O nienawiści bez nienawiści

O nienawiści i agresji, które już na dobre zadomowiły się w polskiej debacie publicznej i o tym, jak im oddolnie przeciwdziałać, Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia z Julią Smogorzewską i Arturem Ryszkiewiczem, studentami Uniwersytetu Warszawskiego, współtwórcami nowej inicjatywy „Ruch Przeciwko Nienawiści”.

Skąd idea założenia Ruchu Przeciwko Nienawiści?
Artur: Z oburzenia na to, co ostatnimi czasy dzieje się w Polsce. Widzimy, że przemoc i nienawiść coraz śmielej wychodzą na ulice, coraz bardziej zawłaszczają debatę publiczną i dodatkowo jest na to coraz większe społeczne przyzwolenie. Nasza nieformalna studencka grupa ma być odpowiedzią na te niepokojące trendy. Po prostu nie godzimy się z tym, że niektóre grupy w Polsce czują się coraz bardziej zagrożone.
Było jakieś konkretne wydarzenie, katalizator?
Julia: Takim katalizatorem były lipcowe wydarzenia białostockie. To po nich skrzyknęliśmy się w organizację, ale one raczej potwierdziły nasze obawy i niepokoje, niż otworzyły nam oczy. Frustracja i złość na to, że ksenofobia, homofobia i rasizm zdobywają przyzwolenie, wręcz popularność, narastała w nas od dłuższego czasu.
Osobiście padliście ofiarami tych fobii?
Artur: Są wśród nas osoby, które były ofiarami przemocy na tle homofobicznym. Ale to nie o prywatne krzywdy nam chodzi.
Julia: W Polsce istnieje problem z poziomem debaty publicznej. Nie istnieje jakikolwiek język porozumienia pomiędzy stronami różnych sporów politycznych, czy to na płaszczyźnie kwestii gospodarczych, konfliktów na linii związki zawodowe-przedsiębiorcy, czy innych, które są od dłuższego czasu na świeczniku. Myślę tutaj o sporze wokół osób LGBT. Samo stwierdzenie, że istnieje coś takiego jak ideologia LGBT, w celu przykrycia realnych osób nieheteronormatywnych jest czymś obrzydliwym i niedopuszczalnym. Pokazuje to, jak głęboko nienawiść zakorzeniła się w dyskursie. Jeśli jest na nią przyzwolenie w debacie publicznej, to czuję, że dotyka ona również mnie, jako członkini społeczeństwa.
Artur: Jeżeli na ulicy człowiek może zostać pobity tylko dlatego, że ma inne poglądy, orientację seksualną czy kolor skóry, to jest to fatalny prognostyk na przyszłość. Z jednej strony solidaryzujemy się z ofiarami, z drugiej chcemy pokazać, że nie ma naszej zgody na przemoc i nienawiść.
Wydarzenia ostatnich tygodni, sprawa tak zwanej „trollowni” w Ministerstwie Sprawiedliwości pokazuje, że na wyrażanie niezgody na przemoc nastał ostatni moment. W Polsce już nie tylko przyzwala się na przemoc, ale traktuje ją jako jawny, dopuszczalny instrument polityczny. Jedną z wielu metod walki z przeciwnikami.
Gdzie doszukiwalibyście się źródeł wtargnięcia nienawiści do dyskursu publicznego? I dlaczego tak łatwo doszło do jej znormalizowania?
Artur: Trudno mi powiedzieć, co było pierwszym impulsem, po którym nienawiść weszła na dobre w dyskurs publiczny. Ale za jej normalizację winię partie polityczne. One wszystkie się na tę brutalizację zgadzały. Nie widziały nic złego w patologizacji debaty publicznej.
Ale to prawica, szczególnie Prawo i Sprawiedliwość, wniosła do debaty publicznej i znormalizowała język nienawiści. To prawicowym politykom zawdzięczamy mówienie o „pasożytach”, które miały być przenoszone do Polski przez „nielegalnych imigrantów”, „strefy wolne od LGBT”, czy też usankcjonowanie przez patronat prezydenta Andrzeja Dudy obecności faszyzujących organizacji 11 listopada 2018 roku.
Artur: To nie jest kwestia tylko jednej partii politycznej ani nawet szeroko rozumianej prawicy. Winę ponoszą politycy wszystkich opcji, którzy przyzwalali na takie zachowania. Oczywiście możemy wskazać konkretne grupy takie jak ONR czy Młodzież Wszechpolska, które mają nienawiść wpisaną w strategię działania. Te organizacje mają teraz przyzwolenie władz na takie działania, to fakt. Jednak to, że nie umiemy normalnie dyskutować, tylko obrzucamy się wyzwiskami, nadal nie jest winą jednej opcji politycznej.
Julia: Odpowiedzialność ponosi każdy, kto przyzwala na jakikolwiek przejaw nienawiści, nie reaguje na zło, które się w naszym kraju dzieje. Szerzenie się poglądów skrajnie prawicowych, które mają duży wpływ na kształtowanie się języka młodych ludzi, zachęconych przez obecną chociażby w mediach publicznych propagandę do walki z nowym wrogiem jakim jest społeczność LGBT, nie jest jedynie winą PiS-u.
Artur: Nienawiść nie jest związana tylko z prawicą, z lewicą też może być.
Lewica w Polsce jest przede wszystkim bardzo słaba. Prawie nie wpływa na ogólny kierunek publicznego dyskursu. A jednak twierdzicie, że eskaluje nienawiść albo przyczynia się do jej normalizowania?
