Wszystko potrafimy spieprzyć

Komisje wojewódzkie miały być lekarstwem na przewlekłość procesów o błędy medyczne. Za sprawą jej członków stały się karykaturą, żerującą na nieszczęsnych pacjentach, funkcjonującą jeszcze wolniej niż sądy i skoncentrowaną na wyrywaniu pieniędzy dla siebie.

 

Wiadomo, jak trudno uzyskać w Polsce odszkodowanie nawet za ewidentny błąd medyczny. Procesy wloką się latami, a lekarze, zasiadający w komisjach biegłych i wydający ekspertyzy, starają się nie zaszkodzić koledze po fachu – bo wiedzą, że też mogą znaleźć się w sytuacji, gdy będą potrzebowali życzliwej oceny.
Dlatego, widząc te patologie, rząd PO, w 2011 r. wprowadził pozasądowy system orzekania o zdarzeniach medycznych. Jego celem było usprawnienie dochodzenia roszczeń przez pacjentów z tytułu szkód w wyniku leczenia szpitalnego. Miał być alternatywą dla często długiej i skomplikowanej drogi sądowej.

 

Wszyscy chcieli dobrze

Niestety, jak wskazuje Najwyższa Izba Kontroli, utworzony wówczas system, w którym o ewentualnym zaistnieniu błędu w sztuce medycznej orzekały wojewódzkie komisje, nie zapewnia pacjentowi skutecznego dochodzenia rekompensat za szkody powstałe podczas leczenia.
Prace komisji często przedłużają się – nawet do dwóch lat – a jej końcowe efekty, jedynie w postaci wydania orzeczenia o zaistnieniu zdarzenia medycznego (bez przesądzania o winie konkretnych osób), nie satysfakcjonują poszkodowanych. W rezultacie, nowy system nie stworzył możliwości szybkiego uzyskania odszkodowań i nie stał się alternatywą dla sądownictwa powszechnego. Liczba rozpatrywanych tam spraw, w wyniku powstania wojewódzkich komisji, miała się zmniejszyć – a tymczasem znacząco wzrosła.
Generalnie, podważa to cały sens mediacji, która nie sprawdza się nie tylko w sprawach o błędy medyczne, lecz i w innych sytuacjach, takich jak na przykład sprawy o przemoc domową.
Przed wejściem w życie przepisów z 2011 r., w przypadku wystąpienia błędu medycznego, jedyną możliwą drogą dochodzenia roszczeń był proces sądowy. Natomiast od ponad siedmiu lat pacjenci mogą składać wnioski o zadośćuczynienie szkód wynikających z niewłaściwego leczenia, do wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych.
W Polsce działa 16 komisji, w skład każdej z nich wchodzą członkowie powoływani przez wojewodę (14 osób), Ministra Zdrowia (1 osoba) i Rzecznika Praw Pacjenta (1 osoba).

 

Wyszło tak jak zwykle

Od dawna już do Rzecznika Praw Pacjenta docierały sygnały o problemach w funkcjonowaniu komisji. Poza tym, wysokość odszkodowań za zdarzenia medyczne często nie satysfakcjonowała pacjentów.
W rezultacie, nastąpił drastyczny spadek liczby wniosków kierowanych przez pacjentów do komisji. Jednocześnie, w ostatnich latach wzrosła, zamiast spadać. liczba spraw dotyczących błędów medycznych.
W 2016 r. prokuratury w całym kraju prowadziły 4963 postępowania, tj. o blisko 46 proc. więcej niż w 2015 r. (3394 postępowania). Tymczasem, nie tak miało być.
Najwyższa Izba Kontroli zauważa, że obecnie funkcjonujący system orzekania o zdarzeniach medycznych, nie chroni pacjenta i nie zapewnia mu osiągnięcia zadośćuczynienia.
Po pierwsze, wojewódzkie komisje są bardzo powolne i nie umożliwiały poszkodowanym szybkiego uzyskiwania odszkodowań. Ponad połowa spraw rozpatrywanych w I instancji rozstrzygana była z opóźnieniem, czyli po ustawowym czteromiesięcznym terminie. Średnio komisje potrzebowały na to od ponad trzech do blisko pięciu miesięcy. Jednak w skrajnych przypadkach orzeczenia były wydawane nawet po 22 miesiącach.
Komisje bynajmniej nie pracowały szybciej, rozpatrując wnioski odwoławcze w II instancji. Ponad połowę skontrolowanych spraw zakończono po ustawowym terminie 30 dni (najdłuższy czas wynosił aż 855 dni).

