Religia jako spoiwo polskiej sceny politycznej

W apelu Kongresu Świeckości z początku 2017 roku skierowanym do wszystkich współobywateli, środowisk opiniotwórczych, organizacji społecznych i politycznych o zdecydowany sprzeciw wobec postępującej klerykalizacji kraju zawarte zostało następujące sformułowanie:

„Uważamy, że państwo nie powinno angażować się w zaspokajanie roszczeń Kościoła do wyłączności w kształtowaniu wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa. Konfesyjnie zdefiniowany system wartości nie może być narzucany zróżnicowanemu światopoglądowo społeczeństwu, ponieważ oceny moralne dokonywane z tak jednowymiarowej perspektywy są krzywdzące dla wszystkich, którzy podstawy etyczne swojego życia opierają na równie mocnych, choć innych niż wyznaniowe podstawach.”

Odnosząc się wprost do rządzącego podówczas jak i obecnie układu politycznego wyraziliśmy oburzenie działaniami hierarchów Kościoła katolickiego przyjmującego „…rolę politycznego gracza – sojusznika i faktycznego, choć nieformalnego koalicjanta rządzącej formacji politycznej, za wspieranie której uzyskuje ogromne korzyści materialne pochodzące ze środków publicznych oraz uregulowania prawne pozwalające na dalsze nieskrępowane poszerzanie wpływu” zmierzającego do podporządkowania wszystkich sfer działalności państwa i aktywności jego obywateli regułom i rytuałom wyznania katolickiego.

Patrząc z perspektywy już ponad trzyletniego okresu systematycznego umacniania narodowo-katolickiej władzy i propagowanego przez nią wzorca tożsamościowego jaki powinien obowiązywać członka narodowej wspólnoty nie sposób nie zauważyć, że sytuacja polityczna w Polsce jak i stosunku społeczne uległy dalszemu dramatycznemu pogorszeniu. Dewastujący wpływ upolitycznionego religijnego fundamentalizmu na państwo i stosunki społeczne, utożsamianie polskości z wyznaniem katolickim i towarzysząca temu niechęć, a nawet jawna wrogość wobec osób LGBTQ+, ateistów czy innowierców spowodował wykluczenie tych grup społecznych z uczestnictwa w życiu publicznym. Wzrastają antagonizmy już nie tylko pomiędzy zwolennikami głównych sił politycznych, ale i pomiędzy różnymi środowiskami w ramach zróżnicowanych sił społecznych i politycznych. W sposób oczywisty tworzy to zagrożenie dla spójności państwa. Coraz częściej na ulicach miast manifestowany jest sprzeciw wobec różnych form nienawiści skierowanych obecnie głównie wobec środowisk LGBTQ+ przebiegający w konfrontacji z organami porządku publicznego, których działania cechuje narastająca skala agresji i przemocy. Wzniecanej przez obóz rządzący wobec przeciwników politycznych wrogości towarzyszy bogoojczyźniana narracja wywiedziona z doktryny religijnej w jej archaicznym, dosłownym przekazie wspieranym licznymi wystąpieniami hierarchii Kościoła katolickiego. Wszystko to razem prowadzi do smutnego wniosku, że kraj położony w środku Europy, niedawno aspirujący do uczestnictwa w rozwiniętej cywilizacji i kulturze zachodnioeuropejskiej stał się poligonem cywilizacyjnej „cofki” zafundowanej przez ultrakonserwatystów i katolickich nacjonalistów.

Jak to było możliwe i dlaczego Kościół katolicki postanowił zablokować rozwój cywilizacyjny kraju?

