Wojsko idzie, wojsko śpiewa

W Sejmie zapewne nie będę pracował w komisji obrony narodowej, ale jako starszy kapral podchorąży i absolwent łódzkiego CSOP o wojsku swoje wiem.

Niedawno odpowiadałem na ankietę „Mam prawo wiedzieć” przeznaczoną dla kandydatów na parlamentarzystów. Opowiedziałem się tam za powołaniem w przyszłości wspólnej, europejskiej armii. I zwiększonej aktywności wojska polskiego w Eurokorpusie.
Ku zdumieniu niektórych moich pacyfistycznych przyjaciół opowiedziałem się też za przywróceniem 6 miesięcznej powszechnej służby wojskowej. Służby nieobowiązkowej, ale zalecanej i propagowanej przez państwo polskie.
Szkolenie wojskowe, dobrze zorganizowane, może być ciekawą szkołą życia dla setek tysięcy dziewcząt i chłopaków. Może nauczyć ich nie tylko zachowań pro-obronnych. Także uświadomić im, że wojna nie jest romantyczną przygodą. Ani fascynującą, przeniesioną do realu, grą komputerową.
Poza tym jako lewicowiec starej daty, uważam, że armia polska powinna mieć swój obywatelski charakter. Służba wojskowa i umiejętności obronne nie powinny być zarezerwowane być wyłącznie dla żołnierskich zawodowców.
Lud pracujący miast i wsi powinien wiedzieć jak należy posługiwać się bronią, kiedy trzeba będzie stanąć mu w obronie granic przed agresorem. Albo w obronie praw ludu przed dyktatorem i jego siepaczami.
Dlatego jestem zwolennikiem utrzymania Wojsk Obrony Terytorialnej. Ale w innej niż obecna formuła. Wojsk obywatelskich, a nie partyjnych.
Elity PiS mają umysły zafiksowane na przeszłości. Są tak zakochane w dawnych wiekach, w zmitologizowanej przez siebie „Sarmacji”, że polski system obrony tworzą wedle też wzorów z I Rzeczpospolitej.
Nie ufają obecnej armii zawodowej. Tak jak kiedyś panowie szlachta nie chcieli silnej, zawodowej armii polskiej. Obawiali się, że taka armia będzie czynnikiem modernizującym sarmacki system, wzmocni skonfliktowana ze stanem szlacheckim władzę królewską.
Dlatego panowie magnaci woleli fundować sobie prywatne armie zamiast płacić podatki na wojska rekrutujące się z innych stanów społecznych.
Dzisiaj panowie magnaci z PiS, jak choćby pan minister Blaszczyk, uważają Wojska Obrony Terytorialnej za swoją prywatna armię. To „terytorialsom” magnateria z PiS grosza nie skąpi. Im ostatnio obiecuje nowoczesne pociski przeciwpancerne na jakie nie stać polskiej, zawodowej armii.
W zamian „terytorialsi” mają głosować na prominentów PiS w czasie każdych wyborów i wspierać tą partię.
Autorament cudzoziemski
Prominenci PiS doskonale wiedzą, że same Wojska Obrony Terytorialnej i zrujnowane przez nich zawodowe wojsko polskie nie obronią naszego państwa w razie obcej agresji. Dlatego postawili na zmodyfikowaną wersję dawnego „autoramentu cudzoziemskiego”, czyli wojska amerykańskie.
Magnateria PiS-owska skłócona jest ze wszystkimi prawie państwami Unii Europejskiej. Skłócona jest też z Rosją, którą narodowo-katolickie media wykreowały na wielce zagrażającego nam agresora. Aby przede wszystkim zjednoczyć tak zastraszony lud i skłonić go by pokornie oddał się pod opiekę elit PiS.
Elity PiS wykreowały też gwarancje bezpieczeństwa wobec rosyjskiego zagrożenia. Złożyły hołd lenny administracji USA. Zaproponowały, że pokryją wszelkie koszty przybycia, zakwaterowania i utrzymania amerykańskich wojsk. Traktowanych już nie jako sojuszników z NATO, tylko wojsk najemnych.
Bo przecież każdy prawdziwy sojusznik solidarnie ponosi też koszty sojuszu. My za to dowiadujemy się od prezydenta Trumpa, że polskie władze zobowiązały się do pokrycia wszystkich kosztów stacjonowania na naszym terytorium wojsk USA. Czyli potraktowały żołnierzy amerykańskich jak najemników.
Elity PiS chcą na fali wykreowanego zagrożenia zwiększyć budżet ministerstwa obrony narodowej. Pomimo wzrostu wydatków polskie zawodowe wojsko nie jest modernizowane. Przeciwnie z roku na rok ulega technicznej dewastacji.
Symbolem takiej PiS nowoczesności są „modernizowane” właśnie stare czołgi T-72 i poradzieckie hełmy przemalowywane na narodowo – katolickie barwy. Zwiększony budżet MON przejadany jest przez prywatną armię pana ministra Błaszczyka i rozrastającą się biurokrację. Również przyszłe, zwiększone wydatki pójdą na drogie i niepotrzebne polskiej armii amerykańskie samoloty F-35. Idea zakupu ich podobna jest do budowy patriotycznych „Misiów” z popularnego filmu Barei.
Natychmiast zakazać
Największym, realnym obecnie zagrożeniem dla Polski jest wypowiedzenie przez prezydenta Trumpa traktatu INF. Czyli „Układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu”.
Osiągnięte w 1988 roku porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych pocisków balistycznych i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Brak takich ograniczeń nie tylko rozpoczyna kolejny wyścig zbrojeń. Zachęca też do użycia takich pocisków w razie konfliktu. Polska, w przeciwieństwie do USA, Rosji czy Chin, jest bezbronna wobec zakazanych jeszcze niedawno pocisków.
W razie ewentualnego konfliktu nie pomogą nam zmobilizowane brygady WOT, rozbrojona zawodowa armia polska, ani pielgrzymujący po Polsce zaciężni z USA. Nie pomogą nam zamówione baterie Patriot ani ofensywne F-35.
Dlatego nowy polski parlament, nowy polski rząd i nowy prezydent powinni podjąć wszelkie działania wśród naszych europejskich i atlantyckich sojuszników w NATO, aby odnowić Treaty on Intermediate-range Nuclear Forces (INF Treaty).
Inaczej czeka nas powtórka z I Rzeczpospolitej.

