Milionerzy

Czy wyborcze obietnice PiS-u zmienią Polskę w kraj mlekiem i miodem płynący?

Wszyscy chcielibyśmy być piękni, młodzi i bogaci. Bogactwo obiecuje nam PiS. Prezes Kaczyński już zapowiedział, że dzięki polityce rządu Mateusza Morawieckiego wkrótce dogonimy Niemy. Profesor Grzegorz Kołodko w Faktach po Faktach TVN24 zaproponował politycznym populistom zupełnie nowy gatunek wyborczej kiełbasy. „Niech obiecają, że jak wygrają wybory, za rok wszyscy będziemy o rok młodsi” – powiedział Kołodko. Zaczynam w tonie nieco żartobliwym. Ale sprawa jest śmiertelnie poważna. Jesteśmy bowiem świadkami przekroczenia populistycznego rubikonu. Chcesz wygrać wybory – przelicytuj swego konkurenta. A po nas – choćby potop.

Milionerzy
„Nie będzie płacy minimalnej cztery tysiące złotych w 2023 roku” – zapewnił profesor Kołodko. Przynajmniej w takim rozumieniu tych pieniędzy jak dzisiaj.
Niektórym z nas jeszcze nie zatarły się w pamięci tamte ceny. Kilogram chleba – 1000 zł. Schab – po 12 tysięcy zł. Kilogram żółtego sera – 6,5 tysiąca. I płaca – nawet ta najniższa – sięgająca miliona złotych. Wszyscy byliśmy wtedy milionerami.
Gdy po zapowiedzi prezesa Kaczyńskiego radykalnej podwyżki wszystkich wynagrodzeń napisałem na Facebooku o ryzyku wzrostu inflacji – podniosły się głosy krytyki. Tak – wszystkich wynagrodzeń. Bo tylko naiwni mogą sądzić, że jeśli najsłabiej zarabiający dostaną 4000 zł, pracownicy dotychczas tyle zarabiający nie zażądają paru tysięcy złotych podwyżki. Zgadzam się, że płace w Polsce są niskie. Zwłaszcza te najniższe. Ale czy należy pozwolić na niezwykle ryzykowny eksperyment ekonomiczny, które zamierza przeprowadzić na Polkach i Polakach główny ekonomista PiS-u Jarosław Kaczyński. Eksperyment unikalny w skali światowej. Bo raczej nie zdarza się, by w kraju o stabilnym pieniądzu i umiarkowanym kilkuprocentowym wzroście gospodarczym płace w ciągu czterech lat wzrosły o kilkadziesiąt procent. A płaca minimalna nawet o 80 proc.
Spróbujmy podsumować plusy i minusy nowego pomysłu Prawa i Sprawiedliwości.

Inflacja
„Kaczyński gra na rozwój popytu wewnętrznego i za to akurat wyjątkowo mu chwała. Bo to popyt wewnętrzny jako jedyny może zmniejszyć skutki nadchodzącej recesji. Nawet jeśli wynagrodzenia w PL wzrosną o 100% to i tak będziemy konkurencyjni w stosunku do zachodu, gdzie wynagrodzenia są wyższe 4-6 razy” – napisał w swoim facebookowym komentarzu Piotr Żukowski. „Trzeba zwiększyć cyrkulację pieniądza” – dodała inna komentatorka, Jola Tutak.
Wzrostu inflacji nie obawia się również Iwo Augustyński, dr nauk ekonomicznych Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. A zarazem kandydat partii Razem w nadchodzących wyborach. Przedstawiający siebie jako jednego z niewielu polskich post-keynesistów. „W takim kraju jak Polska, na inflację nie ma wpływu ilość pieniądza” – pisze dr Augustyński na blogu. Podając jako dowód napływ olbrzymich środków unijnych do Polski, który nie doprowadził do wzrostu inflacji. Nie wiem, czy to dobry przykład, bo znaczna część pieniędzy unijnych przeznaczona została na inwestycje, nie na konsumpcję. Ale jako informatyk – nie ekonomista – nie zamierzam wchodzić w spór stricte ekonomiczny.
Ja swój inflacyjny dowód mam w koszyku w markecie. Te same zakupy, za które jeszcze nie tak dawno płaciłem 200 zł, dziś kosztują kilkadziesiąt złotych więcej. I trudno uwierzyć, że gwałtowny wzrost cen nie ma żadnego związku z kilkudziesięcioma miliardami rocznie dodatkowych pieniędzy trafiających do konsumentów. A poza tym, jeśli nie ma związku inflacji z ilością pieniędzy na rynku, to czemu mamy sobie żałować. Podnieśmy płace minimalne nie do 4000 zł, a do 8000 zł. Przegonimy wtedy Niemcy już za cztery lata. Bo u nich minimalna płaca to „zaledwie” 1557 euro.

Bezrobocie
Ludzie lewicy nie należą do szczególnie wierzących. Szczególnie w tak zwaną „niewidzialną rękę rynku”. Ale też zalecany przez keynesistów interwencjonizm państwa musi być trzymany na smyczy odpowiedniej długości. Bo gdy miejsce ekonomistów zajmą pijarowcy od wyborczej propagandy – może być nieciekawie. Jadwiga Emilewicz. minister przedsiębiorczości i technologii przyznała, że nikt z PiS-u nie konsultował z nią zamiaru radykalnej podwyżki płacy minimalnej. Sądzę że te 4000 zł nie wynika z żadnych analiz ekonomicznych. Potrzeba było tylko ładnej i równej sumki. Działającej na wyobraźnię wyborców PiS-u.
Ale ta suma działa też na wyobraźnię pracodawców. Jestem przeciwnikiem budowania przyszłości Polski na fundamencie specjalnych stref ekonomicznych. I znajdujących się tam montowni. Których zyskiem jest groszowy koszt robocizny. Ale na początku tego wieku – gdy bezrobocie sięgało 20 proc. – o takich inwestorów zabiegaliśmy. Likwidacja zakładów pracy bazujących na najgorzej opłacanych pracownikach musi się odbywać w sposób bezpieczny dla tychże pracowników. Koncerny dadzą sobie radę. Taśmy montowni mają to do siebie, że w dwa miesiące można je przenieść gdzieś indziej. Tylko czy wtedy w biedniejszych regionach Polski zamiast wizji 4000 zł, nie pojawi się wizja bezrobocia.
To ciekawe doświadczenie. Rozmawiałem ostatnio z kilkoma potencjalnymi beneficjentami zaordynowanej przez Kaczyńskiego podwyżki płacy minimalnej. O dziwo nie strzelały korki od szampanów. Dominował strach. Bo rachunek jest prosty. Dziś na stróżówce jest nas dwóch. Za marne 2250 zł brutto. Po podwyżce PiS-u jeden dostanie niemal dwa razy tyle. Ale drugi będzie musiał szukać roboty gdzie indziej. Kto kiedyś pracował na etacie, wie, czym jest strach przed zwolnieniami.

Na szarym końcu
„W Polsce udział wynagrodzeń w PKB jest żałośnie niski” – napisał Piotr Żukowski, jeden z moich kolejnych komentatorów facebookowych. Tak – to prawda. Wraz ze Słowacją, Węgrami i Irlandią jesteśmy w ogonie Europy. Udział płac w PKB w Polsce to zaledwie 48 proc. To istotnie mniej od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc. Powoli rośnie. W bieżącym roku ma wynieść 48,9 proc. Pytanie, czy da się ten niekorzystną sytuację zmienić jedną ustawą rządu Morawieckiego? Moim zdaniem, nie.
O udziale płac w PKB decydują dwa czynniki: ogólny poziom płac i struktura zatrudnienia. Jeśli wszyscy bylibyśmy informatykami, pewnie udział płac w PKB byłby w europejskiej szpicy (chociaż – po co nam tylu informatyków). Jeśli wszyscy pracowalibyśmy w montowniach – byłoby odwrotnie. Nie ma skuteczniejszej drogi do lepszych płac niż rozwój nowoczesnej i innowacyjnej gospodarki. Oferującej dobrze płatne miejsca pracy dla wykwalifikowanych pracowników.
Rezerwy w podnoszeniu ogólnego poziomu płac (w tym płacy minimalnej) z pewnością są. Należy je wykorzystywać, aby również pracownicy o niższych kwalifikacjach mogli otrzymywać wynagrodzenia pozwalające na godne życie. Ale z pewnością nie może o tym decydować przedwyborcza licytacja.

