„Dobra zmiana” niesie śmierć

Zaniechania i błędy rządów obecnej ekipy przyczyniają się do coraz większej liczby zgonów mieszkańców naszego kraju.

Ten tytuł nie jest żadną przenośnią lecz najbardziej dosłownym stwierdzeniem faktu – pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, rządami „dobrej zmiany”, umiera coraz więcej mieszkańców naszego kraju, a co gorsza, zaczyna ich się rodzić mniej. I trudno uznać, że ekipa która od 2015 r. panuje w Polsce nie ponosi za to odpowiedzialności.
Dramatyczny wpływ rządów PiS na stan ludności Polski wciąż jeszcze dobrze pokazują twarde dane Głównego Urzędu Statystycznego. „Wciąż jeszcze” – bo nie można wykluczyć, iż w ramach coraz nachalniejszej propagandy sukcesu, uprawianej przez PiS-owską władzę, GUS zacznie wkrótce publikować jedynie dobre wiadomości.

Złowrogie tendencje

Najnowszy Rocznik Demograficzny, przygotowany przez GUS, zawiera liczby o jednoznacznej wymowie: na koniec 2015 r., pierwszego roku w którym nad Polską zaczęło panować PiS, nasz kraj miał 38 455 tys. mieszkańców.
Na koniec 2017 – 38 422 tys. Po pierwszej połowie ubiegłego roku – już 38 413 tys. To spadek o 9 tys. w porównaniu z pierwszą połową 2017 r.
Statystyka to nie polityka, jednak trudno nie zauważyć, że pod rządami Platformy Obywatelskiej liczba ludności Polski wzrosła: z 38 116 tys w roku 2008 do 38 484 tys w 2014 r. Potem zaczął się ciągły spadek.
Najbardziej bezpośrednią przyczyną kryzysu demograficznego Polski jest rosnąca liczba zgonów. W 2015 r odnotowano ich 394,9 tys. Rok później ta liczba spadła o kilka tysięcy, do 388 tys, by w 2017 r. już wyraźnie wzrosnąć – zmarło wtedy aż 402,9 tys. mieszkańców Polski.
Jest to najgorszy wynik od 1991 r. w którym zmarło 405,7 tys. osób. Ale wtedy przeżywaliśmy apogeum dramatu spowodowanego przez „plan Balcerowicza”. Natomiast obecnie mamy ponoć strategię odpowiedzialnego rozwoju. Jak przekonują rządowi propagandyści, Polska rośnie w siłę, przeżywa dziś swój najwspanialszy okres, a ludzie żyją dostatniej. Jak widać, żyje ich coraz mniej.
Miniony rok przyniósł nasilenie złowrogiej tendencji wymierania Polaków. W pierwszym półroczu ubiegłego roku zmarło 215,1 tys. osób (w pierwszym półroczu 2017 – 210,8 tys.).
Może to oznaczać, że cały ubiegły rok – pełnych danych za 2018 r. jeszcze nie zebrano – zamknie się liczbą prawie 430 tys. zgonów!. Byłby to ponury rekord i liczba tak wielka, jakiej jeszcze nigdy nie zanotowały polskie statystyki.

Troszczmy się o dzieci narodzone

Szczególnie niepokojący jest wzrost liczby zgonów niemowląt. Przez kilkadziesiąt lat Polska była krajem, w którym wzorowo zorganizowano opiekę nad rodzącymi matkami i ich potomstwem. Teraz to się zmienia – może dlatego, że dzieci nienarodzone stały się ważniejsze od narodzonych. Odwrócona więc została długoletnia tendencja spadkowa liczby zgonów niemowląt. W 2016 r zmarło ich 1,5 tys. W 2017 r – 1,6 tys.
To niewielki przyrost śmiertelności najmłodszych – ale trzeba zauważyć, że ze wzrostem liczby zgonów niemowląt w Polsce ostatni raz mieliśmy do czynienia w 2007 r., czyli ostatnim roku poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Podczas gdy rośnie liczba zgonów, zaczyna spadać liczba narodzin. W minionym dziesięcioleciu mieliśmy lokalny szczyt narodzin, spowodowany tym, że rodziły się dzieci wyżu demograficznego z lat osiemdziesiątych (który to wyż składał się z dzieci wyżu demograficznego z lat pięćdziesiątych).
Dlatego też, w latach 2008, 2009 i 2010 odnotowano ponad 400 tys narodzin (odpowiednio: 414,5 tys., 417,6 tys., 413,3). Był to jedyny okres w minionym dwudziestoleciu z roczną liczbą narodzin przekraczającą 400 tys. – aż do 2017 r., w którym, na skutek funkcjonowania programu Rodzina 500 plus, wprowadzonego przez rząd PiS, liczba narodzin znowu przekroczyła 400 tys. (osiągając dokładnie 402 tys.).
Niestety, efekt tego pozytywnego programu okazał się krótkotrwały. W pierwszym półroczu 2017 r. w Polsce urodziło się równo 200 tys. dzieci. W pierwszej połowie ubiegłego – 193,4 tys. Ten regres jest zaskakujący, bo przecież program Rodzina 500 plus funkcjonuje w najlepsze, jest szeroko reklamowany, a zatem dzieci nadal powinno przybywać.
Być może w rzeczywistości społecznej jest tak, że doraźny program, jakim jest Rodzina 500 plus może mieć jedynie skuteczność ograniczoną czasowo. Nie zastąpi on systemowych rozwiązań, poprawiających jakość życia młodych rodzin i zachęcających ich do posiadania dzieci.
Takich rozwiązań w Polsce po prostu nie ma, czego przykładem może być choćby niepowodzenie PiS-owskiego programu budowy tanich mieszkań, trudności z uzyskaniem kredytów hipotecznych o odpowiedniej wysokości czy brak miejsc w przedszkolach publicznych.

