Warszawski bunt

Działacze warszawskiego SLD zażądali odwołania z funkcji przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego. Generalnie twierdzą, że Czarzasty powinien ponieść polityczną odpowiedzialność za słaby wynik SLD w wyborach samorządowych, co ich zdaniem powinno oznaczać rezygnację z funkcji przewodniczącego.
Opozycjoniści domagają się również szybkiego zwołania konwencji SLD, która określi kierunki działań i zarządzi wybory nowego przewodniczącego. W innej uchwale opowiedzieli się za szeroką koalicją prodemokratyczną w wyborach parlamentarnych.
Natomiast za słaby wynik w wyborach w Warszawie również winią Włodzimierza Czarzastego, bo ten nie dał im zgody na kandydowanie w ramach Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście można zadać pytanie czy nie jest to wynikiem ogólnej słabości i małej aktywności SLD w Warszawie. Wybory samorządowe dla warszawskiego SLD były chyba pewnym problemem organizacyjnym, a może i politycznym. Dość powiedzieć, że SLD nie wystawiło własnej listy do Rady Dzielnicy w jednej z największych dzielnic Warszawy – na Ursynowie.
Ale cuda się zdarzają. SLD nie poszło na listach Koalicji Obywatelskiej razem z Platformą Obywatelską i Nowoczesną, ale za to przewodniczący SLD na Targówku na swoim Facebooku przedstawił „reprezentację SLD w Radzie Dzielnicy Targówek” w składzie: Jadwiga Ciastek i Witold Harasim. Oboje kandydowali z listy KKW Platforma, Nowoczesna Koalicja Obywatelska, przy czym Harasim miał drugie miejsce na liście wyborczej KO – co można interpretować w ten sposób, że SLD ma silne wpływy w KO, ale można też odwrotnie. Jak z powyższego widać władza i wpływy Czarzastego w Warszawie nie są zbyt duże. Powyższa sytuacja w Warszawie oznacza jakościową zmianę na lewicy, a nawet w całej polityce w Polsce. Do tej pory było tak, że to SLD (a wcześniej SdRP) narzucało pewne kanony we wszelakich akcjach wyborczych. To na początku lat 90. wokół SdRP skupiła się lewicowa koalicja partii politycznych, stowarzyszeń i związków zawodowych, licząca blisko trzydzieści podmiotów, która utworzyła koalicję wyborczą pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej. W 1999 roku Leszek Miller przekształcił blok wyborczy w jednolitą partię polityczną pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej, ale nie cała lewica się w tej partii znalazła, bo stowarzyszenia czy związki zawodowe zachowały swoją osobowość prawną. I tak jak poprzednio wokół SdRP, tak od 1999 roku to wokół SLD powstawały lewicowe bloki wyborcze: w 1999 koalicja SLD – Unia Pracy (ale z udziałem SD, PLD, KPEiR). W wyborach w 2005 r. z listy SLD kandydowali członkowie OPZZ, Unii Lewicy III RP i Ruchu Odrodzenia Gospodarczego. Przed wyborami samorządowymi w 2006 r. z udziałem SLD, Partii Demokratycznej – demokraci.pl, Socjaldemokracji Polskiej i Unii Pracy powstała koalicja Porozumienie Lewicy i Demokratów – Wspólna Polska. Po dobrym wyniku wyborczym tej koalicji postanowiono ną kontynuować w wyborach parlamentarnych w 2007 r, pod nazwą Lewica i Demokraci. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. reaktywowano koalicję SLD-UP. W wyborach samorządowych w 2010 r. SLD uczestniczyło pod własną nazwą, ale na skutek zawartych porozumień wyborczych z list SLD kandydowali członkowie OPZZ, UP, Partii Kobiet, Partii Region ów i Zielonych 2004. Podobnie w wyborach parlamentarnych w październiku 2011 r, SLD brało udział pod własną nazwą, a na jego listach wyborczych znaleźli się przedstawiciele związków zawodowych i licznych partii lewicowych. W 2014 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego kandydatów wystawił Koalicyjny Komitet Wyborczy SLD – UP. Natomiast w tym samym roku, przed wyborami europejskimi powstał komitet wyborczy SLD Lewica Razem, w jego skład weszły jeszcze UP i KPiER, natomiast na listach SLD-LR znaleźli się przedstawiciele związków zawodowych i wielu partii i organizacji lewicowych. W kolejnych wyborach – parlamentarnych w 2015 r. – SLD wraz z UP, Twoim Ruchem, Zielonymi i PPS utworzył koalicję Zjednoczona Lewica, która uzyskała 7,55 proc. głosów, czyli nie przekroczyła progu wyborczego dla koalicji i nie uzyskała żadnych mandatów. Natomiast przed wyborami samorządowymi w 2018 r. SLD odtworzyło koalicję SLD – Lewica Razem, jak zwykle z szerokim udziałem organizacji koalicyjnych.
