Kamienny reakcjonista Recenzja

– ale wielki pisarz

Satysfakcja z lektury François-René de Chateaubrianda (1768-1848), nawet w przekładzie, zawsze polega przede wszystkim na spotkaniu z najwyższym diapazonem języka, pełnym rozmachu formatem stylu i treści. Takimi pożytkami zaleca się przede wszystkim lektura jego fascynujących „Pamiętników zza grobu”, a także „Ducha chrześcijaństwa”. Kto chciałby na chwilę odetchnąć od trywialności języka współczesnych debat politycznych i skąpać się w języku górnym, monumentalnym, szlachetnym ten powinien sięgnąć po jego dzieło „O rewolucji, wolności i władzy”. Oto próbka stylu Chateaubrianda: „Istnieją dwa rodzaje rewolucjonistów. Jedni pragną rewolucji i wolności – jest ich niewielu. Drudzy pragną rewolucji i władzy – to oni stanowią olbrzymią większość. Żyjemy iluzją, w dobrej wierze wmawiając sobie, iż wolność jest naszym bożyszczem. Błąd. Równość i chwała to dwie żądze kierujące ojczyzną”. Brzmi to jednak jakoś znajomo i dość aktualnie, nieprawdaż?
Świadomie opuściłem dwa ostatnie zdania tego cytatu: „Nasz geniusz to geniusz militarny. Francja jest żołnierzem” – bo te akurat nie mają nic wspólnego z rzeczywistością dzisiejszej Francji. Tak, wiem, to rozrywka czysto estetyczna, bezinteresowne ćwiczenie umysłowe, ale ostatecznie wybitna literatura jest sztuką i szkoda traktować ją wyłącznie utylitarnie, jako dostarczycielkę świeżej karmy. „O rewolucji, wolności i władzy” pisał Chateaubriand w sposób taki, od jakiego nasza epoka oddalona jest o setki lat świetlnych, z uwzględnieniem wymiarów, które w naszych czasach są już tylko anachronizmem. Z samego tylko Chateaubrianda uczyć się historii trudno, bo jej wykładnia w jego wydaniu jest bardzo subiektywna, stronnicza, jednostronna ideowo, wybiórcza.
Niektórych może zniechęcić to, że Chateaubriand mniej jest historykiem niż moralistą i filozofem w przestrzeni historii. Jego pamflet „O Napoleonie i Burbonach”, stanowiący część omawianego dzieła, to jedno z najsurowszych i najcięższych oskarżeń pod adresem Korsykanina Buonaparte, który przez 16 lat (1799-1815) jako dyktator i cesarz Francuzów władał Francją. Chateaubriand rozbił w proch i w pył całą heroiczną legendę Napoleona (tak długo naiwnie żywą głównie w Polsce – to jest stary i powtarzalny los Polaków, naiwnie oddawać się w ręce, na łaskę i niełaskę bezdusznych szakali) i pokazał go jako niszczyciela, cynicznego, antypatycznego potwora, człowieka nikczemnego, a dowódcę bynajmniej nie wybitnego. Nie odmawia mu tylko jednego: żelaznej woli, ale ta wola, według Chateaubrianda, służyła wyłącznie złu. „Refleksje polityczne” poświęcił Chateaubriand kluczowym zagadnieniom swojej epoki, koncentrując się głównie na historii Francji, ale czyniąc też paralele do historii Anglii czasów Karola I Stuarta i jego pogromcy Cromwella. Część trzecia dzieła to już specjalistyczne, finezyjne, uczone studia z kręgu prawa państwowego, poświęcone systemowi monarchicznemu, w tym restauracji i monarchii elekcyjnej. Wszystko to niby już tylko zawartość historycznego lamusa, piramida anachronizmów, muzeum, strony pokryte grubą warstwą kurzu, a jednak warto czasem sięgnąć i po taką lekturę. Jest w niej bowiem coś rafinującego nasze dzisiejsze, bieżące myślenie, coś co daje chwilę odpoczynku od napierającej codzienności i naoczności, możliwość uświadomienia sobie, że wbrew temu co nam się coraz bardziej wydaje, nie żyjemy tylko w teraźniejszości, i że w końcu to świadomość oraz poczucie istnienia za naszymi plecami przeszłości, odróżnia człowieka od zwierzęcia. A może raczej powinno odróżniać, bo nietrudno zauważyć, że tym życiem wyłącznie tu i teraz człowiek coraz bardziej powraca do swej zwierzęcej genealogii, od której oddaliła go ewolucja i cywilizacja. Historia, ta prawdziwa historia, jako nauka o przeszłości, coraz bardziej się oddala i niech nas nie zmyli moda na grupy rekonstrukcyjne i rozmaite polityki historyczne.
