Głos lewicy

Strata

Bogdan Zdrojewski nie będzie na listach do Europarlamentu w naszym regionie. Z pewnością żadna osoba nie jest w stanie zebrać tyle głosów co on. Zawsze osobowości przyciągają wyborców, nie tylko szyld. Te wybory będą przygrywką do wyborów parlamentarnych. Jak Koalicji Europejskiej dobrze pójdzie to wybory parlamentarne dają nadzieję na zwycięstwo o wiele ważniejsze.
Piszę o tym dlatego, bo SLD jest w Koalicji Europejskiej. Sukces tej listy będzie też sukcesem SLD i moim osobistym. Póki co, europoseł Zdrojewski twierdzi, że wycofał się z polityki. Poza polityką też istnieje życie i wcale nie nudniejsze, a wręcz ciekawsze. Ale odejście Zdrojewskiego to strata politycznego kapitału. To tak jakbyśmy mieli na koncie milion złotych, idziemy do klubu go go, a tam nalewają nam do drinka jakiegoś świństwa. Tracimy świadomość, a panie czyszczą nam konto z tego miliona. Miało być nowe auto i remont mieszkania. Pozostaje podjeżdżony opel i stare kafelki w łazience – żali się na Facebooku Czesław Cyrul.

Obietnice PiS

– Jak się zbliża Wigilia, one dalej pływają w stawie i są dokarmiane. Skoro było w zeszłym tygodniu bezpiecznie i miło, to będzie w następnym, ale przyjdzie Wigilia i wiadomo, gdzie karpie się znajdą – wyjaśniał prof. Marek Belka w „Faktach po Faktach”.
Jego zdaniem „tak jest trochę z tą naszą sytuacją budżetową”. – W 2019 roku nie przewiduję większych problemów, natomiast te propozycje łamią dotychczasowe reguły polityki budżetowej w Polsce, która się opiera na tak zwanej regule wydatkowej. Od wielu lat ona jest przestrzegana, przestrzegana (także) przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, co mu się chwali. W tym roku zostało to odesłane do lamusa – podkreślił były prezes NBP.
– To będzie nas kosztować, ale (dopiero) w pewnym momencie, kiedy już będzie rządził inny obóz polityczny – dodał.
Żródło: sld.org.pl

Pora na związki

Sojusz Lewicy Demokratycznej zawsze uważał i uważa, że związki partnerskie powinny być zalegalizowane. 29% dzieci w Polsce rodzi się w związkach partnerskich. Te dzieci muszą mieć te same prawa, co inne dzieci. A rodzice tych dzieci muszą mieć te same prawa, co inni rodzice. Związki partnerskie nie dotyczą tylko osób homoseksualnych.
Włodzimierz Czarzasty, Polskie Radio 24, 20 marca 2019 r.

Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Ani świnka, ani morska

Nie wiadomo w zasadzie, czym miałoby być 500 plus w tej formie, którą od lipca zaproponował Jarosław Kaczyński.
Jeśli ma to być lewicowy, prawdziwie ludowy socjal – bardzo proszę, niech prezes zaproponuje wprowadzenie doń widełek dochodowych „od góry” – tak, aby rzeczywiście pieniądze państwa szły na pomoc najuboższym. W przeciwnym razie reklamowanie w ten sposób kiełbasy wyborczej rozdawanej od sasa do lasa, dostarczycielowi paczek, górnikowi, nauczycielowi i prezesowi banku – jest najzwyczajniej w świecie nieuczciwością mającą zamknąć lewicy usta i na najbliższe parę lat ją zaszachować.
W tym wydaniu 500 plus nie jest to już „socjal” i jak najbardziej może być krytykowane z lewej strony, zwłaszcza że według statystyk „baby boom” rzekomo przez to świadczenie wywołany, zatrzymał się już jakiś czas temu.
W tej chwili flagowy program PiS jest jak świnka morska z popularnego dowcipu – ani to świnka, ani ona morska. Nie skłoni do rodzenia na potęgę jeszcze kolejnych i kolejnych dzieci. Nawet jeśli już kogoś skusiło, to raczej wątpliwe, że będzie kusić nadal na zasadzie „co rok to prorok”. Zaś transfer pieniędzy do kieszeni zamożnych rodziców, których dzieci i tak już uczęszczają do prywatnych szkół i mają start o wiele lepszy od rówieśników, budzi sprzeciw, kiedy mówimy o skali wydatków rzędu 10 miliardów dolarów rocznie (to dane agencji Reutera).
Kaczyński wykonał klasyczny ruch wyprzedzający. I to, trzeba przyznać, świadczy o jego sprycie. Nikt już nie ma tyle do obiecania. I o to właśnie chodziło.