No i tak wróciliśmy do sprawy SLD Warszawa versus Włodzimierz Czarzasty. Jak widać z powyższego wyliczenia tworzonych przez SdRP, a później SLD komitetów i koalicji, SLD zawsze działało ofensywnie, tworząc własne komitety wyborcze, dopraszając do nich potencjalnych koalicjantów, co dawało w miarę sprawne koalicje lewicowe wyborcze, odwołujące się różnych środowisk społecznych (emeryci, renciści, związkowcy, działkowcy itd.) posiadających własne zaplecze organizacyjne, co sumując się dawało duży zasięg wpływów społecznych i mobilność organizacyjną. Na tym tle „sprawa warszawska” to prawdziwy ewenement. Po raz pierwszy to nie SLD zapraszało na swoje listy, a wpraszało się na cudze (a w wypadku Targówka nawet skutecznie wprosiło).
Można to oczywiście rozpatrywać w kategoriach skuteczność versus pryncypialność. Czyli pryncypialny Czarzasty chce iść na wybory pod własną nazwą, nawet jeśli lokalni działacze mają świadomość, że taki udział w wyborach nie przyniesie dobrych skutków w postaci oczekiwanych mandatów radnych i możliwości rzeczywistego wpływu na życie dzielnicy, miasta, województwa. To ważny argument.
Z drugiej zaś strony można się zapytać co to jest partia polityczna i do czego służy. No to partia polityczna to narzędzi w walce o zdobycie władzy i jej utrzymanie. Podszywanie się pod inną strukturę, inną partię ma tzw, „krótkie nóżki”. Bo albo ci, którzy dostaną mandaty „powrócą do macierzy” – jak ci radni z Targówka – albo zostaną w partii, z list której startowali. Jedno i drugie jest moim zdaniem nieuczciwe – w pierwszym przypadku oszukują wyborców partii, z list której kandydują, w drugim oszukiwali i oszukują własną partię. Bardzo toksyczna sytuacja.
No cóż, polityczna droga SLD w ostatnich dziesięcioleciach – od lidera do outsidera – rodzi różne dziwne pomysłu.

Pułapka na Żuka

Lublin stał się słynny na cała Polską i resztę świata. Z powodu zakazu dla Marszu Równości środowisk LGBT zaplanowanego na najbliższą sobotę 13 października.

 

Powodem wydania zakazu była planowana na ten sam dzień kontrmanifestacja środowisk narodowych, która miałaby zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców. Dodatkowo zakazujący marszu prezydent miasta Krzysztof Żuk powołał się na opinię policji, z której ma wynikać, że planowany jest przyjazd na marsz dużej grupy osób, która może doprowadzić do zakłócenia zgromadzenia. Na to lubelski komendant miejski policji insp. Mariusz Dudzik zadeklarował, że policja jest w stanie pełnej gotowości. Żuk ponadto zawiadomił również policję o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osoby – przeciwników Marszu Równości – którzy mieli w internecie umieścić rzekomo wpis: „może dałoby radę pokierować zboków na Majdanek”. Wpis został opatrzony zdjęciem pieca krematoryjnego.