To tylko gadżety i instrumenty politycznej propagandy. Przykład pierwszy z brzegu? To wypindrzone, plastikowe muzeum, które ma powstać na Westerplatte, będzie miało tyle wspólnego z rzeczywistością, treścią, duchem i nastrojem września 1939 roku, co jakaś komputerowa „gra o tron” z prawdziwym średniowieczem, tym zbadanym przez mediewistów. Prawdziwa przeszłość coraz bardziej się oddala. Zauważam to po stosunku młodych ludzi do starych książek, które zgodnie ze sympatyczną skądinąd modą, zalegają, w roli martwego „oldskulowego” rekwizytu, półki modnych kawiarń i barów. Dla mnie, gdy byłem w ich wieku, stare książki miały metrykę stuletnią z grubsza biorąc, no i zaglądałem do nich z zainteresowaniem. Dla dzisiejszych młodych ludzi zmacerowane, pokiereszowane, obdarte książki z lat siedemdziesiątych a nawet osiemdziesiątych ( o starszych nawet nie wspomnę) tworzą jakąś materię z zamierzchłej, kopalnej przeszłości, jakby ściany węgla. One właśnie tworzą tę oczekiwaną atmosferę „dawności”. Książki z lat osiemdziesiątych, które dla mnie były „przed chwilą”! Ale wróćmy do Chateaubrianda. Był ucieleśnieniem arystokratycznej reakcji, światłej, ale jednak reakcji, a jego poglądy były kwintesencją, esencją reakcjonizmu, ale jakim ten czarny reakcjonista był pisarzem!

François-René de Chateaubriand – „O rewolucji, wolności i władzy. Wybór pism”, wybór i wstęp Jacek Kloczkowski, wyd. Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2017, str.404, ISBN 978-83-64753-39-8.

W niebie

Na granicy najgorszej dzielnicy Nieba, z której po drugiej stronie strefy ochronnej widać już przedmieścia Czyśca, jest powszechnie znana kawiarnia „Dyktatorska”. Wielu stałych gości przychodzi tu pograć w brydża albo w szachy, pogadać ze znajomymi z różnych epok, napić się podłej wódki i jeszcze gorszego koniaku albo kawy. Dzielnica jest zaniedbana, mieszkania w blokach małe i niewygodne. Trudno się dziwić – przydziały na lokale w tej dzielnicy dostają duszyczki ludzi, którzy z trudem uzyskali od wstępnego sądu skierowanie do Nieba, którym groził Czyściec a nawet – wyplujmy to słowo – Piekło.

Mimo tych podłych warunków, czas mija spokojnie i pogodnie. Jest jasno, bo kilka z wielu słońc oświetlających Niebo nigdy nie zachodzi. W Niebie nie ma pieniędzy, więc jedzenie i napoje we wszystkich lokalach są za darmo, jak w hotelach „all inclusive” na Ziemi, chociaż w tej dzielnicy nie najlepszej jakości. Jest ciepło – można siedzieć nago w obszernym ogrodzie kawiarnianym, przykrywając jedynie miejsca budzące zbyt podniecające wspomnienia z życia na Ziemi.
Właśnie przy stoliku kawiarni, w ogrodzie, pod rozłożystym drzewem oliwnym, siedziało pewnego wczesnego popołudnia czterech gości. Grali w karty, od czasu do czasu wołając usługujące anielice, aby przyniosły im coś do picia. Anielice nie budziły ich zainteresowania. Były wyraźnie drugiego sortu, podstarzałe, okrywające niektóre partie astralnych ciał kolorowymi, ale niezbyt czystymi szmatkami. Także astralnie półprzezroczyści goście siedzący przy stoliku, nie byli do siebie podobni. Jeden był łysy. Dwóch miało pokaźne wąsy. Czwarty był wyjątkowo niski, trzymał jedną rękę na piersi i, mimo upału, nie zdejmował dziwnego kapelusza.
Panowie grali niespiesznie, popijając koniak i obserwując wejście do lokalu, czasem pozdrawiając wchodzących gości. Właśnie wchodził nieco od nich młodszy, wysoki i przystojny duch człowieka o wysokim czole i bystrym spojrzeniu. Na jego widok jeden z wąsatych wyraźnie się ożywił, pomachał ręką i zawołał:
– Felek! Dawno cię nie widziałem. Dosiądź się do nas. Mamy jeszcze pół flaszki koniaku, a jak dobrze pójdzie, to dziewczyny przyniosą następną.
Przybysz zbliżył się do stolika i grzecznie ukłonił.
