„N” Biedronia

Miała być Nowa polityka. Są Niejasności finansowe. Nepotyzm. I Niepewność jutra…

Za 3-4 tygodnie, po zakończeniu objazdu Polski, może się okazać, że nasze poparcie skoczy jeszcze wyżej i wyprzedzimy Platformę” – cieszył się na początku lutego Krzysztof Gawkowski, jeden z najbliższych współpracowników Roberta Biedronia. A sam przyszły premier uspokajał szefa PO. „Widziałbym Schetynę w roli wicepremiera i szefa MSWiA” – mówił Biedroń w rozmowie z „Super Expresem”.
Obaj panowie z pewnością dobrze znają starotestamentową Księgę Przypowieści Salomona. „Pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną” – przekonywał mędrzec sprzed dwóch tysięcy lat. Tylko mało kto wierzy, że to o nim.

Sondaże

Hanna Gronkiewicz-Waltz już przymierzała się do fotela prezydenckiego, gdy na początku 1995 roku pierwsze sondaże sięgały dwudziestu procent. Na jesieni były już tylko łzy z wyniku 2,76 proc. Na kilkanaście procent wyceniano Europę+, twór powstały przed poprzednimi wyborami europejskimi. Na początku. Bo skończyło się na 3,58 proc. Również obecna gwiazda TVP Info, Magdalena Ogórek, którą w wyborach prezydenckich poparło 2,38 procent wyborców, liczyła na dużo więcej. Bo pierwsze sondaże dawały jej koło dziesięciu procent. Ale na czele rankingu dołujących polityków z pewnością plasuje się Mateusz Kijowski. W maju 2016 roku, w sondażu TNS Polska, zapomniana już dawno koalicja KOD-u, z wynikiem 38 proc. wygrywała z PiS-em.
Co jest przyczyną takiego ostrego zjazdu sondażowego w ciągu kilku lub kilkunastu tygodni? Jak w przypadku partii Biedronia. I innych polityków – zapowiadających start. I liczących na powalający wynik. Nie można całej winy zrzucać na nierzetelnie wykonane sondaże. To przede wszystkim wina polityków. Rozbudzających duże oczekiwania. Emocje. Nadzieje. A następnie w szybkim tempie sprowadzających potencjalnych wyborców na ziemię. Rozczarowanie Wiosną przyszło w tempie ekspresowym.
Od rekordowego sondażu Kantar Millward Brown, dającego Wiośnie Biedronia 14 proc., nie minęły jeszcze 2 miesiące. Parę dni temu IBRiS podał wyniki sondażu zrobionego w dwóch okręgach wyborczych do Parlamentu Europejskiego. W okręgu warszawskim Biedroń dostał 6,4 proc. Na Pomorzu – 5,3 proc.

Kasa

Lutowa konwencja Wiosny zauroczyła wielu. Doskonale zorganizowana. Dorównująca rozmachem największym partiom. I najbogatszym. Dlatego chwilę po jej zakończeniu nie mogło nie pojawić się pytanie: kto za to zapłacił? Zresztą Robert Biedroń, którego zachowania w wielu momentach przypominają Janusza Palikota, musiał się tego pytania spodziewać.
Pamiętam z jakim medialnym hukiem Palikot sprzedawał w 2010 roku swoją Cessnę. A po sprzedaży samolotu zapowiedział: „670 tysięcy – wszystko na partię”. Koniec końców nie ma znaczenia, czy rzeczywiście te pieniądze na potrzeby partii wydał. Z pewnością uprzedził pytania o źródła jej finansowania.
Biedroń był zaskoczony finansową dociekliwością dziennikarzy. Mało kogo przekonały twierdzenia, że złoty interes zrobiła Katarzyna Uberhan – wielkopolska koordynatorka Wiosny. Której spółka prowadzi w internecie skleproberta.pl – z koszulkami, kubkami i torbami na zakupy. Przyparci do muru działacze Wiosny zdecydowali się na umieszczenie w Internecie wyciągu z konta partii. Pokazując przy okazji „Kozakiewicza gest” wszystkim ciekawskim źródeł finansowania partii Biedronia. Bo bankowy wyciąg zawiera wyłącznie obciążenia konta, a nie wpływy na konto. To że wynajęcie Torwaru i sypiące się na głowy konfetti kosztuje – i tak wszyscy wiedzieli. A odpowiedzi o źródła finansowania partii nie dostali. I RODO nie ma tu nic do rzeczy, bo zgodnie z ustawą o partiach politycznych, finanse partyjne są w 100-procentach jawne.