Vivat Polonia!

PPGNŻ, czyli Przenośny Polowy Grób Nieznanego Żołnierza.

No i po święcie…
I po defiladzie…
Pierwsze wrażenie – bardzo pomysłowe uzupełnienie rzutu pieszego. Było przez to kolorowo i na bogato. W defiladzie Wojsk Lądowych wzięło udział aż 27 poddziałów kompanii reprezentacyjnych. Słusznie – przecież nie po to zwykła niegdyś Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego przeobrażona została w Pułk Reprezentacyjny, żeby tylu chłopa chodziło tylko po placach apelowych sobie a muzom. Niech ich świat zobaczy i niech podziwia.
Towarzyszyło im 60 pocztów sztandarowych. Sześćdziesiąt! No, ale i sztandarów ci u nas dostatek. Kiedy je z gabloty wyjąć, kiedy światu pokazać, jak nie
na defiladzie?
Rzut pieszy naszych sił zbrojnych uzupełniały też pododdziały policji, straży pożarnej, klasy mundurowe szkół średnich i pododdziały uczelni wojskowych.
Publiczność z ciekawością wypatrywała zwłaszcza podchorążych z Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. To waleczni, zadziorni chłopcy, którzy zdobyli serca rodaków szturmem uprzednio zajmując koszarowe kible. W przeddzień swojej promocji w praktyce pokazali, że wszystko może być groźną bronią w walce o honor polskiego podchorążego: rolki papieru toaletowego, słoiki z moczem, sprzęty łazienkowe, krzesła, no i zapałki oczywiście. Podobno młodsze roczniki Akademii cudem uporały się ze sprzątaniem pobojowiska i ledwo, ledwo zdążyły zaprowadzić jaki taki porządek przed uroczystą promocją.
Defiladę rzutu pieszego uświetnił także rzut ratowników górniczych i oczywiście orkiestra górnicza, której tamburmajor, jak na udział w wojskowej paradzie przystało, miał włosy opadające spod górniczego czaka aż na plecy.
Niestety, rzut pieszy nie obył się bez poważnej wpadki. Nie defilował pododdział kapelanów wojskowych! Bardzo ważny i niezwykle nowoczesny komponent Polskich Sił Zbrojnych. Jedynym wytłumaczeniem tego krzyczącego braku mogą być tylko ich niespotykane w świecie walory bojowe, które z przyczyn oczywistych nie powinny być ujawniane przed przedstawicielami armii obcych, obecnymi na katowickiej defiladzie.
Rzut zmotoryzowany – jak zwykle ciekawy – choć sprzęt jakby znajomy, sprawiający wrażenie, że oglądamy w kółko to samo. No, ale w „M jak Miłość” też ciągle występują ci sami aktorzy, a miłośników serialu nie brakuje. Zresztą, żeby być sprawiedliwym, trzeba zauważyć, że tym razem rzut zmotoryzowany uzupełniały wspaniałe radiowozy pościgowe Żandarmerii Wojskowej, więźniarki nawet, a także błyszczące, niebite limuzyny SOP, których obecność na defiladzie skutecznie zadała kłam plotkom, że wszystkie są już potrzaskane w licznych kraksach rządowych kolumn.
Pokaz lotniczy – jak zwykle imponujący. Zwraca uwagę generalna modernizacja polskiego lotnictwa, która dokonana została bez kosztów, mimo, że objęła wszystkie rodzaje wojsk lotniczych. Otóż do lamusa przeszły „śmigłowce”, „odrzutowce”, myśliwce”, a nawet „samoloty myśliwsko-szturmowe” i „transportowe”. Polskie Siły Powietrzne wyposażone są już wyłącznie w „statki powietrzne”. Geniusz lingwistyczny wojskowych uczonych i konferansjerów jeszcze raz zadziwił całą Polskę! Nad głowami „ukrytej opcji niemieckiej” przeleciały więc „statki powietrzne” wyposażone w śmigła na dachach, w silniki podwieszane pod skrzydłami i w ogonach. Jeśli chodzi na przykład o „statki powietrzne” ze śmigłami na dachach, to zaprezentowały się maszyny bojowe, transportowe i ratownicze, w tym ratownictwa morskiego. Jak napisał na Fb znany szczeciński prof. Jerzy Kochan – wszystkie trzy.
Wspaniałe wrażenie podczas defilady Wojska Polskiego robiły zwłaszcza maszyny amerykańskie, zarówno w barwach polskich, jak i własnych. Tych ostatnich było nawet jakby więcej, ale może
to złudzenie.
Najpiękniej jednak, niczym łabędź w locie, prezentował się cudny statek powietrzny pasażerski, „Gulfstream”. Powinien on jednak nosić czyjeś imię, żeby duma, która z niego bije była dumą naszą, polską. Proponuję ochrzcić go imieniem „Luft Marszałka Marka Kuchcińskiego”.
Na koniec jeszcze jedna propozycja. Racjonalizatorska. Grób Nieznanego Żołnierza, przed którym tradycyjnie, od dziesiątków lat defiluje Wojsko Polskie z okazji swojego święta, znajduje się w Warszawie. Tu przywieziono bezimienne żołnierskie prochy z Cmentarza Obrońców Lwowa. To jest symbol żołnierskiego poświęcenia dla Ojczyzny. W tym miejscu od dziesiątków lat oddajemy hołd wszystkim, którzy kiedykolwiek i gdziekolwiek oddali życie za Polskę. Wszystkim! Pan prezydent Duda razem z kolegami udowodnił jednak, że nawet narodowe świętości można traktować elastycznie. Przeniesienie defilady z okazji Święta Wojska Polskiego sprzed Grobu Nieznanego Żołnierza, który – jak Wawel, Katedra Gnieźnieńska, czy Katedra Warszawska, jest jednym z symboli wielowiekowej historii Polski, pod katowicki „Spodek”, który jest symbolem tylko fragmentu naszej historii – Polski Ludowej, było tyle nowatorskie, co… skandaliczne. Teraz wolno już wszystko – w zależności od potrzeb parada wojskowa z okazji 15 sierpnia może odbywać się z całym szacunkiem dla Katowic – w Malborku, na Psim Polu, pod Grunwaldem, w Kielcach, Toruniu, czy Rzeszowie. Wszystko jedno. Wszędzie walczyliśmy – jak nie z najeźdźcami, to ze sobą, a przynajmniej z gajowym, który pilnował pańskich zajęcy. My strzelaliśmy i do nas strzelali, a wszelka krew jednaka. Pan prezydent Duda dał początek nowej tradycji, która za PiS-u rozwinie się na pewno.
Zgłaszam więc wniosek racjonalizatorski. Kieruję go do wojskowych inżynierów i techników, do panów oficerów, a zwłaszcza panów generałów, którzy nie raz już udowodnili, że dla władzy zrobią wszystko. Niech Wojsko Polskie, zamiast budować jakieś Forty Trumpy, czy co gorsza jakieś nowe trasy katowickie, szpitale i temu podobne pierdoły, zbuduje pierwszy w świecie Przenośny Polowy Grób Nieznanego Żołnierza! Będzie go mogło wozić, gdziekolwiek. Wszędzie za potrzebą jakiegoś prezydenta, premiera, czy innego prezesa. Sukces gwarantowany – zwłaszcza wizerunkowy. A kto wie, może też międzynarodowy. Być może bowiem pomysł podchwycą inni. Pan prezydent Putin będzie mógł przenieść defiladę moskiewską z Placu Czerwonego do Soczi na przykład, gdzie bardzo lubi pomieszkiwać. Albo dajmy na to – Francja. Gdy zobaczy, jak rozkładamy swój Grób na parkingu pod Łomżą, to pomyśli sobie – czemu nie? A kto powiedział, że defilady z okazji 14 lipca moją się odbywać ciągle na tych samych Polach Elizejskich?…
Vivat Polonia!

Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Dylematy Sojuszu Atlantyckiego

Minęło siedemdziesiąt już lat od powstania Paktu Północno-Atlantyckiego i dwadzieścia od przyjęcia w jego skład pierwszych trzech państw posocjalistycznych: Polski, Czech i Węgier.

Sojusz Atlantycki przetrwał zakończenie zimnej wojny, której był produktem i jest obecnie najsilniejszą międzynarodową strukturą polityczno-wojskową współczesnego świata. Decyzja o rozszerzeniu go na państwa, które w latach 1989/90 dokonywały zmiany systemu, okazała się – wbrew obawom żywionych wówczas przez część polityków, tak na Zachodzie, jak w Polsce – istotnym wkładem w budowanie nowego ładu międzynarodowego.
Byłem zdecydowanym zwolennikiem przystąpienia Polski do NATO. W tygodniach poprzedzających powstanie pierwszego rządu SLD i PSL z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego zostałem współprzewodniczącym międzypartyjnego zespołu SLD, PSL i Unii Pracy, którego zadaniem było sformułowanie założeń polityki zagranicznej i obronnej przyszłego gabinetu premiera Pawlaka. Współprzewodniczącymi byli – już nieżyjący – Andrzej Micewski (bezpartyjny poseł z klubu PSL ) i Aleksander Małachowski z ramienia Unii Pracy. Gdy kończyliśmy pracę i ogłaszaliśmy jej wyniki, najważniejszą sensacją dnia była informacja, że nowa koalicja rządowa (wtedy jeszcze, jak chcieliśmy, z udziałem Unii Pracy) zamierza kontynuować starania o wprowadzenie Polski do NATO, zainicjowane przez poprzednie gabinety Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej. O dojrzałości ówczesnej klasy politycznej dobrze świadczy to, że w tej sprawie potrafiliśmy iść wspólnie, ponad partyjnymi podziałami.
Rozważa się często kwestię, czy Polsce obecnie zagraża niebezpieczeństwo ze strony Federacji Rosyjskiej. Podstawowym argumentem przemawiającym za optymistycznym wariantem odpowiedzi na to pytanie, jest nasza obecność w NATO. Nawet gdyby, co bynajmniej nie jest nieuchronne, jakaś (hipotetyczna) ekipa kierownicza Federacji Rosyjskiej żywiła wobec Polski agresywne zamiary, sam fakt naszego członkostwa w NATO musiałby działać na nią otrzeźwiająco. Potęga militarna Sojuszu i sławny artykuł piąty Traktatu Waszyngtońskiego oznaczają pełne bezpieczeństwo Polski, atak na którą musiałby być równoznaczny z wydaniem wojny całemu Sojuszowi, ta zaś nieuchronnie skończyłaby się klęską agresora. Nigdy w swej historii Polska nie była w tak bezpiecznej sytuacji geopolitycznej.
Członkostwo w NATO (a tak ze w Unii Europejskiej) oznacza także zasadniczą zmianę w stosunkach polsko-niemieckich. Po stuleciach konfliktów jesteśmy dziś sojusznikami. Nie znaczy to jednak, by członkostwo w NATO nie wiązało się z poważnymi problemami. Jeden zwłaszcza problem nabrał w tym stuleciu poważnego charakteru. Jest to rola Stanów Zjednoczonych i wpływ tego mocarstwa na sytuację państw sojuszniczych.
Nikogo zapewne nie trzeba przekonywać, że potęga militarna Stanów Zjednoczonych stanowi najsilniejszy atut całego Sojuszu Atlantyckiego. Tak było w 1949 roku i tak jest obecnie. Problem polega jednak na tym, jaką politykę prowadzi to mocarstwo i jak ta polityka wpływa na bezpieczeństwo całej wspólnoty transatlantyckiej. W latach zimnej wojny przywódcza rola USA w Sojuszu Atlantyckim realizowana była w sposób odpowiedzialny, liczący się z realiami ówczesnego świata. Niezależnie od tego, przedstawiciel której partii zasiadał w Białym Domu. Stanu Zjednoczone kierowały się doktryną „powstrzymywania”, której istotą było założenie, że respektowane będą realia powojennego, podzielonego świata, ale Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nie dopuszczą do opartej na sile ekspansji przeciwnego obozu. Intelektualnym ojcem tej doktryny był George F. Kennan (1904-2005), który – nawiasem mówiąc – pod koniec życia był bardzo surowym krytykiem polityki prowadzonej przez USA po zakończeniu zimnej wojny. Doktryna powstrzymania oznaczała między innymi stworzenie „mostu powietrznego” w czasie blokady Berlina Zachodniego (1948-49) i konfrontację zbrojną w czasie wojny koreańskiej (1950-53), ale nie wykluczała okresów odprężenia i współpracy – zwłaszcza po śmierci Stalina i wysunięciu przez nowe kierownictwo radzieckie programu „pokojowego współistnienia”. Ta ostrożna polityka USA i ich sojuszników rodziła rozczarowanie wśród najbardziej radykalnych antykomunistów, którym marzyło się zbrojne „wyzwolenie” Europy środkowo-wschodniej. Realizm polityczny po obu tronach „żelaznej kurtyny” uchronił świat przed trzecią wojną światową, która – z uwagi na rozwój broni masowej zagłady – stanowiła egzystencjalną groźbę dla ludzkości.
W nowych realiach po zakończeniu zimnej wojny Sojusz Atlantycki stał się jedyną tak potężną i terytorialnie rozległą strukturą polityczno-wojskową. Rozwiązanie Układu Warszawskiego i rozpad ZSRR stworzyły nową sytuację geopolityczną, w której podstawową rolą NATO stało się umacnianie stabilizacji międzynarodowej opartej na poszanowaniu prawa i na gotowości do rozwiązywania konfliktów na drodze pokojowej. Pierwszym testem dla nowej roli NATO były wojny etniczne na terenie byłej Jugosławii: zwłaszcza w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie oraz w należącym do Serbii Kosowie. Państwa wchodzące w skład NATO nie były jednomyślne w początkowej fazie tych konfliktów, ale ostatecznie poparły Stany Zjednoczone, które – po okresie wahań – zdecydowały się użyć siły zbrojnej dla wymuszenia pokoju w Bośni i Hercegowinie a parę lat później w Kosowie. Zwłaszcza w tej drugiej kwestii interwencja NATO (realizowana głownie przez siły powietrzne USA i Wielkiej Brytanii) rodziła dość liczne protesty, także wśród części polityków polskiej lewicy. W zasadzie jednak linia postępowania NATO pozostawała zgodna z