Flaczki tygodnia

Krowom po pięćset, świniom po sto. Pan prezes Kaczyński jest jak król Midas. Każdy ruch Jego Ust przemienia każdą partyjną konwencję w obiecane złote.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A kot to pies? Jak żyć panie prezesie, kiedy dzieli pan już nie tylko Polaków na lepszych i gorszych, ale też mieszkające w Polsce zwierzęta.

Psom też pan prezes niczego nie obiecał. I proszę panią rzecznik Mazurek aby nie mieszała ludziom w głowach informacjami, że policjanci już dostali. Za dużo seriali Patryka Vegi ogląda, a za mało Piketty-ego czyta.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Na sąsiedniej Ukrainie w pierwszej turze wyborów zwyciężył komik Zełenski. Pan prezes Kaczyński idzie drogą ukraińskiego komika i też chce wygrać tegoroczną pierwsza turę wyborów. Potęgując obietnice wyborcze do komicznych rozmiarów. Do granic śmieszności i ekonomicznego absurdu.
Trzeba stwierdzić, że ukraiński komik aż tak komicznych i kosmicznych, jak jego polski epigon, obietnic nie składa. Ale Zełenski to zawodowy komik. A pan prezes Kaczyński to komik amator.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A nauczycielom paskami TVP info po oczach.
Z nauczycieli propagandziści z TVP już robią medialne, antypolskie świnie i żądne szmalu leniwe, też niepolskie, krowy. Polscy nauczyciele są dla elit i mediów związanych z PiS grupą zawodową gorszą od „komunistów i złodziei”, „żydów”, „muzułmańskich uchodźców”, „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”, „środowisk LGBT”, wszystkich razem wziętych.

W chwili gdy „Flaczki” idą do druku nie znamy wyniku zapowiadanych, ostatnich rozmów przedstawicieli rządu pana prezesa Kaczyńskiego z reprezentacją protestujących nauczycieli. Ale już słyszymy, że niektórzy liderzy NSZZ ”Solidarność” przechodzą na pozycje łamistrajków.

Pan prezes Kaczyński może „zagrać ostro”, jak lubi, i doprowadzić do wybuchu strajku nauczycieli. Aby zaraz potem szczuć zdenerwowanych uciążliwościami strajku rodziców na słusznie strajkujących polskich nauczycieli. Dzielić nauczycieli na tych „odpowiedzialnych” z „Solidarności” i „terrorystów” z ZNP. Wszystko po to, aby jeden z najważniejszych obecnie problemów, czyli naprawę edukacji narodowej, przykryć propagandowo kabaretowymi obietnicami wyborczymi.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Tyle przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tymi mniej ważnymi dla pana prezesa i jego kaczystów. Bo parlamentarzyści PiS, niezależnie od ich wyniku wyborczego, będą w Parlamencie Europejskim znowu opozycją. I tylko opozycją.

Opozycją totalną zapewne, krzykliwą, demonstracyjnie nie zginającą, napakowanych nienawiścią do „elit brukselskich”, karków. Ale stale przegrywającą. Bo nawet eurodeputowani Wiktora Orbána nie chcą być w jednej frakcji z eurodeputowanymi pana prezesa Kaczyńskiego.
Bo Węgrzy wolą czasem „zginąć swe karki”, aby uzyskać korzyści dla siebie i Węgier. A kaczyści naszczekają, naszczekają, ale żadnego konia z brukselskiej stajni nie ukradną. Bo nawet kraść z nimi nie chcą.

Zatem nie ma szans, żeby euro deputowani PiS załatwili w Parlamencie Europejskim większe dotacje dla polskich chłopów. W Parlamencie Europejskim taktyka „sztywnych”, napakowanych jak u dresiarzy, karków nie robi wrażenia. Tam liczą się głowy, a nie sztywne karki.
Najlepszym sprawdzianem skuteczności takiej dresiarskiej dyplomacji było głosowanie w czasie wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej. Wtedy PiS-owskie proste karki przegrały z europejskimi głowami stosunkiem 27 do 1.

Wynik eurowyborów będzie dla pana prezesa na tyle istotny, na ile będzie mógł pokazać swoje ewentualne zwycięstwo nad zjednoczoną w Koalicji Obywatelskiej opozycją. I w razie zwycięstwa śmielej wezwać do boju w najważniejszych w tym roku wyborach. Do polskiego parlamentu.

Skoro przed majowymi, mniej ważnymi wyborami, Najwyższa Władza Partyjna i Państwowa obiecuje polskim krowom po pięćset i polskim świniom po sto, to ile może obiecać tymże świniom i krowom przed jesiennymi, najważniejszymi wyborami?
Po tysiąc pięćset i po tysiąc sto? A może wszystkim, krowom i świniom po tysiąc pięćset od razu?
Aby tym razem nie dzielić polskich zwierząt hodowlanych na lepsze polskie krowy i gorsze polskie świnie. Nie antagonizować chłopskiego dobrostanu.

Po uzyskaniu tak wspaniałych obietnic wyborczych od pana prezesa polskie krowy i polskie świnie mogą przyjąć pasywną strategię. Zagłosować za kandydatami PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego. I czekać do usranej śmierci na obiecane im setki i pięćsetki.

