Niepotrzebne wybory

Dwa publiczne pytania pojawiły się w dniu ogłoszenia ostatecznych wyników przedterminowych wyborów parlamentarnych: czy Netanjahu utrzyma głowę ponad wodą i czy należy deportować dawnych służących z dziećmi urodzonymi w Izraelu? Oba nie są nowe w kraju, gdzie religijne wtręty pojawiły się podręcznikach szkolnych – modlitwy o deszcz zaleca się jako poważny sposób wpływu na pogodę. Mimo wyników, na razie nikt nie ryzykuje prognozy politycznej – wrześniowe wybory dały właściwie to samo, co kwietniowe, po których Netanjahu nie był w stanie zbudować rządzącej koalicji. Ale odpowiedź na oba pytania brzmi „tak”.

Premier Izraela ma ten przywilej, że nie oficjalne oskarżenie, lecz dopiero skazanie, po wyczerpaniu wszystkich odwołań, może go zmusić do dymisji. To dałoby Benjaminowi Netanjahu parę lat spokoju, gdyby pozostał premierem. W którejś szufladzie czekają na niego kajdanki, w związku z licznymi aferami finansowo-politycznymi, o które obwinia go policja. Netanjahu jest więc bardzo zdeterminowany, by dalej rządzić.
O niego też wszystko się rozbija. Mecz między prawicami gen. Benny’ego Gantza (Niebieskobiali, od kolorów flagi państwowej) i Benjamina Netanjahu z Likudu – 33:32 w liczbie posłów – zakończył się właściwie remisem. Partie były konkurencyjne, ale są bliźniacze, nacjonalistyczne, więc naturalnie obie zaproponowały sobie utworzenie wspólnej koalicji, prosił o to też prezydent Rivlin. Takie proste wyjście zapewniłoby stabilny rząd. Ale Niebieskobiali chcą Likud bez Netanjahu, co stworzyło nieprzekraczalny problem.
Obie partie mogą stworzyć oddzielne koalicje, ale wtedy żadna nie zdobędzie 61 posłów, czyli większości w 120-miejscowym Knesecie. Netanjahu zbiera góra 55 posłów, a gen. Gantz 57, a i to tylko wtedy, gdy do jego ewentualnej koalicji dołączyć Palestyńczyków ze Zjednoczonej Listy Arabskiej (13 miejsc), czego nikt nie chce. Wśród wybranych z palestyńskiej listy są żydowscy komuniści i antysyjoniści.
Dwie koalicje
Obóz Demokratyczny to koalicja gen. Baraka, lewicowego Merecu i Zielonych. flash90
Póki co, możliwa koalicja Netanjahu składałaby się oprócz Likudu z posłów Yaminy („Na prawo”), która grupowała ekstremistyczne partie nacjonalistyczno-religijne, z takimi figurami jak Ayelet Shaked, która perfumowała się „faszyzmem”, czy Naftali Bennettem, który strofował Polskę za jej pamiętne pomysły ustawowe. Oboje to skrajna prawica, rasistowska i fanatycznie nacjonalistyczna. Do tego premier ma jeszcze do dyspozycji dwie religijne partie haredim: sefardyjskich i aszkenazyjskich ortodoksów (9 i 7 miejsc). To wszystko.
Generał Gantz był przez Netanjahu nazywany „nędznym lewakiem”, gdyż tolerowałby w koalicji malutką lewicę i izraelskich Palestyńczyków. Jego Niebieskobiali przytulili na razie resztkę Partii Pracy, dawnej lewicy syjonistycznej, która długo rządziła, a potem poszła na prawo, bliżej Netanjahu. Poza tym, z Gantzem pozostaje Obóz Demokratyczny, podobny do naszej koalicji wokół SLD: pod nijaką nazwą wymyśloną przez gen. Ehuda Baraka kryje się pięcioosobowa, parlamentarna ekipa żydowskiej lewicy, z Zandberg i Horowicem z dość radykalnego Merecu – są syjonistami, ale przeciw okupacji ziem palestyńskich. Za nimi są już tylko Palestyńczycy, z reguły antysyjoniści, którzy mogliby częściowo poprzeć generała, by obalić Netanjahu.