Fundacja

Przeglądająca wyciągi bankowe dziennikarka „Polityki” Anna Dąbrowska znalazła w nich kilka niejasności. Opisując je w artykule „Pieniądze Wiosny. Kilka spraw do wyjaśnienia”, zwróciła uwagę na przepływy pieniędzy pomiędzy partią Wiosna i Instytutem Myśli Demokratycznej.
Instytut Myśli Demokratycznej jest fundacją ustanowioną przez Roberta Biedronia. To ta fundacja zorganizowała pierwszą konwencję Wiosny i ją sfinansowała. Później partia zwróciła jej za to pieniądze. W sumie Anna Dąbrowska doliczyła się 132 tys. zł przelanych z konta partii na konto fundacji.
Dlaczego fundacja Biedronia, będąca jego zapleczem eksperckim, wywołała takie zainteresowanie mediów? Odpowiedzią są różnice w finansowym traktowaniu stowarzyszeń i fundacji oraz partii politycznych. Finanse partii politycznych mogą być zasilane darowiznami wyłącznie osób fizycznych znanych z imienia i nazwiska. To ograniczenie nie obowiązuje stowarzyszeń i fundacji. Tam darczyńcy mogą pozostawać anonimowi. A pieniądze mogą wpłacać również osoby prawne, czyli na przykład firmy. To dlatego każda fundacja, w której pojawiają się nazwiska ważnych polityków, budzi emocje. I wątpliwości co do finansowej transparentności.

Twarda 18

Jest rzeczą normalną, że partie polityczne mają swoje think tanki, będące fundacjami lub stowarzyszeniami. W przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest to Fundacja Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Jednak nikt z polityków pełniących w SLD funkcje kierownicze nie zasiada w jej władzach. Zupełnie inaczej jest w Instytucie Myśli Demokratycznej Roberta Biedronia i… w Prawie i Sprawiedliwości.
W radzie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, think tanku PiS-u, znajdujemy Jarosława Kaczyńskiego. To akurat niespecjalnie dziwi, biorąc pod uwagę profil fundacji. Ale w zarządzie Instytutu jest też Adam Lipiński – wiceprezes PiS. Znacznie dalej w powiązaniu działalności partyjnej z działalnością w fundacji poszedł Robert Biedroń. Będąc fundatorem Instytutu Myśli Demokratycznej jest jednocześnie pracownikiem swojej fundacji. „Jestem szefem Instytutu Myśli Demokratycznej i tam pracuję od wielu miesięcy i tyle zarabiam” – powiedział w wywiadzie dla gazeta.pl. Ile? Równo 8 tysięcy złotych miesięcznie.
W fundacji Biedronia spotkamy też inne kluczowe postacie Wiosny. Marcin Anaszewicz, wiceprezes Wiosny, jest równocześnie prezesem zarządu fundacji (tak przynajmniej wynika z zapisów w KRS-ie). Monika Gotlibowska, skarbniczka Wiosny, jest członkiem zarządu fundacji. Podobnie jak Krzysztof Śmiszek, członek Rady Krajowej Wiosny i dolnośląska „jedynka” do Parlamentu Europejskiego.
Czy jest coś nagannego w powiązaniach biznesowo-personalnych partii i fundacji? Tak. Jest. Takie było tło ostatniej awantury o Srebrną, spółkę będącą własnością Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. I działkę przy Srebrnej 16, stanowiącą własność tej spółki. Zarzucano prezesowi Kaczyńskiemu, że planując wybudowanie przynoszących krociowe zyski wieżowców, zmierza do ominięcia ustawowych rygorów dotyczących finansowania partii politycznych.
Przy Twardej 18 w Warszawie, gdzie fundacja Biedronia wynajmuje swoją siedzibę, wieżowiec zbudowano już 15 lat temu. Więc w tym wypadku o żadnej deweloperce nie może być mowy. Zresztą nie sugeruję, że działania polityków i polityczek Wiosny oraz powiązanej z nimi fundacji naruszają przepisy prawa. To samo mówi Jarosław Kaczyński, twierdząc że cała „afera Srebrnej 16” jest wymysłem mediów. Ale to Biedroń stara się przekonać wyborców, że w przeciwieństwie do innych partii, Wiosna będzie działała transparentnie.

Statut

Jeden z byłych sympatyków Wiosny… Tak, partia Biedronia mimo krótkiego stażu ma już swoich byłych sympatyków. Otóż były sympatyk skarżył się, że publiczne deklaracje lidera nijak mają się do wewnętrznych standardów ugrupowania. Podobno aż do końca tego roku nikt z partyjnych funkcjonariuszy nie zamierza poddać się demokratycznej weryfikacji. Słowem: o obsadzie partyjnych stanowisk decyduje wyłącznie lider, a nie członkowie partii w demokratycznych wyborach.
Przyznam się, że nie do końca wierzę różnym byłym działaczom i sympatykom. Bo rzadko się zdarza, że mają dobre zdanie o swojej byłej organizacji. Dlatego sięgnąłem do statutu Wiosny. Sięgnąłem… Na oficjalnej stronie partii w Internecie nie ma statutu. Google też mi nie pomógł. Może nie umiem szukać?
Pełna fajerwerków strona internetowa Wiosny ma zakładkę „Dokumenty”. Tam powinien być statut. I apeluję do Roberta Biedronia, by się tam znalazł. Przecież nowa jakość w polityce nie polega chyba na utajnieniu statutu partii.