deklarowanymi celami, jakimi było utrzymanie lub przywrócenie pokoju i zapobieganie zbrodniom wojennym, szczególnie dramatycznym w czasie wojny etnicznej w Bośni i Hercegowinie. Ówczesną politykę NATO uzasadniano argumentem o dopuszczalności takiej interwencji — ale tylko wtedy, gdy ma ona miejsce dla zapobieżenia masowym zbrodniom w stosunku do ludności cywilnej. Sytuacja zmieniła się radykalnie po zamachach terrorystycznych 11 września 2001 roku. Postawiły one Stany Zjednoczone, a pośrednio cały Sojusz Atlantycki, przed wyzwaniem, jakiego nie znaliśmy od zakończenia zimnej wojny. Fatalnym zbiegiem okoliczności miało to miejsce w pierwszym roku prezydentury George’a W. Busha – określonej jako „katastrofalna” przez Zbigniewa Brzezińskiego („Druga szansa”, 2007). Ten wybitny politolog i były doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta Cartera wielokrotnie wyrażał bardzo surową krytykę polityki G.W. Busha, w której widział zaprzepaszczanie szans na odpowiedzialne sprawowanie przez USA przywództwa w Sojuszu Atlantyckim. Istotą krytyki Brzezińskiego był zarzut, że G.W. Bush podporządkował politykę zagraniczną USA ideologicznemu doktrynerstwu i że tym samym pozbawił USA roli mądrego i odpowiedzialnego przywódcy demokratycznego świata. Brzeziński nie był w tej krytyce odosobniony, a z biegiem czasu szeregi obrońców polityki Busha topniały. Historycznym błędem polityki USA w tym okresie było uderzenie zbrojne na Irak – sprzeczne z prawem międzynarodowym i prowadzące do przewlekłego konfliktu, którego efektem jest osłabienie pozycji Zachodu w krajach islamskich. Było to do przewidzenia. We wrześniu 2002 roku pisałem o fatalnych skutkach, jakie ta wojna pociągnie za sobą („Konieczna wojna?”, Przegląd 22 września 2002). Przeciw wojnie irackiej opowiedzieli się liczni sojusznicy USA, między innymi Francja i Niemcy, a z upływem czasu topniały szeregi państw, które – jak niestety także Polska – przyłączyły się do amerykańskiej agresji. Pozycję USA osłabiło dodatkowo ujawnienie, że oficjalny powód uderzenia na Irak (rzekome gromadzenie broni masowej zagłady) okazał się kłamstwem. Pakt Atlantycki przeżył to doświadczenie, ale była to dla niego poważna próba . Dziś dość powszechne jest przekonanie, że to właśnie wojna iracka pociągnęła za sobą osłabienie pozycji USA w świecie i przekreśliła nadzieje na trwałą współpracę międzynarodową.
Czy była to tylko sprawa nieodpowiedzialnego i fanatycznego prezydenta? Odpowiedzialność G.W. Busha za irackie fiasko jest dziś dość powszechnie uznawana, także przez komentatorów amerykańskich, ale trzeba pamiętać, że w 2003 roku do nielicznych wyjątków należeli w USA politycy przeciwstawiający się jego decyzji o uderzeniu na Irak. Czy tylko dlatego, że uwierzyli w – jak się okazało kłamliwy – argument o rzekomym gromadzeniu przez Irak broni masowej zagłady? W jakiej mierze ta agresywna postawa amerykańskiej elity była wyrazem zafascynowania własną siłą i ulegania iluzji, że siłą uda się wprowadzić amerykańską hegemonię w skali światowej?
Potem przyszło otrzeźwienie, czego przejawem było podwójne zwycięstwo wyborcze Baracka Obamy (2008 i 2012). Ta prezydentura ożywiła nadzieje na to, że możliwy jest inny kierunek polityki amerykańskiej. Prezydentowi Obamie nie udało się jednak wyplątać USA z pułapki irackiej, a wybuch tak zwanej „arabskiej wiosny” (2011) stworzył nowe problemy, w tym wojny domowe w kilku państwach (Libia, Jemen, Syria). Pogorszenie relacji z Rosją, widoczne już pod koniec administracji Busha, pogłębiło się w wyniku rosyjskiej polityki wobec Ukrainy.
Wybory prezydenckie 2016 roku oddały ster polityki amerykańskiej w ręce Donalda Trumpa – polityka nieodpowiedzialnego i skłonnego do agresywnych posunięć. Pod jego rządami USA znacząco pogorszyły swe relacje z Chinami, zerwały porozumienie z Rosją o ograniczeniu rakiet średniego zasięgu, próbują doprowadzić do obalenia radykalnego rządu w Wenezueli (jak dotąd nieskutecznie), a ostatnio zaczęły grozić wojną Iranowi. Chociaż do nowych wyborów jest ponad rok, to jednak już teraz można stwierdzić, że Trump ma bardzo silną pozycję w Partii Republikańskiej i jego ponowny wybór nie jest wykluczony. Jest tak dlatego, że agresywna polityka obecnego prezydenta trafia w nastroje znacznej części społeczeństwa amerykańskiego – tak, jak w swoim czasie trafia w nie polityka G.W. Busha. Obaj ci prezydenci zawdzięczają swą pozycję temu, ze sukces Zachodu w zimnej wojnie obudził takie tendencje polityczne, które musiały pozostawać w cieniu w warunkach równowagi sił militarnych z czasów zimnej wojny. Iluzja własnej wszechpotęgi jest zawsze złym doradcą. Dotyczy to nie tylko polityków, ale i kierowanych przez nich społeczeństw.
Dla sojuszników USA oznacza to poważny dylemat. Nie mamy i mieć nie będziemy lepszego sojuszu niż ten, którego najpotężniejszym członkiem są Stany Zjednoczone. Czy więc musimy godzić się na to, że wspólnie ponosić będziemy konsekwencje błędnej polityki USA? Myślę, że jedyną strategią, która nam – sojusznikom USA – pozostała to umacnianie więzi europejskich i wspólne oddziaływanie na kierunek polityki amerykańskiej tak, by w miarę możliwości korygować jej kierunek.
Polityka obecnego rządu polskiego idzie innymi drogami. Osłabianiu solidarności europejskiej towarzyszy ostentacyjne ubieganie się o poparcie USA, w którym widzi się dowód na rzecz trafności obranego kierunku politycznego. To podwójna iluzja. Po pierwsze: dla USA samotna Polska nie stanowi i nigdy stanowić nie będzie partnera liczącego się w podejmowanych decyzjach. Po drugie zaś: polityka ta może okazać się żałosnym fiaskiem, jeśli w Stanach Zjednoczonych ponownie dojdzie do głosu inny, bardziej odpowiedzialny kierunek myślenia o ich roli w dzisiejszym świecie.