Artur: Wielokrotnie wśród przeciwników Marszów Równości mowa była o tym, że tam wyszydza się wiarę katolicką i katolików. Oczywiście wiemy, że Marsze Równości są świętem radości i równości – sam byłem na tegorocznym marszu w Warszawie i czułem się tam bardzo dobrze, nie widziałem żadnej agresji czy nienawiści. Zdarzają się tam jednak faktycznie pojedyncze osoby, które z katolików szydzą. Takie osoby należy edukować, mówić, że to, co robią nie jest dobrą odpowiedzią na przemoc, której doświadcza ze strony przeciwników. Jeżeli dopuszczamy język nacechowany negatywnie, po jednej czy drugiej stronie, dochodzi do jego szybkiej eskalacji. Dlatego sprzeciwiamy się i wyszydzaniu wiary katolickiej, i obrzucaniu osób nieheteronormatywnych kamieniami czy butelkami. To jest tak samo niedopuszczalne.
Potępiamy i słowa arcybiskupa Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”, i podcinanie gardła kukle przedstawiającej go przez artystę należącego do społeczności LGBT. Dobrze, że od tego performera jego środowisko się szybko odcięło.
Ale nie uważacie, że nienawiść zademonstrowana na scenie przez artystę LGBT, czy performance z hostią na jednym z Marszów Równości to zachowania nieporównywalne ze słowami polityków partii rządzącej lub kleru katolickiego? One miały miejsce w reakcji na przemoc słowną ze strony osób, grup, organizacji mających hegemoniczną pozycję, która zapewnia im bezkarność. Artysta LGBT, który podciął kukle gardło został od razu skrytykowany przez swoją społeczność, podobnie jak performance z hostią. Słowa polityków PiS i hierarchów katolickich spotykają się z aplauzem i kończą sytuacją pogromową na ulicach Białegostoku.
Artur: Ja bym tutaj nie relatywizował. Nienawiść to po prostu nienawiść, nie można jej leczyć nienawiścią. Podcinanie kukle gardła jest tak samo złe, jak słowa Jędraszewskiego czy polityków PiS.
Julia: Samo przyzwolenie na szeroko pojęty hejt to już katastrofalny błąd. Wielokrotnie członkowie danych społeczności czy opcji odpowiadają na nienawiść nienawiścią. Potem sami nie zauważamy, kiedy zaczyna się nakręcać spirala przemocy. Swojego czasu narodowcy wystawili akty „politycznego zgonu” grupie polityków. Śmiem twierdzić, że w jakimś stopniu uruchomili proces, który doprowadził do zamordowania prezydenta Gdańska. Morderca Pawła Adamowicza mógł działać w poczuciu, że przemoc wobec polityków jest bezkarna.
Artur: Pogróżki czy szczucie to codzienność wielu osób publicznych w Polsce. Ostatnio prezydent Dulkiewicz, wcześniej prezydenta Trzaskowskiego i jego zastępcę Pawła Rabieja. Hejt w ich kierunku jest podtrzymywany przez media publiczne i zachowania publicystów oraz polityków, co następnie daje przyzwolenie na lincz wobec innych osób. Tymczasem za zachowania cechujące się nienawiścią powinno się wykluczać z życia publicznego.
To trochę zaklinanie rzeczywistości, nie kierując się, jak to nazwaliście „relatywizmem”, zapędzamy się w kozi róg. Zachowania członków społeczności LGBT spotkały się z krytyką samej społeczności, chociaż ona sama jest dyskryminowana i marginalizowana. Nie daje się tego sprowadzić do tego samego poziomu, który reprezentują zachowania prawicy, która jest zdecydowanie w hegemonicznej pozycji. Ale dobrze, zostawmy to. Jakie działania do tej pory podjęliście?
Julia: Jesteśmy na początku naszej drogi. Na razie jesteśmy aktywni w mediach społecznościowych, a jeśli chodzi o działania „w realu”, to wysłaliśmy wnioski o udostępnienie informacji publicznej do kilku wojewodów z zapytaniem dotyczącym haniebnych uchwał Sejmików Województw, które określają je jako województwa bez ideologii LGBT. Chcieliśmy wiedzieć, czy według wojewodów są zgodne z Konstytucją RP. Na razie odpisała nam wojewoda świętokrzyska, która nie stwierdziła podstaw, by podejrzewać naruszenia prawa. Na pewno będziemy starać się coś z tym zrobić.
Opracowujemy też statystyki dotyczących przestępstw z nienawiści, które zostały popełnione w Polsce w 2018 i 2019 roku. Chodzi o trzy konkretne artykułu kodeksu karnego. Dostaliśmy już takie statystyki z Ministerstwa Sprawiedliwości.
Artur: W najbliższym czasie spotkamy się także z ikoną walki o prawa człowieka i obywatela w Polsce, która mam nadzieję zainspiruje nas nieco. Będziemy organizowali panele dyskusyjne, nagłaśniali patologie, uczestniczyli w protestach. Nawet po naszej rozmowie idziemy na demonstrację pod KPRM.
Julia: Będziemy upominać się o wprowadzenie do szkół kursu edukacji obywatelskiej, by od najmłodszych lat, młode Polki i Polacy potrafili zachować szacunek wobec praw innych, czasem odmiennych od nich samych i rozumieli, że inny nie znaczy gorszy czy straszny. Uczmy się też od siebie nawzajem i czerpmy z drugiego człowieka to, co w nim najszlachetniejsze.
Marzy nam się dyskurs publiczny, w którym strony nawzajem się słuchają, szanują, starają zrozumieć. Nic się nie zmieni, dopóki chęć współpracy nie zastąpi wyłącznego skupienia na wygranej.

