Dylematy Sojuszu Atlantyckiego

Minęło siedemdziesiąt już lat od powstania Paktu Północno-Atlantyckiego i dwadzieścia od przyjęcia w jego skład pierwszych trzech państw posocjalistycznych: Polski, Czech i Węgier.

Sojusz Atlantycki przetrwał zakończenie zimnej wojny, której był produktem i jest obecnie najsilniejszą międzynarodową strukturą polityczno-wojskową współczesnego świata. Decyzja o rozszerzeniu go na państwa, które w latach 1989/90 dokonywały zmiany systemu, okazała się – wbrew obawom żywionych wówczas przez część polityków, tak na Zachodzie, jak w Polsce – istotnym wkładem w budowanie nowego ładu międzynarodowego.
Byłem zdecydowanym zwolennikiem przystąpienia Polski do NATO. W tygodniach poprzedzających powstanie pierwszego rządu SLD i PSL z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego zostałem współprzewodniczącym międzypartyjnego zespołu SLD, PSL i Unii Pracy, którego zadaniem było sformułowanie założeń polityki zagranicznej i obronnej przyszłego gabinetu premiera Pawlaka. Współprzewodniczącymi byli – już nieżyjący – Andrzej Micewski (bezpartyjny poseł z klubu PSL ) i Aleksander Małachowski z ramienia Unii Pracy. Gdy kończyliśmy pracę i ogłaszaliśmy jej wyniki, najważniejszą sensacją dnia była informacja, że nowa koalicja rządowa (wtedy jeszcze, jak chcieliśmy, z udziałem Unii Pracy) zamierza kontynuować starania o wprowadzenie Polski do NATO, zainicjowane przez poprzednie gabinety Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej. O dojrzałości ówczesnej klasy politycznej dobrze świadczy to, że w tej sprawie potrafiliśmy iść wspólnie, ponad partyjnymi podziałami.
Rozważa się często kwestię, czy Polsce obecnie zagraża niebezpieczeństwo ze strony Federacji Rosyjskiej. Podstawowym argumentem przemawiającym za optymistycznym wariantem odpowiedzi na to pytanie, jest nasza obecność w NATO. Nawet gdyby, co bynajmniej nie jest nieuchronne, jakaś (hipotetyczna) ekipa kierownicza Federacji Rosyjskiej żywiła wobec Polski agresywne zamiary, sam fakt naszego członkostwa w NATO musiałby działać na nią otrzeźwiająco. Potęga militarna Sojuszu i sławny artykuł piąty Traktatu Waszyngtońskiego oznaczają pełne bezpieczeństwo Polski, atak na którą musiałby być równoznaczny z wydaniem wojny całemu Sojuszowi, ta zaś nieuchronnie skończyłaby się klęską agresora. Nigdy w swej historii Polska nie była w tak bezpiecznej sytuacji geopolitycznej.
Członkostwo w NATO (a tak ze w Unii Europejskiej) oznacza także zasadniczą zmianę w stosunkach polsko-niemieckich. Po stuleciach konfliktów jesteśmy dziś sojusznikami. Nie znaczy to jednak, by członkostwo w NATO nie wiązało się z poważnymi problemami. Jeden zwłaszcza problem nabrał w tym stuleciu poważnego charakteru. Jest to rola Stanów Zjednoczonych i wpływ tego mocarstwa na sytuację państw sojuszniczych.
Nikogo zapewne nie trzeba przekonywać, że potęga militarna Stanów Zjednoczonych stanowi najsilniejszy atut całego Sojuszu Atlantyckiego. Tak było w 1949 roku i tak jest obecnie. Problem polega jednak na tym, jaką politykę prowadzi to mocarstwo i jak ta polityka wpływa na bezpieczeństwo całej wspólnoty transatlantyckiej. W latach zimnej wojny przywódcza rola USA w Sojuszu Atlantyckim realizowana była w sposób odpowiedzialny, liczący się z realiami ówczesnego świata. Niezależnie od tego, przedstawiciel której partii zasiadał w Białym Domu. Stanu Zjednoczone kierowały się doktryną „powstrzymywania”, której istotą było założenie, że respektowane będą realia powojennego, podzielonego świata, ale Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nie dopuszczą do opartej na sile ekspansji przeciwnego obozu. Intelektualnym ojcem tej doktryny był George F. Kennan (1904-2005), który – nawiasem mówiąc – pod koniec życia był bardzo surowym krytykiem polityki prowadzonej przez USA po zakończeniu zimnej wojny. Doktryna powstrzymania oznaczała między innymi stworzenie „mostu powietrznego” w czasie blokady Berlina Zachodniego (1948-49) i konfrontację zbrojną w czasie wojny koreańskiej (1950-53), ale nie wykluczała okresów odprężenia i współpracy – zwłaszcza po śmierci Stalina i wysunięciu przez nowe kierownictwo radzieckie programu „pokojowego współistnienia”. Ta ostrożna polityka USA i ich sojuszników rodziła rozczarowanie wśród najbardziej radykalnych antykomunistów, którym marzyło się zbrojne „wyzwolenie” Europy środkowo-wschodniej. Realizm polityczny po obu tronach „żelaznej kurtyny” uchronił świat przed trzecią wojną światową, która – z uwagi na rozwój broni masowej zagłady – stanowiła egzystencjalną groźbę dla ludzkości.
W nowych realiach po zakończeniu zimnej wojny Sojusz Atlantycki stał się jedyną tak potężną i terytorialnie rozległą strukturą polityczno-wojskową. Rozwiązanie Układu Warszawskiego i rozpad ZSRR stworzyły nową sytuację geopolityczną, w której podstawową rolą NATO stało się umacnianie stabilizacji międzynarodowej opartej na poszanowaniu prawa i na gotowości do rozwiązywania konfliktów na drodze pokojowej. Pierwszym testem dla nowej roli NATO były wojny etniczne na terenie byłej Jugosławii: zwłaszcza w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie oraz w należącym do Serbii Kosowie. Państwa wchodzące w skład NATO nie były jednomyślne w początkowej fazie tych konfliktów, ale ostatecznie poparły Stany Zjednoczone, które – po okresie wahań – zdecydowały się użyć siły zbrojnej dla wymuszenia pokoju w Bośni i Hercegowinie a parę lat później w Kosowie. Zwłaszcza w tej drugiej kwestii interwencja NATO (realizowana głownie przez siły powietrzne USA i Wielkiej Brytanii) rodziła dość liczne protesty, także wśród części polityków polskiej lewicy. W zasadzie jednak linia postępowania NATO pozostawała zgodna z deklarowanymi celami, jakimi było utrzymanie lub przywrócenie pokoju i zapobieganie zbrodniom wojennym, szczególnie dramatycznym w czasie wojny etnicznej w Bośni i Hercegowinie. Ówczesną politykę NATO uzasadniano argumentem o dopuszczalności takiej interwencji — ale tylko wtedy, gdy ma ona miejsce dla zapobieżenia masowym zbrodniom w stosunku do ludności cywilnej. Sytuacja zmieniła się radykalnie po zamachach terrorystycznych 11 września 2001 roku. Postawiły one Stany Zjednoczone, a pośrednio cały Sojusz Atlantycki, przed wyzwaniem, jakiego nie znaliśmy od zakończenia zimnej wojny. Fatalnym zbiegiem okoliczności miało to miejsce w pierwszym roku prezydentury George’a W. Busha – określonej jako „katastrofalna” przez Zbigniewa Brzezińskiego („Druga szansa”, 2007). Ten wybitny politolog i były doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta Cartera wielokrotnie wyrażał bardzo surową krytykę polityki G.W. Busha, w której widział zaprzepaszczanie szans na odpowiedzialne sprawowanie przez USA przywództwa w Sojuszu Atlantyckim. Istotą krytyki Brzezińskiego był zarzut, że G.W. Bush podporządkował politykę zagraniczną USA ideologicznemu doktrynerstwu i że tym samym pozbawił USA roli mądrego i odpowiedzialnego przywódcy demokratycznego świata. Brzeziński nie był w tej krytyce odosobniony, a z biegiem czasu szeregi obrońców polityki Busha topniały. Historycznym błędem polityki USA w tym okresie było uderzenie zbrojne na Irak – sprzeczne z prawem międzynarodowym i prowadzące do przewlekłego konfliktu, którego efektem jest osłabienie pozycji Zachodu w krajach islamskich. Było to do przewidzenia. We wrześniu 2002 roku pisałem o fatalnych skutkach, jakie ta wojna pociągnie za sobą („Konieczna wojna?”, Przegląd 22 września 2002). Przeciw wojnie irackiej opowiedzieli się liczni sojusznicy USA, między innymi Francja i Niemcy, a z upływem czasu topniały szeregi państw, które – jak niestety także Polska – przyłączyły się do amerykańskiej agresji. Pozycję USA osłabiło dodatkowo ujawnienie, że oficjalny powód uderzenia na Irak (rzekome gromadzenie broni masowej zagłady) okazał się kłamstwem. Pakt Atlantycki przeżył to doświadczenie, ale była to dla niego poważna próba . Dziś dość powszechne jest przekonanie, że to właśnie wojna iracka pociągnęła za sobą osłabienie pozycji USA w świecie i przekreśliła nadzieje na trwałą współpracę międzynarodową.
Czy była to tylko sprawa nieodpowiedzialnego i fanatycznego prezydenta? Odpowiedzialność G.W. Busha za irackie fiasko jest dziś dość powszechnie uznawana, także przez komentatorów amerykańskich, ale trzeba pamiętać, że w 2003 roku do nielicznych wyjątków należeli w USA politycy przeciwstawiający się jego decyzji o uderzeniu na Irak. Czy tylko dlatego, że uwierzyli w – jak się okazało kłamliwy – argument o rzekomym gromadzeniu przez Irak broni masowej zagłady? W jakiej mierze ta agresywna postawa amerykańskiej elity była wyrazem zafascynowania własną siłą i ulegania iluzji, że siłą uda się wprowadzić amerykańską hegemonię w skali światowej?
Potem przyszło otrzeźwienie, czego przejawem było podwójne zwycięstwo wyborcze Baracka Obamy (2008 i 2012). Ta prezydentura ożywiła nadzieje na to, że możliwy jest inny kierunek polityki amerykańskiej. Prezydentowi Obamie nie udało się jednak wyplątać USA z pułapki irackiej, a wybuch tak zwanej „arabskiej wiosny” (2011) stworzył nowe problemy, w tym wojny domowe w kilku państwach (Libia, Jemen, Syria). Pogorszenie relacji z Rosją, widoczne już pod koniec administracji Busha, pogłębiło się w wyniku rosyjskiej polityki wobec Ukrainy.
Wybory prezydenckie 2016 roku oddały ster polityki amerykańskiej w ręce Donalda Trumpa – polityka nieodpowiedzialnego i skłonnego do agresywnych posunięć. Pod jego rządami USA znacząco pogorszyły swe relacje z Chinami, zerwały porozumienie z Rosją o ograniczeniu rakiet średniego zasięgu, próbują doprowadzić do obalenia radykalnego rządu w Wenezueli (jak dotąd nieskutecznie), a ostatnio zaczęły grozić wojną Iranowi. Chociaż do nowych wyborów jest ponad rok, to jednak już teraz można stwierdzić, że Trump ma bardzo silną pozycję w Partii Republikańskiej i jego ponowny wybór nie jest wykluczony. Jest tak dlatego, że agresywna polityka obecnego prezydenta trafia w nastroje znacznej części społeczeństwa amerykańskiego – tak, jak w swoim czasie trafia w nie polityka G.W. Busha. Obaj ci prezydenci zawdzięczają swą pozycję temu, ze sukces Zachodu w zimnej wojnie obudził takie tendencje polityczne, które musiały pozostawać w cieniu w warunkach równowagi sił militarnych z czasów zimnej wojny. Iluzja własnej wszechpotęgi jest zawsze złym doradcą. Dotyczy to nie tylko polityków, ale i kierowanych przez nich społeczeństw.
Dla sojuszników USA oznacza to poważny dylemat. Nie mamy i mieć nie będziemy lepszego sojuszu niż ten, którego najpotężniejszym członkiem są Stany Zjednoczone. Czy więc musimy godzić się na to, że wspólnie ponosić będziemy konsekwencje błędnej polityki USA? Myślę, że jedyną strategią, która nam – sojusznikom USA – pozostała to umacnianie więzi europejskich i wspólne oddziaływanie na kierunek polityki amerykańskiej tak, by w miarę możliwości korygować jej kierunek.
Polityka obecnego rządu polskiego idzie innymi drogami. Osłabianiu solidarności europejskiej towarzyszy ostentacyjne ubieganie się o poparcie USA, w którym widzi się dowód na rzecz trafności obranego kierunku politycznego. To podwójna iluzja. Po pierwsze: dla USA samotna Polska nie stanowi i nigdy stanowić nie będzie partnera liczącego się w podejmowanych decyzjach. Po drugie zaś: polityka ta może okazać się żałosnym fiaskiem, jeśli w Stanach Zjednoczonych ponownie dojdzie do głosu inny, bardziej odpowiedzialny kierunek myślenia o ich roli w dzisiejszym świecie.

