Zagrają tylko w play off

Władze National Hockey League poinformowały, że z powodu pandemii koronawirusa zdecydowały się bez wznawiania zakończyć sezon zasadniczy. W planowanej fazie play off mają zagrać 24 zespoły.

Komisarz NHL Gary Bettman przedstawił w miniony wtorek plan powrotu do rywalizacji w najlepszej hokejowej lidze na świecie, która przerwała rozgrywki 12 marca. Do tego momentu zdołano rozegrać 85 procent spotkań sezonu zasadniczego (1082 z 1271 meczów). Ponieważ sytuacja epidemiczna w USA wciąż jest trudna, władze NHL postanowiły zakończyć sezon regularny i po ewentualnym wznowieniu rozgrywek dokończyć zmagania w fazie play-off z udziałem 24 drużyn. Cztery najlepsze ekipy z Konferencji Wschodniej (Boston Bruins, Tampa Bay Lightning, Washington Capitals i Philadelphia Flyers) i Konferencji Zachodniej (St. Louis Blues, Colorado Avalanche, Vegas Golden Knights i Dallas Stars) powalczą między sobą o rozstawienie. Pozostałe zespoły zagrają w parach w kwalifikacjach, co w sumie pozwoli na wyłonionych 16 zespołów w I rundzie play off (cztery drużyny rozstawione spotkają się ze zwycięzcami meczów kwalifikacyjnych). Do II rundy przystąpi osiem zespołów. Potem odbędą się finały konferencji oraz mecze o Puchar Stanleya. Decydujące serie w obu konferencjach oraz finał ligi będą się toczyć do czterech zwycięstw.
Mecze będą rozgrywane w wybranych ośrodkach bez udziału kibiców. Daty powrotu jeszcze nie wyznaczono. Na razie zakłada się, że w czerwcu hokeiści zaczną trenować w grupach, a później całymi drużynami. Wznowienie ligi przewiduje się dopiero po opanowaniu pandemii koronawirusa.
W Konferencji Wschodniej zagrają: Boston Bruins, Tampa Bay Lightning, Washington Capitals, Philadelphia Flyers, Pittsburgh Penguins, Montreal Canadiens, Carolina Hurricanes, New York Rangers, New York Islanders, Florida Panthers, Toronto Maple Leafs i Columbus Blue Jackets, natomiast w Konferencji Zachodniej St. Louis Blues, Colorado Avalanche, Vegas Golden Knights, Dallas Stars, Edmonton Oilers, Chicago Blackhawks, Nashville Predators, Arizona Coyotes, Vancouver Canucks, Minnesota Wild, Calgary Flames i Winnipeg Jets.

Odwołują na potęgę

Zarządzenia dotyczące zwalczania epidemii koronawirusa wymiotły z boisk i hal sportowych nie tylko kibiców, ale też zawodników. W Polsce wszystkie ligi zawodowe albo zawiesiły, jak piłkarska PKO Ekstraklasa czy siatkarska PlusLiga, rozgrywki, albo je przedwcześnie zakończyły, jak zrobiła to Polska Hokej Liga. Przymusowa przerwa to dla wyczynowych sportowców poważny problem, bo w tej chwili na dobrą sprawę nawet nie mają gdzie trenować, bo operatorzy obiektów sportowych zamknęli do nich dostęp.