Nowy fetysz: nienawiść do bezdomnych

Regularnie ta sama scena rozdziera mi serce i chodzi za mną potem przez kilka dni: ludzie przed trzydziestką, czasem nastolatki, nawet młode dziewczyny, czerpią perwersyjną przyjemność z upokarzania bezdomnych w komunikacji miejskiej.

Wczoraj dwóch nabuzowanych chłopaków – na oko 25 lat – chciało bezdomnego z tramwaju wyrzucić na zimno, nazywając go przy tym „ścierwem” i „śmierdzielem”. Co ciekawe, każdorazowo przy tej faszystowskiej agresji ujawnia się jej liberalne usprawiedliwienie – wygłaszane na głos na użytek sumienia i obserwatorów: „można nie pić”, „trzeba iść do noclegowni”, „pracy jest dość”, „za nasze jesz i za nasze jedziesz”.
Chociaż żaden ze mnie superman i kiedyś za to oberwę, zapytałem wczoraj agresora, jak ciągnął bezdomnego do drzwi, czy nie ma ochoty zostać kanarem, bo widzę, że jara go przypierdalanie się do ludzi, ale póki nie ma identyfikatora to niech skończy się rządzić.
Popyszczył trochę na mój temat (nazwał mnie „małolacikiem”, podziękowałem za komplement), ale ogólnie sobie usiadł. Supermani po siłowniach jak zwykle udawali, że nic nie widzą, albo przyglądali się z plotkarskim nastawieniem.
Kiedy powiedziałem „przestań obrażać tego człowieka, kiedyś sam możesz być w jego sytuacji, a dziś jedyne bydło w tym tramwaju robisz Ty”, trafiłem w sedno. Gość puścił histerycznym tonem: „Byłem w takiej sytuacji! Byłbym… Ale się wziąłem, każdy ma to, co sobie wypracuje, nie?”. Przemówił ten strach, będący wyrazem jego świadomości jak niewielka granica, kilka niefortunnych sytuacji oddziela go od kondycji bezdomnego, którego widoku nie jest w stanie znieść. Ta nienawiść to w gruncie rzeczy nienawiść do siebie samego, do zawartej w sobie potencjalności, którą na razie dużym wysiłkiem udało się pokonać.
Ten agresor – na oko wyglądający jak ktoś wracający z budowy albo magazynu – wielokrotnie słyszał o takich jak on sam, że są nierobami, że każdy sobie rzepkę skrobie. Może w pracy jest popychadłem, może w domu nie jest szanowany, może wyrwał się z marginesu.
Ci, którzy wyżywają się na bezdomnych zawsze wyglądają na ludzi niemajętnych, niepewnych o swój los.
Wynosząc bezdomnego, chcą wyrzucić perspektywę, w której mogliby być na jego miejscu. Ale tego nie da się rozwiązać w pojedynkę. W pojedynkę można spróbować oduczyć się nienawiści do tego, co w nas samych słabe, brzydkie, odpychające. I wtedy będziemy stawać w obronie słabych, brzydkich, odpychających. Jeżeli wybierzemy kult supermana i rywalizacji, skończymy jako faszystowski osiłek – a w najlepszym razie jak te mopsy z siłowni, które biernie przyglądają się jak na ich oczach ginie człowieczeństwo.

List do Prymasa

Po rozmowie red. Moniki Olejnik z o. Ludwikiem Wiśniewskim („Kropka nad i”, środa 23 stycznia br.), Redakcja uznała za celowe przypomnienie istotnych fragmentów „listu otwartego” do Prymasa Polski (ukazał się Trybunie 17-19 listopada 2017).

Do Jego Ekscelencji Ks. Prymasa Polski (list otwarty)

„Potrzebne jest … jasne stanowisko Episkopatu. Jest to, jak się wydaje obowiązek Biskupów. Odkładanie tego obowiązku, wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania”. Odpowiedź – … „musimy formować sumienia. Nie jestem powołany do podejmowania zmian politycznych”.

Ekscelencjo, Księże Prymasie Polski!

