Trzecia próba

Po raz trzeci w historii Stanów Zjednoczonych odbywa się próba usunięcia prezydenta kraju w drodze konstytucyjnego procesu zwanego impeachmentem. Po raz pierwszy miało to miejsce w 1868 r. w odniesieniu do prezydenta Andrew Johnsona. Drugi raz próbowano usunąć z Białego Domu prezydenta Billa Clintona w 1999 r.
Obie próby zakończyły się niepowodzeniem. Wszystko wskazuje, że podobnie będzie i tym razem, ponieważ decyzję o usunięciu prezydenta
ze stanowiska podejmuje Senat większością
2/3 głosów, a większość głosów w obecnym Senacie mają republikanie.

Procedurę usunięcia republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa zainicjowała zdominowana przez demokratów Izba Reprezentantów glosami 228 za i 193 przeciw. Prezydent Trump jest oskarżony po pierwsze o nadużycie władzy, po drugie o utrudnianie działań Kongresu.
Izba Reprezentantów wyznaczyła siedmiu demokratycznych oskarżycieli pod przewodnictwem kalifornijskiego kongresmana Adama Schiffa, którzy w czwartek 16 stycznia przekazali Senatowi akt oskarżenia prezydenta Trumpa z wnioskiem o usunięcie go ze stanowiska, jeżeli w Senacie znajdzie się 67 senatorów potwierdzających zarzuty wobec prezydenta Trumpa.
W Senacie odbywa się proces sądowy pod przewodnictwem Prezesa Sądu Najwyższego USA Johna Robertsa, a stu senatorów pełni rolę ławy przysięgłych. Są więc oskarżyciele i są obrońcy. Oskarżyciele z Izby Reprezentantów już przedstawili w Senacie zarzuty wobec prezydenta Trumpa głośno czytając akt oskarżenia. Urząd zwany Government Accountability Office ponadpartyjny urząd, który ocenia działalność Kongresu oświadczył 16 stycznia, że administracja Trumpa złamała prawo zawieszając wsparcie finansowe dla Ukrainy, które Kongres przeznaczył na zwiększenie bezpieczeństwa tego kraju. Trump uzależnił wypłatę pieniędzy dla Ukrainy od rozpoczęcia przez władze tego kraju dochodzenia przeciw demokracie Joe Bidenowi rywalowi Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich.
Prawo amerykańskie nie przewiduje ilu może być oskarżycieli. W procesie przeciwko prezydentowi Clintonowi w 1999 r. republikanie powołali 13 oskarżycieli. Trzech z nich zasiada dziś w Kongresie. Jeden z nich senator Lindsay Graham z Południowej Karoliny oświadczył ostatnio, że tym razem „zamiast przemawiania będę słuchał”.
W czasie rozprawy w Senacie obowiązują ściśle określone reguły zachowania zarówno senatorów jak również obywateli, którzy chcieliby odwiedzić Senat w czasie trwania procesu impeachmentu. Senatorowie obecni na sali w czasie procesu nie mogą posiadać telefonów komórkowych ani żadnych innych urządzeń elektronicznych. Nie wolno im rozmawiać z sąsiadami w ławach senatorskich. Nie wolno im czytać żadnych materiałów nie związanych z toczącym się procesem. Mają obowiązek uważnie słuchać tego co się dzieje na senackiej Sali rozprawy. Republikańska senator z Alaski Lisa Murkowski powiedziała ostatnio: „Cieszę się, że będziemy mogli siedzieć w naszych fotelach i uważnie słuchać co dzieje się na Sali”.
W czasie procesu impeachmentu wprowadzono ograniczenia w dostępie do Senatu nie tylko dla turystów, ale także dla cywilnych pracowników administracji Senatu. Pracownicy biur senatorskich otrzymają trzy wejściówki dziennie na galerię dla publiczności i jedną wejściówkę dla członka rodziny. W czasie trwania procesu w Senacie będą mogły odbywać się wycieczki zwiedzające Kapitol.