Laicki Izrael?
Awigdor Liberman, by szef resortu obrony w rządzie Netanjahu, przewodniczący partii, która uczyniłaby premierem gen. Gantza lub Netanjahu, gdyby zechciała wejść do którejś z tych koalicji, też wzywa do naturalnego połączenia Niebieskobiałych i Likudu, ale sam do nikogo dołączać nie chce. Nie może tolerować haredim i „mesjanistów”, jak nazywa ludzi wyborczej Yaminy, nienawidzi Netanjahu i nie wyobraża sobie, by w rządzącej koalicji byli jacyś goje, co go jednak do Netanjahu bardzo zbliża. Jest przekonanym antyklerykałem, zwolennikiem laicyzmu, którego upowszechnienie pozwoliłoby lepiej zgnieść opór Palestyńczyków. Jego zdaniem ortodoksi powinni służyć w wojsku, jak wszyscy. I „nigdy w życiu” nie zasiądzie w jednej ławie z Arabami, gdyż reżim apartheidu wydaje mu się naturalny.
Izraelscy zwolennicy laicyzmu nie są specjalnie mniej gorliwymi nacjonalistami niż mocno wierzący. Te niczego nie rozstrzygające wybory, w kilka miesięcy po poprzednich, zwracają jednak uwagę na coraz bardziej widoczne społeczne pęknięcie między świeckimi a praktykującymi. Minister edukacji wzywa do leczenia homoseksualistów metodą, którą sam przeszedł, a pobożny
Minister zdrowia nie podaje ręki zagranicznym ministrom, jeśli są płci żeńskiej. Liberman ich nie znosi, ale był z nimi w rządzie Netanjahu. Premier zawsze wita szefa Zjednoczonego Judaizmu Tory, tj. partii ortodoksyjnych aszkenazów (Żydów z naszych stron) rabina Jakowa Litzmana z największą rewerencją. To on został ministrem zdrowia.
Ofensywa pobożnych
Minister edukacji, rabin Rafi Peretz to z kolei szef Żydowskiego Domu, partii religijnej skrajnej prawicy, kolebki ultranacjonalistów Shaked i Bennetta, którzy założyli bardziej radykalną Nową Prawicę. To zresztą Bennett rozpoczął tę tendencję, był poprzednim ministrem edukacji. Peretz nie owija w bawełnę: „Każdy, kto studiował Biblię nie może mieć żadnych pytań na temat naszego prawa do Ziemi Izraela”. Albo: „Dawniej zamiast uniwersytetów były szkoły prorokowania. Dziś zrobiliśmy wielki krok naprzód w kierunku przywrócenia proroctw Erec Israel” – gratulował sobie, bo znowu zwiększył nauczanie religii w szkołach publicznych. Teraz jest jej trzy i pół razy więcej niż w średnio w Europie.
Za Netanjahu edukacja religijna jest dużo lepiej finansowana, niż świecka. No i te nastroje. W sierpniu stolica Tel-Awiw dostarczyła do swoich szkół książkę, gdzie matka z córką rozmawiają pedagogicznie o demokracji, gender, wyborach, decyzjach do podjęcia i przyszłych wyborach osobistych. Wtedy odezwała się Szoszana Nagar, inspektorka generalna szkolnictwa, i kazała szkołom natychmiast odesłać wszystkie te podręczniki, gdyż „są obrazą dla wizji świata religijnego syjonizmu, który pragnie pozostać w zgodzie z Torą, i dla ducha wychowania szkolnego.” Nie poszło o jakąś tęczę, lecz „skandaliczną” i „fałszywą” informację, że w szabat decyzja o podróżowaniu należy do obywatela, nie do państwa. Szoszana Nagar dostanie awans niezależnie od koalicji, bo siła religii rośnie.
Wyrzucić ich!
