Dobro kraju wymaga strzelania

Nie potrzeba wiele łykać, by się przestać lękać dzika. Nasi dzielni myśliwi być może sporo łyknęli bo właśnie przestali się lękać i zabierają się za ich masowe wybijanie.

Nie od dziś wiadomo, że PiS-owscy ministrowie rolnictwa i środowiska nie mają pomysłu na walkę z afrykańskim pomorem świń. Zagraża on coraz poważniej naszej branży mięsnej
Zaraza, mimo podejmowania rozmaitych, propagandowo nagłaśnianych acz zupełnie nieskutecznych poczynań, rozprzestrzenia się w Polsce bez kłopotów i dociera już do zachodniej granicy naszego kraju.
Wkrótce pojawi się w Niemczech, co oczywiście budzi niepokój tamtejszej administracji, dającej temu wyraz w międzyrządowych spotkaniach z polskimi kolegami.

Ratunek za pomocą strzelby

Jedyne lekarstwo, jakie widzi polski rząd, to metoda kija bejsbolowego – trzeba wybić najwięcej dzików, bo wtedy jest szansa, że wybije się i te, które są zarażone.
Przypominają się „Przygody Hucka”, w których pewien sędzia wypowiadał się na temat ojca głównego bohatera, iż można zrobić z niego człowieka za pomocą strzelby, bo nie ma na to innego sposobu. Polski rząd też ma identyczny sposób na ASF – użycie strzelby.
Wykonawcami tej ogólnopolskiej egzekucji mają być myśliwi zrzeszeni w Polskim Związku Łowieckim. Nierzadko jest im obojętne do czego strzelają – byle mogli sobie popukać jak najczęściej i do czegoś dużego, by zdołali trafić.
Dzik jest jednak raczej niewysoki, niełatwo go wytropić i celnie strzelić, a gdy jest ranny lub zły, potrafi być niebezpieczny.
Polscy myśliwi, którzy znacznie chętniej wolą zabijać jelenie i sarny, nie palą się więc specjalnie do osaczania dzików. Można by im udzielić rady z piosenki Starszych Panów: „nie potrzeba wiele łykać, by się przestać lękać dzika”, gdyby nie to, że trunki poprawiające odwagę są już dziś dość częste wśród naszych miłośników przyrody z karabinami – wyrażających swe uczucie poprzez katrupienie jej czworonożnych przedstawicieli.

Społecznik z karabinem na ramieniu

Wreszcie jednak, pod naciskiem rządu, którego ministrowie już nie raz krytykowali myśliwych za opieszałość w wybijaniu dzików, PZŁ postanowił wziąć się aktywniej za ich zabijanie.
Wedle rządowych planów, ma się u nas likwidować ponad ćwierć miliona tych zwierząt rocznie – czyli więcej niż wynosi ich stan roczny w Polsce (ok. 240 tys) – co nie oznacza, że wszystkie zostaną wybite, gdyż taka wielkość dziczej populacji była utrzymywana przy wcześniejszych, ograniczonych liczbowo polowaniach.
W ubiegłym roku polscy myśliwi zabili ok. 170 tys dzików, więc jeszcze im daleko do wykonania rządowego planu.
Zabawne, że władze PZŁ uznają strzelanie do dzików za …pracę społeczną polskich myśliwych – i wyceniają, iż koszt zabicia (w żargonie myśliwskim mówi się: „pozyskania”) jednego dzika wynosi 3400 zł. Wygląda na to, że mogą chcieć, by państwo im za to płaciło.
Na okres od 1 kwietnia 2019 do 30 marca 2020, związek łowiecki przewiduje odstrzał ok. 190 tys dzików – ale prawdopodobnie zginie ich dużo więcej, bo na styczeń i luty PZŁ zaplanował wielką akcję, która ma znacznie poprawić statystyki.
Planowane zabijanie, wedle Ministerstwa Środowiska, ma doprowadzić do „maksymalnego obniżenia liczebności populacji”.

Pozabijać wszystkie?

Nie wiadomo jaka będzie skuteczność wielkiej akcji, i czy zaspokoi ona oczekiwania PiS-owskich notabli. Zwiększony plan odstrzału budzi zaś niepokój ekologów różnej maści.
Partia Zielonych ogłasza, że jest oburzona planowanymi przez Polski Związek Łowiecki odstrzałami dzików, prowadzonymi pod pretekstem walki z afrykańskim pomorem świń.
Zgodnie z planami rządu oraz Polskiego Związku Łowieckiego polowania mają mieć charakter wielkoobszarowy, co oznacza zmasowany i niekontrolowany odstrzał, który zdaniem Zielonych może doprowadzić do całkowitej eksterminacji dzików na terytorium Polski.
Ministerstwo Środowiska w piśmie z 21 listopada 2018 r. nie określa dolnych granic populacji dzików, z czego, zdaniem Zielonych, można wnioskować, że chodzi o ich całkowite wytrzebienie dzików. Co więcej, w planach Ministerstwa jest odstrzał loch w ciąży oraz warchlaków – przewidywane są za ten czyn nawet ekwiwalenty finansowe.
„Tłumaczenie takich działań chęcią powstrzymania rozprzestrzeniania się ASF uważamy za skrajnie nieodpowiedzialne i lekkomyślne, gdyż zgodnie z informacjami Instytutu Ochrony Przyrody PAN nie ma dowodów na związek zagęszczenia dzików z rozprzestrzenianiem się choroby” – oświadczają Zieloni.
Ponadto, rząd PiS miał ponad trzy lata na powstrzymanie rozwoju choroby, lecz nic w tym celu nie zrobił. Zamiast podjęcia realnych działań, wolał debatować nad irracjonalną budową muru na granicy polsko-białoruskiej, który oczywiście nie rozwiązałby problemu, wiec słusznie z niego zrezygnowano.