Religia była i jest w dalszym ciągu w Polsce podstawową forma świadomości społecznej czyli całokształtu charakterystycznych dla społeczeństwa treści i form życia duchowego, a religijna wizja świata pomimo systematycznej utraty atrakcyjności dla części społeczeństwa w dalszym ciągu jest uporczywie propagowana zarówno w systemie edukacji publicznej jak i funkcjonowaniu instytucji publicznych jak chociażby szpitale nie skrępowane konstytucyjnym obowiązkiem przestrzegania bezstronności w sprawach religijnych. Wprowadzenie religii do sfery publicznej w 1989 roku było konsekwencją życzenia Kościoła katolickiego odejścia od laickiego modelu państwa. Kościół w pełni świadomy swojej silnej pozycji w społeczeństwie i państwie, wspomagany przez autorytet papieża, dyskontujący często przesadnie wyolbrzymiane zasługi walki z komunizmem zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później będzie musiał zderzyć się ze skutkami społecznymi demokratycznego systemu rządzenia i nieuchronnym procesem laicyzacji. Samo panowanie w sferze światopoglądowej w zderzeniu ze współczesnością mogło nie wytrzymać próby czasu. W tej sytuacji przeciwdziałanie procesom osłabiającym jego pozycję i wpływy mogło wynikać jedynie z prawnego ich zagwarantowania i siły ekonomicznej jaką dawało pozyskanie majątku nieruchomego oraz stałych przysporzeń finansowych. Jak słusznie ktoś zauważył wprowadzenie religii do sfery publicznej miało nadać jej przymiot obiektywnej samo-oczywistości i konieczności funkcjonowania z nią w społeczeństwie i państwie przez wszystkich obywateli w tym niewierzących nawet w czasie wolnym i bez względu na osobisty wybór przekonań religijnych, światopoglądowych czy filozoficznych. W ten sposób każdy obywatel jest zmuszony odnosić się do religii w każdym aspekcie swojej aktywności, nawet jeżeli nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek wyznaniem. Praktycznie, żyjąc w Polsce, zmuszony jest konfrontować się z religią i jej reprezentantami zarówno w szkole własnych dzieci, w urzędzie i w szpitalu nie tylko z symboliką religijna ale i funkcjonariuszem Kościoła, a często też we własnym miejscu pracy unikając natarczywego towarzystwa katechety na wyższych uczelniach i w wielu innych sytuacjach .W sposób oczywisty narusza to podstawowe prawa do wolności człowieka, a mianowicie wolności od religii jak i nieujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Uzasadnieniem wprowadzania religii do sfery publicznej, a przede wszystkim szkolnictwa była rzekomo dążenie państwa do realizacji zasady pluralizmu światopoglądowego, poszerzania przestrzeni wolności m.in. poprzez równouprawnienie wyznań religijnych i umacnianie postaw tolerancji, otwartości i poszanowania różnorodności. Takie właśnie cele miała realizować m.in. szkoła publiczna, do której wprowadzona została katecheza. W efekcie wprowadzenia lekcji religii do planu zajęć szkolnych, jako przedmiotu nieobowiązkowego, osiągnięty został rezultat zupełnie odmienny od założonego. W pokoleniu wykształconym w systemie edukacji publicznej w ostatnich trzydziestu latach, poza ogólnym spadkiem poziomu nauczania wynikającym także z różnych innych niż katecheza czynników, nastąpił radykalny wzrost postaw ksenofobicznych, rasistowskich, przejawów nietolerancji i religijnego fanatyzmu. Uzewnętrzniane ich następuje w manifestacjach politycznych, imprezach partyjnych, ceremoniach religijnych towarzyszących wydarzeniom organizowanym przez partie i ruchy polityczne odwołujące się wprost do tradycji nacjonalistycznej i religijnej. Okazuje się, że w XXI wieku skutecznie przywoływane są i wyciągane z lamusa historii wzorce organizacji patriarchalnego społeczeństwa, autorytarnych rządów, religijnego porządku społecznego, symboliki rycerskiej czy zakonnej i są one atrakcyjne dla młodszej i starszej klienteli ugrupowań politycznych zbijających na nich swój kapitał polityczny. Oznacza to, że skuteczne wdrukowanie symboliki religijnej, terminologii, celebry, a w końcu całej religijnej wizji świata w proces wychowania i edukacji przynosi wymierne rezultaty polityczne. Operowanie terminologią wywiedzioną z przekazu religijnego do opisu świata i zachodzących w nim zjawisk, odwoływanie się do mitów i stereotypowych przekonań, wykorzystywanie wartościujących ocen i odniesień do różnych środowisk ludzkich i podane ich w możliwie radykalnej formie zawiera wystarczający ładunek energetyczny by przyciągnąć rzesze zwolenników.

Zarówno klerykalizm jak i autorytaryzm są skierowane przeciwko demokracji, niszczą jej instytucje i osłabiają pozycje organizacji politycznych i obywatelskich. Godzą w klasę polityczną odbierając jej pozycję i apanaże, a więc cieszą się sympatią dużej części rozczarowanych demokracja obywateli. Łatwość z jaką klerykalizm i autorytaryzm zdobyły akceptacje przeważającej części społeczeństwa ujawnił całą słabość demokracji parlamentarnej, ale i uzależnienie mentalne polityków od podporządkowania panującej świadomości społecznej i zależności od Kościoła jako najsilniejszej instytucji w Polsce. Dlatego właśnie klerykalizm polityczny stał się najbardziej popularną, dominująca formą politycznej ekspresji. Jako narzędzie proste w użyciu, nie wymagające intelektualnych wygibasów i przechodzenia twórczej męki tworzenia nowych koncepcji z nadzieją na zdobycie poparcia, a skutek daje pewny bo mieszczący się w siatce pojęciowej większości ludności w kraju, jest bezpieczne bo akceptowane w głównym nurcie obecnie obowiązujących politycznych standardów, a co więcej daje możliwość bezpiecznej konkurencji w ramach tego nurtu i nawet ewentualnego zdobycia przychylności Kościoła katolickiego jako głównego zwornika, stabilizatora i gwaranta rządów narodowo-katolickiej prawicy. Nawet pozycja w ramach rządzącej koalicji, jak się można przypuszczać, uzależniona jest od akceptacji Kościoła, gdyż trudno byłoby inaczej wytłumaczyć arcykatolickie harce na środowiska LGBTQ+ wyczyniane z inspiracji kierownictwa partii, która koalicję tą współtworzy .