Minister edukacji ostrzega np., że Żydom grozi „nowa Zagłada”, gdyż w Stanach coraz częściej mieszają się z gojami. Przyszły holokaust jest zawsze obecny w kampaniach wyborczych i w wyobraźni polityków miewa najróżniejsze przyczyny. Kwestia zabronionego „mieszania krwi” w samym Izraelu pozostaje jednak ciągła: na czele ministerstwa spraw wewnętrznych stoi Arje Deri, szef Szasu, tj. partii sefardyjskich haredim, który tego nie odpuszcza. W czasie kampanii, przez całe lato kazał urządzać łapanki na Filipinki, z reguły służące i opiekunki starszych osób, które pozostały w Izraelu po wygaśnięciu wizy. Ich największą winą jest złamanie zakazu uprawiania seksu przez gojów pracujących w państwie żydowskim. Jeśli więc mają dzieci, podlegają automatycznej deportacji. Cała społeczność filipińska żyje w strachu.
Dla Szasu i innych religijnych nacjonalistów policyjna kampania deportacyjna to pewny argument wyborczy. Hałas robią jednak niektóre stowarzyszenia, jak United Children of Israel (UCI), które sprzeciwiają się deportacji dzieci, nie znających kraju pochodzenia swych rodziców i mówiących tylko po hebrajsku. „Naszym dzieciom lepiej w Izraelu. Nie mają krwi żydowskiej, ale są Izraelczykami” – przekonywała przewodnicząca UCI, Filipinka Beth Franco. Izraelczycy widzą to jednak inaczej.
Minister spraw wewnętrznych Arje Deri, 2018. twitter
Nagle do domów Filipinek zaczęła wyborczo wdzierać się policja, by przewozić je z dziećmi do aresztu na lotnisku w Tel-Awiwie i wysłać „do domu”, choćby pozostawały na miejscu od wielu lat. Uznano niebezpieczeństwo, że będą psuć żydowską krew, za determinujące. Zakaz zakochiwania się dla pracujących nie-żydów funkcjonuje za słabo, co grozi zabrudzeniem krwi, czyli w efekcie Holokaustem – rozumują nacjonaliści. Teraz rodziny „nielegalnych” służących ukrywają się, wychodzą tylko nocą. Niektórych ukrywają Izraelczycy, ale codzienne życie w strachu przed łapanką stało się dla nich koszmarem. Na dodatek wygląda na to, że Netanjahu będzie dalej rządził. Kurs religijny się nie zmieni.
Natanjahu do oporu
Wczoraj wieczorem prezydent podjął decyzję: misję sformowania koalicji i rządu powierzył Netanjahu, wszystko wraca więc do martwego punktu z kwietnia. Gen. Gantz ciągle odmawia rządzenia razem z nim, mimo zaproszenia. Netanjahu, który był premierem już w ubiegłym wieku, musi dosztukować do swej niepełnej koalicji część posłów Gantza lub przeciągnąć na swoją stronę Partię Pracy z centrystami, która w zasadzie nie ma nic przeciw, ale oczekuje propozycji. Może Liberman się jednak skusi. Osiągnięcie magicznej liczby 61 pozwoli premierowi uniknąć Arabów w koalicji rządzącej i więzienia.
W kwietniu nie udało mu się z koalicją, mimo takiej samej prezydenckiej nominacji, lecz myśl o trzecich wyborach parlamentarnych w tym roku jest przyjmowana raczej z niechęcią. Tym razem musi mu się udać. Prezydent sugerował rotację na stanowisku premiera, niech Gantz i Netanjahu się zmieniają, ale jeśli Gantz się uprze, a Netanjahu nie zdąży skleić koalicji, może wyznaczyć na premiera Gantza. I dopiero kiedy generałowi się nie uda, dojdzie do kolejnych wyborów. Nominacja dla Netanjahu przypadła na tydzień przed spodziewanym oficjalnym oskarżeniem go przez prokuratora generalnego. Trzyma więc głowę ponad wodą i może nawet z niej się otrząsnąć, by długo jeszcze rządzić Izraelem.

