Pani minister zwiewa

Zanim Anna Zalewska uda się na zasłużony odpoczynek do europarlamentu, warto skorzystać z niedawnej oferty rządowej dla nauczycieli. Mają oni dostać podwyżki w formie nagród za odstrzelenie dzika.

Nastąpił nieoczekiwany zwrot w negocjacjach nauczycieli z minister edukacji Anną Zalewską.
Jak informuje ASZdziennik, zgodzono się na proponowane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego 1000 złotych podwyżki, ale strona rządowa postawiła swoje warunki. Pieniądze będą wypłacone jako nagroda za odstrzelenie dzika.
Minister Zalewska za przykład podała nam asystentkę prezesa NBP – przyznaje pani Dagmara, polonistka z Białegostoku. – Podobno „aniołek prezesa” osobiście co miesiąc przynosi do skupu dziczyzny po 100 dorodnych odyńców i 150 loch, za co związki łowieckie płacą jej po 65 tysięcy złotych.
Propozycja Ministerstwa Edukacji Narodowej zakłada, że nauczyciel stażysta będzie mógł odstrzelić do dwóch odyńców i jednej lochy miesięcznie, za co ma otrzymać nawet 1250 złotych dodatku do pensji.
– Limity będą rosły wraz z awansem zawodowym – podkreśla Anna Zalewska. – I tak nauczyciel kontraktowy może liczyć na 3 trzy odyńce i dwie lochy, dla nauczycieli dyplomowanych limity zwierzyny nie będą obowiązywać, sezon łowiecki trwał będzie cały rok, a dyrektorzy szkół raz do roku będą mogli ustrzelić żubra.
Polowania mogą odbywać się w ramach zajęć pozalekcyjnych. Zdaniem resortu, w czasie nagonki dzieci rozwiną kulturę fizyczną, a pokot i liczenie ubitej zwierzyny to doskonała okazja do utrwalenia sobie tabliczki mnożenia.
– Nauczyciele dostaną dodatek motywacyjny na wabiki zapachowe oraz nagrody jubileuszowe za co setnego ustrzelonego odyńca – obiecuje MEN. – Szczególną szansę na rozwój zawodowy upatrujemy tu dla polonistów, którzy wreszcie będą mogli wiarygodnie zinterpretować scenę polowania w „Panu Tadeuszu”.
Anna Zalewska przypomina, że broń i naboje nauczyciele powinni kupić sobie sami. Tak jak i inne pomoce szkolne i naukowe.
Pojawiają się niekiedy opinie, że propozycja MEN będzie obowiązywać tylko do chwili, gdy minister Anna Zalewska nie zostanie posłem do Parlamentu Europejskiego. Są to jednak nieuzasadnione obawy.
Pani minister realizuje zadania o tak wiekopomnym znaczeniu dla polskiej oświaty, iż wyborcy z pewnością nie zgodzą się na to, by ktokolwiek spróbował przerwać tę wielką misję – i swymi głosami umożliwią jej dalszą pracę w kraju dla dobra polskiej młodzieży.

Dobro kraju wymaga strzelania

Nie potrzeba wiele łykać, by się przestać lękać dzika. Nasi dzielni myśliwi być może sporo łyknęli bo właśnie przestali się lękać i zabierają się za ich masowe wybijanie.

Nie od dziś wiadomo, że PiS-owscy ministrowie rolnictwa i środowiska nie mają pomysłu na walkę z afrykańskim pomorem świń. Zagraża on coraz poważniej naszej branży mięsnej
Zaraza, mimo podejmowania rozmaitych, propagandowo nagłaśnianych acz zupełnie nieskutecznych poczynań, rozprzestrzenia się w Polsce bez kłopotów i dociera już do zachodniej granicy naszego kraju.
Wkrótce pojawi się w Niemczech, co oczywiście budzi niepokój tamtejszej administracji, dającej temu wyraz w międzyrządowych spotkaniach z polskimi kolegami.

Ratunek za pomocą strzelby

Jedyne lekarstwo, jakie widzi polski rząd, to metoda kija bejsbolowego – trzeba wybić najwięcej dzików, bo wtedy jest szansa, że wybije się i te, które są zarażone.
Przypominają się „Przygody Hucka”, w których pewien sędzia wypowiadał się na temat ojca głównego bohatera, iż można zrobić z niego człowieka za pomocą strzelby, bo nie ma na to innego sposobu. Polski rząd też ma identyczny sposób na ASF – użycie strzelby.
Wykonawcami tej ogólnopolskiej egzekucji mają być myśliwi zrzeszeni w Polskim Związku Łowieckim. Nierzadko jest im obojętne do czego strzelają – byle mogli sobie popukać jak najczęściej i do czegoś dużego, by zdołali trafić.
Dzik jest jednak raczej niewysoki, niełatwo go wytropić i celnie strzelić, a gdy jest ranny lub zły, potrafi być niebezpieczny.
Polscy myśliwi, którzy znacznie chętniej wolą zabijać jelenie i sarny, nie palą się więc specjalnie do osaczania dzików. Można by im udzielić rady z piosenki Starszych Panów: „nie potrzeba wiele łykać, by się przestać lękać dzika”, gdyby nie to, że trunki poprawiające odwagę są już dziś dość częste wśród naszych miłośników przyrody z karabinami – wyrażających swe uczucie poprzez katrupienie jej czworonożnych przedstawicieli.