 

Żeby trwało to jak najdłużej

NIK zauważa, że komisje już na starcie z opóźnieniem zabierały się do pracy nad wnioskami. Zbyt długo wykonywano wstępne czynności z nimi związane, jeszcze przed skierowaniem ich na pierwsze posiedzenie składu orzekającego.
Gdy do komisji wpływa wniosek, to jej przewodniczący weryfikuje go pod względem formalnym (np. czy zawiera on uzasadnienie i uiszczona została opłata). Stwierdzono przypadki, że weryfikowano wnioski nawet po 168 dniach od ich złożenia!. Zweryfikowane wnioski wysyłane były do szpitali z prośbą o stanowisko w sprawie na ogół po 2 – 7 dniach, ale robiono to także po 20, 50 a nawet 98 dniach.
Czas oczekiwania na stanowisko szpitala wynosi do 30 dni. Zwykle nie przekraczał on tego terminu, ale stwierdzono przypadki otrzymania stanowiska nawet po 53 dniach.
NIK zwraca uwagę na długi okres od otrzymania stanowiska szpitala do skierowania sprawy na pierwsze posiedzenie składu orzekającego. Okres ten wynosił od 38 do 108 dni. Zdarzało się jednak, że trwało to nawet 125 i 379 dni.
Jak widać więc, członkowie komisji robili wiele, aby tylko odwlec sprawę. Oczywiście komisje nie sporządzały także w terminie siedmiu dni uzasadnień do wydanych orzeczeń oraz nie doręczały ich w terminie zainteresowanym stronom – pacjentom i szpitalom.
Jednym z powodów przedłużającej się pracy komisji był długi czas oczekiwania na opinie biegłych. Nie sprawdziło się założenie ustawodawcy, że wiedza członków komisji, którzy posiadają wykształcenie i doświadczenie medyczne, pozwoli w dużej mierze na samodzielne rozwiązywanie przez nich zagadnień natury medycznej – i znacząco ograniczy konieczność zasięgania w trakcie prowadzonych postępowań opinii biegłych.
Z przepisów wynika, że komisje powinny korzystać z biegłych tylko w wyjątkowych okolicznościach. Tymczasem robiły to nagminnie, nawet w przypadku 85 proc. wydanych orzeczeń.
Na przykład w latach 2012 – 2018 (I kwartał) komisja „świętokrzyska” przy wydaniu 82 orzeczeń skorzystała aż z 69 opinii biegłych ( w ponad 85 proc. orzeczeń), a komisja „zachodniopomorska” – przy wydaniu 157 orzeczeń zasięgnęła 101 opinii u biegłych (w ponad 64 proc.).
Członkowie komisji albo nie posiadali więc odpowiedniej wiedzy, albo, co bardziej prawdopodobne, nie chcieli się nią dzielić, uważając, że w celu przedłużenia postępowania warto zwracać się o opinie biegłych.
W toku kontroli stwierdzono przypadki, że w tej samej sprawie były sporządzane dwie – trzy opinie przez różnych biegłych, po czym przy ponownym rozpatrzeniu sprawy w drugiej instancji, również sporządzano opinie – nawet dwie. Znakomicie wydłużało to postępowanie. Jedynie komisja „wielkopolska”, tradycyjnie solidna, poza jednym przypadkiem, nie korzystała z opinii biegłych.
Czas oczekiwania na opinię wynosił średnio 59 dni, ale maksymalnie nawet 639 dni. Ponadto NIK zauważa, że zdarzały się przypadki, iż biegli rezygnowali ze sporządzenia opinii – ale informowali o tym komisje dopiero po pewnym czasie – od 13 do nawet 588 dni.
A przez te 588 dni poszkodowany był święcie przekonany, że biegły trudzi się nad opinią w jego sprawie!.