…Pozwoli Jego Ekscelencja, że zacytuję ten fragment listu za TP – W naszym państwowym życiu wystąpiły w ostatnich latach niepokojące zjawiska, które jednak nie doczekały się moralnej oceny Kościoła. Są to takie kwestie jak nieposzanowanie Konstytucji, brak szacunku dla obywateli >gorszego sortu<, a szczególnie problem tzw. zbrodni smoleńskiej, który najbardziej podzielił nasz naród. Na te trudne tematy wypowiadali się niektórzy hierarchowie. Wypowiedzi te były jednak dość często dla wielu ludzi niezrozumiałe, a nawet gorszące. Potrzebne jest w tych kwestiach jasne stanowisko Episkopatu. Jest to, jak się wydaje obowiązek Biskupów. Odkładanie tego obowiązku, wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania. I odpowiedź Ks. Prymasa – No dobrze, tylko pozostaje otwarte pytanie, jakimi mamy robić to metodami. Ja uważam, że przede wszystkim musimy formować sumienia. Nie jestem powołany do podejmowania zmian politycznych.
Pytanie Jego Ekscelencji o metody podejmowania i rozwiązywania problemów, które podnosi o. Ludwik sprawiło, że na wywiad spojrzałem przez pryzmat Prymasa Tysiąclecia i nauczania Papieża-Polaka (są aktualne, ale i uniwersalne) oraz działalności Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, przez dekadę lat 80. ubw. współprzewodniczyli kardynał Franciszek Macharski i Kazimierz Barcikowski, członek Rady Państwa. IPN wydał w 2002 książkę pt. „Działalność Komisji”…skąd cytuję – „Dyskutowano także nad zagadnieniami dotyczącymi aktualnej sytuacji politycznej w kraju, a zwłaszcza o stosunku władz i hierarchii kościelnej do opozycji politycznej, aktywnej w latach osiemdziesiątych. Posiedzenia przedstawicieli Rządu i Episkopatu często stanowiły okazję do wymiany poglądów na temat spraw o charakterze globalnym…, które rzutowały na pozycję Polski w bloku krajów socjalistycznych”… może warto skorzystać z doświadczenia Rady… Ks. Prymas, na postawione pytanie jednocześnie odpowiada, iż uważa, że przede wszystkim musimy formować sumienia. Dalej mówi, że fundament życia społecznego powinno się tworzyć w jedności i dialogu. Proszę nie poczytać mi za wyraz arogancji takie refleksje. Przecież Kościół „formuje sumienia” wiernych ponad 2 tys. lat, tak zapewne będzie czynił do skończenia świata i jeszcze jeden dzień dłużej. Stąd logicznie rzecz biorąc, czy podczas, w toku tego „formowania” nie jest możliwa rozumna rozmowa, skuteczny dialog z „władzą chrześcijańską”, świecką? Czyżby – w latach 80. ubw. – Papieżowi, Episkopatowi, Biskupom było „łatwiej” rozmawiać i dyskutować z władzą złożoną z agnostyków, ateistów, bezwyznaniowców i heretyków? Świadczy o tym wspomniany przykład „Komisji Wspólnej”. Z głębokim westchnieniem można skonstatować jak wiele dobrego, dziś zapomnianego, wówczas wspólnymi siłami uczyniono. Tam, na „Komisji” w kwietniu 1982 r. rozmawiano o zmianach w Konstytucji, wprowadzających zapis o powołaniu Trybunałów: Konstytucyjnego i Stanu. Wtedy można było!…Z „pnia” tamtej Solidarności, jej ideałów i dążeń wywodzi się dzisiejsza władza ustawodawcza i wykonawcza, proces „formowania sumień” trwa ponad 35 lat, z tego 28 w III RP. I co – Episkopat, Biskupi nie chcą, albo nie potrafią z nią rozmawiać. Choć ją tak hołubią, okazuje im afront, lekceważenie? A może nie wierzą w uczciwy dialog, uznali że byłby jałowy, pozorny. Może wszystko co dzieje się w Polsce po 1989 r. jest „polityką”, o której mówi Ekscelencja, a doświadczenie „Komisji Wspólnej” jest wyłącznie negatywne w obecnej wizji Kościoła i należy tego unikać?…