Kościoły umierają stojąc

Kościół Katolicki w Polsce ma szczególną pozycję. Zawsze obecny w czasach PRL-u, w czasach powstawania opozycji demokratycznej i potem, w stanie wojennym, był ważnym uczestnikiem wydarzeń, a chwilami głównym graczem.

W okres demokracji weszliśmy z Kościołem mającym silny mandat zaufania, silną pozycję na rynku politycznym i niezaprzeczalne zasługi w wypracowaniu zgody narodowej. Żadna demokratyczna władza nie chciała i nie próbowała realizować w praktyce rozdziału kościoła od Państwa. Dotyczyło to zarówno jawnie prokatolickiej opcji postsolidarnościowej, jak i partii lewicowych. Obecność hierarchów kościelnych na wszelkich uroczystościach stała się oczywistością i stałym elementem krajobrazu, od wielkich fet państwowych na święceniu parkingów z kostki, w zabitych dechami dziurach kończąc. Kościół regularnie i z premedytacją łamał zasady rozdziału, wtrącając się mniej lub bardziej jawnie we wszelkie sprawy, w których uznał, że chce się wypowiedzieć. Wbrew pozorom to wtrącanie nie dotyczyło tylko spraw obyczajowych. Powszechnie wiadomo, że nasze wejście do Unii zostało poparte przez Episkopat po twardych negocjacjach biznesowych. Tak samo korzystając ze swoich ambon kościół wymuszał środki finansowe, dostęp do multipleksów, czy dotacje na odwierty dla biznesmenów przebranych w sutanny. Nie przestawał również być wielkim Moralizatorem, mimo że kolejne trupy z szafy powinny zmusić go do refleksji. Ale ani złodziejska afera z Funduszem Majątkowym, ani liczne afery pedofilskie, ani siostra Bernadetta nie przyhamowały przekonania kościoła, że ma moralne prawo do pouczania wszystkich obywateli, niezależnie od wyznania. Miał też Kościół swoje autorskie pomysły na ewangelizację. Autorskie, ale zapożyczone z prawa szariatu. Tam, gdzie wierni zaczynali się rozłazić, omamieni liberalnymi swobodami europejskimi, tam gdzie nawoływanie z ambony nie wystarczało, tam Kościół bez wahania sięgał po naciski polityczne na świeckie Państwo, by ustawowo pilnowało praw boskich. Przyzwyczailiśmy się do tzw. kompromisu aborcyjnego, zaakceptowaliśmy Konkordat, pogodziliśmy z religią w szkołach, daliśmy się łupić reprezentującym Kościół gangsterom w Funduszu Kościelnym. Zgodziliśmy się na dopłacanie do księżych emerytur, płaciliśmy z naszych podatków pensje katechetom i kapelanom, machaliśmy ręką na często wątpliwe rozliczenia Caritasu. Jakoś żyliśmy, maszerowaliśmy żwawo wraz z Europą, czasem ulegając ograniczeniom, które Kościół usiłował nam nałożyć, a czasem machając lekceważąco na nie ręką. W kraju, w którym podobno 90 procent to katolicy, liczba chodzących do kościoła spadała z roku na rok, antykoncepcja była używana powszechnie, kolejne próby zatrzymania liberalnych swobód napływających ze zgniłego moralnie zachodu, spotykały się z coraz słabszym odzewem wiernych. Musiało to budzić troskę i frustrację hierarchii kościelnej od stuleci przyzwyczajonej do posłuchu, pańszczyzny, dziesięciny, całowania w rękę, życia w luksusie i bezkarności na koszt wiernej i pokornej szarej masy. Aż nadszedł czas rewanżu. Pojawiła się szansa na wzięcie władzy przez partię, która co prawda krzyża i wiary używa jako maczugi do walenia w łeb przeciwników politycznych, ale bardzo potrzebowała Kościoła do zrobienia dealu politycznego. Nie ulega żadnej wątpliwości, że do takiego dealu doszło. W zamian za poparcie z ambon, Kościół wytargował obietnice wsparcia i dofinansowania. Wytargował działania, ustawy, wzięcie wiernych i niewiernych pod jeden wspólny, katolicki