Gdy Polska wstaje z kolan, rachunki są wysokie

Jest w tym coś metafizycznego. Jest taki rząd, który ciągle grzmi o narodzie, walce i odzyskiwaniu godności, a jednocześnie prowadzi politykę zagraniczną na doprawdy obleśnym, lokajskim poziomie; jest takie społeczeństwo, które to widzi, ale wciąż nie potrafi przełamać tego poznawczego dysonansu. Leci więc Duda do Waszyngtonu, wraca puściwszy Polki i Polaków w skarpetkach, a tu wciąż biją mu brawo.
Dopiero co strajkowali nauczyciele, protestują fizjoterapeuci i weterynarze, samorządy nie mają pieniędzy na dokończenie oświatowej „deformy”, niepełnosprawni wciąż nie mogą doczekać się spełnienia swoich postulatów, w powiecie piotrkowskim nie będzie już ani jednej „porodówki”… Można by tak wyliczać długo. Na nikim to chyba nie robi to chyba żadnego szczególnego wrażenia. Trzy dekady cywilizacyjnego regresu najwyraźniej nie tylko oswoiły ludzi z patologiami, ale i sprowadziły na społeczeństwo szereg poznawczych trudności.
Bo jak inaczej wyjaśnić, to, że prezydent powstającej z kolan Polski leci do stolicy mocarstwa i wraca wyłącznie ze zobowiązaniami. Jak można nie dostrzegać tak ewidentnych rzeczy? Jak można coś takiego popierać? I to tak masowo.
Andrzej Duda w Waszyngtonie wszak nie tylko nie powstał z kolan, ale wręcz na nie upadł i to w stylu tak lokajskim, że pierwsi sekretarze KPZR mogą Donaldowi Trumpowi szczerze pozazdrościć.
Zrekapitulujmy. US Army wyśle nad Wisłę jeszcze tysiąc żołnierzy. Wszelkie koszty pokryje Polska. Do tego kupimy jeszcze ponad 30 samolotów F35, z których latać będą mogły może trzy ze względu na koszty eksploatacyjne. A na sam shopping u Wujka Sama wywalimy 17 mld. zł. Jakby tego było mało, to zapłacimy też za amerykański gaz. Rosyjski jest be, chociaż wielokrotnie tańszy. Zobowiązaliśmy się, że będziemy prowadzili z USA strategiczną współpracę w zakresie budowy elektrowni jądrowej. Szacowane koszty takiego przedsięwzięcia opiewają na ponad 70 mld. zł.
Te gigantyczne kwoty można byłoby naprawdę lepiej wydać. Czy to na dofinansowanie publicznej służby zdrowia, czy na publiczny transport zbiorowy, czy na edukację. Można byłoby je przeznaczyć na wzmocnienie nauki polskiej, zwłaszcza zdegradowanych po 1989 r. dziedzin technicznych i na szkolnictwo zawodowe. A co z polityką socjalną? Co z opieką publiczną nad ludźmi starymi, przewlekle chorymi i niepełnosprawnymi. Już pal sześć, że lokajstwo! To przecież jest jakieś antyludzkie, zupełnie niehumanitarne, żeby odmówić pieniędzy opiekunom osób niepełnosprawnych, a mieć gest dla Pentagonu i zainwestować w amerykański wojenny watażkizm sumy tuziny razów większe.
I jeszcze ta propagandowa paplanina: „to jest wielka inwestycja w nasze bezpieczeństwo”. Jeśli nawet za prawdziwe przyjąć tezy o „rosyjskim zagrożeniu wobec Polski”, to tylko przygłup może sobie wyobrazić, że dodatkowe 3, 4 czy nawet 5 tys. amerykańskich szwejków może takie „zagrożenie” odeprzeć.
To, co Duda nawyprawiał w Waszyngtonie, to intelektualna, polityczna i moralna hańba, to zupełne bankructwo. Niestety, zapłacimy za to wszyscy, nie tylko wyznawcy prezesa Kaczyńskiego.