Jego Ekscelencja mówi – Spotkałem się z uwagami ze strony części opinii publicznej, że mój głos na Jasnej Górze dotyczący poszanowania Konstytucji mógł być odczytany jako głos przeciwko partii rządzącej. Nic bardziej mylnego… Prymas nie wypowiada się po stronach politycznego sporu, tylko przypomina fundamenty, społeczną naukę Kościoła, upomina się o kształtowanie wspólnego dobra. Drogi Ks. Prymasie – ja też tak myślę jak ta część opinii publicznej, gdyż zwracała uwagę na słowa, myśli, które odnosiły się bezpośrednio do ludzi, do konkretnych ludzi z imienia i nazwiska. Tam na Jasnej Górze byli czołowi, decydujący przedstawiciele partii rządzącej. Osobiście widział ich Ks. Prymas tuż przed ołtarzem, ich reakcje wyrazem twarzy na wypowiadane oceny, słowa. Zaś „cała partia” słuchała homilii przed telewizorami. Ja zapamiętałem min. takie myśli – Potrzeba, aby serca zwaśnione, pokłócone, rozgoryczone, Bóg uzdrowił i uczynił gotowymi do pomocy, do współdziałania z innymi. To piękna i głęboka myśl, jakże ludzka! Skłania do pytania – dlaczego to Pan Bóg ma „uzdrawiać” te serca? Przecież to nie ON, Bóg – Stwórca je „zwaśnił”, „pokłócił”? Tego „dzieła” dokonał człowiek – ludzie obecnej władzy, którzy tam, na Jasnej Górze „wiernie i czujnie” patrzyli Ks. Prymasowi w oczy. Po co więc wzywać Pana Boga „nadaremno”? Nie ośmielę się zapytać, czy dostrzegł Ks. Prymas u tej elity cień rumieńca poczucia wstydu oraz odpowiedzialności za głębokie podziały społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, o których pisał o. Ludwik… Irytuje Ks. Prymasa społeczny odbiór jasnogórskiej homilii, jako głos przeciwko partii rządzącej. Proszę wybaczyć – tak, nie był to „głos przeciw”, a ojcowskie napomnienie za różnice zdań i opinii wśród elity kierownictwa partii rządzącej. Powinna uważniej słuchać, wczuwać się by zrozumieć, że Ks. Prymas od lat jest architektem nowego „fundamentu społecznej nauki Kościoła”, który przestając być w Polsce powszechnym, zmienia się w „kościół partyjny”, o jakim mówi publicznie ks. bp Tadeusz Pieronek… Rozumiem – zabolała Ks. Prymasa Polski rzeczowa ocena biskupa z Krakowa, ale może „prawda was wyzwoli”.
W całej rozciągłości podzielam ocenę o. Ludwika, że szczególnie problem tzw. zbrodni smoleńskiej, który najbardziej podzielił nasz naród. Podstawą tego „podziału”, w ocenie przytłaczającej większości Polaków jest szukanie winnych, nie tylko na drodze prawnej, faktograficznej, która ośmiesza nas w Europie, ale i moralnej, np. „to wy zamordowaliście mojego brata”. Wybiórcze honorowanie osób, nie mówiąc o „miesięcznicach”, które są bulwersujące. Milcząca postawa Biskupów, wobec ekshumacji tragicznie zmarłych, stała się przyzwoleniem o wielu wymiarach. Wątpliwej wartości racje polityczne władzy o dokonywaniu ekshumacji łatwo podważyły naukę Kościoła o pośmiertnym bycie człowieka. Jakby dla jego „zbawienia” miało znaczenie, czy w trumnie spoczywają szczątki jednej czy kilku osób(np. bp Tadeusza Płoskiego). Co zatem mają myśleć wierni o „zbawieniu” spalonych w obozach koncentracyjnych (niektórzy, „jednak” np. M. Kolbe, E. Stein są świętymi), rozstrzelanych i „zakopanych” w masowych grobach; zmarłych naturalną śmiercią, pochowanych na „wiekowych” cmentarzach, dla przykładu Powązki, gdzie ich prochy naturalnie zmieszały się, może też z ludźmi innych wyznań? Czy nie są dowodem skarlenia polskiego katolicyzmu, kształtowanego przez obecny Episkopat… Śmiem zapytać – dlaczego z milczeniem Episkopatu spotkały się słowa abp Leszka Sławoja Głódzia –„kto nie żyje, niech odpoczywa w spokoju” – dot. gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka. Chwilową sensację medialną, zobrazowano zdjęciami obu generałów i b. Biskupa Polowego WP, komentując że „broni zbrodniarzy”… Na Powązkach ówczesny Prezydent RP, prezydent Aleksander Kwaśniewski, pod wpływem „publiki” wskazywał, że dziś te krzyki wydobywają się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach. Za naruszanie powagi obiektu sakralnego, nieprzyzwoite krzyki, podczas mszy, nie było słów potępienia, Episkopat milczał. Czy te myśli nie mają ponadczasowego znaczenia, nie odnoszą się do wszystkich zmarłych, nie skłaniają do chrześcijańskiej, ludzkiej refleksji? Czy chrześcijanie, którym Ks. Prymas „formuje sumienia” nie mają przebaczać win?… Trwająca budowa „kościoła partyjnego” jest Ks. Prymasa odpowiedzią…