Pod stołem
Mądrością związków zawodowych w sporze z pracodawcą jest wynegocjowanie najlepszych warunków pracy. Ale jednocześnie takich, by firma mogła normalnie i zyskownie funkcjonować. Dramatem propozycji płacowych Kaczyńskiego jest to, że nikt żadnych negocjacji z pracodawcami nie prowadził. Pomysł 4000 zł urodził się w gabinecie prezesa PiS-u na Nowogrodzkiej.
Jak zareagują przedsiębiorcy? Duzi raczej sobie poradzą. Choć pewnie nie obejdzie się bez podwyżek cen – z jednej strony. I redukcji zatrudnienia – z drugiej. Póki co mamy ogromny deficyt pracowników. Więc ci zwalniani nie powinni obawiać się masowego bezrobocia.
Nikt natomiast nie jest w stanie przewidzieć, jak zareagują na wzrost płacy minimalnej najmniejsze firmy. Być może zmieni się tylko sposób wypłat. Wiadomo, że dzisiaj w wielu branżach model jest następujący: minimalna krajowa na papierze. Plus reszta „pod stołem”. Zwiększenie płacy minimalnej zmniejszy (lub zlikwiduje) to co „pod stołem”. Podrażając oczywiście koszty pracodawcy o podatek i ZUS kwoty wypłacanej dotychczas „pod stołem”. Ale koniec końców, byłby to scenariusz pozytywny.
Gorzej, jeśli przedsiębiorcy zaczną masowo likwidować zakłady pracy. Nie będąc w stanie prowadzić dalej działalności gospodarczej przy narzuconym administracyjnie poziomie wynagrodzeń. „Zarżnięcie” drobnej przedsiębiorczości – to możliwa konsekwencja tak niespodziewanych i wysokich podwyżek płac. Mogę to opisać na własnym przykładzie. Prowadząc przed laty małą drukarnię, bazowałem na wieloletnich umowach z kontrahentami. Podejrzewam, że nie byłbym w stanie w tak szybkim tempie dostosować się do zupełnie nowych warunków ekonomicznych funkcjonowania firmy.

Kredytobiorcy
Kolejnymi, którzy mogą sobie nie poradzić – to kredytobiorcy. Jeśli wskutek podwyżek płac inflacja wzrosłaby do 6-7 proc. w skali roku, to oprocentowanie kredytów złotówkowych (szczególnie hipotecznych) sięgnęłoby niemalże 10 proc. A to oznacza, że przy kredycie mieszkaniowym rzędu 350 tys. zł, do spłaty byłoby co najmniej 30 tysięcy samych odsetek rocznie. Wraz ze spłatą kapitału, miesięczna rata przekroczyłaby 3000 zł.
Lewica mówi w swoim programie o budowie mieszkań na wynajem z pieniędzy publicznych. Ale to dopiero przyszłość. Dzisiaj rynek mieszkaniowy w znacznej mierze funkcjonuje dzięki kredytom hipotecznym. A te z kolei – dzięki niskim stopom procentowym. Dr Augustyński przekonuje, że wskutek radykalnego wzrostu płac inflacja nie wzrośnie. Ale jeśli by wzrosła –oznaczałoby to zapaść na rynku budownictwa mieszkaniowego. Plus tragiczną sytuację kredytobiorców spłacających kredyty mieszkaniowe. Ryzykujemy, że los „frankowiczów” może stać się udziałem również „złotówkowiczów”.

W telewizji
A teraz puenta. Gdyby w radiu lub telewizji zapytali mnie: co Pan sądzi o podwyżce płacy minimalnej. Co bym powiedział w dwóch zdaniach? Popieram podwyżkę płacy minimalnej do 2600 zł w roku 2020. Lewica proponowała nawet 2700 zł. A 3000 zł? 4000 zł? To wyłącznie kiełbasa wyborcza. Której celem jest wygranie wyborów. A nie polepszenie życia najmniej zarabiającym. Tyle.

Wirtualne inwestycje Morawieckiego

PiS nie potrafi zrealizować nawet swoich, najgłupszych obietnic.

Morawiecki zanim został premierem, był wicepremierem. Specjalizował wtedy w opowiadaniu bajek. Choćby tej o „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Dzięki niej mieliśmy, za 2 biliony złotych, w ciągu paru lat przegonić Niemcy. No i mieć „Luxtorpedę 2.0”.
Potem było o milionie polskich samochodów na prąd. Był chrzest stępki w nieistniejącej stoczni. No i mrzonki o kolejach wielkich prędkości. Nie brakło bajań o rowerowych autostradach i innowacyjności polskiej myśli technicznej.

Kto da więcej niż ja

Po tym jak Morawiecki został premierem nic się nie zmieniło. Ba pojawił się nawet nowy zestaw bajań, określany przez miłą Morawieckiemu część mediów jako „piątka Morawieckiego”. Acz gwoli sprawiedliwości jedną z obietnic zrealizował. Rodzice uczniów dostali po 300 zł na wyprawkę szkolną.
Dlaczego akurat to się udało? Bo nie wymagało fachowców, logistyki, negocjacji, procedur i tego wszystkiego, co składa się na zrealizowanie czegokolwiek, co nie jest prostym rozsyłaniem pieniędzy.
Każde działanie PiS zakładające stworzenie czegoś materialnego, zawodzi. Najlepszym przykładem jest klęska „Mieszkania plus” opisywana tyle razy, że nie ma sensu powtarzać tego po raz enty.
Dokładnie tak samo wygląda realizacja innych „rewolucjonizujących życie Polaków” inwestycji PiS.

Mierzeja

Przekopanie Mierzei Wiślanej to oczko w głowie PiS. Trują o tym od lat. Natomiast od chwili, gdy objęli władzę, na plaży pojawili się już chyba wszyscy prominentni politycy tej partii wbijający palik, czy wykopujący łopatą piasek.
Od dłuższego czasu obowiązuje narracja według której przekop ma być gotowy w 2022 r. I kosztować 880 mln zł. Aby się to udało powinien być realizowany harmonogram. Ten zakładał, że decyzja środowiskowa powinna być wydana w pierwszym półroczu 2018 r. Tymczasem Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Olsztynie podpisał ją 5 grudnia 2018 r. To na jej podstawie zrobiono na Mierzei jedną jedyną konkretną rzecz – wykoszono pas lasu.
Kolejnym etapem przekopywania się miało być uruchomienie przetargu w drugim półroczu tamtego roku. No i uruchomiono. Nawet 3 razy. Efekt jest taki, że za chwilę skończy się połowa tego roku, a wykonawcy nie ma. Za parę dni ma dojść do kolejnego otwarcia kopert z ofertami. I pewnie znów się nie uda. Niezadowoleni z rozstrzygnięć pewnie znów procedurę przetargową oprotestują twierdząc, że jest niejasna i utrudniaj uczciwą konkurencję. Po czym ogłosi się piąty przetarg.
Istnieje też możliwość, że do przetargu nie stanie żadna firma. Wydumane przez PiS 880 mln zł, to bowiem stanowczo za mało. Przecież – państwowy przecież – Urząd Morski w Gdyni wyliczył koszt przekopu i drogi wodnej na 1,3 mld. zł. Zaznaczając przy tym, że ta kwota nie uwzględnia budowy kanału bocznego do planowanej wyspy powstałej z toru wodnego na Zalewie Wiślanym.
Gdyby jednak podliczyć to wszystko do kupy, to wyszłoby, że 2 miliardy zł na budowę przekopu, wyspy i toru wodnego nie wystarczą. Nie wspominając o setkach milionów niezbędnych do zbudowania zupełnie nowego portu w Elblągu.
O bezsensie całego przedsięwzięcia i tak najlepiej świadczy wyliczenie mówiące, że gdyby port w Elblągu przeładowywał 10 razy tyle co teraz, a stawka przeładunkowa wzrosłaby w nim dwukrotnie, to nawet przy kosztach rzędu 880 mln zł, inwestycja zwróciłaby się po 450 latach. Tymczasem koszty te będą niemal trzykroć większe. I to tylko po to, żeby wozić towary morzem do Gdańska, gdy przejazd tam ciężarówką z Elbląga zajmuje niecałą godzinę.
Co prawda Jarosław Sellin 2 lata temu zapowiadał, że przekop sam się sfinansuje. Bo pod piaskiem na Mierzei jest w cholerę bursztynu. Takiego wartego prawie miliard złotych.
Urząd Morski w Gdyni wydał na badania geologiczne 400 tys. zł. Wyszło z nich, że bursztyn owszem jest, ale do pozyskania nadaje się jedynie taki za pół mln zł. Zaś pozyskiwanie to będzie kosztowało 385 tysięcy.
Jeśli to wszystko dodać, to wychodzi, że bursztyn z Mierzei nie umniejszy kosztów, a wręcz przeciwnie. Będzie kosztował polskiego podatnika prawie 300 tys zł dodatkowo.
W tym ekonomicznym kontekście, robienie PiS zarzutu, z nieprzekopywania Mierzei, byłoby bez sensu. Należy zatem trzymać kciuki, za to, żeby ogłoszono przetarg piąty, szósty, siódmy…. I liczyć, że w międzyczasie na miejscu wycinki lasu wyrosną nowe drzewa.