Czy poniosą odpowiedzialność?

Jakie są powody nasilającej się umieralności Polaków? Niezbyt łatwo je precyzyjnie sklasyfikować, sam GUS stwierdza, iż często niedokładne i nieścisłe są opisy stanów i chorób, które uniemożliwiają precyzyjne określenie przyczyny zgonu.
To co wiadomo na pewno, to fakt, że według opinii specjalistów, tak szybki wzrost liczby zgonów w Polsce jest tylko w minimalnym, zapewne najwyżej 2-procentowym stopniu, związany ze starzeniem się naszego społeczeństwa.
Wiadomo, że im więcej jest osób w podeszłym wieku, tym większa musi być liczba zgonów. Statystycy przewidywali jednak, że wzrost liczby zgonów spowodowany starzeniem się społeczeństwa nastąpi najwcześniej za 10-12 lat. Tymczasem nadumieralność Polaków pojawiła się już w 2017 r. Przyczyny rosnącej liczby zgonów są więc zdrowotne, a nie demograficzne.
Wiemy od lat, że tym, co najczęściej przedwcześnie wpędza nas do grobu są choroby układu krążenia. Na drugim miejscu, wciąż nadrabiając dystans, plasują się choroby nowotworowe. To plagi nie tylko Polski lecz i całego współczesnego świata – ale to, że w Polsce zbierają one tak obfite żniwo, ma swoje oczywiste źródła w polityce PiS-owskiej ekipy.
Utrzymywanie zbyt niskich nakładów na opiekę zdrowotną, brak refinansowania wielu nowoczesnych leków, wydłużające się kolejki do specjalistów, konsekwentne stawianie na energetykę węglową, pozorowanie działań zwalczających smog, propagandowa tylko walka z dopalaczami, nieskuteczność w ograniczaniu alkoholizmu i narkomanii, malejące szanse godnego życia na emeryturze – tak wymieniać można długo.
Do tego dochodzą przyczyny bardziej złożone, takie jak pogarszająca się, szeroko pojęta jakość życia w państwie rządzonym przez PiS. Polacy znajdują się pod coraz większą kontrolą, a władza zyskuje wciąż nowe możliwości ingerowania w ich codzienne sprawy.
Obecni władcy Polski rządzą poprzez wywoływanie i pogłębianie konfliktów, organizowanie nagonek, skłócanie społeczeństwa, kłamliwą propagandę, demontowanie państwa prawa.
W takim kraju trudno żyć – więc nic dziwnego, że to życie kończy się znacznie częściej niż powinno.
Trudno tu o jakiekolwiek pozytywne zakończenie. Można chyba tylko zacytować słowa Jacka Kaczmarskiego ze słynnej ballady: „O, bracia wilcy! Brońcie się nim wszyscy wyginiecie!”

Lekarze sportowi na aut

Dotąd w Polsce żaden sportowiec-amator uprawiający sport w ramach związku sportowego nie mógł tego robić bez zgody lekarza sportowego. Ponieważ jest ich za mało w stosunku do liczby zawodników, ten wymóg ma być zniesiony.