Flaczki tygodnia

Duży strach przed utratą władzy musiał zapanować w PiS, skoro postanowili rozdać tak wiele pieniędzy z deficytowego budżetu państwowego. I tak szybko. Aby zdążyć zanim Obywatele ruszą do urn.

Takie rozdawnictwo pieniędzy z budżetu państwa nie jest efektywną polityką społeczna, tylko doraźnym, politycznym kupowaniem społecznego poparcia. Trzynasta emerytura sporej grupie zamożnych polskich emerytów nie jest potrzebna. Nie polepszy im życia. Nie jest też potrzebna panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu i wielu innym parlamentarzystom pobierającym jednocześnie emerytury i parlamentarne uposażenia. Oczywiście w skali rocznego deficytu budżetowego są to sumy niewiele znaczące. Choć gdyby je zaoszczędzić to kilko rodziców nie musiałoby organizować publicznych zbiorek pieniędzy na operację swych dzieci.

Te sobotnie obietnice sypnięcia pieniędzmi to kolejny przykład pro-wyborczego, a nie pro-społecznego podejścia ekipy PiS do wydatków z deficytowego budżetu polskiego państwa. Rządzący ponad trzy lata PiS dowiódł, że znakomicie potrafi rozdawać budżetowe pieniądze. Zrealizował program 500+, obniżył wyśrubowany przez poprzednią koalicję PO-PSL wiek emerytalny.
Ale już nie potrafił wybudować mieszkania w obiecanym programie Mieszkanie+. Potrafił, chwaląc się wszem i wobec, przeforsować wzrost wydatków na wojsko w ustawach budżetowych, ale przez lata swych rządów nie potrafił wojska polskiego zmodernizować. Nawet pogorszył stan jego uzbrojenia.
Obiecał stworzyć innowacyjną polska gospodarkę, której symbolem miał być powszechny polski samochód napędzany energią elektryczną. Słowa nie dotrzymał. Nie wykorzystał też polskiego patentu na grafen, chociaż ten wynalazek miał być priorytetem rządu głoszącego „repolonizację gospodarki”.

Zauważcie, że ekipa PiS bezustannie chwali się swoja skutecznością w ściąganiu podatków, zwłaszcza VAT-u. A jednocześnie przez ponad trzy lata PiS nie potrafił unormować systemu finansowania mediów publicznych. Zlikwidować stary, nieefektywny już abonament radiowo-telewizyjny i zastąpić go nowym, sprawiedliwym podatkiem. Niedawno, aby załatać deficyt wydatków TVP SA, ekipa PiS przeforsowała w Sejmie dotację dla swych mediów narodowo-katolickich. Ponad miliard złotych, czyli jedną trzydziestą tegorocznych wydatków na ich nowe obietnice wyborcze.

Ostatnie wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego będą kosztować nasz deficytowy budżet, czyli nas wszystkich, corocznie ponad 30 miliardów złotych. Co oznacza, że w tym roku i pewnie następnych nie wystarczy na potrzebne podwyżki dla nauczycieli i modernizację służby zdrowia. Brak tych pieniędzy będzie szczególnie bolesne dla oświaty i przyszłości polskiej edukacji. Oświata to nie sektor budowlany czy firma kurierska Uber. Braków kadrowych w oświacie nie załatamy nisko opłacanymi importowanymi Ukraińcami czy hinduskimi studentami.

Wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego zwiększą indywidualną konsumpcję. Wzbogacą się na niej duże, zagraniczne sieci handlowe. Polscy kupcy już mniej, bo przeforsowana z religijnych powodów przez NSZZ „Solidarności”, ustawa o zakazie handlu w niedzielę jednie wzmocniła dodatkowo zagraniczny kapitał handlowy, a osłabiła polski rodzinny, drobny handel. W ten sposób pan prezes Kaczyński zrobi trochę konsumpcyjnej radości w polskich domach i długofalowo wzbogaci zagranicznych kapitalistów. I swoich ziomków z PiS też, jeśli wyborcy dadzą się kupić.

Aktywiści NSZZ „Solidarności” z Gdańska dokonali heroicznego czynu – postawili pomnik księdza-pedofila Jankowskiego na nogi. Stawiając tym etos „Solidarności” na głowie. Bronią bowiem nie tylko powszechnie znanego pedofila, ale jeszcze agenta Służby Bezpieczeństwa z czasów Polski Ludowej.

„Solidarność” zaczynała jako ruch społeczny walczący o poprawę bytu robotników w Polsce Ludowej. O upodmiotowienie klasy robotniczej. O to, aby robotnicy poczuli się w pełni właścicielami i współgospodarzami swoich zakładów pracy oraz obywatelami swego państwa. Walczący wtedy o zreformowanie ustroju państwa, stworzenie „socjalizmu z ludzką twarzą”. Potem powstał związek zawodowy NSZZ „Solidarność”, który upartyjniał się. W 1981 roku „Solidarność” była już konfederacją mieszczącą przeróżne ruchy polityczne. Od trockistów po endeków. Żywiołową, sprzeczną wewnętrznie. Spychającą się – i spychaną – ku konfrontacji.
Spacyfikowana w czasie stanu wojennego „Solidarność” nie wróciła już do dawnej liczebności i robotniczego etosu z jesieni 1980 roku. Po ponownej legalizacji w III Rzeczpospolitej ewoluowała w kierunku związku zawodowego o zabarwieniu narodowo-katolickim. Taka NSZZ „Solidarność” współrządziła Polską w latach 1997-2001. Wspierała potem rządy Prawa i Sprawiedliwości. Praw pracowniczych broniła coraz rzadziej, zwykle kiedy Polską rządziły koalicje PO-PSL. W czasach rządów PiS coraz mniej liczna NSZZ „Solidarność” stawała się klakierem elit PiS i zbiorowym ministrantem hierarchów kościoła katolickiego. Teraz, wchodząc w batalię o pomnik księdza Jankowskiego, kompromituje się ostatecznie i trwoni resztki dawnej, jakże pięknej legendy.

Tylko zaślepieniem politycznym, zacietrzewieniem towarzyskim i środowiskowym można wytłumaczyć obronę pomnika pedofila i agenta SB przez aktyw gdańskiej „Solidarności”. Ludzi, którzy na co dzień mają pełne gęby lustracyjnych postulatów i dekalogu katolickiej moralności. Zwłaszcza, że Polski kościół katolicki w sporze o pomnik księdza-pedofila zachował się zgodnie ze swą tradycyjną pragmatyką. Ogłosił, ustami arcybiskupa Leszka Sławoja Głódzia, że nie jest stroną w tym sporze i zachowuje „neutralność”. Może sobie pozwolić na taką, bo do ulicznych przepychanek ma parobków z „Solidarności”.

Przy okazji, jeśli chcecie poznać pijackie ekscesy tego hierarchy, a także tajemnice pana prezesa Kaczyńskiego, Wojciecha Cejrowskiego, Antoniego Macierewicza i innych reprezentantów prawicowych elit – polecamy książkę byłego posła, redaktora Piotra Gadzinowskiego „W Hongkongu. Za kulisami polskiego parlamentu”. Nakład wyczerpany, ale można poszukać jeszcze w dobrych księgarniach i Internecie.

„W najnowszym badaniu IBRIS Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe, Zieloni i Inicjatywa Polska, czyli Koalicja Europejska mają 38,5 procent poparcia. PiS plasuje się na drugim miejscu z poparciem 34,7 procent, Wiosna Roberta Biedronia uzyskuje 8,9 procenta, a Kukiz’15 – 6,6 procenta.