Budujemy mosty

„Polska jest podzielona przez piękne polskie rzeki (…), ale one często (…) jednocześnie powodują pewien rozziew, pewien rozdźwięk między poszczególnymi regionami. Jest co najmniej osiem, dziesięć mostów, których bardzo brakuje” – opowiadał 2 lata temu w Przysusze Morawiecki.
Rok temu z 9 liczba mostów skoczyła do 22. Nazwano to rządowym projektem „Mosty dla regionów” i zadeklarowano na ich zbudowanie 2,3 mld zł.
Euforia w wielu nadrzecznych miejscowościach w Polsce zgasła gdy okazało się, że „samorządy będą mogły otrzymać dofinansowanie na pokrycie aż 80 proc. wydatków kwalifikowalnych danej inwestycji. Pozostałe 20 proc. wartości zadania to wymagany wkład własny, który jednostki samorządu terytorialnego muszą zapewnić w swoim budżecie”.
Samorządy skalkulowały, że gdyby most kosztował 200-300 mln zł, to gmina musiałaby znaleźć na jego budowę 40-60 mln zł. Ale to jeszcze i tak nic, bo według programu rządowego drogi dojazdowe do takiej przeprawy musiałaby wybudować gmina. I to w 100 proc. na własny koszt. Ten zaś to, kolejne 30 mln zł.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że cena mostów w rządowym programie przewyższałaby to, co jest dla gmin niezbędne. Nowe most miałyby mieć paramerty spełniające standardy wojskowe. Czyli musiałyby udźwignąć kolumnę czołgów i mieć konstrukcję, która nie zawaliłaby się od bomby.
Mimo wszystko chętni do budowy mostów się znaleźli. Do Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wpłynęło 75 wniosków. Na ich przygotowanie poszło już z publicznych pieniędzy ponad 86 mln zł. Ale dzięki temu wiadomo, że gdyby miały być budowane wszystkie przeprawy, to rząd musiałby wysupłać nie 2,3 mld zł, ale grubo ponad 4 miliardy.
Kiedy miałyby być rozpatrzone wnioski nikt nie wie. Mówi się o lipcu. Potem będą znane procedury czyli decyzje środowiskowe i oczywiście przetargi. Te skończą się tak jak wszystkie związane z budowlanką. Brakiem chętnych za takie jak w budżecie inwestycji, pieniądze.
A potem wszyscy o rządowym programie zapomną.
Jedynymi wygranymi zostaną Kazimierz Dolny i Janowiec. Bo to te miasta wspominał w przemówieniu Morawiecki, jako przykładach miejsc, które jego program ma połączyć mostami. Oba bowiem miasta, po przeczytaniu zasad koncepcji rządu, nawet złotówki nie poświęciły by starać się w nim uczestniczyć.

Hub

Powstanie gigantycznego lotniska Morawiecki też ogłosił w 2017 roku w Przysusze. Podał nawet termin od kiedy ma zacząć przyjmować i odprawiać samoloty. Znaczy rok 2027.
Centralny Port Komunikacyjny umyślono umieścić 40 km na zachód od Warszawy. Założono, ze ma od mieć przepustowość kilku lotnisk Chopina, czyli 100 mln pasażerów rocznie.
Kosztorys opiewał na 35 mld zł. Z tego 16-19 mld zł miał kosztować sam port lotniczy, 8-9 mld zł nowa linia kolejowa Warszawa-Łódź oraz łącznik do Centralnej Magistrali Kolejowej, natomiast pozostałe 7 mld zł miały pochłonąć inwestycje drogowe. Parę miesięcy temu podano, że do tego należy doliczyć jeszcze 40 mld zł, bo trzeba wyremontować bądź wybudować 1300 km linii kolejowych.
Prace ruszyły z kopyta. Przez 2 lata udało się nawet rządowi przeprowadzić przez Sejm specjalną ustawę w sprawie hubu lotniczo-samochodowo-kolejowego.
Lokalnym samorządowcom też się udało. Przeprowadzili w gminie Baranów, gdzie ma powstać „komunikacyjne serce Polski”, referendum. I okazało się, że „nie” dla CPK powiedziało niemal 83 proc. głosujących. Nie dotarł do nich argument rządu, że położenie geograficzne Baranowa sprzyja inwestycji. Wszak miejscowość jest usytuowana „na przecięciu tras między najważniejszymi metropoliami takimi, jak Los Angeles – Tel Awiw, Wiedeń – Tokio, Szanghaj – Paryż czy Nowy York – Teheran. Centralny Port Komunikacyjny dzięki swojemu położeniu będzie mógł oferować wygodne połączenia na Daleki Wschód i do Ameryki Północnej”.
Dla rządu wynik referendum nie znaczył nic. CPK miało bowiem swoje własne harmonogramy. I właśnie okazuje się, że one biorą w łeb. Do końca roku założono bowiem, że cała potrzebna pod lotnisko ziemia będzie w rękach spółki CPK. To zaś oznacza, że co się uda wykupić po dobroci, państwo powinno wykupić, a z reszty – właścicieli wywłaszczyć.
Tymczasem nie kupiono nawet morgi. Zarząd CPK tłumaczy się teraz, że „żeby przystąpić do negocjacji dotyczących pozyskiwania nieruchomości, musimy znać bardzo precyzyjnie obszar inwestycji, co stanie się po opracowaniu planu generalnego CPK”. Dzięki czemu wiemy, że coś co ma hulać już za 8 lat, nie ma nawet sensownego planu. I mieć nie będzie, bo „w tym roku spółka planuje zlecić przygotowanie planu generalnego”. To zaś z kolei oznacza, że żaden wykup ziemi nie ruszy.
W lutym miała rozpocząć dyskusje o wykupie rada społeczna złożona z delegatów 3 gmin na terenie których powstać ma inwestycja. Do dziś dwie z nich jeszcze nikogo nawet nie delegowały. Co wcale nie jest dziwne, bo przeznaczone pod lotnisko ziemie są urodzajne nadzwyczaj i miejscowi na ich sprzedaż się nie godzą.
To wszystko jednak nie przeszkadzało przedstawicielom rządu popisywać się podczas Europejskiego Kongresu Ekonomicznego w Katowicach wizualizacją hubu. Demonstrowano na prawo i lewo jako pewnik, zrobione na komputerze obrazki.
Doszło do obciachu, po którym wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild musiał się tłumaczyć, że zaprezentowana wizualizacja to jedynie wstępny szkic, który może ulec zmianie.
Jeszcze śmieszniej było kilka dni temu na Forum Ekonomicznym w Krynicy.
– Spółka Centralny Port Komunikacyjny zbiera uwagi do założeń koncepcyjnych Portu Lotniczego Solidarność – powiedział Mikołaj Wild.
Czyli robi coś, co powinno być przeprowadzone przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji.
Obok Baranowa, w Wiskitkach, jeszcze 10 lat temu stały w polu ruiny wiaduktów z budowanej tam za Gierka autostrady z zachodu Europy na olimpiadę w Moskwie. Dróg do tych wiaduktów nigdy nie wybudowano. Dokładnie to samo spotka – zdaniem miejscowych – pisowskie megalotnisko.

Piątka Kaczyńskiego

Wygrana PiS-u w nadchodzących wyborach parlamentarnych wcale nie jest przesądzona.

Porażka Koalicji Europejskiej w majowych wyborach europejskich wpłynęła negatywnie na nastoje w partiach opozycyjnych. Z jednej strony – siedem punktów procentowych różnicy wydawało się możliwe do odrobienia. Ale z drugiej strony – wybory do Parlamentu Europejskiego były dla opozycji, mającej najwyższe poparcie w miastach, najłatwiejsze do wygrania.
Wielu polityków opozycyjnych zaczęło oswajać się z myślą, że jesienne wybory do Sejmu i Senatu wygra Prawo i Sprawiedliwość. I czeka nas kolejna kadencja rządów Jarosława Kaczyńskiego. Zamiast myśleć o stworzeniu szerokiej formuły koalicyjnej – zdolnej do pokonania PiS-u – zaczęto zwierać partyjne szeregi. Interes szefostwa takich partii jak Platforma Obywatelska czy Polskie Stronnictwo Ludowe okazał się ważniejszy od polskiej racji stanu. Nakazującej przede wszystkim obronę polskiej demokracji.
Czy dzisiaj – na półtora miesiąca przed wyborami – kolejne cztery lata rządów Prawa i Sprawiedliwości wydają się nieuchronne? Nie! Oto pięć zdarzeń, które mogą mieć istotny wpływ na wynik wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.

Drożyzna

Ogłoszenie w ramach „piątki Kaczyńskiego” świadczenia 500+ na pierwsze dziecko zaskoczyło nawet Teresę Czerwińską, ówczesną minister finansów. PiS chciał powtórzyć manewr z 2015 roku, kiedy to zapowiedź wypłat świadczeń dla dzieci pomogła Kaczyńskiemu w wygraniu wyborów. Wypłaty 500 złotych na pierwsze dzieci właśnie ruszyły. Czy i tym razem okażą się takim samym wehikułem wyborczym? Śmiem wątpić. Galopada cen żywności zdążyła już „zjeść” istotną część poprzedniego 500+, niepodlegającego przecież żadnej waloryzacji. Dlatego dla wielu rodzin dorzucenie kolejnych pięciuset złotych potraktowane zostanie wyłącznie jako swoisty dodatek drożyźniany. Pozwalający utrzymać dotychczasowy standard życia. A nie poprawić go.
Inflacja rok do roku znacznie wzrosła. Co prawda ogólny wskaźnik wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych wynoszący 2,9 proc. nie wygląda dramatycznie. Zupełnie inaczej jest w podziale na grupy towarowe. Ceny żywności i napojów wzrosły o 6,8 proc., ceny mięsa o 10,6 proc., ceny cukru o 23,3 proc., a ceny warzyw o 27,3 proc. Dla Polek i Polaków – przyzwyczajonych w ostatnich latach raczej do deflacji – takie wzrosty cen są szczególnie szokujące.
Rodziny z dziećmi jakoś powiążą koniec z końcem. Zasypując ewentualną dziurę w rodzinnym budżecie pieniędzmi z nowej transzy 500+. Gorzej z emerytami i rencistami. Czy wystarczającą zachętą do zagłosowania na PiS będzie zapowiedź „trzynastej emerytury” w przyszłym roku? A może „dobra zmiana” zacznie się im coraz częściej kojarzyć z „droższą zmianą”?

