Po Grunwaldzie

W czasie wyburzania jednego z bardzo starych domów w Krakowie natrafiono na szkatułę z notatkami nieznanego kronikarza. Wynika z nich, że król Jagiełło miał kilkuletnią przerwę w panowaniu i został wygnany na Litwę przez jednego z dalekich krewnych, Jaroslausa, wspieranego przez Węgrów.

Jaroslaus objął tron na dwa lata przed bitwą pod Grunwaldem. On też dowodził naszymi wojskami w czasie tej bitwy. Z notatek wynika, że po następnych trzech latach opuścił Polskę i udał się na Węgry. Przyczyna nie jest znana. Kronikarz daje do zrozumienia, że mogła to być tęsknota za wybranką jego serca, która nie chciała opuścić cieplejszych ziem węgierskich i zapomnieć o kąpielach w Balatonie. Węgrzy nazywali ją Księżną Kocicą z Keszthely.
Dokument jest wnikliwie badany przez Instytut Poprawiania Historii Narodowej. Publikuję go z poprawkami nadającymi tekstowi bardziej współczesną formę i eliminującymi mniej obyczajne fragmenty.
Tekst znalezionej notatki
Po bitwie król Jaroslaus wjechał ponownie na wzgórze, z którego widać było nie tylko pole usłane ciałami wrogów i naszego rycerstwa i pospólstwa. Gdy spojrzało się na południe można było dostrzec nawet bezkresne łąki, lasy i pola uprawne rodzimego Mazowsza.
Wokół króla zaczęła gromadzić się jego świta i najbardziej znamienici rycerze powracający z pola walki. Stali wsparci na mieczach, o zmęczonych twarzach i w zbrojach i kolczugach poplamionych krwią swoja i wrogów. Uważni krajowi i zagraniczni kronikarze dostrzegli starych, znanych jeszcze z dzieciństwa takich sławnych rycerzy jak Zawisza z Garbowa czy Maćko i Zbyszko z Bogdańca. Ale ich uwagę zwracali przede wszystkim nowi rycerze, uszlachceni i powołani do stanu rycerskiego przez Króla dopiero w ostatnich latach. Blisko władcy stali wysocy, w srebrnych zbrojach Mateusz z Moraw i ulubieniec króla Daniel z Obajtowa. Między nich wpychał się znany z częstej walki toporem i z lekceważenia kronikarzy, Ryszard z Terlikowa.
W drugim szeregu widać było zawsze uśmiechniętego Marka z Susłowa i Jacka z Sasinowa. Obok nich, zachowując pewien dystans, stał mąż uczony, rzadkość wśród rycerzy, Piotr z Glinowa.
Jeszcze dalej uplasowało się dwóch wyraźnie zmęczonych rycerzy znanych kronikarzom z tego, że gromadzili wokół siebie mieszczan i pospólstwo niezadowolone z rządów króla Jaroslausa. Byli to Jarosław z Gowinowa i Zbyszko z Krakowa, z rodu uhonorowanego herbem „Żebro”, przyznanym razem z herbem „Jelita”, po bitwie pod Płowcami w 1331 roku. Legenda mówi, że król Władysław Łokietek. objeżdżając pole bitewne, napotkał jego przodka wpychającego sobie pod żebra jelita, wypływające z rozciętego brzucha.
Podniecenie bardziej jurnych kronikarzy budziła również, ubrana w męską zbroję z rozciętym napiersiem, Krystyna z Pawłowa. Wiele lat później mówiono, że urodzona w dwa lata po bitwie słynna Francuska Joanna d’Arc (1412) brała z niej przykład.
Król ciepłym wzrokiem ogarnął zebranych.
„Moi drodzy – honor nakazuje mi nie tylko podziękować wam za zwycięstwo, ale wskazać też, jak powinniśmy działać, aby do końca doprowadzić dzieło naprawiania naszego królestwa. Ale wszyscy jesteśmy zmęczeni. Ruszymy więc w drogę powrotną i staniemy w jakiejś przyzwoitej oberży. Odpoczniemy i wtedy do was przemówię”
Na te sowa poderwał się Daniel z Obajtowa.
