Prawa zwierząt zagrożone

Projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt przedstawiony przez parlamentarny zespół dąży do ograniczenia praw prozwierzęcych organizacji pozarządowych. Te biją na alarm: sugerowane zmiany są po prostu szkodliwe.

Poseł Jarosław Sachajko pierwszy raz o pomyśle wprowadzenia zmian w ustawie o ochronie zwierząt wspomniał w lipcu 2019 r. w rozmowie z Ewą Zajączkowską, pracownicą hodowcy norek Szczepana Wójcika i publicystką prawicowych mediów. Kiedy z ramienia Koalicji Polskiej dostał się do sejmu, utworzył Parlamentarny Zespół ds. Ochrony Zwierząt, Praw Właścicieli Zwierząt oraz Rozwoju Polskiego Rolnictwa, należą do niego posłowie i posłanki koalicji PSL/Kukiz’15 i PiS, dwie posłanki Lewicy oraz trzech posłów Konfederacji. Właśnie ten zespół opracował lex Sachajko – projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt.
Dziś można interweniować…
W obecnym kształcie ustawa o ochronie zwierząt z dnia 21 sierpnia 1997 r. daje organizacjom działającym na rzecz ochrony zwierząt prawo do odebrania zwierzęcia w trybie interwencyjnym bez udziału Powiatowego Inspektoratu Weterynarii. Jest to możliwe, kiedy stan zwierzęcia wymaga udzielenia natychmiastowej pomocy – zwierzę jest ranne, skrajnie zaniedbane, cierpi w sposób ewidentny dla osoby nieposiadającej wiedzy specjalistycznej. Formalności, takie jak zgłoszenie faktu odebrania zwierzęcia PIW i władzom lokalnym, załatwiane są w następnej kolejności, kiedy zwierzę jest już bezpieczne i znajduje się pod opieką lekarza weterynarii. Koszty przewozu zwierzęcia do lecznicy i leczenia ponosi dotychczasowy “opiekun”.
Jak będzie po nowelizacji? Osoby reprezentujące NGO działającą na rzecz praw zwierząt straciłyby możliwość samodzielnego, interwencyjnego odbioru cierpiącego zwierzęcia. Byłyby zobowiązane do powiadomienia PIW i policji oraz oczekiwania poza terenem, na którym znajduje się zwierzę, na przyjazd urzędników. Powiatowy lekarz weterynarii miałby ocenić stan zwierzęcia i podjąć decyzję, czy istnieją podstawy do jego odebrania. Problemów z takim rozwiązaniem jest kilka. Dwa podstawowe to czas oczekiwania na przyjazd służb i ograniczone godziny pracy Inspektoratu.
… i to się nie podoba
– Grupa interwencyjna naszej fundacji prowadzi interwencje zarówno w sprawach tak zwanych zwierząt domowych, takich jak psy i koty, jak i w sprawach zwierząt gospodarskich i hodowlanych. Jeżeli chodzi o interwencje na fermach futrzarskich i w pseudohodowlach psów, czasami czekamy na przyjazd PIW przez kilka godzin. Zdarzało się też, tak jak ostatnio w trakcie interwencji na fermie, że powiatowy lekarz weterynarii odmówił nam telefonicznie przyjazdu – – mówi Martyna Kozłowska z Fundacji Viva!. Pracownicy PIW, kiedy przyjeżdżają, często są tak zapracowani, że chcą jak najszybciej tę interwencję “odbębnić”. Przez nawał obowiązków nie mogą spędzić całego dnia na jednej fermie. Dodatkowo, Inspektorat pracuje w godzinach biurowych, najczęściej od 8 do 15. Jeśli dostajemy informację o zwierzęciu w ciężkim stanie i zjawiamy się na miejscu o godzinie 16, przed nami prawie doba oczekiwania na przyjazd urzędnika. Zwierzę może tego nie przeżyć – alarmuje aktywistka.