Dwa roczniki

Ostatnio rzadko mamy okazję widzieć w telewizji roześmianą twarz byłej minister edukacji Anny Zalewskiej. Nowy minister też raczej woli pozostawać w cieniu. Ale clou tego co PiS nazwał „reformą edukacji” zbliża się nieuchronnie. Już w najbliższy poniedziałek w szkołach ponadpodstawowych pojawią się dwa roczniki uczniów i uczennic. W niektórych szkołach będzie konieczne wprowadzenie dwóch zmian, w innych pojawi się tłok i kosmiczna ilość pierwszych klas.
We Wrocławiu rekordzistą jest Liceum Ogólnokształcące nr VII przy ulicy Zaporoskiej. Powstało tam 19 klas pierwszych. Dla porównania liter w alfabecie, którymi oznacza się poszczególne klasy, jest 25. Dyrektorzy wrocławskich szkół zapewniają, że udało się tak rozplanować lekcje, by kończyły się najpóźniej o 15:30. Takiego komfortu nauki nie będą mieli na przykład uczniowie i uczennice I Liceum Ogólnokształcącego w Bochni. Portal Money.pl opublikował plan lekcji jednej z klas tamtejszego liceum. Zajęcia od poniedziałku do piątku rozpoczynają się między godziną 13 i 14. I trwają do 19:25.
Przedstawiciele kuratoriów i dyrektorzy szkół zgodnie zapewniają, że udało się pomieścić wszystkich chętnych do nauki. Lepiej powiedzieć: upchnąć. Bo ile korzyści z lekcji niemieckiego, fizyki czy chemii wyniosą licealiści z Bochni. Lekcji odbywającej się w godzinach 18:40-19:25. Niezliczona ilość kłopotów, choćby organizacyjnych, pojawi się z pewnością tam, gdzie w pierwszych klasach będzie się uczyło jednocześnie 500 lub 600 osób. A wszystko z powodu… Z powodu nieudolności rządzących. Wrzesień będzie apogeum irytacji rodziców. Również tych, którzy głosowali na PiS.

Podróże Kuchcińskiego

Samolot w polskim społeczeństwie nadal jest synonimem luksusu. Mimo że koszt przelotu tanimi liniami niejednokrotnie jest niższy niż podróżowanie autobusem lub pociągiem. Sam kiedyś musiałem tłumaczyć się dziennikarzom z 400 podróży LOT-em podczas czteroletniej kadencji w Sejmie. Mimo że nie było w tym nic zadziwiającego, raz w tygodniu trasa Wrocław – Warszawa i raz z powrotem. Ale samolot to samolot. A co dopiero, jeśli samolotem jest rządowa salonka Gulfstream G550. Kursująca niczym osobista limuzyna marszałka Kuchcińskiego.
Jeśli na jesieni PiS przegra wybory, medal będzie się należał przede wszystkim Markowi Kuchcińskiemu. Rodzinne wycieczki marszałka w bardzo istotny sposób nadszarpnęły reputację ekipy „dobrej zmiany”. Bardziej niż niezrozumiała przed część społeczeństwa afera trollingowa. Zwłaszcza że elektorat pisowski byłby pewnie gotów przymknąć oko na wszystko to co ostatnio usłyszeliśmy i zobaczyliśmy. Skoro – jak to powiedziała sławna już pani Emilia – cały hejt oczerniający sędziów służyć miał „dobru Polski”. Znacznie trudniej jest znaleźć takich, którzy powtórzą za premier Szydło, że: „rodzinie Kuchcińskiego to latanie rządowym samolotem po prostu się należało”.
Afera Kuchcińskiego bezpośrednio nie odbiła się na notowaniach PiS-u. To prawda. Ale z pewnością podmyła grunt, po którym stąpa Kaczyński. Przybliżając moment, w którym ostatecznie się osunie.

Ukradzione LGBT

Stałym elementem kampanii Prawa i Sprawiedliwości było wskazywanie potencjalnym wyborcom wroga. Przed wyborami w 2005 roku Jarosław Kaczyński mówił o wszechwładnym „układzie”. Posiłkując się obrazem stolika, przy którym siedzieli skorumpowani politycy, ludzie biznesu, przedstawiciele służb i pospolici przestępcy. Zadaniem PiS-u było ten stolik „wywrócić”. W przed wyborami w 2015 straszakiem byli imigranci. Pamiętam sejmowe wystąpienie prezesa Kaczyńskiego, w którym straszył Polki i Polaków, iż wraz z uchodźcami z Bliskiego Wschodu pojawią się w naszym kraju „różnego rodzaju pasożyty i pierwotniaki”. Plus takie choroby jak cholera i dyzenteria. I na dodatek strefy szariatu.
Tegorocznym „wrogiem” miało być środowisko LGBT. Narracja budowana była już od kilku miesięcy – pretekstem stało się podpisanie przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego warszawskiej karty LGBT+. Do wyobraźni przemawiać miał obraz przedszkolanki uczącej swoich podopiecznych masturbacji – zresztą nie mający żadnego związku z podpisaną przez Trzaskowskiego kartą LGBT+. Jarosław Kaczyński nie przewidział, że „tęczowego wroga” ktoś mu może ukraść. Biskupi.
Hierarchowie Kościoła katolickiego od czasu projekcji filmu braci Sekielskich byli w głębokiej defensywie. Ale jak długo można się tłumaczyć. Przepraszać. Prosić o przebaczenie. Atak Kościoła na środowisko LGBT zmienił sytuację diametralnie – zgodnie z odwieczną regułą, że najlepszą obroną jest atak. Od czasu „tęczowej zarazy” arcybiskupa Jędraszewskiego temat pedofilii wśród księży medialnie przestał istnieć. Pod krakowską kurią zaczęli gromadzić się na przemian krytycy i poplecznicy arcybiskupa. Obrona przed rzekomą „ideologią LGBT” zdominowała kościelną debatę i coniedzielne kazania. Kościelną. Bo Kaczyński w tej sytuacji stał się jedynie sekundantem biskupów.

Frank po 4 zł

W 2015 roku Andrzej Duda wygrał z Bronisławem Komorowskim różnicą pół miliona głosów. Dokładnie tyle jest kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich. A spośród co najmniej miliona wyborców borykających się ze spłatą horrendalnie drogich rat kredytów frankowych, znaczna część zawierzyła Andrzejowi Dudzie. Podczas kampanii wyborczej spotykał się z przedstawicielami organizacji skupiających „frankowiczów”. Zdawał się rozumieć, że zaciągniętych kredytów – w głównej mierze przez młode rodziny – nie da się skwitować krótkim „widziały gały co brały”. I obiecywał znalezienie rozwiązania…
Dzisiaj kurs franka szwajcarskiego do złotówki ponownie przekroczył barierę 4 złotych. A „frankowicze” już wiedzą, że zarówno prezydent Duda jak i rząd Prawa i Sprawiedliwości pozostawił ich samych sobie. Dodatkowo wyszło na jaw, że bank BZ WBK, któremu prezesował Mateusz Morawiecki, również był zaangażowany w udzielanie kredytów we frankach. Arkadiusz Szcześniak, szef Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu, wyliczył, że w latach 2009-2010 BZ WBK udzielił takich kredytów na kwotę 2,3 mld franków szwajcarskich.
Pomocą dla „frankowiczów” może okazać się wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Jego ogłoszenie oczekiwane jest już we wrześniu. I wiele wskazuje, że będzie korzystny dla zadłużonych we frankach szwajcarskich. Zaś banki może kosztować nawet 60 mld złotych. Stawiając pod znakiem zapytania stabilność polskiego systemu bankowego. Jeśli tak by się stało, wszystkie afery, od dwóch wież Kaczyńskiego począwszy, a na fabryce hejtu wiceministra Piebiaka skończywszy, byłyby jak mały pikuś. Bo w bankach trzymamy 800 mld złotych. Wierząc, że nasze pieniądze są tam bezpieczne.

Pijana zakonnica

Kiedyś Adam Michnik przekonywał, jak pewna jest wygrana Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich w 2015 roku. „Musiałby po pijanemu na pasach przejechać niepełnosprawną zakonnicę w ciąży” – mówił. Kaczyński nie musi po pijanemu. Na pasach. Przejechać zakonnicy. W ciąży. A i tak PiS może za sześć tygodni stracić władzę.

Przewrotność i obłuda

Prezes PiS w Dygowie.

