Polska bez sojuszników

Prawdziwy sojusznik powinien być wiarygodny i niezawodny – na dobre i na złe. Polska nie ma takich sojuszników.

Od niepamiętnych czasów, strategia i praktyka sojuszów stanowiła o jakości i o efektywności polityki zagranicznej danego państwa i o sile (lub o słabości) jego pozycji na arenie międzynarodowej. Podobnie rzecz się ma w naszych czasach. I choć strategia tego rodzaju jest anachronizmem i wytworem z przeszłości, powstałym w warunkach zupełnie odmiennych jakościowo od współczesnych, to jednak utrzymywana jest ona nadal – z braku odpowiednich substytutów. Co więcej, instytucja partykularnych sojuszów różnego rodzaju (politycznych, ekonomicznych, militarnych i innych), stanowiąca zaprzeczenie zdrowego uniwersalizmu i regionalizmu, umacnia i rozszerza się w naszych czasach. Przykład licznych wielostronnych ugrupowań gospodarczych i NATO jest tego wymownym świadectwem.
Po prostu, w warunkach rosnącego zagrożenia oraz braku solidnych gwarancji pokoju, rozwoju i bezpieczeństwa na świecie, poszczególne państwa i narody są coraz bardziej niepewne, jeśli chodzi o ich przyszłość i dlatego poszukują powiązań sojuszniczych oraz pomocy od innych. Jest to, o ironio, wyrazem atawistycznych zachowań stadnych, występujących szczególnie wśród zwierząt, ptaków i ryb. Można oczekiwać, iż odwieczna strategia sojuszów, praktykowana nadal, ulgnie zmianie lub likwidacji po ustanowieniu nowego sprawiedliwego, demokratycznego i wielobiegunowego ładu międzynarodowego.
Polska ma przebogate i raczej przykre doświadczenia sojusznicze (szczególnie z sąsiadami) w swej burzliwej ponad tysiącletniej historii. W większości przypadków, są to jednak doświadczenia negatywne, za które nasz kraj zapłacił ogromną cenę. Przykładów nie trzeba szukać daleko: właśnie poprzez własną nieudolność oraz poronione i nietrafione sojusze, Polska utraciła status mocarstwa europejskiego i stała się państwem peryferyjnym; potem zniknęła na długo z mapy Europy (rozbiory), aby – po powrocie na tę mapę w swym bardzo okrojonym kształcie – paść ofiarą dwóch wojen światowych. Po zakończeniu tej drugiej, tzw. „sojusznicy” zachodni lekką ręką przekazali Polskę do radzieckiej (stalinowskiej) strefy wpływów (zmowa teherańsko – jałtańsko – poczdamska). Była to największa zdrada sojusznicza w całej historii Polski. Gdy sowietyzm upadł, wahadełko polskie znów zostało przesunięte na Zachód, a największy niegdysiejszy „przyjaciel i sojusznik” (Rosja Radziecka) stał się, irracjonalnie, największym „przeciwnikiem” (Rosja putinowska). Ciekawe, jak dalej ułożą się stosunki z nowymi „sojusznikami”, zwłaszcza, że złowieszcze czarne chmury pojawiają się również nad tym horyzontem.
Tytuł opracowania jest jak najbardziej zasadny nie tylko z uwzględnieniem naszych doświadczeń historycznych, lecz również najnowszych wydarzeń w zakresie rzekomych powiązań sojuszniczych z Zachodem oraz – ostatnio – poważnych i niepotrzebnych perturbacji polsko – amerykańsko – izraelsko – żydowskich. Są to perturbacje absolutnie irracjonalne, gdyż spory dotyczą (poza finansami) zaszłości historycznych, których nikt i nic już nie zmieni. Prawda jest jedna. Tymczasem racjonalizm i realizm nakazywałby sensowne wyciągnięcie wniosków z historii i zgodne budowanie wspólnej lepszej przyszłości bez popełniania starych błędów. Brak jednak chętnych do realizacji tego zadania. Ale i w tym przypadku: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Bowiem, ww. perturbacje i spory działają jak papierek lakmusowy i katalizator, dzięki którym strony ukazują swe prawdziwe oblicza, oceny i zamiary. Jest to jednocześnie miernik jakości i wartości powiązań „sojuszniczych”. Polska powinna być traktowana przez kolejnych „starszych braci” partnersko i równoprawnie, a nie jako sługa i poddany. Bowiem takie „przyjaźnie” i takie „sojusze’ nie są warte ani funta kłaków.
I tu dochodzimy do sedna sprawy: otóż, „przyjaciele i sojusznicy zachodni” oraz starsi bracia w wierze popełniają dokładnie ten sam błąd makro w odniesieniu do Polski, (a Polska w stosunku do nich), jaki poczynili nie tak dawno temu ”przyjaciele i sojusznicy radzieccy”. Chodzi, mianowicie, o to, że w jednym i w drugim przypadku, owa „przyjaźń i sojusz” stanowiły raczej kategorie pseudo – propagandowe i surrealistyczne, a nie rzeczywiste i realistyczne. Bowiem, gdyby było inaczej, to przyjaźń i sojusz wytrzymałyby ciężką próbę współczesności i przetrwałyby po wsze czasy. I druga konkluzja z tego wynikająca: Polska, borykająca się pomiędzy rozmaitymi i niepewnymi „przyjaciółmi i sojusznikami”, znów została osamotniona na geopolitycznej mapie Europy i świata, pozbawiona autentycznych przyjaciół i sojuszników oraz jest torturowana nie tylko przez starszych braci w wierze, ale również przez antypolskich biurokratów unijnych, niektórych Niemców, Rosjan, Ukraińców i in. Jest to wyrazem totalnej klęski RP w jej dziwacznej i poronionej polityce zagranicznej oraz w nieudolnej strategii sojuszów. Nie należy szukać „sojuszników” daleko, a „przeciwników” blisko. Długofalowe konsekwencje tego stanu rzeczy mogą być bardzo groźne nie tylko dla naszego kraju, ale również dla Europy i dla całego świata. Niejednokrotnie już ostrzegałem przed niebezpieczeństwem „powtórki z historii”, tym razem w znacznie zwielokrotnionym wymiarze, a teraz znów ostrzegam jak tylko mogę najdonośniej.
Potrzeba reform:
jak wybrnąć z tej trudnej sytuacji? Starymi metodami nie rozwiąże się nawet starych problemów, nie mówiąc już o nowych. Niezbędne są dogłębne zmiany w teorii i w praktyce, w myśleniu i w działaniu oraz gruntowne, innowacyjne reformy w polityce zagranicznej i w strategii sojuszów. Prawda, to może potrwać latami, ale innego wyjścia nie ma. Rzecz oczywista, iż strategia sojuszów jest pochodną polityki zagranicznej każdego państwa. Problem jednak w tym, iż współczesna polityka zagraniczna i sojusznicza RP realizowana jest w oderwaniu od realiów geopolitycznych i systemowych – regionalnych, kontynentalnych (Euroazja) i globalnych; ponadto, jest ona zbyt (jednostronnie i tendencyjnie) proamerykańska. Polityka tego rodzaju nie uwzględnia obecnych gruntownych przemian dokonujących się w układzie sił na świecie (Azja – Pacyfik, Afryka Północna, Bliski Wschód, Europa Środkowo – Wschodnia i in.). Epokowym świadectwem tych przemian jest, np., powstanie i rozwój BRICS (Brazil – Russia – India – China – South Africa). Znamionuje to zaczątki wielobiegunowego układu sił i tzw. świata postamerykańskiego oraz kreowania zrównoważonego rozwoju (Sustainable Development) i humanizacji świata.
Dlatego też, zasadnicze zmiany na lepsze i zreformowanie polskiej polityki zagranicznej i strategii sojuszów będzie możliwe tylko przy spełnieniu kardynalnego warunku, jakim jest obalenie obecnego anachronicznego rządu i ustroju (systemu) neoliberalnego w RP oraz zastąpienie go innym – nowoczesnym i efektywnym (autentyczna demokracja parlamentarna, np. w stylu szwajcarsko – skandynawskim, z uwzględnieniem specyfiki polskiej, zamiast rządów kolesiów, koterii i grup interesów, unowocześniona społeczna gospodarka rynkowa, zagwarantowanie Polsce godnego miejsca w świecie wielobiegunowym – z zapewnieniem humanizacji i zrównoważonego rozwoju itp.). Po 1989 r. – żaden z dotychczasowych rządów polskich, centro – lewicowy czy też centro – prawicowy, nie zdobył się na taki przełom jakościowy!
Kluczowym warunkiem skuteczności polityki zagranicznej i strategii sojuszów każdego kraju jest ich kompleksowość. Z uwzględnieniem nadrzędnych interesów państwa i społeczeństwa – powinny one obejmować wszystkie (lub prawie wszystkie) jego zagraniczne priorytety (tzn. inne państwa, regiony, kontynenty, organizacje międzynarodowe i globalne merytoryczne problemy współczesności). Tymczasem, polityka zagraniczna i strategia sojuszów obecnych władz RP są nierealistyczne i fragmentaryczne oraz nie spełniają ww. warunku. Co więcej, nie ma w nich zwartego i jednorodnego systemu i programu oraz mechanizmów ich elastycznej modyfikacji i wyprzedzania (prognozowania) wydarzeń międzynarodowych o ważnym znaczeniu dla przyszłości RP. Nie brakuje za to przypadkowości, improwizacji i „radosnej twórczości”. Jest to więc polityka i strategia niezwykle pasywna (głównie – reakcja na wydarzenia) a nie aktywna i kreatywna (przewidywanie i wyprzedzanie wydarzeń oraz tworzenie przyszłych sytuacji i rozwiązań sprzyjających RP).
Po roku 1989 można wyodrębnić trzy wyraźne etapy w rozwoju RP i – w konsekwencji – jej polityki zagranicznej i strategii sojuszów : 1. fascynacja Ameryką – słabnąca teraz coraz wyraźniej i grożąca rozczarowaniem. Towarzyszy temu poszukiwanie polskiego miejsca w NATO i w tzw. układzie atlantyckim. 2. Zaambarasowanie Unią Europejską, przystąpienie do UE oraz mozolne dostosowywanie się do twardych realiów unijnych i nasilających się poczynań antypolskich – w kontekście pogarszającej się sytuacji międzynarodowej (pandemia kryzys, terroryzm, uchodźcy, nowe zagrożenia itp.). 3. Swoista bezradność i błądzenie po omacku w obecnej niebezpiecznej fazie przejściowej między systemami: minionym – jednobiegunowym (USA) i przyszłym – wielobiegunowym (BRICS, New Emerging Powers, organizacje kontynentalne i in.).
Neoliberalne władze RP, przywiązane ślepo do klamki mocodawców z USA i z Niemiec, nie są w stanie albo też nie chcą pojąć intelektualnie obecnych epokowych przemian w światowym układzie sił i wyciągnąć stąd właściwych wniosków dla RP oraz dla jej polityki i strategii. Dalsze utrzymywanie tego stanu rzeczy groziłoby bardzo poważnymi długofalowymi konsekwencjami i stratami dla państwa i dla narodu polskiego oraz dla jego miejsca w tworzącym się nowym ładzie globalnym. Słowem – władze RP prowadzą politykę zagraniczną i strategię sojuszów adekwatną raczej do realiów międzynarodowych z 19. i z 20. wieku, podczas gdy nasz kraj potrzebuje polityki i strategii na miarę problemów, potrzeb i możliwości 21. i 22. wieku. Niedopuszczalnym wyrazem fragmentaryczności takich poczynań RP na arenie międzynarodowej jest fakt, iż opierają się one tylko na dwóch „filarach” (US i UE), a powinny – przynajmniej na trzech najważniejszych (Azja – Pacyfik, BRICS, ASEAN, Chiny i in.).
Podobnie jak w polityce wewnętrznej, również w sferze stosunków z zagranicą, obecne władze RP wyolbrzymiają rolę czynników medialnych i manipulacyjnych wobec społeczeństwa oraz uprawiają nieznośną „propagandę sukcesów”, których, z reguły, nie ma. Faktem jest, iż przywódcy polscy podróżują dużo i daleko po świecie, ale tylko niewiele konkretnych korzyści wynika dla Polski z tych podróży. Bowiem, sumarycznie, w obiektywnej i w mojej subiektywnej ocenie – coraz bardziej słabnie rola i pozycja Polski na arenie międzynarodowej i to we wszystkich możliwych kontekstach: regionalnym, kontynentalnym (euroazjatyckim) i globalnym oraz politycznym, strategicznym (militarnym), ekonomicznym i kulturalnym, a także w odniesieniu do wielkich mocarstw, najważniejszych organizacji międzynarodowych i in. RP jest nadal niezbyt pożądanym partnerem do współpracy, jako kraj niewystarczająco konkurencyjny i innowacyjny. Ponadto, Polskę postrzega się, głównie, jako krainę wiecznie skłóconych polityków – niedoinwestowaną, nienowoczesną, średniowieczną (ideologicznie), rozhisteryzowaną (historycznie) – ale mającą wielkie pretensje i ambicje mesjanistyczne, mocarstwowe i globalne („mierzyć siły na zamiary…”). Takie odbieranie Polski w świecie jest również wynikiem braku jej odpowiedniej promocji na arenie międzynarodowej, co powinno być jednym z głównych zadań nowoczesnej polityki zagranicznej i strategii sojuszów naszego kraju. Ale nie jest.
Marni „sojusznicy”:
dla uzyskania realistycznego obrazu naszych najważniejszych „powiązań sojuszniczych”, dokonajmy syntetycznego przeglądu i oceny sytuacji w tej mierze, aby określić, co jest, a czego nie ma i co być powinno, żeby strategia sojuszów była efektywną instytucją z prawdziwego znaczenia i żeby dobrze służyła rozwojowi i bezpieczeństwu Polski. W tym celu zastosujemy podejście zasadniczo różniące się od dotychczasowego, a mianowicie, będziemy poszukiwać sojuszników blisko, a ewentualnych przeciwników daleko od naszego kraju.
Polska a Rosja: poronione i anachroniczne podejście władz RP wobec Rosji – to drugi po Chinach, pod względem skali i znaczenia, dramat i kardynalny błąd w ich polityce zagranicznej i sojuszniczej. W wyniku tego, marnowane są wielkie szanse i możliwości współpracy i rozwoju, co powoduje ogromne straty – i to na długie lata. Radykalne odwrócenie tej sytuacji jest też fundamentalnym warunkiem powodzenia w nowej polityce zagranicznej i sojuszniczej RP. Rosja bez Polski da sobie radę; ale Polska bez Rosji – nie! Małpowanie nie tak dawno temu w Polsce amerykańskiego „reset’u” wobec Rosji skończyło się raczej na słowach i na gestach, za którymi nie poszły konkretne dokonania oraz na pogarszaniu stosunków wzajemnych. Uwikłanie wielu polityków w cierpiętnictwo historyczne czy w tragedię smoleńską odbiera im rozum i trzeźwe spojrzenie ku przyszłości. Dlaczego, no dlaczego Polska nie może czy nie chce naśladować Niemiec (Angeli Merkel, Gerharda Schroeder’a i in.) w stosunkach z Rosją? Wniosek ogólny: Rosja – to dla Polski sztuczny przeciwnik (historycznie) i jeden z najważniejszych sojuszników (perspektywicznie); państwa sąsiadujące: przeanalizujmy teraz, pokrótce, inne najważniejsze z ww. kontekstów obecnej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP – zaczynając od północnych sąsiadów, czyli od państw nordyckich i bałtyckich. Ogólna ocena: marazm, stagnacja i rutyna. A jeszcze nie tak dawno współpraca państw basenu Morza Bałtyckiego zapowiadała się w miarę pomyślnie. Demokratyczne i społeczno – gospodarcze wzorce skandynawskie, z poprawką na specyfikę polską, mogą z łatwością być dostosowane do naszych warunków. W regionie, już nawet Litwa „nie boi się” Polski. Spaliły na panewce aspiracje i podpowiedzi „demokratyzacyjne” władz warszawskich wobec Ukrainy, Gruzji i innych państw z naszego regionu. Teraz na tapecie oficjalnej Warszawy jest Białoruś – ale konsekwencje „starań” ze strony niektórych polityków polskich mogą być takie same j.w. albo jeszcze gorsze. (W tym kontekście – na tragikomiczną ironię zakrawały umizgi i pouczenia proamerykańskiego Wałęsy i Sikorskiego wobec Tunezji czy Libii, bowiem tamtejsze rewolucje islamskie miały, w większości, antyamerykański charakter i przeganiały precz ludzi Ameryki – Mubarak, Ben Ali, Saleh i in.).
Ponadto, koncepcja „partnerstwa wschodniego” jest dobra w kategoriach teoretycznych, ale w praktyce jawi się ona jako fata morgana. Nie da się zrealizować takiej koncepcji z pominięciem Rosji. Co więcej, ambicje niektórych polityków polskich do „liderowania” w regionie są nie do przyjęcia dla innych państw. Nie wolno narzucać im polskich niezbyt udanych wzorców i rozwiązań. Brakuje tu skromności i realizmu. Jeśli „Trójkąt Królewiecki” (Niemcy – Rosja – Polska) miałby być powtórką Trójkąta Weimarskiego, to lepiej – w ogóle – nie należałoby powoływać go do życia.
Dalej, na południe:

Słowacja i Czechy – to „normalka” bez rewelacji i bez nowości, a szkoda! No, i Węgry – to chyba jedyny na świecie taki przypadek pozytywnego stosunku i poparcia sojuszniczego wobec Polski. Trzeba to cenić i szanować. Nie da się wszakże zapomnieć o tym, iż niektórzy ówcześni przywódcy węgierscy skierowali wojska tego kraju do udziału… w bitwie stalingradzkiej (to symbol) po stronie hitlerowskiego Wehrmachtu. Generalnie jednak, węgierskie poparcie dla Polski, np. na forum Grupy Wyszehradzkiej i UE ma przyjacielski, ale raczej deklaratywny charakter, gdyż, praktycznie, Węgry za wiele nie mogą zdziałać w obecnej niezwykle skomplikowanej sytuacji w Europie i na świecie. Wniosek ogólny: niewykorzystane optymalnie sojusze z sąsiadami (do generalnego remontu);problem ukraiński – to specjalny casus w analizowanym kontekście. Trzeba pamiętać, iż „pierwszy majdan”, zafundowany naszym narodom i państwom przez „przyjaciół i sojuszników” amerykańskich, miał na imię: Stocznia Gdańska im. Wł. Lenina. Tam zapoczątkowano sławetne transformacje w naszym regionie i dopiero parę lat później pojawiły się kolejne majdany w Kijowie – ze znanymi konsekwencjami. Ukraina krwawi nadal i popada w coraz większą anarchię. Polskie wzorce nie znalazły tam zastosowania. Niektórzy decydenci polscy starali się być „ambasadorami” Ukrainy na różnych forach i bardzo liczyli na umocnienie sojuszu polsko-ukraińskiego, kiedy do władzy w Kijowie doszli bardzo proamerykańscy przywódcy. Nic dobrego z tego nie wyszło. Na Ukrainie górę wzięły silne i drzemiące tam tendencje nacjonalistyczne i antypolskie (banderowcy itp.), a mit o przyjaźni i o sojuszu polsko-ukraińskim staje się coraz bardziej niepewną fata morganą. Nie trzeba jednak tracić nadziei, że sytuacja może ulec poprawie przy odrobinie dobrej woli i zdrowego rozsądku z obydwu stron. Wniosek ogólny: zakończyć szarpaninę historyczną, zacząć współpracę od nowa – z myślą o przyszłych pokoleniach, nie skażonych piętnem przeszłości. Jednocześnie, fatalna polityka RP w świetle kryzysu ukraińskiego sprawia, iż Polska znalazła się niebezpiecznie na 1. linii frontu w konfrontacji globalnej między USA/NATO a Rosją!
Kontekst unijny: chyba mogłoby być z tym dużo gorzej niż jest, ale to zaledwie początek polskiej wyboistej drogi ku integrującej (a może już dezintegrującej) się w bólach Europie (Brexit itp.). Czeka nas jeszcze wiele trudności i niespodzianek nie zawsze przyjemnych (np. upadłość niektórych państw członkowskich UE i jej implikacje dla wszystkich, ewentualny krach „strefy euro”, „dwubiegowa” UE – z pomniejszeniem roli Polski i innych krajów „nowej Europy” czy wręcz upadek UE lub jej zredukowanie do pierwotnych rozmiarów, nasilone niemieckie komenderowanie Unią itp.). Jest dylemat: czy przystąpienie RP do UE to – przeważająco – „zasługa” polska czy też unijna? Obie strony wniosły zapewne swój wkład do tego dzieła. Jednak Unia bardziej potrzebowała rozszerzenia o inne kraje, także o Polskę – bowiem dusiła się już we własnym ciasnym gorsecie (starzenie się społeczeństw europejskich, za mały rynek zbytu, spadek konkurencyjności itp.). Dlatego też nowe rynki zbytu, większe możliwości lokat kapitałowych i zdolności produkcyjnych oraz powiększenie UE do rozmiarów, z którymi liczą się inne supermocarstwa, było bardzo potrzebne Europie Zachodniej, szczególnie rozkojarzonym merkelowskim Niemcom.
Nie należy więc przeceniać „zasług” polskich w tym względzie. Zresztą, gruntownego zastanowienia i rzetelnej oceny wymaga jeszcze dylemat: dla kogo owa (częstokroć fasadowa) przynależność jest bardziej opłacalna? Dla Polski, czy dla UE? Obawiam się, że bardziej dla UE. A to np. z powodu znacznych korzyści uzyskiwanych przez przedsiębiorstwa, banki i inne podmioty niemieckie i unijne na dość dużym i chłonnym rynku polskim (por.: wielkie hurtownie francuskie, niemieckie czy nawet portugalska „Biedronka” drenują ten rynek i kieszenie polskich konsumentów), wpływy z prywatyzacji, równoznacznej nierzadko z wyprzedażą za pół ceny polskiego majątku narodowego, dywidendy od kapitałów zachodnich ulokowanych w Polsce, obsługa polskiego zadłużenia zagranicznego, eksport polskiej siły roboczej i wiele innych).
RP jest więc raczej słabowitym partnerem dla innych krajów członkowskich UE, które spychają nas do gorszej (drugiej) kategorii tych krajów. Nie spełniły się prognozy dotyczące zaliczenia RP do czołowej „szóstki” unijnej – obok Niemiec, Francji, b. W. Brytanii, Włoch i Hiszpanii. Bowiem zadłużająca się po uszy i mało wiarygodna jest nie tylko Polska – lecz również Hiszpania, Włochy a nawet Francja. Obecny kryzys w eurolandzie oznacza jednocześnie kompromitację i znaczny uszczerbek dla wiarygodności UE. Bowiem nie sprawdziły się i nie zadziałały w praktyce mechanizmy ostrzegawcze przed załamaniem finansowym, np. w Grecji, w Irlandii, w Islandii, w Portugalii i w innych krajach. Polska, poprzez swe rosnące i już monstrualne sumaryczne zadłużenie i uzależnienie od partnerów zachodnich, jest na prostej drodze do „Grecji bis”. Obowiązkiem biurokratów z Brukseli było niedopuszczenie do tych kryzysów. A może komuś zależało na tym, żeby, np., Grecja splajtowała i została wyprzedana za bezcen!? Wniosek ogólny: zreformowanie i unowocześnienie Unii wydaje się tak trudne, że aż niemożliwe; plus alternatywa – albo biurokracja unijna zacznie traktować Polskę poważnie i równoprawnie, albo też Polska powinna rozważyć wystąpienie z UE; (nota bene: znaczna część uwag dotyczących stosunków RP – UE może być również odniesiona do relacji RP – NATO. Nie ma bowiem stuprocentowych gwarancji ze strony Sojuszu, że zapewni on bezpieczeństwo Polski (i innych państw członkowskich) na wypadek poważniejszej zawieruchy międzynarodowej, czy agresji na dużą skalę. Bowiem, w takich bezprecedensowych sytuacjach, fizyczne możliwości realizacji przez NATO zobowiązań sojuszniczych byłyby relatywnie ograniczone i zapewne niezbyt efektywne. Trzeba być realistą: w przypadku poważniejszej regionalnej czy globalnej konfrontacji militarnej, każda z armii natowskich bronić będzie, przede wszystkim, własnego kraju. Mało prawdopodobne, aby, np., Bundeswehra przyszła z pomocą Wojsku Polskiemu, czy Wojsko Polskie wspierało wtedy Bundeswehrę. Przecież NATO nie posiada własnych wspólnych, jednolitych i jednorodnych sił zbrojnych zdolnych do obrony wszystkich 29 państw członkowskich jednocześnie. Pozostaje wtedy błagać o wsparcie US Army, Navy i Air Force. I tu napotykamy na kolejny wielki dylemat, bowiem o takie wsparcie może zwrócić się do USA prawie 200 zagrożonych państw świata. Jednak pomoc amerykańską mogłoby uzyskać tylko kilka z nich: Kanada, Meksyk, W. Brytania, Arabia Saudyjska, Izrael, Japonia i (ewentualnie) Polska. Wniosek ogólny: również Sojusz NATO wymaga generalnych reform, modernizacji i adaptacji do obecnych i do przyszłych realiów kontynentalnych i globalnych, albo – po prostu – likwidacji, jako mało przydatny obecnie przeżytek zimnowojenny;
Niemcy, Francja, W. Brytania: swoistą ironią ponad tysiącletniej historii – ale i pewnym dokonaniem obydwu stron (polskiej i niemieckiej) – jest fakt, iż – wśród sąsiadów – Polsce współpracuje się stosunkowo najlepiej ze swym niegdysiejszym największym wrogiem. Metodami pokojowymi, współczesna RFN usiłuje uzyskać analogiczne wyniki (nowe rynki zbytu, źródła surowców, tania siła robocza itp.), które hitlerowska III Rzesza starała się osiągnąć na drodze wojny i zbrodni. Nie trudno wyobrazić sobie, jak wyglądałaby dziś gospodarka polska bez tak znacznych możliwości eksportu na pobliski rynek niemiecki?! Nie jest to jednak współpraca (dwustronna i wielostronna) całkowicie partnerska i równoprawna, a to z uwagi na miażdżącą przewagę RFN nad RP w wielu kluczowych dziedzinach (np. PKB, PKB per capita, siły zbrojne czy infrastruktura – nie przymierzając). Nie jest to również współpraca wolna od dających do myślenia stereotypów i podtekstów (Erika Steinbach, Ruch Autonomii Śląskiej, przyjaźń i współpraca niemiecko – rosyjska, drzemiąca, ale coraz aktywniejsza skrajna prawica i in.). Sprawa jest dość prosta: same Niemcy (czy Francja) – to za mały partner dla supermocarstw (Chiny, Indie, Rosja, USA, ASEAN, BRICS, Unia Afrykańska i in.); ale Niemcy (czy Francja) w składzie UE oraz UE – jako taka – to już poważny partner dla ww. supermocarstw.
Francja:

odwieczna miłość Polski do Francji jeszcze nigdy nie była tak nieodwzajemniona przez niewdzięczną Francję, jak w ostatnich latach. Z nostalgią można wspominać wizytę Generała Charles de Gaulle w pojałtańskiej Polsce i jego pamiętne zawołanie: „niech żyje Zabrze, najbardziej polskie z polskich miast”. A były to czasy ostrej walki o integralność terytorialną Polski i o uznanie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Jeszcze Prezydent Valery Giscard d’Estaing spotykał się w podwarszawskim Wilanowie z Leonidem Breżniewem i z Edwardem Gierkiem w okresie sławetnego odprężenia w Europie i KBWE; ale później było już tylko coraz gorzej z każdym kolejnym Prezydentem francuskim. I tak to dotarliśmy do wymiany złośliwości z obydwu stron i do konfliktu caracalowego i in.! Ten stan rzeczy w stosunkach dwustronnych stanowi dla mnie, frankofona i frankofila, bardzo dużą przykrość i nieprzyjemną niespodziankę. Trzeba przerwać tę spiralę nonsensu – dla dobra obydwu stron i całej Europy.
W. Brytania: niektórzy polscy decydenci, rozczarowani niską jakością, a nawet antypolskością, preferowanych „sojuszników”, starają się, trochę z przymusu i na siłę, poszukiwać przyjaźni i powiązań sojuszniczych z W. Brytanią i trochę w trosce o interesy licznej Polonii w W. Brytanii. Nie ma w tym nic złego. Starania te napotykają jednak na poważną przeszkodę i niewiadomą w postaci konsekwencji Brexitu, czego doświadczenia mogą stanowić pewien prawzór dla ew. Polexitu. Gdyby okazało się, że Zjednoczone Królestwo, któremu przecież grozi dezintegracja (Szkocja), rzeczywiście pragnie zostać czołowym i autentycznym sojusznikiem RP w Europie Zachodniej, to OK?! Ale, gdyby UK znów starało się wykorzystywać atut polski instrumentalnie w swych rozgrywkach z Niemcami i z Francją, to nie OK.
Nie wracając do niektórych mrocznych kart historii polsko-brytyjskiej, trudno wszakże zapomnieć o tym, że Winston Churchill był jednym z tych, którzy sprzedali powojenną Polskę Stalinowi i że określone siły brytyjskie kryją się za zabójstwem gen. Wł. Sikorskiego, czego dokumentów Londyn nie chce ujawnić do tej pory. Zapewne Polska pojałtańska wyglądałaby już dawno inaczej (korzystniej), gdyby generał żył i działał dla kraju. Biorąc wszakże pod uwagę plusy i minusy współpracy i sojuszu polsko-brytyjskiego, na przyszłość życzę mu jednak jak najlepiej. Let us wait and see. Wniosek ogólny: trzy główne mocarstwa „starej Europy” nadal traktują (w sumie) Polskę jako państwo i społeczeństwo gorszej kategorii („ubogi krewny”), jako intratny rynek zbytu, źródło siły roboczej i poważnych dochodów (dywidendy, wpływy podatkowe, „odsypy” z niemałych funduszów unijnych przekazywanych Polsce itp.).
Stany Zjednoczone: międzynarodowa pozycja największego „sojusznika” RP słabnie coraz bardziej w konfrontacji z New Emerging Powers, ale USA starają się jednak trzymać nasz kraj jak najdłużej – krótko na swej smyczy. Ludzie Ameryki w Polsce pomagają im w tym wytrwale i beznadziejnie. Stanom zależy na tym, aby RP nie stała się wyłączną domeną UE i nie zbliżała się do Rosji i do Chin. Tworzy się sytuacja, w której Polska staje się pionkiem czy też kartą przetargową w grze supermocarstwowej (szczególnie w czworoboku: UE – USA – Chiny – Rosja). Bardzo źle to wróży naszemu krajowi na przyszłość. W tej sytuacji, wręcz rewolucyjnych przemian i odwrócenia obecnej sytuacji wymgają stosunki między RP i USA. W okresie transformacji rozwijają się one pod dyktando Waszyngtonu – na poniżającej zasadzie: „pan każe, sługa musi”. Nawet w czasach radzieckich, Polska dysponowała większą dozą elastycznego manewru wobec „starszego brata” niż w czasach amerykańskich. De facto, USA przekształciły RP w swoją półkolonię – pod każdym względem. W piorunującym tempie dokonuje się nadal amerykanizacja kluczowych aspektów życia politycznego, społecznego, kulturalnego, językowego i gospodarczego oraz polityki zagranicznej RP. Negatywne skutki tego dla Polski ujawnią się w pełni dopiero po pewnym czasie, kiedy wykształci się nowy układ sił światowych, w którym miejsce USA będzie dużo słabsze niż obecnie. Także w przypadku amerykańskim mamy do czynienia z żałosnymi manipulacjami dotyczącymi kwestii budżetu federalnego i uregulowania olbrzymiego zadłużenia publicznego (i innego – razem ponad 160 bln USD).
System amerykański i „American Dream” nie jest już wzorcem dla nikogo. Nawet w Stanach trwają gorączkowe prace nad znalezieniem nowego systemu i lepszego modelu rozwoju (nota bene: rozwiązania chińskie są tam bardzo atrakcyjne, szczególnie dla przedsiębiorców). Gdyby to nie nastąpiło, będziemy świadkami dekompozycji USA i upadku kolejnego „imperium”. Nie ma więc merytorycznych powodów, aby dalej kurczowo trzymać się amerykańskiego „starszego brata”. Rozumieją to już prawie wszyscy ludzie na świecie – z wyjątkiem fanatycznych urzędników proamerykańskich i neoliberałów w RP (vide: casus fort Trump i in.).
Nasz kraj i nasz naród zapłacił już ogromną cenę, także w kategoriach finansowych, za łaskawe przygarnięcie nas pod „skrzydełka amerykańskie”. Polska potrzebować będzie chyba ze 100 lat, żeby – ewentualnie – wyplątać się z ogromnego zadłużenia łącznego (ok. 10 bln zł), w jakie wpędził nas neoliberalizm amerykański i polski. Oto skutki małpowania amerykańskiego „życia na kredyt” w biednym kraju, którego na to nie stać.
Generalnie – sytuację można ocenić tak: pokojowe i relatywnie po niewielkich kosztach przeciągnięcie RP do amerykańskiej strefy wpływów było, jak do tej pory, znacznie bardziej korzystne dla USA i dużo mniej korzystne dla Polski. Wszyscy znają konkretne i bardzo liczne przykłady uzasadniające tę tezę. Owe korzyści amerykańskie idą w dziesiątki, ba – być może – nawet w setki miliardów dolarów – poczynając od planu Sachsa/Balcerowicza – do tej pory. Tego nie da się dokładnie wyliczyć. Jednakże sytuacja Polski wobec USA też ulega dramatycznym przewartościowaniom. Kiedyś, w czasach systemu dwubiegunowego, Polska była cennym nabytkiem dla Stanów Zjednoczonych w walce ze Związkiem Radzieckim. Teraz już nie ma takiej potrzeby. Efekt – mimo wszystko i coraz bardziej RP staje się „kulą u nogi” USA. Może ona liczyć jeszcze na pewną tolerancję i na pobłażliwość słabnącego i potrzebującego pomocy „starszego brata” – ale nie na konkretne korzyści z jego strony.
Słowem, sojusz polsko – amerykański traktowany jest bardzo instrumentalnie przez USA i – coraz wyraźniej – na zasadzie: „Murzyn (polski) zrobił swoje, Murzyn powinien odejść…”. Analogia między kolejnymi „starszymi braćmi” narzuca się sama przez się: konający Związek Radziecki nie był w stanie pomóc (ani też zaszkodzić) Polsce. Podobnie – słabnące Stany Zjednoczone coraz mniej potrzebują Polski i nie chcą jej pomagać, zwłaszcza że mają one znacznie więcej takich wymagających „klientów” na świecie. W konsekwencji, w polskiej polityce zagranicznej i w strategii sojuszów pojawia się coraz bardziej wyrazista próżnia postamerykańska, której nieoliberałowie nie zdołają i nie potrafią wypełnić. Zrobią to za nich inni – a jeśli nie, to próżnia w polityce i w strategii wypełni się samoczynnie.
Co gorsza, z punktu widzenia wymagań i zagrożeń dla bezpieczeństwa kraju, sytuacja strategiczna Polski nie jest bynajmniej tak dobra i komfortowa – jak prezentuje to oficjalna propaganda rządowa. Np. nasila się dwoisty kryzys (pandemia, ekonomia), zagrożenie terrorystyczne, ekologiczne, klimatyczne, imigracyjne, epidemiologiczne, internetowe, kosmiczne itp. Nawet umiłowanie USA, przynależność RP do UE i do NATO (w obecnym kształcie) nie zapewnia nam odpowiednich gwarancji bezpieczeństwa. Nasz kraj nie ma niezawodnego sojusznika „na śmierć i na życie”. Są to raczej sojusznicy koniukturalni i teoretyczni. W praktyce – historia z „pomocą” zachodnią tuż przed II wojną światową i w jej trakcie może się powtórzyć. W większości przypadków, rzeczywiste gwarancje bezpieczeństwa (np. militarnego) zastępowane są złudną grą pozorów i mylącym słowotokiem propagandowym.
W kontekście amerykańskim, słów kilka o pogorszeniu stosunków polsko – izraelsko – żydowskich. To niedobre zjawisko. Jest w Polsce niemało decydentów i zwolenników traktowania Państwa Izrael i diaspory żydowskiej, szczególnie w USA, jako jednych z głównych sojuszników RP. Można i tak. I oto nagle, w lutym 2018 r., ludzi tych spotkała niemiła niespodzianka i zimny prysznic, który jeszcze nie oznacza ich otrzeźwienia i wkroczenia na ścieżkę realizmu. Wybuchła bombka z opóźnionym zapłonem pod pretekstem sprzeciwu izraelsko – żydowskiego wobec modyfikacji ustawy o IPN oraz w wyniku odmiennego podejścia stron do kwestii antysemityzmu, antypolonizmu, holocaustu, „polskich obozów śmierci”, polskiego nacjonalizmu i in. Okazało się ponownie, iż do tanga sojuszniczego potrzeba dwojga – zgodnie z powiedzeniem: w tym to cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz, a także wzajemnego zrozumienia i poszanowania.
Tymczasem, starsi bracia w wierze niezmiennie traktują Polskę (nierzadko z obrzydzeniem i z pogardą) w kategoriach koniunkturalnych i instrumentalnych – jako wygodne narzędzie dla podsycania straszaka antysemityzmu w świecie oraz dla kultywowania nadziei na korzyści materialne. Taką drogą daleko nie zajdziemy i, co gorsza, nie rozwiążemy istniejących problemów. Racjonalnym wyjściem z sytuacji, nie tylko w tym przypadku, jest porzucenie obsesji i animozji historycznych oraz poważne zajęcie się rozwiązywaniem problemów współczesności i przyszłości – z jednoczesnym unikaniem wszelkimi siłami „powtórki z historii”. Wniosek ogólny: dotychczasowy kierunek, metody i treści polsko – amerykańsko – izraelsko – żydowskich stosunków wzajemnych, także „sojuszniczych”, prowadzą donikąd. Ich dalsze utrzymywanie może spowodować poważne straty lub, wręcz, totalną porażkę wszystkich zainteresowanych stron. Potrzeba reform i renesansu w tej mierze jest ewidentna.
Chiny – Polska:

w analizowanym globalnym kontekście „sojuszniczym”, wielkie i coraz większe chińskie mocarstwo rozwijające się jawi się jako najpoważniejszy i perspektywiczny partner oraz autentyczny sojusznik Polski i wielu innych krajów. Prawda ta dociera powoli, ale coraz wyraźniej do mózgów wielu decydentów. Do tej pory, niewybaczalnym błędem politycznym, strategicznym i gospodarczym było i jest lekceważenie czynnika chińskiego w polityce zagranicznej i w strategii sojuszniczej wcześniejszych i obecnych władz RP. Prezentują one, w odniesieniu do ChRL, podejście bazujące na surrealistycznych kryteriach ideologicznych i nadal „walczą z komunizmem” w Chinach (nota bene: w praktyce chińskiej, po 1949 r., nigdy nie było, nie ma i nie będzie komunizmu – pozostaje on jedynie kategorią teoretyczną). Eksport polski do Chin tak ma się nadal do chińskiego eksportu do Polski, jak 1 : 15! Oficjalna Warszawa postępuje więc dokładnie odwrotnie niż Bruksela, Berlin i inne stolice europejskie oraz prawie wszystkie państwa świata. Plasujemy się około 80-tego miejsca w globalnym rankingu największych partnerów zagranicznych ChRL.
Rzecz jednak w tym, iż – wskutek lekceważenia Chin i zaniechania optymalnej współpracy politycznej, społecznej i gospodarczej z nimi po 1989 r. – Polska poniosła ogromne straty finansowe idące (orientacyjnie) w setki miliardów euro (niewystarczające obroty handlowe i nakłady inwestycje itp.), nie licząc innych raczej niewymiernych strat polityczno – społecznych. Dlatego też kardynalnym warunkiem zwiększenia efektywności analizowanej nowej polityki zagranicznej i strategii sojuszów jest odstąpienie od poronionego i wielce szkodliwego podejścia władz RP do ChRL, do BRICS, do G17+1 i do rozszerzania współpracy z całą strefą Azji i Pacyfiku (to 3. niezbędny i rozwojowy „filar” polityki zagranicznej – przy jednoczesnym zachowaniu i optymalizacji pozostałych dwóch tradycyjnych i słabnących „filarów” atlantyckich: UE i US).
Powstaje sytuacja raczej niekorzystna dla RP: oto, bowiem, nie tylko USA i Niemcy, ale również Chiny umacniają zdecydowanie swoją obecność polityczną, strategiczną i gospodarczą w państwach sąsiadujących z Polską, szczególnie w Rosji, nawet na Ukrainie, na Węgrzech, na Bałkanach i in. Na tym tle RP staje się swoistą „białą plamą” w kręgu ww. państw współpracujacych efektywnie z Chinami. Ale krąg ów zaciska się coraz mocniej wokół Polski, która, wcześniej czy później, zostanie do niego włączona – nawet wbrew woli niektórych antychińskich decydentów w RP. Po prostu, nolens volens, Polska zostanie niejako wciągnięta automatycznie do wspólnych przedsięwzięć unijno – chińskich, euroazjatyckich i in., np., w infrastrukturze (drogi, koleje, transport morski i lotniczy), kooperacja przemysłowa i rolna, turystyka, energetyka, ochrona środowiska, bezpieczeństwo międzynarodowe i wiele innych. Wniosek ogólny: nie marnować poważnych szans rozwojowych, jakie zapewnia Polsce wszechstronna współpraca z Chinami, nasz udział w wielkich przedsięwzięciach chińskich (Nowy Szlak Jedwabny, budowanie wspólnej przyszłości całego świata, G17+1 i wiele innych).
Reszta świata:

jak stwierdziłem powyżej, wielkim błędem o negatywnych konsekwencjach strategicznych i długofalowych jest ograniczona i nierealistyczna „dwufilarowość” obecnej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP: amerykocentryzm i eurocentryzm. W epoce nowej globalizacji, polityka zagraniczna i strategia sojuszów RP jest daleka od globalnego rozmachu, odpowiedniej dynamiki i szerokiego zasięgu. W wyniku tego, władze RP koncentrują się irracjonalnie na przeważającej mniejszości potencjału światowego (np., USA + UE – to zaledwie około 10% ludności, czyli konsumentów, planety Ziemia). Bez wątpienia, szczególnie USA dysponują nadal liczacą się hard power (siły zbrojne, potencjał kosmiczny, nowe technologie, agresywna nowa doktryna militarna i in.). Ale znaczenie tych ich atutów w polityce globalnej będzie się zmniejszało – w miarę zmiany układu sił w świecie oraz przesuwania się centrum rozwoju naszej cywilizacji ze strefy Północnego Atlantyku do Azji i Pacyfiku. Słowem, mieć potencjał hard power – to jedno, ale móc go wykorzystać praktycznie we własnych egoistycznych celach – to dziś zupełnie coś innego. Przy obecnym podejściu władz RP do sytuacji globalnej, reszta świata jest niezwykle niedowartościowana. Tymczasem właśnie na innych kontynentach (tzw. 4A = Azja/Pacyfik, Afryka, Ameryka Łacińska i Australia) dokonują się radykalne przeobrażenia zmieniające oblicze Ziemi i układ sił globalnych dotychczas istniejący. Polska nie uczestniczy w tych procesach w sposób adekwatny do swych potrzeb i możliwości (np. nieobecność w G-20 czy bezczynność na innych ważnych forach globalnych). Dekoracyjny fotel niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ – to za mało. Wniosek ogólny: pilna potrzeba innowacyjnej globalizacji polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP.
Organizacje międzynarodowe:
Powyższe uwagi dotyczące kulejącej polskiej „geopolityki” i braku odpowiedniej reakcji na zmiany następujące szybko w układzie sił światowych odnoszą się także do niewystarczającej aktywności RP na forum organizacji międzynarodowych różnego rodzaju. Jest ich coraz więcej (już około 70.000) – rządowych i pozarządowych, globalnych, kontynentalnych i regionalnych, wielobranżowych i jednobranżowych, jawnych i niejawnych, cywilnych i wojskowych, wyznaniowych, etnicznych itp. Nie ma już chyba takiej takiej dziedziny życia i działalności ludzkiej, która nie byłaby przedmiotem zainteresowania odpowiednich organizacji międzynarodowych? W tej dziedzinie, nasza cywilizacja doszła już dość dawno temu do górnej granicy wytrzymałości i absurdu. Paradoks sytuacyjny polega na tym, iż – kiedy organizacji międzynarodowych przybywa – to coraz bardziej dramatycznych problemów cywilizacyjnych powinno ubywać – m.in. w wyniku szlachetnej działalności tychże organizacji. Tymczasem jest wręcz odwrotnie (vide: niewymowne dramaty dzieci afrykańskich, syryjskich i in.).
Mnogość organizacji, ich mało realistyczne programy działania, zbiurokratyzowanie i „dublowanie” działalności, plaga stereotypów i starych nawyków, pożeranie pieniędzy na (jakże często) mało efektywne poczynania – to tylko niektóre grzechy zagęszczającej się sieci organizacji międzynarodowych. Permanentny już kryzys i coraz większa niewydolność ONZ oraz tzw. United Nations’ Family (np. w przypadku wojny syryjskiej), biurokratyczna ociężałość UE oraz demoralizacja na szczytach władzy, np., w MFW, są tego szokującymi przykładami. Wyczyszczenie augiaszowych stajni organizacji międyznarodowych jest wielkim wyzwaniem, potrzebą chwili i zadaniem graniczącym wręcz z niemożnością (wściekły „opór materiii”).
Kulejący pseudosystem organizacji międzynarodowych wymaga radykalnych cięć i reform. Jego dalsze utrzymywanie nie ma sensu oraz uzasadnienia merytorycznego, formalnego, finansowego i logistycznego. Zmniejszenie o połowę obecnej liczby organizacji międzynarodowych byłoby bardzo pomocne dla społeczności globalnej i zwiększyłoby znacznie sprężystość, jakość i efektywność działania tych organizacji, które pozostaną. Obecny układ organizacji międzynarodowych sięga swymi korzeniami czasów bezpośrednio postjałtańskich i zimnowojennych. Teraz jednak kontekst ogólny i szczególny ich działalności jest diametralnie odmienny niż kiedyś. Stosunkowo najbardziej radykalna komasacja przydałaby się, np., w zakresie niezliczonych organizacji społecznych, humanitarnych, związkowych itp. Chyba najlepiej widać to też przez pryzmat impotencji organizacji międzynarodowych w dziedzinie tzw. nowych zagrożeń (terroryzm – także internetowy, klęski żywiołowe, niszczenie środowiska naturalnego, zmiany klimatyczne, zagrożenia kosmiczne, migracje ludnościowe, nowe choroby, Covid-19 i inne i epidemie, analfabetyzm, klęska głodu i braku wody pitnej, degradacja i demoralizacja społeczna, nie tylko narkomania czy pornografia itp. itd.).
Nie ma chyba takiej organizacji międzynarodowej, która, w większym czy w mniejszym stopniu oraz z uwzględnieniem swej specyfiki, nie zajmowałaby się problematyką nowych zagrożeń?! Skutek tego stanu rzeczy jest taki, iż wszyscy lub prawie wszyscy interesują się ww. problemami fragmentarycznie, a nikt nie rozwiązuje ich kompleksowo i całościowo (np. w kwestii uchodźców, pomocy humanitarnej, służby zdrowia i in.). Nic przeto dziwnego, iż nowych zagrożeń stale przybywa, zaś ostrość tych, które już występują, zwiększa się z każdym dniem. Dlatego też imperatywem najwyższej rangi jest utworzenie specjalistycznej organizacji globalnej, która rozwiązywałaby całościowo problemy nowych zagrożeń i porozumienie się odnośnie do rezygnacji przeróżnych organizacji nieprofesjonalnych z takiej działalności. Analogiczna specjalistyczna organizacja globalna powinna powstać ds. humanizacji i optymalizacji rozwoju społeczno-gospodarczego ludzkości, zastępując dotychczasowych impotentów w tej mierze. Ww. reformy powinny stać się integralną częścią budowania nowego wielobiegunowego ładu światowego, zaś Polska (w której także przybywa organizacji międzynarodowych i ich oddziałów) powinna odgrywać czołową rolę w procesie reform i restrukturyzacji. Tymczasem jednak w poczynaniach RP na forum organizacji międzynarodowych przeważa rutyna, konserwatyzm i bezczynność – w wielu wypadkach. Trudno oczekiwać, aby każdy kraj funkcjonował aktywnie na forum wszystkich czy prawie organizacji międzynarodowych. Trzeba wybierać tylko najważniejsze, najsprawniejsze i najbardziej pomocne.
Natomiast władze polskie koncentrują się tylko na kilku wybranych organizacjach, jak np.: NATO, UE, ONZ i OECD (w mniejszym stopniu) oraz na niektórych regionalnych (np. Trójkąt Weimarski i Grupa Wyszehradzka). Te ostatnie są mało efektywne i przypominają raczej wysłużone dekoracje teatralne. To zdecydowanie za mało. Również w polskim przypadku należy zlikwidować lub wycofać się z około połowy organizacji międzynarodowych mających znamiona postjałtańskie i zimnowojenne. Wyjściem z sytuacji jest wyselekcjonowanie organizacji najefektywniejszych i najbardziej potrzebnych Polsce w obecnej sytuacji wewnętrznej, regionalnej, euroazjatyckiej i globalnej; a to w następujących dziedzinach: politycznej, społecznej, strategicznej, ekonomiczno-finasowej, naukowo-technicznej, innowacyjnej, kulturalnej i międzynarodowej. Należy też nawiązać nowatorską współpracę z nowymi liczącymi się organizacjami międzynarodowymi, jak np.: G20 czy BRICS, ASEAN, Unia Afrykańska, Organizacje państw z obydwu Ameryk i in.
Formalnie, MSZ odpowiada za inspirowanie, kreowanie i realizację polityki zagranicznej i strategii sojuszów. Ono też powinno być jej głównym organizatorem i koordynatorem. Ale nie jest. Bowiem, w istocie rzeczy, w warunkach totalnej i – skądinąd – wskazanej decentralizacji współpracy podmiotów polskich z zagranicą, jest tyle „polityk zagranicznych mikro”, ile podmiotów utrzymuje takie kontakty. Przy czym jeden nie wie, co robi drugi? Mało kto koordynuje te poczynania z partnerami krajowymi, co – w atmosferze zawiści, podejrzliwości i niezdrowej rywalizacji, doprowadziło do bezprecedensowego poziomu anarchizacji i bałaganu w sferze kontaktów Polski z zagranicą. Na szczeblu centralnym jest kilka głównych ośrodków usiłujących uprawiać własną „politykę zagraniczną makro i mikro”: Kancelaria Prezydenta, Kancelaria Premiera, Sejm RP, Senat RP, MSZ (naturalnie) i tzw. resorty siłowe (obrona, sprawy wewnętrzne). Analogiczne ambicje dyplomatyczne mają także wszystkie pozostałe ministerstwa i instytucje centralne oraz niezliczone podmioty terenowe. Dramatyczną ilustracją braku koordynacji poczynań między nimi jest, np., doprowadzenie do katastrofy i do zbrodni smoleńskiej. Wniosek ogólny: aktywnie dążyć do optymalizacji i do uzdrowienia globalnego systemu organizacji międzynarodowych oraz lepiej wykorzystywać ów system dla umacniania powiązań sojuszniczych RP z tymi organizacjami i z innymi państwami w ramach dyplomacji wielostronnej.
Polskie słabości sojusznicze:
RP może realizować skuteczną strategię sojuszniczą i odnosić odpowiednie korzyści z tego tytułu jedynie pod warunkiem, że będzie miała coś atrakcyjnego i cennego do zaoferowania obecnym i potencjalnym partnerom. Tymczasem, w tej sprawie nasza sytuacja nie prezentuje się bynajmniej w różowych kolorach. I tak, w sferze politycznej – nie jest prawdą, iż w wyniku transformacji i realizacji określonej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP od 1989 r., umocniła się polityczna i sojusznicza pozycja Polski na arenie międzynarodowej. Wręcz przeciwnie, wbrew pozorom i sloganom propagandowym, jest ona nadspodziewanie słaba. Najnowsze perturbacje Polski w odniesieniu do UE, US, Rosji, Niemiec, Francji, Ukrainy, Izraela i diaspory żydowskiej są tego wymownym przykładem. Sytuacja w tej mierze nie ulega poprawie od dłuższego już czasu. Trudno wskazać choćby jedno państwo, czy grupę państw, która prezentowałaby się jako absolutnie niezawodny sojusznik polityczny Polski na arenie międzynarodowej.
Nasza pozycja geopolityczna jest relatywnie stabilna w czasach pokoju i spokoju społecznego, ale nie ma pewności, co może stać się z Polską, np., podczas gwałtownego zaostrzenia sytuacji wewnętrznej czy międzynarodowej, wzrostu napięcia w stosunkach regionalnych, zmasowanych ataków terrorystycznych czy wielkich klęsk żywiołowych? Obok mało efektywnej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP, jest wiele innych przyczyn tego niekorzystnego stanu rzeczy. Jedną z najważniejszych jest fakt, iż nieustabilizowana, niespójna, zaściankowa i rozkojarzona sytuacja w polityce wewnętrznej RP rzutuje bardzo negatywnie na jej ww. słabowitą pozycję na arenie międzynarodowej i utrudnia (a czasem wręcz uniemożliwia) prowadzenie nowatorskiej i efektywnej polityki zagranicznej oraz realizowanie efektywnej strategii sojuszów. Fatalne wrażenie na partnerach zagranicznych robi ogromna skala korupcji i złodziejstwa w neoliberalnej Polsce. Poza wszystkim, rzutuje to negatywnie na wiarygodność decydentów polskich na arenie międzynarodowej. Jednak najważniejszą przyczyną tego stanu rzeczy są polskie słabości i nijakość systemowa. Na dobrą sprawę, i obywatele RP i partnerzy zagraniczni nie wiedzą, jaki ustrój panuje w Polsce i kto sprawuje najwyższą władzą decyzyjną? Jedni mówią, że panuje tu nadal neoliberalizm, a inni – że społeczna gospodarka rynkowa. Dlatego też, obok konieczności obalenia skompromitowanego i kryzysogennego ustroju neoliberalnego w RP, drugim kardynalnym warunkiem wypracowania i prowadzenia nowej polityki zagranicznej i strategii sojuszniczej RP jest znormalizowanie i modernizacja jej polityki wewnętrznej pod każdym ważnym względem.
Problematyka strategiczna :

„osiągnięcia” w tej mierze na arenie międzynarodowej są skrzętnie wyolbrzymiane przez władze RP, szczególnie w kontekście udziału żołnierza polskiego w amerykańskich działaniach bojowych i szkoleniowych w Iraku i w Afganistanie, czy też na innych teatrach działań wojskowych poza granicami kraju. W pewnym sensie, nasz żołnierz stał się, w takich przypadkach, mało pomocnym adiutantem niegdysiejszych „żandarmów światowych” (USA i NATO). W tej mierze pojawiają się jednak u władz RP pewne przebłyski otrzeźwienia i zastanowienia, jak, np., w kwestii odmowy udziału Wojska Polskiego w awanturze libijskiej. Realizm nakazuje spojrzenie na delikatne zagadnienia strategiczne przez pryzmat analizy i interpretacji autentycznej, zgodnej z faktami. Już dziś bowiem można stwierdzić, iż przyłączenie się Wojska Polskiego do ww. operacji i bezkrytyczne małpowanie US Army i NATO w zakresie „wars on terror” czy „preemptive strikes” przynosi Polsce same dotkliwe straty i nie daje żadnych wymiernych korzyści. To wielki błąd strategiczny (i polityczny – w znacznej mierze), za który przyjdzie nam dużo i długo jeszcze płacić (zwiększające się prawdopodobieństwo odwetowych ataków terrorystycznych przeciwko Polsce itp.). Niektórzy decydenci odeszli od chlubnej tradycji polskiej („o waszą wolność i naszą…” itp.) oraz dali się wciągnąć do amerykańsko – natowskiej „strategii silniejszego” – przy pomocy prawa pięści i polityki kanonierek w nowej odmianie – w dodatku za pieniądze podatników z naszego kraju.
Neoliberałowie polscy, ze swą obsesyjną i nieludzką ideologią pięniądza, doprowadzili do bezprecedensowego kryzysu w siłach zbrojnych RP – w kategoriach materialnych i potencjału obronnego. Towarzyszy temu degeneracja moralna i wykorzystywanie wojska w celach sprzecznych z jego przeznaczeniem (obsługiwanie uroczystości religijnych, sczepień ochronnych itp.). Dotkliwy jest także brak nowoczesnej doktryny wojskowej, adekwatnej do obecnych warunków szczególnych (RP i WP – w NATO) i ogólnych (utrzymywanie się wysokiego stanu napięcia w stosunkach globalnych, nowy wyścig zbrojeń, konflikty regionalne itp.). W sposób wypaczony i z premedytacją wyolbrzymia się wiodącą rolę USA i NATO – jako głównych gwarantów bezpieczeństwa Polski w aspekcie militarnym (fetyszyzowanie art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego itp.). To jest tylko mniejsza część prawdy. Większa część prawdy polega bowiem na tym, jak wspomniano powyżej, iż – w przypadku wybuchu kilku regionalnych konfliktów militarnych czy jednego globalnego oraz zaangażowania sił zbrojnych USA i NATO na różnych teatrach działań bojowych jednocześnie, siły te nie będą miały ani czasu, ani możliwości ani nawet chęci pomagania Polsce. Powiedzą, jak mawiają neoliberałowie: radźcie sobie sami. Żałosne perypetie związane z urządzeniem tu tarczy antyrakietowej czy ze stacjonowaniem jednostek US Army na terytorium RP są tego wymownym przykładem – nawet w czasach względnego wzrostu napięcia regionalnego. Słowem, władze RP nie mają wystarczającej woli politycznej, rozeznania futurologicznego, odpowiednich elementów i instrumentów natury strategicznej i militarnej celem wspierania nimi poczynań w polityce zagranicznej i w strategii sojuszniczej.
Aspekty gospodarcze:

w normalnej sytuacji jest tak, iż potencjał gospodarczy danego kraju (szczególnie – produkcja towarów i usług, wartość PKB i PKB per capita, inwestycje, wolumen eksportu, rezerwy walutowe, stopa wzrostu gospodarczego itp.) powinien być najpoważniejszym czynnikiem i atutem materialnym wspierającym politykę zagraniczną i strategię sojuszniczą tegoż kraju. I na odwrót – polityka zagraniczna i strategia sojusznicza powinny stymulować rozwój gospodarczo – społeczny i stwarzać dlań jak najlepsze warunki zewnętrzne. Klasycznym i wybitnym przykładem takiego właśnie kojarzenia tych funkcji i instytucji są Chiny (np. dual circulation, podwójny obieg, krajowy i zagraniczny, w życiu gospodarczym), Niemcy, Francja, (kiedyś) Japonia i wiele innych krajów. Tymczasem, we współczesnej Polsce brak jest odpowiedniej korelacji między rozwojem gospodarczym a polityką zagraniczną i sojuszniczą. Kontakty ze światem zewnętrznym, podejmowane w ramach tej ostatniej, rzadko kiedy przynoszą konkretny pożytek gospodarce polskiej. Zaś gospodarka nie wspiera polityki zagranicznej i sojuszniczej w niezbędnej i optymalnej skali.
Przyczyn tego niekorzystnego stanu rzeczy jest wiele – np. tradycyjna i pokutująca nadal polska niechęć do wykorzystywania instrumentów ekonomicznych w polityce zagranicznej i sojuszniczej („minister, ambasador, dyplomata nie może być komiwojażerem…”), co obecnie jest bardzo szkodliwym absurdem. Po drugie, a to jest uboczny rezultat transformacji na zasadach ekstremalnego neoliberalizmu a l’americaine: czym i jak może gospodarka polska wspierać polską dyplomację, skoro ponad 80% majątku narodowego RP jest już w obcych rękach!? Tzw. gospodarka polska została już sprowadzona, w znacznej mierze, do roli podwykonawców. Tego nie da się wytłumaczyć tylko przy pomocy „fenomenu globalizacji”. Sytuacja taka nie występuje w żadnym z pięciu największych krajów UE. Po prostu, decydenci RP nie mogą już dysponować „sprywatyzowanym” majątkiem narodowym – a ta jego część, która jeszcze pozostaje w polskich rękach jest zbyt mizernym atutem, przy pomocy którego można by efektywnie wspierać politykę zagraniczną i sojuszniczą RP. Polscy pracownicy trudzą się, głównie, dla pracodawców zagranicznych, pomnażając ich dochody i zyski, które są wypompowywane z polskiego organizmu gospodarczego. To wielki dramat naszego kraju, który doprowadzi w konsekwencji do jego pauperyzacji i rzutuje negatywnie na słabowitą pozycję RP na arenie międzynarodowej.
Kwestie społeczne:

nie można stwierdzić, iż większość społeczeństwa polskiego jest już beneficjentem owoców transformacji systemowej i – związanej z nią – polityki zagranicznej i sojuszniczej RP. Udział „milczącej większości” społeczeństwa w procesie reform i w sferze współpracy z zagranicą jest przerażająco niewielki. Rzuca się w oczy indyferentyzm, zniechęcenie do udziału w życiu politycznym (w wyborach uczestniczy, z reguły, nie tylko mniejszość ogółu społeczeństwa – ale mniejszość wyborców uprawnionych do głosowania). Obywatele, umęczeni walką o byt (bezrobocie, bieda, życie na kredyt, zadłużenie, terroryzm biurokratyczno-finansowy i in.) oraz silnie uwikłani w codzienne kłopoty przez system i rząd neoliberalny, nie mają czasu i siły na interesowanie się oraz na zajmowanie się polityką i strategią, również w jej wersji zagranicznej. Rządzący wykorzystują skrzętnie i – wręcz – podsycają indyferentyzm oraz stronniczość polityczną coraz silniej manipulowanych medialnie obywateli i uznają, iż – nawet mniejszościowe głosowania – dają im legitymację do sprawowania władzy w imieniu „ogółu społeczeństwa”. W całej historii państwa i prawa w Polsce mało jest przykładów analogicznie cynicznego i beceremonialnego traktowania „ciemnej i głupiej masy” społecznej. To się zemści na takiej i jej podobnej władzy oraz zaszkodzi społeczeństwu.
Indyferentyzm przytłaczającej większości obywateli jest najbardziej widoczny w sferze polityki zagranicznej i sojuszniczej RP. Powoduje to sprowadzenie praktycznie „do zera” skali kontroli społecznej (i parlamentarnej) nad tą polityką i znaczne ograniczenie możliwości wpływania na nią nawet przez opozycyjne partie polityczne (np. parodie sejmowych czy senackich debat nt. polityki zagranicznej). W efekcie tego – rządzący neoliberałowie i grupy interesów poczynają sobie samowolnie w tej sferze i czują się raczej bezkarni – nie musząc poważnie liczyć się z nikim i z niczym w swoich poczynaniach. W tym rozumieniu, obecna polityka zagraniczna i sojusznicza RP prowadzona jest, w większości, w interesie rządzących – a nie dla dobra całego państwa i społeczeństwa polskiego. Np. większość społeczeństwa polskiego nie jest usposobiona antyrosyjsko czy antychińsko – w odróżnieniu od wściekłej rusofobii czy sinofobii niektórych decydentów. Ilustruje to jeszcze inny przykład: w RP istnieje multum pożytecznych organizacji pozarządowych i społecznych działających w sferze międzynarodowej. Ale nie mają one (inaczej niż w innych krajach) większego wpływu na kreowanie i na realizację polityki zagranicznej i sojuszniczej RP, zaś rządzący – nie mają zwyczaju i nie czują potrzeby konsultowania się z tymi organizacjami – dla dobra ogólnego.
Propozycje programowe:
z powyższej analizy sytuacji w omawianej dziedzinie wynika, iż pilna potrzeba gruntownych reform w polityce zagranicznej i sojuszniczej RP oraz wypracowania i wdrożenia jej nowego modelu staje się oczywista i nie ulega kwestii. W okresie transformacji „zreformowano” już niejednokrotnie wiele dziedzin życia i rozwoju kraju, pozostawiając politykę zagraniczną i strategię sojuszniczą całkowicie na uboczu (swoiste „państwo w państwie”) – z widocznymi już dobrze opłakanymi tego skutkami. Zaniedbania, dysproporcje i zaległości w tej mierze są przeogromne. W kontekście obecnych realiów krajowych, regionalnych, kontynentalnych i globalnych oraz głębokich zmian następujących w układzie sił na arenie międzynarodowej, należy rozpatrywać dwa główne podejścia do tego epokowego zadania: – opracowanie i urzeczywistnienie reformatorskiego programu mini – na okres trwania systemu i rządu neoliberalnego; – wypracowanie i wdrożenie reformatorskiego długofalowego programu maxi – NOWEJ POLITYKI ZAGRANICZNEJ I STRATEGII SOJUSZNICZEJ RP – na całą dającą przewidzieć się perspektywę. Program maxi nie byłby sztywny, nietykalny i dany raz na zawsze; wręcz przeciwnie – powinien on być podmiotem systematycznych, elastycznych i nieustannych modyfikacji, uzupełnień i poprawek – w zależności od ewolucji sytuacji międzynarodowej (z wyprzedzaniem wydarzeń) oraz zgodnie z przyszłą nową Konstytucją RP.
Jednocześnie, biorąc pod uwagę obecne powiązania i zobowiązania międzynarodowe RP, w przypadku każego z rozwiązań programowych (mini i maxi), konieczne będzie uzgadnianie polskich reform w polityce zagranicznej z dotychczasowymi sojusznikami: z UE, szczególnie w kwestiach politycznych, ekonomicznych i międzynarodowych oraz z NATO, zwłaszcza w zakresie problematyki strategiczno – obronnej i międzynarodowej. Bez wątpienia, proces konsultacji i uzgadniania przedsięwzięć reformatorskich w pracach nad obydwoma programami, poważnie utrudni i opóźni realizację tych zadań. Bądźmy realistami. Jeszcze ważniejsze będzie uzyskanie konsensusu – zgody politycznej (wszystkie partie legalnie istniejące w RP) oraz społecznej (najważniejsze organizacje pozarządowe i społeczne – na 1. etapie prac). A następnie, przeprowadzenie ogólnonarodowego referendum w tej materii. Natomiast debata krajowa, także z udziałem Polaków z zagranicy (Polonia, emigracja sezonowa i in.), na temat nowej polityki zagranicznej i strategii sojuszniczej RP powinna rozpocząć się od zaraz.
Postulaty merytoryczne:

jest jasne, że neoliberałowie nie przeprowadzą analizowanych reform – chyba że zmuszą ich do tego, np., dyrektywy unijne czy nieubłagana logika i charakter rozwoju życia międzynarodowego. Najogólniej rzecz biorąc, istotą zabiegów reformatorskich powinno być dostosowanie polityki zagranicznej i strategii sojuszniczej RP do obecnych i prognozowanych realiów międzynarodowych – celem wyciągnięcia stąd maksymalnych korzyści dla kraju. Zakłada to częściowe odejście od dotychczasowych anachronicznych i monopolistycznych sojuszów, od rozgrzebywania historii i grobów na cmentarzach oraz poszukiwanie nowych sojuszników i partnerów na świecie. Przykładowo wymienić należy: Rosję, Chiny, Indie, Brazylię, BRICS, ASEAN, czołowe państwa południowo-amerykańskie, islamskie i in. Nadrzędnym wymaganiem jest efektywne wmontowanie Polski do tworzącego się systemu świata wielobiegunowego (multilateralizm), poprzez dodanie, do już istniejących, nowych solidnych „filarów” polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP. Zadanie to nie jest bynajmniej ani pionierskie ani też specjalnie odkrywcze, gdyż inne państwa, np. Niemcy, postępują tak już od dawna, utrzymując owocne stosunki partnerskie i sojusznicze z USA, z Rosją, z Chinami, z Indiami, z Arabią Saudyjską, z Afryką Południową i z in. Problem polega wszakże na tym, iż Polska chyba nigdy nie osiągnie statusu i pozycji Niemiec w łonie UE, NATO czy też na arenie eurazjatyckiej i globalnej?!
Konsekwencją twórczego podejścia do urealnienia i do wielobiegunowości („wielofilarowości”, pardonnez-moi le mot) polityki zagranicznej RP powinna być dogłębna rewizja dotychczasowych dogmatów, kanonów, przyjaźni i fobii obowiązujących w neoliberalnej polityce zagranicznej: amatorszczyzna, nadmierna proamerykańskość, eurocentryzm, polonocentryzm czy, wręcz, nastroje nacjonalistyczne w niektórych kręgach politycznych RP, antyrosyjskość, antychińskość, trudno kamuflowane nastawienie antyislamskie, niedostateczna doza globalizmu, mesjanizm, historycyzm czy przymykanie oczu na problemy makro i na przyszłość naszej cywilizacji. Wymagane jest, przeto, wychowywanie społeczeństwa w nowym duchu oraz prawie całkowite odwrócenie polskiego mechanizmu i sposobu myślenia, a także mylnych wyobrażeń o współczesnym i o przyszłym świecie oraz o naszym miejscu w nim; chodzi także o zredukowanie do minimum polskiego postjałtańskiego niewolnictwa w sferze polityki zagranicznej i strategii sojuszów. Kategoria „ograniczonej suwerenności” w tej mierze odnosi się bowiem także (a może – przede wszystkim) do okresu transformacji.
Propozycje organizacyjne:

największą trudnością organizacyjno – logistyczną w procesie reformowania będzie optymalne pogodzenie i skojarzenie dwu pozornych sprzeczności: – potrzeby utworzenia silnego centralnego ośrodka inspiracji, kreowania, realizacji, koordynacji i rozliczania nowej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP (MSZ – z prawdziwego zdarzenia), z jednoczesnym precyzyjnym określeniem zadań i funkcji centralnych instytucji państwowych w tym zakresie (podział praw i obowiązków), – postępującej decentralizacji w sferze kontaktów przeróżnych podmiotów krajowych z partnerami zagranicznymi. Należy niezwłocznie położyć kres stanowi absolutnego żywiołu, anarchii i bałaganu, jaki istnieje w tej dziedzinie pod rządami neoliberałów. To degraduje Polskę – jako poważnego partnera – w oczach społecznosci światowej. Dlatego też obie części składowe nowej, nie dającej się sprywatyzować, polityki zagranicznej i sojuszniczej RP: centralizacja i decentralizacja powinny współgrać i współdziałać harmonijnie między sobą – we wspólnym interesie państwowym i społecznym a także unijnym i globalnym.
Konkluzje:

z powyższego wynika, iż obiektywna, spokojna, wyważona acz krytyczna, w niezbędnym stopniu, analiza i ocena polityki zagranicznej i strategii sojuszów poprzednich i obecnych władz RP ujawnia jej diametralnie odmienny i daleki od „oficjalnej prawdy” wizerunek niż ten, który jest prezentowany w propagandzie rządowej. Szkoda wszakże, iż wizerunek ów dociera, m.in., do nieświadomych i łatwowiernych obywateli, do niektórych partnerów zagranicznych oraz wypacza obraz polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP w odbiorze społecznym i zagranicznym. Po części, trudno mieć pretensje o to, że polska polityka zagraniczna i sojusznicza jest taka, jaka jest. Bowiem – w całym okresie postjałtańskim, szczególnie po roku 1989 – nigdy nie była ona suwerenna, samodzielna i niezależna. Nie można tego traktować jednak jako usprawiedliwienia dla mało efektywnej, anachronicznej i kunktatorskiej (bez wyobraźni) polityki i strategii w tej mierze. Podczas tzw. transformacji, została ona podporządkowana, w szczególności, wymaganiom realizacji supermocarstwowej polityki globalnej USA – zwłaszcza w odniesieniu do Rosji, do Chin i do całego naszego regionu. Także obecnie, Stany Zjednoczone, poważnie osłabione w wyniku pandemii i kryzysu globalnego , który same sobie (i światu) sprokurowały, czynią wiele, aby utrzymać Polskę w swej „strefie wpływów”. Dziś jest to jednak dla nich zadanie o niebo trudniejsze – z uwagi na szybką zmianę układu sił regionalnych i globalnych – na niekorzyść USA. Drugim kardynalnym czynnikiem znacznie ograniczającym swobodę RP w polityce zagranicznej jest przynależność do UE i związane z tym wymaganie podporządkowania się nadrzędnym potrzebom, nakazom i interesom wspólnotowym (unijnym).
Szczerze mówiąc, słuszny i niezbędny postulat oraz pilna konieczność wypracowania i wdrożenia nowej polityki zagranicznej i sojuszniczej RP jest obecnie niezwykle trudna do realizacji – głównie z uwagi na ww. neoliberalne bariery systemowo – rządowe oraz na krępujące ograniczniki – głównie ze strony US i UE. Nie jest to jednak zadanie z rodzaju niemożliwych do wykonania – „mission impossible”. Główne polskie ograniczniki reformatorskie: US i UE – same poszukują gwałtownie nowych rozwiązań w polityce i w strategii globalnej, stosownie do radykalnych przemian dokonujących się w świecie i do zmiany międzynarodowego układu sił. Nie jest więc wykluczone, iż, szczególnie, USA i NATO będą odchodzić stopniowo od elementów „hard power” i mentalności wielkiej wojny (siły zbrojne, metody przemocy itp.) w polityce zagranicznej na rzecz stosowania „soft power” (dyplomacja, negocjacje i in.). Mało mówi się u nas o tym, że skutki pandemii i kryzysu globalnego dotyczą także, w przemożny sposób, polityki zagranicznej i współpracy międzynarodowej szczególnie tych, którzy ten kryzys spowodowali. Jest więc już teraz coraz bardziej dogodna możliwość i sposobność przystąpienia w RP do realizacji ww. zadania – z uwzględnieniem wszystkich nowych realiów oraz potrzeb i możliwości narodu i państwa polskiego w całym współczesnym kontekście ewolucji i rewolucji w łonie społeczności międzynarodowej.

Flaczki tygodnia

Rządzące Polską elity PiS nie mają wojskowej strategii obronnej. Mają jedynie Strategię Defiladową.

Dlatego nie dziwmy się, że wasalni i usłużni wobec USA prominenci PiS wsparli w kampanii wyborczej prezydenta USA Donalda Trumpa. I kupili od niego drogie, bo wypasione samoloty F-35.

Kupili, chociaż każdy wie, że te 32 samoloty to za mało by obronić Polski w razie ewentualnego ataku lotniczego z Rosji. Zwłaszcza, że pierwsze z nich pojawią się dopiero za sześć lat.

Kupili je bez przetargu i bez zagwarantowania polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu transferu nowoczesnej, amerykańskiej technologii, Bez udziałów we wspólnych produkcyjnych przedsięwzięciach.

Kupili z wielką propagandową pompą. A przecież, pomimo swych pięcioletnich rządów, odpowiedzialne za modernizację wojska polskiego elity PiS nadal nie kupiły:

Systemu obrony Polski przed rakietami średniego zasięgu.
Systemu łączności niezbędnego dla samolotów F-35
Obiecywanych od czterech lat śmigłowców.
Okrętów podwodnych. Za dwa lata polska marynarka wojenna nie będzie miała ani jednego sprawnego okrętu podwodnego. Nie będzie mogła szkolić marynarzy- podwodników.
Wystarczającej liczby bojowych transporterów piechoty.
Za to na pewno wojsko polskie pozyska w ciągu dwóch najbliższych lat przemalowane poradzieckie hełmy i odrestaurowane poradzieckie czołgi. Wspaniale prezentujące się podczas defilad wojskowych.

Bo rozbrojone intelektualnie, organizacyjnie i technicznie przez prominentów PiS wojsko polskie obecnie nadaje się jedynie do urządzania defilad. Przepięknych. Zwłaszcza kiedy to zostanie dodatkowo wzmocnione przez pododdziały reprezentujące sojuszników z NATO, wszystkie istniejące w Polsce służby mundurowe, nawet sejmową Straż Marszałkowską jak ostatnio, i przede wszystkim liczne militarne grupy rekonstrukcyjne. Husarię, ułanów, przedwojenne czołgi i tankietki

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że przyszłe wojny w naszej Europie Środkowo- Wschodniej nie będą polegały na powietrznych pojedynkach asów myśliwców, lecz paraliżowania strategicznych sektorów atakowanego państwa. Systemu energetycznego, informatycznego, zaopatrzenia w wodę, ochrony przed pandemiami. Będą dezorganizować podstawowe funkcje państwa. Wykorzystując słabości atakowanych, wewnętrznych sojuszników.