Trudno powiedzieć jak długo będzie trwała rozprawa w Senacie. Prawdopodobnie około tygodnia. Nie wiadomo również czy prezydent Donald Trump zechce pojawić się osobiście na rozprawie. Może, ale nie musi.

Usuną prezydenta USA?

W Izbie Reprezentantów USA trwa czwarta w historii Stanów Zjednoczonych próba usunięcia ze stanowiska prezydenta kraju w drodze tzw. impeachmentu, czyli oskarżenia o naruszenie konstytucji amerykańskiej.

Wszystkie poprzednie zakończyły się niepowodzeniem. Dotyczyły prezydenta Andrew Johnsona (1868 r.) prezydenta Richarda Nixona (1974 r.) i prezydenta Billa Clintona (1999 r.). Konstytucja Stanów Zjednoczonych (art. II sekcja 4) stwierdza, że prezydent, wiceprezydent i wszyscy funkcjonariusze państwowi mogą być usunięci z urzędu „w wypadku skazania w trybie impeachmentu za zdradę, przekupstwo lub inne ciężkie przestępstwa i przewinienia”. Równocześnie inny artykuł Konstytucji (art.1. sekcja 3) zastrzega, że w sprawach sądzonych w trybie impeachmentu „nie będzie można skazać na karę inną niż usunięcie z urzędu, pozbawienie prawa do zajmowania i korzystania z jakiegokolwiek urzędu honorowego, powierniczego lub odpłatnego pełnionego w imieniu Stanów Zjednoczonych”.
Procedurę usunięcia prezydenta ze stanowiska inicjuje Izba Reprezentantów uchwalając artykuły oskarżenia, ale decyzję o usunięciu prezydenta ze stanowiska podejmuje Senat większością 2/3 głosów, czyli potrzebna jest zgoda minimum 67 senatorów.
Demokraci, którzy mają obecnie większość w Izbie Reprezentantów, od pewnego czasu zastanawiali się czy mają dostatecznie silne argumenty by wszcząć procedurę impeachmentu wobec republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Izba Reprezentantów głosami 232-196, 31 października br. przyjęła rezolucję formalizującą procedurę impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Interesujące, że dwóch demokratów Jeff Van Drew z New Jersey i Collin Peterson z Minnesoty głosowali razem z republikanami. Republikańscy członkowie Izby Reprezentantów krytykowali politykę demokratów w sprawie impeachmentu Trumpa, jako niesprawiedliwą, utajnioną i sprzeczną z Konstytucją. Trump lekceważąco wyrażał się o oskarżeniach demokratów i głosił pogląd, że ułatwi mu to zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2020 r. i porównał politykę demokratów wobec niego do „lynchu”. Odmówił składania jakichkolwiek wyjaśnień w Izbie Reprezentantów i zakazał swoim współpracownikom tego samego. Ostrzegał również społeczeństwo amerykańskie, ze jeżeli zostanie postawiony w stan oskarżenia spowoduje to depresję gospodarczą w Stanach Zjednoczonych.
Prezydent Trump był oskarżony o naruszenie prawa, o naciskanie na prezydenta Ukrainy, aby oskarżył demokratę wiceprezydenta Josepha Bidena, o ingerowanie zagranicą w sprawach amerykańskich. Fakty na ten temat przekazał demokratom nie ujawniony z nazwiska informator ze struktur rządowych. Demokraci oskarżali Trumpa, że korzysta z pomocy innego państwa, w tym wypadku Ukrainy do ingerencji w amerykański proces wyborczy 2020 r. Potwierdziła to rozmowa telefoniczna Trumpa z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. 25 lipca br. Aby wywrzeć skuteczną presję na rząd ukraiński Trump czasowo wstrzymał pomoc wojskową dla Ukrainy w wysokości 391 mln. dolarów. Pomoc tą Trump przywrócił 11 września.