Proponowana zmiana nakładałaby również na urzędników i przedstawicieli organizacji obowiązek przewiezienia zwierzęcia do schroniska, nie do kliniki weterynaryjnej, gdzie mogłoby otrzymać natychmiastową pomoc.
PIW nie da rady?
Według raportu NIK z 2015 roku, kontrole na fermach przemysłowych, w tym fermach futrzarskich, nie były przeprowadzane właściwie. Na 61 ferm (20 trzody chlewnej, 21 drobiu, 20 zwierząt futerkowych) skontrolowanych przez inspekcję weterynaryjną, w 22 stwierdzono nieprawidłowości. Dotyczyły one głównie niewłaściwego stanu sanitarno-higienicznego, wątpliwości inspektorów wzbudził także sposób przechowywania zwłok zwierząt.
W kilku przypadkach inspekcja weterynaryjna odnotowała także brak właściwej opieki nad zwierzętami. Trzymano je w szkodliwych warunkach – np. świnie nie miały zapewnionej odpowiedniej powierzchni, wystarczającego oświetlenia, nie usuwano im odchodów i resztek pasz. W fermach drobiu z kolei kury były stłoczone w klatkach, a w fermach zwierząt futerkowych zbyt mała powierzchnia klatek powodowała uszkodzenia i urazy ciała.
– Do tej pory powiatowe inspektoraty weterynarii w całej Polsce są niedofinansowane. Nie mają środków, żeby zatrudnić odpowiednią liczbę inspektorów. Nakładanie na inspektorów kolejnych obowiązków to odrealniony pomysł, na którym najbardziej ucierpią zwierzęta. Spadnie też jakość rutynowych kontroli, która już obecnie budzi zastrzeżenia – uważa Martyna Kozłowska.
Viva to tylko jedna z organizacji podejmujących interwencje. Rocznie przeprowadza ich około 150, średnio trzy-cztery razy w tygodniu grupa interwencyjna podejmuje walkę o jakieś zwierzę. – Nasza grupa interwencyjna Viva Interwencja jest w tym całkiem skuteczna. Wprowadzenie przepisu, który zmusiłby nas do zdania się na przeładowanych obowiązkami inspektorów, z pewnością niekorzystnie wpłynęłoby na efektywność działań tej grupy – dodaje.
Podobne wnioski płyną z raportów dotyczących sytuacji na fermach futrzarskich w Polsce, opublikowanych przez Otwarte Klatki oraz interwencji przeprowadzonych przez Stowarzyszenie. – Mój rekord, jeśli chodzi o czekanie na PIW pod fermą, to 12 godzin. Zdarzało się, że inspektorzy odmawiali przyjazdu danego dnia i mówili, że z powodu innych obowiązków mogą zrobić kontrolę dopiero w ciągu kilku dni. Razem z grupą interwencyjną OK miałam też taki przypadek, że PIW zadeklarował przeprowadzenie kontroli nazajutrz po rozmowie z nami, po czym zadzwonił do hodowcy i uprzedził go o planowanej interwencji – mówi Bogna Witowska ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki. – Oddając sprawiedliwość inspektorom, ostatnio mieliśmy bardzo udaną współpracę z PIW-em z Legnicy. Inspektorzy bardzo nam pomogli przy interwencji i wzięli na siebie dużo formalności przy późniejszym kontakcie z gminą – dodaje.
Inspektoraty i niedostatki w ich funkcjonowaniu to jednak nie największy problem.
“Święte prawo własności”
Projekt nowelizacji ustawy omawiano na posiedzeniu parlamentarnego zespołu 10 stycznia. Obecni byli reprezentanci środowisk rolniczych i NGO. Jako strona społeczna pojawiły się na nim osoby, które zostały skazane prawomocnymi wyrokami sądowymi za znęcanie się nad zwierzętami.
