Śląskie opowieści PiS-u

Obecny rząd wykazuje się bardzo dobrą skutecznością w składaniu obietnic i snuciu rozmaitych planów.

Rząd PiS chwali się, że w „realizację Programu dla Śląska zostało zaangażowane już 42 miliardy złotych”.
Nie bardzo wiadomo, co w użytym przez rząd kontekście oznacza słowo „zaangażowane”?. Czy są to pieniądze, które zostały już wydane, czy może takie, które w jakimś planie dopiero przeznaczono perspektywicznie na rozwój Śląska?

Strategia bez efektów

W każdym razie pewne jest to, że żadnych 42 mld zł dotychczas nie wydano na Program dla Śląska.
A ile konkretnie dotychczas wydano? Nie wiadomo, bo tym akurat rząd PiS się nie chwali. Chwali się natomiast tym, że stworzył strategię dla Śląska i są tego efekty.
Rządowy slogan reklamowy brzmi właśnie: „Program dla Śląska. Jest strategia są efekty”.
Co do strategii, to trudno się do niej odnieść. Wiadomo natomiast, że w rzeczywistości efektów nie ma. PiS-owski wojewoda śląski już w połowie ubiegłego roku zapewniał, iż rządowy Program dla Śląska jest realizowany. Może i jest – tyle, że póki co, niczego nie zrealizowano.
Rząd PiS za strategię uważa zwykle zestaw obietnic, odpowiadających potrzebom danego regionu. Przygotowywanie takich „strategii” jest więc proste i łatwe – toteż nic dziwnego, że rząd stworzył ich już wiele. Program dla Śląska nie wyróżnia się tu niczym szczególnym.

Dofinansowanie wirtualne

Wiadomo, że na Śląsku palącym (nomen omen) problemem jest walka z zanieczyszczeniem powietrza. Gdzie na Śląsku to zanieczyszczenie się zmniejszyło? Nigdzie!.
Rzecz w tym, że rządowy progam Stop Smog to przede wszystkim propagandowa lipa, a Śląsk jest jednym z tego przykładów.
Istnieje w tym regionie lokalny program, stanowiący odnogę rządowego Stop Smogu. Nosi nazwę: program kompleksowej likwidacji niskiej emisji na terenie województwa śląskiego. Realne efekty tego programu? Oczywiście brak!.
Zgodnie z obietnicami, ów śląski program antysmogowy ma dofinansowywać termomodernizację wielorodzinnych budynków mieszkaniowych, wymianę przestarzałych pieców i modernizację sieci ciepłowniczych oraz promować nowoczesne metody produkcji energii elektrycznej i ciepła.
Zainteresowanie społeczności lokalnych było, co zrozumiałe, bardzo duże. Mieszkańcy Śląska, nie mogąc się doczekać wsparcia ze strony rządu, na własną rękę postanowili realizować różne inwestycje służące walce ze smogiem. Gdy więc wreszcie władza centralna obiecała dofinansowanie, to rząd otrzymał 98 wniosków o dofinansowanie.
Łączny koszt śląskich działań , które miały być objęte dofinansowaniem to 913 milionów złotych, z czego wysokość dofinansowania unijnego ma stanowić 500 milionów złotych.
Rząd chwali się, że ma około 1 miliarda złotych tylko na poprawę jakości powietrza w województwie śląskim. Wydanie 913 mln zł nie byłoby więc żadnym problemem.
To jednak tylko teoria, bo nikt nie dostał żadnych pieniędzy, a dofinansowanie, tak jak było, pozostaje w sferze obietnic (w składaniu obietnic PiS jest rzeczywiście dobry).

Nie traćcie nadziei

O tym, że rządowe obietnice walki ze smogiem były fikcją, świadczy to, iż dotychczas o fundusze na termomodernizację mogły starać się tylko wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe. O wsparcie nie mogły ubiegać się samorządy lokalne – choć to przede wszystkim one planują, przygotowują i wykonują takie inwestycje na swoim terenie. Odcięcie władz lokalnych od wsparcia ze strony państwa było jednak zgodne z PiS-owską polityką ograniczania samorządności.
Dopiero w pierwszej połowie tego roku rząd ugiął się pod falą krytyki i zezwolił samorządom na ubieganie się o wsparcie z centralnej kasy – co wszakże wciąż pozostaje w sferze obietnic, bo realnie jeszcze żaden śląski samorząd nie dostał ani grosza na termomodernizację.
Rząd PiS już wcześniej obiecywał, że kilka najbardziej zanieczyszczonych miast w województwie śląskim (wytypowano Żywiec, Żory, Pszczyna, Knurów, Myszków, Wodzisław Śląski i Godów) będzie mogło uzyskać dofinansowanie w ramach programu Stop Smog.
Tu się nic nie zmieniło. Nadal obiecuje się, że te miasta będą mogły uzyskać dofinansowanie. Kiedyś…

Wszystko dla programu

Program dla Śląska to oczywiście nie tylko obietnice dotyczące czystszego powietrza. Przykładowo, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przeznacza prawie 220 milionów złotych na 42 innowacyjne inwestycje z obszarów: przemysł stalowy, energetyka, motoryzacja, medycyna i farmaceutyka.
O efektach tego finansowania oczywiście głucho. Tak jak i głucho o najważniejszej innowacyjnej śląskiej inwestycji (o której mówiono od lat), czyli o produkcji metanu w wyniku podziemnego zgazowania węgla.
Przede wszystkim zaś, do wspomnianego programu wpisano działania, które i tak byłyby wykonywane w ramach normalnych planów działania. Tyle, że teraz nazywa się, iż są one podejmowane w ramach Programu dla Śląska.
Na przykład, dwadzieścia parę tysięcy młodych ludzi po ukończeniu szkół rozpoczęło pracę w śląskich zakładach i instytucjach – podjęli ją oczywiście w ramach Programu dla Śląska. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w województwie śląskim powoli kontynuuje budowę autostrady A1 i nieco innych dróg – to także Program dla Śląska. I tak dalej.