Trump upoważnił swego osobistego pracownika Rudy’ego Giulianiego, aby zabiegał na Ukrainie o korzystne dla Trumpa i kompromitujące dla demokratów materiały. Ambasador USA na Ukrainie Bill Taylor odpowiedzialny za promowanie interesów Waszyngtonu na Ukrainie ocenił, że zabiegi Gulianiego szkodzą interesom USA w tym kraju. Trump w tym czasie powtarzał, że „Guliani mnie reprezentuje” i domaga się od Ukraińców udzielenia mu pomocy. Guliani domagał się usunięcia ze stanowiska zawodowego dyplomaty Marie Yovanovitch, która była ambasadorem USA na Ukrainie w latach 2016-2019. Wysuwał wobec niej kłamliwe oskarżenia. Równocześnie ambasador USA przy Unii Europejskiej Gordon Sondland zapewniał Trumpa, że prezydent Ukrainy jest zależny od Stanów Zjednoczonych i będzie uległy wobec prezydenta USA.
Zanim rozpoczęły się publiczne przesłuchania w Izbie Reprezentantów, Komisja Wywiadu tej izby przesłuchiwała za zamkniętymi drzwiami różne osobistości, które miały coś do powiedzenia w sprawach polityki prezydenta Trumpa wobec Ukrainy i nie tylko wobec Ukrainy. Ambasador Bill Taylor mówił m.in, że Trump nalegał, aby prezydent Zełensky ujawnił szczegóły działalności Joe Bidena i jego syna Huntera w zarządzie ukraińskiej firmy energetycznej Burisma. Nie było jednak żadnych dowodów niewłaściwej działalności obu Bidenów na Ukrainie.
9 listopada w Waszyngtonie opublikowano 2600 stron tekstów zeznań 8 świadków przed komisją Izby Reprezentantów. Teksty te ujawniły w jaki sposób prezydent Trump usiłował skłonić władze Ukrainy do zaatakowania demokratycznych oponentów prezydenta Trumpa i wykorzystania wbrew prawu amerykańskiemu innych państw w amerykańskiej kampanii wyborczej. W sumie komisje Izby Reprezentantów przesłuchiwały za zamkniętymi drzwiami 15 świadków, którzy potwierdzili zarzuty wysuwane wobec prezydenta.
13 listopada rozpoczęły publiczne przesłuchania przed Komisją Wywiadu Izby Reprezentantów w sprawie impeachmentu prezydenta Donalda Trumpa. Były one transmitowane przez telewizję na cały kraj. Bill Taylor ponownie przedstawił dowody obciążające prezydenta Trumpa. Jako doświadczony dyplomata, absolwent Akademii Wojskowej West Point i udekorowany weteran wojny wietnamskiej przedstawił on wiarygodne argumenty obciążające Trumpa. Powiedział m.in, że w swej długoletniej karierze wojskowej i dyplomatycznej poraz pierwszy spotkał się z tak jaskrawą próbą wykorzystania przez Trumpa władzy prezydenckiej dla swych własnych politycznych korzyści.
Również zastępca podsekretarza stanu George Kent oskarżył Trumpa i jego współpracowników o to, że uzależniali pomoc wojskową dla Ukrainy od zainicjowania przez Kijów śledztwa przeciw Joe Bidenowi i jego synowi. Trump również prosił ambasadora USA w Unii Europejskiej, Gordona Sondlanola o zainteresowanie dochodzeniem Ukraińców wobec demokratycznych rywali Trumpa.
Przed komisją Izby Reprezentantów zeznawała również Marie Yovanovitch, którą Trump w zmowie z rządem Ukrainy usunął ze stanowiska ambasadora USA w Kijowie. Była ona świadkiem rozmowy telefonicznej Trumpa i Zelensky’ego i zeznała w Izbie Reprezentantów, że była „zaszokowana i przybita rozmową telefoniczną między dwoma prezydentami państw”. Demokraci uważali, że usunięcie Yovanovitch ze stanowiska ambasadora na Ukrainie wzmacnia argumenty na rzecz impeachmentu Trumpa. Trump na swoim twitterze ostro zaatakował panią ambasador, co przewodniczący Komisji Wywiadu Adam Schiff uznał za „próbę zastraszenia jej i innych świadków”.