 

Zachapać jak najwięcej kasy

Poza tym, komisje miały bardzo konkretny powód, aby nie śpieszyć się z rozpatrywaniem spraw. NIK zwraca uwagę, iż sprzyjał temu sposób wynagradzania członków komisji, którzy za udział w każdym posiedzeniu składu orzekającego otrzymywali stałe stawki wynagrodzenia.
Albo była to maksymalna stawka (430 zł), albo ulegała ona stopniowemu zmniejszeniu w poszczególnych latach i była uzależniona od liczby kolejnych posiedzeń komisji w danej sprawie. W każdym razie, z punktu widzenia członka komisji, opłacało się debatować jak najdłużej – i zbierać na posiedzeniach jak najczęściej.
W rezultacie niektóre komisje zbierały się nawet i dziewięć razy w celu rozpatrzenia jakiegoś wniosku. A kasa leciała… Łączne wydatki na wynagrodzenia członków wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych stanowiły w pierwszej, sześcioletniej kadencji, około 70 proc. całej kwoty wydanej na ich funkcjonowanie (koszt jednej komisji to ponad 1,5 mln zł).
Na to wszystko nie reagowali wojewodowie, których mało obchodził nadzór nad funkcjonowaniem komisji. Posiadając uprawnienia do odwołania członków komisji, powinni oni monitorować prawidłowość wykonywania jej obowiązków – czego nie robili.
NIK zauważa także, że dochodziło do licznych przypadków naruszania obowiązujących regulacji przy powoływania składów komisji. Jest to atrakcyjna finansowo fucha, więc średnio co piąty z członków komisji został powołany bez sprawdzenia czy spełnia ustawowe wymogi, lub nawet sprzecznie z obowiązującym prawem.
W rezultacie, w komisjach często orzekały osoby nieuprawnione, co przyczyniło się do tego, iż funkcjonowanie komisji tylko w znikomym stopniu umożliwiło pacjentom uzyskanie odszkodowań i zadośćuczynień.

 

Jest znacznie gorzej niż było

W dodatku komisja nie ma możliwości egzekwowania od szpitala wypłaty odszkodowania i nie uczestniczy w pertraktacjach pomiędzy szpitalem i pacjentem. Jej praca kończy się wydaniem orzeczenia stwierdzającego, czy doszło do zdarzenia medycznego. Potem nieszczęsny pacjent sam musi dochodzić swoich praw – i po rozstrzygnięciu sprawy przez komisję oczywiście idzie do sądu.
Funkcjonowanie wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, które miało więc zmniejszyć wpływ do sądów spraw o odszkodowanie za szkody medyczne, spowodowało, że wpływa ich znacznie więcej.
Szacowano, że liczba spraw trafiających na wokandę zmniejszy się z 330 średnio rocznie, do 99. Wzrosła, za sprawą działań komisji, do 905 średnio rocznie. I tak właśnie wygląda polska przemyślność i skuteczność działania na rzecz innych. Ofiarom błędów medycznych trzeba zaś życzyć dużo zdrowia i wytrwałości.

Moje boje z reprywatyzacją

Sześć lat temu zacząłem alarmować, że stołeczna reprywatyzacja przekształca się w wielki, kryminalny przekręt. Oczywiście wtedy był to głos wołającego na puszczy.