Marian Sikora, przedstawiciel rolników i przewodniczący Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych wyraził przekonanie, że organizacje prozwierzęce odpowiedzialne są za wszystkie problemy branży rolniczej. Stwierdził, że za postulowanym przez NGO zakazem hodowli zwierząt futerkowych pójdą kolejne zakazy, podnoszące dobrostan, ale utrudniające produkcję zwierzęcą. Nie zawahał się określić działań obrońców zwierząt mianem “ekoterroryzmu”.
– To jest kuriozum. Mówimy cały czas o ustawie o ochronie zwierząt, nazwa wskazuje, że mamy zamiar zwierzęta chronić. Tymczasem, do głosu dopuszczane są osoby skazane za znęcanie nad zwierzętami i na spotkaniach rozmawiamy o tym, jak utrudnić organizacjom prozwierzęcym pomoc zwierzętom najbardziej potrzebującym. Wątpliwe jest, czy osoby z wyrokami powinny doradzać, jak zmienić prawo, na podstawie którego zostały prawomocnie skazane – komentuje Martyna Kozłowska.
W trakcie posiedzenia pojawiły się głosy, że odbieranie zwierząt to kradzież oraz insynuacje, że organizacje nie interweniują, gdy zwierzę jest bliskie śmierci, ale… wybierają ładne zwierzęta po to, żeby je sprzedać.
Takie stawianie sprawy przestaje dziwić, jeśli usytuować sprawę w kontekście obsesji na punkcie prawa własności, „tego, co moje i nikomu nic do tego”. W debatach dotyczących interwencji na rzecz zwierząt standardem już jest argument, że prawo własności należy rozumieć jako prawo człowieka. Co za tym idzie, interwencyjne odbieranie zwierząt rozumiane jest jako łamanie praw człowieka przynależnych hodowcom i “opiekunom” zwierząt. A gdzie prawa zwierząt, gdzie ich ochrona?
– Hodowcy mówią, że odbieramy im własność, jednak trzeba tu wziąć pod uwagę różnicę pojęć. My nie odbieramy im materialnej własności, tylko żywą istotę, która cierpi. Zwierzęta nie są własnością ludzi w taki sposób jak rzeczy, nie jest tak, że ktoś może z nimi zrobić co tylko chce – przypomina Martyna Kozłowska.
Działaczka nieustannie musi powtarzać, że budzący największą złość ustęp ustawy dotyczy tylko zwierząt, które potrzebują natychmiastowej pomocy. Nie ma mowy o wybieraniu sobie dowolnych zwierząt ani o zabieraniu wszystkich hurtem. Poza tym samo bezpośrednie odebranie zwierzęcia „opiekunowi” to zaledwie początek walki. Czasochłonnej i niewdzięcznej.
– Interwencja to jest leczenie, opieka w domach tymczasowych, to jest też chodzenie po sądach, czasem przez kilka lat. Czasem, gdy idziemy do sądu w sprawie zagłodzonego, katowanego psa, czy nieleczonego lisa, spotykamy opór na każdym etapie postępowania. Sugerowanie, że robimy to dla zysku jest absurdalne. Widzę, ile pracy mają pracownicy i wolontariusze z grupy, która tym się w naszej fundacji na co dzień zajmuje – podsumowuje.
22 stycznia posłowie Koalicji Polskiej, Kukiz i Kosiniak-Kamysz, wydali oświadczenie, w którym częściowo odcinają się od projektu ustawy. Oświadczyli, że “nie chcą ograniczać działania organizacji broniących praw zwierząt”.
Tylko co to znaczy? Według aktywistki Vivy! tak naprawdę nie wiadomo. „Nie chcemy ograniczać” to na pierwszy rzut oka krok do przodu, ale realnie może równie dobrze sugerować pozostawienie dotychczasowych regulacji, jak i nie pociągać za sobą żadnych zmian.