Nepotyzm

„To gdzie oni mają pracować” – oburzał się 10 lat temu wicepremier Pawlak, atakowany przez konkurentów politycznych za nepotyzm. Niestety tak jest, rodzinom ważnych polityków nie wszystko wolno.
Przepisy prawa są niekiedy dla członków rodzin bezlitosne. W jednostkach samorządu terytorialnego nie mogą pracować małżonkowie, jeśli istnieje między nimi bezpośrednia podległość służbowa. Podobnie jest na wyższych uczelniach i w służbie cywilnej. Gdzie dodatkowo zakaz zatrudniania rozciągnięto na innych członków rodziny. I nie ma znaczenia, jak kompetentnym, wykształconym i pracowitym pracownikiem byłaby żona, syn lub matka szefa.
Zostawmy do rozstrzygnięcia wyborcom, czy fakt nominowania przez Roberta Biedronia Krzysztofa Śmiszka, swojego partnera życiowego, na „jedynkę” w okręgu dolnośląsko-opolskim – to przejaw nepotyzmu. Ale z pewnością jest to absolutnie „nowa jakość” w polityce. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, aby Leszek Miller, będąc szefem partii, dał wyborczą „jedynkę”, skądinąd bardzo sympatycznej, małżonce. Albo premier Ewa Kopacz zaproponowała posadę ministra zdrowia córce. Lekarce – więc mającej przygotowanie zawodowe. I nawet przywoływany przez niektórych przykład braci Kaczyńskich jest chybiony. Bo zanim Lech został prezydentem, a Jarosław premierem, obaj bracia wspólnie działali w polityce dobre kilkadziesiąt lat.

Epilog

Nazywają to „kiełbasą wyborczą”. Ale ta „kiełbasa” to nie tylko miliardy rzucane na „wyborczy rynek” przez Prawo i Sprawiedliwość. To również nadzieje – oferowane wyborcom przez polityków. Na zmianę. Na inną politykę. To obiecywał Donald Tusk w 2007 roku milionom młodych ludzi głosujących na Platformę Obywatelską. Później to samo robił Janusz Palikot. Inna miała być partia Ryszarda Petru. Wszyscy zawiedli swoich wyborców.
Najwyraźniej Robert Biedroń postanowił podążać ich śladem. Szkoda.

Głos lewicy

Kłamstwo ekologiczne

Czesław Cyrul o COP24:

Obrońcy brudnego powietrza w Polsce, a tym samym zwolennicy palenia mułem węglowym w piecach, spalania śmieci i demontażu wiatraków czyli politycy PiS tak odpowiadają na zarzuty trucia krajowego powietrza. Ale Niemcy emitują więcej dwutlenku do atmosfery niż w Polsce.
To prawda, ale. Niemcy liczą 83 miliony mieszkańców, a w Polsce mieszka 38 mln obywateli. I dalej, gospodarka niemiecka jest ponad czterokrotnie większa od polskiej. Zatem choć Niemcy wiele robią, by zmniejszyć emisję dwutlenku do atmosfery, póki co, emitują, z powyższych powodów, tego gazu do atmosfery więcej. Tego oczywiście politycy PiS i ich dziennikarski dwór nie wyjaśniają, bo po co. Ciemny lud ma kupić taką wersję: Niemcy to brudasy i niszczyciele środowiska naturalnego. My, rząd polski, rąbiemy wiele, ale to Niemcy naganiają do nas gazy cieplarniane. I do wielu to trafia.

 

Pokonać PiS, wprowadzić lewicowych posłów!

– Moim celem nie jest samo pokonanie PiS. To tylko wstęp do celu, jakim jest realizacja programu – mówiła w #RZECZoPOLITYCE Anna-Maria Żukowska.
Rzeczniczka prasowa SLD podkreśliła, że do zrealizowania tego celu niezbędne jest to, by „spotkała się w Sejmie i w Senacie z politykami myślącymi podobnie”. Dlatego, jak dodała, jej celem jest „wspólna lista lewicy” obejmująca m.in. powstającą formację Roberta Biedronia czy Partię Razem.
Jak przekonywała Żukowska taka lista miałaby szansę wprowadzić do Sejmu na tyle dużo posłanek i posłów o poglądach lewicowych, że mogliby oni „wynegocjować część postulatów, które są dla lewicy ważne”. Polityczka SLD zaznaczyła przy tym, iż jest świadoma, że taka lista „nie przeskoczyłaby listy Platformy Obywatelskiej – Koalicji Obywatelskiej”. Pytana o ewentualny start polityków Sojuszu z listy Koalicji Obywatelskiej Żukowska podkreśliła, iż „negocjacje można prowadzić, kiedy ma się zaufanie do partnera”. Tymczasem – jak dodała – po tym jak po wyborach samorządowych część posłów Nowoczesnej przeszła do klubu PO (który zmienił nazwę na Klub Platforma Obywatelska – Koalicja Obywatelska), co pozbawiło Nowoczesną klubu w Sejmie, „zaufanie do PO, jako godnego partnera, na którego ramieniu można się oprzeć, zostało zachwiane”.
– Pytanie czy nie jesteśmy potrzebni tylko po to, żeby być listkiem figowym – dodała.
Żukowska oceniła, że sytuacja Nowoczesnej „zapaliła na pewno żółte światło mocno bijące po oczach”.
Info z sld.org.pl