 

Kiedy przyglądam się warszawskiej reprywatyzacji, pierwsze słowa jakie przychodzą mi na myśl brzmią: „A nie mówiłem?”. Wypowiadane absolutnie bez cienia satysfakcji, że „wyszło na moje” lecz przeciwnie, z dużym smutkiem.
Tak się bowiem składa, że już właśnie sześć lat temu pisałem nieraz (w tygodniku „Przegląd” i „Kurierze Warszawskim; „Trybuna” się jeszcze wówczas nie odrodziła), iż działania reprywatyzacyjne w Warszawie zaczynają być ogromnym przekrętem, wymagającym wkroczenia prokuratury. Osoby za niego odpowiedzialne powinny zaś jak najszybciej stanąć przed sądem, na czele z prezydent stolicy i urzędnikami ratusza. Podawałem nawet dokładnie, z jakich paragrafów kodeksu karnego. Jeśli natomiast chodzi o bezprawne oddawanie mienia objętego umowami odszkodowawczymi między Polską a 14 państwami zachodnimi, to zwracałem na to uwagę nawet od 2008 r.
I co? I oczywiście nic. Artykuły, które wówczas pisałem, były głosem wołającego na puszczy. Przez kolejne lata niczego nie zrobiono, aby ukrócić rabunkową reprywatyzację. Warszawiacy tracili mieszkania, a władze miasta bezpodstawnie wypłacały setki milionów złotych odszkodowań. Sączone przeze mnie krople nie wydrążyły żadnego kamienia.
Umów odszkodowawczych pomiędzy Polską a państwami zachodnimi nie zauważał nikt inny. A wedle narracji obowiązującej przez wiele lat, zgodnie stosowanej przez dziennikarzy wszelkich opcji, zwracanie warszawskich nieruchomości i wypłacanie ogromnych odszkodowań było słusznym naprawianiem krzywd, wyrządzonych przez zbójecki jakoby dekret Bieruta (który w rzeczywistości, jak pisałem, jest dobrodziejstwem dla byłych właścicieli). Powinno więc być robione szybko i konsekwentnie.

 

Gdy inni zaczęli o tym pisać

Wtedy, sześć lat temu, nie żyła już działaczka lokatorska Jolanta Brzeska, po Warszawie grasowali czyściciele kamienic, zrozpaczeni ludzie musieli się wynosić ze swoich domów – ale czarnej strony stołecznej reprywatyzacji jakby nie zauważano. Szkoda, że nie podnosili wtedy alarmu wpływowi, wrażliwi publicyści i nie było działań policyjnych czy prokuratorskich w obronie krzywdzonych mieszkańców stolicy.
Nie można było nie wiedzieć, co się dzieje w Warszawie i kto jest odpowiedzialny za rabunkową reprywatyzację. Nic jednak nie robiono aby ukrócić ten proceder.
Przez parę kolejnych lat nic się nie zmieniało, a na łamach ważnych mediów, takich jak na przykład „Gazeta Wyborcza”, brylował jeden z „bohaterów” moich tekstów, ówczesny dyrektor stołecznego biura gospodarki nieruchomościami Marcin Bajko (zwolniony w końcu dyscyplinarnie). I przekonywał, że pieniądze na odszkodowania dla „byłych właścicieli” należy wypłacać jak najszybciej, zaś nieruchomości oddawać w naturze tak zwanym „kuratorom osób nieznanych z miejsca pobytu”.
A ja mogłem do woli pisać na Berdyczów, że takie decyzje zwrotowe to bezprawie i oczywisty skandal.
Nie da się ukryć, że trzeba było dopiero kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości (w której partia ta uczyniła warszawską reprywatyzację jednym z tematów) oraz zwycięstwa parlamentarnego PiS w 2015 r., aby bezprawne oddawanie stołecznych nieruchomości zostało należycie nagłośnione i zaczęło być traktowane tak jak zasługuje – czyli jako działalność przestępcza.
Wiadomo oczywiście, że PiS postanowiło wykorzystać warszawską reprywatyzację do uderzenia w PO i personalnie w prezydent stolicy. do niedawna wiceprzewodniczącą Platformy). Komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji została zaś powołana z pobudek politycznych, by w najbliższych wyborach samorządowych „odbić” Warszawę z rak opozycji i posadzić Patryka Jakiego na fotelu prezydenta miasta.
Niezależnie jednak od tego, z jakich powodów jest to robione, od 2016 r. zaczęło się coś dziać. Ruszyła się prokuratura, zmieniła się podejście do stołecznej reprywatyzacji, a niektórzy dziennikarze zaczęli otrzymywać kontrolowane przecieki, pokazujące rzeczywiste mechanizmy oddawania nieruchomości w Warszawie.