Mogą też podbić stawki. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie głosować na PiS, albo nawet zagłosować na Koalicję Europejską. Wtedy przestraszony swym marnym wynikiem pan prezes Kaczyński ogłosi już nie „Piątkę Kaczyńskiego”, ale przynajmniej „Pięćdziesiątkę”, a może nawet i „Pięćsetkę Kaczyńskiego”. Dla wszystkich głosujących na PiS. Zatem warto nie głosować na PiS, żeby pana prezesa do skutecznego rozdawania pieniędzy zmusić.

Na koniec tego kabaretu warto przypomnieć.

Wszystkie obietnice wyborcze to kupowanie naszych głosów za nasze pieniądze.

Polskie krowy i polskie świnie może najpierw i dostaną te swoje setki, ale potem na pewno pojadą na rzeź.

Król Midas tak wszystko skutecznie zamieniał w złoto, czyli obietnice wyborcze, aż w jego królestwie nie było co jeść.

W bajce król Midas umarł z głodu. W realu panu prezesowi Kaczyńskiemu to nie grozi. Bo oprócz obiecywanego nam wyborczego złota, ma swoją Srebrną. Bo „władza zawsze się wyżywi”, jak mawia klasyk Jerzy Urban.

Głos lewicy

Jedni warci drugich

Piotr Ciszewski ma już dosyć kampanii wyborczej zanim ta na dobre się zaczęła:
Jak podsumować początki kampanii do Parlamentu Europejskiego?
PiS – Geje! LGBT będzie uczyło dzieci masturbacji!
Koalicja Europejska – Nie jesteśmy PiS-em, głosujcie na nas, bo nasz program to „nie jesteśmy PiS-em!”
Wiosna – Patrzcie jacy jesteśmy fajni, a Robert Biedroń jeszcze fajniejszy! Znamy się na wszystkim bo Robert jest taki fajny!
Nie udało mi się z zasłyszanych dotąd debat dowiedzieć nic szczególnego o pomysłach głównych partii/koalicji na politykę UE, pozycję Parlamentu Europejskiego, europejskie standardy socjalne, umowy o wolnym handlu itd. itp.

Odsunąć PiS

Odsunięcie PiS od władzy to najważniejszy cel, jaki mogą sobie dzisiaj wyznaczyć rzeczywiści patrioci. Nie ci łysi, chamscy i głośni, z którymi PiS-owi po drodze nawet w dniu 100-lecia niepodległości, ale ci otwartogłowi, myślący i głęboko poruszeni skalą zniszczenia wspólnoty narodowej, zagrożenia rządów prawa i wartości demokratycznym. Tegoroczne wybory są najważniejsze od 1989 roku. Jeśli PiS przetrwa u władzy strachem i przekupstwem, będziemy mieli symulowaną demokrację, stracimy realny kontakt ze światem zachodnim, ugrzęźniemy w strefie wpływów wschodniego sąsiada. Taka jest logika we współczesnym świecie, który nie toleruje już komfortu splendid isolation. W tej sytuacji wszelkie wcześniejsze, a być może i dzisiejsze, różnice wśród opozycji tracą na znaczeniu. Kosztowną głupotą jest nieumiejętność dostrzeżenia tego, co najważniejsze. Nie wolno wykorzystywać instrumentalnie polityki zagranicznej do celów gry wewnątrz kraju. Pokolenia brytyjskich polityków wszczepiały do umysłów obywateli Wielkiej Brytanii eurosceptycyzm. Referendum w sprawie opuszczenia UE zostało rozpisane wyłącznie po to, żeby Cameron mógł opanować buntu w Partii Konserwatywnej. Nikt, włącznie z liderami ruchu na rzecz brexitu, nie przewidywał, że większość głosujących to poprze. Stąd zero planu realizacyjnego. Brytyjska klasa polityczna kompromituje siebie, kompromituje brytyjską demokrację i kraj. Ryzykuje rozpad państwa i koniec Zjednoczonego Królestwa. Wszyscy oni zapłacą bardzo wysoką cenę. Za kilka lat nikt z nich nie pozostanie aktywnym politykiem. Racja stanu i przyszłość narodu oraz państwa to nie stawka w grze w rosyjska ruletkę. Nieprzypadkowo PiS i brytyjscy torysi są w tej samej niszowej frakcji w PE. To bracia duchowi. Dlatego gra PiS-u z Unią i jej instytucjami jest potencjalnie bardzo ryzykowna i niebezpieczna. Ta droga prowadzi tam, gdzie są Brytyjczycy: na skraj przepaści.

Włodzimierz Czarzasty, info: sld.org.pl

Państwa socjalnego nie będzie

Dlaczego lewica nie ma się co cieszyć z obietnic PiS? Dlatego, że Kaczyński nie jest zainteresowany realną zmianą redystrybucji dóbr.