Harakiri Koalicji Obywatelskiej

Trudno było posądzać Grzegorza Schetynę o taki brak wyobraźni politycznej. Spędził przecież tyle lat w polityce więc powinien wiedzieć, że Koalicja Obywatelska jako sojusz dwóch, a być może nawet kilku niezależnych podmiotów może zyskać więcej niż jako jeden podmiot. Przewodniczący PO powinien zdawać sobie sprawę z faktu, że są wyborcy którzy niekoniecznie zagłosują na Platformę Obywatelską, ale już na Nowoczesną lub innego uczestnika szerokiej koalicji może tak. Powielanie na siłę formy koalicji PiS-owskiej dowodzi, że czasem myślenie nie jest mocną stroną polityków opozycji.
Koalicja Obywatelska w wyborach do Parlamentu Europejskiego mogła prze-testować wspólny udział przed ewentualnym startem opozycji w szerokiej koalicji w wyborach do Sejmu. Tym działaniem, które rozbiło Nowoczesną, Platforma Obywatelska spowodowała ograniczone zaufanie do siebie innych potencjalnych uczestników szerokiej koalicji. Zaprezentowała się nie jako partia propaństwowa, której działania nakierowane są na dobro naszej Ojczyzny, lecz jako ugrupowanie małostkowe, którego nadrzędnym celem jest redukowanie liczby podmiotów politycznych po stronie opozycji. Teraz, po tych niefortunnych wydarzeniach potrzeba będzie wiele wysiłku by odbudować wzajemne zaufanie. Przez ten nierozważny ruch na scenie opozycji parlamentarnej, Koalicja Obywatelska znalazła się znowu w punkcie wyjścia. Stała się za to pożywką złośliwych PiS-owskich komentarzy i przykryła aferę w KNF i nie mniejszą aferę tej partii związaną z aresztowaniem byłego szefa KNF i kilku urzędników tej instytucji.
Zachowanie Kamili Gasiuk-Pihowicz jest kompletnie niezrozumiałe. Pracowała na swój autorytet oraz prestiż i trzeba przyznać, że osiągnęła w tej kwestii sukcesy. Ostatecznie okazała się jednak politykiem niedojrzałym, a poprzez przerost chorej ambicji zniszczyła cały swój dorobek. Walczyła o demokrację, która w konsekwencji ją zniszczyła. Nie potrafiła pogodzić się z demokratycznym werdyktem swoich klubowych kolegów, postanowiła bowiem dokonać rokoszu i w sposób niedemokratyczny zmusić swoje koleżanki i kolegów do realizacji jej planu, pozbawiając tym samym swoją partię klubu poselskiego. Miała szansę być sztandarem walki o prawo-rządność i demokrację, a stała się kawałkiem białego prześcieradła zawieszonego na patyku – sztandarem klęski i poddaństwa. Można jej tylko przypomnieć cytat z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego – „Miałeś chamie, złoty róg, miałeś ……….”. Teraz, niezależnie od tego jak będzie zaklinała rzeczywistość, będzie osobą mało wiarygodną, a przez to w niedalekiej przyszłości może się okazać mało przydatną Platformie Obywatelskiej. Kamila Gasiuk-Pihowicz nadzieja opozycji na skuteczną i charyzmatyczną polityczkę okazała się polityczką o słabym charakterze, którą zniszczyła jej chorobliwa i wybujała ambicja. Jedynym ratunkiem dla posłanki to przy-wdzianie na siebie „wora pokutnego” i prośba o zgodę na powrót do Nowoczesnej.
Niestety, Paweł Kukiz dosadnie ale i celnie określił posłów takich jak posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz.

W liberalnym kąciku

500+ I PLATFORMA OBYWATELSKA – OSTATNIE ZASZŁOŚCI

Politycy Platformy Obywatelskiej wielokrotnie wypowiadali się na temat 500+. Najczęściej kolejne wypowiedzi merytorycznie się zupełnie od siebie różniły. Począwszy od stwierdzenia, że 500+ trzeba zlikwidować, skończywszy na oskarżeniu PiS, że ten program jest za słaby.
Ostatnio rzecznik prasowy PO poseł Jan Grabiec w wywiadzie dla popularnego tabloidu stwierdził, że PO po dojściu do władzy odbierze to świadczenie ludziom bezrobotnym. „500+ sprawia, że rodzice, którzy od lat nie pracują, są trwale bezrobotni, nie podejmują pracy, bo mają 500+. To jest szkodliwe i trzeba to zmienić. Poseł stwierdził, że w kolejnej kadencji Sejmu Platforma zajmie się sprawą 500+, bo nie może być tak, „że czy się stoi, czy się leży, 500+ się należy.”
Później na twitterze stwierdził, że został źle zrozumiany, a „ograniczać 500+ można tylko wtedy, gdy ktoś nie chce pracować mimo, że ma taką możliwość”.
Czyli programu 500+ Platforma nie zlikwiduje, tylko zabierze, ale tylko niektórym.
Zabranie 500+ rodzinom, które nie mają innych źródeł dochodów, bo są bezrobotne, należy uznać za szczególny dowód humanitaryzmu Platformy Obywatelskiej.