 

Prokuratura wreszcie posłuchała?

Ponieważ od dawna, na zasadzie tego Katona nawołującego do zniszczenia Kartaginy, wzywałem, by osoby odpowiedzialne za warszawską rabunkową reprywatyzację stanęły przed sądem, pozwolę sobie przypomnieć, iż stołecznych urzędników uczestniczących w tym procederze oraz ludzi wyłudzających nieruchomości i odszkodowania, należałoby postawić przed sądem z tytułu co najmniej trzech artykułów kodeksu karnego.
Po pierwsze – za naruszenie lub niedopełnienie obowiązków służbowych, o czym mówi art. 231 k.k.: Funkcjonariusz publiczny, który przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Jeżeli dopuszcza się tego w celu korzyści majątkowej czy osobistej, podlega karze od roku do lat 10.
Po drugie – za korupcję, którą opisują artykuły 228 i 229 k.k.
Art 228 (odnoszący się do biorących) stanowi: Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. W wypadku mniejszej wagi, do lat dwóch. Jeśli zaś przyjmuje korzyść albo jej obietnicę za zachowanie stanowiące naruszenie prawa, może dostać od roku do 10 lat. Karze takiej podlega także ten, kto uzależnia wykonanie swej czynności służbowej od otrzymania korzyści lub takiej korzyści żąda. Gdy przyjmowana korzyść majątkowa jest znacznej wartości, to grozi do 12 lat.
Analogiczne kary dla wręczających łapówki przewiduje art. 229, który stwierdza: Kto udziela albo obiecuje udzielić korzyści majątkowej lub osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną w związku z pełnieniem tej funkcji, podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat. W wypadku mniejszej wagi – do lat dwóch. Jeżeli sprawca nakłania osobę pełniącą funkcję publiczną do naruszenia prawa lub obiecuje korzyści za naruszenie prawa, podlega karze od roku do lat 10. Gdy obiecuje udzielić korzyści znacznej wartości, kara może wynieść 12 lat.
Po kilku latach swego bezskutecznego wołania na puszczy już straciłem nadzieję, by przywoływane przeze mnie przepisy kodeksu karnego zostały kiedyś wykorzystane do walki z reprywatyzacyjnym bezprawiem.
A jednak stało się – i w końcu prokuratura postawiła podejrzanym zarzuty z wszystkich tych trzech artykułów. Młyny sprawiedliwości obracają się w Polsce wolno, ale Rubikon został już przekroczony. Nie da się tych spraw zamieść pod dywan – i nikt nigdy nie będzie mógł więcej wmawiać ludziom, że zwracanie mienia w Warszawie przebiegało w uczciwy sposób.

 