Przede wszystkim, jest Rada

Jest jednak jeden ewidentny konkret, całkowicie związany z Programem dla Śląska i będący jego wyłącznym, stuprocentowym efektem. Otóż, w kwietniu tego roku premier Mateusz Morawiecki wydał zarządzenie, powołujące Radę Wykonawczą do spraw Programu dla Śląska.
Rada , jak zapowiada rząd, ma „wzmocnić koordynację działań podejmowanych przez rząd w ramach programu i zapewnić konsekwentną realizację planowanych inwestycji”.
Czyżby więc dotychczas koordynacja działań podejmowanych przez rząd PiS w ramach programu była za słaba, a planowane inwestycje nie były konsekwentnie realizowane?. Aż nie chce się w to wierzyć…
W każdym razie – i to jest najważniejsze – w skład Rady Wykonawczej do spraw Programu dla Śląska weszło zacne, wieloosobowe grono krewnych i znajomych królika, którzy oczywiście nie pełnią społecznie tych niezwykle odpowiedzialnych obowiązków, jakie wiążą się z zasiadaniem w Radzie Wykonawczej.
Należy oczekiwać, że przed tegorocznymi wyborami PiS ogłosi Program dla Śląska Plus. Tam dopiero będzie się roić od nowych obietnic. I zapewne potrzebna będzie kolejna Rada Wykonawcza.

Czas rozliczania Rządu (część I)

Mamy za sobą kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego i być może zamknięty rozdział rozliczeń z wyników tych wyborów. Teraz trzeba popatrzeć w przyszłość, a ona to wybory do Sejmu i Senatu.

Zanim rozpocznie się kampania nale­ży rozpocząć przygotowania do niej, by była ona już skuteczna (zwycięska). Kampa­nię naszą musimy oprzeć na atrakcyjnej ofercie programowej dla suwerena, ale też powinniśmy merytorycznie odnieść się do realizacji zaproponowanego w poprzedniej kampanii wyborczej programu obecnie rządzącej partii, a poprzez to odsłonić jego „wiarygodność”.
PiS kończy swoją pełną kadencję rządzenia naszym krajem. To najwyższa pora na podsumowanie i rozliczenie Rządu z realizacji obietnic wyborczych. W tym tek­ście skoncentrujemy się na przedstawieniu niezrealizowanych obietnicach wybor­czych lub tych, których rzekoma realizacja jest zwykłym oszustwem. Przedstawianie i omawianie zrealizowanych obietnic nie ma większego sensu, gdyż członkowie Rzą­du powtarzają je wielokrotnie każdego dnia i oczywiście będą o nich mówić także w najbliższej kampanii wyborczej ale z pewnością przemilczą te niezrealizowane i te, z których realizacją PiS ma spore problemy.
W kwestii zrealizowanych obietnic sprostowania wymaga program Rodzina 500+. Faktycznie w pełnym obiecanym, w trakcie wcześniejszej kampanii zakresie będzie ona zrealizowana dopiero od lipca 2019r. Ujmowanie programu 500+ na pierwsze dziecko w kolejnej „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem.
Wracając jednak do rozliczania Rządu z obietnic wyborczych, najbardziej zna­ną z kampanii Prezydenckiej i kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu jest przewalu­towanie kredytów frankowych po kursie z dnia podpisania umowy. Do dzisiaj pro­blem ten nie został rozwiązany. Politycy PiS-u brak propozycji rozwiązania tego pro­blemu tłumaczą swoją odpowiedzialnością za stabilność naszego systemu bankowe­go. Rodzi się więc pytanie, czy w trakcie kampanii wyborczej politycy ci o tym nie wiedzieli? Oczywiście, że wiedzieli bo w swoich szeregach mają przecież wielu eko­nomistów z tytułami profesorskimi, ale na potrzeby kampanii najnormalniej w świe­cie „mijali się z prawdą”. To właśnie ten jeden z przykładów na „wiarygodność” PiS-u, którą politycy tej partii próbują nam wmówić.
Kolejną obietnicą wyborczą przyszłej Premier Beaty Szydło, która miała być zrealizowana jako jedna z pierwszych, to podwyższenie rocznej kwoty wolnej od po­datku dla osób fizycznych do 8.000zł. Oferta ta praktycznie nie została zrealizowana. Rząd w tej kwestii wykonał ruchy pozorujące, zaproponował rozwiązania niewiele zmieniające w dotychczasowych warunkach. Zwiększenie kwoty wolnej od podatku nastąpiło jedynie dla osób o bardzo niskich rocznych dochodach nie przekracza-jących 8000zł (miesięczne wynagrodzenie około 667zł brutto). Aby zobrazować ten PiS-wski żart wystarczy powiedzieć, że przy najniższym wynagrodzeniu brutto, (rocznym dochodzie brutto 27.600zł) pracownik nie może skorzystać ze zwiększonej kwoty wolnej od podatku. Kochani Rodacy, PiS nie tylko nie podniósł kwoty wolnej od podatku to na domiar złego przez okres czterech lat nie przeprowadził jej rewaloryzacji, podobnie jak w tym czasie nie zrewaloryzował progów podatkowych. W efekcie tych działań, w czasie tej kadencji PiS pozbawił każdego pracującego obywatela i emeryta kilku tysięcy złotych. Ogłaszając propozycję 13-tej emerytury „władza” raczyła zwrócić emerytom tylko niewielką część zagarniętych wynagrodzeń tym samym 13-tą emeryturą, PiS częściowo zrealizował obietnicę zwiększenia kwoty wolnej od podatku wobec emerytów. W zaistniałej sytuacji wrzucanie 13-tej emerytury w nową „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem, bo jest to przecież częściowa realizacja wcześniejszej niezrealizowanej przez Rząd obietnicy dotyczącej zwiększenia kwoty wolnej od podatku od osób fizycznych. Politycy PiS-u są bardzo zdyscyplinowani i natrętnie powtarzają przekazy dnia, jakże często składające się z półprawd czy nawet kłamstw, w które jak się okazuje suweren jest w stanie uwierzyć, gdyż opozycja, zwłaszcza ta parlamentarna, mająca dostęp do mediów jest nieskuteczna w prostowywaniu tych nieprawdziwych informacji. Cza-sem odnosi się wrażenie, że ona też uwierzyła w wiarygodność PiS-u.
Szczególnym oszustwem wobec suwerena są darmowe leki dla Seniora 75+. Zasady oraz wykaz leków objętych tą ofertą sprawiają, że zamiast darmowych leków seniorzy oszczędzają przy wydatkach miesięcznych rzędu 100-200zł zaledwie kilka lub kilkanaście złotych. W tej sytuacji trudno mówić o darmowych lekach dla senio­rów. PiS dobrze wie jakie są realia tego programu, że faktycznie to fikcja a mimo to stara się wmówić to kłamstwo pozostałym rodakom, których oferta ta nie dotyczy. O tym, że taka jest rzeczywistość świadczą roczne środki przewidziane na obsługę tego programu. Według danych Ministra Zdrowia na program ten w 2018r przeznaczono 693,3mln zł, za które obsłużono 21mln recept sygnowanych symbolem „S”. Minister­stwo Zdrowia nie podaje informacji na jakim poziomie środki z tego programu zosta­ły wykorzystane. W poprzednim roku Ministerstwo chwaliło się znacznymi oszczęd­nościami w tym programie. Ale przyjmując, że środki te zostały wykorzystane w ca­łości i obsłużyły 21 mln recept to dofinansowanie było na poziomie 33zł. Czy w kon­tekście tych danych jest się uczciwym i wiarygodnym powtarzając, że zrealizowano obietnicę darmowych leków dla seniorów? Ocenę pozostawiamy suwerenowi. Szcze­gólnie przykra jest to sprawa, bo ta nieuczciwość dotyczy osób starszych bardzo schorowanych, dla których wykupienie leków to często kwestia przeżycia.
Bardzo dużo mówiono także o programie mieszkanie +. Jak wygląda realizacja tego programu? Propaganda PiS-u powtarza, że program jest realizowany. Chcąc po-kazać Polkom i Polakom jak skutecznie ruszył ten program podpinano do niego już realizowane obiekty lub te, które były przygotowane do realizacji. Przekładem mogły być mieszkania w Białej Podlaskiej. Okazało się również, że zapowiadane koszty użytkowania lokali były znacznie wyższe niż zapowiadano w kampanii. Aby lokato­rzy nie podnosili krzyku proponowano im dopłaty do czynszu, za które płacić będą wszyscy rodacy. A może czas najwyższy by wyjmowane z czapki propozycje, bo ta­kie nakrycie ma Prezes, miały poparcie w analizach ekonomicznych, które pozwoli­łyby na właściwe dopracowanie oferty programowej.
Warto by Zarząd tej partii zrozumiał, że Prezes PiS-u to zwykły śmiertelnik a nie „Jarosław Wszechmogący” i warto jego pomysły obudować analizami ekono­micznymi i finansowymi. Władze partii powinny wiedzieć, że przyjmując władzę w Polsce przyjmują również odpowiedzialność za nasz kraj i to nie tylko tą krótkoter­minową (kadencyjną) ale także za jej pomyślność w przyszłości.
Przedstawiliśmy tylko część obietnic wyborczych PiS-u niezrealizowanych lub których „realizacja” daleka jest od złożonych obietnic z kampanii wyborczej, które tylko potwierdzają jak daleko od bycia wiarygodnymi są politycy tej partii.
Kolejne oferty z kampanii, z których realizacją Rządzący mają problemy zosta­ną przedstawione w następnym komentarzu.
Na zakończenie warto zapytać Grzegorza Schetynę, co robi Gabinet Cieni, by obnażać te kłamstwa i półprawdy Rządzących? Czy to lenistwo jego członków, czy też w tej kwestii PiS ma rację mówiąc o gabinecie cieniasów? Najwyższa pora by ga­binet ten rozpoczął intensywne działania dekonspirujące rzeczywiste „sukcesy” tego rządu. Efekty tych prac powinny być konsekwentnie, z dużą systematycznością prze­kazywane rodakom. Na razie politycy PiS-u bez przeszkód próbują wmówić Polkom i Polakom swoją wiarygodność, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Test przedsiębiorcy Rząd na straży przywilejów

