Niech Bambo nadal w Afryce mieszka

Nikt nie kwapi się, by w naszym kraju stworzyć warunki, zachęcające cudzoziemców do pracy w deficytowych zawodach.
Mamy w Polsce coraz więcej obcokrajowców, których imigracja do naszego kraju motywowana była najczęściej czynnikami ekonomicznymi, a oni traktują ją jako sytuację przejściową.
Oznacza to, że trafiają do nas przede wszystkim osoby wykonujące prace fizyczne, o relatywnie niskich kwalifikacjach lub też pracujące poniżej swoich kwalifikacji (mimo, że w swoich krajach często ukończyły studia), chcące pozostać w naszym kraju tylko przez jakiś czas.
Polsce są natomiast na wiele lat potrzebni specjaliści, których u nas brakuje. Rodzime korporacje zawodowe, przy wsparciu urzędników, pilnują jednak, aby droga obcokrajowców do podejmowania w naszym kraju różnych deficytowych profesji była maksymalnie utrudniona. I pod rządami Prawa i Sprawiedliwości udawało się ich skutecznie zniechęcać.
Dla przykładu, jak policzyła Najwyższa Izba Kontroli, w 2019 r. prawo wykonywania zawodu lekarza lub lekarza dentysty miało w naszym kraju zaledwie 1 823 cudzoziemców, co stanowiło nieco ponad 1 proc. ogółu lekarzy i lekarzy dentystów. W Niemczech ten odsetek wynosił wówczas 15 proc., w Wielkiej Brytanii 27 proc., a w Izraelu aż 58 proc.
Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika także, że na koniec 2019 r. wśród cudzoziemców (a raczej cudzoziemek) mających w Polsce prawo wykonywania zawodu były zaledwie 243 pielęgniarki (0,10 proc. wszystkich aktywnych zawodowo pielęgniarek w naszym kraju) oraz 15 położnych (jedynie 0,05 proc. wszystkich aktywnych zawodowo położnych).
Pierwszą, najtrudniejszą, a dla części obcokrajowców wręcz niemożliwą do pokonania barierą w procesie uznawania kwalifikacji, była nostryfikacja dyplomu zdobytego w krajach nienależących do Unii Europejskiej. Była – bo dziś nostryfikacja została już zastąpiona innymi procedurami weryfikacyjnymi. Powodem trudności z nostryfikacją były przyjęte na poszczególnych uczelniach regulacje, często sprzeczne z powszechnie obowiązującymi w Polce przepisami.
Jak ustaliła NIK, w latach 2017-2020 (I półrocze), na pięciu dużych uniwersytetach medycznych złożono 1778 wniosków o przeprowadzenie postępowań nostryfikacyjnych. Najwięcej na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku – 856 (uznano niespełna 46 proc. dyplomów), a najmniej na Śląskim Uniwersytecie Medycznym – tylko 16 (nie uznano żadnego).
Trudności przed obcokrajowcami mnożono bardzo pomysłowo. NIK stwierdziła, że wbrew obowiązującym przepisom na trzech uniwersytetach (Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, Śląskim Uniwersytecie Medycznym oraz na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi) żądano dostarczenia wymaganych dokumentów przetłumaczonych w Polsce przez tłumacza przysięgłego, zaś tłumaczenie wykonane za granicą musiał potwierdzić właściwy konsul.
To oczywiście wydłużało czas kompletowania dokumentów, ale przede wszystkim oznaczało dla starającego się konieczność ponoszenia dodatkowych kosztów, które mogły wynosić od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jeden z uniwersytetów, niezależne od opłaty za przeprowadzenie postępowania nostryfikacyjnego, pobierał także opłatę za przeprowadzenie egzaminów, związanych ze stwierdzonymi różnicami w programie studiów, efektach kształcenia lub czasie trwania studiów. Jedna uczelnia przeprowadzała egzamin weryfikujący stan wiedzy osób ubiegających się o uznanie dyplomu zanim w ogóle rozpoczęła postępowanie nostryfikacyjne.
Generalnie, trudności przed obcokrajowcami piętrzono w sposób dowolny. Tylko na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku ramowe zasady przeprowadzania takich postępowań, w całym kontrolowanym okresie, regulowały zarządzenia rektora, doprecyzowane uchwałami rad poszczególnych wydziałów. I właśnie na tej uczelni złożonych zostało najwięcej wniosków o nostryfikację dyplomu, zaś najwięcej postępowań zakończyło się pozytywnie. Na trzech kontrolowanych uniwersytetach jednolite regulacje zostały wdrożone dopiero w latach 2019-2020. Na jednym – Uniwersytecie Medycznym w Łodzi – nie wprowadzono ich także później.
Jak w ogóle wyglądał proces nostryfikacji dyplomu studiów medycznych? Na wszystkich uczelniach porównanie programu studiów, efektów uczenia się, uprawnień i praktyk zawodowych oraz czasu trwania studiów polegało najpierw na analizie dostarczonej dokumentacji.