Z obawy przed rozprzestrzenianiem się pandemii koronawirusa praktycznie wszystkie krajowe i międzynarodowe rozgrywki sportowe w Europie zostały zawieszone. W Polsce najdłużej zwlekał z tym PZPN. W czwartek Superliga, odpowiedzialna za zarządzanie rozgrywkami piłki ręcznej PGNiG Superligi i PGNiG Superligi Kobiet, podjęła decyzję o wstrzymaniu ich do odwołania. „Decyzja została podyktowana troską o zdrowie i bezpieczeństwo zawodników biorących udział w rozgrywkach, sztabów szkoleniowych oraz wszystkich pracowników klubów zaangażowanych w organizację meczów” – napisano w komunikacie. Taką samą decyzję podjął zarząd Polskiej Ligi Koszykówki, organizator rozgrywek Energa Basket Ligi, który zawiesił rozgrywki od 12 do 25 marca. „Mamy nadzieję, że po tym okresie wrócimy do rywalizacji i wszyscy razem będziemy cieszyć się ze wspaniałych koszykarskich widowisk” – wyraził nadzieję Radosław Piesiewicz, prezes Energa Basket Ligi i Polskiego Związku Koszykówki.
Do odwołania wstrzymała swoje rozgrywki również Polska Liga Siatkówki, zarządzająca męską PlusLigą, Ligą Siatkówki Kobiet oraz KRISPOL 1. Ligą. Przerwa w rozgrywkach obowiązuje od 12 marca, tylko KRISPOL 1. Liga zacznie pauzować od 15 marca. „Poza oczywistymi względami epidemiologicznymi, którą są tu kluczowe, coraz większa liczba naszych zespołów nie tylko nie ma gdzie rozgrywać meczów, lecz nawet trenować, bo w wielu miejscowościach w Polsce władze samorządowe zamykają obiekty szkolne i Miejskich Ośrodków Sportu i Rekreacji” – wyjawił prezes PLS Paweł Zagumny.
Piłkarska ekstraklasa podjęła decyzję o zawieszeniu rozgrywek dopiero w piątek. „Przeprowadziliśmy szereg konsultacji z PZPN oraz z innymi ligami profesjonalnymi, które już zdecydowały się na przełożenie rozgrywek. Zasięgnęliśmy też opinii organów administracji państwowej oraz władz sanitarnych. Prawdopodobną datę wznowienia rozgrywek ustalimy w zależności od aktualnej sytuacji związanej z rozprzestrzeniającym się koronawirusem lub w wyniku decyzji UEFA, która w najbliższy wtorek przeprowadzi konsultacje z poszczególnymi federacjami krajowymi oraz ECA i European Leagues, które mogą mieć wpływ na tegoroczny kalendarz lub plany rozgrywek UEFA na kolejny sezon. W zależności od ustaleń będziemy reagować na bieżąco w ścisłej współpracy z Polskim Związkiem Piłki Nożnej i klubami” – zapowiedział prezes Ekstraklasa SA Marcin Animucki.
Potentaci wstrzymują rywalizację
Polskie ligi nie są żadnym wyjątkiem. W ubiegłym tygodniu zawiesiła swoje rozgrywki koszykarska NBA, gdy okazało się, że u zawodnika Utah Jazz Rudy’ego Goberta wykryto wirus Covid-19. Podobnie postąpiła hokejowa NHL oraz wszystkie pozostałe największe zawodowe ligi za oceanem, w tym baseballowa (MLB) i piłki nożnej (MLS). Międzynarodowa Federacja Tenisowa odwołała wszystkie tenisowe turnieje w marcu i kwietniu, Formuła 1 odwołała inaugurujące sezon Grand Prix Australii, ale też dwa następne wyścigi – w Bahrajnie i Wietnamie.
Ta zmiana w nastawieniu władz największych organizacji sportowych wymusiła w końcu także zmianę w podejściu do epidemii koronawirusa przez działaczy największych potentatów w świecie sportu, jakimi są FIFA i UEFA. Międzynarodowa federacja swoje nowe stanowisko sformułowała w oficjalnym komunikacie: „W związku z pandemią koronawirusa FIFA postanowiła, że w marcu i kwietniu kluby będą zwolnione z obowiązku wysyłania zawodników na zgrupowania kadry. FIFA rozumie, że organizowanie meczów w obecnych okolicznościach może nie tylko stanowić zagrożenie dla piłkarzy i ogółu społeczeństwa, ale także wynik sportowy mógłby zostać wypaczony. Część drużyn nie mogłaby korzystać z czołowych zawodników. Dodatkowo FIFA zaleca, aby wszystkie międzynarodowe mecze zaplanowane na marzec i kwiecień zostały odwołane. Odwołane do czasu, gdy już sytuacja będzie opanowana i bezpieczna” – czytamy w oficjalnym komunikacie. FIFA poinformowała także, że będzie starała się rozmawiać ze wszystkimi federacjami krajowymi, aby wspólnie ustalić kalendarz piłkarski na najbliższe miesiące. Światowa centrala piłkarska zapewniła, że ściśle współpracuje z WHO.
W końcu także UEFA podjęła wyczekiwane decyzje. Zawieszono rywalizację w Lidze Mistrzów i Lidze Europy, co sprawiło, że wszystkie najsilniejsze ligi na naszym kontynencie także natychmiast przerwały swoje rozgrywki. Na razie nawet w najbardziej w Europie dotkniętych epidemią krajach, Włoszech i Hiszpanii, sportowe zmagania zawieszono jedynie do początku kwietnia. Do tego czasu nie będą też grać w Niemczech, Anglii i Francji oraz w większości innych lig, w tym także polskiej.
Nie wszędzie boja się epidemii
Tylko w nielicznych europejskich krajach rozgrywki ligowe nadal nie zostały zawieszone z powodu epidemii koronawirusa. Gra na przykład turecka ekstraklasa piłkarska, w której występuje spora grupa polskich piłkarzy. W zespole Ankaragucu grają Konrad Michalak, Daniel Łukasik i Michał Pazdan. Cała trójka mierzyła się w piątek z Rizesporem. Ankaragucu zwyciężyło 2:1, Pazdan i Łukasik rozegrali całe spotkanie, a Michalak w 75. minucie został zmieniony. Drużyna Polaków zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli. Oprócz wymienionych w tureckiej lidze występuje jeszcze Paweł Olkowski i Bartłomiej Pawłowski (obaj Gaziantep), Adam Stachowiak i Radosław Murawski (obaj Denizlispor), Kamil Wilczek (Goztepe). W miniony weekend ligową kolejkę rozegrała też rosyjska Premijer Liga. Dynamo Moskwa (Sebastian Szymański) wygrało na wyjeździe z Achmatem Groźny 3:2. Lokomotiw Moskwa (Maciej Rybus i Grzegorz Krychowiak) grał z FK Rostów (niedzielny mecz zakończył sie po zamknięciu wydania), a Urał Jekaterynburg (Rafał Augustyniak, Maciej Wilusz i Michał Kucharczyk) w sobotę przegrał z liderem Zenitem Petersburg aż 1:7. Gra też liga ukraińska, w której występuje tylko jeden polski piłkarza – Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów). Nie zawieszono także rozgrywek w Serbii, na Białorusi i na Węgrzech.
Z drugiej strony pojawiła si informacja, że grający w Sampdorii Genua reprezentant Polski Bartosz Bereszyński zaraził się koronawirusem. W najbliższy wtorek prawdopodobnie zapadnie decyzja o odwołaniu zaplanowanych na czerwiec piłkarskich mistrzostw Europy.