Od kilku tygodni trwa zadziwiająca bitwa wewnątrz obozu zjednoczonej prawicy. Chodzi o tzw. test przedsiębiorcy, czyli pomysł weryfikacji jednoosobowych firm tak, aby odsiać tych, którzy naprawdę prowadzą działalność gospodarczą od tych cwaniaków, którzy po prostu doją państwo na podatkach.

Rząd Leszka Millera wprowadził bowiem liniowy PIT na poziomie 19 proc., z czego skorzystali przede wszystkim dobrze opłacani menadżerowie i specjaliści. Rezygnują oni z umów o pracę (i wpadania w wyższy próg podatku dochodowego), bo przy zarobkach rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie wszystkie usługi społeczne mogą sobie kupić na wolnym rynku, a z pewnością pomaga im w tym owa kilkunastoprocentowa oszczędność.
Jakby ta weryfikacja miała wyglądać, nie wiadomo, ale po pojawieniu się wspomnianej na początku zapowiedzi weryfikacji, w biznesowo-liberalnych mediach pojawiła się panika, kuriozalne ‘’listy’’ zrozpaczonych pseudo-przedsiębiorców, którzy porównywali pomysł z wieszaniem na latarni (mowa o liście wydrukowanym w Rzeczpospolitej, zdawałoby się poważnej gazecie), a także wyliczenia.
Z tych ostatnich ma wynikać, że – co ciekawe – najbiedniejsi przedsiębiorcy mają zyskać. Jeśli mają dochód pięć tysięcy miesięcznie, to w skali roku zarobią dodatkowe półtora. Niewiele zmieni się dla dobrze zarabiających średniaków Jeśli ktoś na działalności zarabia dziesięć tysięcy miesięcznie, to rocznie będzie musiał zapłacić półtora tysiąca. Schody będą dla krezusów. Jeśli bowiem ktoś przytula dwadzieścia tysięcy w miesiąc, to rocznie odda państwu
siedemnaście.
Jeśli trzydzieści – to jeden miesięczny dochód. I tak dalej. Trudno uznać, że jest to bolesne.
Warto przy tym podkreślić, że chodzi o ludzi na fikcyjnej działalności gospodarczej. Czyli wykonujące po prostu pracę, a nie biznes. To wszystko dotyczy 160 tys. z nas, czyli jakiś 1 proc. pracowników. Z tego uszczelnienia nie będzie więc wielkich pieniędzy, bo niewiele ponad 1 miliard, ale przecież on piechotą nie chodzi i przyda się w budżecie.
Biznesowe media straszą również, że może dojść do sytuacji, gdy ZUS zażąda od niby-przedsiębiorców zapłaty zaległych składek. To pewnie dałoby się rozwiązać na poziomie przepisów. Bo to nie wina ludzi, że państwo pozwala im okradać wspólnotę, tylko państwa właśnie.
Na razie stanęło na tym, że Morawiecki ‘’przeciął spekulacje’’ i powiedział, że testu nie będzie. Po co przed wyborami złościć małą, ale za to wpływową grupę?

Flaczki tygodnia

Krowom po pięćset, świniom po sto. Pan prezes Kaczyński jest jak król Midas. Każdy ruch Jego Ust przemienia każdą partyjną konwencję w obiecane złote.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A kot to pies? Jak żyć panie prezesie, kiedy dzieli pan już nie tylko Polaków na lepszych i gorszych, ale też mieszkające w Polsce zwierzęta.