Gdy Polska wstaje z kolan, rachunki są wysokie

Jest w tym coś metafizycznego. Jest taki rząd, który ciągle grzmi o narodzie, walce i odzyskiwaniu godności, a jednocześnie prowadzi politykę zagraniczną na doprawdy obleśnym, lokajskim poziomie; jest takie społeczeństwo, które to widzi, ale wciąż nie potrafi przełamać tego poznawczego dysonansu. Leci więc Duda do Waszyngtonu, wraca puściwszy Polki i Polaków w skarpetkach, a tu wciąż biją mu brawo.
Dopiero co strajkowali nauczyciele, protestują fizjoterapeuci i weterynarze, samorządy nie mają pieniędzy na dokończenie oświatowej „deformy”, niepełnosprawni wciąż nie mogą doczekać się spełnienia swoich postulatów, w powiecie piotrkowskim nie będzie już ani jednej „porodówki”… Można by tak wyliczać długo. Na nikim to chyba nie robi to chyba żadnego szczególnego wrażenia. Trzy dekady cywilizacyjnego regresu najwyraźniej nie tylko oswoiły ludzi z patologiami, ale i sprowadziły na społeczeństwo szereg poznawczych trudności.
Bo jak inaczej wyjaśnić, to, że prezydent powstającej z kolan Polski leci do stolicy mocarstwa i wraca wyłącznie ze zobowiązaniami. Jak można nie dostrzegać tak ewidentnych rzeczy? Jak można coś takiego popierać? I to tak masowo.
Andrzej Duda w Waszyngtonie wszak nie tylko nie powstał z kolan, ale wręcz na nie upadł i to w stylu tak lokajskim, że pierwsi sekretarze KPZR mogą Donaldowi Trumpowi szczerze pozazdrościć.
Zrekapitulujmy. US Army wyśle nad Wisłę jeszcze tysiąc żołnierzy. Wszelkie koszty pokryje Polska. Do tego kupimy jeszcze ponad 30 samolotów F35, z których latać będą mogły może trzy ze względu na koszty eksploatacyjne. A na sam shopping u Wujka Sama wywalimy 17 mld. zł. Jakby tego było mało, to zapłacimy też za amerykański gaz. Rosyjski jest be, chociaż wielokrotnie tańszy. Zobowiązaliśmy się, że będziemy prowadzili z USA strategiczną współpracę w zakresie budowy elektrowni jądrowej. Szacowane koszty takiego przedsięwzięcia opiewają na ponad 70 mld. zł.
Te gigantyczne kwoty można byłoby naprawdę lepiej wydać. Czy to na dofinansowanie publicznej służby zdrowia, czy na publiczny transport zbiorowy, czy na edukację. Można byłoby je przeznaczyć na wzmocnienie nauki polskiej, zwłaszcza zdegradowanych po 1989 r. dziedzin technicznych i na szkolnictwo zawodowe. A co z polityką socjalną? Co z opieką publiczną nad ludźmi starymi, przewlekle chorymi i niepełnosprawnymi. Już pal sześć, że lokajstwo! To przecież jest jakieś antyludzkie, zupełnie niehumanitarne, żeby odmówić pieniędzy opiekunom osób niepełnosprawnych, a mieć gest dla Pentagonu i zainwestować w amerykański wojenny watażkizm sumy tuziny razów większe.
I jeszcze ta propagandowa paplanina: „to jest wielka inwestycja w nasze bezpieczeństwo”. Jeśli nawet za prawdziwe przyjąć tezy o „rosyjskim zagrożeniu wobec Polski”, to tylko przygłup może sobie wyobrazić, że dodatkowe 3, 4 czy nawet 5 tys. amerykańskich szwejków może takie „zagrożenie” odeprzeć.
To, co Duda nawyprawiał w Waszyngtonie, to intelektualna, polityczna i moralna hańba, to zupełne bankructwo. Niestety, zapłacimy za to wszyscy, nie tylko wyznawcy prezesa Kaczyńskiego.