Telewizja nie jest już przyszłością

NBA, najlepsza koszykarska liga na świecie, w 2014 roku sprzedała na dziewięć lat prawa telewizyjne do transmisji meczów w płatnych kanałach za 24 miliardy dolarów. Umowa obowiązuje od sezonu 2016-2017 i wygaśnie w połowie 2025 roku. Eksperci w tej branży twierdzą, że był to ostatni tak lukratywny kontrakt nie tylko dla NBA.

Powodem pesymistycznych prognoz są spadające na łeb na szyję wyniki oglądalności sportowych transmisji w stacja ESPN i TNT. Wraz ze spadającą oglądalnością stacjom płatnym ubywa też abonentów. Z szacunkowych danych wynika, że tylko w Stanach Zjednoczonych w ostatnich kilku latach z płatnej telewizji zrezygnowało ponad 20 milionów gospodarstw domowych. A kryzys oglądalności to nie tylko kłopot dla stacji telewizyjnych, lecz także dla rozzuchwalonego dekadami rosnących zysków z handlu prawami telewizyjnymi świata sportu. Już w niedalekiej przyszłości czekają go potężne wstrząsy, po których nastąpią lata chude, bo zyski z praw telewizyjnych to dzisiaj największa część przychodów w zawodowym sporcie. Szefowie największych klubów i najsilniejszych lig piłkarskich w Europie też mają tego świadomość, dlatego tak uparcie dążą do stworzenia elitarnej superligi, żeby malejący strumień pieniędzy z płatnych telewizji można było dzielić w znacznie węższym gronie.