Psom też pan prezes niczego nie obiecał. I proszę panią rzecznik Mazurek aby nie mieszała ludziom w głowach informacjami, że policjanci już dostali. Za dużo seriali Patryka Vegi ogląda, a za mało Piketty-ego czyta.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Na sąsiedniej Ukrainie w pierwszej turze wyborów zwyciężył komik Zełenski. Pan prezes Kaczyński idzie drogą ukraińskiego komika i też chce wygrać tegoroczną pierwsza turę wyborów. Potęgując obietnice wyborcze do komicznych rozmiarów. Do granic śmieszności i ekonomicznego absurdu.
Trzeba stwierdzić, że ukraiński komik aż tak komicznych i kosmicznych, jak jego polski epigon, obietnic nie składa. Ale Zełenski to zawodowy komik. A pan prezes Kaczyński to komik amator.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A nauczycielom paskami TVP info po oczach.
Z nauczycieli propagandziści z TVP już robią medialne, antypolskie świnie i żądne szmalu leniwe, też niepolskie, krowy. Polscy nauczyciele są dla elit i mediów związanych z PiS grupą zawodową gorszą od „komunistów i złodziei”, „żydów”, „muzułmańskich uchodźców”, „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”, „środowisk LGBT”, wszystkich razem wziętych.

W chwili gdy „Flaczki” idą do druku nie znamy wyniku zapowiadanych, ostatnich rozmów przedstawicieli rządu pana prezesa Kaczyńskiego z reprezentacją protestujących nauczycieli. Ale już słyszymy, że niektórzy liderzy NSZZ ”Solidarność” przechodzą na pozycje łamistrajków.

Pan prezes Kaczyński może „zagrać ostro”, jak lubi, i doprowadzić do wybuchu strajku nauczycieli. Aby zaraz potem szczuć zdenerwowanych uciążliwościami strajku rodziców na słusznie strajkujących polskich nauczycieli. Dzielić nauczycieli na tych „odpowiedzialnych” z „Solidarności” i „terrorystów” z ZNP. Wszystko po to, aby jeden z najważniejszych obecnie problemów, czyli naprawę edukacji narodowej, przykryć propagandowo kabaretowymi obietnicami wyborczymi.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Tyle przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tymi mniej ważnymi dla pana prezesa i jego kaczystów. Bo parlamentarzyści PiS, niezależnie od ich wyniku wyborczego, będą w Parlamencie Europejskim znowu opozycją. I tylko opozycją.

Opozycją totalną zapewne, krzykliwą, demonstracyjnie nie zginającą, napakowanych nienawiścią do „elit brukselskich”, karków. Ale stale przegrywającą. Bo nawet eurodeputowani Wiktora Orbána nie chcą być w jednej frakcji z eurodeputowanymi pana prezesa Kaczyńskiego.
Bo Węgrzy wolą czasem „zginąć swe karki”, aby uzyskać korzyści dla siebie i Węgier. A kaczyści naszczekają, naszczekają, ale żadnego konia z brukselskiej stajni nie ukradną. Bo nawet kraść z nimi nie chcą.

Zatem nie ma szans, żeby euro deputowani PiS załatwili w Parlamencie Europejskim większe dotacje dla polskich chłopów. W Parlamencie Europejskim taktyka „sztywnych”, napakowanych jak u dresiarzy, karków nie robi wrażenia. Tam liczą się głowy, a nie sztywne karki.
Najlepszym sprawdzianem skuteczności takiej dresiarskiej dyplomacji było głosowanie w czasie wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej. Wtedy PiS-owskie proste karki przegrały z europejskimi głowami stosunkiem 27 do 1.

Wynik eurowyborów będzie dla pana prezesa na tyle istotny, na ile będzie mógł pokazać swoje ewentualne zwycięstwo nad zjednoczoną w Koalicji Obywatelskiej opozycją. I w razie zwycięstwa śmielej wezwać do boju w najważniejszych w tym roku wyborach. Do polskiego parlamentu.

Skoro przed majowymi, mniej ważnymi wyborami, Najwyższa Władza Partyjna i Państwowa obiecuje polskim krowom po pięćset i polskim świniom po sto, to ile może obiecać tymże świniom i krowom przed jesiennymi, najważniejszymi wyborami?
Po tysiąc pięćset i po tysiąc sto? A może wszystkim, krowom i świniom po tysiąc pięćset od razu?
Aby tym razem nie dzielić polskich zwierząt hodowlanych na lepsze polskie krowy i gorsze polskie świnie. Nie antagonizować chłopskiego dobrostanu.

Po uzyskaniu tak wspaniałych obietnic wyborczych od pana prezesa polskie krowy i polskie świnie mogą przyjąć pasywną strategię. Zagłosować za kandydatami PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego. I czekać do usranej śmierci na obiecane im setki i pięćsetki.

Mogą też podbić stawki. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie głosować na PiS, albo nawet zagłosować na Koalicję Europejską. Wtedy przestraszony swym marnym wynikiem pan prezes Kaczyński ogłosi już nie „Piątkę Kaczyńskiego”, ale przynajmniej „Pięćdziesiątkę”, a może nawet i „Pięćsetkę Kaczyńskiego”. Dla wszystkich głosujących na PiS. Zatem warto nie głosować na PiS, żeby pana prezesa do skutecznego rozdawania pieniędzy zmusić.

Na koniec tego kabaretu warto przypomnieć.

Wszystkie obietnice wyborcze to kupowanie naszych głosów za nasze pieniądze.

Polskie krowy i polskie świnie może najpierw i dostaną te swoje setki, ale potem na pewno pojadą na rzeź.

Król Midas tak wszystko skutecznie zamieniał w złoto, czyli obietnice wyborcze, aż w jego królestwie nie było co jeść.

W bajce król Midas umarł z głodu. W realu panu prezesowi Kaczyńskiemu to nie grozi. Bo oprócz obiecywanego nam wyborczego złota, ma swoją Srebrną. Bo „władza zawsze się wyżywi”, jak mawia klasyk Jerzy Urban.

Głos lewicy

Jedni warci drugich

Piotr Ciszewski ma już dosyć kampanii wyborczej zanim ta na dobre się zaczęła:
Jak podsumować początki kampanii do Parlamentu Europejskiego?
PiS – Geje! LGBT będzie uczyło dzieci masturbacji!
Koalicja Europejska – Nie jesteśmy PiS-em, głosujcie na nas, bo nasz program to „nie jesteśmy PiS-em!”
Wiosna – Patrzcie jacy jesteśmy fajni, a Robert Biedroń jeszcze fajniejszy! Znamy się na wszystkim bo Robert jest taki fajny!
Nie udało mi się z zasłyszanych dotąd debat dowiedzieć nic szczególnego o pomysłach głównych partii/koalicji na politykę UE, pozycję Parlamentu Europejskiego, europejskie standardy socjalne, umowy o wolnym handlu itd. itp.