14 listopada Nancy Pelosi zaostrzyła ataki na Trumpa oskarżając go o „przekupstwo”, kiedy uzależnił on pomoc wojskową dla Ukrainy od przeprowadzenia dochodzeń przeciw rywalom politycznym Trumpa. Pojawiają się również inne zarzuty wobec prezydenta o zastraszanie świadków, o łapówkarstwo i liczne kłamstwa.
Toczące się przesłuchania w sprawie impeachmentu prezydenta Trumpa nie widomo jak długo będą trwały i nie ma pewności czym się zakończą. Jeżeli Izba Reprezentantów wystąpi z aktem oskarżenia wobec Trumpa to jest raczej mało prawdopodobne, że prezydent zostanie usunięty ze stanowiska. Aby udowodnić, że Trump jest winny stawianych mu zarzutów, demokraci będą musieli przekonać społeczeństwo, że w sprawowaniu swej funkcji prezydenta popełnił nie tylko ponad 120 tysięcy udowodnionych mu bledów, ale przede wszystkim miał korupcyjne zamiary, kiedy polecił dyplomatom amerykańskim aby współpracowali z Gulianim w jego kontaktach z Zełenskym. W chwili obecnej, około połowy ankietowanych Amerykanów popiera procedurę impeachmentu wobec Trumpa, a ok. 45% jest temu przeciwnych. Również demokraci w Kongresie publicznie głoszą, że Trump zasługuje na impeachment. Prywatnie natomiast wyrażają wątpliwości.
Ostateczną decyzję w sprawie oskarżenia Trumpa podejmować będzie Senat, w którym większość posiadają republikanie i którzy stanowczo bronią swego republikańskiego prezydenta. Pojawiają się nawet głosy w Stanach Zjednoczonych, że ataki demokratów na Trumpa mogą wzmocnić jego pozycję w wyborach w listopadzie 2020 r. Jak zmienny i nieprzewidywalny jest Donald Trump świadczy fakt, że w ostatni weekend oświadczył na twitterze, że gotów jest „silnie rozważyć” sugestię Nancy Pelosi, by zeznawać w śledztwie Izby Reprezentantów w sprawie impeachmentu jego osoby.

Gwóźdź do Trumpa

To nowe otwarcie w głośnej sprawie nacisków, jakie miał wywierać prezydent Trump na swojego ukraińskiego odpowiednika, by ten wszczął śledztwo dotyczące Bidenów.

Chodzi o zapis rozmowy, której wyciek wywołał w USA skandal i wszczęcie procedury impeachmentu Trumpa.
Pisze o tym „The Wall Street Journal” powołując się na informacje, które miał rezydentowi Białego Domu przekazać ambasador USA przy Unii Europejskiej Gordon Sondland. Według gazety ambasador twierdził, że prezydent Ukrainy Zelenski został „przekonany” co do konieczności wszczęcia wspomnianego śledztwa, a wniosek ten ma wynikać z maili, które są w posiadaniu dziennikarzy pisma.
Sondalnd we wspomnianych mailach pisze do ministrów energetyki i dyrektora administracji prezydenta Trumpa, że ukraiński prezydent jest gotów potwierdzić wszczęcie śledztwa i obiecuje, że będzie ono maksymalnie transparentne.
Jeżeli informacje gazety potwierdzą się, to ambasador Sondland stanie z pewnością przed deputowanymi do Izby Reprezentantów i będzie musiał odpowiedzieć na ich pytania, dotyczące nacisków Trumpa na Zelenskiego. Przypomnimy, że Trump w rozmowie telefonicznej miał grozić niedwuznacznie ukraińskiemu prezydentowi, że od tego czy zostanie wszczęte śledztwo przeciwko konkurentowi Trumpa na najbliższych wyborach prezydenckich i jego synowi, zależeć będzie dalsza pomoc wojskowa dla ukraińskiej armii.