„Narastająca nienawiść”…

O. Ludwik w liście napisał – Odkładanie tego obowiązku (zajęcia stanowiska przez biskupów – GZ), wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania. Nie trudno zauważyć, iż represyjna ustawa z grudnia 2016 r., obniżająca emerytury b. funkcjonariuszom MSW i niektórym żołnierzom-emerytom WP, była inspiracją dla o. Ludwika…Zanim weszła w życie od 1 października był czas na poznanie jej treści, uświadomienie, iż potępianie zbiorowe, pogarda wszystkich są amoralne. Był czas na wyjaśnienie sobie następstw, „w ciszy gabinetu”, bez rozgłosu, bez sensacji i przekonania ludzi władzy do cofnięcia ustawy, która dosłowną, imienną krzywdę wyrządza 40 tys. emerytów. Wśród nich są tacy, którzy po okresie PRL wrócili na „łono Kościoła”. Znana „gruba kreska” Tadeusza Mazowieckiego zachęciła grupę generałów WP i służb, np. Policji, WOP, do udania się na Jasną Górę. Krytykę niektórych, spektakularnych „nawróceń” tonowano potrzebą przyznania się i przeproszenia za „moralne grzechy i winy” kadry MSW i Wojska, na niewiele się to zdało. Służba, praca w PRL, kontynuowana w III RP to grzech śmiertelny. Nie tylko o. Ludwik zwracał uwagę, różne osoby informowały biskupów, księży iż wyrządza krzywdę ogólną, społeczną, pogłębia nienawiść i waśnie, sieje rządzę odwetu, zemsty wśród Polaków. Przecież dziś, tu i teraz Episkopat jest zdolny ocenić, że ludzie władzy są rozumni i dobrze wiedzą, że emerytura nie jest przywilejem. Prawicowa prasa wypisywała takie, jakże chrześcijańskie zawołania-„szkoda, że nie wisicie”„esbecy wyją, trzeba im zabrać wszystko, niech gniją”, to „policja polityczna”. Jestem po lekturze prasy, gdzie przeczytałem, iż udokumentowane są 23 przypadki zgonów: zawały serca, udary mózgu, samobójstwa, jako następstwa tej ustawy. A może powinienem być „wrażliwy” na nauczanie Kościoła, jak posłowie uchwalający tę ustawę i chłodno stwierdzić – no cóż, pewnie „zagryzło ich sumienie”. Czytam, że płk Marek Lipert, po 29 latach służby w BOR, stracił 85 proc. emerytury, Trybuna z 2.10.br; gen. Gromosław Czempiński, „Przegląd” nr 4. z 2017, ma obniżoną emeryturę. Podczas jednego ze spotkań poznałem taki fakt. Wiele lat w sekretariacie MSW, a konkretnie gen. Czesława Kiszczaka pracowała Barbara Karaśkiewicz, żona oficera WP. Od 1 października br. ma obniżoną emeryturę do 1070 zł., choruje na mocno zaawansowaną cukrzycę, po kilku ciężkich operacjach jest mąż, też ma obniżoną emeryturę. Tak sobie myślę – jaka szkoda, że wtedy nie myślała o emeryturze. Przecież mogła od czasu do czasu pokruszyć czerwoną szminkę i wsypać gen. Kiszczakowi do herbaty. Jako elegancka, szykowna pani, mogłaby mu powiedzieć np. tak – „pijcie towarzyszu ministrze taką wzmocnioną herbatę, byście byli jeszcze bardziej przekonujący w czekającej was rozmowie (dziś czytaj-zdradzaniu) z towarzyszami radzieckimi”. Wtedy nie było komórek, ukrytych kamer, by zrobić zdjęcie takiej herbaty. A tak – niech cierpi ona i mąż, 40 tys. osób, których ustawa objęła, niech oni wszyscy wyją z bólu i rozpaczy, gdy zabraknie im na leki łagodzące cierpienie. Jest coś jeszcze – poczucie moralnej krzywdy, odrzucenia, upokorzenia. Nie trzeba wielkiej znajomości ludzkiej psychiki by to zrozumieć – co myślą rodziny, dzieci, wnuki tych emerytów, ich znajomi i przyjaciele, że ojciec, dziadek, wujek, znajomy był „zdrajcą, złodziejem”, babcia, mama zaś „esbecką wdową”. My sami to „zakazane mordy”, ten gorszy sort, to zapada w pamięć, odkłada się boli emerytów, ich rodziny. „Żaden człowiek, nie ma prawa poniżać drugiego”, dziękuję Ks. Prymasowi za te słowa. To wezwanie do obrony zwykłego człowieczeństwa. Nie bądźmy obojętni na los emerytów. My też będziemy starzy i chorzy. Dziś nikt nam nie zapewni, że za 20-40 lat nie okaże się, iż służba i praca w III RP zasługuje na potępienie. Co wtedy? Do kogo pójdziemy – na groby tych, których dziś los nas nie obchodzi, nie mamy czasu by się zastanowić nad ich „winą”, podstawą obelg słanych pod ich adresem z mediów, nad milczącą postawą Episkopatu. Co im powiemy – „przepraszam”, wtedy będzie nam „lżej, łatwiej”. Co chcielibyśmy powiedzieć dziś rodzinom, których ojcowie, dziadkowie, mężowie targnęli się na własne, dobiegające końca życie? O czym myśleli, stojąc 1 Listopada nad ich grobami…
Jan Paweł II w swoim nauczaniu min. wyjaśnia – że chodzi więc tutaj o człowieka w całej jego prawdzie, w pełnym jego wymiarze. Nie chodzi o człowieka >abstrakcyjnego<, ale rzeczywistego, o człowieka >konkretnego<, >historycznego<. Chodzi o człowieka >każdego<. …Kolejny raz pali mnie wstyd, bo do Głowy Kościoła w Polsce, do Biskupów nie powinienem kierować pytania jak rozumieją, jak odnoszą te słowa do siebie, do nauczania stosowania Ewangelii w codziennym życiu. Czy przez swoje milczenie wobec podnoszenia krzywdzących skutków tej ustawy w aspekcie prawnym i szczególnie ludzkim, Biskupi nie mają moralnego poczucia winy. Nie chcę kolejny raz irytować Ks. Prymasa określeniem „wina” mając na myśli papieskie rozumienie słowa „brat”. Powtórzę znane – może „prawda was wyzwoli”…

Z poważaniem
Gabriel Zmarzliński

Po ponownym przeczytaniu tego „Listu”, w Redakcji pojawiło się pytanie: kiedy władze RP – tym razem z inicjatywy Episkopatu, po tragedii w Gdańsku, apelu o. Ludwika o „postawienie kropki” – unieważnią tę hańbiącą ludzkie pojęcie sprawiedliwości – ustawę?

Słowo zbrodnią się stało

Słuchanie przekazu TVP info i innych rządowych mediów nie należy do przyjemnych.