PiS walczy o utrzymanie samodzielnej władzy i możliwość dalszego stawiania gmachu hegemonii politycznej. Brak zdecydowanego zwycięstwa w wyborach do sejmików i druzgocząca klęska w starciu o ratusze dużych miast zmusiła prezesa do rozpoczęcia zalotów do wyborców, którzy dotąd na PiS nie głosowali, bo partia ta nie miała dla nich nic do zaoferowania poza zamkniętymi galeriami handlowymi w weekendy. Dlatego właśnie wczoraj Kaczyński zaprezentował ofertę dla rodziców z jednym dzieckiem – tych, co dotąd z irytacją i zazdrością patrzyli na znajomych, co z racji bardziej intensywnego rozrodu na pięć stów załapali się już trzy lata temu.
Partia Kaczyńskiego chce się również podlizać biznesowi. Mateusz Morawiecki zapowiedział obniżenie kosztów pracy przez co najmniej dwukrotne podniesienie kosztów uzyskania przychodu. Jest to nic innego jak kapitulacja państwa przed lobby kapitału, który dzięki takiej zmianie będzie zagarniał jeszcze większą część bogactwa wypracowanego przez pracowników. Koszty pracy w Polsce, a więc płace, podatki i składki należą do najniższych w Unii Europejskiej. Z danych Eurostatu wynika, że w 2017 roku wyniosły 9,4 EUR za godzinę. Dla porównania – w Danii było to 42,5 EUR, w Belgii – 39,6 EUR, w Szwecji – 38,3 EUR, a w Luksemburgu – 37,6 EUR. Kapitaliści mogą więc korzystać z polskiej siły roboczej za pół darmo, ale rząd PiS postanowił się wcielić w rolę nadopiekuńczej babuni, uznając, że dobrodziejom należy się jeszcze więcej. Zazdrosna poczuła się nawet Katarzyna Lubnauer, która zawyła boleśnie: „To wszystko są nasze hasła”.
Nowogrodzkiej zależy też na umocnieniu więzi z dotychczasowymi wyborcami, stąd też prezent dla emerytów w postaci tysiaka z hakiem na Nowy Rok, a także zapowiedź reaktywacji połączeń autobusowych w gminach, w których PKS-ów nie widziano już od dawna, a mieszkańcy skazani są na łaskę januszów biznesu, co zdzierają z nich za podróż zdezelowanymi busami. To oczywiście ważna i potrzebna oferta, jednak trzeba pamiętać, że PiS obiecywał już rewitalizację publicznego transportu przed wyborami w 2015 i 2018. Z jakim skutkiem? O tym najwięcej mogą powiedzieć mieszkańcy rzeszowszczyzny, którym właśnie odcięto połączenia do stolicy Podkarpacia.
Reszta propozycji partii władzy to wiadro tożsamościowo-nacjonalistycznych dykteryjek, obraźliwych dla każdego w miarę sprawnego aparatu poznawczego, o których wspominać nie będę, bo agendą Kaczyńskiego się zwyczajnie brzydzę.
Chciałbym podkreślić jedną sprawę – nie będzie żadnego „państwa socjalnego”. A przynajmniej – na pewno nie za rządów PiS. Ten, kto twierdzi inaczej, przypuszczalnie nie ma pojęcia, czym państwo socjalne jest, albo jest po prostu zakochany w prezesie i jego pomyśle na Polskę. O państwie socjalnym nie może być mowy z prostego powodu – Kaczyński i spółka nie zamierzają przeprowadzić przebudowy systemu redystrybucji bogactwa. Zamiast sięgnięcia po ogromne bogactwo zalegające w sejfach kapitalistów, mamy kolejne prezenty dla możnych.
Nowe propozycje PiS będą kosztować budżet państwa około 40 mld złotych. Jest to oczywiście kwota osiągalna w obecnych warunkach, jednak wymaga przeorientowania podziału wartości na linii praca – kapitał. W naszym kraju masa gotówki zalega w depozytach bankowych. Te pieniądze nie zasilają gospodarki ani nie mogą być przeznaczane na programy socjalny czy modernizacyjne. Wielki biznes uważa, że podatki są dla frajerów. Obowiązuje liniowy podatek od zysków kapitałowych w śmiesznej wysokości 19 proc. A zatem burżuj, który dostaje od funduszu inwestycyjnego dywidendę w wysokości 3 mln zł musi oddać państwu zaledwie jedną piątą. To grabież społeczeństwa polskiego, z którą można by poradzić sobie w prosty sposób – wprowadzając kolejne progi podatkowe, nie tylko na podatku dochodowym, od którego łatwo uciec, księgując dochody na firmę, ale przede wszystkim – dekretując dodatkowe stawki w daninie od zysków kapitałowych. Uderzyć należy tam, gdzie bogactwa jest najwięcej. Ale o tym nie usłyszycie na konwencji PiS, ani nie wyczytacie w programie żadnej innej partii politycznej w tym nieszczęśliwym kraju.
Z czego będą więc finansowane ochłapy, które satrapa z Żoliborza obiecał rzucić zgłodniałemu ludowi? Z podatku VAT, czyli tego, który w największym stopniu obciąża kieszeń zwykłego człowieka.