W minioną sobotę w niewielkiej gminie wiejskiej Dygów pod Kołobrzegiem odbył się kolejny Piknik Rodzinny, którego głównym gościem był Jarosław Kaczyński. Zwrócił się on, co zrozumiałe ,o poparcie dla swojej formacji w nadchodzących wyborach parlamentarnych, a także – wychwalając obecnego prezydenta – apelował o reelekcję Andrzeja Dudy w przyszłym roku i to „najlepiej w I turze”. Dotychczas udało się to tylko Aleksandrowi Kwaśniewskiemu w 2000 r.
Ale najważniejsze nastąpiło później. Prezes mówił twardo o konieczności zmiany Konstytucji RP na „potrzebną”, tym samym dezawuując obecnie obowiązującą ustawę zasadniczą, przyjętą w ogólnokrajowym referendum w 1997r. Ta nowa ma jakoby gwarantować „prawdziwą demokrację”, „prawdziwą praworządność” i „prawdziwą równość”. Dla mnie – jako jednego z 56 członków Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego,która w latach 1993-1997 wypracowała projekt aktualnej konstytucji – te słowa to nie tylko kuriozum,ale i zupełne qui pro quo.
Rzecz w tym, iż ta obecna generalnie sprawdziła się, choć oczywiście nie jest idealna (np. nie mogło w niej być jeszcze odniesień do UE; dziś wydaje się również trochę przegadana: ma aż 243 artykuły). Co więcej, to PiS wielokrotnie ją naruszał (korzystając z posiadanej większości i w Sejmie i w Senacie), co potwierdzały też opinie organów Rady Europy oraz zastrzeżenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Szereg postępowań w tej materii trwa. Tylko w niektórych przypadkach udało się temu zapobiec, jak choćby z próbą skrócenia 6-letniej kadencji I Prezesa Sądu Najwyższego, gwarantowanej art. 183.
Użyłem w tytule dość wyważonych słów: „przewrotność” i „obłuda”. W Słowniku synonimów języka polskiego znajdziemy szereg innych, często ostrzejszych określeń na omawiane zjawisko polityczne, np.: „dwulicowość”, „faryzeuszostwo”, „kuglarstwo”, a nawet „perfidia”. Na szczęście niewielkie są szanse polskiej prawicy na zmianę obecnej konstytucji, co wymaga zwłaszcza większości 2/3 głosów w Sejmie. I to niezależnie od tego – jak barwnie rzecz ujął Michał Szułdrzyński – „czy Gulfstreamy staną się ośmiorniczkami PiS”.
Z tego punktu widzenia sytuacja z demokracją nad Wisłą jest lepsza niż np. na Węgrzech, gdzie premier Orbán dysponuje taką większością konstytucyjną.
Ponad 350 lat temu wybitny francuski myśliciel, książę François de La Rochefoucauld napisał, iż „obłuda jest hołdem, jaki WYSTĘPEK oddaje CNOCIE”. Ale to chyba nie jest polski
przypadek.

Śląskie opowieści PiS-u

Obecny rząd wykazuje się bardzo dobrą skutecznością w składaniu obietnic i snuciu rozmaitych planów.

Rząd PiS chwali się, że w „realizację Programu dla Śląska zostało zaangażowane już 42 miliardy złotych”.
Nie bardzo wiadomo, co w użytym przez rząd kontekście oznacza słowo „zaangażowane”?. Czy są to pieniądze, które zostały już wydane, czy może takie, które w jakimś planie dopiero przeznaczono perspektywicznie na rozwój Śląska?

Strategia bez efektów

W każdym razie pewne jest to, że żadnych 42 mld zł dotychczas nie wydano na Program dla Śląska.
A ile konkretnie dotychczas wydano? Nie wiadomo, bo tym akurat rząd PiS się nie chwali. Chwali się natomiast tym, że stworzył strategię dla Śląska i są tego efekty.
Rządowy slogan reklamowy brzmi właśnie: „Program dla Śląska. Jest strategia są efekty”.
Co do strategii, to trudno się do niej odnieść. Wiadomo natomiast, że w rzeczywistości efektów nie ma. PiS-owski wojewoda śląski już w połowie ubiegłego roku zapewniał, iż rządowy Program dla Śląska jest realizowany. Może i jest – tyle, że póki co, niczego nie zrealizowano.
Rząd PiS za strategię uważa zwykle zestaw obietnic, odpowiadających potrzebom danego regionu. Przygotowywanie takich „strategii” jest więc proste i łatwe – toteż nic dziwnego, że rząd stworzył ich już wiele. Program dla Śląska nie wyróżnia się tu niczym szczególnym.

Dofinansowanie wirtualne

Wiadomo, że na Śląsku palącym (nomen omen) problemem jest walka z zanieczyszczeniem powietrza. Gdzie na Śląsku to zanieczyszczenie się zmniejszyło? Nigdzie!.
Rzecz w tym, że rządowy progam Stop Smog to przede wszystkim propagandowa lipa, a Śląsk jest jednym z tego przykładów.
Istnieje w tym regionie lokalny program, stanowiący odnogę rządowego Stop Smogu. Nosi nazwę: program kompleksowej likwidacji niskiej emisji na terenie województwa śląskiego. Realne efekty tego programu? Oczywiście brak!.
Zgodnie z obietnicami, ów śląski program antysmogowy ma dofinansowywać termomodernizację wielorodzinnych budynków mieszkaniowych, wymianę przestarzałych pieców i modernizację sieci ciepłowniczych oraz promować nowoczesne metody produkcji energii elektrycznej i ciepła.
Zainteresowanie społeczności lokalnych było, co zrozumiałe, bardzo duże. Mieszkańcy Śląska, nie mogąc się doczekać wsparcia ze strony rządu, na własną rękę postanowili realizować różne inwestycje służące walce ze smogiem. Gdy więc wreszcie władza centralna obiecała dofinansowanie, to rząd otrzymał 98 wniosków o dofinansowanie.
Łączny koszt śląskich działań , które miały być objęte dofinansowaniem to 913 milionów złotych, z czego wysokość dofinansowania unijnego ma stanowić 500 milionów złotych.
Rząd chwali się, że ma około 1 miliarda złotych tylko na poprawę jakości powietrza w województwie śląskim. Wydanie 913 mln zł nie byłoby więc żadnym problemem.
To jednak tylko teoria, bo nikt nie dostał żadnych pieniędzy, a dofinansowanie, tak jak było, pozostaje w sferze obietnic (w składaniu obietnic PiS jest rzeczywiście dobry).

Nie traćcie nadziei

O tym, że rządowe obietnice walki ze smogiem były fikcją, świadczy to, iż dotychczas o fundusze na termomodernizację mogły starać się tylko wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe. O wsparcie nie mogły ubiegać się samorządy lokalne – choć to przede wszystkim one planują, przygotowują i wykonują takie inwestycje na swoim terenie. Odcięcie władz lokalnych od wsparcia ze strony państwa było jednak zgodne z PiS-owską polityką ograniczania samorządności.
Dopiero w pierwszej połowie tego roku rząd ugiął się pod falą krytyki i zezwolił samorządom na ubieganie się o wsparcie z centralnej kasy – co wszakże wciąż pozostaje w sferze obietnic, bo realnie jeszcze żaden śląski samorząd nie dostał ani grosza na termomodernizację.
Rząd PiS już wcześniej obiecywał, że kilka najbardziej zanieczyszczonych miast w województwie śląskim (wytypowano Żywiec, Żory, Pszczyna, Knurów, Myszków, Wodzisław Śląski i Godów) będzie mogło uzyskać dofinansowanie w ramach programu Stop Smog.
Tu się nic nie zmieniło. Nadal obiecuje się, że te miasta będą mogły uzyskać dofinansowanie. Kiedyś…

Wszystko dla programu

Program dla Śląska to oczywiście nie tylko obietnice dotyczące czystszego powietrza. Przykładowo, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przeznacza prawie 220 milionów złotych na 42 innowacyjne inwestycje z obszarów: przemysł stalowy, energetyka, motoryzacja, medycyna i farmaceutyka.
O efektach tego finansowania oczywiście głucho. Tak jak i głucho o najważniejszej innowacyjnej śląskiej inwestycji (o której mówiono od lat), czyli o produkcji metanu w wyniku podziemnego zgazowania węgla.
Przede wszystkim zaś, do wspomnianego programu wpisano działania, które i tak byłyby wykonywane w ramach normalnych planów działania. Tyle, że teraz nazywa się, iż są one podejmowane w ramach Programu dla Śląska.
Na przykład, dwadzieścia parę tysięcy młodych ludzi po ukończeniu szkół rozpoczęło pracę w śląskich zakładach i instytucjach – podjęli ją oczywiście w ramach Programu dla Śląska. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w województwie śląskim powoli kontynuuje budowę autostrady A1 i nieco innych dróg – to także Program dla Śląska. I tak dalej.