Wobec tych faktów prezydent Żuk, powołując się na art. 14 prawa o zgromadzeniach, podjął we wtorek, 9 bm. decyzję o zakazie Marszu Równości. A także o zakazie kontrmanifestacji narodowców. Oczywiście decyzje te rozpętały burzę wśród zwolenników jak i przeciwników Marszu Równości. Całej sprawie dodaje pikanterii fakt, że radni PiS ucieszyli się najpierw z tej decyzji a potem skrytykowali Żuka. Za to, że w uzasadnieniu jej powołał się tylko za argumentem bezpieczeństwa, a nie powołał się na obrazę uczuć religijnych oraz „nieobyczajne zachowanie” uczestników marszu. Ponadto sprzeciwili się argumentacji, że prezydent dostrzegł zagrożenie płynące ze strony kontrmanifestacji narodowców, a nie ze strony popierających marsz. I w związku z tym zwołali na 12 października nadzwyczajną sesję Rady Miejskiej Lublina.
Organizatorzy Marszu Równości odwołali się w środę o zakazującej decyzji do sądu okręgowego twierdząc, że „decyzja prezydenta Żuka nie ma podstaw prawnych, i że to nie oni stanowią niebezpieczeństwo dla mieszkańców”. Jednocześnie zapowiedzieli, że jeśli nie dostaną zgody na marsz, to: „i tak zaproszą wszystkich chętnych na sobotni spacer”.
Sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie Zofia Homa uznała w środę argumenty decyzji prezydenta Żuka, tym samym podtrzymała ją w mocy. Uzasadniając ją stwierdziła, „że w razie eskalacji ewentualnego konfliktu mogliby ucierpieć nie tylko uczestnicy manifestacji, ale przebywający wówczas w Lublinie turyści. Dodała również, że w obu przypadkach ( Marszu Równości i Manifestacji Narodowców ) wyznaczono zbyt mało osób pełniących rolę służby porządkowej oraz przyjęto zbyt małą liczbę uczestników”. Od tego orzeczenia przysługuje zainteresowanym stronom zażalenie do sądu apelacyjnego, który musi rozstrzygnąć kwestię, w ciągu 24 godzin, najpóźniej do piątku.
I tak oto prezydent Krzysztof Żuk, starający się o reelekcję, popierany przez lubelską Koalicję Obywatelską, w skład której wchodzą Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe oraz inne stowarzyszenia i inicjatywy stał się przyczyną wrzenia środowisk wolnościowych i demokratycznych.
Żuk, lider lubelskiej PO, wystraszył się – jak twierdzą mieszkańcy – żądań PiS oraz ich zwolenników, którzy ostro przeciwstawiają się idei marszu. I jeszcze zwołują nadzwyczajną sesje Rady Miejskiej aby na niej wyrazić swoją dezaprobatę dla tej inicjatywy.
Lublin i Lubelszczyzna jest bardzo homofobicznym regionem. Homofobii „uczeni” jesteśmy wszędzie gdzie tylko się da, twierdzą przedstawiciele LGBT. Wielu z nich uważa, że dominacja PiS w regionie sprawia, iż Lubelszczyzna jest ostoją średniowiecznych stosunków feudalnych. I lubelski marsz miał być okazją do demonstracji zmiany tego stanu. Miał też być dobrym pretekstem do zaprezentowania kandydatów do samorządu wywodzących się ze wszystkich środowisk demokratycznych i wolnościowych, w tym samego prezydenta Żuka. Zapowiedzieli w nim udział m.in. posłanka Joanna Mucha z PO oraz inni politycy, którzy wspierają takie ruchy.