Selektywne obietnice

Trochę zapomniany francuski komediopisarz Jacques Deval mawiał sarkastycznie:
„Obiecuj tylko rzeczy niemożliwe-nie będziesz sobie czynił wyrzutów”.

Populistyczne,przedwyborcze obietnice złożone właśnie przez PiS będą kosztowały ok. 40 mld zł. rocznie i nie są uwzględnione w budżecie,który musi zostać znowelizowany i tak zapewne się stanie. Dla tej formacji bowiem podwójne tegoroczne wybory to rzeczywiście „stawka większa niż życie”. Ale warto pamiętać,iż są to obietnice selektywne i pod wieloma względami stojące w sprzeczności z dotychczasowym stanowiskiem obecnych władz.
Opozycja zgłaszała np. od dawna postulat przyznawania dodatku 500+ na pierwsze dziecko, zwłaszcza dla matek samotnie wychowujących swe pociechy. Słyszała zawsze argument „nie ma na to pieniędzy” jeszcze kilka miesięcy temu! Teraz, jak deus ex machina, muszą się one znaleźć! Dodatkowo zwłaszcza SLD podnosiło argument braku kryterium dochodowego – tę samą kwotę otrzymują przecież osoby niezamożne, co biznesmeni lub politycy.
Potwierdza to tylko gorzką obserwację wybitnego poety rosyjskiego Jewgienija Jewtuszenki,iż „sprawiedliwość jest jak pociąg, który się zawsze spóźnia”.
Selektywność tych obietnic uwidacznia się zwłaszcza w tym,że nie dotyczą one kilku grup zawodowych,które od dłuższego czasu zasadnie, ale bezskutecznie, domagają się podwyżek. Mam na myśli: nauczycieli, pielęgniarki, czy opiekunów osób niepełnosprawnych. W tym ostatnim przypadku bezowocny okazał się nawet dramatyczny protest w Sejmie, a była premier Szydło,stojąca od roku na czele Komitetu Rady Ministrów ds. społecznych, nie raczyła nawet spotkać się z tymi osobami.
Casus nauczycieli jest szczególnie drastyczny. Żałosna, nieprzygotowana i chaotyczna reforma minister edukacji Anny Zalewskiej (słusznie określana mianem „deformy”) już wkrótce wyda swe zatrute owoce, gdy dwa roczniki skumulowane przypuszczą szturm na licea. Jak ironicznie napisał Przemysław Franczak na łamach „Polska. The Times” – Pani minister skutki swej decyzji będzie oglądać już „znad talerza muli w Brukseli”, a przecież za swoje „historyczne zasługi powinna trafić do siódmego kręgu edukacyjnego piekła i do końca życia pracować w stołówce w zespole szkół powiatowych”. W tej sytuacji, zapowiedziane, m.in. przez nauczycielskie związki zawodowe, protesty oraz strajki wydają w pełni zasadne.
Niektóre zapowiedzi wydają się kontrowersyjne. Np. planowane – w celu przyciągnięcia do urn młodych ludzi – zwolnienie osób do 26 roku życia z płacenia PIT-u może wywoływać wątpliwości konstytucyjne. Generalnie zaś dwukrotnie, w maju i jesienią, przekonamy się,czy tego typu decyzjami społeczno-gospodarczymi da się swoiście „kupić” elektorat.

Bigos tygodniowy

„Yes, yes, yes!!! – znalazły się pieniądze! Aż 40 miliardów! A jednak dali radę! A byli tacy naiwni, co to mówili, że PiS nie ma już nic do rozdawania. Tymczasem władza złożyła publicznie hojną przedwyborczą propozycję korupcyjną. Wyjątkowo bezczelna kiełbasa wyborcza, bo przecież przez minione trzy lata rządzący nie chcieli wprowadzenia tego świadczenia na pierwsze dziecko. A teraz jest nawet na trzynastkę dla emerytów i PIT plus dla młodych! Pomijając już to, że pachnie to Grecją, całkowicie zrozumiałe jest oburzenie protestujących przed rokiem niepełnosprawnych, a także nauczycieli, pielęgniarek i innych pracowników budżetówki, którym rząd odmawia znacznie mniejszych pieniędzy na świadczenia podwyżki.

Gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego był przez kilka dni wańką-wstańką. Jednej nocy aktywiści ulicznej opozycji: Rafał Suszek, Konrad Korzeniowski i Michał Wojcieszczuk obalili tego solidarnościowego bałwana, innej – „stoczniowcy” Karola Guzikiewicza postawili go z powrotem. Opozycyjnym aktywistom przynajmniej na krotko udało się pomnik pedofila obalić, ale już władze miasta nie zapobiegły jego przywróceniu. A wystarczyło postawić tam oddział strażników miejskich, by zapobiec samowoli budowlanej. Jedno jest pewne – na tym skwerze spokoju nie będzie. Pomnik jest teraz na okrągło pilnowany nie tylko przez policję i „stoczniowców”, ale też ze specjalnie wynajętego, pobliskiego mieszkania. Wolter mówił o TYM: „Zgnieść tę ohydę”.