Bóg, marihuana i apartheid

Czyli – wybory w Izraelu

„To nie twoje miejsce terrorysto!” – „Jesteś tylko rasistowskim śmieciem!”

– ten żywy dialog, tak dobrze wprowadzający w atmosferę izraelskich wyborów parlamentarnych, toczył się między Itamarem Ben Gvirem, kandydatem rasistowskiej partii Żydowska Siła a Palestyńczykiem Ata Abu Medeghemem, obywatelem Izraela kandydującym ze Zjednoczonej Listy Arabskiej. Na środku sali Sądu Najwyższego (SN) w Jerozolimie. Obaj zetknęli się nawet brzuchami i nosami, ale jakoś ich powstrzymano.
Kilka dni później, kiedy Sąd już wydał swe postanowienia, atmosfera na jego salach pozostała wroga. Sędziowie uchylili postanowienie centralnej komisji wyborczej dopuszczające do kandydowania szefa Żydowskiej Siły Michaela Ben Ariego. Ocalał co prawda krzykacz Ben Gvir, ale to komplikuje budowę przyszłej koalicji rządowej wokół dotychczasowego premiera Benjamina Netanjahu. Włączenie do niej żydowskich faszystów było jego pomysłem. „Mam za sobą 100 tys. wyborców, którym sędziowska junta chce zamknąć usta!” – deklarował mediom wściekły Ben Ari, zdyskwalifikowany za głoszenie rasizmu. Nacjonaliści chcą odsunięcia Sądu Najwyższego od interwencji w izraelską politykę.
Przewodniczący Knesetu Yuli Edelstein zwrócił uwagę na „inny poważny błąd Sądu”: dopuszczenie do wyborów Zjednoczonej Listy Arabskiej z Medeghemem i innymi. Sąd przywrócił też skreślonego przez komisję wyborczą prof. Ofera Cassifa, żydowskiego komunistę kandydującego z innej palestyńskiej listy (Hadasz). Według Edelsteina, w izraelskim Knesecie „nie ma miejsca dla antysyjonistów”.
Awigdor Lieberman, do niedawna minister obrony, który startuje ze swoją ultranacjonalistyczną partią Nasz Dom Izrael, nienawidzi Netanjahu. Ale koalicja z nim znowu wydaje się nieunikniona: „W nowym Knesecie złożę projekt ustawy, która nie dopuści do ingerencji SN w prace komisji wyborczej” – ogłosił. Inny dotychczasowy i potencjalny koalicjant premiera, nacjonalistka Ayelet Shaked ze skrajnej Nowej Prawicy, nakręciła spot wideo, w którym zapowiada „kontrolę nad SN” i perfumuje się „faszyzmem”. Jest przekonana, jak wielu jej wyborców, że Sąd stoi na drodze porządku w Izraelu. Goje nie mogą mieć tych samych praw, co żydowska większość.

120 miejsc Knesetu

W Izraelu obowiązuje integralnie proporcjonalny system wyborczy, więc 120-osobowy parlament dzieli kilkanaście partii. Bez tworzenia powyborczych koalicji nie ma rządzenia. Netanjahu dba o to przed wyborami: wie, że jeśli jego Likud zdobędzie powiedzmy 30 miejsc, trzeba będzie szukać większości „61” na prawo i prawo (na lewicy jej nie znajdzie).
Jego pomoc neonazistom z partii Żydowska Siła wydała się naturalna całej prawicy. Partię formują uczniowie żydowskiego ekstremisty z USA Meira Kahane, założyciela organizacji terrorystycznych i rasistowskiej partii Kach, ale dziś język kahanistów zbanalizował się. Funkcjonuje w wielu ugrupowaniach nacjonalistycznych, nie wyłączając najwyższych władz. 10 marca Netanjahu tłumaczył na Instagramie: „Izrael nie jest państwem wszystkich obywateli. Jest państwem narodowym obywateli żydowskich, tylko żydowskich”.
Ideologię jego Likudu określa się kurtuazyjnie jako „narodowy liberalizm”, ale gdyby ta partia funkcjonowała w Europie, byłaby zwykłą skrajną prawicą. Nacjonalizm dla Żydów, apartheid dla Palestyńczyków, bezprawny zabór i kolonizacja podbitych ziem, krwawe represje przeciw kontestacji tego porządku. Tę wizję Likud dzieli z wszystkimi innymi prawicowymi partiami nacjonalistycznymi w Knesecie, dlatego Netanjahu ma wielką szansę, by ponownie zostać premierem.
Obie partie ortodoksyjne (haredim) – Sefardyjscy Strażnicy Tory i aszkenazyjski Zjednoczony Judaizm Tory też dostarczą mu wsparcia w parlamencie, o ile przekroczą próg wyborczy 3,25 proc. O to jednak bije się większość ugrupowań. Do Knesetu kandyduje prawie pół setki partii, z czego próg może przekroczyć kilkanaście.

„Litzman mnie zabije!”