Flaczki tygodnia

Polsce nie są potrzebni stacjonujący na jej terytorium amerykańscy żołnierze, aby realnie zwiększyć bezpieczeństwo naszego kraju.
Potrzebni są, by zwiększyć poczucie bezpieczeństwa wśród Polaków. Wzmocnić w nas wiarę, że tym razem dobry Waszyngton nakaże swym wojakom umierać za Gdańsk, Licheń i Nowogrodzką.
Potrzebni są też elitom PiS aby zwiększyć bezpieczeństwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości.

Różnica pomiędzy realnym bezpieczeństwem państwa a pobudzonym poczuciem bezpieczeństwa u obywateli podobna jest różnicy pomiędzy efektami lekcjami matematyki i religii.
Nauczanie rachunków pomaga nam odsłaniać prawdę. Często nieprzyjemną, bo minusową. Wiara, krzewiona na lekcjach religii, pobudza poczucie naszej wielkości, wspólnoty i nadziei na efektowne zwycięstwa.
Dlatego każde dobrze zorganizowane wojsko, gotując się do bitwy, najpierw wspólnie śpiewało na mszy, a potem zażywało działkę regionalnego dopalacza. I tak bóg, honor, a potem amfa lub spirytus, wiodły żołnierzy do zwycięstwa.

Nietrudno zauważyć, że każdy tysiąc, z obiecywanych przez PiS, amerykańskich żołnierzy wpisuje się w pakiet wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.
Jeszcze niedawno pan prezes Kaczyński kupował sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze. Za obietnice kolejnych transferów socjalnych z budżetu państwa. Obietnice bezpieczeństwa socjalnego.
Teraz zamierza dodatkowo kupić jeszcze więcej poparcia za obietnice wzmocnienia naszego poczucia bezpieczeństwa.

W ciągu ostatnich lat elity PiS straszyły nas wielokrotnie. Najazdem muzułmańskich uchodźców, czyli epidemią tyfusu i prawa szariatu. Wieś polską, wieś spokojną, wieś wesołą, napaść miał podstępny, przywleczony z Zachodu „gender”. Nakazujący chłopcom zakładania różowych sukienek, a dziewczynkom niebieskich spodenek.
PiS straszył Polaków też atakami pedofilii ze środowisk murarskich i artystycznych, eksplozją „ideologii LGBT”, „nadzwyczajną kastą sędziowską” kradnąca wiertarki w „Żabkach”, a niedawno rozbiciem dzielnicowym Polski zaplanowanym przez prezydentów największych miast Polskich.

Straszył skutecznie. Najpierw kreował nierzeczywistego wroga. Potem fałszywe informacje o nadchodzącym zagrożeniu. Aby w końcu odtrąbić zwycięstwo zmobilizowanych sił partyjno- rządowych nad antynarodowym, groźnym, lecz zmyślonym wrogiem.
Takie propagandowe wiktorie wiedeńskie elitom PiS udają się, bo w Polsce ponad 30 procent obywateli nadal nie ma dostępu do innej telewizji niż TVP.

Kreując kolejnych wrogów elity PiS wyszły poza granice Polski. Skłóciły państwo polskie z władzami Ukrainy, Izraela, Niemiec, Francji, Czech, Austrii i Słowacji. Bo wszędzie tam elit PiS wynajdowały „antypolonizm”. Groźny dla narodowo- katolickiej Polski niczym „gender”, „ideologia LGBT”, albo wychowanie seksualne w szkołach. Jedynie Węgry i czasem Włochy mogły liczyć na przyjazne gesty ze strony Nowogrodzkiej. Czyli polskiego Kremla.

Jednak wszystkie wymienione wyżej straszaki, nawet Żydzi i pedofilscy reżyserzy filmowi, nie dorastają do pięt największemu wrogowi katolickiego narodu polskiego. Brudnych pięt, rzecz jasna. Odzianych w „śmierdzące, ruskie onuce”.

Od wielu lat elity PiS kreują Rosję jako największego naszego wroga i potencjalnego agresora. To Rosja ma zagrażać bezpieczeństwu naszego państwa i jego obywateli.
Elity PiS każą wierzyć nam w dogmat ogłoszony przez byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W wypowiedziane przez niego w 2014 roku słowa: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

Ponieważ pan prezydent Kaczyński zginął w katastrofie lotniczej, uznawanej przez wyborców PiS za zamach inspirowany przez Kreml, to tenże prezydent zyskał w narodowo- katolickich środowiskach status świeckiego świętego.
Dlatego jego kiepska prezydentura nie może być dziś krytykowana. Dlatego jego słowa traktowane są jak wyrocznie. Zwłaszcza te, uzasadniające pragnienie agresji na Polskę genetycznie zakodowaną w rosyjskim narodzie.

Kreowanie przez elity PiS nieuchronnego, rosyjskiego zagrożenia jest skuteczne również dlatego, że rosyjskie elity lekceważąco traktują obecną Polskę. Uważają ją za państwo drugorzędne. Nie prowadzące suwerennej polityki, tylko służące administracji USA.
Takie lekceważenie Polski budzi niechęć do Rosji również wśród formacji politycznych opozycyjnych wobec rządów PiS. W praktyce wyklucza dialog polsko- rosyjski, nawet na innych , niż polityczne fora. Utrudnia w Polsce poważne studia i refleksję nad współczesną polityką Rosji.