– Witajcie Józefie Wissarionowiczu. Też się za wami stęskniłem. I cieszę się, że mogę także uścisnąć dłoń drogiego towarzysza Lenina. Ale przedstawcie mnie łaskawie pozostałym panom.
– Panowie – to Feliks Dzierżyński. Z pochodzenia Polak i wyjątkowo inteligentny szlachcic. Ale jednocześnie podpora rosyjskiej rewolucji. A ty, Feliks, powinieneś sam rozpoznać moich przyjaciół – Józia Piłsudskiego i Napoleona.
– Mój błąd! Wstyd mi. Mam nadzieję, że Pan Marszałek i Jego Cesarska Mość zechcą mi ten nietakt wybaczyć. Naleję po kieliszku, na dobry początek naszego spotkania!
Nalał i wypili.
– Ale powiedz Feluś, dlaczego tak długo nie było cię widać – zapytał Stalin.
– Byłem kilka dni nielegalnie w Czyścu. Chciałem odwiedzić kilkoro znajomych. Mieszkałem tam u Wieniawy-Długoszewskiego. Przesyła serdeczne pozdrowienia Panu Marszałkowi. Obiecałem mu, że specjalnie się do pana Marszałka wybiorę. W końcu jesteśmy krajanami, jako chłopcy urodziliśmy się i mieszkaliśmy niedaleko od siebie.
– A skąd wy się tak dobrze znacie z Wieniawą?
– Tak się złożyło, że dyskretnie pomogłem mu wyjść z więzienia w Moskwie i wyjechać z Rosji. To bardzo przyzwoity i dowcipny człowiek. Ale kilkadziesiąt jeszcze lat ma być w Czyścu, bo samobójców tak się traktuje. Twardy jest i nie narzeka. Mieszkają w jednym bloku z Hemingwayem, który też sam ze sobą skończył. Bardzo się wspierają i trochę kolegują z generałem Rommlem. „Lew Pustyni” byłby pewnie także w niebie, gdyby się nie otruł.
– Nie odwiedzałem Czyśća – powiedział Marszałek – jak tam się mieszka?
– Dużo gorzej, niż u nas. Mieszkania jeszcze mniejsze, alkohol im limitują. Prawie nie ma dobrych lokali. Trzeba samemu cos pichcić. Właściwie żadnych rozrywek – nie wolno im nawet organizować kabaretów. Tylko przekazy telewizyjne z ziemi oglądają. Kobiet mniej niż mężczyzn. Jeszcze najlepsze są Amazonki, ale w astralnym wykonaniu też nie mają jednej piersi. No i są z innej epoki, więc czasem trudno się dogadać.
– Nie gadajcie o kobietach, bo mnie to drażni – odezwał się Lenin. Ale à propos ziemskiej telewizji – widziałem, że w tej waszej Polsce coś się ostatnio źle dzieje. Sądy rujnujecie, Europa ma pretensje, premiera zmieniliście. No i wam – Feliksie Edmundowiczu – wyrasta tam następca. Też prowadził „czerezwyczajną komisję” i wydawało mu się, że jest pępkiem świata. Tak jak i wy, nie jest jednak prawnikiem, per noga traktował świadków, brakuje mu kultury. W tym Was – niestety – nie przypominał.
– Widziałem parę razy te transmisje. To rzeczywiście źle wychowany człowiek. Ja rzadko zadawałem pytania – od tego miałem odpowiednich ludzi. Tylko podsumowywałem i sugerowałem wyroki. No, ale on teraz ma wyjechać na dobrą posadę w Unii Europejskiej. Co nie wyklucza, że po powrocie znowu go skierują „ma pierwszą linię”.
– No właśnie – odezwał się Cesarz – parę dni temu zastanawialiśmy się z Marszałkiem, jakim cudem udało się wam, a także panom Leninowi i Stalinowi, zakwalifikować do nieba. Wprawdzie do tej najpodlejszej dzielnicy, ale jednak. Bo te wasze wyroki powinny was zaprowadzić do Piekła. Ten dowódca straży wejściowej Gabriel, admirał czy archanioł – ciągle nie rozróżniam tutejszych stopni – chyba zaspał?
– To proste – powiedział Stalin. Jak rzucali na tę stojącą przy wejściu wagę moje grzechy i dobre uczynki, to bardzo duży odważnik położyli za wygranie II wojny światowej i uratowanie wielu, którzy mogli jeszcze zginąć. To przeważyło. Towarzysz Lenin podniósł z klęczek klasę robotniczą i nawet nie umie strzelać z pistoletu. A u Feliksa znaleźli liczne przypadki, kiedy ułaskawiał oskarżonych Polaków, a nawet pomagał im wyjechać. I od nikogo nie przyjmował łapówek. Czyli nawet jak grzeszył – to był ideowym komunistą i wierzył w słuszność tego, co robił.