Te słowa premiera Netanjahu padły podczas jego ostatniej wizyty w Warszawie, gdy się dowiedział, że partie ortodoksyjne tym razem mogą mieć mniejsze poparcie niż zwykle. To zagraża planom koalicyjnym. Jaakow Litzman, szef Zjednoczonego Judaizmu Tory i jednocześnie wiceminister zdrowia (ministrem jest sam Netanjahu), został nakryty na fałszowaniu dokumentów.
Litzman czci dynastię chasydów z Góry Kalwarii. Jest bardzo pobożny i patriotyczny. Sprzeciwia się ekstradycji Izraelczyków-żydów do innych krajów, więc latami krył wystawianie fałszywych świadectw zdrowia sławnej w Izraelu Malki Leifer, by uniknęła rozpraw ekstradycyjnych. Ubiega się o nią Australia, bo nad Leifer ciążą 74 oskarżenia o gwałty i maltretowanie małych dziewczynek z żydowskiej, ortodoksyjnej szkoły w Melbourne, należącej do chasydów z Góry Kalwarii. Litzman chronił pedofilkę, chociaż dobierała się do dzieci jeszcze zanim wyjechała do Australii. Przy okazji wyszło, że robił przekręty finansowe. Wcześniej znano go szerzej jedynie z tego, że nie podawał ręki obcym ministrom zdrowia, jeśli były to kobiety. Był zawsze „wierny Torze”.
Mało tego, skandal wywołany filmem dokumentalnym Yolande Zauberman „M”, grozi pogłębieniem obaw premiera. Film mówi o wielkiej społeczności haredim z Bene Berak pod Tel-Awiwem, założonej przez polskich chasydów z Góry Kalwarii. Wynika z niego, że pedofilia jest wśród mieszkańców tolerowana i trwa od niepamiętnych czasów, jak rodzaj cichego obyczaju. Chodzi tu o zwykłych ojców rodzin, którzy gwałcą dzieci i wymieniają się nimi. Wyznania jednej z ofiar (i sprawców) są bardziej niż szokujące. Badania opinii dowodzą, że większość wyborców nie zwraca uwagi na liczne przekręty finansowe i oszustwa polityczne Netanjahu, o których mówi prokuratura, ale nieco inaczej jest z haredim – ich afery obyczajowe zaczynają niecierpliwić. Jeśli Netanjahu przegra, to z powodu seksu.

Przeciw lewakom

Wśród żydowskich partii szansę na wejście do Knesetu ma tylko jedno ugrupowanie lewicowe – Merec dowodzony przez Tamar Zandberg może zdobyć kilka miejsc. Merec to lewicowi syjoniści, a więc ich lewicowość jest ograniczona, ale to i tak lepiej, niż resztka Partii Pracy, która już dawno stała się czymś w rodzaju naszej PO. Ten brak lewicy nie przeszkadza Netanjahu nazywać pogardliwie swych głównych konkurentów „lewakami”, zapewne, by postawić wyraźniejsze granice. Ci „lewacy” to koalicja Niebieskobiałych (od kolorów flagi izraelskiej), utworzone w lutym ugrupowanie wyborcze pod wodzą gen. Benny’ego Gantza, byłego szefa izraelskich sił zbrojnych. Dziś to jedyny konkurent Netanjahu do stanowiska premiera. Różnica jest taka, że premier chwali się na wielkich bilbordach bliskością z Trumpem, a Gantz używa jego sloganu „Najpierw Izrael”.
Niebieskobiali, do których dołączyło dwóch innych b. dowódców izraelskiego wojska gen. Gabi Aszkenazi i gen. Mosze Yaalon, to narodowa centroprawica o dość niejasnym programie. Gantz obiecuje walczyć z korupcją i nie dopuszczać rasistów do rządu (co właśnie zapewniło mu nazwę „lewaka”), ale poza tym rwie się do wojny z Iranem i zapowiada „żelazną rękę” wobec Palestyńczyków. Wypuścił nawet spot wyborczy, w którym zapowiada, że spacyfikuje Gazę za pomocą rakiet i tzw. pozaprawnych egzekucji.
W tej kwestii Netanjahu łatwo go jednak prześcignął nakazując prawdziwe, „wyborcze” bombardowanie zamkniętej Strefy Gazy, które dostarcza dużo bardziej spektakularnych zdjęć i ma świadczyć o większym patriotyzmie i zdecydowaniu premiera.