 

SEJMOWA KOMISJA ŚLEDCZA DS. VAT A WYŁUDZENIA

Biorąc pod uwagę ustalenia sejmowej komisji śledczej ds. VAT, a w szczególności wypowiedzi niektórych działaczy PO, to wielomiliardowe straty budżetu państwa na VAT-cie nie były żadnymi stratami budżetu, wyłudzeniami czy kradzieżami, a jedynie realizacją programu wyborczego Platformy Obywatelskiej o zmniejszeniu fiskalizmu państwa – choć niestety tylko dla jej wyborców.

 

NOWOCZEŚNIE W .NOWOCZESNEJ

Przewodnicząca .Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer wielkim przywódcą jest i do tego nieomylnym. Tak wynika z decyzji władz .Nowoczesnej, które najpierw zawiesiły w prawach członka .N posła Piotra Misiłę, a następnie wykluczyły go z partii za słowa wypowiedziane w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej”. Poseł odważył się skrytykować przewodniczącą partii Katarzynę Lubnauer, a co więcej oskarżył starą partyjną wyjadaczkę o brak doświadczenia. A Katarzyna Lubnauer zanim znalazła się w .Nowoczesnej była przecież działaczką Unii Demokratycznej, Unii Wolności, Partii Demokratycznej i Platformy Obywatelskiej. Tak więc zarzut o braku doświadczenia był zwykłym pomówieniem. Dlatego nie może dziwić, że poseł Misiło nie doczekał się procesu przed koleżeńskim sądem partyjnym tylko został wyrzucony z partii przez zarząd w drodze głosowania sms-ami. Trzeba podkreślić fakt głosowania sms-ami. To prawdziwie nowoczesny akcent w partyjnych porachunkach w .Nowoczesnej.

Rozdrobnienie nie służy Wywiad

„Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Według najnowszego sondażu dla Instytutu Badań Pollster opublikowanego w „Super Expressie” szeroko zjednoczona opozycja – PO, PSL, Nowoczesna, PSL, SLD Razem i Teraz – mają 50 proc. poparcia. Gdyby wspólnie wystartowały w wyborach, pokonałyby PiS. Jednak chyba za wcześnie, żeby opozycja otwierała szampana?

JACEK KUCHARCZYK: Tu wiele zależy od tego, jak wyglądało dokładnie samo pytanie, które zostało zadane, i jakie warianty odpowiedzi otrzymał pytany. Dlatego do tych liczb bardzo bym się nie przywiązywał. Niemniej na pewno można wysnuć z tych liczb jeden wniosek: większość Polaków wolałaby głosować na inną opcję polityczną niż ta, która teraz rządzi. Myślę, że została osiągnięta masa krytyczna, jeśli chodzi o poczucie, że potrzebna jest zmiana u steru państwa, aby u władzy był ktoś inny niż PiS. Teraz to opozycja musi dać wyborcom szansę i stworzyć taką realną alternatywę. Na otwieranie butelek z szampanem jest jeszcze za wcześnie, bo sondaż dotyczy opozycji wyobrażonej, nie tej istniejącej. O tak szerokim froncie anty-PiS jeszcze nie ma mowy, on faktycznie nie istnieje. To wciąż jest raczej cel różnych działań niż rzeczywistość. Ostrożnie traktowałbym te wyniki – raczej jako wskazówkę co do kierunku dalszych działań opozycji, niż jako obraz realnego układu sił politycznych w Polsce.

 

Ciągle mamy ponad połowę społeczeństwa, która nie chodzi na wybory. Jest więc spora grupa wyborców do zagospodarowania.