but. Wybory się skończyły. Wygrali ludzie o mentalności bolszewików, jeśli chodzi o szacunek dla przeciwników politycznych. Narodowi katolicy, jeśli chodzi o rozdział kościoła od państwa i narodowi socjaliści, jeśli chodzi o szacunek dla swobód obywatelskich, prawa i własności prywatnej. My, po chwilowym szoku, założyliśmy KOD i zaczęliśmy masowe protesty w obronie instytucji Państwa prawa, a Kościół zawsze mający tyle do powiedzenia, zniknął z przestrzeni publicznej. Wyjątkiem był tylko toruński biznesmen, który, jak rumuńska żebraczka, zaciął się na powtarzaniu daj, daj, daj. I dostawał swoją zapłatę. Kościół milczał podczas haniebnego ataku na Trybunał Konstytucyjny. Milczał, gdy Prezydent, Premier i większość parlamentarna deptali zasady, prawo i Konstytucję. Milczał, gdy ludzie wychodzili na ulicę. A potem się odezwał. Ustami wysokich hierarchów wezwał naród do zamknięcia się i słuchania władzy, wyzwał tą część narodu, której nie podoba się władza od targowiczan, zapominając, kto nam poprzednią targowicę zorganizował. Mark Twain jest podobno autorem powiedzenia, że „lepiej wyglądać na idiotę nie odzywając się, niż się odezwać i rozwiać wątpliwości”. Nie takie wątpliwości Kościół rozwiał, niemniej stracił szanse na milczenie. Bezpowrotnie. Wiem, że nie jest dobrze cytować samego siebie, ale co ja poradzę, że 3 lata temu napisałem dla Studia Opinii tekst (Jacek Parol: Zapateryzm Zapatero), który jest dziś jeszcze bardziej aktualny niż wtedy. Przywołałem w nim bardzo pokrótce drogę, jaką przebył kościół hiszpański od „najwierniejszej córy Kościoła” do zlaicyzowanego społeczeństwa. Zacytuje tylko fragment, odsyłając do całego teksu: „W 1939 roku, gdy władzę w kraju przejął generał Franco, Kościół katolicki skorzystał z okazji i stał się podporą i legitymacją dla faszystowskiego reżimu. Przez kolejne 20 lat umacniał swoją pozycję, zdobywał przywileje i majątek wspierając i uświęcając działania Franco. Gdy pod koniec lat 50. reżim zaczął chylić się ku upadkowi, Kościół zaczął się coraz energiczniej od niego dystansować”. Brzmi znajomo? Brzmi, bo Kościół nie wyciąga wniosków ze swoich błędów, tkwiąc w przekonaniu, że Kościół był, jest i będzie. Pewnie, że będzie. Będzie uszczęśliwiał ludy Afryki, uznanej kilka lat temu za dobry i pożądany kierunek ekspansji. Będzie ewangelizował na Dominikanie i w Rwandzie, będzie miał swoich Wesołowskich i Gili w Polsce. Ale za dzisiejszy triumfalizm, za pogardę dla ludzi, za zachłanność i pazerność zacznie płacić już od dziś. Poczucie siły, chęć bycia podporą i legitymacją dla dzisiejszej władzy, kroczą przed upadkiem. Poczucie władzy i chęć zorganizowania życia katolikom i niewierzącym według dziesięciu przykazań, zastąpienie ewangelizacji wprowadzeniem ustawowych zakazów i nakazów, to przyznanie się do klęski i bezradności wobec liberalnej demokracji. Wypowiedzenie kruchych kompromisów aborcyjnych, które stają się pierwszą, ale na pewno nie ostatnią ofiarą ewangelizacyjnej drogi na skróty, to etyczne i moralne harakiri. Ta władza przeminie, jak każda władza. Przeminie szybko, jak każda władza mająca w pogardzie społeczeństwo, jak każda władza składająca się z nieudaczników, frustratów, karierowiczów i niezdiagnozowanych psychopatów. Kościół w pewnym momencie ustawi żagle pod nowy wiatr i zacznie układać się z potencjalnymi zwycięzcami. Nie negocjuje się z terrorystami. Tym razem pójdźmy drogą hiszpańską. Dajmy Michalikowi, Dziwiszowi i Gądeckiemu przeminąć razem z Kaczyńskim, Ziobrą i Macierewiczem.