Flaczki tygodnia

Polsce nie są potrzebni stacjonujący na jej terytorium amerykańscy żołnierze, aby realnie zwiększyć bezpieczeństwo naszego kraju.
Potrzebni są, by zwiększyć poczucie bezpieczeństwa wśród Polaków. Wzmocnić w nas wiarę, że tym razem dobry Waszyngton nakaże swym wojakom umierać za Gdańsk, Licheń i Nowogrodzką.
Potrzebni są też elitom PiS aby zwiększyć bezpieczeństwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości.

Różnica pomiędzy realnym bezpieczeństwem państwa a pobudzonym poczuciem bezpieczeństwa u obywateli podobna jest różnicy pomiędzy efektami lekcjami matematyki i religii.
Nauczanie rachunków pomaga nam odsłaniać prawdę. Często nieprzyjemną, bo minusową. Wiara, krzewiona na lekcjach religii, pobudza poczucie naszej wielkości, wspólnoty i nadziei na efektowne zwycięstwa.
Dlatego każde dobrze zorganizowane wojsko, gotując się do bitwy, najpierw wspólnie śpiewało na mszy, a potem zażywało działkę regionalnego dopalacza. I tak bóg, honor, a potem amfa lub spirytus, wiodły żołnierzy do zwycięstwa.

Nietrudno zauważyć, że każdy tysiąc, z obiecywanych przez PiS, amerykańskich żołnierzy wpisuje się w pakiet wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.
Jeszcze niedawno pan prezes Kaczyński kupował sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze. Za obietnice kolejnych transferów socjalnych z budżetu państwa. Obietnice bezpieczeństwa socjalnego.
Teraz zamierza dodatkowo kupić jeszcze więcej poparcia za obietnice wzmocnienia naszego poczucia bezpieczeństwa.

W ciągu ostatnich lat elity PiS straszyły nas wielokrotnie. Najazdem muzułmańskich uchodźców, czyli epidemią tyfusu i prawa szariatu. Wieś polską, wieś spokojną, wieś wesołą, napaść miał podstępny, przywleczony z Zachodu „gender”. Nakazujący chłopcom zakładania różowych sukienek, a dziewczynkom niebieskich spodenek.
PiS straszył Polaków też atakami pedofilii ze środowisk murarskich i artystycznych, eksplozją „ideologii LGBT”, „nadzwyczajną kastą sędziowską” kradnąca wiertarki w „Żabkach”, a niedawno rozbiciem dzielnicowym Polski zaplanowanym przez prezydentów największych miast Polskich.

Straszył skutecznie. Najpierw kreował nierzeczywistego wroga. Potem fałszywe informacje o nadchodzącym zagrożeniu. Aby w końcu odtrąbić zwycięstwo zmobilizowanych sił partyjno- rządowych nad antynarodowym, groźnym, lecz zmyślonym wrogiem.
Takie propagandowe wiktorie wiedeńskie elitom PiS udają się, bo w Polsce ponad 30 procent obywateli nadal nie ma dostępu do innej telewizji niż TVP.

Kreując kolejnych wrogów elity PiS wyszły poza granice Polski. Skłóciły państwo polskie z władzami Ukrainy, Izraela, Niemiec, Francji, Czech, Austrii i Słowacji. Bo wszędzie tam elit PiS wynajdowały „antypolonizm”. Groźny dla narodowo- katolickiej Polski niczym „gender”, „ideologia LGBT”, albo wychowanie seksualne w szkołach. Jedynie Węgry i czasem Włochy mogły liczyć na przyjazne gesty ze strony Nowogrodzkiej. Czyli polskiego Kremla.

Jednak wszystkie wymienione wyżej straszaki, nawet Żydzi i pedofilscy reżyserzy filmowi, nie dorastają do pięt największemu wrogowi katolickiego narodu polskiego. Brudnych pięt, rzecz jasna. Odzianych w „śmierdzące, ruskie onuce”.

Od wielu lat elity PiS kreują Rosję jako największego naszego wroga i potencjalnego agresora. To Rosja ma zagrażać bezpieczeństwu naszego państwa i jego obywateli.
Elity PiS każą wierzyć nam w dogmat ogłoszony przez byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W wypowiedziane przez niego w 2014 roku słowa: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

Ponieważ pan prezydent Kaczyński zginął w katastrofie lotniczej, uznawanej przez wyborców PiS za zamach inspirowany przez Kreml, to tenże prezydent zyskał w narodowo- katolickich środowiskach status świeckiego świętego.
Dlatego jego kiepska prezydentura nie może być dziś krytykowana. Dlatego jego słowa traktowane są jak wyrocznie. Zwłaszcza te, uzasadniające pragnienie agresji na Polskę genetycznie zakodowaną w rosyjskim narodzie.

Kreowanie przez elity PiS nieuchronnego, rosyjskiego zagrożenia jest skuteczne również dlatego, że rosyjskie elity lekceważąco traktują obecną Polskę. Uważają ją za państwo drugorzędne. Nie prowadzące suwerennej polityki, tylko służące administracji USA.
Takie lekceważenie Polski budzi niechęć do Rosji również wśród formacji politycznych opozycyjnych wobec rządów PiS. W praktyce wyklucza dialog polsko- rosyjski, nawet na innych , niż polityczne fora. Utrudnia w Polsce poważne studia i refleksję nad współczesną polityką Rosji.

Rządzące Polską elity PiS zapewne dobrze wiedzą, że obecna Rosja nie ma żadnego, racjonalnego interesu aby dokonać agresji militarnej na Polskę. Rosja nie zamierza dziś eksportować rewolucji, jak to było w 1920 roku, ani przystąpić do kolejnego rozbioru Polski, jak w 1939 roku. Nie ma też sojuszników dla takich działań w unijnej, transatlantyckiej Europie. Rosjanie nie są samobójcami aby militarnie porywać się na Polskę, czyli wejść z konflikt z NATO i Unią Europejską.

Oczywiście brak woli militarnej agresji nie wyklucza innego rosyjskiego oddziałania na nasz kraj. Nietradycyjnych, lecz „hybrydowych” wojen.
Ale elity PiS nie tworzą programów zabezpieczających przed takimi ingerencjami. Budują za to wizje bezpieczeństwo polskiego opartą na dawnych, już nieaktualnych wojnach. Wizje fałszywe, lecz nośne propagandowo w kampaniach wyborczych. Łatwiej przecież przekonać wyborców do zakupów efektownego, choć nie efektywnego uzbrojenia niż do posiadania wspólnej, europejskiej waluty. Do silniejszej integracji europejskiej.