Przede wszystkim, jest Rada

Jest jednak jeden ewidentny konkret, całkowicie związany z Programem dla Śląska i będący jego wyłącznym, stuprocentowym efektem. Otóż, w kwietniu tego roku premier Mateusz Morawiecki wydał zarządzenie, powołujące Radę Wykonawczą do spraw Programu dla Śląska.
Rada , jak zapowiada rząd, ma „wzmocnić koordynację działań podejmowanych przez rząd w ramach programu i zapewnić konsekwentną realizację planowanych inwestycji”.
Czyżby więc dotychczas koordynacja działań podejmowanych przez rząd PiS w ramach programu była za słaba, a planowane inwestycje nie były konsekwentnie realizowane?. Aż nie chce się w to wierzyć…
W każdym razie – i to jest najważniejsze – w skład Rady Wykonawczej do spraw Programu dla Śląska weszło zacne, wieloosobowe grono krewnych i znajomych królika, którzy oczywiście nie pełnią społecznie tych niezwykle odpowiedzialnych obowiązków, jakie wiążą się z zasiadaniem w Radzie Wykonawczej.
Należy oczekiwać, że przed tegorocznymi wyborami PiS ogłosi Program dla Śląska Plus. Tam dopiero będzie się roić od nowych obietnic. I zapewne potrzebna będzie kolejna Rada Wykonawcza.

Czas rozliczania Rządu (część I)

Mamy za sobą kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego i być może zamknięty rozdział rozliczeń z wyników tych wyborów. Teraz trzeba popatrzeć w przyszłość, a ona to wybory do Sejmu i Senatu.

Zanim rozpocznie się kampania nale­ży rozpocząć przygotowania do niej, by była ona już skuteczna (zwycięska). Kampa­nię naszą musimy oprzeć na atrakcyjnej ofercie programowej dla suwerena, ale też powinniśmy merytorycznie odnieść się do realizacji zaproponowanego w poprzedniej kampanii wyborczej programu obecnie rządzącej partii, a poprzez to odsłonić jego „wiarygodność”.
PiS kończy swoją pełną kadencję rządzenia naszym krajem. To najwyższa pora na podsumowanie i rozliczenie Rządu z realizacji obietnic wyborczych. W tym tek­ście skoncentrujemy się na przedstawieniu niezrealizowanych obietnicach wybor­czych lub tych, których rzekoma realizacja jest zwykłym oszustwem. Przedstawianie i omawianie zrealizowanych obietnic nie ma większego sensu, gdyż członkowie Rzą­du powtarzają je wielokrotnie każdego dnia i oczywiście będą o nich mówić także w najbliższej kampanii wyborczej ale z pewnością przemilczą te niezrealizowane i te, z których realizacją PiS ma spore problemy.
W kwestii zrealizowanych obietnic sprostowania wymaga program Rodzina 500+. Faktycznie w pełnym obiecanym, w trakcie wcześniejszej kampanii zakresie będzie ona zrealizowana dopiero od lipca 2019r. Ujmowanie programu 500+ na pierwsze dziecko w kolejnej „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem.
Wracając jednak do rozliczania Rządu z obietnic wyborczych, najbardziej zna­ną z kampanii Prezydenckiej i kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu jest przewalu­towanie kredytów frankowych po kursie z dnia podpisania umowy. Do dzisiaj pro­blem ten nie został rozwiązany. Politycy PiS-u brak propozycji rozwiązania tego pro­blemu tłumaczą swoją odpowiedzialnością za stabilność naszego systemu bankowe­go. Rodzi się więc pytanie, czy w trakcie kampanii wyborczej politycy ci o tym nie wiedzieli? Oczywiście, że wiedzieli bo w swoich szeregach mają przecież wielu eko­nomistów z tytułami profesorskimi, ale na potrzeby kampanii najnormalniej w świe­cie „mijali się z prawdą”. To właśnie ten jeden z przykładów na „wiarygodność” PiS-u, którą politycy tej partii próbują nam wmówić.
Kolejną obietnicą wyborczą przyszłej Premier Beaty Szydło, która miała być zrealizowana jako jedna z pierwszych, to podwyższenie rocznej kwoty wolnej od po­datku dla osób fizycznych do 8.000zł. Oferta ta praktycznie nie została zrealizowana. Rząd w tej kwestii wykonał ruchy pozorujące, zaproponował rozwiązania niewiele zmieniające w dotychczasowych warunkach. Zwiększenie kwoty wolnej od podatku nastąpiło jedynie dla osób o bardzo niskich rocznych dochodach nie przekracza-jących 8000zł (miesięczne wynagrodzenie około 667zł brutto). Aby zobrazować ten PiS-wski żart wystarczy powiedzieć, że przy najniższym wynagrodzeniu brutto, (rocznym dochodzie brutto 27.600zł) pracownik nie może skorzystać ze zwiększonej kwoty wolnej od podatku. Kochani Rodacy, PiS nie tylko nie podniósł kwoty wolnej od podatku to na domiar złego przez okres czterech lat nie przeprowadził jej rewaloryzacji, podobnie jak w tym czasie nie zrewaloryzował progów podatkowych. W efekcie tych działań, w czasie tej kadencji PiS pozbawił każdego pracującego obywatela i emeryta kilku tysięcy złotych. Ogłaszając propozycję 13-tej emerytury „władza” raczyła zwrócić emerytom tylko niewielką część zagarniętych wynagrodzeń tym samym 13-tą emeryturą, PiS częściowo zrealizował obietnicę zwiększenia kwoty wolnej od podatku wobec emerytów. W zaistniałej sytuacji wrzucanie 13-tej emerytury w nową „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem, bo jest to przecież częściowa realizacja wcześniejszej niezrealizowanej przez Rząd obietnicy dotyczącej zwiększenia kwoty wolnej od podatku od osób fizycznych. Politycy PiS-u są bardzo zdyscyplinowani i natrętnie powtarzają przekazy dnia, jakże często składające się z półprawd czy nawet kłamstw, w które jak się okazuje suweren jest w stanie uwierzyć, gdyż opozycja, zwłaszcza ta parlamentarna, mająca dostęp do mediów jest nieskuteczna w prostowywaniu tych nieprawdziwych informacji. Cza-sem odnosi się wrażenie, że ona też uwierzyła w wiarygodność PiS-u.
Szczególnym oszustwem wobec suwerena są darmowe leki dla Seniora 75+. Zasady oraz wykaz leków objętych tą ofertą sprawiają, że zamiast darmowych leków seniorzy oszczędzają przy wydatkach miesięcznych rzędu 100-200zł zaledwie kilka lub kilkanaście złotych. W tej sytuacji trudno mówić o darmowych lekach dla senio­rów. PiS dobrze wie jakie są realia tego programu, że faktycznie to fikcja a mimo to stara się wmówić to kłamstwo pozostałym rodakom, których oferta ta nie dotyczy. O tym, że taka jest rzeczywistość świadczą roczne środki przewidziane na obsługę tego programu. Według danych Ministra Zdrowia na program ten w 2018r przeznaczono 693,3mln zł, za które obsłużono 21mln recept sygnowanych symbolem „S”. Minister­stwo Zdrowia nie podaje informacji na jakim poziomie środki z tego programu zosta­ły wykorzystane. W poprzednim roku Ministerstwo chwaliło się znacznymi oszczęd­nościami w tym programie. Ale przyjmując, że środki te zostały wykorzystane w ca­łości i obsłużyły 21 mln recept to dofinansowanie było na poziomie 33zł. Czy w kon­tekście tych danych jest się uczciwym i wiarygodnym powtarzając, że zrealizowano obietnicę darmowych leków dla seniorów? Ocenę pozostawiamy suwerenowi. Szcze­gólnie przykra jest to sprawa, bo ta nieuczciwość dotyczy osób starszych bardzo schorowanych, dla których wykupienie leków to często kwestia przeżycia.
Bardzo dużo mówiono także o programie mieszkanie +. Jak wygląda realizacja tego programu? Propaganda PiS-u powtarza, że program jest realizowany. Chcąc po-kazać Polkom i Polakom jak skutecznie ruszył ten program podpinano do niego już realizowane obiekty lub te, które były przygotowane do realizacji. Przekładem mogły być mieszkania w Białej Podlaskiej. Okazało się również, że zapowiadane koszty użytkowania lokali były znacznie wyższe niż zapowiadano w kampanii. Aby lokato­rzy nie podnosili krzyku proponowano im dopłaty do czynszu, za które płacić będą wszyscy rodacy. A może czas najwyższy by wyjmowane z czapki propozycje, bo ta­kie nakrycie ma Prezes, miały poparcie w analizach ekonomicznych, które pozwoli­łyby na właściwe dopracowanie oferty programowej.
Warto by Zarząd tej partii zrozumiał, że Prezes PiS-u to zwykły śmiertelnik a nie „Jarosław Wszechmogący” i warto jego pomysły obudować analizami ekono­micznymi i finansowymi. Władze partii powinny wiedzieć, że przyjmując władzę w Polsce przyjmują również odpowiedzialność za nasz kraj i to nie tylko tą krótkoter­minową (kadencyjną) ale także za jej pomyślność w przyszłości.
Przedstawiliśmy tylko część obietnic wyborczych PiS-u niezrealizowanych lub których „realizacja” daleka jest od złożonych obietnic z kampanii wyborczej, które tylko potwierdzają jak daleko od bycia wiarygodnymi są politycy tej partii.
Kolejne oferty z kampanii, z których realizacją Rządzący mają problemy zosta­ną przedstawione w następnym komentarzu.
Na zakończenie warto zapytać Grzegorza Schetynę, co robi Gabinet Cieni, by obnażać te kłamstwa i półprawdy Rządzących? Czy to lenistwo jego członków, czy też w tej kwestii PiS ma rację mówiąc o gabinecie cieniasów? Najwyższa pora by ga­binet ten rozpoczął intensywne działania dekonspirujące rzeczywiste „sukcesy” tego rządu. Efekty tych prac powinny być konsekwentnie, z dużą systematycznością prze­kazywane rodakom. Na razie politycy PiS-u bez przeszkód próbują wmówić Polkom i Polakom swoją wiarygodność, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Test przedsiębiorcy Rząd na straży przywilejów

Od kilku tygodni trwa zadziwiająca bitwa wewnątrz obozu zjednoczonej prawicy. Chodzi o tzw. test przedsiębiorcy, czyli pomysł weryfikacji jednoosobowych firm tak, aby odsiać tych, którzy naprawdę prowadzą działalność gospodarczą od tych cwaniaków, którzy po prostu doją państwo na podatkach.