Swoją drogą patrzcie, jak prawactwo gorliwie i walecznie dba o swoje tradycje! A kiedy ja zwracałem się do prominentnych przedstawicieli lewicy z sugestią, by powrócić do zarzuconej przed laty idei wystawienia pomnika Kazimierza Łyszczyńskiego, którego Kościół kazał spalić na stosie za ateizm (dobry król Jan III Sobieski zamienił to na ścięcie mieczem), to patrzyli na mnie jak na zielonego kota i ledwo hamowali się przed ziewaniem. I potem niektórzy się dziwią, że kler i prawica wygrywają z lewicą i innymi wolności owcami w przestrzeni publicznej, a potem w wyborach…

Prezentacja „jedynek” i „dwójek” na listach PiS do Parlamentu Europejskiego na chwilę zrównała się medialnie z aferą Srebrnej i nowym konfliktem polsko-izraelskim. Opozycja mówi o „ewakuacji” ważnych postaci PiS do Brukseli przed przewidywaną porażką w jesiennych wyborach krajowych. Być może jest coś na rzeczy, ale od siebie dodałbym jeszcze inną prawdopodobną motywację Kaczyńskiego. Chce on mieć w Brukseli ekipę gwarantującą bezwzględne posłuszeństwo rozkazom, wiernopoddańczą. Gdyby chciał ekipy wartościowej merytorycznie i intelektualnie, znalazłby kilku takich ludzi. Natomiast o jakimkolwiek formacie intelektualnym Beaty Mazurek, Beaty Szydło, Beaty Kempy, Elżbiety Kruk, Jadwigi Wiśniewskiej, Joanny Kopcińskiej Joachima Brudzińskiego i kilkorga innych trudno mówić. Poza tym prezes boi się tych wyborów, więc postawił na osoby bardzo dobrze identyfikowalne przez elektorat.

Ruszyły przygotowania do absurdalnego przekopu Mierzei Wiślanej czyli pisowskiego „biełomorkanału”. Kanału raczej nie będzie, ale kolejną połać lasu czyli naturalnych płuc w naszym zatrutym kraju już wycięto. Wszystko tylko po to, żeby okazać niechęć Rosji, bo żadnego – realnego – stojącego za tym argumentu ekonomicznego nie ma. Bywam co roku na Mierzei Wiślanej, w Kątach Rybackich i wiem jak niekomfortowe i także niebezpieczne jest przemieszczanie się wąskim chodnikiem wzdłuż tamtejszego, zatłoczonego, głównego traktu drogowego wzdłuż cyplu, od Gdańska po Krynicę Morską. Już sobie wyobrażam, co mogę tam zastać w najbliższe wakacje, kiedy ruszą ciężarówki.

Nawykowe myślenie z odległej przeszłości, że związek „Solidarność” z towarzyszem Alfredem Bujarą, to jakaś szeroki pas transmisyjny do mas pracowniczych, popchnęło PiS do ustawy o zakazie handlu w niedziele. Wygląda jednak na to, że masom kupującym miast i wsi ten pomysł się nie podoba, bo tylko 19 procent akceptuje całkowity zakaz, a aż 36 procent chce handlu nieskrępowanego. Władza wycofa się więc z tego rakiem, co już zasygnalizował Młody Morawiecki. Na początek najprawdopodobniej wprowadzą model pół na pół, czyli dwie niedziele handlowe i dwie niehandlowe. A wprowadzą to na krótko przed wyborami, żeby wzbudzić świeżą wdzięczność mas kupujących miast i wsi. Wdzięczność dla władzy za to, że wsłuchuje się w głos mas kupujących, które liczbowo przekraczają przecież liczbę mas pracujących miast i wsi.

Prawactwo zawyło, bo przywrócono poprzednich patronów ulic warszawskich, a zluzowano patronów prawackich. Oni mogą oczywiście starać się o nadawanie ulicom i placom imion swoich idoli, ale pod warunkiem, że nie w miejsce dotychczasowych, niemiłych im patronów, n.p. lewicowych. Niech prawactwo znajdzie poletko dla swoich patronów, a nie pcha się miejsca już zajęte. Nie jest ono wyłącznym właścicielem przestrzeni publicznej i symbolicznej w Polsce.

Prawactwo zawyło też z powodu zapowiedzi wprowadzenia do szkół warszawskich programu ochrony uczniów LGBT. Krzyczą że to homopropaganda za pieniądze katolików-podatników. A religia w szkole to nie jest krzewiona za moje i nie tylko moje podatki propaganda religijnej nieprawdy i chwały Kościoła, organizacji pasożytniczej?

Prawactwo zawyło też z powodu nieudostępnienia przez władze Wrocławia zwyczajowego miejsca na obchody wyjątkowo odstręczającego i haniebnego kultu tzw. „żołnierzy wyklętych”, których wolę nazywać bandytami przeklętymi.

Pojawił się pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie ma prowadzenia. Według badania IBRIS Koalicja Europejska ma poparcie 38 procent do 34 procent dla PiS. Warto pamiętać, że IBRIS stoi na czele pracowni prezentującej wyniki badań o najwyższej trafności przewidywania. N.p. przewidzieli zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w pierwszej turze wyborów prezydenta Warszawy, podczas, gdy inne pracownie wskazywały, że Jaki Taki wejdzie do drugiej tury. Brawo SLD! To była dobra decyzja.