Odsunąć PiS

Odsunięcie PiS od władzy to najważniejszy cel, jaki mogą sobie dzisiaj wyznaczyć rzeczywiści patrioci. Nie ci łysi, chamscy i głośni, z którymi PiS-owi po drodze nawet w dniu 100-lecia niepodległości, ale ci otwartogłowi, myślący i głęboko poruszeni skalą zniszczenia wspólnoty narodowej, zagrożenia rządów prawa i wartości demokratycznym. Tegoroczne wybory są najważniejsze od 1989 roku. Jeśli PiS przetrwa u władzy strachem i przekupstwem, będziemy mieli symulowaną demokrację, stracimy realny kontakt ze światem zachodnim, ugrzęźniemy w strefie wpływów wschodniego sąsiada. Taka jest logika we współczesnym świecie, który nie toleruje już komfortu splendid isolation. W tej sytuacji wszelkie wcześniejsze, a być może i dzisiejsze, różnice wśród opozycji tracą na znaczeniu. Kosztowną głupotą jest nieumiejętność dostrzeżenia tego, co najważniejsze. Nie wolno wykorzystywać instrumentalnie polityki zagranicznej do celów gry wewnątrz kraju. Pokolenia brytyjskich polityków wszczepiały do umysłów obywateli Wielkiej Brytanii eurosceptycyzm. Referendum w sprawie opuszczenia UE zostało rozpisane wyłącznie po to, żeby Cameron mógł opanować buntu w Partii Konserwatywnej. Nikt, włącznie z liderami ruchu na rzecz brexitu, nie przewidywał, że większość głosujących to poprze. Stąd zero planu realizacyjnego. Brytyjska klasa polityczna kompromituje siebie, kompromituje brytyjską demokrację i kraj. Ryzykuje rozpad państwa i koniec Zjednoczonego Królestwa. Wszyscy oni zapłacą bardzo wysoką cenę. Za kilka lat nikt z nich nie pozostanie aktywnym politykiem. Racja stanu i przyszłość narodu oraz państwa to nie stawka w grze w rosyjska ruletkę. Nieprzypadkowo PiS i brytyjscy torysi są w tej samej niszowej frakcji w PE. To bracia duchowi. Dlatego gra PiS-u z Unią i jej instytucjami jest potencjalnie bardzo ryzykowna i niebezpieczna. Ta droga prowadzi tam, gdzie są Brytyjczycy: na skraj przepaści.

Włodzimierz Czarzasty, info: sld.org.pl

Państwa socjalnego nie będzie

Dlaczego lewica nie ma się co cieszyć z obietnic PiS? Dlatego, że Kaczyński nie jest zainteresowany realną zmianą redystrybucji dóbr.

PiS walczy o utrzymanie samodzielnej władzy i możliwość dalszego stawiania gmachu hegemonii politycznej. Brak zdecydowanego zwycięstwa w wyborach do sejmików i druzgocząca klęska w starciu o ratusze dużych miast zmusiła prezesa do rozpoczęcia zalotów do wyborców, którzy dotąd na PiS nie głosowali, bo partia ta nie miała dla nich nic do zaoferowania poza zamkniętymi galeriami handlowymi w weekendy. Dlatego właśnie wczoraj Kaczyński zaprezentował ofertę dla rodziców z jednym dzieckiem – tych, co dotąd z irytacją i zazdrością patrzyli na znajomych, co z racji bardziej intensywnego rozrodu na pięć stów załapali się już trzy lata temu.
Partia Kaczyńskiego chce się również podlizać biznesowi. Mateusz Morawiecki zapowiedział obniżenie kosztów pracy przez co najmniej dwukrotne podniesienie kosztów uzyskania przychodu. Jest to nic innego jak kapitulacja państwa przed lobby kapitału, który dzięki takiej zmianie będzie zagarniał jeszcze większą część bogactwa wypracowanego przez pracowników. Koszty pracy w Polsce, a więc płace, podatki i składki należą do najniższych w Unii Europejskiej. Z danych Eurostatu wynika, że w 2017 roku wyniosły 9,4 EUR za godzinę. Dla porównania – w Danii było to 42,5 EUR, w Belgii – 39,6 EUR, w Szwecji – 38,3 EUR, a w Luksemburgu – 37,6 EUR. Kapitaliści mogą więc korzystać z polskiej siły roboczej za pół darmo, ale rząd PiS postanowił się wcielić w rolę nadopiekuńczej babuni, uznając, że dobrodziejom należy się jeszcze więcej. Zazdrosna poczuła się nawet Katarzyna Lubnauer, która zawyła boleśnie: „To wszystko są nasze hasła”.
Nowogrodzkiej zależy też na umocnieniu więzi z dotychczasowymi wyborcami, stąd też prezent dla emerytów w postaci tysiaka z hakiem na Nowy Rok, a także zapowiedź reaktywacji połączeń autobusowych w gminach, w których PKS-ów nie widziano już od dawna, a mieszkańcy skazani są na łaskę januszów biznesu, co zdzierają z nich za podróż zdezelowanymi busami. To oczywiście ważna i potrzebna oferta, jednak trzeba pamiętać, że PiS obiecywał już rewitalizację publicznego transportu przed wyborami w 2015 i 2018. Z jakim skutkiem? O tym najwięcej mogą powiedzieć mieszkańcy rzeszowszczyzny, którym właśnie odcięto połączenia do stolicy Podkarpacia.
Reszta propozycji partii władzy to wiadro tożsamościowo-nacjonalistycznych dykteryjek, obraźliwych dla każdego w miarę sprawnego aparatu poznawczego, o których wspominać nie będę, bo agendą Kaczyńskiego się zwyczajnie brzydzę.
Chciałbym podkreślić jedną sprawę – nie będzie żadnego „państwa socjalnego”. A przynajmniej – na pewno nie za rządów PiS. Ten, kto twierdzi inaczej, przypuszczalnie nie ma pojęcia, czym państwo socjalne jest, albo jest po prostu zakochany w prezesie i jego pomyśle na Polskę. O państwie socjalnym nie może być mowy z prostego powodu – Kaczyński i spółka nie zamierzają przeprowadzić przebudowy systemu redystrybucji bogactwa. Zamiast sięgnięcia po ogromne bogactwo zalegające w sejfach kapitalistów, mamy kolejne prezenty dla możnych.
Nowe propozycje PiS będą kosztować budżet państwa około 40 mld złotych. Jest to oczywiście kwota osiągalna w obecnych warunkach, jednak wymaga przeorientowania podziału wartości na linii praca – kapitał. W naszym kraju masa gotówki zalega w depozytach bankowych. Te pieniądze nie zasilają gospodarki ani nie mogą być przeznaczane na programy socjalny czy modernizacyjne. Wielki biznes uważa, że podatki są dla frajerów. Obowiązuje liniowy podatek od zysków kapitałowych w śmiesznej wysokości 19 proc. A zatem burżuj, który dostaje od funduszu inwestycyjnego dywidendę w wysokości 3 mln zł musi oddać państwu zaledwie jedną piątą. To grabież społeczeństwa polskiego, z którą można by poradzić sobie w prosty sposób – wprowadzając kolejne progi podatkowe, nie tylko na podatku dochodowym, od którego łatwo uciec, księgując dochody na firmę, ale przede wszystkim – dekretując dodatkowe stawki w daninie od zysków kapitałowych. Uderzyć należy tam, gdzie bogactwa jest najwięcej. Ale o tym nie usłyszycie na konwencji PiS, ani nie wyczytacie w programie żadnej innej partii politycznej w tym nieszczęśliwym kraju.
Z czego będą więc finansowane ochłapy, które satrapa z Żoliborza obiecał rzucić zgłodniałemu ludowi? Z podatku VAT, czyli tego, który w największym stopniu obciąża kieszeń zwykłego człowieka.