Trump zaprzecza, by w jakikolwiek sposób naciskał na Zelenskiego. Maile Sondlanda mogą być jednak poważnym argumentem, który posłuży demokratom do uwiarygodnieni konieczności impeachmentu Donalda Trumpa.

Warszawski bunt

Działacze warszawskiego SLD zażądali odwołania z funkcji przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego. Generalnie twierdzą, że Czarzasty powinien ponieść polityczną odpowiedzialność za słaby wynik SLD w wyborach samorządowych, co ich zdaniem powinno oznaczać rezygnację z funkcji przewodniczącego.
Opozycjoniści domagają się również szybkiego zwołania konwencji SLD, która określi kierunki działań i zarządzi wybory nowego przewodniczącego. W innej uchwale opowiedzieli się za szeroką koalicją prodemokratyczną w wyborach parlamentarnych.
Natomiast za słaby wynik w wyborach w Warszawie również winią Włodzimierza Czarzastego, bo ten nie dał im zgody na kandydowanie w ramach Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście można zadać pytanie czy nie jest to wynikiem ogólnej słabości i małej aktywności SLD w Warszawie. Wybory samorządowe dla warszawskiego SLD były chyba pewnym problemem organizacyjnym, a może i politycznym. Dość powiedzieć, że SLD nie wystawiło własnej listy do Rady Dzielnicy w jednej z największych dzielnic Warszawy – na Ursynowie.
Ale cuda się zdarzają. SLD nie poszło na listach Koalicji Obywatelskiej razem z Platformą Obywatelską i Nowoczesną, ale za to przewodniczący SLD na Targówku na swoim Facebooku przedstawił „reprezentację SLD w Radzie Dzielnicy Targówek” w składzie: Jadwiga Ciastek i Witold Harasim. Oboje kandydowali z listy KKW Platforma, Nowoczesna Koalicja Obywatelska, przy czym Harasim miał drugie miejsce na liście wyborczej KO – co można interpretować w ten sposób, że SLD ma silne wpływy w KO, ale można też odwrotnie. Jak z powyższego widać władza i wpływy Czarzastego w Warszawie nie są zbyt duże. Powyższa sytuacja w Warszawie oznacza jakościową zmianę na lewicy, a nawet w całej polityce w Polsce. Do tej pory było tak, że to SLD (a wcześniej SdRP) narzucało pewne kanony we wszelakich akcjach wyborczych. To na początku lat 90. wokół SdRP skupiła się lewicowa koalicja partii politycznych, stowarzyszeń i związków zawodowych, licząca blisko trzydzieści podmiotów, która utworzyła koalicję wyborczą pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej. W 1999 roku Leszek Miller przekształcił blok wyborczy w jednolitą partię polityczną pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej, ale nie cała lewica się w tej partii znalazła, bo stowarzyszenia czy związki zawodowe zachowały swoją osobowość prawną. I tak jak poprzednio wokół SdRP, tak od 1999 roku to wokół SLD powstawały lewicowe bloki wyborcze: w 1999 koalicja SLD – Unia Pracy (ale z udziałem SD, PLD, KPEiR). W wyborach w 2005 r. z listy SLD kandydowali członkowie OPZZ, Unii Lewicy III RP i Ruchu Odrodzenia Gospodarczego. Przed wyborami samorządowymi w 2006 r. z udziałem SLD, Partii Demokratycznej – demokraci.pl, Socjaldemokracji Polskiej i Unii Pracy powstała koalicja Porozumienie Lewicy i Demokratów – Wspólna Polska. Po dobrym wyniku wyborczym tej koalicji postanowiono ną kontynuować w wyborach parlamentarnych w 2007 r, pod nazwą Lewica i Demokraci. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. reaktywowano koalicję SLD-UP. W wyborach samorządowych w 2010 r. SLD uczestniczyło pod własną nazwą, ale na skutek zawartych porozumień wyborczych z list SLD kandydowali członkowie OPZZ, UP, Partii Kobiet, Partii Region ów i Zielonych 2004. Podobnie w wyborach parlamentarnych w październiku 2011 r, SLD brało udział pod własną nazwą, a na jego listach wyborczych znaleźli się przedstawiciele związków zawodowych i licznych partii lewicowych. W 2014 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego kandydatów wystawił Koalicyjny Komitet Wyborczy SLD – UP. Natomiast w tym samym roku, przed wyborami europejskimi powstał komitet wyborczy SLD Lewica Razem, w jego skład weszły jeszcze UP i KPiER, natomiast na listach SLD-LR znaleźli się przedstawiciele związków zawodowych i wielu partii i organizacji lewicowych. W kolejnych wyborach – parlamentarnych w 2015 r. – SLD wraz z UP, Twoim Ruchem, Zielonymi i PPS utworzył koalicję Zjednoczona Lewica, która uzyskała 7,55 proc. głosów, czyli nie przekroczyła progu wyborczego dla koalicji i nie uzyskała żadnych mandatów. Natomiast przed wyborami samorządowymi w 2018 r. SLD odtworzyło koalicję SLD – Lewica Razem, jak zwykle z szerokim udziałem organizacji koalicyjnych.
No i tak wróciliśmy do sprawy SLD Warszawa versus Włodzimierz Czarzasty. Jak widać z powyższego wyliczenia tworzonych przez SdRP, a później SLD komitetów i koalicji, SLD zawsze działało ofensywnie, tworząc własne komitety wyborcze, dopraszając do nich potencjalnych koalicjantów, co dawało w miarę sprawne koalicje lewicowe wyborcze, odwołujące się różnych środowisk społecznych (emeryci, renciści, związkowcy, działkowcy itd.) posiadających własne zaplecze organizacyjne, co sumując się dawało duży zasięg wpływów społecznych i mobilność organizacyjną. Na tym tle „sprawa warszawska” to prawdziwy ewenement. Po raz pierwszy to nie SLD zapraszało na swoje listy, a wpraszało się na cudze (a w wypadku Targówka nawet skutecznie wprosiło).
Można to oczywiście rozpatrywać w kategoriach skuteczność versus pryncypialność. Czyli pryncypialny Czarzasty chce iść na wybory pod własną nazwą, nawet jeśli lokalni działacze mają świadomość, że taki udział w wyborach nie przyniesie dobrych skutków w postaci oczekiwanych mandatów radnych i możliwości rzeczywistego wpływu na życie dzielnicy, miasta, województwa. To ważny argument.
Z drugiej zaś strony można się zapytać co to jest partia polityczna i do czego służy. No to partia polityczna to narzędzi w walce o zdobycie władzy i jej utrzymanie. Podszywanie się pod inną strukturę, inną partię ma tzw, „krótkie nóżki”. Bo albo ci, którzy dostaną mandaty „powrócą do macierzy” – jak ci radni z Targówka – albo zostaną w partii, z list której startowali. Jedno i drugie jest moim zdaniem nieuczciwe – w pierwszym przypadku oszukują wyborców partii, z list której kandydują, w drugim oszukiwali i oszukują własną partię. Bardzo toksyczna sytuacja.
No cóż, polityczna droga SLD w ostatnich dziesięcioleciach – od lidera do outsidera – rodzi różne dziwne pomysłu.

Pułapka na Żuka

Lublin stał się słynny na cała Polską i resztę świata. Z powodu zakazu dla Marszu Równości środowisk LGBT zaplanowanego na najbliższą sobotę 13 października.

 

Powodem wydania zakazu była planowana na ten sam dzień kontrmanifestacja środowisk narodowych, która miałaby zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców. Dodatkowo zakazujący marszu prezydent miasta Krzysztof Żuk powołał się na opinię policji, z której ma wynikać, że planowany jest przyjazd na marsz dużej grupy osób, która może doprowadzić do zakłócenia zgromadzenia. Na to lubelski komendant miejski policji insp. Mariusz Dudzik zadeklarował, że policja jest w stanie pełnej gotowości. Żuk ponadto zawiadomił również policję o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osoby – przeciwników Marszu Równości – którzy mieli w internecie umieścić rzekomo wpis: „może dałoby radę pokierować zboków na Majdanek”. Wpis został opatrzony zdjęciem pieca krematoryjnego.