Palestyński blues, żydowska maryśka

Palestyńscy obywatele państwa żydowskiego (18 proc. ogółu) zdobywają zwykle 10-15 miejsc w Knesecie. W tym roku, dzięki SN, próba eliminacji jednej z dwóch list arabskich się nie powiodła, ale generalnie i tak ta reprezentacja nie ma wpływu na politykę izraelską, służąc raczej fałszywemu twierdzeniu o demokracji w tym kraju. Jak pisał kiedyś sławny dziennikarz Haarec Gideon Levy, „Kneset jest jak autobus, w którym palestyńscy i żydowscy pasażerowie jadą rozdzieleni przestrzenią apartheidu: Arabowie od początku byli zdyskwalifikowani”. Z jednej strony budzi to wśród nich chęć bojkotowania wyborów, z drugiej zapewnia tej mniejszości jakiekolwiek istnienie polityczne.
Mogą tylko obserwować dziwactwa izraelskiego życia politycznego, jak jedyną właściwie nową partię, która ma szanse na pokonanie progu: ugrupowanie Mosze Feiglina deklarujące legalizację marihuany. Wbrew pozorom, nie ma ono nic wspólnego z „Peace and love” – trawka tak, ale partia o nazwie Tożsamość jest zawziętym wrogiem idei państwa palestyńskiego, popiera budowę Trzeciej Świątyni w Jerozolimie, jest za całkowitym zakazem udziału gojów w izraelskiej polityce i za pogłębieniem apartheidu poprzez odebranie kolejnych praw Palestyńczykom tak, by sami wyjechali z kraju. Oczywiście, jak reszta skrajnej prawicy, chce ograniczyć kompetencje Sądu Najwyższego.
Wygląda na to, że to właśnie Feiglin i jego Tożsamość mogą zdecydować o przyszłym rządzie, poprzez wybór, do kogo zechcą dołączyć. Netanjahu już obiecał, że zalegalizuje trawkę, ale i Niebieskobiali są na to otwarci. Ci ostatni prowadzą w sondażach, ale Likud ma większe możliwości stworzenia większościowej koalicji, choćby łączyła ultranacjonalizm z religią i marihuaną. W każdym razie, nawet gdyby po wyborach z 9 kwietnia to Gantz został premierem, nie należy oczekiwać jakiejś radykalnej zmiany w postępowaniu Izraela.

Trump dalej miesza

To kolejna, po uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela, decyzja amerykańskiego prezydenta, która podnosi temperaturę sporu na Bliskim Wschodzie. Trump uznał suwerenność Izraela nad Wzgórzami Golan, które ONZ niezmiennie od 1967 roku uważa za terytoria okupowane.

Wzrastającą temperaturę mierzyć będą kolejne ofiary po stronie krajów arabskich, ale też po stronie izraelskiej, która ma wszelkie szanse stać się obiektem wzmożonych ataków zarówno ze strony organizacji palestyńskich walczących z okupacją, jak i zwykłych aktów terroru i agresji.
Uznanie wzgórz Golan za terytoria okupowane to nie tylko pusty gest społeczności międzynarodowej, bo termin ten oznacza prawa ludności okupowanej i obowiązki strony okupującej. Reguluje to Konwencja Haska IV z 1907 roku.
Wzgórza Golan zostały zajęte przez Izrael po wojnie 1967 roku. W 1981 roku izraelski parlament, Kneset, uznał wbrew prawu międzynarodowemu, że terytorium to będzie wcielone do państwa Izrael. Rada Bezpieczeństwa ONZ nigdy nie uznała tej decyzji. Sekretarz generalny ONZ Antonioo Guterres potwierdził, że z punktu widzenia Narodów Zjednoczonych status terytorium zagarniętego przez Izrael się nie zmienił. Jego rzacznik Stéphane Duarric oświadczył, że polityka ONZ w sprawie Wzgórz Golan jest wyrażona w odnośnych rezolucjach Rady Bezpieczeństwa i ta polityka również się nie zmieniła.
Decyzja amerykańskiego przywódcy wzburzyła niemal cały świat. Niemal, gdyż np. dzisiejsza decyzja Rumunii o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela oznacza, że państwa wasalne wobec USA, pospieszą śladem swojego suwerena najszybciej jak potrafią.
Słowa Trumpa po podpisaniu w obecności premiera Izraela dokumentu „to powinno mieć miejsce dziesiątki lat temu” oznaczają, że USA całkowicie instrumentalnie traktują normy prawa międzynarodowego, uznają tylko prawo siły i nie mają zamiaru przestrzegać jakichkolwiek ustaleń społeczności międzynarodowej.
Bardzo krytycznie skomentował decyzję amerykańskiego prezydenta minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, który we wcześniejszej rozmowie telefonicznej z sekretarzem stanu USA Mikiem Pompeo ostrzegał przed poważnym naruszeniem prawa międzynarodowego, jakie wyniknie z uznania Wzgórz Golan za część Izraela – złożenie przez prezydenta Trumpa podpisu pod dokumentem nie było bowiem niespodzianką, gdyż zapowiedział to wcześniej na Twitterze. Decyzję potępiła również Liga Państw Arabskich oraz Turcja.
Większość państw członkowskich Unii Europejskiej nie uznaje decyzji Trumpa. ale poza Rumunią jeszcze Węgry, Czechy i Rumunia zaprotestowały przeciwko jej skrytykowaniu przez szefową europejskiej dyplomacji Federicę Mogherini.
Ciekawe, jak zareaguje Polska?