Czuję się jak idiota, albo że ci propagandziści chcą idiotę ze mnie zrobić. Komentarze odredakcyjne na temat zabójstwa prezydenta Adamowicza sprowadzone jest tylko do relacji: zabójca psychopata – nieudolna ochrona – dzielna policja – prokuratura która zrobi wszystko, by sprawę wyjaśnić. …”Psychopata mógł zabić nawet prezydenta Polski, bo był pod pałacem prezydenckim, choć tego sam pałac nie potwierdza”…. Zabójstwo prezydenta miasta jest więc, być może, mniejszą tragedią. Sam minister Ziorbo o takiej ewentualności w TVP Info zdaje relację co kilkanaście minut.
Nie ma w tych mediach żadnego odniesienia do znamiennych słów ojca Wiśniewskiego, który w trakcie uroczystości pogrzebowej powiedział, „Człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji”. Nie wymienił nikogo z nazwiska, ale na prawicy jest takich wielu, szczególnie wyróżnia się jeden. Dla ułatwienia o kogo chodzi dodam, że nie było go na pogrzebie. Nie wspomina się słowem o wyrokach śmierci na polityków, wydawanych przez straż przyboczną PiS-u, o wieszaniu portretów polityków PO na szubienicach.
Europoseł Legutko uważa, że w Polsce starcia polityczne odbywały się w kategorii werbalnej. Tymczasem słowo zbrodnią się stało. Całe wcześniejsze szczucie, wyzywanie, oskarżanie nie miało nic wspólnego z tragicznym wydarzeniem. Nikt tam nie ma prawa powiedzieć, ani pomyśleć, że ta zbrodnia jest kumulacją tych wcześniejszych werbalnych – jak to określił europoseł – walk politycznych.
Refleksja owszem jest. Trzeba bardziej chronić vipów i lepiej organizować masowe imprezy. I to wszystko.
Przypomnę na koniec, że to postsolidarnościowa prawica sprawiała w ostatnich dziesięcioleciach, że część społeczeństwa ma wykrzywione ze złości twarze i życzy współobywatelom, inaczej myślącym, wszystkiego najgorszego z szubienicami włącznie.
Refleksji u wyborców kto sprawił, że jest u nas tylu obywateli kipiących nienawiścią nie widzę. Prawica jest na topie. I wolę, na razie, tego wątku nie rozwijać bo wnioski byłyby nieprzyjemne.

Polska nienawiścią stoi

Minutą spóźnienia uczcił pan prezes Jarosław Kaczyński pamięć prezydenta Pawła Adamowicza. Uczynił to podczas posiedzenia Sejmu RP, razem z asystującymi mu wicemarszałkami; Beatą Mazurek i Ryszardem Terleckim.
Ten widoczny objaw lekceważenia wywołał oburzenie opozycyjnych mediów. Nie pomogły tłumaczenia, że to lekceważenie tym razem nie było zamierzone. Wynikało jedynie z powszechnego bałaganu panującego w Sejmie. Zarządzanym przez prominenta PiS, marszałka Marka Kuchcińskiego. Śmierć prezydenta Adamowicza wywołała kolejną falę dyskusji w polskich mediach. O zdziczeniu obyczajów w naszej polityce i w mediach. O wszechpanującej „mowie nienawiści”. O konieczności zakończenia tej wojny polsko- polskiej. Debatę przesiąkniętą szczytnymi, pięknymi moralnymi zawołaniami oraz hipokryzją i obłudą. Nie jest to przecież pierwsza taka debata i nie po raz pierwszy słyszymy te gromkie wezwania do polityków i mediów. Aby pomni niedawnej tragedii złożyli śluby czystości politycznej. I raz na zawsze wyrzekli się mowy nienawiści i przemocy słownej. Bo słowna przemoc zawsze rodzi przemoc fizyczną.
Tak było już po śmierci papieża Jana Pawła II- go. Jego śmierć miała począć nowe „pokolenie JP2”, wolne od przemocy i nienawiści. Parę lat minęło i zamiast przełomu moralnego mamy liczne, biurokratyczne instytuty krzewienia „myśli Jana Pawła II- go”. Martwe ideowo i intelektualnie instytucje, żerujące na deficytowym budżecie państwa polskiego. Podobnie było też po katastrofie smoleńskiej. Ten bezprecedensowy wypadek lotniczy miał być początkiem narodowego otrzeźwienia i pojednania.
Otrzeźwieniem, czyli zerwaniem z tradycyjnym polskim „tupolewizmem”, czyli powszechnym lekceważeniem podstawowych norm i procedur bezpieczeństwa. Pojednaniem, czyli zakończeniem trwającej już wtedy wojny PiS i PO.
Lata minęły, lecz „tupolewizm” ma się w Polsce dobrze. Brak należytej ochrony prezydenta Adamowicza podczas gdańskiego koncertu WOŚP, był „tupolewizmu” kolejnym przejawem.
A po katastrofie smoleńskiej wojna PiS- PO rozgorzała na dobre. Przeszła w stan wojny totalnej.
Dlatego nie wierzę, że śmierć prezydenta Adamowicza doprowadzi do pokoju między PiS i PO. Wypleni z polskiej polityki i mediów obecną tam agresję i mowę nienawiści. Nienawiść jest przecież paliwem napędzającym polską politykę. I zwłaszcza polskie media. Polscy politycy uwierzyli, że najskuteczniej buduje się wspólnoty polityczne na nienawiści do konkurencyjnych ugrupowań. Do „komunistów i złodziei”, „zdradzieckich mord”, „watahy” i „szarańczy”.
Buduje się nie na wspólnocie idei, wartości lecz na strachu przed obcymi. Uchodźcami, muzułmanami, ruskimi. Nic tak skutecznie nie mobilizuje wyborców jak strach i nienawiść.
To strach i nienawiść wybierają nam rządzących w Polsce. To one nabijają kiesę właścicielom mediów. Media polskie skutecznie porzuciły polityczne debaty. Spory programowe i ideowe. Dziś przekaz musi być szybki, krótki i jednoznaczny. Miejsce debat zajęły telewizyjne „setki”, czyli stusekundowe wypowiedzi. A ostatnio dominujące, krótkie komunikaty zamieszczane na Twitterze.

Nie o hejt tutaj chodzi!