Bogaci szukają ratunku

Nie wszyscy jednak uważają, że jedynym ratunkiem jest ograniczenie liczebności klubowej elity i zamknięcie do niej dostępu dla maluczkich. Pewną nadzieję na lepsza przyszłość dają serwisy OTT (skrót od over-the-top), do których zaliczają się platformą typu Netflix, HBO GO, czy Prime Video, należące do firmy Amazon. O tej ostatniej zrobiło się głośno po tym, jak po raz pierwszy w historii brytyjscy kibice piłkarscy nie mogli oglądać meczów Premier League w telewizji, bo transmisje do dwudziestu grudniowych spotkań wykupił właśnie Amazon. Debiut okazał się wielkim sukcesem, chociaż odbiorcy narzekali trochę na buforowanie i opóźnienia w transmisji, lecz te drobne mankamenty nie przeważyły atutów, jakie stwarzała możliwość wyboru komentatorów oraz oglądania na raz nie jednego. lecz kilku spotkań w tym samym czasie.

Dyrektor do spraw technologii w hiszpańskiej La Lidze, Jose Carlos Franco, twierdzi z przekonaniem, iż do 2026 roku platformy OTT będą przynosić hiszpańskiej ekstraklasie piłkarskiej co najmniej połowę przychodów z tytułu praw telewizyjnych. Już teraz liga uruchomiła serwis: LaLigaSportsTV, gdzie co prawda jeszcze nie pokazuje swoich meczów, ale niższe ligi i hiszpańskie rozgrywki w innych sportach, m. in. w siatkówce, piłce ręcznej, koszykówce, piłce wodnej. W sumie w ofercie ma ponad 30 dyscyplin sportu. To odpowiedź na narastające kłopoty La Ligi, która w ostatnim czasie zanotowała nagły spadek oglądalności w płatnej telewizji. W poprzednim sezonie mecze Realu i Atletico Madryt oglądało o 19 procent mniej kibiców niż rok wcześniej. Tylko trochę mniejszy spadek (13 procent) zaliczyła Barcelona.

UEFA też już kombinuje

UEFA także rozwija ten segment. Stworzyła platformę UEFA.tv i planuje na mniejszych rynkach pozaeuropejskich, gdzie wartość transmisji nie przekracza 5-10 mln dolarów rocznie, pokazywać za jej pośrednictwem już od sezonu 2020/2021 Ligę Mistrzów oraz Ligę Europy.

Możliwości jakie stwarza internet wręcz prowokują do snucia zabójczych dla klasycznej telewizji projektów. Jeden z takich wizjonerskich pomysłów wyjawił Simon Jordan, były właściciel angielskiego klubu piłkarskiego Crystal Palace. Otóż namawia on kluby Premier League, by zbudowały swoją własną platformę w formacie „wideo na życzenie” same ustalały parametry opłat. „Dzisiaj ludzie rezygnują z oglądania ligi, bo nie chcą płacić 75-80 funtów miesięcznie za abonament, bo z różnych powodów uważają wysokość takiej opłaty za zawyżoną. Natomiast jeśli Premier League zrobi piłkarskiego Netfliksa i zaoferuje subskrybcję za 5-10 funtów miesięcznie, może zdobyć 100 milionów klientów i 10 miliardów funtów co roku, zamiast 8,1 miliarda funtów raz na trzy lata.

Internet zastąpi telewizję?

Te założenia są być może przesadnie optymistyczne, o czym może świadczyć choćby przebijająca się z trudem oferta platformy DAZN, obecnej na razie tylko w USA, Hiszpanii, Kanadzie, Niemczech, Włoszech, Szwajcarii, Austrii, Japonii i Brazylii. Ale te kraje to potencjalnie ponad 800 milionów odbiorców, tymczasem DAZN zdobył w nich jak na razie około ośmiu milionów subskrybentów, choć ma w ofercie prawa telewizyjne do atrakcyjnych sportowych wydarzeń: w Niemczech pokazuje np. wybrane mecze Bundesligi, Ligi Mistrzów i dziesiątki rozgrywek piłkarskich (m. in. z Hiszpanii czy Włoch). W Kanadzie daje widzom pełny dostęp do NFL, w USA transmituje ekskluzywne gale bokserskie, a we Włoszech transmituje wybrane mecze Serie A. Co tydzień DAZN oferuje swoim użytkownikom setki wydarzeń sportowych z całego świata, aplikacja zacznie jednak przynosić zysk swoim właścicielom najwcześniej za 4-5 lat.