Porzućcie wszelką nadzieję

To typowo polskie: wszelkie urzędy i instytucje, mające chronić nasze bezpieczeństwo
finansowe, robią co tylko mogą – a wychodzi im tak jak zwykle.

Aby zwiększyć bezpieczeństwo klientów rynku ubezpieczeniowego potrzebna jest skuteczniejsza ochrona. Na razie bowiem instytucje odpowiedzialne za tę ochronę wykonują co prawda swoje zadania, jednak suma tych działań, delikatnie mówiąc, nie przekłada się na skuteczność ochrony Polaków.
Problemem, który – w powszechnej opinii – wzbudzał najwięcej kontrowersji była kwestia tzw. polisolokat i skrajnie niekorzystnych warunków, na jakich były one oferowane. Zawarto ponad 5 mln umów długoterminowych na łączną kwotę ponad 56 mld zł.

Możecie się skarżyć długo

Sprzedaż polisolokat, czyli polis na życie z elementem inwestycyjnym (tzw. ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym), wiązała się z wątpliwym pod względem prawnym i etycznym oferowaniem tych produktów przez ich sprzedawców.
Występowały przypadki wprowadzania klientów w błąd lub oferowania produktów dla nich nieodpowiednich. Umowy polisolokat były skomplikowane, co powodowało trudności w ich zrozumieniu przez przeciętnego obywatela.
Dodatkowo postanowienia umów zawierały zapisy, w wyniku których klienci decydujący się na rezygnację z umowy w trakcie jej trwania tracili większość wpłaconych środków, gdyż pobierano wysokie opłaty likwidacyjne.
Działania państwowych instytucji ochronnych ograniczyły wprawdzie ten proceder – ale tylko częściowo pomogły w rozwiązaniu problemów w umowach już zawartych.
Inną powszechną grupą problemów, na które najczęściej skarżyli się konsumenci, były kłopoty z uzyskaniem odszkodowań w związku z likwidacją szkód z ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej (głównie samochodów).
Klienci towarzystw ubezpieczeniowych wskazywali na nieprawidłowości, polegające na zaniżaniu lub odmowie wypłaty odszkodowań, niekorzystnej lub opieszałej likwidacji szkód, nieudostępnianiu przez ubezpieczycieli akt szkodowych.
Klientom często pozostawało dochodzenie swoich roszczeń w sądzie, jednak większość rezygnowała z tej żmudnej, skomplikowanej i kosztownej drogi uzyskania odszkodowania.

Współpracują bardzo niechętnie

Kontrolerzy NIK zbadali, czy podmioty odpowiedzialne za ochronę finansową mieszkańców, rzetelnie wypełniały obowiązki przeciwdziałania nieuczciwym praktykom na rynku ubezpieczeniowym.
Na przykład, czy na czas i skutecznie reagowały na problemy zgłaszane przez konsumentów oraz czy przedstawiały propozycje zmian ograniczających nieuczciwe praktyki i wzmacniających pozycję konsumentów na rynku ubezpieczeniowym.
Jednym z głównych problemów, na które wskazuje NIK jest brak współpracy, odpowiedniej do skali problemów, na jakie napotykają ubezpieczający się obywatele. Nie bez znaczenia jest także rozproszenie kompetencji, a co za tym idzie także odpowiedzialności za bezpieczeństwo konsumentów.
To, że współpraca pomiędzy urzędem Komisji Nadzoru Finansowego, Rzecznikiem Finansowym oraz Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie zawsze była najlepsza, było spowodowane także ograniczeniami w przekazywaniu informacji przez KNF, wynikającymi ponoć z wymogu przestrzegania tajemnicy zawodowej.
Ograniczenia te zostały zniesione w końcu 2018 r. w wyniku zmiany przepisów dotyczących nadzoru nad rynkiem finansowym.

Czy potrzebny nam UOKiK?

Natomiast w UOKiK nie ustalono procedur monitorowania rynku ubezpieczeń. Monitoring ten prowadzono zatem w ograniczonym zakresie.
UOKiK zwykle reagował i analizował sytuację dopiero po licznych sygnałach docierających od niezadowolonych konsumentów, lub innych podmiotów np. Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego czy Rzecznika Finansowego.
„Takie podejście wiąże się z ryzykiem braku interwencji UOKiK w przypadku istotnych naruszeń interesów klientów zakładów ubezpieczeń” – zauważa NIK.
NIK zwraca także uwagę na długi czas rozpatrywania sygnałów zgłaszanych do UOKiK. Według przepisów, postępowanie wyjaśniające nie powinno trwać dłużej niż cztery miesiące, a w sprawach szczególnie skomplikowanych – pięć miesięcy. Tymczasem spośród 68 postępowań wyjaśniających, zbadanych przez NIK, tylko 13 przeprowadzono w terminie.
Najdłużej prowadzone postępowanie trwało ponad trzy lata. Opóźnienia mogą powodować, iż zostanie utracona możliwość wszczęcia postępowania w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów.
Nie można tego bowiem zrobić jeżeli od końca roku, w którym zaprzestano ich stosowania upłynął rok. W UOKiK tłumaczono się oczywiście, że przyczyną przekroczenia terminów postępowań była konieczność zgromadzenia niezbędnego materiału dowodowego dotyczącego produktów o skomplikowanym charakterze, a także zasięganie opinii innych podmiotów. Na terminowość prowadzenia postępowań wpływ miały mieć również braki kadrowe.
W tej sytuacji warto rozważyć, czy rzeczywiście w Polsce konieczne jest istnienie takiej instytucji, jak UOKiK?
Funkcjonowanie UOKiK kosztuje drogo, czymkolwiek się on zajmuje, trwa to długo, zaś efekty są często w praktyce niemal żadne, lub w najlepszym razie znikome – czego przykładem mogą być pozorowane w istocie działania UOKiK, mające sprawiać wrażenie, że Polsce zależy na zablokowaniu gazociągu Nord Stream 2.