Wybory bez Palestyńczyków

Izraelska komisja wyborcza unieważniła wszystkie kandydatury palestyńskiego sojuszu wyborczego Raam-Balad pozbawiając je udziału w wyborach. To pierwsze takie posunięcie, od kiedy izraelski reżim apartheidu ogłosił się państwem wyłącznie żydowskim. Jednocześnie dopuścił do wyborów szefa rasistowskiej partii nacjonalistycznej Siła Żydowska, występującej w sojuszu wyborczym z rządzącym Likudem premiera Benjamina Netanjahu.

Izraelscy Palestyńczycy, którzy pozostali w części Palestyny podbitej przez żydowskich kolonizatorów, mimo Nakby z 1948 r., stanowią dziś prawie 18 proc. izraelskiej populacji i zwykle mieli kilku posłów w Knesecie. Na wybory przewidziane na 9 kwietnia wystawili dwa sojusze wyborcze, z czego jeden – Raam-Balad – został dziś w całości wyeliminowany przez komisję wyborczą, gdyż „kontestują charakter żydowski państwa“ i „popierają terroryzm“ (tak Izrael nazywa zbrojny ruch oporu przeciw zbrojnej okupacji).
O dyskwalifikację Raam-Balad zwróciła się do komisji rządząca partia Likud (skrajna prawica). Premier Netanjahu natychmiast wyraził satysfakcję ogłaszając, że „te partie nie mają miejsca w Knesecie“. Jednocześnie komisja zatwierdziła listę Siły Żydowskiej, sojusznika Netanjahu. Siła Żydowska składa się z uczniów amerykańskiego rabina Meira Kahane, którego ekstremistyczne ugrupowanie nawet w USA uznano za „terrorystyczne“ i „skrajnie rasistowskie“. Kahane domagał się zabicia wszystkich gojów mieszkających w Izraelu lub ich „transferu“ za granicę.
Komisja pozwoliła na udział w wyborach szefa Żydowskiej Siły Michaela Ben-Ariego, mimo oskarżeń o nawoływanie do pogromów na ludności arabskiej i „skrajny rasizm“, które wysunął prokurator generalny, przeciwny jego kandydaturze. Jednocześnie komisja zdyskwalifikowała żydowskiego kandydata z drugiej lewicowej palestyńskiej listy Hadasz-Taal Ofera Cassifa, gdyż jest podejrzany o porównywanie reżimu izraelskiego do nazistów. Cassif był jedynym Żydem na liście, co bardzo nie podobało się zwolennikom izraelskiego apartheidu, którzy nie zgadzają się, by Żydzi mieszali się z Palestyńczykami. Wszyscy wyeliminowani podejmą próbę dochodzenia swoich praw przed izraelskim
Sądem Najwyższym.

Netanjahu w opałach

Nad obecnym premierem Izraela, Benjaminem Netanjahu gromadzą się wciąż ciemniejsze chmury. Prokurator generalny oficjalnie ogłosił, że chce postawić mu zarzuty.