Rząd Leszka Millera wprowadził bowiem liniowy PIT na poziomie 19 proc., z czego skorzystali przede wszystkim dobrze opłacani menadżerowie i specjaliści. Rezygnują oni z umów o pracę (i wpadania w wyższy próg podatku dochodowego), bo przy zarobkach rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie wszystkie usługi społeczne mogą sobie kupić na wolnym rynku, a z pewnością pomaga im w tym owa kilkunastoprocentowa oszczędność.
Jakby ta weryfikacja miała wyglądać, nie wiadomo, ale po pojawieniu się wspomnianej na początku zapowiedzi weryfikacji, w biznesowo-liberalnych mediach pojawiła się panika, kuriozalne ‘’listy’’ zrozpaczonych pseudo-przedsiębiorców, którzy porównywali pomysł z wieszaniem na latarni (mowa o liście wydrukowanym w Rzeczpospolitej, zdawałoby się poważnej gazecie), a także wyliczenia.
Z tych ostatnich ma wynikać, że – co ciekawe – najbiedniejsi przedsiębiorcy mają zyskać. Jeśli mają dochód pięć tysięcy miesięcznie, to w skali roku zarobią dodatkowe półtora. Niewiele zmieni się dla dobrze zarabiających średniaków Jeśli ktoś na działalności zarabia dziesięć tysięcy miesięcznie, to rocznie będzie musiał zapłacić półtora tysiąca. Schody będą dla krezusów. Jeśli bowiem ktoś przytula dwadzieścia tysięcy w miesiąc, to rocznie odda państwu
siedemnaście.
Jeśli trzydzieści – to jeden miesięczny dochód. I tak dalej. Trudno uznać, że jest to bolesne.
Warto przy tym podkreślić, że chodzi o ludzi na fikcyjnej działalności gospodarczej. Czyli wykonujące po prostu pracę, a nie biznes. To wszystko dotyczy 160 tys. z nas, czyli jakiś 1 proc. pracowników. Z tego uszczelnienia nie będzie więc wielkich pieniędzy, bo niewiele ponad 1 miliard, ale przecież on piechotą nie chodzi i przyda się w budżecie.
Biznesowe media straszą również, że może dojść do sytuacji, gdy ZUS zażąda od niby-przedsiębiorców zapłaty zaległych składek. To pewnie dałoby się rozwiązać na poziomie przepisów. Bo to nie wina ludzi, że państwo pozwala im okradać wspólnotę, tylko państwa właśnie.
Na razie stanęło na tym, że Morawiecki ‘’przeciął spekulacje’’ i powiedział, że testu nie będzie. Po co przed wyborami złościć małą, ale za to wpływową grupę?

Flaczki tygodnia

Krowom po pięćset, świniom po sto. Pan prezes Kaczyński jest jak król Midas. Każdy ruch Jego Ust przemienia każdą partyjną konwencję w obiecane złote.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A kot to pies? Jak żyć panie prezesie, kiedy dzieli pan już nie tylko Polaków na lepszych i gorszych, ale też mieszkające w Polsce zwierzęta.

Psom też pan prezes niczego nie obiecał. I proszę panią rzecznik Mazurek aby nie mieszała ludziom w głowach informacjami, że policjanci już dostali. Za dużo seriali Patryka Vegi ogląda, a za mało Piketty-ego czyta.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Na sąsiedniej Ukrainie w pierwszej turze wyborów zwyciężył komik Zełenski. Pan prezes Kaczyński idzie drogą ukraińskiego komika i też chce wygrać tegoroczną pierwsza turę wyborów. Potęgując obietnice wyborcze do komicznych rozmiarów. Do granic śmieszności i ekonomicznego absurdu.
Trzeba stwierdzić, że ukraiński komik aż tak komicznych i kosmicznych, jak jego polski epigon, obietnic nie składa. Ale Zełenski to zawodowy komik. A pan prezes Kaczyński to komik amator.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A nauczycielom paskami TVP info po oczach.
Z nauczycieli propagandziści z TVP już robią medialne, antypolskie świnie i żądne szmalu leniwe, też niepolskie, krowy. Polscy nauczyciele są dla elit i mediów związanych z PiS grupą zawodową gorszą od „komunistów i złodziei”, „żydów”, „muzułmańskich uchodźców”, „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”, „środowisk LGBT”, wszystkich razem wziętych.

W chwili gdy „Flaczki” idą do druku nie znamy wyniku zapowiadanych, ostatnich rozmów przedstawicieli rządu pana prezesa Kaczyńskiego z reprezentacją protestujących nauczycieli. Ale już słyszymy, że niektórzy liderzy NSZZ ”Solidarność” przechodzą na pozycje łamistrajków.

Pan prezes Kaczyński może „zagrać ostro”, jak lubi, i doprowadzić do wybuchu strajku nauczycieli. Aby zaraz potem szczuć zdenerwowanych uciążliwościami strajku rodziców na słusznie strajkujących polskich nauczycieli. Dzielić nauczycieli na tych „odpowiedzialnych” z „Solidarności” i „terrorystów” z ZNP. Wszystko po to, aby jeden z najważniejszych obecnie problemów, czyli naprawę edukacji narodowej, przykryć propagandowo kabaretowymi obietnicami wyborczymi.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Tyle przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tymi mniej ważnymi dla pana prezesa i jego kaczystów. Bo parlamentarzyści PiS, niezależnie od ich wyniku wyborczego, będą w Parlamencie Europejskim znowu opozycją. I tylko opozycją.

Opozycją totalną zapewne, krzykliwą, demonstracyjnie nie zginającą, napakowanych nienawiścią do „elit brukselskich”, karków. Ale stale przegrywającą. Bo nawet eurodeputowani Wiktora Orbána nie chcą być w jednej frakcji z eurodeputowanymi pana prezesa Kaczyńskiego.
Bo Węgrzy wolą czasem „zginąć swe karki”, aby uzyskać korzyści dla siebie i Węgier. A kaczyści naszczekają, naszczekają, ale żadnego konia z brukselskiej stajni nie ukradną. Bo nawet kraść z nimi nie chcą.

Zatem nie ma szans, żeby euro deputowani PiS załatwili w Parlamencie Europejskim większe dotacje dla polskich chłopów. W Parlamencie Europejskim taktyka „sztywnych”, napakowanych jak u dresiarzy, karków nie robi wrażenia. Tam liczą się głowy, a nie sztywne karki.
Najlepszym sprawdzianem skuteczności takiej dresiarskiej dyplomacji było głosowanie w czasie wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej. Wtedy PiS-owskie proste karki przegrały z europejskimi głowami stosunkiem 27 do 1.

Wynik eurowyborów będzie dla pana prezesa na tyle istotny, na ile będzie mógł pokazać swoje ewentualne zwycięstwo nad zjednoczoną w Koalicji Obywatelskiej opozycją. I w razie zwycięstwa śmielej wezwać do boju w najważniejszych w tym roku wyborach. Do polskiego parlamentu.

Skoro przed majowymi, mniej ważnymi wyborami, Najwyższa Władza Partyjna i Państwowa obiecuje polskim krowom po pięćset i polskim świniom po sto, to ile może obiecać tymże świniom i krowom przed jesiennymi, najważniejszymi wyborami?
Po tysiąc pięćset i po tysiąc sto? A może wszystkim, krowom i świniom po tysiąc pięćset od razu?
Aby tym razem nie dzielić polskich zwierząt hodowlanych na lepsze polskie krowy i gorsze polskie świnie. Nie antagonizować chłopskiego dobrostanu.

Po uzyskaniu tak wspaniałych obietnic wyborczych od pana prezesa polskie krowy i polskie świnie mogą przyjąć pasywną strategię. Zagłosować za kandydatami PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego. I czekać do usranej śmierci na obiecane im setki i pięćsetki.

Mogą też podbić stawki. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie głosować na PiS, albo nawet zagłosować na Koalicję Europejską. Wtedy przestraszony swym marnym wynikiem pan prezes Kaczyński ogłosi już nie „Piątkę Kaczyńskiego”, ale przynajmniej „Pięćdziesiątkę”, a może nawet i „Pięćsetkę Kaczyńskiego”. Dla wszystkich głosujących na PiS. Zatem warto nie głosować na PiS, żeby pana prezesa do skutecznego rozdawania pieniędzy zmusić.

Na koniec tego kabaretu warto przypomnieć.

Wszystkie obietnice wyborcze to kupowanie naszych głosów za nasze pieniądze.