Wobec tych faktów prezydent Żuk, powołując się na art. 14 prawa o zgromadzeniach, podjął we wtorek, 9 bm. decyzję o zakazie Marszu Równości. A także o zakazie kontrmanifestacji narodowców. Oczywiście decyzje te rozpętały burzę wśród zwolenników jak i przeciwników Marszu Równości. Całej sprawie dodaje pikanterii fakt, że radni PiS ucieszyli się najpierw z tej decyzji a potem skrytykowali Żuka. Za to, że w uzasadnieniu jej powołał się tylko za argumentem bezpieczeństwa, a nie powołał się na obrazę uczuć religijnych oraz „nieobyczajne zachowanie” uczestników marszu. Ponadto sprzeciwili się argumentacji, że prezydent dostrzegł zagrożenie płynące ze strony kontrmanifestacji narodowców, a nie ze strony popierających marsz. I w związku z tym zwołali na 12 października nadzwyczajną sesję Rady Miejskiej Lublina.
Organizatorzy Marszu Równości odwołali się w środę o zakazującej decyzji do sądu okręgowego twierdząc, że „decyzja prezydenta Żuka nie ma podstaw prawnych, i że to nie oni stanowią niebezpieczeństwo dla mieszkańców”. Jednocześnie zapowiedzieli, że jeśli nie dostaną zgody na marsz, to: „i tak zaproszą wszystkich chętnych na sobotni spacer”.
Sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie Zofia Homa uznała w środę argumenty decyzji prezydenta Żuka, tym samym podtrzymała ją w mocy. Uzasadniając ją stwierdziła, „że w razie eskalacji ewentualnego konfliktu mogliby ucierpieć nie tylko uczestnicy manifestacji, ale przebywający wówczas w Lublinie turyści. Dodała również, że w obu przypadkach ( Marszu Równości i Manifestacji Narodowców ) wyznaczono zbyt mało osób pełniących rolę służby porządkowej oraz przyjęto zbyt małą liczbę uczestników”. Od tego orzeczenia przysługuje zainteresowanym stronom zażalenie do sądu apelacyjnego, który musi rozstrzygnąć kwestię, w ciągu 24 godzin, najpóźniej do piątku.
I tak oto prezydent Krzysztof Żuk, starający się o reelekcję, popierany przez lubelską Koalicję Obywatelską, w skład której wchodzą Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe oraz inne stowarzyszenia i inicjatywy stał się przyczyną wrzenia środowisk wolnościowych i demokratycznych.
Żuk, lider lubelskiej PO, wystraszył się – jak twierdzą mieszkańcy – żądań PiS oraz ich zwolenników, którzy ostro przeciwstawiają się idei marszu. I jeszcze zwołują nadzwyczajną sesje Rady Miejskiej aby na niej wyrazić swoją dezaprobatę dla tej inicjatywy.
Lublin i Lubelszczyzna jest bardzo homofobicznym regionem. Homofobii „uczeni” jesteśmy wszędzie gdzie tylko się da, twierdzą przedstawiciele LGBT. Wielu z nich uważa, że dominacja PiS w regionie sprawia, iż Lubelszczyzna jest ostoją średniowiecznych stosunków feudalnych. I lubelski marsz miał być okazją do demonstracji zmiany tego stanu. Miał też być dobrym pretekstem do zaprezentowania kandydatów do samorządu wywodzących się ze wszystkich środowisk demokratycznych i wolnościowych, w tym samego prezydenta Żuka. Zapowiedzieli w nim udział m.in. posłanka Joanna Mucha z PO oraz inni politycy, którzy wspierają takie ruchy.