Awichaj Mandelbit, prokurator generalny Izraela wyjaśnił, że zarzuty będą dotyczyły korupcji. Sprawa nie jest nowa. Od dawna media izraelskie bębnią od podejrzeniach wobec „Bibi” dotyczących nadzwyczajnej łaskawości firmy Bezeq Telecom w zamian za korzystne materiały o Netanjahu i jego żonie na należącym do firmy portalu, przyjmowania luksusowych prezentów od biznesmenów i nielegalne wsparcie jednego z mediów izraelskich w zamian za szkodzenie ich konkurencji. Policja izraelska już w 2018 zarekomendowała postawienie zarzutów korupcyjnych urzędującemu premierowi. Jednak skoro obecnie tak wysoki urzędnik jak prokurator generalny na nieco ponad miesiąc przed wyborami zdecydował się na oficjalne potwierdzenie o postawieniu zarzutów, to musi mieć silne karty.
Podstawowym pytaniem obecnie jest, czy przesłuchanie odbędzie się przed kwietniowymi wyborami czy po. Jeżeli przed, to poza tym, że prokuratura będzie z pewnością oskarżona o ingerencję w proces wyborczy. Jeżeli po, to samo przesłuchanie, jeżeli Netanjahu pozostanie premierem, może tracić na wiarygodności.
Fakt jest jednak faktem, że sama wypowiedź Mandelbita nie ułatwia premierowi kampanii wyborczej. Netanjahu broni się jak umie, twierdząc, że zarzuty są wyssane z palca, a on sam jest ofiarą „polowania na czarownice”. Jest przekonany, że zarzuty „rozpadną się jak domek z kart”.
Mimo zarzutów i gęstniejącej atmosfery partia premiera Netanjahu Likud prowadzi w sondażach przedwyborczych.

Komentarz: Przedwyborcze kłopoty

Na 40 dni przed wyborami do Knessetu (9 kwietnia) prokurator generalny Izraela Avichai Mandelblit, po dwóch latach śledztwa, zapowiedział postawienie premierowi Benjaminowi Netanyahu trzech poważnych zarzutów – ws. korupcji, oszustw finansowych oraz nadużycia zaufania. To komplikuje naturalnie kampanię jego nacjonalistyczno-prawicowej partii Likud („Zjednoczenie”) – tym bardziej,iż nowo powstała formacja konserwatywna „Biało-Niebiescy” (od kolorów flagi narodowej), na czele której stoją były szef sztabu armii Benny Gantz i były dziennikarz telewizyjny Yair Lapid, zajmuje pierwsze miejsce w niektórych sondażach.
Ale nic nie jest jeszcze przesądzone, a trwająca batalia o miejsca w 120-osobowym Knessecie (próg wyborczy 3,25 proc.) – niezwykle zacięta i wyrównana.”Bibi”, jedyny dotąd premier urodzony po proklamowaniu niepodległości Izraela w 1948 r., ubiega się już o piątą kadencję szefa rządu. To absolutny rekord,bo to nader doświadczony i sprytny polityk, który wychodził już z wielu opresji. Likud dysponuje sporymi możliwościami koalicyjnymi, m.in. z partiami religijnymi, a ze swoim hasłem „Wielkiego Izraela” (obejmującego strefę Gazy, Zachodni Brzeg Jordanu, Synaj, całą Jerozolimę) znajduje poparcie wielu Żydów z obszaru dawnego ZSRR. Sprzeciwia się przy tym powstaniu państwa Palestyńskiego bez czego nie będzie przecież pokoju na Bliskim Wschodzie.
Netanyahu konsekwentnie zaprzecza wszelkim zarzutom, odrzuca wnioski opozycji o dymisję, zaś sam o ataki na siebie oskarża lewicę i media. Ma duże poparcie Żydów amerykańskich (w USA spędził kilka lat,m.in. na studiach),a ponadto był ambasadorem w Waszyngtonie i przy ONZ), szczególnie Trumpa.
Nawet, gdy zarzuty zostaną postawione, a Likudowi udałoby się zbudować większościową koalicję, to Netanyahu może jeszcze trwać na czele rządu. Przykład byłego premiera Olmerta jest tu pouczający. Jeśli przegra, to raczej NIE będzie można użyć w tym przypadku pięknej maksymy Michela de Montaigne, iż: „Bywają porażki przynoszące więcej zaszczytu niż niejedno zwycięstwo”. A po ostatnich zawirowaniach w relacjach polsko-izraelskich chyba mało kto nad Wisłą roniłby łzy.

Tadeusz Iwiński