Szybsza ścieżka karna

Wspomniane artykuły kodeksu różnią się wysokością sankcji. Za korupcję (art. 228 i 229 k.k.) grozi do 12 lat więzienia. Za samo naruszenie obowiązków (art. 231 k.k.) – tylko do trzech, a jeśli ktoś je przekracza lub ich nie dopełnia w celu osiągnięcia korzyści, to do 10 lat.
Serce i rozum podpowiadają, że ludzie zamieszani w proceder reprywatyzacyjny powinni siedzieć za korupcję. Przecież, jeżeli łamali prawo, zwracając nieruchomości, których zwracać nie należało, to robili to z uzasadnionego powodu – a nie dla pięknych oczu tych, którzy zgłaszali lipne roszczenia.
Warszawską reprywatyzacją nie zajmowali się jednak idioci – lecz duża grupa kutych na cztery nogi cwaniaków, świetnie znających meandry prawa i sposoby unikania jego karzącej ręki. Wykazanie im korupcji i oszustw może być więc niewykonalne.
Znacznie prostsze będzie udowodnienie przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków i zamknięcie ich na krócej, ale na pewno (w połączeniu z obowiązkiem zwrotu nienależnie uzyskanych sum). Nie dotyczy to oczywiście nabywców roszczeń – bo oni nie pełnili żadnych funkcji w ratuszu i trudno znaleźć na nich innego haka niż właśnie zarzuty oszustw i korupcji.
Jeśli jednak chodzi o urzędników zamieszanych w reprywatyzację, to zwykła analiza akt warszawskich spraw reprywatyzacyjnych pozwoliłaby na zauważenie nieprawidłowych działań ludzi z urzędu miasta, którzy wielokrotnie naruszali przepisy – i posadzenie ich za kratki na parę lat.
Wbrew prawu, nie odliczano więc od wartości zwracanych nieruchomości, nakładów poczynionych na ich remonty i utrzymanie (gdyby próbowano szacować nakłady za wszystkie lata powojenne, okazałoby się, że ludzie zgłaszający roszczenia reprywatyzacyjne powinni jeszcze dopłacać, gdyż państwo zainwestowało wielkie pieniądze, aby doprowadzić oddawane obiekty do obecnego stanu).
Nie przestrzegano przepisów mówiących, że odszkodowanie za znacjonalizowane mienie ma być wypłacane w miejskich papierach wartościowych (czyli obligacjach komunalnych). Warszawa, jak każde polskie miasto mogła wyemitować takie obligacje i spłacać nimi odszkodowania reprywatyzacyjne. Wypłacała je jednak w gotówce, bo tak było korzystniej dla osób zgłaszających roszczenia.
Nie sprawdzano obywatelstw osób zgłaszających roszczenia, mimo, że na mocy wspomnianych tu umów odszkodowawczych nielegalne jest wypłacanie jakichkolwiek odszkodowań obywatelom 14 państw oraz ich potomkom, za mienie utracone w Polsce po II wojnie. Polska już dawno wypłaciła tym państwom odszkodowania, więc ich obywatele mogą zgłaszać roszczenia tylko do własnych rządów.
Władze Warszawy bezprawnie oddawały nieruchomości kuratorom osób nieznanych z miejsca pobytu, ustanawianym przez sądy. Te „osoby nieznane z miejsca pobytu” to dawni właściciele po których ślad zaginął (przeważnie osoby pochodzenia żydowskiego wymordowane przez Niemców). Kuratorzy, działając rzekomo w ich imieniu, przejmowali działki i budynki dla siebie. Żadne przepisy nie upoważniały władz stolicy do zwracania nieruchomości kuratorom. Kurator nie jest właścicielem ani spadkobiercą więc oddawanie mu nieruchomości było bezprawne.
Należy też wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec sędziów, którzy bez mrugnięcia okiem ustanawiali różnych cwaniaków, kuratorami byłych właścicieli warszawskich nieruchomości. Trudno to określić innym słowem, niż skandal. Tym sędziom nie przeszkadzało to, że właściciele po wojnie już nie dali znaku życia, gdyby żyli mieliby na ogół ponad sto lat, a ci którzy chcieli zostać ich kuratorami nigdy nie mieli z nimi nic wspólnego.
Sprawdzenie tych przykładów łamania prawa nie wymaga wielkiej filozofii oraz wieloletnich dochodzeń. Może zaś efektywnie doprowadzić do zamknięcia szeregu osób na choćby i trzy lata za naruszenie czy niedopełnienie obowiązków służbowych – oraz do ocalenia wielu milionów publicznych złotych.
Wydaje się jednak, że komisja weryfikacyjna i prokuratura ostatnio stawiają na wątki korupcji i oszustw, licząc zapewne na efekt propagandowy oraz nagłośnienie afer, które dałoby się politycznie wykorzystać. Nie chcę być złym prorokiem, ale zapewne skończy się na tym, że nie zapadnie żaden wyrok skazujący ani za korupcję, ani za oszustwa. Dobrze byłoby więc, gdyby organy ścigania położyły większy nacisk na, znacznie prostsze do udowodnienia, przypadki naruszania i niedopełniania obowiązków przy zwracaniu stołecznych nieruchomości.