Zarząd Miejski SLD w miniony piątek podjął stanowisko w sprawie Marszu Równości, w którym czytamy m.in., „że sprzeciwia się kampanii nienawiści, pogardy, kłamstw i wykluczania prowadzonej przeciwko organizatorom Marszu Równości w Lublinie oraz przeciwko osobom, które mają zamiar wziąć udział w tym wydarzeniu. Prawo publicznego wyrażania swoich poglądów jest zagwarantowane wszystkim obywatelom przez Konstytucję RP”.
Jednak po wtorkowym oświadczeniu Żuka o zakazie marszu, nikt z władz partii nie zabrał publicznie głosu i nie odżegnał się od tej decyzji i poprzestali jedynie na zamieszczonym w Internecie stanowisku.
Dziwi to zwłaszcza, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar w odpowiedzi na ten zakaz, stwierdził: „Argumentacja zgodnie, z którą marsz mógłby naruszyć bezpieczeństwo lub stanowić zagrożenie, jest w całości chybiona. To klasyczny przykład sytuacji, w której organizatorów Marszu Równości obarcza się winą za to, że inni obywatele czy przeciwnicy mogliby doprowadzić do sytuacji zagrażającej zdrowiu i życiu uczestników marszu i mieszkańców miasta. Nie ma miejsca w Polsce na podobną retorykę. Decyzja prezydenta oznacza, że to ofiary ponoszą odpowiedzialność za dyskryminację – w postaci zakazu manifestowania i organizacji pokojowego zgromadzenia. Obowiązkiem władzy publicznej jest zapewnienie bezpieczeństwa w trakcie zgromadzenia. Prezydent nie może uchylać się od obowiązków”.
Zapewne Krzysztof Żuk wydając zakaz, chciał zdjąć z siebie odpowiedzialność za ewentualne „zadymy” w mieście i przy okazji „puścić oko” do elektoratu prawicowego.
Ale wyszło zupełnie odwrotnie. Prawica skrytykowała go za to, żądając podania „prawidłowego” uzasadnienia tej decyzji i zwołuje sesje RM Lublina. Lewicowy elektorat zawiódł się na nim jako na kandydacie podszytym strachem, nie szanującym zasad wolnościowych i demokratycznych i nie dającym gwarancji stałości podejmowanych decyzji. Nie można też wykluczyć takiego scenariusza, że u podstawy decyzji prezydenta legł „gorący kartofel” podrzucony rękami zwolenników prawicy mający być prowokacją polityczną przeciwko antypisowskiej koalicji. Stąd kontrmarsz narodowców przeciwko wyznawcom równouprawnienia i zwolennikom LGBT, a także prowokacyjne wpisy na portalach społecznościowych w internecie.
Niektórzy twierdza, że termin marszu – tydzień przed wyborami – to niefortunny wybór. Tylko taka wolnościowo-równościowa demonstracja zorganizowana później nie miałaby takiego wydźwięku i nie miałaby tak dużego społecznego i propagandowego odbioru.
Prezydent Żuk zapomniał chyba wydarzeń sprzed lat, gdy zakazując warszawskiej Parady Równości, prezydent Lech Kaczyński łamał Konstytucję RP, a także Europejską Konwencję Praw Człowieka. Wypowiedział się o tym Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. I to zastanawia, czy Krzysztof Żuk, 61-letni ekonomista, polityk, były minister Skarbu Państwa, prezydent Lublina od ośmiu lat, uległ prowokacjom i przestraszył się? Czy też utracił zmysł polityczny i zdolność przewidywania konsekwencji swoich działań i doradzających mu ludzi? Najgorsze jednak to, że bez względu na to jaki wyda wyrok sąd, to organizatorzy Marszu Równości i jego prawicowi przeciwnicy, mogą nie zastosować się do jego orzeczenia. Wówczas odpowiedzialnym za to co może się wydarzyć w nadchodzącą sobotę, będzie właśnie Krzysztof Żuk, który za wszelką cenę chciał jej uniknąć.