Zarząd Miejski SLD w miniony piątek podjął stanowisko w sprawie Marszu Równości, w którym czytamy m.in., „że sprzeciwia się kampanii nienawiści, pogardy, kłamstw i wykluczania prowadzonej przeciwko organizatorom Marszu Równości w Lublinie oraz przeciwko osobom, które mają zamiar wziąć udział w tym wydarzeniu. Prawo publicznego wyrażania swoich poglądów jest zagwarantowane wszystkim obywatelom przez Konstytucję RP”.
Jednak po wtorkowym oświadczeniu Żuka o zakazie marszu, nikt z władz partii nie zabrał publicznie głosu i nie odżegnał się od tej decyzji i poprzestali jedynie na zamieszczonym w Internecie stanowisku.
Dziwi to zwłaszcza, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar w odpowiedzi na ten zakaz, stwierdził: „Argumentacja zgodnie, z którą marsz mógłby naruszyć bezpieczeństwo lub stanowić zagrożenie, jest w całości chybiona. To klasyczny przykład sytuacji, w której organizatorów Marszu Równości obarcza się winą za to, że inni obywatele czy przeciwnicy mogliby doprowadzić do sytuacji zagrażającej zdrowiu i życiu uczestników marszu i mieszkańców miasta. Nie ma miejsca w Polsce na podobną retorykę. Decyzja prezydenta oznacza, że to ofiary ponoszą odpowiedzialność za dyskryminację – w postaci zakazu manifestowania i organizacji pokojowego zgromadzenia. Obowiązkiem władzy publicznej jest zapewnienie bezpieczeństwa w trakcie zgromadzenia. Prezydent nie może uchylać się od obowiązków”.
Zapewne Krzysztof Żuk wydając zakaz, chciał zdjąć z siebie odpowiedzialność za ewentualne „zadymy” w mieście i przy okazji „puścić oko” do elektoratu prawicowego.
Ale wyszło zupełnie odwrotnie. Prawica skrytykowała go za to, żądając podania „prawidłowego” uzasadnienia tej decyzji i zwołuje sesje RM Lublina. Lewicowy elektorat zawiódł się na nim jako na kandydacie podszytym strachem, nie szanującym zasad wolnościowych i demokratycznych i nie dającym gwarancji stałości podejmowanych decyzji. Nie można też wykluczyć takiego scenariusza, że u podstawy decyzji prezydenta legł „gorący kartofel” podrzucony rękami zwolenników prawicy mający być prowokacją polityczną przeciwko antypisowskiej koalicji. Stąd kontrmarsz narodowców przeciwko wyznawcom równouprawnienia i zwolennikom LGBT, a także prowokacyjne wpisy na portalach społecznościowych w internecie.
Niektórzy twierdza, że termin marszu – tydzień przed wyborami – to niefortunny wybór. Tylko taka wolnościowo-równościowa demonstracja zorganizowana później nie miałaby takiego wydźwięku i nie miałaby tak dużego społecznego i propagandowego odbioru.
Prezydent Żuk zapomniał chyba wydarzeń sprzed lat, gdy zakazując warszawskiej Parady Równości, prezydent Lech Kaczyński łamał Konstytucję RP, a także Europejską Konwencję Praw Człowieka. Wypowiedział się o tym Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. I to zastanawia, czy Krzysztof Żuk, 61-letni ekonomista, polityk, były minister Skarbu Państwa, prezydent Lublina od ośmiu lat, uległ prowokacjom i przestraszył się? Czy też utracił zmysł polityczny i zdolność przewidywania konsekwencji swoich działań i doradzających mu ludzi? Najgorsze jednak to, że bez względu na to jaki wyda wyrok sąd, to organizatorzy Marszu Równości i jego prawicowi przeciwnicy, mogą nie zastosować się do jego orzeczenia. Wówczas odpowiedzialnym za to co może się wydarzyć w nadchodzącą sobotę, będzie właśnie Krzysztof Żuk, który za wszelką cenę chciał jej uniknąć.