W przypadku stwierdzenia różnic, w zależności od uczelni i poszczególnych wydziałów, osoby ubiegające się o nostryfikację zobowiązane były do zdania egzaminu w formie ustnej albo pisemnej, ewentualnie do odbycia praktyki. Najczęściej był to pisemny test obejmujący od 100 do 150 pytań, przy czym próg zdawalności ustalony został na poziomie od 55 proc. do 70 proc. prawidłowych odpowiedzi (co wydaje się stosunkowo niską granicą). Na przykład, na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku, na wydziałach lekarskim oraz farmaceutycznym różnice w efektach kształcenia oceniano na podstawie egzaminu testowego z dziedzin określonych przez radę wydziału, którego zaliczenie oznaczało nostryfikację dyplomu.
W 2020 r. Minister Zdrowia zainicjował i doprowadził do uchwalenia rozwiązań prawnych częściowo ułatwiających lekarzom i lekarzom dentystom spoza UE uznanie ich kwalifikacji zawodowych. Od 1 stycznia 2021 r. nie jest już konieczna nostryfikacja dyplomu, wystarczy zaliczenie Lekarskiego Egzaminu Weryfikacyjnego (LEW) lub Lekarsko-Dentystycznego Egzaminu Weryfikacyjnego (LDEW). Obcokrajowcy mogą także odbyć staż podyplomowy na zasadach obowiązujących obywateli polskich (możliwe jest sfinansowanie jego kosztów przez marszałka województwa). Zniesiono również obowiązek uzyskania zgody Ministerstwa Zdrowia na odbywanie szkolenia specjalizacyjnego w Polsce. Ministerstwo Zdrowia nie podejmowało natomiast działań zachęcających cudzoziemców do osiedlania się w Polsce i do zatrudniania w zawodach medycznych.
Po nostryfikowaniu dokumentów, kolejnym etapem na drodze do zatrudnienia w Polsce było – i pozostaje nadal – uzyskanie od izb lekarskich, czy izb pielęgniarek i położnych, prawa wykonywania zawodu (na czas określony, nieokreślony lub w celu odbycia stażu podyplomowego). Najczęściej wnioskodawcy spoza UE pochodzili z Ukrainy, Białorusi i Rosji. Jeśli chodzi o pielęgniarki i położne, to wnioski składały głównie panie także z Ukrainy, Białorusi oraz Rosji, ale i z Kazachstanu, Kamerunu, Egiptu, Indii.
W przypadku pielęgniarek i położnych wykształconych poza Unią Europejską, utrudnieniem w uzyskaniu pozwolenia wykonywania zawodu były także nieprzejrzyste procedury Okręgowych Izb Pielęgniarek i Położnych. Niejednolite wymagania dotyczące dostarczenia niezbędnych dokumentów miały zaś wpływ na ponoszone przez wnioskodawczynie koszty. W OIPiP w Poznaniu wymagano np. zaświadczenia o stanie zdrowia wydanego przez lekarza medycyny pracy, co wiązało się z dodatkowymi wydatkami na badania, podczas gdy warszawskiej izbie wystarczało oświadczenie samej osoby wnioskującej.
Odmowy prawa wykonywania zawodu wiążą się na ogół z brakiem odpowiedniego poziomu wykształcenia, znajomości języka polskiego w mowie i piśmie udokumentowanej urzędowym poświadczeniem, ważnego zezwolenia na pobyt stały, a także z nieukończeniem przez kandydatów studiów pomostowych, mających wyrównywać różnice w kwalifikacjach zawodowych.
Ta ostatnia kwestia pozostała dotychczas nierozstrzygnięta. Zdaniem Ministerstwa Zdrowia, pielęgniarki np. z Ukrainy mające dyplomy ukończenia szkół pielęgniarskich we własnych krajach, mogą się kształcić na studiach pomostowych w Polsce, a po ich zakończeniu będą mogły podjąć pracę w naszym kraju. Jednak według Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych, prawo wykonywania zawodu można wydać wyłącznie osobie, która ukończyła stacjonarne studia licencjackie trwające co najmniej 6 semestrów i obejmujące zarówno praktykę jak i teorię. Studia pomostowe – zaoczne i trwające do 5 semestrów – to zdaniem NIPiP rozwiązanie wprowadzone wyłącznie dla polskich pielęgniarek wykształconych w poprzednim systemie, czyli w liceach i zawodowych szkołach medycznych. Daje im ono możliwość ukończenia studiów pierwszego stopnia, zaocznie i w krótszym czasie. W wyniku tych różnic zdań, niektóre osoby z zagranicy mające dyplomy ukończenia studiów pomostowych kierowały sprawy do sądów, bo odmówiono im prawa wykonywania zawodu. Brak informacji, by rozstrzygnięcia sądów pozwoliły im uzyskać to prawo.
Generalnie, w Polsce nie opracowano ani rozwiązań tworzących system uznawania kwalifikacji cudzoziemców spoza UE, ani takich, które mogłyby ich wspierać w staraniach o uznanie wykształcenia.
„Nadal nie mamy spójnego systemu uznawania kwalifikacji cudzoziemców wykształconych poza Unią Europejską. To nie zachęca ich do szukania pracy w Polsce” – stwierdza NIK i zauważa, że nie udało się zahamować niekorzystnych trendów na naszym rynku pracy. Przeciwnie, funkcjonujące rozwiązania wręcz ograniczyły napływ obcokrajowców, mogących podejmować pracę w zawodach pożądanych przez polską gospodarkę.