Szykując się do kolejnej kampanii wyborczej elity PiS obiecują nam złudę przyszłego bezpieczeństwa. Wizję mocarstwowej militarnie Polski. Niestety dzieje się to kosztem odkładania dzisiejszych reformy służby zdrowia, nowoczesnego systemu edukacji, inwestycji w nowoczesną gospodarkę, poprawy ekologicznej jakości życia Polaków.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Wyskok ku spirali zbrojeń

…i wyskok Czaputowicza.

Świat wydaje na zbrojenia (oficjalnie-na „cele obronne”) prawie 2 bln dol. rocznie To ogromna suma,która w dużej mierze jest marnowana,a mogłaby być przeznaczana na rozwiązanie głównych problemów globalnych (głód i niedożywienie,brak stałego dostępu do zdrowej wody pitnej, wyzwania klimatyczne oraz migracyjno-uchodźcze itd.). Największy udział mają w tym niezmiennie Stany Zjednoczone-ponad 700 mld dol. w obecnym budżecie, co oznacza więcej niż pozostałe państwa z pierwszej dziesiątki razem wzięte- Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Francja, Indie, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy i Korea Płd.
Równocześnie słynny, symboliczny „Zegar Zagłady” pokazujący zwłaszcza stopień zagrożenia nuklearnego, wymyślony w 1947 r. przez naukowców z Uniwersytetu Chicagowskiego, wskazuje obecnie dwie minuty do północy, która oznacza zagładę ludzkości. Tak blisko wskazówki zegara były dotąd jedynie w 1953 r.
Obecnie tylko 9 państw dysponuje bronią atomową – USA, Rosja, Chiny, Francja,Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael i – od pewnego czasu – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Jednakże tylko dwa pierwsze mocarstwa mają możliwość tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego też rzeczą kluczową dla wyeliminowania tych największych zagrożeń są porozumienia o ograniczeniu, kontroli i redukcji zbrojeń strategicznych między Moskwą a Waszyngtonem..Było ich do tej pory sporo, m.in. SALT I (1972 r.), SALT II (1979 r.), START I (1991 r.) i START II (1993 r.). Nie bez znaczenia był również układ INF z 1987 r.,podpisany w Waszyngtonie przez Reagana i Gorbaczowa dotyczący produkcji,przechowywania oraz likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu, tzn. od 500 do 5500 km.
Przez szereg lat nie było zastrzeżeń odnośnie do wykonywania jego zapisów,ale administracja Trumpa zarzuciła władzom na Kremlu,iż Rosja weszła w posiadanie nowych pocisków manewrujących SSC-8, co narusza porozumienie INF. Mimo rozmów dwustronnych na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych,prowadzonych m.in.-co ciekawe- w Pekinie, nie udało się wyjaśnić tej kwestii,a w rezultacie 2 lutego USA i Rosja zawiesiły na 6 miesięcy jego stosowanie. Grozi to niewątpliwie m.in. nowym wyścigiem zbrojeń w i tak napiętej sytuacji międzynarodowej.
W tej materii pojawił się niestety przykry wątek polski. Otóż szef naszego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który w ciągu roku swego urzędowania, miał szereg wypowiedzi kontrowersyjnych,a czasem wprost nieodpowiedzialnych (np. nazwanie Francji „krajem upadłym”,czy uznanie Tuska za reprezentanta niemieckich interesów w Radzie Europejskiej), posunął się o krok dalej. W wywiadzie dla „Der Spiegel” opowiedział się za rozmieszczeniem broni nuklearnej na terytorium naszego kraju. To co najmniej WYSKOK dyplomatyczny-szkodliwy i bez wyobraźni. Tak postępują POLITYCZNI HUNWEJBINI, bez konsultacji wewnętrznych oraz międzynarodowych..To by przecież musiało oznaczać duży wzrost zagrożenia dla Polski, biorąc m.in. pod uwagę spodziewaną reakcję Moskwy.
Na szczęście sekretarz generalny NATO Stoltenberg zaprzeczył, iż istnieją plany rozmieszczenia nowych głowic nuklearnych w Europie. Co więcej- sekretarz stanu USA Mike Pompeo zadeklarował, iż Stany Zjednoczone są gotowe do negocjacji z Rosją w sprawie kontroli zbrojeń. Istnieją zatem realne szanse na to,że Układ INF będzie- po pewnych modyfikacjach- dalej obowiązywał!

NIE dla ładunków jądrowych na ziemiach polskich! My, socjaliści

Amerykańskie rakiety jądrowe w Polsce. Jeszcze kilka lat temu taka informacja byłaby niemożliwa. 1 lutego 2019 roku, stała się faktem. Jak podał „Der Spiegel”, polski minister spraw zagranicznych chce rozmieszczenia amerykańskiej broni jądrowej w Europie.

W naszym europejskim interesie jest, aby amerykańskie wojska i rakiety nuklearne stacjonowały na kontynencie – powiedział Jacek Czaputowicz. Co więcej, nie wykluczył, że będzie to w Polsce, choć, jak podkreślił, „wcale sobie tego nie życzymy”.
Uzgodnienia dotyczące rozmieszczenia broni jądrowej zapadają, jak wiadomo, wyłącznie pomiędzy mocarstwami nuklearnymi. W tej chwili mamy gorący okres, bowiem za pół roku, w wyniku decyzji USA może wygasnąć układ rozbrojeniowy INF zakazujący stosowania broni średniego zasięgu. USA przyspieszają jego rozwiązanie zapowiadając, że od 2 lutego zawieszają swoje zobowiązania wynikające z traktatu, argumentując to złamaniem przez Rosję zobowiązań z niego wynikających. Negocjacje w sprawach traktatu jednak trwają. Ostatnia runda odbyła się w Pekinie w dniu 1 lutego.
Zadziwiające jest stanowisko zaprezentowane przez polskiego ministra spraw zagranicznych, tym bardziej, że odbiega ono od opublikowanej deklaracji sekretarza generalnego NATO. Jacek Czaputowicz, co zauważył „Der Spiegel”, chce rozmieszczenia broni jądrowej w Europie, co jak można sądzić jest sprzeczne z oficjalnym stanowiskiem Polski, jak również krajów położonych na kontynencie europejskim. Polacy i Europejczycy są zaskoczeni tymi słowami, niektórzy mówią wprost o podżeganiu do wojny i konfliktu w Europie. Doświadczenia dwóch konfliktów światowych w XX wieku są do dziś pamiętane, a blizny materialne i moralne nadal widoczne. Mało wiarygodne wydaje się na tym tle również dementi polskiego MSZ. Pewne słowa padły, zostały opublikowane i nic ich już nie cofnie, nawet uwiarygodnienie błędu dziennikarskiego.
Na tym tle powraca jak bumerang sprawa polskiego bezpieczeństwa i realnych zagrożeń i roszczeń, jakie formułują potencjalni przeciwnicy wobec Polski. O ile wiadomo oficjalnie, żaden z polskich sąsiadów na wschodzie nie formułuje poważnie wobec naszego kraju roszczeń terytorialnych, nie jest kwestionowana graniczna linia Curzona, której akceptację przez mocarstwa zamknęła Konferencja w Jałcie w 1945 roku.
Polska ma w swej powojennej historii piękną kartę walki o pokój i wielu inicjatyw mających na celu ograniczenie zbrojeń m.in. w Europie Środkowej. 2 października 1957 roku została ogłoszona przez socjalistę, członka PPS, Adama Rapackiego, ówczesnego ministra spraw zagranicznych podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ koncepcja zbudowania na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej. Gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR. Głównym celem tej inicjatywy było wycofanie już rozlokowanych w RFN rakiet z głowicami nuklearnymi, które wycelowane były m.in. w polskie miasta.
Koncepcja ta, nazwana Planem Rapackiego, przeszła do historii dyplomacji i zapoczątkowała szereg wydarzeń o charakterze globalnym, które wpłynęły na usunięcie w dalszej perspektywie barier „zimnej wojny” między Wschodem i Zachodem. Efektem stało się podpisanie porozumienia KBWE w Helsinkach w 1976 roku, porozumień SALT I i SALT II oraz rozwój pokojowej współpracy pomiędzy dwoma mocarstwami ZSRR i USA.
Trzeba podkreślić, że koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą, w której przygotowaniu Adam Rapacki odgrywał wiodącą rolę. Ówczesne kierownictwo Państwa, mając na względzie zagrożenie narodu, jakie wynikało ze zgromadzenia na obszarze Europy Środkowej ogromnej ilości ładunków jądrowych, stanęło na rozważnym stanowisku, że inicjatywa ta może służyć stabilizacji sytuacji w naszym regionie, tym bardziej, że odradzał się wówczas niemiecki militaryzm w polityce RFN.
Sprawa wypowiedzi ministra Czaputowicza nie jest do końca jasna, ale jej intencje i podteksty zrozumiałe. Jest w związku z tym w polskiej przestrzeni publicznej kilka pytań, które wymagają jasnych odpowiedzi:
– czy jest to osobista inicjatywa ministra, czy forma usługi na rzecz sojuszników, lub niektórych sojuszników w ramach prowadzonych negocjacji rozbrojeniowych,
– czy wcześniejsza treść wypowiedzi i ewentualne jej skutki publiczne były znane władzom polskim (prezydent, rząd, premier, Sejm, kierownictwo partii rządzącej) i jakie ewentualnie formułowano wnioski.
Sytuacja, jaka zaistniała po cytowanej wypowiedzi ministra spraw zagranicznych, dementi MSZ i ogólnej sytuacji wokół bezpieczeństwa Polski wymaga sformułowania kilku uwag:
Po pierwsze – Polska nie powinna nigdy zgodzić się na posadowienie na naszej ziemi ładunków jądrowych, bez względu na konsekwencje w stosunkach z sojusznikami.
Po drugie – widać w polskiej polityce zagranicznej chaos, brak spójności i profesjonalizmu. Opozycja parlamentarna powinna zażądać dymisji ministra spraw zagranicznych, ze względu na spowodowanie karygodnego incydentu medialnego godzącego w interesy naszego kraju.
Po trzecie – z udziałem głównych sił parlamentarnych i pozaparlamentarnych powinno powstać ciało polityczne, które sformułuje w ramach konsensusu, podstawowe założenia polskiej polityki bezpieczeństwa w oparciu o obiektywną ocenę sytuacji międzynarodowej i prognozę jej rozwoju na co najmniej 25 lat.
Daje się zauważyć, że bezpieczeństwem Polski grają wszyscy, najmniej skutecznie sami Polacy.

Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.
Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.
Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.
Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r. Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.
Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach. Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?
A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?
I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne. To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19 proc. uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce.

 

Tekst pochodzi z bloga „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Si vis bellum…

Historia udowodniła, że przynajmniej do czasów broni jądrowej, władcy jednego bądź drugiego państwa fabrykowali broń po to żeby ją wcześniej czy później użyć. Era wojen masowych rozpoczęła się jednak dopiero w czasach przejścia kapitalizmu na etap imperializmu co spowodowało pierwszą i drugą wojnę światową.

 

Należy przy tym zaznaczyć, że ten proces się rozpoczął za zgodą demokratycznie wybranych parlamentów Wielkiej Brytanii, II Rzeszy Niemieckiej, Republiki Francuskiej, Królestwa Włoch, Stanów Zjednoczonych oraz do pewnego stopnia monarchii Habsburskiej, Imperium Rosyjskiego i wielu innych państw bardziej czy mniej demokratycznych, co obala mit rozgłaszany w końcowej fazie zimnej wojny jakoby wojny miedzy państwami liberalno-demokratycznymi są niemożliwe. Okres „równowagi wzajemnego zastraszania” miedzy USA a ZSRR pozwolił utrzymać względny pokój na północnej półkuli, przy licznych „gorących wojnach” na „peryferiach” ówczesnego świata. A lansowanie gigantycznego amerykańskiego planu „gwiezdnych wojen” ostatecznie wyczerpało siły Związku Radzieckiego, powodując kapitulację jego rodzącej się nowej klasy rządzącej co jednocześnie podkopało jednak zdolność rozwojową USA które przeszły w tym okresie od polityki wszechstronnego uprzemysłowienia na tory ekonomii wojny, systematycznego zadłużenia i wirtualnej waluty dyktującej globalne warunki gospodarcze innym krajom. Proces globalizacji kapitalizmu doprowadził USA i inne wiodące mocarstwa kapitalistyczne do etapu de-industrializacji i delokalizacji przemysłów cywilnych, co dodatkowo wzmacniało siłę lokalnego sektora zbrojeniowego który pozostał prawie że sam na terenie metropolii zachodnich.

W latach 1946-1989 toczono 27 wojen które spowodowały śmierć ponad 100 000 ludzi, wszystkich w krajach „południowych peryferii”. W 1990 r. konflikt w Zatoce został ogłoszony przez George’a Busha Pierwszego jako pierwsza wojna „nowego światowego ładu” i stanowiła sygnał, że „zwycięstwo” wyczerpanego wysiłkiem zbrojeniowym obozu kapitalistycznego doprowadziło do przyspieszenia spirali zbrojeń i wojen, coraz częściej z pominięciem prawa konfliktów zbrojnych i prawa międzynarodowego opartego na zasadach Karty Narodów Zjednoczonych. Wojny od tego czasu mnożyły się już na wszystkich kontynentach i były prowadzone przez armie państwowe lub przez grupy zbrojne nie produkujące broni lecz kupujące je w krajach imperialistycznych pod różnymi pretekstami: obrona interesów globalnych lub regionalnych i wzrostem skrajnych ideologii nacjonalistycznych, plemiennych lub religijnych. A jednocześnie wzrosła też ilość państw posiadających, jawnie czy nie, broń jądrową.

Zdaniem Stockholm International Peace Research Institute, wydatki na cele „obronne” wzrosły o 1 021, 5 mld. dolarów rocznie od 2002 r. do 2006 r. , o 1 540, 5 mld. dolarów od 2007 r. do 2011 r. (wzrost o 51 proc.) i osiągnęły od 2012 r. do 2016 r. sumą 1 728, 0 mld. dolarów (wzrost o 12 proc.). Szacuje się, że w 2016 r. wydatki na cele wojskowe stanowiły już 2,2 proc. „światowego” PKB. Ten wzrost jest szczególnie szybki na terenie Azji, dowodzi to, że już nie Europa lecz Azja stała się centrum sprzeczności globalnego świata. Od roku 2008 do 2016, kraje obu Ameryk stanowiły 41,1 proc. wydatków na armię, kraje Azji i Oceanii 26,7 proc., kraje Europy 19,8 proc., kraje Bliskiego Wschodu 7,5 proc. i kraje Afryki 2,2 proc.. Rozpatrując jednak w cyfrach absolutnych, strefa NATO wraz z jego sojusznikami z innych stref pozostaje daleko na pierwszym miejscu. To świadczy o tym, ze lokomotywa spirali zbrojeniowej pozostaje na Zachodzie wbrew hasłom o wzroście potęgi Rosji, Chin czy Iranu lub Korei.