Selektywne obietnice

Trochę zapomniany francuski komediopisarz Jacques Deval mawiał sarkastycznie:
„Obiecuj tylko rzeczy niemożliwe-nie będziesz sobie czynił wyrzutów”.

Populistyczne,przedwyborcze obietnice złożone właśnie przez PiS będą kosztowały ok. 40 mld zł. rocznie i nie są uwzględnione w budżecie,który musi zostać znowelizowany i tak zapewne się stanie. Dla tej formacji bowiem podwójne tegoroczne wybory to rzeczywiście „stawka większa niż życie”. Ale warto pamiętać,iż są to obietnice selektywne i pod wieloma względami stojące w sprzeczności z dotychczasowym stanowiskiem obecnych władz.
Opozycja zgłaszała np. od dawna postulat przyznawania dodatku 500+ na pierwsze dziecko, zwłaszcza dla matek samotnie wychowujących swe pociechy. Słyszała zawsze argument „nie ma na to pieniędzy” jeszcze kilka miesięcy temu! Teraz, jak deus ex machina, muszą się one znaleźć! Dodatkowo zwłaszcza SLD podnosiło argument braku kryterium dochodowego – tę samą kwotę otrzymują przecież osoby niezamożne, co biznesmeni lub politycy.
Potwierdza to tylko gorzką obserwację wybitnego poety rosyjskiego Jewgienija Jewtuszenki,iż „sprawiedliwość jest jak pociąg, który się zawsze spóźnia”.
Selektywność tych obietnic uwidacznia się zwłaszcza w tym,że nie dotyczą one kilku grup zawodowych,które od dłuższego czasu zasadnie, ale bezskutecznie, domagają się podwyżek. Mam na myśli: nauczycieli, pielęgniarki, czy opiekunów osób niepełnosprawnych. W tym ostatnim przypadku bezowocny okazał się nawet dramatyczny protest w Sejmie, a była premier Szydło,stojąca od roku na czele Komitetu Rady Ministrów ds. społecznych, nie raczyła nawet spotkać się z tymi osobami.
Casus nauczycieli jest szczególnie drastyczny. Żałosna, nieprzygotowana i chaotyczna reforma minister edukacji Anny Zalewskiej (słusznie określana mianem „deformy”) już wkrótce wyda swe zatrute owoce, gdy dwa roczniki skumulowane przypuszczą szturm na licea. Jak ironicznie napisał Przemysław Franczak na łamach „Polska. The Times” – Pani minister skutki swej decyzji będzie oglądać już „znad talerza muli w Brukseli”, a przecież za swoje „historyczne zasługi powinna trafić do siódmego kręgu edukacyjnego piekła i do końca życia pracować w stołówce w zespole szkół powiatowych”. W tej sytuacji, zapowiedziane, m.in. przez nauczycielskie związki zawodowe, protesty oraz strajki wydają w pełni zasadne.
Niektóre zapowiedzi wydają się kontrowersyjne. Np. planowane – w celu przyciągnięcia do urn młodych ludzi – zwolnienie osób do 26 roku życia z płacenia PIT-u może wywoływać wątpliwości konstytucyjne. Generalnie zaś dwukrotnie, w maju i jesienią, przekonamy się,czy tego typu decyzjami społeczno-gospodarczymi da się swoiście „kupić” elektorat.

Bigos tygodniowy

„Yes, yes, yes!!! – znalazły się pieniądze! Aż 40 miliardów! A jednak dali radę! A byli tacy naiwni, co to mówili, że PiS nie ma już nic do rozdawania. Tymczasem władza złożyła publicznie hojną przedwyborczą propozycję korupcyjną. Wyjątkowo bezczelna kiełbasa wyborcza, bo przecież przez minione trzy lata rządzący nie chcieli wprowadzenia tego świadczenia na pierwsze dziecko. A teraz jest nawet na trzynastkę dla emerytów i PIT plus dla młodych! Pomijając już to, że pachnie to Grecją, całkowicie zrozumiałe jest oburzenie protestujących przed rokiem niepełnosprawnych, a także nauczycieli, pielęgniarek i innych pracowników budżetówki, którym rząd odmawia znacznie mniejszych pieniędzy na świadczenia podwyżki.

Gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego był przez kilka dni wańką-wstańką. Jednej nocy aktywiści ulicznej opozycji: Rafał Suszek, Konrad Korzeniowski i Michał Wojcieszczuk obalili tego solidarnościowego bałwana, innej – „stoczniowcy” Karola Guzikiewicza postawili go z powrotem. Opozycyjnym aktywistom przynajmniej na krotko udało się pomnik pedofila obalić, ale już władze miasta nie zapobiegły jego przywróceniu. A wystarczyło postawić tam oddział strażników miejskich, by zapobiec samowoli budowlanej. Jedno jest pewne – na tym skwerze spokoju nie będzie. Pomnik jest teraz na okrągło pilnowany nie tylko przez policję i „stoczniowców”, ale też ze specjalnie wynajętego, pobliskiego mieszkania. Wolter mówił o TYM: „Zgnieść tę ohydę”.