Opanowane przez pisiorów Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego wysunęło Cezarego Łazarewicza na kandydata do tytułu „Dziennikarskiej Hieny Roku”. Dziennikarz podał przeciw SDP sprawę do sądu o zniesławienie. Informuję, że ja zgłosiłem kandydaturę Adriana Klarenbacha z TVPiS, choć stałą konkurencją jest dla niego zespół „Wiadomości” TVPiS. Moja kandydatura nie miała jednak najmniejszych szans, bo pisiorstwo i prawactwo jest w SDP rozwielmożnione bez żadnych hamulców.

Wiosna Biedronia

Z dużej chmury mały deszcz. Tak w skrócie można opisać konwencję nowej partii politycznej byłego prezydenta Słupska. Show, owszem, było, ale zabrakło zarówno konkretów jak i wielu ważnych aspektów dotyczących polityki gospodarczej jak i zagranicznej.

Od kilku miesięcy Robert Biedroń podnosił napięcie. Na Torwarze zaprezentował się jako pełnokrwisty lider, pełen werwy i wiary w to, co mówi. Ewidentnym minusem jako założeń programowych- głównie jednak światopoglądowych, jak świeckie państwo, aborcja, prawa kobiet- był brak przedstawienia koncepcji z czego zrealizuje swoje plany, takie jak gwarantowana emerytura w wysokości 1600 zł. Co więcej, nie przedstawił swojego ekonomicznego lidera, choć przedstawiał takich od polityki edukacyjnej, samorządowej czy do spraw przedsiębiorczości. Mając na uwadze fakt, iż z wielką ochotą Robert Biedroń korzystał z pomocy i rady Leszka Balcerowicza, można mieć wątpliwości co do prospołecznego kierunku jego działalności.
Nie od dziś wiadomo, że nie ma wysokiego socjalu bez wysokich podatków. Socjaldemokratyczna polityka społeczna może być realizowana tylko tam, gdzie istnieje progresywny system podatkowy. W programie Roberta Biedronia nie ma ani słowa o tym, jaki w przyszłości miałby on być. Noe było również nic o prawach pracowniczych, było za to o pomocy i ułatwieniach dla przedsiębiorców. Jest za to coś, co było już w programie Ruchu Palikota: Likwidacja ZUS i KRUS. Jest na szczęście postulat zwiększenia podniesienia nakładów na opiekę zdrowotną. To jednak zrobił już PiS. Kontrowersyjny jest również pomysł odejścia od węgla do 2035 roku. Walka ze smogiem jest polską racją stanu, ale należy to robić z głowy i bez demagogii. Likwidacja smogu nad Polską wymaga przede wszystkim likwidacji źródeł niskiej emisji, przeprowadzenia na szeroką skalę termomodernizacji budynków, zwiększenia podaży ciepła systemowego do gospodarstw domowych, a tam gdzie to niemożliwe – wymiany obecnie używanych urządzeń grzewczych na ekologiczne. Robert Biedroń zarzucił również górnikom typową liberalną nagonkę stwierdzając, iż „rząd dopłaca rocznie 10 mld zł rocznie- to 10 tys zł na każdego górnika”. Ta bzdura wymaga jednak komentarza. Według raportu NIK w latach 2007-2015, a więc w najgorszych pod względem zarządzania latach dla polskiego górnictwa, kiedy kopalnie osiągnęły skumulowaną stratę netto ponad -1,1 mld zł, całkowita pomoc dla górnictwa wyniosła 7,3 mld zł. Nie rocznie, lecz niemal za całą dekadę. W tym samym okresie górnictwo wniosło w formie różnych płatności publicznoprawnych kwotę 64,5 mld zł. To zatem nie my dokładamy do górnictwa, to górnictwo generuje olbrzymie zyski. Dziś energetyka węglowa jest polską racją stanu. Nie ma bowiem na razie szans na rozwinięcie na wielką saklę alternatywnych źródeł energii. Odejście od węgla jest potrzebne, ale nie można robić tego, co z górnictwem zrobiła w Wielkiej Brytanii premier Margaret Thatcher, spychając olbrzymie rzesze górników na bruk.
Nie wiem dlaczego były poseł Ruchu Palikota nie poruszył spraw dotyczących polityki międzynarodowej i miejsca Polski w Unii Europejskiej. Sprawa tym bardziej aktualna, bowiem już w maju wybory do Parlamentu Europejskiego. W jakiej frakcji zasiedliby posłowie i posłanki Wiosny? Tego nie wiemy. A to ważne, bowiem w PE rządzą europejskie rodziny. Czy bliżej Biedroniowi do Partii Europejskich Socjalistów, czy Europejskich Liberałów? Jaką w ogóle wizję wspólnoty ma Robert Biedroń? Jakie relacje z USA? Jak rozwiązać pasywne stosunki z Rosją? Oprócz tych tematów zabrakło spraw związanych z kulturą. Wiadomo, to temat bardzo niewygodny. Każdy oczywiście podkreśla potrzebę ich zwiększenia, ale jak jest, widzimy wszyscy. Robert Biedroń nie odniósł się również do bardzo ważnego tematu, zwłaszcza dla tradycyjnego lewicowego elektoratu, czyli polityki pamięci. Kuriozalna z kolei była jego deklaracja, iż wystartuje w wyborach do PE i natychmiast odda mandat. To wyborcze oszustwo. Jaki ma bowiem sens głosować na kogoś, kto za chwilę nie będzie nas reprezentować?
Robert Biedroń ma ogromną szansę wejść zarówno do PE jak i krajowego parlamentu. Odbierze trochę wyborców PO, Nowoczesnej i Kukizowi. Być może skusi czymś nowych wyborców, którzy zagłosują po raz pierwszy. Jego program jednak nie jest lewicowy a sam polityk ucieka od określenia własnej tożsamości. Trendem ostatnich lat w polskiej polityce jest jakaś nowa formacja bądź formuła partii politycznej. Był Palikot, Petru i Kukiz. Teraz czas na Roberta Biedronia i jego Wiosnę. Na lewicę jednak w Polsce przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Daleko od polityki