Rządzące Polską elity PiS zapewne dobrze wiedzą, że obecna Rosja nie ma żadnego, racjonalnego interesu aby dokonać agresji militarnej na Polskę. Rosja nie zamierza dziś eksportować rewolucji, jak to było w 1920 roku, ani przystąpić do kolejnego rozbioru Polski, jak w 1939 roku. Nie ma też sojuszników dla takich działań w unijnej, transatlantyckiej Europie. Rosjanie nie są samobójcami aby militarnie porywać się na Polskę, czyli wejść z konflikt z NATO i Unią Europejską.

Oczywiście brak woli militarnej agresji nie wyklucza innego rosyjskiego oddziałania na nasz kraj. Nietradycyjnych, lecz „hybrydowych” wojen.
Ale elity PiS nie tworzą programów zabezpieczających przed takimi ingerencjami. Budują za to wizje bezpieczeństwo polskiego opartą na dawnych, już nieaktualnych wojnach. Wizje fałszywe, lecz nośne propagandowo w kampaniach wyborczych. Łatwiej przecież przekonać wyborców do zakupów efektownego, choć nie efektywnego uzbrojenia niż do posiadania wspólnej, europejskiej waluty. Do silniejszej integracji europejskiej.

Szykując się do kolejnej kampanii wyborczej elity PiS obiecują nam złudę przyszłego bezpieczeństwa. Wizję mocarstwowej militarnie Polski. Niestety dzieje się to kosztem odkładania dzisiejszych reformy służby zdrowia, nowoczesnego systemu edukacji, inwestycji w nowoczesną gospodarkę, poprawy ekologicznej jakości życia Polaków.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Wyskok ku spirali zbrojeń

…i wyskok Czaputowicza.

Świat wydaje na zbrojenia (oficjalnie-na „cele obronne”) prawie 2 bln dol. rocznie To ogromna suma,która w dużej mierze jest marnowana,a mogłaby być przeznaczana na rozwiązanie głównych problemów globalnych (głód i niedożywienie,brak stałego dostępu do zdrowej wody pitnej, wyzwania klimatyczne oraz migracyjno-uchodźcze itd.). Największy udział mają w tym niezmiennie Stany Zjednoczone-ponad 700 mld dol. w obecnym budżecie, co oznacza więcej niż pozostałe państwa z pierwszej dziesiątki razem wzięte- Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Francja, Indie, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy i Korea Płd.
Równocześnie słynny, symboliczny „Zegar Zagłady” pokazujący zwłaszcza stopień zagrożenia nuklearnego, wymyślony w 1947 r. przez naukowców z Uniwersytetu Chicagowskiego, wskazuje obecnie dwie minuty do północy, która oznacza zagładę ludzkości. Tak blisko wskazówki zegara były dotąd jedynie w 1953 r.
Obecnie tylko 9 państw dysponuje bronią atomową – USA, Rosja, Chiny, Francja,Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael i – od pewnego czasu – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Jednakże tylko dwa pierwsze mocarstwa mają możliwość tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego też rzeczą kluczową dla wyeliminowania tych największych zagrożeń są porozumienia o ograniczeniu, kontroli i redukcji zbrojeń strategicznych między Moskwą a Waszyngtonem..Było ich do tej pory sporo, m.in. SALT I (1972 r.), SALT II (1979 r.), START I (1991 r.) i START II (1993 r.). Nie bez znaczenia był również układ INF z 1987 r.,podpisany w Waszyngtonie przez Reagana i Gorbaczowa dotyczący produkcji,przechowywania oraz likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu, tzn. od 500 do 5500 km.
Przez szereg lat nie było zastrzeżeń odnośnie do wykonywania jego zapisów,ale administracja Trumpa zarzuciła władzom na Kremlu,iż Rosja weszła w posiadanie nowych pocisków manewrujących SSC-8, co narusza porozumienie INF. Mimo rozmów dwustronnych na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych,prowadzonych m.in.-co ciekawe- w Pekinie, nie udało się wyjaśnić tej kwestii,a w rezultacie 2 lutego USA i Rosja zawiesiły na 6 miesięcy jego stosowanie. Grozi to niewątpliwie m.in. nowym wyścigiem zbrojeń w i tak napiętej sytuacji międzynarodowej.
W tej materii pojawił się niestety przykry wątek polski. Otóż szef naszego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który w ciągu roku swego urzędowania, miał szereg wypowiedzi kontrowersyjnych,a czasem wprost nieodpowiedzialnych (np. nazwanie Francji „krajem upadłym”,czy uznanie Tuska za reprezentanta niemieckich interesów w Radzie Europejskiej), posunął się o krok dalej. W wywiadzie dla „Der Spiegel” opowiedział się za rozmieszczeniem broni nuklearnej na terytorium naszego kraju. To co najmniej WYSKOK dyplomatyczny-szkodliwy i bez wyobraźni. Tak postępują POLITYCZNI HUNWEJBINI, bez konsultacji wewnętrznych oraz międzynarodowych..To by przecież musiało oznaczać duży wzrost zagrożenia dla Polski, biorąc m.in. pod uwagę spodziewaną reakcję Moskwy.
Na szczęście sekretarz generalny NATO Stoltenberg zaprzeczył, iż istnieją plany rozmieszczenia nowych głowic nuklearnych w Europie. Co więcej- sekretarz stanu USA Mike Pompeo zadeklarował, iż Stany Zjednoczone są gotowe do negocjacji z Rosją w sprawie kontroli zbrojeń. Istnieją zatem realne szanse na to,że Układ INF będzie- po pewnych modyfikacjach- dalej obowiązywał!

NIE dla ładunków jądrowych na ziemiach polskich! My, socjaliści

Amerykańskie rakiety jądrowe w Polsce. Jeszcze kilka lat temu taka informacja byłaby niemożliwa. 1 lutego 2019 roku, stała się faktem. Jak podał „Der Spiegel”, polski minister spraw zagranicznych chce rozmieszczenia amerykańskiej broni jądrowej w Europie.