„Najjaśniejszy Panie, – jeśli pozwolisz, to doprowadzę Ciebie i rycerstwo do położonej zaledwie kilka wiorst od Grunwaldu, jednej z oberż należących do Korony, nad którymi nadzór raczyłeś mi powierzyć. To duża oberża. Napoją nam konie, dadzą wyborne jadło, nie poskąpią piwa, miodu i gorzałki. Tam przenocujemy. Jak będzie komu potrzeba, to i dziewki podręczne się znajdą. Jeśli się zgadzasz, to zaraz pchnę pachołka, aby powiadomił zawiadującego oberżą o zaszczycie, jaki ich spotka”.
„Milcz rozpustniku! Syknęła niemal głośno Krystyna z Pawłowa. Jak możesz bogobojnemu Władcy wspominać o jakiś dziewkach! Jak będzie trzeba to sama się nim zajmę. Jeśli nie – to poproszę Julię ze Żmudzi, która zawiaduje naszymi kuchennymi taborami i rozstrzyga spory między służbą. Ona wie, co król lubi, bo i na Wawelu czasem mu gotuje. A jej mąż posłuje gdzieś w germańskich księstwach i długo go nie ma”.
Król się ucieszył i akceptował pomysł Daniela. Już po godzinie kawalkada królewskiej drużyny i p0rzodującego rycerstwa uszyła w drogę. Daniel miał rację – nim mrok zapadł, dotarli do oberży. pięknie położonej nad rzeką, na skraju lasu. Wieczerza, suto podlewana, trwała do późnej nocy. Ale rano wszyscy byli rześcy. Zjedli obfite śniadania złożone z jaj, półgęsków, kurczaków i wprowadzonej przez Daniela we wszystkich królewskich zajazdach, prostej potrawy z dwóch cienkich kiełbasek, zwanych dlatego parówkami, z chrzanem i pieczywem. Potem zgromadzono się na polanie przed oberżą, aby wysłuchać króla.
Jaroslaus zasiadł na specjalnie ozdobionej ławie, wyniesionej na ganek oberży. Dworzanie i rycerstwo uklękli, aby oddać mu szacunek, ale potem usiedli na ławach i trawniku. Trębacz odegrał sygnał, stosowany normalnie przed bitwą.
„Kochani!” – zaczął Najjaśniejszy Pan.
„Wygraliśmy ważną bitwę, ale czeka nas wiele trudów. Wrogowie otaczają nas zewnątrz i brużdżą wewnątrz naszego pięknego kraju. Na wschodzie car Władimir Mocny, wspomagany przez księcia Łukaszkę, tylko czekają na nasze potknięcia, na osłabienie miłości naszego ludu do mnie i do was. mimo, że oddajecie zdrowie i serce dla kraju. Na zachodzie panuje jeszcze cesarzowa zwana wprawdzie Anielicą, ale rękę ma twardą i może nas zawsze uderzyć. Wspomagał nas władca Donald Wędrowny z tak odległego mocarstwa, że tylko raz tam byłem, ale doszły mnie słuchy, że utracił władzę. Musimy liczyć na siebie.
Ale – bracia moi – do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Bardziej martwi mnie to, co dzieje się wewnątrz kraju. Jest zbyt wielu takich, którzy przeszkadzają nam w rozwijaniu naszego rolnictwa, rzemiosła i handlu. Rozpuszczają plotki o bogaceniu się najlepszych rycerzy kosztem mieszczaństwa i biedoty. Doświadczył tego nawet goszczący nas dzisiaj Daniel z Obajtowa, człowiek zaradny, ale szlachetny. I tą zaradność mają mu za złe podobnie jak memu kanclerzowi, Mateuszowi z Moraw. A on przecież ma tylko jedną wadę – nadmiernie fantazjuje. Mówił mi ostatnio, że najlepsze befsztyki tatarskie ubijane pod siodłami na koniach jadał z Tatarami, w czasie najazdów mongolskich, a przecież wtedy nie było go jeszcze wśród żywych”.
Rycerze zaśmieli się głośno, bijąc się rękami po kolanach.
„Wrogowie wewnętrzni” – mówił dalej Miłościwy Pan – „łączą się zarówno w grupach religijnych jak i bezbożnych. W religijnych najbardziej nas nienawidzą książę Borys z Budkowa, – mimo, że ma ruskie imię – Krzysztof Bosy i stary, ale ciągle jary, Janusz Dwóch Rodów.