Nikłe efekty

Z kolei, zdaniem NIK, Rzecznik Finansowy i rzecznicy konsumentów, na ile mogli, właściwie wspierali konsumentów w sprawach indywidualnych. Problem w tym, że sformułowanie: „na ile mogli”, oznacza iż mogli bardzo niewiele.
NIK zwraca bowiem uwagę, że zarówno Rzecznik Finansowy, jak i rzecznicy konsumentów ze względu na swoje kompetencje mieli ograniczone możliwości doprowadzenia do rozstrzygnięcia sporów konsumentów z ubezpieczycielami.
Nie mogli na przykład nakazać firmom ubezpieczeniowym zmiany stanowiska. Dlatego konsumenci, aby dochodzić swoich praw często musieli występować na drogę sądową, na co jednak rzadko się decydowali, wiedząc, że jest to na ogół skazane na niepowodzenie.
W okresie od początku 2014 r. do końca kwietnia 2018 r. do Rzecznika Finansowego wpłynęło ponad 62 tys. wniosków klientów towarzystw ubezpieczeniowych, dotyczących nieuwzględnienia ich roszczeń.
Najważniejszymi przyczynami składania skarg przez obywateli było oddalenie roszczenia przez firmę ubezpieczeniową (blisko 44 proc.), spór co do wysokości odszkodowania (30 proc.), zagadnienia związane z naliczeniem i rozliczeniem składki (ponad 10 proc.) oraz opieszałość w postępowaniu odszkodowawczym (5 proc.).
Rzecznik Finansowy podjął interwencję w 84 proc. przypadków, w wyniku czego 19 proc. podjętych spraw zakończyło się pozytywnie dla klienta. Jak widać, także i pożytek z funkcjonowania Rzecznika Finansowego jest znikomy.
Tym bardziej, że jeszcze mniej efektywne było wsparcie, udzielane klientom przez rzeczników konsumentów reprezentujących ich przed sądem w prowadzonych postępowaniach. Wynikało to z długiego trwania postępowań sądowych.
NIK zwraca też uwagę na opieszałość i niechęć władz państwa w niektórych sprawach. I tak, Ministerstwo Finansów nie zaakceptowało propozycji udziału niezależnego rzeczoznawcy w procesie likwidacji szkód komunikacyjnych. Nie udało się także wypracować zasad ustalania wynagrodzenia firm odszkodowawczych, sposobu wypłacania uzyskanego odszkodowania i wymogów wobec osób świadczących takie usług. Minister Finansów nie przygotował też projektów rozwiązań mających umożliwić wdrożenie narodowej strategii edukacji finansowej. A przydałaby się, bo niestety, według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Polacy mają niskie kompetencje finansowe.

 

Nie trzeba nam wielkiej wody

Dla skutecznego usunięcia zagrożenia powodziowego nie wystarczy
budowanie wałów, tam i wielkich zbiorników.

Hydrotechniczne, kosztowne rozwiązania, wymagające przebudowy środowiska i wylewania setek tysięcy ton betonu to najczęściej jedynie iluzja bezpieczeństwa przeciwpowodziowego.
Kotlina Kłodzka, jeden z najbardziej zagrożonych przez wylewy rzek region Polski, po 22 latach od „powodzi tysiąclecia” wciąż czeka na rzetelny program zmniejszenia ryzyka powodziowego.
Najlepiej wiedzą o tym ci, którzy tam mieszkają – po ogromnej powodzi z 1997 r., seryjnie zdarzały się tam następne: w latach 2001, 2008, 2009, 2010, 2013.