Wybory samorządowe coraz bliżej, a i walka o rząd dusz wyborców, nabiera kolorów. Problem polega jednak na tym, że prowadzona kampania wyborcza nie ma nic wspólnego z faktycznymi problemami lokalnych społeczności. Największe partie polityczne, zamiast zająć się inwestowaniem swojej kampanijnej machiny dla rozpoznania potrzeb mieszkańców, mamią wyborców ogólnopolskimi hasłami. Kuszą dodatkowymi benefitami, rozprawiają o polityce wobec Unii Europejskiej, zbrojeniach czy dywagują jakie wartości ma wyznawać prawdziwy Polak.
To, co ważne dla gmin i powiatów, leży odłogiem. Zarówno PiS jak i PO do wyborów samorządowych podchodzą po macoszemu, chcąc załatwić swoje interesy, ugrać jak najwięcej i upchnąć swoich na stołki. Przykład Anna Morawiecka. Coż to za Pani? Siostra premiera. Chce zostać burmistrzem Obornik Śląskich i wszystko byłoby dobrze, gdy nie to, że w mieście nikt o niej nie słyszał.
Ze stylem prowadzenia kampanii wyborczych PiS i PO można się nie zgadzać, postulatów nie popierać, a do polityków mieć ograniczone zaufanie. Kampania tegorocznych wyborów samorządowych nie spełnia oczekiwań większości Polaków, ale czy warto z tego powodu rezygnować ze swojego prawa do głosu? Czy warto pozwolić innym decydować za nas – na złość politykom? Bez względu na to, jakie środowisko chce się poprzeć i jakie mamy poglądy, z prawa do głosu nie warto rezygnować. Głosując, mamy szansę coś zmienić – idźmy więc na wybory i pokażmy, że każdy głos (a przede wszystkim głos rozsądku) powinien się liczyć.
Kandydaci rożnych progresywnych komitetów wyborczych startują w całej Polsce. Taką postępową koalicję tworzy także Sojusz Lewicy Demokratycznej. Z wyborcami rozmawiamy o sprawach lokalnych, a propozycje które składamy dotyczą przed wszystkim konkretów ważnych dla samorządowej wspólnoty. Politykę krajową odkładamy na wybory roku 2019, a dziś skupiamy się na problemach zwykłych ludzi.

Kto nie chce, niech nie wierzy

Czy doczekamy się, że Prawo i Sprawiedliwość złoży wreszcie jakieś bardziej realne obietnice mieszkaniowe?

 

Wśród licznych obietnic, płynących nieustannie ze strony ugrupowania rządzącego, swoim rozmachem wyróżniają się zapowiedzi przyśpieszenia w budownictwie. Liderzy PiS już od kilkunastu lat opowiadają, że wywołają wielki boom mieszkaniowy w naszym kraju – i robią to z powodzeniem.
To znaczy, z powodzeniem o tym opowiadają, bo obiecywane mieszkania wprawdzie nie powstają w zapowiadanej ilości – ale wszystkie te opowieści są dobrze przyjmowane przez obywateli i wpływają pozytywnie na poparcie dla PiS.
Przykładem takich „mieszkaniowych opowieści” może być uroczyste oddanie do użytku we wsi Siedlemin pod Jarocinem 96 nowych mieszkań, pod koniec kwietnia tego roku,.
Według oficjalnej propagandy, było to pierwsze osiedle zbudowane w ramach rządowego programu Mieszkanie Plus, polegającego na wynajmowaniu lokatorom lokali po obniżonych stawkach czynszu.
W rzeczywistości, gmina Jarocin planowała budowę tego osiedla zanim jeszcze PiS doszedł do władzy w 2015 r, a budowę rozpoczęła wtedy, gdy nikomu się nie śniło o programie Mieszkanie Plus. Rząd postanowił jednak „podczepić się” pod jarocińską inicjatywę budowlaną – i po prostu włączył samorządowe osiedle, z którego budową nie miał nic wspólnego, do własnego progamu mieszkaniowego.