Swoją drogą patrzcie, jak prawactwo gorliwie i walecznie dba o swoje tradycje! A kiedy ja zwracałem się do prominentnych przedstawicieli lewicy z sugestią, by powrócić do zarzuconej przed laty idei wystawienia pomnika Kazimierza Łyszczyńskiego, którego Kościół kazał spalić na stosie za ateizm (dobry król Jan III Sobieski zamienił to na ścięcie mieczem), to patrzyli na mnie jak na zielonego kota i ledwo hamowali się przed ziewaniem. I potem niektórzy się dziwią, że kler i prawica wygrywają z lewicą i innymi wolności owcami w przestrzeni publicznej, a potem w wyborach…

Prezentacja „jedynek” i „dwójek” na listach PiS do Parlamentu Europejskiego na chwilę zrównała się medialnie z aferą Srebrnej i nowym konfliktem polsko-izraelskim. Opozycja mówi o „ewakuacji” ważnych postaci PiS do Brukseli przed przewidywaną porażką w jesiennych wyborach krajowych. Być może jest coś na rzeczy, ale od siebie dodałbym jeszcze inną prawdopodobną motywację Kaczyńskiego. Chce on mieć w Brukseli ekipę gwarantującą bezwzględne posłuszeństwo rozkazom, wiernopoddańczą. Gdyby chciał ekipy wartościowej merytorycznie i intelektualnie, znalazłby kilku takich ludzi. Natomiast o jakimkolwiek formacie intelektualnym Beaty Mazurek, Beaty Szydło, Beaty Kempy, Elżbiety Kruk, Jadwigi Wiśniewskiej, Joanny Kopcińskiej Joachima Brudzińskiego i kilkorga innych trudno mówić. Poza tym prezes boi się tych wyborów, więc postawił na osoby bardzo dobrze identyfikowalne przez elektorat.

Ruszyły przygotowania do absurdalnego przekopu Mierzei Wiślanej czyli pisowskiego „biełomorkanału”. Kanału raczej nie będzie, ale kolejną połać lasu czyli naturalnych płuc w naszym zatrutym kraju już wycięto. Wszystko tylko po to, żeby okazać niechęć Rosji, bo żadnego – realnego – stojącego za tym argumentu ekonomicznego nie ma. Bywam co roku na Mierzei Wiślanej, w Kątach Rybackich i wiem jak niekomfortowe i także niebezpieczne jest przemieszczanie się wąskim chodnikiem wzdłuż tamtejszego, zatłoczonego, głównego traktu drogowego wzdłuż cyplu, od Gdańska po Krynicę Morską. Już sobie wyobrażam, co mogę tam zastać w najbliższe wakacje, kiedy ruszą ciężarówki.

Nawykowe myślenie z odległej przeszłości, że związek „Solidarność” z towarzyszem Alfredem Bujarą, to jakaś szeroki pas transmisyjny do mas pracowniczych, popchnęło PiS do ustawy o zakazie handlu w niedziele. Wygląda jednak na to, że masom kupującym miast i wsi ten pomysł się nie podoba, bo tylko 19 procent akceptuje całkowity zakaz, a aż 36 procent chce handlu nieskrępowanego. Władza wycofa się więc z tego rakiem, co już zasygnalizował Młody Morawiecki. Na początek najprawdopodobniej wprowadzą model pół na pół, czyli dwie niedziele handlowe i dwie niehandlowe. A wprowadzą to na krótko przed wyborami, żeby wzbudzić świeżą wdzięczność mas kupujących miast i wsi. Wdzięczność dla władzy za to, że wsłuchuje się w głos mas kupujących, które liczbowo przekraczają przecież liczbę mas pracujących miast i wsi.

Prawactwo zawyło, bo przywrócono poprzednich patronów ulic warszawskich, a zluzowano patronów prawackich. Oni mogą oczywiście starać się o nadawanie ulicom i placom imion swoich idoli, ale pod warunkiem, że nie w miejsce dotychczasowych, niemiłych im patronów, n.p. lewicowych. Niech prawactwo znajdzie poletko dla swoich patronów, a nie pcha się miejsca już zajęte. Nie jest ono wyłącznym właścicielem przestrzeni publicznej i symbolicznej w Polsce.

Prawactwo zawyło też z powodu zapowiedzi wprowadzenia do szkół warszawskich programu ochrony uczniów LGBT. Krzyczą że to homopropaganda za pieniądze katolików-podatników. A religia w szkole to nie jest krzewiona za moje i nie tylko moje podatki propaganda religijnej nieprawdy i chwały Kościoła, organizacji pasożytniczej?

Prawactwo zawyło też z powodu nieudostępnienia przez władze Wrocławia zwyczajowego miejsca na obchody wyjątkowo odstręczającego i haniebnego kultu tzw. „żołnierzy wyklętych”, których wolę nazywać bandytami przeklętymi.

Pojawił się pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie ma prowadzenia. Według badania IBRIS Koalicja Europejska ma poparcie 38 procent do 34 procent dla PiS. Warto pamiętać, że IBRIS stoi na czele pracowni prezentującej wyniki badań o najwyższej trafności przewidywania. N.p. przewidzieli zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w pierwszej turze wyborów prezydenta Warszawy, podczas, gdy inne pracownie wskazywały, że Jaki Taki wejdzie do drugiej tury. Brawo SLD! To była dobra decyzja.

Opanowane przez pisiorów Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego wysunęło Cezarego Łazarewicza na kandydata do tytułu „Dziennikarskiej Hieny Roku”. Dziennikarz podał przeciw SDP sprawę do sądu o zniesławienie. Informuję, że ja zgłosiłem kandydaturę Adriana Klarenbacha z TVPiS, choć stałą konkurencją jest dla niego zespół „Wiadomości” TVPiS. Moja kandydatura nie miała jednak najmniejszych szans, bo pisiorstwo i prawactwo jest w SDP rozwielmożnione bez żadnych hamulców.

Wiosna Biedronia

Z dużej chmury mały deszcz. Tak w skrócie można opisać konwencję nowej partii politycznej byłego prezydenta Słupska. Show, owszem, było, ale zabrakło zarówno konkretów jak i wielu ważnych aspektów dotyczących polityki gospodarczej jak i zagranicznej.