Polskie krowy i polskie świnie może najpierw i dostaną te swoje setki, ale potem na pewno pojadą na rzeź.

Król Midas tak wszystko skutecznie zamieniał w złoto, czyli obietnice wyborcze, aż w jego królestwie nie było co jeść.

W bajce król Midas umarł z głodu. W realu panu prezesowi Kaczyńskiemu to nie grozi. Bo oprócz obiecywanego nam wyborczego złota, ma swoją Srebrną. Bo „władza zawsze się wyżywi”, jak mawia klasyk Jerzy Urban.

Głos lewicy

Jedni warci drugich

Piotr Ciszewski ma już dosyć kampanii wyborczej zanim ta na dobre się zaczęła:
Jak podsumować początki kampanii do Parlamentu Europejskiego?
PiS – Geje! LGBT będzie uczyło dzieci masturbacji!
Koalicja Europejska – Nie jesteśmy PiS-em, głosujcie na nas, bo nasz program to „nie jesteśmy PiS-em!”
Wiosna – Patrzcie jacy jesteśmy fajni, a Robert Biedroń jeszcze fajniejszy! Znamy się na wszystkim bo Robert jest taki fajny!
Nie udało mi się z zasłyszanych dotąd debat dowiedzieć nic szczególnego o pomysłach głównych partii/koalicji na politykę UE, pozycję Parlamentu Europejskiego, europejskie standardy socjalne, umowy o wolnym handlu itd. itp.

Odsunąć PiS

Odsunięcie PiS od władzy to najważniejszy cel, jaki mogą sobie dzisiaj wyznaczyć rzeczywiści patrioci. Nie ci łysi, chamscy i głośni, z którymi PiS-owi po drodze nawet w dniu 100-lecia niepodległości, ale ci otwartogłowi, myślący i głęboko poruszeni skalą zniszczenia wspólnoty narodowej, zagrożenia rządów prawa i wartości demokratycznym. Tegoroczne wybory są najważniejsze od 1989 roku. Jeśli PiS przetrwa u władzy strachem i przekupstwem, będziemy mieli symulowaną demokrację, stracimy realny kontakt ze światem zachodnim, ugrzęźniemy w strefie wpływów wschodniego sąsiada. Taka jest logika we współczesnym świecie, który nie toleruje już komfortu splendid isolation. W tej sytuacji wszelkie wcześniejsze, a być może i dzisiejsze, różnice wśród opozycji tracą na znaczeniu. Kosztowną głupotą jest nieumiejętność dostrzeżenia tego, co najważniejsze. Nie wolno wykorzystywać instrumentalnie polityki zagranicznej do celów gry wewnątrz kraju. Pokolenia brytyjskich polityków wszczepiały do umysłów obywateli Wielkiej Brytanii eurosceptycyzm. Referendum w sprawie opuszczenia UE zostało rozpisane wyłącznie po to, żeby Cameron mógł opanować buntu w Partii Konserwatywnej. Nikt, włącznie z liderami ruchu na rzecz brexitu, nie przewidywał, że większość głosujących to poprze. Stąd zero planu realizacyjnego. Brytyjska klasa polityczna kompromituje siebie, kompromituje brytyjską demokrację i kraj. Ryzykuje rozpad państwa i koniec Zjednoczonego Królestwa. Wszyscy oni zapłacą bardzo wysoką cenę. Za kilka lat nikt z nich nie pozostanie aktywnym politykiem. Racja stanu i przyszłość narodu oraz państwa to nie stawka w grze w rosyjska ruletkę. Nieprzypadkowo PiS i brytyjscy torysi są w tej samej niszowej frakcji w PE. To bracia duchowi. Dlatego gra PiS-u z Unią i jej instytucjami jest potencjalnie bardzo ryzykowna i niebezpieczna. Ta droga prowadzi tam, gdzie są Brytyjczycy: na skraj przepaści.

Włodzimierz Czarzasty, info: sld.org.pl

Państwa socjalnego nie będzie

Dlaczego lewica nie ma się co cieszyć z obietnic PiS? Dlatego, że Kaczyński nie jest zainteresowany realną zmianą redystrybucji dóbr.

PiS walczy o utrzymanie samodzielnej władzy i możliwość dalszego stawiania gmachu hegemonii politycznej. Brak zdecydowanego zwycięstwa w wyborach do sejmików i druzgocząca klęska w starciu o ratusze dużych miast zmusiła prezesa do rozpoczęcia zalotów do wyborców, którzy dotąd na PiS nie głosowali, bo partia ta nie miała dla nich nic do zaoferowania poza zamkniętymi galeriami handlowymi w weekendy. Dlatego właśnie wczoraj Kaczyński zaprezentował ofertę dla rodziców z jednym dzieckiem – tych, co dotąd z irytacją i zazdrością patrzyli na znajomych, co z racji bardziej intensywnego rozrodu na pięć stów załapali się już trzy lata temu.
Partia Kaczyńskiego chce się również podlizać biznesowi. Mateusz Morawiecki zapowiedział obniżenie kosztów pracy przez co najmniej dwukrotne podniesienie kosztów uzyskania przychodu. Jest to nic innego jak kapitulacja państwa przed lobby kapitału, który dzięki takiej zmianie będzie zagarniał jeszcze większą część bogactwa wypracowanego przez pracowników. Koszty pracy w Polsce, a więc płace, podatki i składki należą do najniższych w Unii Europejskiej. Z danych Eurostatu wynika, że w 2017 roku wyniosły 9,4 EUR za godzinę. Dla porównania – w Danii było to 42,5 EUR, w Belgii – 39,6 EUR, w Szwecji – 38,3 EUR, a w Luksemburgu – 37,6 EUR. Kapitaliści mogą więc korzystać z polskiej siły roboczej za pół darmo, ale rząd PiS postanowił się wcielić w rolę nadopiekuńczej babuni, uznając, że dobrodziejom należy się jeszcze więcej. Zazdrosna poczuła się nawet Katarzyna Lubnauer, która zawyła boleśnie: „To wszystko są nasze hasła”.
Nowogrodzkiej zależy też na umocnieniu więzi z dotychczasowymi wyborcami, stąd też prezent dla emerytów w postaci tysiaka z hakiem na Nowy Rok, a także zapowiedź reaktywacji połączeń autobusowych w gminach, w których PKS-ów nie widziano już od dawna, a mieszkańcy skazani są na łaskę januszów biznesu, co zdzierają z nich za podróż zdezelowanymi busami. To oczywiście ważna i potrzebna oferta, jednak trzeba pamiętać, że PiS obiecywał już rewitalizację publicznego transportu przed wyborami w 2015 i 2018. Z jakim skutkiem? O tym najwięcej mogą powiedzieć mieszkańcy rzeszowszczyzny, którym właśnie odcięto połączenia do stolicy Podkarpacia.
Reszta propozycji partii władzy to wiadro tożsamościowo-nacjonalistycznych dykteryjek, obraźliwych dla każdego w miarę sprawnego aparatu poznawczego, o których wspominać nie będę, bo agendą Kaczyńskiego się zwyczajnie brzydzę.
Chciałbym podkreślić jedną sprawę – nie będzie żadnego „państwa socjalnego”. A przynajmniej – na pewno nie za rządów PiS. Ten, kto twierdzi inaczej, przypuszczalnie nie ma pojęcia, czym państwo socjalne jest, albo jest po prostu zakochany w prezesie i jego pomyśle na Polskę. O państwie socjalnym nie może być mowy z prostego powodu – Kaczyński i spółka nie zamierzają przeprowadzić przebudowy systemu redystrybucji bogactwa. Zamiast sięgnięcia po ogromne bogactwo zalegające w sejfach kapitalistów, mamy kolejne prezenty dla możnych.
Nowe propozycje PiS będą kosztować budżet państwa około 40 mld złotych. Jest to oczywiście kwota osiągalna w obecnych warunkach, jednak wymaga przeorientowania podziału wartości na linii praca – kapitał. W naszym kraju masa gotówki zalega w depozytach bankowych. Te pieniądze nie zasilają gospodarki ani nie mogą być przeznaczane na programy socjalny czy modernizacyjne. Wielki biznes uważa, że podatki są dla frajerów. Obowiązuje liniowy podatek od zysków kapitałowych w śmiesznej wysokości 19 proc. A zatem burżuj, który dostaje od funduszu inwestycyjnego dywidendę w wysokości 3 mln zł musi oddać państwu zaledwie jedną piątą. To grabież społeczeństwa polskiego, z którą można by poradzić sobie w prosty sposób – wprowadzając kolejne progi podatkowe, nie tylko na podatku dochodowym, od którego łatwo uciec, księgując dochody na firmę, ale przede wszystkim – dekretując dodatkowe stawki w daninie od zysków kapitałowych. Uderzyć należy tam, gdzie bogactwa jest najwięcej. Ale o tym nie usłyszycie na konwencji PiS, ani nie wyczytacie w programie żadnej innej partii politycznej w tym nieszczęśliwym kraju.
Z czego będą więc finansowane ochłapy, które satrapa z Żoliborza obiecał rzucić zgłodniałemu ludowi? Z podatku VAT, czyli tego, który w największym stopniu obciąża kieszeń zwykłego człowieka.