Bóg rozpozna swoje

Nie wiedząc, w jaki sposób rozwiązać problem, rząd, zdaniem Zielonych, zdecydował się wymordować wszystkie dziki w Polsce. Przypomina to masakrę albigensów przeprowadzoną zgodnie z zasadą „Bóg rozpozna swoich”.
Rozumowanie jest nieskomplikowane – skoro zabite zostaną wszystkie dziki, to zabite będą także te, które były nosicielami wirusa ASF. Tyle, że takiej stuprocentowej skuteczności w zabijaniu nie da się osiągnąć w krótkim czasie, zawsze jakieś zakażone zwierzę zdoła przetrwać, zaś choroba będzie dalej się rozpowszechniać.
Wprawdzie ludzie doprowadzili skutecznie do zagłady już wielu gatunków zwierząt, ale potrzebowali na to wiele czasu. W ciągu paru lat nie da się przeprowadzić całkowitej eksterminacji.
Zieloni uważają, że działania Ministerstwa Środowiska w kwestiach ochrony przyrody są coraz bardziej sprzeczne z celem, w jakim zostało ministerstwo powołane. I tu się całkowicie mylą. Nie jest to bowiem Ministerstwo Ochrony Przyrody czy choćby Ochrony Środowiska, lecz samego Środowiska.
Resort nie ma więc w planach ochrony tego środowiska, lecz jego przekształcanie – i robi to, w sposób jedyny, jaki przychodzi do głowy PIS-owskim działaczom rządowym. Czyli, poprzez powszechne wybijanie naszych „braci mniejszych”.
Szkoda, że akurat tak powszechne łamanie praw zwierząt w Polsce jakoś nie budzi zainteresowania Unii Europejskiej.

Dzik za „pińcet”

Podobno PiS zarąbało lewicy socjalne punkty programu, i że to właśnie w działaniach Kaczyńskiego z ferajną można odnaleźć troskę o to, by ludziom żyło się lepiej.

 

PiS to trochę jak myśliwi, którzy głośno krzyczą o miłości do przyrody i zwierząt, i że to ich (myśliwych znaczy się) zasługą jest, iż po lasach biegają dziki, łanie, latają kuropatwy, bażanty a nawet kaczki (dzikie rzecz jasna).
Tyle, że przemilczają, iż na końcu kochania jest muszka i szczerbinka by „kochane” zwierzątko ukatrupić pewnym strzałem ku radości myśliwego (zwierzątko raczej się z tego nie cieszy).

 

Ora et labora

Ludzkie paniska z prawicy dbają więc o swego suwerena tak, jak myśliwy dba o dziki. Dają trochę do michy-paśnika, jak suweren się rozchoruje to nawet podleczą.
Rozrywkę godną mu pokażą — a to film o Smoleńsku, a to coś o żołnierzach wyklętych. Suweren ma mieć siłę do pracy i nie myśleć o jakiejś tam sprawiedliwości społecznej, wolnościach i prawach obywatelskich i tym podobnych, nikomu nie potrzebnych pierdołach. Ora et labora.
Jednym słowem — dobry PiS dba, by suweren cicho siedział i (teoretycznie) nie miał powodów do buntów. A jak buntować się zacznie, to szybko suwerenowi zostanie wskazane miejsce w szyku, na przykład przez brzytwa strzyżonych chłopaków z ONR w mundurkach Obrony Terytorialnej.

 

Po pińcet

Czy zatem lewica nie ma już nic do roboty? Moim zdaniem ma, a nawet potrzebna jest nadzwyczajnie. Przede wszystkim ma głośno mówić o tym, że wyzysk pracowników, łamanie ich praw i nadmierne sprzyjanie kapitałowi a nie pracy nie skończyło się wraz z rządami PiS-u, który dał „po pińcet” a dołoży jeszcze trzysta. Wręcz przeciwnie. Wielu pracodawców na prośbę o podwyżkę odpowiada – dostałeś pięć stów, więc nie bądź taki roszczeniowy. Tyle tylko, że nie wszyscy dostali, to po pierwsze, a po drugie – w naszym pięknym kraju płace tak się mają do dochodu narodowego jak w najczarniejszym kącie Afryki.
Ponadto lewica jest potrzebna żeby, tak jak godnego udziału w zyskach, równie głośno żądać nie z pańska nadanej i cząstkowej, ale rzeczywistej wolności: w mediach, w szkole, w życiu prywatnym i publicznym.
Nikt inny nie podniesie w tzw. politycznej debacie, że prekariat to nie wymysł, że to pracownicy a nie pracodawcy wytwarzają dobra i wypracowują zysk, że nie ma zgody na ograniczanie wolności a państwo i kościół, kościół i państwo to nie jedno i to samo.

 

Świecki Caritas

Oby tylko lewica nie dała się wepchnąć w stereotyp, że jej jedynym „celem” jest (i powinna być) dbałość o: bezrobotnych, odrzuconych i niezaadaptowanych do kapitalizmu.
Żeby była jak taki świecki Caritas.
Od swego powstania lewica zajmowała się walką, tak WALKĄ, pomiędzy kapitałem a pracą. I zawsze lewica stawała po stronie pracy, tzn. godnej płacy i praw pracowników.
Żaden pracodawca nie zarobi ani złotówki bez pracowników i to lewicy rolą jest uświadamianie wszystkim tego prostego faktu.
A jeśli tak, to nie może być zgody na to, by praca najemna była wynagradzana na poziomie pańszczyźnianego chłopa, a pan pracodawca co roku kupował sobie nowy sztucer, kapelusz z piórkiem i bryczkę, by polowanie było przyjemniejsze.