Dziewięć zbiorników

Na szczęście, ponieważ opady były mniejsze, kolejne powodzie nie przyniosły tak tragicznych skutków jak w 1997. Jednak spowodowały stałe zaniepokojenie mieszkańców i skutecznie podważyły ich wiarę w regulację rzek, budowę obwałowań oraz zbiorników zaporowych jako ewentualne panaceum na zagrożenie.
Kotlina Kłodzka, pod względem zagrożenia wodą, to jedno z wyjątkowych miejsc w Polsce. Tam z reguły powodzie przychodzą bardzo szybko, zaskakując mieszkańców i prowadząc do wielkich strat. Największa powódź w 1997 r. zniosła wiele budynków, dróg, a także przyniosła ofiary śmiertelne.
Także i dziś mieszkańcy nie mogą czuć się całkowicie bezpiecznie. Obecnie planowana jest tam przez przedsiębiorstwo Wody Polskie, z udziałem Banku Światowego, budowa 9 nowych zbiorników retencyjnych.
– Te zbiorniki poprawiają jedynie wybiórczo i w niewystarczającym stopniu bezpieczeństwo powodziowe kilkunastu tysięcy mieszkańców, na około 160 tys. osób zamieszkujących ten region. Dlatego w Kotlinie Kłodzkiej trwa dziś słuszny bunt obywateli przeciwko planom Wód Polskich – oświadcza Julia Rokicka, przewodnicząca Partii Zieloni we Wrocławiu.

Zatrzymać wodę wcześniej

Według obecnych zamierzeń Wód Polskich, budowa dziewięciu zbiorników miałaby doprowadzić do wysiedlenia około 2,5 tys. mieszkańców Kotliny Kłodzkiej.
Chodzi tu o kosztowną budowę suchych zbiorników za ok. 1,6 mld zł. Przeznaczone są one na ewentualne okresowe zalewanie – i w ten sposób mają chronić mieszkańców przed powodziami.
Zieloni uważają jednak, że ochronią jedynie w bardzo ograniczony sposób.
Wiadomo nie od dziś, że najskuteczniejsze byłoby zwiększenie retencji wodnej w dorzeczach, tak by jak najwięcej wody zatrzymywały dopływy.
Potrzebna byłaby też deregulacja – czyli w tym przypadku, oddanie dolinom rzecznym ich przestrzeni i tam gdzie to możliwe, usunięcie wałów, by wysoka woda miała gdzie się bezpiecznie rozlewać.
Konieczna jest także skuteczna ochrona terenów podmokłych, stanowiąca odpowiedź na kryzys klimatyczny.
Wszystkie te działania są bardziej żmudne i mniej efektowne, niż roboty hydrogeologiczne na wielką skalę. Trudno też zarobić duże pieniądze na realizacji.
W dodatku, nie zawsze są możliwe do przeprowadzenia, bo po prostu brakuje terenów, które można byłoby wykorzystywać jako obszary zalewowe (często już od setek lat mieszkają tam ludzie)
Dlatego więc w Polsce ochrona przeciwpowodziowa została praktycznie zdominowana przez lobby, które stosuje niemal wyłącznie kosztowne rozwiązania techniczne, finansowane z budżetu i kolejnych pożyczek Banku Światowego.
– Zagrożenie powodziami i suszami zwiększa się w wyniku postępujących zmian klimatycznych. A tymczasem, zwycięża szkodliwe i kosztowne myślenie o rzekach, jako o hydrotechnicznych ciekach do szybkiego spuszczania wody – podkreśla Radosław Gawlik, były wiceminister środowiska, który od wielu lat zajmuje się kwestiami ochrony wód.
Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że to podejście jest błędne i buduje często groźną iluzję poprawy bezpieczeństwa.