To jest ta wielka obietnica Biedronia, że on sięgnie po nowych wyborców, którzy zwykle nie głosują. Niestety, jest to obietnica, której szanse realizacji trudno zweryfikować. Czy Biedroń rzeczywiście zaktywizuje nowych wyborców, czy też odbierze głosy innym partiom opozycyjnym, pokażą dopiero wybory. Obawiam się, że pomimo różnych ukłonów Biedronia pod adresem wyborców PiS-u przejmie on raczej głosy dotychczasowych zwolenników opozycji. Oczywiście teoretycznie jest grupa biernych obywateli do zagospodarowania, ale ich aktywizacja cały czas pozostaje trochę fikcją polityczną. Szczególnie atrakcyjną dla tych, którzy do naszej i tak zatłoczonej sceny politycznej chcą dodać nową formację polityczną. Naturalne jest, że będą przekonywać, że nie przyczyniają się do rozdrobnienia opozycji, ponieważ chcą sięgnąć po obywatel biernych, tych którzy polityką się rozczarowali. O ile sam cel jest sensowny – na przykład widzimy, jak niski jest chociażby procent aktywnej wyborczo młodzieży – to w praktyce weryfikacja takich stwierdzeń dla socjologa czy politologa jest ogromnie trudna. Nie bardzo jest jak zbadać, czy wejście na scenę polityczną Biedronia faktycznie zwiększy deklaracje udziału w wyborach. Gdyby rzeczywiście tak było, że udałoby mu się zagospodarować tych wyborczo biernych obywateli, to moglibyśmy oczekiwać, że powstanie jego ugrupowania spowoduje, że zwiększy się frekwencja wyborcza, a opozycja się wzmocni. Moim zdaniem, dzisiaj głównym wyzwaniem dla opozycji jest podtrzymywanie zaufania tych, którzy chcą iść na wybory i są przeciwnikami partii rządzącej. Ten sondaż jest ważny dlatego, że wyraźnie pokazuje społeczne oczekiwanie na jednoczenie się opozycji, a nie na tworzenie nowej oferty na scenie politycznej.

 

Robert Biedroń zapowiada, że do koalicji nie przystąpi, a jeżeli nie zaktywizuje biernych wyborców, to zaczerpnie raczej z elektoratu opozycji?

Obawiam się, że wejście Biedronia będzie raczej przeszkodą, jeśli chodzi o tworzenie szerokiego frontu opozycyjnego wobec PiS-u. Poza tym, nawet jeśli patrzymy na ordynację wyborczą, to może okazać się niebezpieczne. Biorąc pod uwagę obecne sondaże, każdy dodatkowy głos na zjednoczoną opozycję będzie miał większe przełożenie na podział miejsc w parlamencie, niż głos na inicjatywę Biedronia.

 

Według cytowanego sondażu, gdyby partie poszły osobno, to zarówno Nowoczesna, jak i Razem i Teraz nie wchodzą. Jedynie PO, PSL, SLD znalazłyby się w parlamencie, co dałoby prawdopodobnie drugą kadencję PiS-owi.

Rozdrobnienie nie służy opozycji. Proszę zobaczyć, że w najlepszych okresach PiS-u nie popierało więcej niż 1/3 Polaków, natomiast ich siłą było zawsze to, że opozycja była rozdrobniona, że część tych, którzy nie popierali PiS-u, nie ufali też opozycji i że głosy przeciwników władzy się dzieliły. To jest to błędne koło polskiej polityki, które sprawia, że PiS mając poparcie de facto mniejszości społeczeństwa, rządzi w sposób niemalże absolutny.

 

Polska opozycja odrobiła węgierską lekcję?

Powiedziałbym, że zaczyna odrabiać, bo jeżeli popatrzeć na to, co się faktycznie dzieje na scenie politycznej, to są to dwa kroki w przód, jeden wstecz, albo nawet dwa kroki do przodu i dwa do tyłu. Za każdym razem, kiedy następuje ruch zjednoczeniowy, to jednocześnie pojawiają się też nowe inicjatywy czy podziały. Czasem mają tylko dać jej inicjatorom siłę przetargową. Powołanie nowej inicjatywy przez Ryszarda Petru być może ma być właśnie takim wstępem do negocjowania z Koalicją Obywatelską z założeniem: wiem, że nie wygram, ale gdy wystartuję samodzielnie, to zabiorę wam 2 proc. poparcia, więc proszę o poważną ofertę.

 

Czy PSL powinno również wejść do szerokiej koalicji? Samodzielnie wchodzi do Sejmu, a programowo, jako partia konserwatywna, raczej ma daleko do Nowoczesnej czy SLD. Pojawiają się informacje, że trwają rozmowy, ale do pełnego porozumienia jeszcze daleko.