 

 

Z tej listy osiem państw należy do NATO (USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Włochy, Kanada, Hiszpania, Turcja), pięć jest bliskimi sojusznikami bloku zachodniego (Arabia Saudyjska, Japonia, Korea Południowa, Australia, Izrael), trzy do grupy państw mniej więcej nie zaangażowanych (Indie, Brazylia, Algieria) i cztery do państw które można uznać za konkurentów bloku zachodniego (Chiny, Rosja, Iran, Korea Północna). I to stanowi aktualny balans sił światowych, nawet jeśli uwzględnimy sprzeczności powstałe niedawno w obozie zachodnim i fakt, że „po drugiej stronie”, postawę państw niezaangażowanych bądź „wrogich” można także uważać za, do pewnego stopnia, potencjalnie zmienną. Strefa atlantycka i krajów ogłoszonych przez USA jako „Major non-NATO ally” reprezentuje 62,3 proc. wszystkich wydatków zbrojeniowych, nie wliczając w to jednak innych krajów silnie związanych z NATO bądź z jednym z jego mocarstw. Według Countries Ranked by Military Strength, na 30 najsilniejszych armii świata, 11 należy do NATO, 11 jest blisko związanych z krajami NATO, 4 mogą być uważane za „niezaangażowane” i 4 za będące w stanie potencjalnego konfliktu z krajami obozu zachodniego. Nie licząc przy tym niepaństwowych formacji zbrojnych, opozycyjnych i najczęściej terrorystycznych, które korzystają z poparcia jawnego bądź nie, ze strony mocarstw, co szczególnie dotyczy takich krajów jak Syria, Irak, Jemen, Iran, Kolumbia, Kongo, Somalia, Nigeria, Mali, Pakistan, itd. Poparcia udzielone tym ugrupowaniom przez państwa takie jak USA, Izrael, Arabia Saudyjska, Francja czy Turcja znacznie przerastają podobne zjawiska ze strony takich państw jak Iran lub Rosja. Z tych wszystkich danych jasno wynika wiec, że „paniczne groźby ze strony wzrastających mocarstw” rozpowszechnione w wiodących mediach państwowych i prywatnych świata nie odpowiadają racjonalnej analizie.
Spirala zbrojeniowa jest wiec nakręcana po to, żeby klasy rządzące wiodących mocarstw kapitalistycznych mogły legitymować ich niechęć do wydawania funduszy na cele socjalne i rozwojowe dla mas, żeby stale powiększać zyski oraz wzmacniać swoją władzę. Przemysł śmierci (zbrojenia wraz z wydatkami/zyskami ubocznymi na przemysł farmaceutyczny, narkotykowy i leczenia ofiar wojen, na sprzedaż energii dla wojsk, na rozwój sektorów bezpieczeństwa i więziennictwa państwowego i prywatnego, itp.) stał się główną gwarancją przetrwania elit światowej finansjery, a także siły roboczej związanej z tymi sektorami, w momencie kiedy de-industrializacja, prekariat i masowy głód grozi większości ludzi na świecie.

 

 

Spośród dziesięciu największych eksporterów broni, aż siedem należy więc do NATO, co oznacza 62,3 proc. całego handlu bronią na świecie. W tej sytuacji, niezależnie od tego co sądzimy o polityce takich państw jak Rosja czy Chiny, należy postawić pytanie czy te państwa można umieścić w kategorii siły napędowej ruchu na rzecz zbrojeń czy stanowią tylko względnie słabą przeciwwagę wobec mocarstw w których sektor przemysłu zbrojeniowego odgrywa wiodącą rolę w życiu ekonomicznym, handlowym, finansowym, politycznym i medialnym. Musimy przy tym także zauważyć, ze USA, Rosja, Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy sprzedają broń ośmiu z dziesięciu państw kupujących największą ilość broni, co wskazuje jednocześnie, że ten handel jest po części tylko związany z polityką i strategią danego państwa i po części z „apolitycznymi” interesami biznesowymi. Rządy wielkich mocarstw stały się, co wyraźnie widać na przykładzie sprzedaży francuskiej broni dla saudyjskiej strony wojny w Jemenie, czynnymi agentami handlowymi swych firm zbrojeniowych.

 

 

38 na 100 największych firm zbrojeniowych na świecie ma swoją siedzibę w USA co reprezentuje 57,9 proc. ogólnej liczby sprzedaży stu największych firm zbrojeniowych świata, 25 firm na 100 to firmy zbrojeniowe krajów UE, czyli 25,7 proc.. Dołączając do tego Kanadę, firmy zbrojeniowe krajów członkowskich NATO reprezentują wiec 87,3 proc. sprzedaży spośród 100 największych sprzedawców broni na świecie. Udział francuskich firm zbrojeniowych wynosi 9,7 proc.. Polska sprzedaje z kolei broń głównie do Indii, Algierii i Indonezji co warto zaznaczyć gdyż, nawet jeśli jej udział w światowym handlu broni jest stosunkowo mały, sytuacja ta świadczy o tym, że Polska nie sprzedaje wiele broni krajom stowarzyszonym z Zachodem skąd została wyrugowana przez swych „sojuszników” podczas gdy wciąż jeszcze może sprzedawać broń krajom mniej lub bardziej niezaangażowanym, czyli krajom leżącym poza „strefą zainteresowania” obecnych polskich elit politycznych szczególnie służalczych wobec interesów politycznych i ekonomicznych krajów nie umiejących dzielić swoich zysków ze swoimi „przyjaciółmi”. Nawet kwestia zbrojeń udowadnia więc po raz kolejny, że Polska, stając się rezerwatem taniej siły roboczej i producentem podzespołów dla multinarodowych zachodnich firm, swoje główne perspektywy rozwoju musi jednak ulokować we współpracy z krajami rozwijającymi się bo rynki zachodnie weszły na etap nasycenia i stagnacji, stąd obecne zapędy wojenne które jak zawsze w historii świadczą o dekadencji danych mocarstw.
W tej jak najbardziej ponurej i groźnej sytuacji, pesymiści twierdzą, że napięcia między krajami produkującymi broń należą do sprzeczności wewnątrz systemu imperialistycznego niezależnie od tego czy dane państwo jest silniejsze czy słabsze, podczas gdy optymiści sądzą, że nowe wschodzące mocarstwa opierają swój rozwój głównie na sektory pozawojenne i reprezentują więc pewien postęp w walce o pokój i rozbrojenie, niezależnie od tego czy głoszą oni hasła burżuazyjno-narodowo antykompradorskie i anty-imperialistyczne jak Rosja, Iran czy Algieria lub socjalistyczne jak Chiny, Syria czy Korea Północna.

Demolka polskiej armii

„Nie ma strategii, nie ma doktryny obronnej, czyli osobnych dokumentów, z których powinno wynikać, co powinno być przedmiotem rozwoju modernizacji zbrojeń. Nie ma również polskiej zbrojeniówki”. Z gen. Waldemarem Skrzypczakiem rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Zanim na dobre rozpoczął się szczyt NATO w Brukseli Donald Trump zaszokował wypowiedzią, że trudniejsze dla niego będzie spotkanie z sojusznikami na szczycie NATO niż późniejsze spotkanie z Władimirem Putinem. Takie wypowiedzi prezydenta USA powinny martwić?

GEN. WALDEMAR SKRZYPCZAK: Takie wypowiedzi powinny martwić. Wydaje się, że Trump nadal nie ma strategii, a jego pomysły z 2016 roku nadal nie zostały zrealizowane. To, co w tej chwili mówi i robi, godzi we wszystko, co do tej pory było ważne i miało sens. Szczerze powiem, że nie rozumiem, o co Trumpowi chodzi, szczególnie jeśli chodzi o NATO.
Jeżeli on za kilka dni spotyka się z Putinem i już dziś mówi, że NATO jest słabe, a spotkania z partnerami będą dla niego dużo trudniejsze niż spotkanie z prezydentem Rosji, to można zastanawiać się, co Trump chce osiągnąć. Takie wypowiedzi na pewno nie służą wiarygodności i spójności NATO.
Mało tego, moim zdaniem to podważa jego wiarygodność. Główny gracz NATO, jakim są Stany Zjednoczone, tracą swoją wiarygodność przez stanowisko Trumpa.

 

To o co chodzi Trumpowi?

Nie sądzę, żeby chodziło tylko o nakłady na sojusz, te słynne 2 proc., bo Trump idzie na wojnę ze wszystkimi, głównie na wojnę handlową z Chinami, co moim zdaniem jest po prostu podżeganiem do wojny. Nie rozumiem zachowania czy strategii Trumpa, ale chyba podobnie czują jego doradcy, którzy zamilkli i zaczynają tracić cierpliwość.
Pewne jest jedno: to, co robi Trump, nie służy pokojowi na świecie.
Spotkanie z Putinem nic nowego nie wniesie, bo panowie spotykają się kurtuazyjnie. Trump pokazał spotkaniem z przywódcą Korei Północnej, Kim Dzong Unem, że prowadzi błędną politykę. Kim jest regionalnym kacykiem-terrorystą, a tymczasem podpisał porozumienie z największym światowym graczem, jakim są USA, kiedy przy stole nie było ani Chińczyków, ani Rosjan. Ciekawe, jak to się dalej rozwinie, bo według mnie Kim Dzong Un gra dalej Trumpem i będzie to robił tak długo, jak się da.