Zatrzymać trendu chyba już się nie uda, chociaż świat transmisji telewizyjnych jest podzielony i podlega regionalizacji. Powtórzyć sukces Netflixa chciałby każdy nadawca, więc serwisy OTT mają już najpotężniejsze zawodowe ligi amerykańskiej – MLB, NFL, NBA i NHL. Ze swoją platformą ruszyła też stacja telewizyjna ESPN, która już ma ponad dwa miliony użytkowników serwisu ESPN+. Od kilku lat na zasadach OTT działa też serwis Eurosport Player.

 

Sensacyjne porażka hokeistów z Tampa Bay

Hokeiści Columbus Blue Jackets czterokrotnie z rzędu pokonali najlepszy zespół sezonu zasadniczego NHL Tampa Bay Lightning i awansowali do drugiej rundy play off Pucharu Stanleya.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby najlepszy zespół w fazie zasadniczej odpadał już w pierwszej rundzie z samymi porażkami na koncie. Przecież ekipa Lightning zakończyła sezon zasadniczy wygrywając 62 z 82 meczów. Żadna drużyna nigdy nie odniosła więcej zwycięstw, a tyle samo mieli na koncie Detroit Red Wings 23 lata temu. Zdobyli łącznie 325 goli, a w fazie zasadniczej m. in. trzykrotnie pokonali Blue Jackets. Dlatego ich klęska w play off jest taką wielka sensacją. Zespół „Błyskawic” uległ „Niebieskim Kurtkom” kolejno 3:4, 1:5, 1:3 i 3:7.

 

Czas na Puchar Stanleya

W zakończonym w sobotę sezonie zasadniczym amerykańsko-kanadyjskiej NHL najlepsza była ekipa Tampa Bay Lightning. Rywalizacja o Puchar Stanleya rozpocznie się w środę 10 kwietnia.

Hokeiści Lightning pokonali na wyjeździe Boston Bruins 6:3 ostatniego dnia sezonu zasadniczego. Łącznie „Błyskawice” odniosły w nim 62 zwycięstwa, co jest wyrównaniem rekordu Detroit Red Wings z rozgrywek 1995-1996. Te wyniki czynią z ekipy Lightning faworyta rywalizacji o Puchar Stanleya, chociaż wspomniani Red Wings w swoim rekordowym sezonie nie zdołali potem w play off nawet dotrzeć do finału. Na pewno chęć na powtórkę z rozrywki będą mieli hokeiści broniącego tego prestiżowego trofeum zespołu Washington Capitals.

W meczu z Bruins bramkę i asystę w ekipie „Błyskawic” zanotował Nikita Kuczerow. 25-letni rosyjski hoheista wystąpił we wszystkich 82 meczach i zgromadził w nich 128 punktów, co dało mu zwycięstwo w klasyfikacji kanadyjskiej. Najlepszym strzelcem sezonu został natomiast grający w Washington Capitals jego rodak Aleksander Owieczkin, który w sezonie zasadniczym zdobył 51 bramek. Tylko jedno trafienie mniej zanotował Niemiec Leon Draisaitl występujący w Edmonton Oilers. Draisaitl jest pierwszym hokeistą „Nafciarzy” od 32 lat, który zakończył sezon z co najmniej 50 golami. Po raz ostatni przed nim dokonali tego w rozgrywkach 1986-1987 Wayne Gretzky i Fin Jari Kurri.

Pary 1. rundy play off NHL
Konferencja Wschodnia: Tampa Bay Lightning – Columbus Blue Jackets; Boston Bruins – Toronto Maple Leafs; Washington Capitals – Carolina Hurricanes; New York Islanders – Pittsburgh Penguins.
Konferencja Zachodnia: Calgary Flames – Colorado Avalanche; San Jose Sharks – Vegas Golden Knights; Nashville Predators – Dallas Stars; Winnipeg Jets – St. Louis Blues.

 

Pobili rekord Guinnessa

Rosyjski hokeista, trzykrotny zdobywca Pucharu Stanleya i dwukrotny mistrz świata Jewgienij Małkin trafił do Księgi Rekordów Guinnessa. Z grupą juniorów wykonał w Moskwie najdłuższą w historii hokeja akcję na lodowisku.