 

Radni byli bezradni

Powtarzam, że nie mam nawet cienia satysfakcji, iż w końcu „wyszło na moje”. Bo w stolicy przez te lata zdarzyło się za dużo ludzkich krzywd i dramatów, którym można było zapobiec. Zabrakło jednak do tego i woli, i ochoty.
Nie żywię oczywiście złudzeń, że to co ja jeden od kilku lat pisałem o warszawskiej reprywatyzacji miało jakikolwiek znaczący zasięg. Jednak po 2015 r, gdy już ruszyła lawina artykułów w innych mediach, wiedza o tym, jak w rzeczywistości wyglądało zwracanie stołecznych gruntów, stała się dosyć powszechna.
Dlatego więc można się było zdziwić, gdy członkowie komisji weryfikacyjnej czy rady społecznej przy niej działającej, mówili, jak bardzo byli zdziwieni, gdy z przesłuchań prowadzonych przed komisją dowiedzieli się, że prezydent Hanna Gronkiewicz Waltz musiała wiedzieć o ewentualnych nieprawidłowościach przy oddawaniu stołecznych nieruchomości.
Wolne żarty! Oczywiście, że musiała – i to przez cały czas. Przecież dla każdego człowieka umiejącego czytać i myśleć jest jasne i oczywiste, że prezydent Warszawy wiedziała dokładnie o wszystkim, co dotyczyło sprawy tak ważnej, bulwersującej i powszechnie nagłośnionej, jak stołeczna reprywatyzacja. Znała mechanizmy zwracania, podstawy wydawania decyzji, sposoby reagowania na pojawiające się zarzuty. I trudno wyobrazić sobie, by wraz ze swoimi zastępcami i urzędnikami ratusza, mogła uniknąć odpowiedzialności.
Jeśli wszakże kiedyś nawet stanie się to, do czego nawoływałem od lat – i sądy wymierzą sprawiedliwość uczestnikom procederu reprywatyzacyjnego – to wyrządzone krzywdy nie zostaną w pełni naprawione. Nie ma możliwości, aby doprowadziła do tego komisja weryfikacyjna czy wyroki sądowe.
Komisja weryfikacyjna może jednak unieważniać decyzje reprywatyzacyjne i odbierać niesłusznie wypłacone odszkodowania – a to niemało. Powinna więc nadal wykorzystywać te możliwości, ale mądrze, tak by jej postanowienia nie były obalane później przez sądy. A bój zapowiada się na całe lata, gdyż osoby, którym komisja odebrała nieruchomości, systematycznie odwołują się do sądu administracyjnego.
Warszawska afera reprywatyzacyjna boleśnie obnażyła też bezradność oraz bierność stołecznego samorządu. Rada m.st. Warszawy nie umiała, a po części też i nie chciała, zapobiec bezprawnemu oddawaniu miejskich nieruchomości.
A przecież, kto inny, niż właśnie warszawscy radni, powinien patrzeć na ręce urzędnikom, przy wykorzystaniu wszelkich możliwości, jakie daje praca w samorządzie? Niestety, duża większość radnych Warszawy zapomniała, że ich obowiązkiem jest dbanie o dobro mieszkańców.

Nie zobaczą odszkodowań

Lokatorzy zreprywatyzowanych warszawskich kamienic nie zobaczyli dotąd ani grosza z odszkodowań, które mieli otrzymać na mocy decyzji komisji weryfikacyjnej. I jeszcze przez jakiś czas nie zobaczą, bo miasto zaskarżyło wszystkie decyzje w tej sprawie do sądu. Zawnioskowało też, by koszty postępowania pokryli lokatorzy.