Moim zdaniem PSL ideowo znakomicie odnalazłby się w takiej koalicji, szczególnie że pierwszym testem zdolności koalicyjnej będą wybory europejskie. Budowanie takiej obywatelskiej i jednocześnie proeuropejskiej koalicji nie powinno być szczególnym wyzwaniem, jeśli chodzi o kwestie polityki europejskiej. Między PSL a KO nie widzę poważnych kwestii konfliktowych. Ta koalicja wydaje mi się naturalna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że PO jest w tej samej grupie w Parlamencie Europejskim co PSL. Zarówno racje ideowe (proeuropejskość), jak i praktyczne (ordynacja) sprzyjają temu, żeby PSL dołączył do Koalicji. Moim zdaniem jest to podstawowy warunek wyraźnego sukcesu Koalicji w wyborach, którego zresztą bardzo potrzebuje. Boję się tylko, że przeciwko takiej koalicji wystąpią siły w poszczególnych ugrupowaniach. Już teraz trwa walka o miejsca na listach wyborczych. Mandaty w PE są dla działaczy partyjnych bardzo cenne. Zarówno dla działaczy PSL, jak i działaczy KO koalicja oznacza na dzień dzisiejszy podzielenie się miejscami na listach. Premią oczywiście będzie to, że tych mandatów będzie więcej, tylko że to wymaga okiełznania indywidualnych ambicji polityków. Warto, aby zrozumieć, że indywidualny interes polityków niekoniecznie przekłada się na interes całej formacji, a w tym przypadku także i Polski. Bardzo się boję tych sił odśrodkowych, które przy obecnej ordynacji są bardzo istotne. Układanie list wyborczych jest silnym instrumentem zarówno dla władz partii, jak i polityków, którzy konkurują ze sobą bardzo ostro. Przy systemie list otwartych (głos na partię i na konkretną osobę z listy danej partii) to się niestety przekłada także na kampanie wyborcze. Sam słyszałem od osób, które startowały w wyborach do PE, że największym ich problemem byli koleżanki i koledzy z ich własnej listy wyborczej. Tak naprawdę to z nimi toczyła się walka wyborcza. To skutek ordynacji, jaką mamy.

 

Załóżmy, że powstanie taka wielka koalicja, która wygra wybory, i co dalej? Trzeba uformować rząd, podzielić resorty? Może się okazać, że to jednak PiS stworzy rząd, bo tak szeroka koalicja nie będzie w stanie?

Jeżeli PiS będzie w stanie przeciągnąć różnych posłów na swoją stronę, to może tak się stać. Oczywiście to jest ryzykowna sytuacja.
Rozpady koalicji czy nawet partii są zawsze możliwe.
Moim zdaniem generalnie powinna być wprowadzona zasada, że gdy ktoś startuje z list partii X, a potem wychodzi z klubu, to mandat przechodzi na następną osobę na liście. To byłaby logiczna konsekwencja systemu, jaki mamy, czyli otwartych list wyborczych, gdzie najpierw głosujemy na partię, a potem dopiero na osobę. Taki skutek utraty mandatu ograniczyłby korupcję polityczną na różnych szczeblach. Taka zasada byłaby wskazana, ale wprowadzić się jej teraz raczej nie da, bo zmiana nie jest w interesie partii rządzącej.

 

Trwają rozmowy między PO i Nowoczesną, aby stworzyć jeden klub w parlamencie. Na razie nieudane, bo Nowoczesna jest silnie podzielona w tej sprawie. To dobry pomysł?

Moim zdaniem dobry, bo to byłoby scementowanie koalicji na poziomie parlamentu. To pokazuje, że jednoczenie opozycji jest czymś głębszym, niż tylko stworzeniem jednej listy wyborczej. To powinno zachęcić inne partie do wchodzenia w koalicję. Nie sądzę, aby to się skończyło po połączeniu klubów.

 

A czy w ten sposób opozycja parlamentarna nie ograniczy sobie prawa do wystąpień? Już w tej chwili przez marszałka Kuchcińskiego jest ona mocno ograniczona, a jednak każdy klub zabiera głos osobno.

To, że marszałek Kuchciński ogranicza wypowiedzi posłów, nie znaczy wcale, że dwa kluby mają większy wpływ na możliwość kształtowania debaty, bo ona jest i tak sztucznie ograniczana. Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć.

 

W weekend mieliśmy dwa wydarzenia ważne dla partii rządzącej. Podsumowanie trzech lat rządów i urodziny Radia Maryja. Na obu występował premier Morawiecki, na żadnym nie było Jarosława Kaczyńskiego. PiS wraca na stare tory chowania niepopularnych polityków, aby puścić oko do centrowego elektoratu?

To powrót do strategii, która była skuteczna w 2015 roku. Opiera się ona o trzy elementy. Po pierwsze, stworzyć swój twardy elektorat, który będzie uodporniony na wszelkie błędy czy zawirowania ideowe partii. Następnie otworzyć się na centrowych wyborców. Trzeci element to dzielić i demonizować inne partie. Myślę, że PiS będzie do tej strategii wracać, mimo że ona niespecjalnie wypaliła w wyborach samorządowych w dużych miastach. W Warszawie próbowano powtórzyć kampanię prezydencką z 2015 roku i to się skończyło wielką klapą, ale Warszawa to nie cała Polska. Niemniej niewątpliwie PiS wysyła dziś sygnały w dwóch kierunkach. Te tańce w Radiu Maryja to jest ukłon do twardego elektoratu i Kościoła. To wszystko jest dość schizofreniczne, jeśli najpierw premier mówi, że wszyscy jesteśmy Polakami, a później w Radiu Maryja mówi, że jedni bardziej kochają Polskę niż drudzy. Takie wysyłanie różnych komunikatów do różnych grup jest pewną specjalnością PiS-u. Wszystko w nadziei, że obydwie grupy nie połapią się w sprzeczności tych komunikatów, że dla jednych PiS ma miękki wizerunek partii, która chce dobrze rządzić w interesie wszystkich, a dla drugich wizerunek partii mocno ideowej, która ma wyrazisty (i jednocześnie wykluczający wielu) ideał wspólnoty narodowej. Cała sztuka komunikacji politycznej polega na tym, żeby te dwie narracje w najmniejszym stopniu się nie skonfliktowały. Pytanie na dzisiaj jest takie, czy PiS będzie nadal w stanie budować poparcie w oparciu o te dwie sprzeczne narracje.