Przyszłe wojny hybrydowe mogą też być wywołanymi zewnątrz wojnami domowymi. Właśnie widzimy jak zarażone wirusem głupiego antykomunizmu i żądzy władzy elit PiS doprowadzają do paraliżu polskiej władzy sądowniczej. Dezorganizowania państwa polskiego.

Okazuje się, że nie trzeba „zielonych ludzików” zewnątrz. Wystarczą ludziki pana prezesa Kaczyńskiego.

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej wywołało kolejną dyskusję o wyprowadzaniu Polski z Unii przez narodowo- katolickie elity PiS. Mieszkający w Wielkiej Brytanii Polacy zauważyli, że najbardziej zdecydowani tam „brexitierzy”, czyli starsi, zamieszkujący prowincjonalne miasteczka Anglicy, masowo głosowali za wyjściem z Unii, bo mieli już dość najazdu emigrantów z Europy Środkowo- Wschodniej. Przede wszystkim irytujących ich Polaków.

Teraz rządzący Polska PiS Polacy zaczynają być postrzegani za element obcy w większości państw Unii Europejskiej. Zatem elity PiS pragnące ograniczonej obecności Polski w UE, usilnie pracujący nad obrzydzaniem Polakom związków z Unią, mogą dostać nieoczekiwane wsparcie.

Ze strony anty PiS- wskich europejskich elit. Coraz częściej postulujących aby to Unia Europejska wyszła z PiS Polski. Ograniczała współpracę z elitami pana prezesa Kaczyńskiego, które traktują Unię jak stajnię z rumakami.

Kiepsko pilnowanymi, zatem można im te koniki cwanie podpierdolić. Po cichu, bo nikt głośno nie będzie tej Unii okradać. Ale brać, jako należne Polsce reparacje wojenne, zawsze można. Wtedy to nie złodziejstwo, tylko patriotyzm.

Pan prezes Kaczyński wyciąga rękę po reparację nie tylko do Berlina, teraz też do Moskwy. Za szkody poniesione w obu wojnach światowych. Czyni to aby znów oszukać ten „ciemny lud”. Pan prezes wie zapewne, że żadnych reparacji nie uzyska. Ale co naobiecuje to jego.

Zauważcie, że prezydent Putin buduje swą politykę historyczną na umacnianiu poczucia mocarstwowości i godności obywateli Rosji. Pan prezes Kaczyński swą politykę historyczną bazuje na wywoływaniu litości do wiecznie krzywdzonych Polaków.

Zauważcie, że wedle PiS polityki historycznej w styczniu 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła niemiecki obóz śmierci Auschwitz – Birkenau, ale Warszawy już nie wyzwoliła. Czyli obywateli polskich żydowskiego pochodzenia Armia Czerwona wyzwalała, a obywateli pochodzenia polskiego już nie?

Dwaj polscy „zamordusie”, kandydujący na prezydenta Krzyś Bosak i Samuel Pereira, prominent TVP SA, usiłowali obrzydzić redaktora Mariana Turskiego, więźnia nazistowskiego obozu śmierci. Bo po wyzwoleniu wstąpił on do PPR.

Zgodnie z ich polityką historyczną, Turski powinien zapisać się do „żołnierzy wyklętych” albo podążyć do Bawarii za uchodzącą tam, kolaborującą z nazistami, Brygadą Świętokrzyską.

Młodszym Czytelnikom, zwłaszcza skażonym narodowo-katolicką polityką historyczną, przypominam, że po 1945 roku kontakt wyzwolonego polskiego Żyda z „żołnierzami wyklętymi” równał się jego śmiercią. Doświadczali tego Żydzi podróżujący pociągami osobowymi.

Zatrzymywanymi przez narodowo- katolickich bandytów poszukujących reprezentantów nowych władz i przy okazji „żydokomuny”. W PPR za samo żydowskie pochodzenie nie zabijali. Mieli inne poczucie patriotyzmu.
Wracają Polacy z zarażonego wirusem chińskiego Wuhan. Wracają samolotami podstawionymi przez Francję, w ramach solidarności Unii Europejskiej.

Mocarstwowa, wedle PiS propagandy, IV Rzeczpospolita, od pięciu lat już „powstała z kolan”, nadal nie ma ani jednego własnego samolotu zdolnego do wydobycia Polaków z zagrożenia.

Na szczęście są jeszcze uprzejmi Francuzi.

Wojsko idzie, wojsko śpiewa

W Sejmie zapewne nie będę pracował w komisji obrony narodowej, ale jako starszy kapral podchorąży i absolwent łódzkiego CSOP o wojsku swoje wiem.

Niedawno odpowiadałem na ankietę „Mam prawo wiedzieć” przeznaczoną dla kandydatów na parlamentarzystów. Opowiedziałem się tam za powołaniem w przyszłości wspólnej, europejskiej armii. I zwiększonej aktywności wojska polskiego w Eurokorpusie.
Ku zdumieniu niektórych moich pacyfistycznych przyjaciół opowiedziałem się też za przywróceniem 6 miesięcznej powszechnej służby wojskowej. Służby nieobowiązkowej, ale zalecanej i propagowanej przez państwo polskie.
Szkolenie wojskowe, dobrze zorganizowane, może być ciekawą szkołą życia dla setek tysięcy dziewcząt i chłopaków. Może nauczyć ich nie tylko zachowań pro-obronnych. Także uświadomić im, że wojna nie jest romantyczną przygodą. Ani fascynującą, przeniesioną do realu, grą komputerową.
Poza tym jako lewicowiec starej daty, uważam, że armia polska powinna mieć swój obywatelski charakter. Służba wojskowa i umiejętności obronne nie powinny być zarezerwowane być wyłącznie dla żołnierskich zawodowców.
Lud pracujący miast i wsi powinien wiedzieć jak należy posługiwać się bronią, kiedy trzeba będzie stanąć mu w obronie granic przed agresorem. Albo w obronie praw ludu przed dyktatorem i jego siepaczami.
Dlatego jestem zwolennikiem utrzymania Wojsk Obrony Terytorialnej. Ale w innej niż obecna formuła. Wojsk obywatelskich, a nie partyjnych.
Elity PiS mają umysły zafiksowane na przeszłości. Są tak zakochane w dawnych wiekach, w zmitologizowanej przez siebie „Sarmacji”, że polski system obrony tworzą wedle też wzorów z I Rzeczpospolitej.
Nie ufają obecnej armii zawodowej. Tak jak kiedyś panowie szlachta nie chcieli silnej, zawodowej armii polskiej. Obawiali się, że taka armia będzie czynnikiem modernizującym sarmacki system, wzmocni skonfliktowana ze stanem szlacheckim władzę królewską.
Dlatego panowie magnaci woleli fundować sobie prywatne armie zamiast płacić podatki na wojska rekrutujące się z innych stanów społecznych.
Dzisiaj panowie magnaci z PiS, jak choćby pan minister Blaszczyk, uważają Wojska Obrony Terytorialnej za swoją prywatna armię. To „terytorialsom” magnateria z PiS grosza nie skąpi. Im ostatnio obiecuje nowoczesne pociski przeciwpancerne na jakie nie stać polskiej, zawodowej armii.
W zamian „terytorialsi” mają głosować na prominentów PiS w czasie każdych wyborów i wspierać tą partię.
Autorament cudzoziemski
Prominenci PiS doskonale wiedzą, że same Wojska Obrony Terytorialnej i zrujnowane przez nich zawodowe wojsko polskie nie obronią naszego państwa w razie obcej agresji. Dlatego postawili na zmodyfikowaną wersję dawnego „autoramentu cudzoziemskiego”, czyli wojska amerykańskie.
Magnateria PiS-owska skłócona jest ze wszystkimi prawie państwami Unii Europejskiej. Skłócona jest też z Rosją, którą narodowo-katolickie media wykreowały na wielce zagrażającego nam agresora. Aby przede wszystkim zjednoczyć tak zastraszony lud i skłonić go by pokornie oddał się pod opiekę elit PiS.
Elity PiS wykreowały też gwarancje bezpieczeństwa wobec rosyjskiego zagrożenia. Złożyły hołd lenny administracji USA. Zaproponowały, że pokryją wszelkie koszty przybycia, zakwaterowania i utrzymania amerykańskich wojsk. Traktowanych już nie jako sojuszników z NATO, tylko wojsk najemnych.
Bo przecież każdy prawdziwy sojusznik solidarnie ponosi też koszty sojuszu. My za to dowiadujemy się od prezydenta Trumpa, że polskie władze zobowiązały się do pokrycia wszystkich kosztów stacjonowania na naszym terytorium wojsk USA. Czyli potraktowały żołnierzy amerykańskich jak najemników.
Elity PiS chcą na fali wykreowanego zagrożenia zwiększyć budżet ministerstwa obrony narodowej. Pomimo wzrostu wydatków polskie zawodowe wojsko nie jest modernizowane. Przeciwnie z roku na rok ulega technicznej dewastacji.
Symbolem takiej PiS nowoczesności są „modernizowane” właśnie stare czołgi T-72 i poradzieckie hełmy przemalowywane na narodowo – katolickie barwy. Zwiększony budżet MON przejadany jest przez prywatną armię pana ministra Błaszczyka i rozrastającą się biurokrację. Również przyszłe, zwiększone wydatki pójdą na drogie i niepotrzebne polskiej armii amerykańskie samoloty F-35. Idea zakupu ich podobna jest do budowy patriotycznych „Misiów” z popularnego filmu Barei.
Natychmiast zakazać
Największym, realnym obecnie zagrożeniem dla Polski jest wypowiedzenie przez prezydenta Trumpa traktatu INF. Czyli „Układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu”.
Osiągnięte w 1988 roku porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych pocisków balistycznych i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Brak takich ograniczeń nie tylko rozpoczyna kolejny wyścig zbrojeń. Zachęca też do użycia takich pocisków w razie konfliktu. Polska, w przeciwieństwie do USA, Rosji czy Chin, jest bezbronna wobec zakazanych jeszcze niedawno pocisków.
W razie ewentualnego konfliktu nie pomogą nam zmobilizowane brygady WOT, rozbrojona zawodowa armia polska, ani pielgrzymujący po Polsce zaciężni z USA. Nie pomogą nam zamówione baterie Patriot ani ofensywne F-35.
Dlatego nowy polski parlament, nowy polski rząd i nowy prezydent powinni podjąć wszelkie działania wśród naszych europejskich i atlantyckich sojuszników w NATO, aby odnowić Treaty on Intermediate-range Nuclear Forces (INF Treaty).
Inaczej czeka nas powtórka z I Rzeczpospolitej.

Vivat Polonia!

PPGNŻ, czyli Przenośny Polowy Grób Nieznanego Żołnierza.

No i po święcie…
I po defiladzie…
Pierwsze wrażenie – bardzo pomysłowe uzupełnienie rzutu pieszego. Było przez to kolorowo i na bogato. W defiladzie Wojsk Lądowych wzięło udział aż 27 poddziałów kompanii reprezentacyjnych. Słusznie – przecież nie po to zwykła niegdyś Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego przeobrażona została w Pułk Reprezentacyjny, żeby tylu chłopa chodziło tylko po placach apelowych sobie a muzom. Niech ich świat zobaczy i niech podziwia.
Towarzyszyło im 60 pocztów sztandarowych. Sześćdziesiąt! No, ale i sztandarów ci u nas dostatek. Kiedy je z gabloty wyjąć, kiedy światu pokazać, jak nie
na defiladzie?
Rzut pieszy naszych sił zbrojnych uzupełniały też pododdziały policji, straży pożarnej, klasy mundurowe szkół średnich i pododdziały uczelni wojskowych.
Publiczność z ciekawością wypatrywała zwłaszcza podchorążych z Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. To waleczni, zadziorni chłopcy, którzy zdobyli serca rodaków szturmem uprzednio zajmując koszarowe kible. W przeddzień swojej promocji w praktyce pokazali, że wszystko może być groźną bronią w walce o honor polskiego podchorążego: rolki papieru toaletowego, słoiki z moczem, sprzęty łazienkowe, krzesła, no i zapałki oczywiście. Podobno młodsze roczniki Akademii cudem uporały się ze sprzątaniem pobojowiska i ledwo, ledwo zdążyły zaprowadzić jaki taki porządek przed uroczystą promocją.
Defiladę rzutu pieszego uświetnił także rzut ratowników górniczych i oczywiście orkiestra górnicza, której tamburmajor, jak na udział w wojskowej paradzie przystało, miał włosy opadające spod górniczego czaka aż na plecy.
Niestety, rzut pieszy nie obył się bez poważnej wpadki. Nie defilował pododdział kapelanów wojskowych! Bardzo ważny i niezwykle nowoczesny komponent Polskich Sił Zbrojnych. Jedynym wytłumaczeniem tego krzyczącego braku mogą być tylko ich niespotykane w świecie walory bojowe, które z przyczyn oczywistych nie powinny być ujawniane przed przedstawicielami armii obcych, obecnymi na katowickiej defiladzie.
Rzut zmotoryzowany – jak zwykle ciekawy – choć sprzęt jakby znajomy, sprawiający wrażenie, że oglądamy w kółko to samo. No, ale w „M jak Miłość” też ciągle występują ci sami aktorzy, a miłośników serialu nie brakuje. Zresztą, żeby być sprawiedliwym, trzeba zauważyć, że tym razem rzut zmotoryzowany uzupełniały wspaniałe radiowozy pościgowe Żandarmerii Wojskowej, więźniarki nawet, a także błyszczące, niebite limuzyny SOP, których obecność na defiladzie skutecznie zadała kłam plotkom, że wszystkie są już potrzaskane w licznych kraksach rządowych kolumn.
Pokaz lotniczy – jak zwykle imponujący. Zwraca uwagę generalna modernizacja polskiego lotnictwa, która dokonana została bez kosztów, mimo, że objęła wszystkie rodzaje wojsk lotniczych. Otóż do lamusa przeszły „śmigłowce”, „odrzutowce”, myśliwce”, a nawet „samoloty myśliwsko-szturmowe” i „transportowe”. Polskie Siły Powietrzne wyposażone są już wyłącznie w „statki powietrzne”. Geniusz lingwistyczny wojskowych uczonych i konferansjerów jeszcze raz zadziwił całą Polskę! Nad głowami „ukrytej opcji niemieckiej” przeleciały więc „statki powietrzne” wyposażone w śmigła na dachach, w silniki podwieszane pod skrzydłami i w ogonach. Jeśli chodzi na przykład o „statki powietrzne” ze śmigłami na dachach, to zaprezentowały się maszyny bojowe, transportowe i ratownicze, w tym ratownictwa morskiego. Jak napisał na Fb znany szczeciński prof. Jerzy Kochan – wszystkie trzy.
Wspaniałe wrażenie podczas defilady Wojska Polskiego robiły zwłaszcza maszyny amerykańskie, zarówno w barwach polskich, jak i własnych. Tych ostatnich było nawet jakby więcej, ale może
to złudzenie.
Najpiękniej jednak, niczym łabędź w locie, prezentował się cudny statek powietrzny pasażerski, „Gulfstream”. Powinien on jednak nosić czyjeś imię, żeby duma, która z niego bije była dumą naszą, polską. Proponuję ochrzcić go imieniem „Luft Marszałka Marka Kuchcińskiego”.
Na koniec jeszcze jedna propozycja. Racjonalizatorska. Grób Nieznanego Żołnierza, przed którym tradycyjnie, od dziesiątków lat defiluje Wojsko Polskie z okazji swojego święta, znajduje się w Warszawie. Tu przywieziono bezimienne żołnierskie prochy z Cmentarza Obrońców Lwowa. To jest symbol żołnierskiego poświęcenia dla Ojczyzny. W tym miejscu od dziesiątków lat oddajemy hołd wszystkim, którzy kiedykolwiek i gdziekolwiek oddali życie za Polskę. Wszystkim! Pan prezydent Duda razem z kolegami udowodnił jednak, że nawet narodowe świętości można traktować elastycznie. Przeniesienie defilady z okazji Święta Wojska Polskiego sprzed Grobu Nieznanego Żołnierza, który – jak Wawel, Katedra Gnieźnieńska, czy Katedra Warszawska, jest jednym z symboli wielowiekowej historii Polski, pod katowicki „Spodek”, który jest symbolem tylko fragmentu naszej historii – Polski Ludowej, było tyle nowatorskie, co… skandaliczne. Teraz wolno już wszystko – w zależności od potrzeb parada wojskowa z okazji 15 sierpnia może odbywać się z całym szacunkiem dla Katowic – w Malborku, na Psim Polu, pod Grunwaldem, w Kielcach, Toruniu, czy Rzeszowie. Wszystko jedno. Wszędzie walczyliśmy – jak nie z najeźdźcami, to ze sobą, a przynajmniej z gajowym, który pilnował pańskich zajęcy. My strzelaliśmy i do nas strzelali, a wszelka krew jednaka. Pan prezydent Duda dał początek nowej tradycji, która za PiS-u rozwinie się na pewno.
Zgłaszam więc wniosek racjonalizatorski. Kieruję go do wojskowych inżynierów i techników, do panów oficerów, a zwłaszcza panów generałów, którzy nie raz już udowodnili, że dla władzy zrobią wszystko. Niech Wojsko Polskie, zamiast budować jakieś Forty Trumpy, czy co gorsza jakieś nowe trasy katowickie, szpitale i temu podobne pierdoły, zbuduje pierwszy w świecie Przenośny Polowy Grób Nieznanego Żołnierza! Będzie go mogło wozić, gdziekolwiek. Wszędzie za potrzebą jakiegoś prezydenta, premiera, czy innego prezesa. Sukces gwarantowany – zwłaszcza wizerunkowy. A kto wie, może też międzynarodowy. Być może bowiem pomysł podchwycą inni. Pan prezydent Putin będzie mógł przenieść defiladę moskiewską z Placu Czerwonego do Soczi na przykład, gdzie bardzo lubi pomieszkiwać. Albo dajmy na to – Francja. Gdy zobaczy, jak rozkładamy swój Grób na parkingu pod Łomżą, to pomyśli sobie – czemu nie? A kto powiedział, że defilady z okazji 14 lipca moją się odbywać ciągle na tych samych Polach Elizejskich?…
Vivat Polonia!

Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Dylematy Sojuszu Atlantyckiego

Minęło siedemdziesiąt już lat od powstania Paktu Północno-Atlantyckiego i dwadzieścia od przyjęcia w jego skład pierwszych trzech państw posocjalistycznych: Polski, Czech i Węgier.

Sojusz Atlantycki przetrwał zakończenie zimnej wojny, której był produktem i jest obecnie najsilniejszą międzynarodową strukturą polityczno-wojskową współczesnego świata. Decyzja o rozszerzeniu go na państwa, które w latach 1989/90 dokonywały zmiany systemu, okazała się – wbrew obawom żywionych wówczas przez część polityków, tak na Zachodzie, jak w Polsce – istotnym wkładem w budowanie nowego ładu międzynarodowego.
Byłem zdecydowanym zwolennikiem przystąpienia Polski do NATO. W tygodniach poprzedzających powstanie pierwszego rządu SLD i PSL z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego zostałem współprzewodniczącym międzypartyjnego zespołu SLD, PSL i Unii Pracy, którego zadaniem było sformułowanie założeń polityki zagranicznej i obronnej przyszłego gabinetu premiera Pawlaka. Współprzewodniczącymi byli – już nieżyjący – Andrzej Micewski (bezpartyjny poseł z klubu PSL ) i Aleksander Małachowski z ramienia Unii Pracy. Gdy kończyliśmy pracę i ogłaszaliśmy jej wyniki, najważniejszą sensacją dnia była informacja, że nowa koalicja rządowa (wtedy jeszcze, jak chcieliśmy, z udziałem Unii Pracy) zamierza kontynuować starania o wprowadzenie Polski do NATO, zainicjowane przez poprzednie gabinety Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej. O dojrzałości ówczesnej klasy politycznej dobrze świadczy to, że w tej sprawie potrafiliśmy iść wspólnie, ponad partyjnymi podziałami.
Rozważa się często kwestię, czy Polsce obecnie zagraża niebezpieczeństwo ze strony Federacji Rosyjskiej. Podstawowym argumentem przemawiającym za optymistycznym wariantem odpowiedzi na to pytanie, jest nasza obecność w NATO. Nawet gdyby, co bynajmniej nie jest nieuchronne, jakaś (hipotetyczna) ekipa kierownicza Federacji Rosyjskiej żywiła wobec Polski agresywne zamiary, sam fakt naszego członkostwa w NATO musiałby działać na nią otrzeźwiająco. Potęga militarna Sojuszu i sławny artykuł piąty Traktatu Waszyngtońskiego oznaczają pełne bezpieczeństwo Polski, atak na którą musiałby być równoznaczny z wydaniem wojny całemu Sojuszowi, ta zaś nieuchronnie skończyłaby się klęską agresora. Nigdy w swej historii Polska nie była w tak bezpiecznej sytuacji geopolitycznej.
Członkostwo w NATO (a tak ze w Unii Europejskiej) oznacza także zasadniczą zmianę w stosunkach polsko-niemieckich. Po stuleciach konfliktów jesteśmy dziś sojusznikami. Nie znaczy to jednak, by członkostwo w NATO nie wiązało się z poważnymi problemami. Jeden zwłaszcza problem nabrał w tym stuleciu poważnego charakteru. Jest to rola Stanów Zjednoczonych i wpływ tego mocarstwa na sytuację państw sojuszniczych.
Nikogo zapewne nie trzeba przekonywać, że potęga militarna Stanów Zjednoczonych stanowi najsilniejszy atut całego Sojuszu Atlantyckiego. Tak było w 1949 roku i tak jest obecnie. Problem polega jednak na tym, jaką politykę prowadzi to mocarstwo i jak ta polityka wpływa na bezpieczeństwo całej wspólnoty transatlantyckiej. W latach zimnej wojny przywódcza rola USA w Sojuszu Atlantyckim realizowana była w sposób odpowiedzialny, liczący się z realiami ówczesnego świata. Niezależnie od tego, przedstawiciel której partii zasiadał w Białym Domu. Stanu Zjednoczone kierowały się doktryną „powstrzymywania”, której istotą było założenie, że respektowane będą realia powojennego, podzielonego świata, ale Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nie dopuszczą do opartej na sile ekspansji przeciwnego obozu. Intelektualnym ojcem tej doktryny był George F. Kennan (1904-2005), który – nawiasem mówiąc – pod koniec życia był bardzo surowym krytykiem polityki prowadzonej przez USA po zakończeniu zimnej wojny. Doktryna powstrzymania oznaczała między innymi stworzenie „mostu powietrznego” w czasie blokady Berlina Zachodniego (1948-49) i konfrontację zbrojną w czasie wojny koreańskiej (1950-53), ale nie wykluczała okresów odprężenia i współpracy – zwłaszcza po śmierci Stalina i wysunięciu przez nowe kierownictwo radzieckie programu „pokojowego współistnienia”. Ta ostrożna polityka USA i ich sojuszników rodziła rozczarowanie wśród najbardziej radykalnych antykomunistów, którym marzyło się zbrojne „wyzwolenie” Europy środkowo-wschodniej. Realizm polityczny po obu tronach „żelaznej kurtyny” uchronił świat przed trzecią wojną światową, która – z uwagi na rozwój broni masowej zagłady – stanowiła egzystencjalną groźbę dla ludzkości.
W nowych realiach po zakończeniu zimnej wojny Sojusz Atlantycki stał się jedyną tak potężną i terytorialnie rozległą strukturą polityczno-wojskową. Rozwiązanie Układu Warszawskiego i rozpad ZSRR stworzyły nową sytuację geopolityczną, w której podstawową rolą NATO stało się umacnianie stabilizacji międzynarodowej opartej na poszanowaniu prawa i na gotowości do rozwiązywania konfliktów na drodze pokojowej. Pierwszym testem dla nowej roli NATO były wojny etniczne na terenie byłej Jugosławii: zwłaszcza w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie oraz w należącym do Serbii Kosowie. Państwa wchodzące w skład NATO nie były jednomyślne w początkowej fazie tych konfliktów, ale ostatecznie poparły Stany Zjednoczone, które – po okresie wahań – zdecydowały się użyć siły zbrojnej dla wymuszenia pokoju w Bośni i Hercegowinie a parę lat później w Kosowie. Zwłaszcza w tej drugiej kwestii interwencja NATO (realizowana głownie przez siły powietrzne USA i Wielkiej Brytanii) rodziła dość liczne protesty, także wśród części polityków polskiej lewicy. W zasadzie jednak linia postępowania NATO pozostawała zgodna z deklarowanymi celami, jakimi było utrzymanie lub przywrócenie pokoju i zapobieganie zbrodniom wojennym, szczególnie dramatycznym w czasie wojny etnicznej w Bośni i Hercegowinie. Ówczesną politykę NATO uzasadniano argumentem o dopuszczalności takiej interwencji — ale tylko wtedy, gdy ma ona miejsce dla zapobieżenia masowym zbrodniom w stosunku do ludności cywilnej. Sytuacja zmieniła się radykalnie po zamachach terrorystycznych 11 września 2001 roku. Postawiły one Stany Zjednoczone, a pośrednio cały Sojusz Atlantycki, przed wyzwaniem, jakiego nie znaliśmy od zakończenia zimnej wojny. Fatalnym zbiegiem okoliczności miało to miejsce w pierwszym roku prezydentury George’a W. Busha – określonej jako „katastrofalna” przez Zbigniewa Brzezińskiego („Druga szansa”, 2007). Ten wybitny politolog i były doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta Cartera wielokrotnie wyrażał bardzo surową krytykę polityki G.W. Busha, w której widział zaprzepaszczanie szans na odpowiedzialne sprawowanie przez USA przywództwa w Sojuszu Atlantyckim. Istotą krytyki Brzezińskiego był zarzut, że G.W. Bush podporządkował politykę zagraniczną USA ideologicznemu doktrynerstwu i że tym samym pozbawił USA roli mądrego i odpowiedzialnego przywódcy demokratycznego świata. Brzeziński nie był w tej krytyce odosobniony, a z biegiem czasu szeregi obrońców polityki Busha topniały. Historycznym błędem polityki USA w tym okresie było uderzenie zbrojne na Irak – sprzeczne z prawem międzynarodowym i prowadzące do przewlekłego konfliktu, którego efektem jest osłabienie pozycji Zachodu w krajach islamskich. Było to do przewidzenia. We wrześniu 2002 roku pisałem o fatalnych skutkach, jakie ta wojna pociągnie za sobą („Konieczna wojna?”, Przegląd 22 września 2002). Przeciw wojnie irackiej opowiedzieli się liczni sojusznicy USA, między innymi Francja i Niemcy, a z upływem czasu topniały szeregi państw, które – jak niestety także Polska – przyłączyły się do amerykańskiej agresji. Pozycję USA osłabiło dodatkowo ujawnienie, że oficjalny powód uderzenia na Irak (rzekome gromadzenie broni masowej zagłady) okazał się kłamstwem. Pakt Atlantycki przeżył to doświadczenie, ale była to dla niego poważna próba . Dziś dość powszechne jest przekonanie, że to właśnie wojna iracka pociągnęła za sobą osłabienie pozycji USA w świecie i przekreśliła nadzieje na trwałą współpracę międzynarodową.
Czy była to tylko sprawa nieodpowiedzialnego i fanatycznego prezydenta? Odpowiedzialność G.W. Busha za irackie fiasko jest dziś dość powszechnie uznawana, także przez komentatorów amerykańskich, ale trzeba pamiętać, że w 2003 roku do nielicznych wyjątków należeli w USA politycy przeciwstawiający się jego decyzji o uderzeniu na Irak. Czy tylko dlatego, że uwierzyli w – jak się okazało kłamliwy – argument o rzekomym gromadzeniu przez Irak broni masowej zagłady? W jakiej mierze ta agresywna postawa amerykańskiej elity była wyrazem zafascynowania własną siłą i ulegania iluzji, że siłą uda się wprowadzić amerykańską hegemonię w skali światowej?
Potem przyszło otrzeźwienie, czego przejawem było podwójne zwycięstwo wyborcze Baracka Obamy (2008 i 2012). Ta prezydentura ożywiła nadzieje na to, że możliwy jest inny kierunek polityki amerykańskiej. Prezydentowi Obamie nie udało się jednak wyplątać USA z pułapki irackiej, a wybuch tak zwanej „arabskiej wiosny” (2011) stworzył nowe problemy, w tym wojny domowe w kilku państwach (Libia, Jemen, Syria). Pogorszenie relacji z Rosją, widoczne już pod koniec administracji Busha, pogłębiło się w wyniku rosyjskiej polityki wobec Ukrainy.
Wybory prezydenckie 2016 roku oddały ster polityki amerykańskiej w ręce Donalda Trumpa – polityka nieodpowiedzialnego i skłonnego do agresywnych posunięć. Pod jego rządami USA znacząco pogorszyły swe relacje z Chinami, zerwały porozumienie z Rosją o ograniczeniu rakiet średniego zasięgu, próbują doprowadzić do obalenia radykalnego rządu w Wenezueli (jak dotąd nieskutecznie), a ostatnio zaczęły grozić wojną Iranowi. Chociaż do nowych wyborów jest ponad rok, to jednak już teraz można stwierdzić, że Trump ma bardzo silną pozycję w Partii Republikańskiej i jego ponowny wybór nie jest wykluczony. Jest tak dlatego, że agresywna polityka obecnego prezydenta trafia w nastroje znacznej części społeczeństwa amerykańskiego – tak, jak w swoim czasie trafia w nie polityka G.W. Busha. Obaj ci prezydenci zawdzięczają swą pozycję temu, ze sukces Zachodu w zimnej wojnie obudził takie tendencje polityczne, które musiały pozostawać w cieniu w warunkach równowagi sił militarnych z czasów zimnej wojny. Iluzja własnej wszechpotęgi jest zawsze złym doradcą. Dotyczy to nie tylko polityków, ale i kierowanych przez nich społeczeństw.
Dla sojuszników USA oznacza to poważny dylemat. Nie mamy i mieć nie będziemy lepszego sojuszu niż ten, którego najpotężniejszym członkiem są Stany Zjednoczone. Czy więc musimy godzić się na to, że wspólnie ponosić będziemy konsekwencje błędnej polityki USA? Myślę, że jedyną strategią, która nam – sojusznikom USA – pozostała to umacnianie więzi europejskich i wspólne oddziaływanie na kierunek polityki amerykańskiej tak, by w miarę możliwości korygować jej kierunek.
Polityka obecnego rządu polskiego idzie innymi drogami. Osłabianiu solidarności europejskiej towarzyszy ostentacyjne ubieganie się o poparcie USA, w którym widzi się dowód na rzecz trafności obranego kierunku politycznego. To podwójna iluzja. Po pierwsze: dla USA samotna Polska nie stanowi i nigdy stanowić nie będzie partnera liczącego się w podejmowanych decyzjach. Po drugie zaś: polityka ta może okazać się żałosnym fiaskiem, jeśli w Stanach Zjednoczonych ponownie dojdzie do głosu inny, bardziej odpowiedzialny kierunek myślenia o ich roli w dzisiejszym świecie.