Zaświadczenie o zdolności do uprawiania danej dyscypliny wydać może tylko lekarz medycyny sportowej. W Polsce jest ledwie kilkuset lekarzy o specjalizacji sportowej, natomiast sportowców-amatorów ze wszystkich dyscyplin potrzebujących „pieczątki” na karcie zdrowia ponad pięć milionów. Nie ma więc fizycznej możliwości, by taki ogrom ludzi był przebadany przez lekarzy zgodnie z rozporządzeniem. Ponadto limity na badania w ramach NFZ błyskawicznie się wyczerpywały, co oznaczało konieczność korzystania z prywatnych wizyt. W większych miastach taka wizyta obejmująca tylko orzeczenie o zdolności do uprawiania sportu kosztuje 150 złotych, a do tego dochodzi jeszcze komplet badań – kolejne 250 złotych. Karta zdrowia ma ważność jedynie przez sześć miesięcy, więc trzeba to robić dwa razy w roku.

Wedle planowanych zmian sportowiec-amator będzie mógł przechodzić badania nie co pół roku, tylko raz na rok, a orzeczenie o zdolności do uprawiania sportu uzyska od lekarza pierwszego kontaktu. Zmiana przepisów niewątpliwie ułatwi życie milionom ludzi, bo zlikwiduje nonsensy w ustawie. Uczniowie nie muszą przecież przynosić na lekcje wychowania fizycznego zaświadczeń lekarskich, że mogą grać w piłkę nożną czy siatkówkę. To samo dotyczy udziału dzieci i młodzieży w zajęciach szkolnych kółek sportowych. Ale gdyby chciały zapisać się do klubu sportowego, muszą mieć ważne badanie lekarza medycyny sportowej. Zmiana tego przepisu nie spowoduje zagrożenia zdrowia – twierdzą autorzy projektu i zapewniają, że jeśli ktoś na niej straci, to tylko lekarze sportowi.

 

Wiosna idzie

Aktorstwo polityczne jest mocną stroną Roberta Biedronia. Jeszcze młody, przystojny, uprzejmy w obejściu, mówiący ciekawie i z zaangażowaniem. Działa na emocje, a to w polityce jest najważniejsze, by wywrzeć dobre wrażenie na początek. No i nie zalatuje naftaliną. Proszę sobie wyobrazić, że to, co wygłosił Biedroń, odczytuje z kartki łysy gość z brzuszkiem i do tego sepleni, bo ma luźną sztuczną szczękę. Treść wystąpienia też była przemyślana. Było o rzeczach, które zostaną rozwiązane, naprawione, zapanuje sprawiedliwość, itd. W zasadzie nie dostrzegłem niczego w wystąpieniu Biedronia czego wcześniej nie byłoby w programach partyjnych. Jednak dobry aktor, scenariusz imprezy i otoczenie przydawało atrakcyjności temu eventowi.
Złe języki od razu zarzuciły, że nic nie było o finansach. Takie np. wizyty w prywatnych gabinetach lekarskich finansowane przez NFZ. Wiadomo, że lekarzom trzeba za to zapłacić ekstra. I po co rozwijać temat? Że trzeba będzie zaraz podnieść składki zdrowotne. Tego nikt nie lubi. Albo, że do któregoś tam roku, znikną w kraju elektrownie węglowe. Trzeba wydać setki miliardów złotych, by to zrealizować. Po co denerwować słuchaczy nudnymi wywodami o finansach.
Wiadomo, że będzie lepiej i to powinno wystarczyć. Nikt na weselu nie mówi o problemach, jakie czekają małżeństwo w przyszłości. Te problemy pojawią się i tak. Dlatego słusznie Robert Biedroń mówił z emfazą o tym co będzie partia robiła wielkiego i przyjemnego, a skrzętnie unikał jak to będzie wyglądało w praktyce.
Patrzący z nadzieją na Wiosnę cieszą się, a złe języki już judzą. A skąd to lider wziął milionik na taką wystawną konwencję. PiS i PO takie konwencje organizują seriami, a tu jedna, ale udana i już czepianie się. Trzeba poczekać co będzie dalej. Uniesienie mija, zacznie się codzienność i jak tę codzienność zagospodaruje Wiosna, takie będzie miała sukcesy. Bo uniesienie trwa dość krótko, potem przychodzi odprężenie, potem zmęczenie, a na końcu znudzenie i obojętność. Tego ostatniego Wiośnie nie życzę.

Modlitwa patałacha

Pracownicy polskiego systemu opieki zdrowotnej jakoś nie mają szczęścia do zwierzchników. Jak nie dogmatyczni zwolennicy prywatyzacji, to katoliccy fundamentaliści albo zwykli nieudacznicy.