 

Hokeiści wykonali 110 podań, po czym Małkin umieścił krążek w pustej bramce. Nad wykonaniem zadania czuwali przybyli z Londynu sędziowie Księgi Guinnessa. Zgodnie z regulaminem ustanawiania rekordów, długość każdego podania nie mogła być mniejsza niż 9,1 m. Młodzi hokeiści mieli na wykonanie podania nie więcej niż pięć sekund.
Urodzony 31 lipca 1986 roku w Magnitogorsku Małkin w czerwcu 2013 roku podpisał nową umowę z Pittsburgh Penguins gwarantującą mu wynagrodzenie w wysokości 76 mln dolarów za grę w latach 2014-2022. Z „Pingwinami” Rosjanin zdobył Puchar Stanleya w latach 2009, 2016 i 2017. Uczestniczył też w trzech igrzyskach (2006-2014) oraz w siedmiu mistrzostwach świata.

 

Szwed królem draftu w NHL

Szwedzki obrońca Rasmus Dahlin został wybrany jako pierwszy w drafcie do zawodowej NHL. 18-letni zawodnik trafił do Buffalo Sabres. Urodzony 13 kwietnia 2000 roku hokeista ostatnie trzy sezony spędził w drużynie Froelunda HC.

 

Podczas mistrzostw świata juniorów Szwedzi zdobyli srebro, a Dahlin został uznany najlepszym defensorem turnieju. Tym samym został ósmym Europejczykiem z „jedynką” w drafcie do amerykańsko-kanadyjskiej ligi, a drugim Szwedem w historii, po Matsie Sundinie w 1989 roku. Rok temu pierwszy był Szwajcar Nico Hischier. Z numerem drugim w tej edycji wybrany został przez Carolina Hurricanes Rosjanin Andriej Swiecznikow, a z numerem trzecim Fin Jesperi Kontaniemi, który trafił do Montreal Canadiens. Draft, czyli wybór młodych zawodników do poszczególnych drużyn, ma na celu wyrównywanie szans w lidze. Pierwszeństwo w angażowaniu nowych graczy mają bowiem zespoły, które w poprzednim sezonie nie zakwalifikowały się do play off.

Rycerze szaleją w NHL

Kibice hokeja za oceanem są w szoku. W finale Pucharu Stanleya z z Washington Capitals zmierzy się zespół Vegas Golden Knights, który został rok temu sklecony z zawodników niechcianych w innych klubach NHL.

Zgromadzenie właścicieli klubów NHL przyjęło akces Vegas Golden Knights do ligi jednogłośnie. Nowa drużyna nie miała jednak zawodników, więc zgodnie ze zwyczajem liga wyciągnęła do nich pomocną dłoń, dając im możliwość wybrania po jednym zawodniku z każdej drużyny NHL. Oczywiście nie tych najlepszych, bo swoich asów kluby wyłączyły z draftu. W efekcie do zespołu w Vegas trafili głównie gracze niechciani z różnych powodów w swoich zespołach. Wśród „odrzutków”, jak ich nazywano, trafili się zawodnicy o uznanych nazwiskach, jak bramkarz Marc-Andre Fleury, legenda Pittsburgh Penguins czy skrzydłowy Nashville Predators James Neal, przeważali jednak hokeiści mało znani.Taka mieszanka mających coś do udowodnienia zawodników potrafi czasem okazać się naprawdę wybuchowa. Ekipa z Vegas okazała się bombą w środku NHL. Z pierwszych dziesięciu meczów przegrali tylko dwa, odnosząc osiem zwycięstw z rzędu, co jest nowym rekordem NHL wśród debiutantów. Na początku kwietnia „Rycerze” zdobyli mistrzostwo Dywizji Pacyfiku, co przed nimi nie udało się żadnej drużynie w debiutanckim sezonie. I to już nie tylko w NHL, ale też w NBA, NFL i MLB. W pierwszej rundzie play-off Knights wygrali rywalizację do czterech zwycięstw z Los Angeles Kings 4-0, w drugiej z San Jose Sharks 4-2, a w minioną niedzielę wyeliminowali Winnipeg Jets 4-1 i awansowali do finału Pucharu Stanleya jako mistrz Konferencji Zachodniej. Ktoś na tym nieźle się obłowi, bo przed sezonem zakłady na zdobycie przez Knights Pucharu Stanleya przyjmowano w stosunku 500:1.