To co dzieje się w mediach i polityce wokół sprawy zabójstwa prezydenta Gdańska, to zwykła zadyma. Sprawę sprowadzono do tzw. hej tu, który zapełnia fora internetowe. Towarzyszy temu dyskusja wokół tzw. mowy nienawiści i jej konsekwencji w obszarze świadomości społecznej. Mówimy bezrozumnie o widocznych skutkach, a o przyczynach tych zjawisk panuje cisza.
Z hejtem spotykamy się od lat, jako jedną z pochodnych istnienia mediów społecznościowych, które otworzyły świat informacji dla przeciętnych ludzi, mających dostęp do Internetu. Nie jest to nowe zjawisko w stosunkach międzyludzkich. Wcześniej objawiało się ono w postaci plotki, pomówienia. Sfera społeczna istnieje dzięki relacjom wzajemnym pomiędzy ludźmi, a media, w tym szczególnie, w ostatnich latach nowe media, to ułatwiają. Wołanie o likwidację, bądź ograniczenie hejtu można uznać w tej sytuacji za naiwność, brak wiedzy, lub uczestnictwo w zaciemnianiu społecznego obrazu dziś, w istniejących uwarunkowaniach społecznych i politycznych.
Zastanowić się trzeba nad tym, dlaczego uruchomiono dziś tak powierzchowną dyskusję o stanie świadomości Polaków, bez prób sięgania do źródeł i przyczyn tego zjawiska. Przyczyny są dość złożone, ich analiza wydaje się konieczna. Sytuacja społeczna zmierza bowiem szybko do przesilenia, a ono może nie być dla Polski najlepszym rozwiązaniem, choć widać siły, które wyraźnie do tego dążą.
Jeśli spojrzymy na kształtowanie się współczesnej wizji Polski XXI wieku, to daje się zauważyć, że od 1976 roku (wydarzenia w Radomiu), mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym, w którym wyłącznie jednym z epizodów był stan wojenny w grudniu 1981 roku czy też oddanie władzy przez PZPR w 1989 roku. Kraj i społeczeństwo jest przez kolejne ekipy polityczne, wywodzące się z różnych nurtów ideowych zarządzany kryzysowo, brak jest stabilizacji, jednej spójnej wizji rozwoju opartej o narodowy interes Polaków, tu i teraz.
Trzeba podkreślić, że na sytuację w Polsce ma zdecydowany wpływ sytuacja międzynarodowa i kształtowanie się świata pojałtańskiego, w ramach którego zarysowują się dwie przynajmniej koncepcje organizmu globalnego przyszłości: kontynuacja dotychczasowego jednobiegunowego organizmu z dominacją USA oraz budowa nowego, wielobiegunowego, zrównoważonego modelu opartego o kilka centrów cywilizacyjnych. Polska jest na linii frontu, stąd zapewne nasza sytuacja wewnętrzna wygląda tak, jak ją widzimy ostatnio.
Wracając do sytuacji aktualnej, trzeba podkreślić, że Polska targana jest koleją falą konfliktów społecznych i politycznych, których wynikiem może być nowy układ sił wewnętrznych po wyborach europejskich i parlamentarnych. Istnieje realna groźba dla rządzącej dziś koalicji prawicowej utraty władzy. Może to spowodować konieczność odejścia jednych ludzi i przyjścia innych, choć wśród rozumnej części społeczeństwa pojawia się pytanie: a co to zmieni?
Zauważyć trzeba, że jednym z głównych motywów walki o władzę w Polsce od dwóch dziesięcioleci nie jest czynienie dobrze i rozwój, ale władza sama w sobie, dająca dostęp do środków publicznych. Przykładów to potwierdzających jest wiele. Innym znaczącym elementem jest fakt, że kolejne ekipy rządzące w Polsce realizują wyłącznie wytyczne Konsensusu Waszyngtońskiego i jego linię neoliberalną w ekonomi i stosunkach społecznych. Dzieje się tak, mimo iż neoliberalizm w skali globalnej odchodzi w niesławie, pozostawiając po sobie ogromne rozwarstwienie i jednocześnie ogromny potencjał rewolucyjnego protest w całym świecie. Widać to również u nas. Jest on cynicznie wykorzystywany do walki politycznej, która zaczyna wylewać się na ulice.
Oceniając stan sytuacji w Polsce można zaryzykować tezę, że rządzące od kilkunastu lat kolejne ekipy polityczne nie są zdolne do wyprowadzenia kraju z narastającego kryzysu. Wywodzą się one z jednego pnia ideowo-politycznego, z jednej tradycji – przełomu sierpniowego. Narastający w Polsce konflikt jest ich dziełem. Zewnętrznie objawiane spory i różnice mają charakter pozorny, są często mylące dla elektoratu. Wielu rozumie je, jako cyniczną walkę o łupy.
Tak więc konkludując, nie o hejt tutaj chodzi, a o fundamentalne spory dotyczące sprawowania, utraty lub odzyskania władzy. Hejt jest pochodną szerszych procesów, którym ktoś patronuje i próbuje nimi zarządzać. Włączane jest w to społeczeństwo, narasta powszechna agresja, ukształtował się trwale w społecznej świadomości synonim „obcego”, z którym nie można już rozmawiać, a trzeba go zabić. To straszne zjawisko. Gdzie my jesteśmy, gdzie jest znaczący w historii Polski Kościół, który dziś stał się jedną ze stron konfliktu?
Polityka przestała być sztuką dialogu, kompromisu, szacunku do inaczej myślącego partnera, stała się polem konfrontacji i walki na śmierć i życie. Szkoda Polski.