Cesarz wzruszył ramionami.
– Nie wydaje mi się, aby to było sprawiedliwe. Taki Neron i ten angielski buntownik Cromwell siedzą w Piekle, że już nie wspomnę o Hitlerze – a was nawet nie wsadzili do Czyśca. Też zaglądam czasem do polskiej telewizji, jak Poniatowski mi mówi, że jest coś zabawnego. Ta ich partia ze sprawiedliwością w nazwie u nas w Niebie, czyli przy wejściu, prawie wszystkich by skazała na najgorsze dzielnice piekła. To się przyczyni do ich upadku. Nie można połowy narodu uważać za złodziei i za „zdradzieckie mordy”. Ja zawsze zachowywałem umiar w ocenie przeciwników.
– A wiecie – wtrącił się Lenin – że oni zmieniając poprzedni rząd zmienili właściwie tylko szefa – kobietę, zamienili na mężczyznę, który był jej zastępcą. Może mieli rację. Polki są interesujące, ale bardziej sprawdzają się w nauce niż w zarządzaniu, nie mówiąc o innych sprawach. Takiej Skłodowskiej uznano tyle naukowych zasług dla ludzkości, że mieszka w naszej najlepszej dzielnicy, ma dom z basenem i własną obsługą – nie to, co my.
Cesarz kiwnął głową.
– Macie rację. Mam trochę doświadczenia z Polkami, poczynając od folwarcznych dziewek, które adiutanci przyprowadzali mi na postojach, a kończąc na mężatkach z arystokracji. Lubię te wspomnienia. W końcu nie zapominajcie – Panowie – że ja jestem z wojska, a nie z pałaców. W młodości przyjaźniłem się nawet z praczkami. Nie były złe. Ale wracając do tego, co dzieje się w Polsce, to muszę powiedzieć, że z Polaków żołnierze przedni, ale rządzić się i praw ustalać nie potrafią. Nawet kodeks musiałem im dyktować.
Marszałek się ożywił.
– Powinienem się obrazić, ale – niestety – podzielam pogląd Waszej Cesarskiej Mości. Zawsze mówiłem, że nasi parlamentarzyści mogą kury szczać prowadzać, a nie politykę robić. Teraz ci niedouczeni, rzekomi zwolennicy sprawiedliwości, wzięli się właśnie za poprawianie prawa na swoją korzyść i lekceważą własną konstytucję. Chcą mieć istotny wpływ na mianowanie sędziów. Z całym szacunkiem dla pana Feliksa, ale to mi przypomina bolszewików. Zresztą i u Hitlera prawie wszyscy sędziowie nosili znaczek partyjny
Dzierżyński się uśmiechnął.
– To prawda, ale myśmy robili rewolucję, a w Polsce mówią, że sięgają do tradycji i walczą ze wszystkim, co przypomina Rosję i komunizm. Nazwy ulic zmieniają, pomniki burzą. Mają obsesję na tym punkcie. Nawet jak plac czy ulica nazywa się „Zwycięstwa”, to kojarzy im się ze zwycięstwem Armii Czerwonej, a nie własnym. To już paranoja. Czy chcą się przyznać, że nie mieli swoich zwycięstw? Przecież wszyscy doceniają ich duży udział w zwycięstwie aliantów nad Hitlerem. A i wcześniej pan Marszałek wygrał z bolszewikami w 1920 roku chroniąc nieodległość Polski i przy okazji – nie wymawiając – narażając mnie na niepotrzebne podróże aż do Wyszkowa. Żałowałem, bo mogłem się wtedy odczepić od „służb specjalnych” – jak to dzisiaj nazywają – i zająć się odbudową mojej pierwszej ojczyzny.
– Obiektywnie patrząc – wtrącił się Stalin – to w tej antyrosyjskiej atmosferze oni właśnie tobie powinni budować ołtarzyki. Masz na sumieniu mnóstwo Rosjan. Z punktu widzenia tych współczesnych rusożerców to przecież zasługi – a nie winy.
– Dosyć, panowie, o polityce – przerwał mu Cesarz. – Nas to już nie dotyczy. Chyba zbliża się pora podwieczorku, bo widzę, że przyszedł Julek Cezar ze zwolnioną niedawno z Czyśca Kleopatrą. A on nie opuszcza żadnych posiłków, mimo że my właściwie jeść nie musimy, tylko robimy to z nudów. Zanim nam coś podadzą, wypijmy więc za pomyślność Polaków. Teraz dorobili się fatalnej władzy, ale to minie. Żadna władza nie trwa wiecznie. I najczęściej potyka się na własnych błędach i wygórowanych ambicjach. Wiem to z własnego doświadczenia.