Nie budować i wysiedlać miliony

Polscy Zieloni, jako partia radykalna, proponują bezwzględny zakaz zabudowy mieszkaniowej na terenach zalewowych. Pewien problem polega na tym, że na tych terenach w Polsce już od zawsze mieszkają miliony ludzi.
Chcąc więc wprowadzić w życie ów zakaz, trzeba byłoby przeprowadzić największa akcję przesiedleńczą w dziejach nowoczesnej Europy. Nieporównanie większą, niż planowane wysiedlenie ok. 2,5 tys. mieszkańców z Kotliny Kłodzkiej.
Zieloni proponują też tzw. działania nietechniczne, które ich zdaniem są kluczowe w walce z powodziami. Potrzebne byłoby więc opracowanie zintegrowanych planów ochrony przeciwpowodziowej, zorientowanych na ograniczenie ryzyka powodzi, w których nacisk zostanie położony na zwiększanie naturalnej retencji.
Opracowanie planów należy powierzyć interdyscyplinarnym zespołom, a ich przyjęcie poprzedzić rzetelnymi konsultacjami z udziałem wszystkich zainteresowanych.

Trzeba się ubezpieczać

Jak przekonują Zieloni, chodzić ma również o edukację i prawidłowe reakcje społeczeństwa na zagrożenia, indywidualne zabezpieczenia domów, ubezpieczenia finansowe, czy doskonalenie systemów ostrzegania przed powodzią (żeby ludzie odpowiednio wcześnie zdążyli uciec).
Trudno sobie wyobrazić w jaki sposób realizacja tych propozycji miałaby pomóc w ochronie ludzi i ich dobytku, gdy nadchodzi wielka woda.
Zieloni może mają czasem niezłe diagnozy, ale sugerowane przez nich terapie rzadko grzeszą rozsądkiem.

Szef ochrony imprezy WOŚP w Gdańsku usłyszał zarzuty

Na polecenie Prokuratury Krajowej zatrzymany został szef ochrony imprezy WOŚP z 13 stycznia w Gdańsku, Dariusz S. – za to, że udzielił nieprawdziwych informacji, jakoby zabójca Pawła Adamowicza posłużył się identyfikatorem „media” aby dostać się na scenę.

Policjanci, zatrzymując Stefana W. nie znaleźli u niego plakietki z napisem „media”, natomiast identyfikator, którym miał się posługiwać napastnik, przekazał im pracownik ochrony.
Dariusz S. ma postawiony zarzut składania fałszywych zeznań i nakłaniania do tego jednego ze swoich podwładnych. Ustalono, że Stefan W. nie pokazywał swojego podrobionego identyfikatora, lecz „w inny sposób dostał się w pobliże prezydenta Gdańska”. Szef ochrony firmy „Tajfun” został zatrzymany o szóstej rano, a jego dom został przeszukany. Następnie został odwieziony do prokuratury. Oprócz śledztwa dotyczącego zabójstwa Adamowicza, prowadzone jest postępowanie dotyczące prawidłowości organizacji i zabezpieczenia finału WOŚP w Gdańsku. Według śledczych szef ochrony chciał „zataić zaniedbania”.
– Informacja o tym, że plakietkę miał sprawca została nam przekazana przez Dariusza S. Z naszych ustaleń wynika, że to nieprawda. Analiza monitoringu oraz zeznania świadków temu przeczą. Mężczyzna zeznał nieprawdę, próbując ukryć zaniedbania w trakcie zabezpieczania imprezy – poinformowała Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
– Sami jesteśmy tym zaskoczeni, nic nie wskazywało na to, że tak to się może potoczyć – powiedział dziś rano Łukasz Isenko, pełnomocnik firmy Tajfun, w rozmowie z portalem money.pl. Isenko dodał, że „żaden z pracowników ochrony nie miał możliwości oględzin tego identyfikatora”.
Od poniedziałku w Tajfunie trwa kontrola MSWiA. Przedstawiciele Departamentu Zezwoleń i Koncesji MSWiA zabezpieczyli dokumentację związaną z rejestracją firmy i jej prowadzeniem. Pełnomocnik twierdzi, że z WOŚP firma współpracowała po raz pierwszy, choć miała wcześniejsze doświadczenie w ochranianiu widowisk kulturalno-artystycznych. 13 stycznia zaangażowanych miało być około 50 ochroniarzy. Wygląda na to, że Stefan W. mimo to zdołał przedrzeć się na scenę.
– W Polsce są 2-3 firmy, które faktycznie potrafią ochraniać imprezy masowe, znają się na procedurach związanych np. ze strefami dostępu i nie zatrudniają ludzi z przypadku – ocenił dla money.pl Bartosz Bieszyński, organizator imprez masowych. – Dlatego na niektórych imprezach możemy spotkać na ochronie starszych panów albo młodych chłopców, których łatwo oszukać czy ominąć.
Strona firmy Tajfun zniknęła z sieci. Pojawiają się komentarze, że była zarejestrowana w prywatnym mieszkaniu.