Gdy Polska wstaje z kolan, rachunki są wysokie

Jest w tym coś metafizycznego. Jest taki rząd, który ciągle grzmi o narodzie, walce i odzyskiwaniu godności, a jednocześnie prowadzi politykę zagraniczną na doprawdy obleśnym, lokajskim poziomie; jest takie społeczeństwo, które to widzi, ale wciąż nie potrafi przełamać tego poznawczego dysonansu. Leci więc Duda do Waszyngtonu, wraca puściwszy Polki i Polaków w skarpetkach, a tu wciąż biją mu brawo.
Dopiero co strajkowali nauczyciele, protestują fizjoterapeuci i weterynarze, samorządy nie mają pieniędzy na dokończenie oświatowej „deformy”, niepełnosprawni wciąż nie mogą doczekać się spełnienia swoich postulatów, w powiecie piotrkowskim nie będzie już ani jednej „porodówki”… Można by tak wyliczać długo. Na nikim to chyba nie robi to chyba żadnego szczególnego wrażenia. Trzy dekady cywilizacyjnego regresu najwyraźniej nie tylko oswoiły ludzi z patologiami, ale i sprowadziły na społeczeństwo szereg poznawczych trudności.
Bo jak inaczej wyjaśnić, to, że prezydent powstającej z kolan Polski leci do stolicy mocarstwa i wraca wyłącznie ze zobowiązaniami. Jak można nie dostrzegać tak ewidentnych rzeczy? Jak można coś takiego popierać? I to tak masowo.
Andrzej Duda w Waszyngtonie wszak nie tylko nie powstał z kolan, ale wręcz na nie upadł i to w stylu tak lokajskim, że pierwsi sekretarze KPZR mogą Donaldowi Trumpowi szczerze pozazdrościć.
Zrekapitulujmy. US Army wyśle nad Wisłę jeszcze tysiąc żołnierzy. Wszelkie koszty pokryje Polska. Do tego kupimy jeszcze ponad 30 samolotów F35, z których latać będą mogły może trzy ze względu na koszty eksploatacyjne. A na sam shopping u Wujka Sama wywalimy 17 mld. zł. Jakby tego było mało, to zapłacimy też za amerykański gaz. Rosyjski jest be, chociaż wielokrotnie tańszy. Zobowiązaliśmy się, że będziemy prowadzili z USA strategiczną współpracę w zakresie budowy elektrowni jądrowej. Szacowane koszty takiego przedsięwzięcia opiewają na ponad 70 mld. zł.
Te gigantyczne kwoty można byłoby naprawdę lepiej wydać. Czy to na dofinansowanie publicznej służby zdrowia, czy na publiczny transport zbiorowy, czy na edukację. Można byłoby je przeznaczyć na wzmocnienie nauki polskiej, zwłaszcza zdegradowanych po 1989 r. dziedzin technicznych i na szkolnictwo zawodowe. A co z polityką socjalną? Co z opieką publiczną nad ludźmi starymi, przewlekle chorymi i niepełnosprawnymi. Już pal sześć, że lokajstwo! To przecież jest jakieś antyludzkie, zupełnie niehumanitarne, żeby odmówić pieniędzy opiekunom osób niepełnosprawnych, a mieć gest dla Pentagonu i zainwestować w amerykański wojenny watażkizm sumy tuziny razów większe.
I jeszcze ta propagandowa paplanina: „to jest wielka inwestycja w nasze bezpieczeństwo”. Jeśli nawet za prawdziwe przyjąć tezy o „rosyjskim zagrożeniu wobec Polski”, to tylko przygłup może sobie wyobrazić, że dodatkowe 3, 4 czy nawet 5 tys. amerykańskich szwejków może takie „zagrożenie” odeprzeć.
To, co Duda nawyprawiał w Waszyngtonie, to intelektualna, polityczna i moralna hańba, to zupełne bankructwo. Niestety, zapłacimy za to wszyscy, nie tylko wyznawcy prezesa Kaczyńskiego.

Flaczki tygodnia

Polsce nie są potrzebni stacjonujący na jej terytorium amerykańscy żołnierze, aby realnie zwiększyć bezpieczeństwo naszego kraju.
Potrzebni są, by zwiększyć poczucie bezpieczeństwa wśród Polaków. Wzmocnić w nas wiarę, że tym razem dobry Waszyngton nakaże swym wojakom umierać za Gdańsk, Licheń i Nowogrodzką.
Potrzebni są też elitom PiS aby zwiększyć bezpieczeństwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości.

Różnica pomiędzy realnym bezpieczeństwem państwa a pobudzonym poczuciem bezpieczeństwa u obywateli podobna jest różnicy pomiędzy efektami lekcjami matematyki i religii.
Nauczanie rachunków pomaga nam odsłaniać prawdę. Często nieprzyjemną, bo minusową. Wiara, krzewiona na lekcjach religii, pobudza poczucie naszej wielkości, wspólnoty i nadziei na efektowne zwycięstwa.
Dlatego każde dobrze zorganizowane wojsko, gotując się do bitwy, najpierw wspólnie śpiewało na mszy, a potem zażywało działkę regionalnego dopalacza. I tak bóg, honor, a potem amfa lub spirytus, wiodły żołnierzy do zwycięstwa.

Nietrudno zauważyć, że każdy tysiąc, z obiecywanych przez PiS, amerykańskich żołnierzy wpisuje się w pakiet wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.
Jeszcze niedawno pan prezes Kaczyński kupował sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze. Za obietnice kolejnych transferów socjalnych z budżetu państwa. Obietnice bezpieczeństwa socjalnego.
Teraz zamierza dodatkowo kupić jeszcze więcej poparcia za obietnice wzmocnienia naszego poczucia bezpieczeństwa.

W ciągu ostatnich lat elity PiS straszyły nas wielokrotnie. Najazdem muzułmańskich uchodźców, czyli epidemią tyfusu i prawa szariatu. Wieś polską, wieś spokojną, wieś wesołą, napaść miał podstępny, przywleczony z Zachodu „gender”. Nakazujący chłopcom zakładania różowych sukienek, a dziewczynkom niebieskich spodenek.
PiS straszył Polaków też atakami pedofilii ze środowisk murarskich i artystycznych, eksplozją „ideologii LGBT”, „nadzwyczajną kastą sędziowską” kradnąca wiertarki w „Żabkach”, a niedawno rozbiciem dzielnicowym Polski zaplanowanym przez prezydentów największych miast Polskich.

Straszył skutecznie. Najpierw kreował nierzeczywistego wroga. Potem fałszywe informacje o nadchodzącym zagrożeniu. Aby w końcu odtrąbić zwycięstwo zmobilizowanych sił partyjno- rządowych nad antynarodowym, groźnym, lecz zmyślonym wrogiem.
Takie propagandowe wiktorie wiedeńskie elitom PiS udają się, bo w Polsce ponad 30 procent obywateli nadal nie ma dostępu do innej telewizji niż TVP.

Kreując kolejnych wrogów elity PiS wyszły poza granice Polski. Skłóciły państwo polskie z władzami Ukrainy, Izraela, Niemiec, Francji, Czech, Austrii i Słowacji. Bo wszędzie tam elit PiS wynajdowały „antypolonizm”. Groźny dla narodowo- katolickiej Polski niczym „gender”, „ideologia LGBT”, albo wychowanie seksualne w szkołach. Jedynie Węgry i czasem Włochy mogły liczyć na przyjazne gesty ze strony Nowogrodzkiej. Czyli polskiego Kremla.

Jednak wszystkie wymienione wyżej straszaki, nawet Żydzi i pedofilscy reżyserzy filmowi, nie dorastają do pięt największemu wrogowi katolickiego narodu polskiego. Brudnych pięt, rzecz jasna. Odzianych w „śmierdzące, ruskie onuce”.

Od wielu lat elity PiS kreują Rosję jako największego naszego wroga i potencjalnego agresora. To Rosja ma zagrażać bezpieczeństwu naszego państwa i jego obywateli.
Elity PiS każą wierzyć nam w dogmat ogłoszony przez byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W wypowiedziane przez niego w 2014 roku słowa: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

Ponieważ pan prezydent Kaczyński zginął w katastrofie lotniczej, uznawanej przez wyborców PiS za zamach inspirowany przez Kreml, to tenże prezydent zyskał w narodowo- katolickich środowiskach status świeckiego świętego.
Dlatego jego kiepska prezydentura nie może być dziś krytykowana. Dlatego jego słowa traktowane są jak wyrocznie. Zwłaszcza te, uzasadniające pragnienie agresji na Polskę genetycznie zakodowaną w rosyjskim narodzie.

Kreowanie przez elity PiS nieuchronnego, rosyjskiego zagrożenia jest skuteczne również dlatego, że rosyjskie elity lekceważąco traktują obecną Polskę. Uważają ją za państwo drugorzędne. Nie prowadzące suwerennej polityki, tylko służące administracji USA.
Takie lekceważenie Polski budzi niechęć do Rosji również wśród formacji politycznych opozycyjnych wobec rządów PiS. W praktyce wyklucza dialog polsko- rosyjski, nawet na innych , niż polityczne fora. Utrudnia w Polsce poważne studia i refleksję nad współczesną polityką Rosji.

Rządzące Polską elity PiS zapewne dobrze wiedzą, że obecna Rosja nie ma żadnego, racjonalnego interesu aby dokonać agresji militarnej na Polskę. Rosja nie zamierza dziś eksportować rewolucji, jak to było w 1920 roku, ani przystąpić do kolejnego rozbioru Polski, jak w 1939 roku. Nie ma też sojuszników dla takich działań w unijnej, transatlantyckiej Europie. Rosjanie nie są samobójcami aby militarnie porywać się na Polskę, czyli wejść z konflikt z NATO i Unią Europejską.

Oczywiście brak woli militarnej agresji nie wyklucza innego rosyjskiego oddziałania na nasz kraj. Nietradycyjnych, lecz „hybrydowych” wojen.
Ale elity PiS nie tworzą programów zabezpieczających przed takimi ingerencjami. Budują za to wizje bezpieczeństwo polskiego opartą na dawnych, już nieaktualnych wojnach. Wizje fałszywe, lecz nośne propagandowo w kampaniach wyborczych. Łatwiej przecież przekonać wyborców do zakupów efektownego, choć nie efektywnego uzbrojenia niż do posiadania wspólnej, europejskiej waluty. Do silniejszej integracji europejskiej.

Szykując się do kolejnej kampanii wyborczej elity PiS obiecują nam złudę przyszłego bezpieczeństwa. Wizję mocarstwowej militarnie Polski. Niestety dzieje się to kosztem odkładania dzisiejszych reformy służby zdrowia, nowoczesnego systemu edukacji, inwestycji w nowoczesną gospodarkę, poprawy ekologicznej jakości życia Polaków.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Wyskok ku spirali zbrojeń

…i wyskok Czaputowicza.

Świat wydaje na zbrojenia (oficjalnie-na „cele obronne”) prawie 2 bln dol. rocznie To ogromna suma,która w dużej mierze jest marnowana,a mogłaby być przeznaczana na rozwiązanie głównych problemów globalnych (głód i niedożywienie,brak stałego dostępu do zdrowej wody pitnej, wyzwania klimatyczne oraz migracyjno-uchodźcze itd.). Największy udział mają w tym niezmiennie Stany Zjednoczone-ponad 700 mld dol. w obecnym budżecie, co oznacza więcej niż pozostałe państwa z pierwszej dziesiątki razem wzięte- Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Francja, Indie, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy i Korea Płd.
Równocześnie słynny, symboliczny „Zegar Zagłady” pokazujący zwłaszcza stopień zagrożenia nuklearnego, wymyślony w 1947 r. przez naukowców z Uniwersytetu Chicagowskiego, wskazuje obecnie dwie minuty do północy, która oznacza zagładę ludzkości. Tak blisko wskazówki zegara były dotąd jedynie w 1953 r.
Obecnie tylko 9 państw dysponuje bronią atomową – USA, Rosja, Chiny, Francja,Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael i – od pewnego czasu – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Jednakże tylko dwa pierwsze mocarstwa mają możliwość tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego też rzeczą kluczową dla wyeliminowania tych największych zagrożeń są porozumienia o ograniczeniu, kontroli i redukcji zbrojeń strategicznych między Moskwą a Waszyngtonem..Było ich do tej pory sporo, m.in. SALT I (1972 r.), SALT II (1979 r.), START I (1991 r.) i START II (1993 r.). Nie bez znaczenia był również układ INF z 1987 r.,podpisany w Waszyngtonie przez Reagana i Gorbaczowa dotyczący produkcji,przechowywania oraz likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu, tzn. od 500 do 5500 km.
Przez szereg lat nie było zastrzeżeń odnośnie do wykonywania jego zapisów,ale administracja Trumpa zarzuciła władzom na Kremlu,iż Rosja weszła w posiadanie nowych pocisków manewrujących SSC-8, co narusza porozumienie INF. Mimo rozmów dwustronnych na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych,prowadzonych m.in.-co ciekawe- w Pekinie, nie udało się wyjaśnić tej kwestii,a w rezultacie 2 lutego USA i Rosja zawiesiły na 6 miesięcy jego stosowanie. Grozi to niewątpliwie m.in. nowym wyścigiem zbrojeń w i tak napiętej sytuacji międzynarodowej.
W tej materii pojawił się niestety przykry wątek polski. Otóż szef naszego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który w ciągu roku swego urzędowania, miał szereg wypowiedzi kontrowersyjnych,a czasem wprost nieodpowiedzialnych (np. nazwanie Francji „krajem upadłym”,czy uznanie Tuska za reprezentanta niemieckich interesów w Radzie Europejskiej), posunął się o krok dalej. W wywiadzie dla „Der Spiegel” opowiedział się za rozmieszczeniem broni nuklearnej na terytorium naszego kraju. To co najmniej WYSKOK dyplomatyczny-szkodliwy i bez wyobraźni. Tak postępują POLITYCZNI HUNWEJBINI, bez konsultacji wewnętrznych oraz międzynarodowych..To by przecież musiało oznaczać duży wzrost zagrożenia dla Polski, biorąc m.in. pod uwagę spodziewaną reakcję Moskwy.
Na szczęście sekretarz generalny NATO Stoltenberg zaprzeczył, iż istnieją plany rozmieszczenia nowych głowic nuklearnych w Europie. Co więcej- sekretarz stanu USA Mike Pompeo zadeklarował, iż Stany Zjednoczone są gotowe do negocjacji z Rosją w sprawie kontroli zbrojeń. Istnieją zatem realne szanse na to,że Układ INF będzie- po pewnych modyfikacjach- dalej obowiązywał!