PO i inne demencje WYBORY SAMORZĄDOWE

We wtorek w TVP Ino zwyczajowo dochodzi do ostrej polemiki (kiedyś to się nazywało „pyskówka”) pomiędzy działaczka Platformy Obywatelskiej, a działaczem Prawa i Sprawiedliwości.

 

Działacz PiS

twierdzi, że jego partia już przedstawiła swój proogram samorządowy i przedstawia w kolejnych miastach, podczas gdy Platforma ograniczyła się do krytyki działalności PiS i to w sprawach tzw. wielkiej polityki – polityki na szczeblu ogólnopolskim, szczeblu państwa, nie zaś na szczebelku samorządowym, szczeblu „małych ojczyzn”.

 

Wzburzona działaczka PO

odpowiada, że Platforma ma badzo dobry i kompetentny program samorządowy, który wkrótce przedstawi na swojej konwencji.
Jak mówi działaczka Platforma jest za dużymi uprawnieniami samorządu terytorialnego, kosztem władzy centralnej, która jest oczkiem w głowie PIS.
Zdaniem PO w samorządach powinny pozostawać praktycznie wszystkie zbierane przez państwo podatki i powinny pozostawać w gestii władz samorządowych, gdyż to one wiedzą najlepiej jak sensownie wydatkować pieniądze podatników. Zdaniem Platformy – mówiła działaczka PO – samorządy wraz z większymi finansami powinny otrzymać zarówno większe kompetencje, jak i większe obowiązki.
Ale działaczka Platformy Obywatelskiej, opowiadając takie rzeczy, zapewne nie nie zna ani mechanizmów działania państwa, ani konstytucji Polski.

 

Można zapewnić

wspomnianą działaczkę Platformy, jak i całe PO, że nawet gdyby Platforma wygrała wybory do wszystkich samorządów w Polsce i to na wszystkich szczeblach, to i tak nie zmieni tym kompetencji samorządu, ani sposobu podziału podatków na różne struktury państwa.
Tak więc opowiadanie, że Platforma Obywatelska idzie na wybory samorządowe pod hasłami zwiększenia możliwości finansowych samorządów i ich kompetencji jest albo czystą nieznajomością polskiego prawa albo robieniem z wyborców idiotów.

 

I nie wiadomo co jest groźniejsze.

Oczywiście można zwiększyć wpływy podatkowe do samorządów (rzecz jasna kosztem wpływów do skarbu państwa – przecież to się musi sumować) i kompetencje samorządów, tyle tylko, że to jest w gestii parlamentu i pod takimi hasłami można oczywiście iść do wyborów – ale parlamentarnych.

 

Zresztą to nie jeden dowód

na pomieszanie przez Platformę Obywatelską problemów wymagających poruszenia w wyborach samorządowych i parlamentarnych – podobnie rzecz się ma z kilkoma rodzajami bilbordów „PiS wziął miliony i coś tam coś tam”.

 

Wspomniane bilbordy

nie dość, że są głupie, jakby robione przez półinteligentów dla ćwierć mózgów (co chlubnie świadczy o tym jak Platforma Obywatelska ocenia polskich wyborców), to jeszcze nie nie mają nic wspólnego z wyborami samorządowymi.

 

A powiedzmy sobie szczerze

– patrząc na dotychczasowy przebieg wyborczej kampanii samorządowej, to mam wrażenie, że wszyscy ją traktują jako ostatni akord poprzedniej kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, albo próbę generalną przed następnymi wyborami parlamentarnymi. A przecież nie o to chodzi.
Marzy mi się taka chwila, kiedy do moich drzwi zadzwoni pani czy pan i powie: „Panie Ilka, kandyduję na radnego, bo już dostaję szału jak patrzę na to co robią z komunikacją miejską w naszej dzielnicy.
Jak już będę radnym, to zrobię porządek z przystankami w naszej okolicy, a zielone i czerwone światła na głównych skrzyżowaniach obok nas wreszcie będą działały.

 

No i ten skwerek obok to powinno się zazielenić.

No i z przedszkolem coś trzeba zrobić – jak by dostali większą dotację to przyjęliby więcej dzieci – a wie pan ile trzeba płacić w prywatnych przedszkolach w naszej dzielnicy? Czy nie uważa pan, że dobrze myślę? – Jeśli tak tak to niech pan na mnie zagłosuje”.
Jak taka pani/pan zapuka do moich drzwi to oczywiście na nich zagłosuję.