Chcemy lepszej ochrony prosiąt

Hodowcy świń rutynowo naruszają unijne prawo dobrostanowe – alarmują obrońcy zwierząt zrzeszeni w koalicji Eurogroup for Animals. Ponad milion obywateli UE poparło ich żądanie wprowadzenia bardziej restrykcyjnych przepisów w tym zakresie w ramach kampanii „End Pig Pain”.Unia Europejska jest jednym z największych światowych eksporterów mięsa wieprzowego. Na jej terenie obowiązuje teoretycznie zakaz takich praktyk jak obcinanie prosiętom ogonów i zębów, jednak jak wykazały śledztwa zrealizowane przez koalicję Eurogroup for Animals, średnio w przypadku ponad 90% hodowanych w Europie świń zakaz ten nie jest respektowany.
Ponad 60 organizacji pozarządowych zrzeszonych w koalicji rozpoczęło więc kampanię “End Pig Pain”, w ramach której domagają się od krajowych ministrów rolnictwa i Komisji Europejskiej podjęcia zdecydowanych działań, które pozwolą lepiej egzekwować europejską dyrektywę dotyczącą ochrony prosiąt. Pod inicjatywą udało się już zgromadzić ponad milion podpisów obywateli Unii.
– Taki wynik pokazuje wyraźnie, że Europejczycy są coraz bardziej świadomi warunków w jakich hodowane są zwierzęta w warunkach przemysłowych i domagają się od polityków lepszego nadzoru nad kwestiami dobrostanowymi – komentuje Paweł Rawicki ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki, będącego członkiem koalicji – Do tej pory Komisja Europejska nie podejmowała zdecydowanych działań, aby wymusić lepsze przestrzeganie dyrektywy. Wizyty studyjne, audyty, czy wymiana dobrych praktyk nie wystarczają, aby powstrzymać powszechne w branży naruszenia, dlatego mamy nadzieję, że sukces kampanii “End Pig Pain” będzie impulsem do wdrożenia bardziej stanowczych środków – dodaje.
Prawo wymaga obecnie od hodowców zapewnienia warunków, dzięki którym zabiegi takie jak rutynowe przycinanie zębów i ogonów u prosiąt nie będą potrzebne – zwierzęta utrzymywane w zbyt dużym stłoczeniu, pozbawione jakichkolwiek bodźców w otoczeniu, zaczynają gryźć ogony innych osobników w wyniku niezrealizowania potrzeb gatunkowych. Według aktywistów wciąż nie zostało zrobione wystarczająco dużo na rzecz wzbogacania środowiska, w jakim hoduje się świnie.
Męskie prosięta są także poddawane chirurgicznej kastracji, aby zapobiec występowaniu tzw. knurzego zapachu, który może być wyczuwalny przy obróbce termicznej mięsa. Jednakże, jak wskazuje Europejska Federacja Weterynarzy w Europejskiej Deklaracji w Sprawie Alternatywy dla Chirurgicznych Metod Kastracji Trzody Chlewnej, taki zabieg jest bardzo bolesny, jeśli jest wykonywany bez żadnego znieczulenia, nawet w przypadku bardzo młodych prosiąt.
– Według naszych danych kastracji bez znieczulenia poddawanych jest obecnie ponad
70 milionów prosiąt rocznie. To oburzające, że tak niehumanitarne praktyki nadal są normą w Europie w momencie, kiedy dostępne są alternatywne metody. Liczymy, że Komisja Europejska zakaże także tej procedury, a ponadto wymusi lepsze przestrzeganie już obowiązującego prawa dotyczącego przycinania ogonów i zębów – podsumowuje Paweł Rawicki.