W naszym europejskim interesie jest, aby amerykańskie wojska i rakiety nuklearne stacjonowały na kontynencie – powiedział Jacek Czaputowicz. Co więcej, nie wykluczył, że będzie to w Polsce, choć, jak podkreślił, „wcale sobie tego nie życzymy”.
Uzgodnienia dotyczące rozmieszczenia broni jądrowej zapadają, jak wiadomo, wyłącznie pomiędzy mocarstwami nuklearnymi. W tej chwili mamy gorący okres, bowiem za pół roku, w wyniku decyzji USA może wygasnąć układ rozbrojeniowy INF zakazujący stosowania broni średniego zasięgu. USA przyspieszają jego rozwiązanie zapowiadając, że od 2 lutego zawieszają swoje zobowiązania wynikające z traktatu, argumentując to złamaniem przez Rosję zobowiązań z niego wynikających. Negocjacje w sprawach traktatu jednak trwają. Ostatnia runda odbyła się w Pekinie w dniu 1 lutego.
Zadziwiające jest stanowisko zaprezentowane przez polskiego ministra spraw zagranicznych, tym bardziej, że odbiega ono od opublikowanej deklaracji sekretarza generalnego NATO. Jacek Czaputowicz, co zauważył „Der Spiegel”, chce rozmieszczenia broni jądrowej w Europie, co jak można sądzić jest sprzeczne z oficjalnym stanowiskiem Polski, jak również krajów położonych na kontynencie europejskim. Polacy i Europejczycy są zaskoczeni tymi słowami, niektórzy mówią wprost o podżeganiu do wojny i konfliktu w Europie. Doświadczenia dwóch konfliktów światowych w XX wieku są do dziś pamiętane, a blizny materialne i moralne nadal widoczne. Mało wiarygodne wydaje się na tym tle również dementi polskiego MSZ. Pewne słowa padły, zostały opublikowane i nic ich już nie cofnie, nawet uwiarygodnienie błędu dziennikarskiego.
Na tym tle powraca jak bumerang sprawa polskiego bezpieczeństwa i realnych zagrożeń i roszczeń, jakie formułują potencjalni przeciwnicy wobec Polski. O ile wiadomo oficjalnie, żaden z polskich sąsiadów na wschodzie nie formułuje poważnie wobec naszego kraju roszczeń terytorialnych, nie jest kwestionowana graniczna linia Curzona, której akceptację przez mocarstwa zamknęła Konferencja w Jałcie w 1945 roku.
Polska ma w swej powojennej historii piękną kartę walki o pokój i wielu inicjatyw mających na celu ograniczenie zbrojeń m.in. w Europie Środkowej. 2 października 1957 roku została ogłoszona przez socjalistę, członka PPS, Adama Rapackiego, ówczesnego ministra spraw zagranicznych podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ koncepcja zbudowania na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej. Gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR. Głównym celem tej inicjatywy było wycofanie już rozlokowanych w RFN rakiet z głowicami nuklearnymi, które wycelowane były m.in. w polskie miasta.
Koncepcja ta, nazwana Planem Rapackiego, przeszła do historii dyplomacji i zapoczątkowała szereg wydarzeń o charakterze globalnym, które wpłynęły na usunięcie w dalszej perspektywie barier „zimnej wojny” między Wschodem i Zachodem. Efektem stało się podpisanie porozumienia KBWE w Helsinkach w 1976 roku, porozumień SALT I i SALT II oraz rozwój pokojowej współpracy pomiędzy dwoma mocarstwami ZSRR i USA.
Trzeba podkreślić, że koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą, w której przygotowaniu Adam Rapacki odgrywał wiodącą rolę. Ówczesne kierownictwo Państwa, mając na względzie zagrożenie narodu, jakie wynikało ze zgromadzenia na obszarze Europy Środkowej ogromnej ilości ładunków jądrowych, stanęło na rozważnym stanowisku, że inicjatywa ta może służyć stabilizacji sytuacji w naszym regionie, tym bardziej, że odradzał się wówczas niemiecki militaryzm w polityce RFN.
Sprawa wypowiedzi ministra Czaputowicza nie jest do końca jasna, ale jej intencje i podteksty zrozumiałe. Jest w związku z tym w polskiej przestrzeni publicznej kilka pytań, które wymagają jasnych odpowiedzi:
– czy jest to osobista inicjatywa ministra, czy forma usługi na rzecz sojuszników, lub niektórych sojuszników w ramach prowadzonych negocjacji rozbrojeniowych,
– czy wcześniejsza treść wypowiedzi i ewentualne jej skutki publiczne były znane władzom polskim (prezydent, rząd, premier, Sejm, kierownictwo partii rządzącej) i jakie ewentualnie formułowano wnioski.
Sytuacja, jaka zaistniała po cytowanej wypowiedzi ministra spraw zagranicznych, dementi MSZ i ogólnej sytuacji wokół bezpieczeństwa Polski wymaga sformułowania kilku uwag:
Po pierwsze – Polska nie powinna nigdy zgodzić się na posadowienie na naszej ziemi ładunków jądrowych, bez względu na konsekwencje w stosunkach z sojusznikami.
Po drugie – widać w polskiej polityce zagranicznej chaos, brak spójności i profesjonalizmu. Opozycja parlamentarna powinna zażądać dymisji ministra spraw zagranicznych, ze względu na spowodowanie karygodnego incydentu medialnego godzącego w interesy naszego kraju.
Po trzecie – z udziałem głównych sił parlamentarnych i pozaparlamentarnych powinno powstać ciało polityczne, które sformułuje w ramach konsensusu, podstawowe założenia polskiej polityki bezpieczeństwa w oparciu o obiektywną ocenę sytuacji międzynarodowej i prognozę jej rozwoju na co najmniej 25 lat.
Daje się zauważyć, że bezpieczeństwem Polski grają wszyscy, najmniej skutecznie sami Polacy.

Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.
Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.
Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.
Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r. Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.
Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach. Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?
A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?
I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne. To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19 proc. uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce.

 

Tekst pochodzi z bloga „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.