Społecznik z karabinem na ramieniu

Wreszcie jednak, pod naciskiem rządu, którego ministrowie już nie raz krytykowali myśliwych za opieszałość w wybijaniu dzików, PZŁ postanowił wziąć się aktywniej za ich zabijanie.
Wedle rządowych planów, ma się u nas likwidować ponad ćwierć miliona tych zwierząt rocznie – czyli więcej niż wynosi ich stan roczny w Polsce (ok. 240 tys) – co nie oznacza, że wszystkie zostaną wybite, gdyż taka wielkość dziczej populacji była utrzymywana przy wcześniejszych, ograniczonych liczbowo polowaniach.
W ubiegłym roku polscy myśliwi zabili ok. 170 tys dzików, więc jeszcze im daleko do wykonania rządowego planu.
Zabawne, że władze PZŁ uznają strzelanie do dzików za …pracę społeczną polskich myśliwych – i wyceniają, iż koszt zabicia (w żargonie myśliwskim mówi się: „pozyskania”) jednego dzika wynosi 3400 zł. Wygląda na to, że mogą chcieć, by państwo im za to płaciło.
Na okres od 1 kwietnia 2019 do 30 marca 2020, związek łowiecki przewiduje odstrzał ok. 190 tys dzików – ale prawdopodobnie zginie ich dużo więcej, bo na styczeń i luty PZŁ zaplanował wielką akcję, która ma znacznie poprawić statystyki.
Planowane zabijanie, wedle Ministerstwa Środowiska, ma doprowadzić do „maksymalnego obniżenia liczebności populacji”.

Pozabijać wszystkie?

Nie wiadomo jaka będzie skuteczność wielkiej akcji, i czy zaspokoi ona oczekiwania PiS-owskich notabli. Zwiększony plan odstrzału budzi zaś niepokój ekologów różnej maści.
Partia Zielonych ogłasza, że jest oburzona planowanymi przez Polski Związek Łowiecki odstrzałami dzików, prowadzonymi pod pretekstem walki z afrykańskim pomorem świń.
Zgodnie z planami rządu oraz Polskiego Związku Łowieckiego polowania mają mieć charakter wielkoobszarowy, co oznacza zmasowany i niekontrolowany odstrzał, który zdaniem Zielonych może doprowadzić do całkowitej eksterminacji dzików na terytorium Polski.
Ministerstwo Środowiska w piśmie z 21 listopada 2018 r. nie określa dolnych granic populacji dzików, z czego, zdaniem Zielonych, można wnioskować, że chodzi o ich całkowite wytrzebienie dzików. Co więcej, w planach Ministerstwa jest odstrzał loch w ciąży oraz warchlaków – przewidywane są za ten czyn nawet ekwiwalenty finansowe.
„Tłumaczenie takich działań chęcią powstrzymania rozprzestrzeniania się ASF uważamy za skrajnie nieodpowiedzialne i lekkomyślne, gdyż zgodnie z informacjami Instytutu Ochrony Przyrody PAN nie ma dowodów na związek zagęszczenia dzików z rozprzestrzenianiem się choroby” – oświadczają Zieloni.
Ponadto, rząd PiS miał ponad trzy lata na powstrzymanie rozwoju choroby, lecz nic w tym celu nie zrobił. Zamiast podjęcia realnych działań, wolał debatować nad irracjonalną budową muru na granicy polsko-białoruskiej, który oczywiście nie rozwiązałby problemu, wiec słusznie z niego zrezygnowano.

Bóg rozpozna swoje

Nie wiedząc, w jaki sposób rozwiązać problem, rząd, zdaniem Zielonych, zdecydował się wymordować wszystkie dziki w Polsce. Przypomina to masakrę albigensów przeprowadzoną zgodnie z zasadą „Bóg rozpozna swoich”.
Rozumowanie jest nieskomplikowane – skoro zabite zostaną wszystkie dziki, to zabite będą także te, które były nosicielami wirusa ASF. Tyle, że takiej stuprocentowej skuteczności w zabijaniu nie da się osiągnąć w krótkim czasie, zawsze jakieś zakażone zwierzę zdoła przetrwać, zaś choroba będzie dalej się rozpowszechniać.
Wprawdzie ludzie doprowadzili skutecznie do zagłady już wielu gatunków zwierząt, ale potrzebowali na to wiele czasu. W ciągu paru lat nie da się przeprowadzić całkowitej eksterminacji.
Zieloni uważają, że działania Ministerstwa Środowiska w kwestiach ochrony przyrody są coraz bardziej sprzeczne z celem, w jakim zostało ministerstwo powołane. I tu się całkowicie mylą. Nie jest to bowiem Ministerstwo Ochrony Przyrody czy choćby Ochrony Środowiska, lecz samego Środowiska.
Resort nie ma więc w planach ochrony tego środowiska, lecz jego przekształcanie – i robi to, w sposób jedyny, jaki przychodzi do głowy PIS-owskim działaczom rządowym. Czyli, poprzez powszechne wybijanie naszych „braci mniejszych”.
Szkoda, że akurat tak powszechne łamanie praw zwierząt w Polsce jakoś nie budzi zainteresowania Unii Europejskiej.