Wśród bezbożnych najbardziej dla nas niebezpieczni są książę Włodzimerz Czupurny, Robert z Rymanowa i Włodzimierz z Danii. Zachowują jedność działania, są inteligentni i potrafią rozbawiać pospólstwo. A wyprowadzana na rynki naszych miast tłuszcza, czym staje się weselsza, tym jest bardziej groźna.
Przeprowadziliśmy wiele pozytywnych zmian w naszym prawie i zasadach rycerskiego postępowania. Moglibyśmy rozprawić się z wewnętrznymi wrogami „po naszemu”, zakuwając ich w kajany o szóstej rano. a sprzyjającą im tłuszczę postraszyć i pogonić do przymusowych robót. Ale my – Jaroslaus – serce mamy wielkie i napełnione miłością do ludu. Postanowiliśmy więc, że zastosujemy łagodny sposób. Miecze – moi drodzy rycerze – trzymać będziecie na podorędziu, ale, wzorem naszego umiłowanego Daniela, zajmiecie się gospodarzeniem. Dobra królewskie trzeba powiększać, gonić precz Niemców i Rusinów zajmujących nasze ziemie. Lud wiejski zmusić do bardziej wydajnej pracy. Ściągać godziwe daniny z przemierzających kraj karawan. W miastach, w wolnych pomieszczeniach należących do was, uruchomić rozwinięte, nadzorowane i przekazujące wam lwią część zysku, dobrze onarzędziowane rzemiosło. Pożyczać im pieniądze na wysoki procent. Bogaćcie się bracia rycerze, bo wasze bogactwo będzie też bogactwem ojczyzny, Goncie kronikarzy, którzy ośmielą się was oczerniać i hamować”.
Ogromny hałas wywołany uderzaniem mieczami i rękami w tarcze świadczył, że zebrane rycerstwo w pełni popiera to, co król raczył powiedzieć.
Wstał Marek z Susłowa. Widać było, że jest wzruszony.
„Wasza Miłość! Jakiż piękny roztoczyliście przed nami obraz nowego ładu! Jestem pewien, że za kilkaset lat mówić i śpiewać będą u nas, zapożyczony z dalekiej Grecji utwór sławiący waszą mądrość i przenikliwość. Raczcie pozwolić, że zaproponuję pierwszą zwrotkę:
„A Jaroslaus, jak wysłannik Boga
Jak ona Pytia z greckiego trójnoga
Kazał nam doić lud naszego kraju
Aby się długo żyło nam jak w raju”
.
Brawa świadczyły o uznaniu jego talentu. Ale zaraz po nich wstał kanclerz Mateusz i król dał znak ręką, że udziela mu głosu.
„Dobrze powiedziane. Lud mamy spolegliwy i mam nadzieję, że da nam spokojnie pracować. Ale – Najjaśniejszy Panie – są i warchoły. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie nawet moi ludzie, jak opowiadają na przykład o takim szlachcicu, uczonym w piśmie, który doradza ludziom, jak mają się przed nami bronić. Nazywają go Igorem z Tuleją, bo wozi ze sobą zwinięte w tuleję pergaminy z prawami naszymi, a także ruskimi i germańskimi, zwyczajowo stosowanymi w niektórych naszych dzielnicach. Jest znany, jako sędzia ziemski i szlachecki. I trudno go uciszyć.”
Król uśmiechnął się lekko. A potem rozbawił zgromadzonych mówiąc: „Może i tacy są potrzebni. Bez nich byście się nadmiernie rozleniwili”.
Po tej porannej naradzie świta królewska i rycerstwo uformowało kawalkadę i ruszono w dalszą drogę. Niewielki oddział ciężkiej jazdy jechał z przodu, zrzucając z drogi przeszkadzające wozy chłopskie i kupieckie. Śpiewano w marszu pieśni nabożne, zaczepiano dziewczęta pracujące na polach, rozmawiano o łupach zdobytych w czasie wyprawy.
Nastrój był pogodny, acz trochę niespokojny. Goniec z Krakowa przekazał bowiem wiadomość, że szerzy się w kraju jakaś nowa, nieznana zaraza.