 

Trump krytykuje też mocno Niemców, nazywając ich zakładnikami Rosji. Pozbyli się elektrowni węglowych, elektrowni atomowych, biorą ogromne ilości ropy i gazu z Rosji. To coś, czemu trzeba się przyjrzeć – mówił Trump. To atak na głównego gracza UE?

Polityka gospodarcza Trumpa niewątpliwie współgra z chęcią osłabienia Unii Europejskiej, przecież zapowiedział cła także na towary z UE.
Widać, że ta gospodarcza wojna nie dotyczy tylko Chińczyków. Trump ma świadomość, że głównym graczem Unii są właśnie Niemcy, dlatego w nie uderza. Ja bym się z tego nie cieszył.

 

Ale krytykuje budowę Nord Stream 2, więc tu ma podobne stanowisko jak Polska.

Tylko to dzieje się zdecydowanie za późno. Teraz, gdy zainwestowane zostały już ogromne pieniądze, jest zaangażowanie zarówno polityczne, jak i finansowe, trudno oczekiwać, że ktokolwiek się z tego wycofa. To tak samo, jakby zatrzymać budowę pomnika na Pl. Piłsudskiego w połowie – wiadomo, że tego zatrzymać nie można było.
Dla Trumpa najważniejsze jest to, że jego skroplony gaz nie jest na razie konkurencją dla gazu z Rosji w Europie. Dlatego też szuka możliwości dla pozyskania rynku dla amerykańskiego gazu, którego ma bardzo dużo.

 

Panie generale, jak ocenia pan kondycję polskiego wojska? Z szumnie zapowiadanych obietnic zakupów dla wojska nic nie zostało. Nie ma okrętów, śmigłowców, rząd zdecydował się na modernizację starych czołgów.

Polskie wojsko ma pecha, bo często mamy ministrów obrony, którzy na wojsku się nie znają. Modernizacja armii na przestrzeni ostatnich lat to pasmo porażek. Mam wrażenie, że wojsko już się z tym pogodziło, że nie będzie miało dobrego sprzętu, ale to wina polityków, którzy obiecują i nic z tego nie wynika, ale też polskiego społeczeństwa, które to akceptuje. Mamienie Polaków, jaką to będziemy mieć już niedługo silną armię, jest zwykłym wprowadzaniem w błąd, także podatnika.
Politycy manipulują opinią publiczną w tym temacie, zapominając o najważniejszej kwestii, że tu chodzi o zapewnienie Polsce bezpieczeństwa militarnego. To, co widzimy, to jest demodernizacja armii, a nawet demolka armii.
Politycy powinni ponieść odpowiedzialność za to, czego nie zrobili, a co deklarowali. Ktoś musi w końcu odpowiedzieć za to, że nic nie jest robione, bo Polska mocno słabnie militarnie.

 

Poprzedni szef MON Antoni Macierewicz zerwał jednostronnie podpisany przez poprzedników kontrakt z Francuzami na dostawę śmigłowców Caracal. Fiaskiem zakończyły się również negocjacje w sprawie zakupu rakiet Homar. W ciągu dwóch lat rządu PiS MON pod kierownictwem Macierewicza nie realizował żadnego kluczowego przetargu zbrojeniowego.

Nie ma strategii, nie ma doktryny obronnej, czyli osobnych dokumentów, z których powinno wynikać to, co powinno być przedmiotem rozwoju modernizacji zbrojeń. Nie ma również polskiej zbrojeniówki. Czy deklaracje polityków obronią nas przed rosyjską agresją? Niestety nie, oni będą pierwsi, którzy w razie zagrożenia dadzą drapaka z Polski, jak w 1939 roku. Tak samo będzie teraz.
My nie mamy kompetentnych i merytorycznie przygotowanych ludzi i to jest główny problem naszego bezpieczeństwa.

 

Jeszcze 3 lata temu w wojsku byli kompetentni wojskowi, których minister Macierewicz zwolnił lub zmusił do odejścia.

Na szczęście nie wszyscy kompetentni odeszli z armii. Jest jeszcze kilku dobrych oficerów w armii. Ten ruch z generałem Rajmundem Andrzejczakiem jest moim zdaniem dobry. Znam generała Andrzejczaka, to oficer wysokich lotów, młody, to prawda, bo ma 50 lat, ale gdy ja zostawałem generałem, miałem 49 lat.
Tu jest jeszcze inny problem.
O sile armii nie stanowią tylko generałowie, ale wojsko. Oni wyczyścili jednostki operacyjne z dobrych dowódców. Wyrzucili ze sztabu generalnego dobrych oficerów, którzy znali się na planowaniu modernizacji sił zbrojnych. W tej chwili nie mamy nawet potencjału, aby zaplanować rozsądnie modernizację sił zbrojnych. Kompetentnych wyrzucono, a młodzi muszą się dopiero uczyć, a to jest proces.
Szanuję generała Andrzejczaka, znam go jako wybitnie zdolnego oficera, ale on sam „wiosny nie uczyni”, sam nie zmodernizuje armii, bo nie ma ludzi na średnim poziomie odpowiedzialności wojskowej. Moim zdaniem to jest świadome działanie rządzących i szkoda, że Trump o tym nie mówi, tylko skupia się na 2 proc. PKB. To pokazuje, że Trump jest biznesmenem, a nie politykiem. Gdyby posłuchał amerykańskich doradców, którzy mówią o osłabieniu polskiej armii, to mógłby to zrozumieć, ale niestety tego nie widzę.

 

W najnowszej „Polityce” generał Mieczysław Gocuł mówi m.in., że brak opisanej strategii modernizacji to świadome działanie, bo wówczas można by z niej rozliczyć rządzących.

Wie pani, jeszcze rok temu gen. Gocuł był szefem Sztabu Generalnego, zatem w jego ustach to brzmi jak hipokryzja.
Gdy byłem jeszcze wiceministrem, przypominałem generałowi, że warto by to zrobić. Gdy on teraz mówi, że nie ma doktryny obronnej, to dla mnie to nie jest wiarygodne.

 

Mówi też, że jesteśmy nie tylko na marginesie UE, ale i NATO.

To, że nasza pozycja w NATO słabnie, widać gołym okiem i jest efektem działania polityków, a nie wojskowych. Wie pani, naszych sojuszników musi niezmiernie bawić, mówiąc delikatnie, fakt, że Polska chce modernizować czołgi T-72. Na początku traktowali to jako żart. Gdy okazało się, że to polityczna decyzja i fakt, to pojawiło się przerażenie i pytanie, kto mógł wpaść na taki pomysł. To jest morderstwo i zbrodnia na polskich żołnierzach.
Gdyby wysłać ten czołg przeciwko rosyjskim czołgom, to w pierwszym pojedynku ogniowym z naszych czołgów nic by nie zostało. Taka decyzja polityczna to bandytyzm. Jestem czołgistą, więc mam prawo tak mówić, dla mnie ważne jest życie żołnierza, a ono znaczy bardzo wiele. Czołg T-72 jest co najmniej o 30 lat za stary. Za takie działania ktoś powinien stanąć przed sądem.
To pokazuje, że rządzący w ogóle nie wiedzą, co robią, a ci, którzy doradzają, aby te stare czołgi modernizować, powinni stanąć przed sądem i to natychmiast. Dziwię się politykom w rządzie, że nie reagują i trzymają takich doradców.

 

Nowy minister MON czyści ministerstwo z ludzi Macierewicza, więc może będzie lepiej?