Od kilku miesięcy Robert Biedroń podnosił napięcie. Na Torwarze zaprezentował się jako pełnokrwisty lider, pełen werwy i wiary w to, co mówi. Ewidentnym minusem jako założeń programowych- głównie jednak światopoglądowych, jak świeckie państwo, aborcja, prawa kobiet- był brak przedstawienia koncepcji z czego zrealizuje swoje plany, takie jak gwarantowana emerytura w wysokości 1600 zł. Co więcej, nie przedstawił swojego ekonomicznego lidera, choć przedstawiał takich od polityki edukacyjnej, samorządowej czy do spraw przedsiębiorczości. Mając na uwadze fakt, iż z wielką ochotą Robert Biedroń korzystał z pomocy i rady Leszka Balcerowicza, można mieć wątpliwości co do prospołecznego kierunku jego działalności.
Nie od dziś wiadomo, że nie ma wysokiego socjalu bez wysokich podatków. Socjaldemokratyczna polityka społeczna może być realizowana tylko tam, gdzie istnieje progresywny system podatkowy. W programie Roberta Biedronia nie ma ani słowa o tym, jaki w przyszłości miałby on być. Noe było również nic o prawach pracowniczych, było za to o pomocy i ułatwieniach dla przedsiębiorców. Jest za to coś, co było już w programie Ruchu Palikota: Likwidacja ZUS i KRUS. Jest na szczęście postulat zwiększenia podniesienia nakładów na opiekę zdrowotną. To jednak zrobił już PiS. Kontrowersyjny jest również pomysł odejścia od węgla do 2035 roku. Walka ze smogiem jest polską racją stanu, ale należy to robić z głowy i bez demagogii. Likwidacja smogu nad Polską wymaga przede wszystkim likwidacji źródeł niskiej emisji, przeprowadzenia na szeroką skalę termomodernizacji budynków, zwiększenia podaży ciepła systemowego do gospodarstw domowych, a tam gdzie to niemożliwe – wymiany obecnie używanych urządzeń grzewczych na ekologiczne. Robert Biedroń zarzucił również górnikom typową liberalną nagonkę stwierdzając, iż „rząd dopłaca rocznie 10 mld zł rocznie- to 10 tys zł na każdego górnika”. Ta bzdura wymaga jednak komentarza. Według raportu NIK w latach 2007-2015, a więc w najgorszych pod względem zarządzania latach dla polskiego górnictwa, kiedy kopalnie osiągnęły skumulowaną stratę netto ponad -1,1 mld zł, całkowita pomoc dla górnictwa wyniosła 7,3 mld zł. Nie rocznie, lecz niemal za całą dekadę. W tym samym okresie górnictwo wniosło w formie różnych płatności publicznoprawnych kwotę 64,5 mld zł. To zatem nie my dokładamy do górnictwa, to górnictwo generuje olbrzymie zyski. Dziś energetyka węglowa jest polską racją stanu. Nie ma bowiem na razie szans na rozwinięcie na wielką saklę alternatywnych źródeł energii. Odejście od węgla jest potrzebne, ale nie można robić tego, co z górnictwem zrobiła w Wielkiej Brytanii premier Margaret Thatcher, spychając olbrzymie rzesze górników na bruk.
Nie wiem dlaczego były poseł Ruchu Palikota nie poruszył spraw dotyczących polityki międzynarodowej i miejsca Polski w Unii Europejskiej. Sprawa tym bardziej aktualna, bowiem już w maju wybory do Parlamentu Europejskiego. W jakiej frakcji zasiedliby posłowie i posłanki Wiosny? Tego nie wiemy. A to ważne, bowiem w PE rządzą europejskie rodziny. Czy bliżej Biedroniowi do Partii Europejskich Socjalistów, czy Europejskich Liberałów? Jaką w ogóle wizję wspólnoty ma Robert Biedroń? Jakie relacje z USA? Jak rozwiązać pasywne stosunki z Rosją? Oprócz tych tematów zabrakło spraw związanych z kulturą. Wiadomo, to temat bardzo niewygodny. Każdy oczywiście podkreśla potrzebę ich zwiększenia, ale jak jest, widzimy wszyscy. Robert Biedroń nie odniósł się również do bardzo ważnego tematu, zwłaszcza dla tradycyjnego lewicowego elektoratu, czyli polityki pamięci. Kuriozalna z kolei była jego deklaracja, iż wystartuje w wyborach do PE i natychmiast odda mandat. To wyborcze oszustwo. Jaki ma bowiem sens głosować na kogoś, kto za chwilę nie będzie nas reprezentować?
Robert Biedroń ma ogromną szansę wejść zarówno do PE jak i krajowego parlamentu. Odbierze trochę wyborców PO, Nowoczesnej i Kukizowi. Być może skusi czymś nowych wyborców, którzy zagłosują po raz pierwszy. Jego program jednak nie jest lewicowy a sam polityk ucieka od określenia własnej tożsamości. Trendem ostatnich lat w polskiej polityce jest jakaś nowa formacja bądź formuła partii politycznej. Był Palikot, Petru i Kukiz. Teraz czas na Roberta Biedronia i jego Wiosnę. Na lewicę jednak w Polsce przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Daleko od polityki

Wybory samorządowe coraz bliżej, a i walka o rząd dusz wyborców, nabiera kolorów. Problem polega jednak na tym, że prowadzona kampania wyborcza nie ma nic wspólnego z faktycznymi problemami lokalnych społeczności. Największe partie polityczne, zamiast zająć się inwestowaniem swojej kampanijnej machiny dla rozpoznania potrzeb mieszkańców, mamią wyborców ogólnopolskimi hasłami. Kuszą dodatkowymi benefitami, rozprawiają o polityce wobec Unii Europejskiej, zbrojeniach czy dywagują jakie wartości ma wyznawać prawdziwy Polak.
To, co ważne dla gmin i powiatów, leży odłogiem. Zarówno PiS jak i PO do wyborów samorządowych podchodzą po macoszemu, chcąc załatwić swoje interesy, ugrać jak najwięcej i upchnąć swoich na stołki. Przykład Anna Morawiecka. Coż to za Pani? Siostra premiera. Chce zostać burmistrzem Obornik Śląskich i wszystko byłoby dobrze, gdy nie to, że w mieście nikt o niej nie słyszał.
Ze stylem prowadzenia kampanii wyborczych PiS i PO można się nie zgadzać, postulatów nie popierać, a do polityków mieć ograniczone zaufanie. Kampania tegorocznych wyborów samorządowych nie spełnia oczekiwań większości Polaków, ale czy warto z tego powodu rezygnować ze swojego prawa do głosu? Czy warto pozwolić innym decydować za nas – na złość politykom? Bez względu na to, jakie środowisko chce się poprzeć i jakie mamy poglądy, z prawa do głosu nie warto rezygnować. Głosując, mamy szansę coś zmienić – idźmy więc na wybory i pokażmy, że każdy głos (a przede wszystkim głos rozsądku) powinien się liczyć.
Kandydaci rożnych progresywnych komitetów wyborczych startują w całej Polsce. Taką postępową koalicję tworzy także Sojusz Lewicy Demokratycznej. Z wyborcami rozmawiamy o sprawach lokalnych, a propozycje które składamy dotyczą przed wszystkim konkretów ważnych dla samorządowej wspólnoty. Politykę krajową odkładamy na wybory roku 2019, a dziś skupiamy się na problemach zwykłych ludzi.