jest ważniejsze – czy doprowadzenie do trwałej odwilży na Półwyspie Koreańskim, czy zaspokojenie ambicji Waszyngtonu uważającego, że w każdym zakątku świata to on ma mieć ostatnie słowo.