 

Cuda, cuda ogłaszają

Poprzeczka mieszkaniowych obietnic została bardzo wysoko zawieszona przez PiS już dawno bo w 2006. Wtedy liderzy tego ugrupowania, po wygranych wyborach, powtórzyli swą wcześniejszą obietnicę, iż w ciągu ośmiu lat zbudują 3 mln mieszkań.
PiS rządziło jak wiadomo tylko dwa lata, a w tym czasie oddano do użytku w Polsce zaledwie 248 tys mieszkań. Prawo i Sprawiedliwość miało oczywiście praktycznie żaden wpływ na ich powstanie, ale ponieważ u nas tradycyjnie wyniki gospodarki zalicza się na konto ugrupowania, które w danym okresie sprawowało władzę, więc i w tym przypadku można uznać, że budowę tych mieszkań firmowało PiS. Tyle, że w porównaniu do swych zapowiedzi, ugrupowanie rządzące osiągnęło nader znikomy sukces.
Żeby bowiem dotrzymać obietnicy postawienia 3 mln mieszkań w ciągu ośmiu lat, trzeba by ich budować po 375 tys. rocznie, co oczywiście było wówczas – i jest nadal – zadaniem zupełnie w Polsce nierealnym.

 

Już trochę bliżej

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 r. liderzy Prawa i Sprawiedliwości czynili już nieco ostrożniejsze obietnice mieszkaniowe. Tym razem obiecali, w 2016 r., że doprowadzą do zbudowania 2,8 mln mieszkań w ciągu 14 lat – czyli równo po 200 tys. rocznie. Jak widać, wyraźnie więc spuścili z tonu w porównaniu z zapowiedziami wcześniejszymi o dziesięć lat.
Jednak i za obecnej kadencji PiS te obietnice zostają na papierze. W 2016 r. w naszym kraju oddano do użytku 162 tys. nowych mieszkań. W ubiegłym – 178 tys.
Postęp jest więc wprawdzie zauważalny i są to niezłe wyniki – ale sporo jeszcze zostaje do stawiania ponad 200 tys mieszkań rocznie. Inaczej nie da się zaś osiągnąć wspomnianego 1 mln 400 tys w ciągu 14 lat.
Widać zatem, że i aktualne obietnice mieszkaniowe PiS nie mają niestety szans, aby się ziscić.

Bajki pana premiera

Pan Premier Morawiecki jeździ po kraju o opowiada jak to ten rząd odbudowuje kraj ze zniszczeń po poprzednikach.

Będą nowe, polskie stocznie, nowe polskie samochody elektryczne, nowe statki, które rozsławią imię polskiego stoczniowca. Będzie repolonizacja przemysłu i banków. Będą nowe drogi, nowe lokomotywy, nowe śmigłowce dla armii i nowe pomniki wiadomo kogo sławiące. Będzie lepiej, dumniej i sprawiedliwiej. Naród wstaje z kolan i odbudowuje swój kraj. Drzyjcie skarlałe nacje i padajcie na kolana przed narodem, który właśnie z nich powstał i potężnieje z dnia na dzień.
Rzeczywistość jest znacznie skromniejsza. Nie słyszałem na razie o jakimś zrealizowanym dużym polskim projekcie gospodarczym. Media donoszą i eksperci oceniają, że te zapowiedzi to tylko propaganda w stylu położenia stępki pod budowę promu, na który nie ma jeszcze projektu i dokumentacji. Pieniędzy na budowę także.
Plany premiera można przyrównać do marzeń chłopca, który śni, że będzie Herkulesem, kosmonautą, dzielnym strażakiem i policjantem w jednym. Można mówić o jednym projekcie sfinansowanym z polskiego kapitału pochodzącego ze spółek skarbu państwa. Chodzi o Polską Fundację Narodową. Ten projekt jednak służy zupełnie czemu innemu i naszego narodowego bogactwa nie pomnoży.
Goszcząc ostatnio na wybrzeżu premier ponownie zapowiedział te wielkie sukcesy. Póki co w rejs dookoła świata ruszył nasz „Dar Młodzieży”.
Żaglowiec został zbudowany w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia ze składek młodzieży zorganizowanej w ZSMP, ZSMW itp. Dlatego nazywa się on tak właśnie.
By uwiarygodnić te zapowiedzi premier przecina wstęgi na inauguracji dużych inwestycji zagranicznych. Na Dolnym Śląsku grzał się w cieple Mercedesa, LG, Toyoty, Lufthansy itp. W oficjalnej propagandzie ci kapitaliści nie płacą podatków i oszukują Polaków. Nie rozumiem więc po co pan premier zadaje się z tymi krwiopijcami. Z utęsknieniem czekam aż premier w moim regionie otworzy zakład, który on wymyślił, i sfinansował z polskiego kapitału. Ale na razie nic na to nie wskazuje. Kapitał jest potrzebny do celów partyjnych. Dlatego uważam, że pan premier opowiada bajki, a rzeczywistość gospodarcza zagranicznym kapitelem stoi, a rząd chwali się danymi, które pokazują jak to nam tego zagranicznego kapitału przybywa. Kakofonia.