Kiedy ministrem został Macierewicz, muszę przyznać, że wiele sobie obiecywałem. Mówiono o nim, że jest zdecydowany i decyzyjny, że jest człowiekiem czynu, a nie gadania. Okazało się inaczej. Teraz wszyscy czekamy, jak sprawny w tym, co mówi, będzie minister Błaszczak.

 

Pan także musiał odejść za ministra Macierewicza.

Co zrobić, żołnierz zna swoje miejsce w szyku i wie, kiedy powinien odejść i kiedy kończy się jego czas. Mój czas nadszedł właśnie wtedy, chociaż ja czuję się żołnierzem i będę nim do końca życia.

Z potrzeby chwili

To, że amerykański prezydent znajdzie się znów na kolizyjnym kursie ze swoimi sojusznikami wisiało w powietrzu zanim bruselski szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego się rozpoczął. Ale mało kto przypuszczał, że ta kolizja osiągnie aż taki wymiar. A ustalenia, którymi szczyt się zakończył zapewne nie stanowią definitywnego zażegnania sporu wewnątrz NATO.

 

Problemy zapowiadały już wcześniejsze wypowiedzi Donalda Trumpa, sygnalizujące że nie tylko nie zamierza wycofywać się z nacisków na swoich europejskich sojuszników niechętnych do powiększania budżetów wojskowych do uzgodnionego w 2014 r. poziomu 2 proc. Teraz Trump oczekiwał już nie 2, tylko 4 procent.

– Wiele krajów nie płaci, ile powinny – oświadczył Trump już na wstępie szczytu, podczas śniadania z sekretarzem generalnym Sojuszu Jensem Stoltenbergiem. – A mówiąc wprost, wiele krajów winnych jest nam przeogromne pieniądze za wiele lat wstecz, kiedy zalegały z płaceniem, a Stany Zjednoczone musiały za nie zakładać. Pierwszy dzień szczytu zakończył się zatem zwarciem.

W czwartek, na zakończenie niejawnych sesji Trump przed odlotem do Londynu otrąbił sukces, triumfalnie oświadczając, że „wierzy w NATO” oraz że szczyt zakończył się decyzją o natychmiastowym podniesieniu swoich budżetów obronnych do 2 proc.

 

Etap

Jak to będzie – jeszcze się okaże, szczyt, jak to szczyt, musiał się czymś zakończyć. Cokolwiek odbywa się z udziałem prezydenta Trumpa musi być sukcesem. Europejscy przywódcy też zapewne nie chcieli doprowadzać do tego aby szczyt kończył się w atmosferze fiaska. Nie mówiąc o tym, że byłby to poważny cios tak i Sojusz, jak i w samego Trumpa zadany mu na trzy dni przez oczekiwanym spotkaniem z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Cokolwiek by nie było mówione o manifestujących się wewnątrz Sojuszu podziałach i różnicach poglądów na jego funkcjonowania, byłoby i skrajnie nielojalne, i biłoby nie tylko w Trumpa, ale i w samo NATO, osłabiając pozycję wszystkich jego państwa. Przez helsińskim spotkaniem w interesie wszystkich było, żeby Sojusz zachowywał chociaż pozór wewnętrznej spójności. Na to zapewne liczył amerykański prezydent stawiając swoje warunki.

Czym innym jest jednak potrzeba chwili, czym innym długodystansowe działania, a w tej materii brukselski szczyt niewiele przesądził.

 

Konflikt wizji, konflikt interesów

Filozofia, w myśl której Europa za amerykański udział w jej ochronie – według Trumpa stanowiący od 70 do 90 proc. kosztów – musi się zmniejszyć na rzecz znacznie bardziej substancjalnego wkładu Europy, gdyż nie może odbywać się to na koszt amerykańskiego podatnika to zwykły bluff. Faktycznie, USA są pod względem siły militarnej największym komponentem Sojuszu, większym od wszystkich pozostałych razem wziętych, nie określa wcale, kto komu powinien płacić. Przyrównywanie NATO do „międzynarodowej firmy ochroniarskiej”, jak określa amerykańskie podejście niemiecki dziennik „Handelsblatt” jest z gruntu fałszywe, bo to USA mają ambicję być globalnym mocarstwem tak gospodarczym jak i militarnym i nie wynika z tego, że na ten cel Europa musi płacić haracz. Bez trwałych punktów oparcia w Niemczech – jak choćby baza w Rammstein – USA o tej pozycji ani w regionie europejskim, ani w Środkowej Azji nie mogłyby myśleć. A w skali budżetu samej organizacji – dość skromnego, bo liczącego niecałe 5 mld dolarów, Stany Zjednoczone wkładają ok. 22 proc. – tyle, ile wynika z kalkulacji opartej przede wszystkim na PKB państw członkowskich.

Druga obserwacja, której nie sposób się oprzeć, jest taka, że uparte naciski, aby Europa płaciła USA za ich zaangażowanie w jej ochronę, to w gruncie rzeczy element toczącej się już na całego wojny celnej pomiędzy USA a resztą świata, w której na razie jedynym „osiągnięciem” amerykańskiej polityki było właśnie popchnięcie Europy bliżej do Chin, a nawet Rosji. Logika – wojujecie z nami na pieniądze, to płaćcie za ochronę jest tu aż nadto widoczna.

 

Fałszywe opozycje

Postawienie przez Trumpa pytania, jak to jest, że Zachodnia Europa jednocześnie boi się Rosji i chce aby NATO było parasolem ochronnym przed nią, a równocześnie aprobuje budowę gazociągu Nord Stream 2, którym popłynie rosyjski gaz , a i w innych obszarach – nawet pomimo sankcji – podtrzymuje współpracę gospodarczą z rosyjskimi podmiotami, które pojawia się w komentarzach jest zupełnie błędna. Jest to bowiem logiczna antyteza jedynie z perspektywy Waszyngtonu widzącego świat tylko z perspektywy siebie jako samotnego hegemona i jego posłusznych wasali lub wrogów oraz wschodnioeuropejskich pionków w tej rozgrywce, tak zaimpregnowanych rusofobią, że gotowych akceptować wszystko, co Wielki Brat zarządzi – żeby dopłacać mu za obecność amerykańskich dywizji, żeby łożyć na obronę terytorialną, żeby kupować droższy skroplony gaz i niszczyć sektory własnej gospodarki żyjące nie tak dawno jeszcze z eksportu na Wschód.

Z perspektywy centrum Europy takiej opozycji właśnie nie ma. Z Berlina czy Paryż świat i system globalnego bezpieczeństwa to wielka sieć naczyń połączonych, w której takich wykluczających się opcji nie ma, bo być nie może. Bo jest to gra nie na zero-jedynkowe rozstrzygnięcia stawiające każdą sprawę na ostrzu noża, jak najwyraźniej wyobraża sobie politykę globalną Trump (i wielu innych amerykańskich polityków), ale na dążenie do tworzenia całych układów równowag. A jedną z nich jest też równowaga w relacjach z Rosją. To kanclerz Merkel rozumie doskonale – w końcu zęby na tym zjadła.

Że Polska nie wyciągnęła przez wieki wniosku, że skoro ma się na wschód od siebie sąsiada (w stosunku do którego czuje odwieczną zawiść, bo wskutek jakiejś tragicznej pomyłki dziejów zastąpił w XVI w. jej nieodżałowaną rolę „wielkiego państwa na wschodzie”), trzeba nauczyć się z nim żyć, bo z dnia na dzień nie zniknie, ani nie pogrąży się w wiecznej smucie – to oczywistość, z którą nad Wisłą nie da się dyskutować. Ale taki poziom zaufania do merkantylizacji obronności, jaką serwuje Europie Trump uznać za wartą cokolwiek gwarancję – to dowód skrajnej naiwności. Opieranie strategii własnego bezpieczeństwa na sojuszu z państwem, które potrafi swoją doktrynę sojuszniczych zobowiązań zredukować do kwestii zakupu „usługi ochroniarskiej” to skrajna niefrasobliwość. Nietrudno sobie wyobrazić, że sojusz taki z dnia na dzień może przestać istnieć. A co pozostanie – lepiej nie myśleć.