 

Przegląd szefów ministerstwa wywołuje przykre reminiscencje. W ostatnich latach wydawało się jednak, że gorzej już być nie może. Najpierw w 2016 zastrajkowały pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka, mając serdecznie dość pracy za poniżające stawki w p0nadnormatywnym wymiarze godzinowym. Ówczesny minister Konstanty Radziwiłlł, szlachcic herbu Trąby, postanowił zagrać według zasady dziel i rządź – szczuł społeczeństwo i pacjentów na pielęgniarki lekarzy przedstawiając ich jako środowisko roszczeniowe i niebezpieczne. Całe szczęście – niezbyt skutecznie. 16-dniowa bitwa zakończyła się zwycięstwem protestujących, a minister wyszedł z tego boju z pokiereszowanym wizerunkiem. W ubiegłym roku zbuntowali się młodzi lekarze, domagając się nie tylko podwyżek, ale również, zgodnie z logiką i społeczną odpowiedzialnością – wzrostu publicznych nakładów na całą opiekę medyczną. Tym razem był to protest ogólnopolski.

Radziwiłl kompletnie sobie nie radził w negocjacjach, z Nowogrodzkiej zaczęły się dobywać groźne pomruki i stało się to, co musiało się stać – podczas rekonstrukcji rządu w styczniu 2018 roku głowa hrabiego-ministra została zatknięta na kiju.

I wtedy w resorcie przy ul. Długiej zjawił Łukasz Szumowski, ojciec czwórki dzieci, człek ponoć zaradny i koncyliacyjny, cieszący się w kręgach rządowych nieposzlakowaną reputacją moralną. Przyszedł z gotowym planem porozumienia. Konflikt z rezydentami zakończył jak ręką odjął. Szumowski zapewnił też, że w mocy zostanie utrzymane porozumienie z ratownikami medycznymi, zawarte jeszcze za czasów Radziwiłła, w lipcu 2017 roku. Przez kilka kolejnych miesięcy resort zajmował się przygotowaniem ustawy, a w służbie zdrowia panował długo oczekiwany spokój.
Okres ten zakończył się tydzień temu, kiedy rezydenci zobaczyli projekt ustawy. Okazało się, że zmiany znacznie odbiegają do ustaleń wynegocjowanych z ministrem Szumowskim. O tych rozbieżnościach pisaliśmy tutaj. Minister najwyraźniej miał młodych lekarzy za głupków, którzy nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem dokumentu.

„Nie wierzę w dobrą wolę resortu. Może to być próba oszukania nas i wyłączenia z podwyżek pewnej grupy lekarzy. Problemów zaczyna się robić bardzo dużo i to nie są błędy, które się pojawiły, bo ktoś czegoś nie dopilnował. To są błędy merytoryczne, które są wprowadzone celowo. To jawne łamanie zawartego porozumienia – mówił rzecznik prasowy rezydentów Marcin Sobotka. Rozbieżności do dziś nie zostały wyjaśnione, lekarze tracą cierpliwość i coraz częściej mówią o strajku jako jedynym środku dialogu.

Nie minął tydzień, a wybuchła kolejna bomba z gównem. Resort Szumowskiego zaprezentował bowiem projekt nowelizacji ustawy o działalności leczniczej, który miał poprawić warunki pracy ratowników medycznych. Okazało się, że obiecane dodatki otrzymają załogi ambulansów, ale już nie ratownicy pracujący w izbach przyjęć. Przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego Roman Badach-Rogowski już teraz mówi, że ustawa w obecnym kształcie jest dla ratowników nie do zaakceptowania.

Łukasz Szumowski jako jeden z 4 tys. medyków podpisał „Deklarację wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej”, stworzoną przez Wandę Półtawską – katolicką fundamentalistkę, fanatyczną działaczkę antyaborcyjną i przyjaciółkę kontrowersyjnego papieża Jana Pawła II. Niedawno na Jasnej Górze zawierzył też polską służbę zdrowia Matce Boskiej. Nie wiadomo, czy Najświętsza Panienka ma równie dobre zdanie o szefie resortu, co on sam o sobie.

Religijny fanatyzm nigdy nie zastąpi kompetencji i elementarnej uczciwości w dotrzymywaniu danych obietnic. Powiem więcej, gwarantuje, że odwoływanie się do sił nadprzyrodzonych jest stale stosowanym przez obecną władzę chwytem, by ukryć fakt, że rządzą nami nieudacznicy. Najgorsze, że są jeszcze ludzie, którzy dają się na to nabrać. Ale to już niedługo.