 

Chodzi o osiem decyzji przyznających odszkodowania w wysokości od siedmiu do 29 tys. złotych. Ich beneficjentami mieli być lokatorzy zreprywatyzowanych budynków pod adresami: Nabielaka 9, Nowogrodzka 6A, Poznańska 14, Marszałkowska 43. Każdy z nich jest doskonale znany obrońcom praw lokatorów. Wszystkie decyzje reprywatyzacyjne w odpowiednich sprawach zostały przez komisję weryfikacyjną uchylone jako wydane z naruszeniem prawa.
– Gdy kamienica trafiła w prywatne ręce, wzrósł czynsz i zaczął się totalny remont; to są tortury psychiczne, czuję się upodlona – zeznawała przed komisją lokatorka z Nowogrodzkiej 6A. Jej sąsiedzi opowiadali o podwyżkach czynszu, najściach, obrażaniu mieszkańców budynku. Nieruchomość w warszawskim Środmieściu została odzyskana przez spadkobierców przedwojennych właścicieli, a potem sprzedana prywatnej spółce za 5,8 mln zł. Nowy właściciel wycenił wartość obiektu na… 80 mln.
Decyzję w sprawie Marszałkowskiej 43 podpisał wicedyrektor stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami; niedługo potem kamienicę sprzedano … jego bratu, który z kolei odsprzedał budynek znajomej adwokata Roberta N.; jego nazwisko przewija się w wielu sprawach reprywatyzacyjnych. Lokatorzy wskazywali podstawowe nieścisłości związane ze spadkobierczyniami, cudownie znalezionymi we Francji: twierdziły one, że testament uprawniający je do starań o nieruchomość odnalazły w 2006 r., jednak pełnomocnictwo w tej samej sprawie wystawione zostało… dwa lata wcześniej.
Tragedia lokatorów Nabielaka 9 znana jest daleko poza granicami Warszawy – to tam mieszkała zamordowana w okrutny sposób w 2011 r. Jolanta Brzeska. Komisja Jakiego przyznała jej córce 100 tys. zadośćuczynienia.
Miasto nie wypłaciło jednak dotąd z tej kwoty, podobnie zresztą jak z niższych odszkodowań, ani złotówki. Dziś ratusz powiadomił, że zaskarżył do sądu wszystkie decyzje w tej sprawie. – Składanie sprzeciwów wynika z faktu, że komisja nierzetelnie zbadała przesłanki zapisane w ustawie –powiedziała Magdalena Młochowska, pełnomocniczka prezydenta Warszawy ds. lokatorów z reprywatyzowanych kamienic. Ratusz w swoich wnioskach zażądał także, by to lokatorzy opłacili koszta sądowe. Młochowska twierdzi, że obowiązujące przepisy nie pozostawiają w tej kwestii pola manewru.
Przedstawiciele władz Warszawy przekonują, że odszkodowania części lokatorów się nie należą, bo w przepisach zapisano, iż konieczne jest łączne spełnienie dwóch warunków. Po pierwsze, rekompensatę może otrzymać osoba, która po reprywatyzacji budynku padła ofiarą przemocy, gróźb, utrudniania korzystania z lokalu lub znacząco podniesiono jej czynsz. Po drugie, działania takie muszą spowodować „istotne pogorszenie jej sytuacji materialnej”. A tutaj warszawski ratusz ma swoje informacje.
– Ujawniają się okoliczności, że część osób, które ubiegały się o odszkodowanie, miała zaspokojone potrzeby mieszkaniowe. Niektóre mogły mieć bardzo dobry standard finansowy. Mamy informacje, że część osób kupiła sobie drugie mieszkanie za bardzo pokaźną kwotę. Mogą nie spełniać przesłanek zapisanych w ustawie o komisji weryfikacyjnej – powiedział stołecznej „Gazecie Wyborczej” wiceprezydent Witold Pahl.
Ostatnie sondaże dotyczące nadchodzących wyborów na prezydenta Warszawy były łaskawe dla kandydata PO. Ale jeszcze kilka takich ruchów otoczenia Hanny Gronkiewicz-Waltz i może się w tej sprawie wiele zmienić… Tymczasem ustawy ostatecznie kończącej sprawy reprywatyzacyjne, której domagają się obrońcy praw lokatorów, nadal nie widać.