Ciuchy i jakość

Zrób próbę ognia. Dowiesz się wtedy, co naprawdę kupiłeś.

Koszule czy swetry były z innych materiałów niż wynikało z etykiet, ręczniki „nie trzymały” wymiarów, a obrusy plamoodporne okazały się nieodporne na olej.
Takie są wyniki kontroli przeprowadzanych w latach 2017 i 2018 przez Inspekcję Handlową, która sprawdziła ponad 5 tys. partii ubrań dla dzieci i dorosłych, ręczników, strojów kąpielowych, odzieży sportowej, obrusów. Kontrole odbywały się głównie w sklepach, ale także u producentów i importerów oraz w hurtowniach.

Akrylowy len

Inspektorzy mieli zastrzeżenia do ponad 30 proc. wyrobów, co oznacza, że prawie co trzeci skontrolowany produkt włókienniczy był złej jakości lub miał niewłaściwe oznakowanie. W 2017 r. Inspekcja Handlowa zakwestionowała 31,8 proc. z nich, a w ubiegłym 31,5 proc. Jest więc pewien postęp, ale minimalny. Najgorzej wypadły wyroby sprawdzane w laboratorium – czyli takie, które już na wstępnym kontroli budziły wątpliwości, więc kierowano je na bardziej specjalistyczne badania.
Na etapie laboratoryjnym eksperci sprawdzali, czy skład surowcowy jest zgodny z informacjami na metce, czy tkaniny mają deklarowane przez producenta właściwości, a także czy zgadzają się ich wymiary. W zeszłym roku testu nie przeszło 37,2 proc. badanych produktów, a najwięcej zastrzeżeń (44,3 proc.) wzbudziła konfekcja dla dorosłych. To i tak znaczna poprawa w stosunku do 2017 r., gdy eksperci z laboratorium wykryli nieprawidłowości aż w 53,4 proc. sprawdzanych produktach.
Na przykład, sweter damski miał być w 100 proc. zrobiony z lnu, a okazało się, że jest w nim 78,7 proc. akrylu i 31,3 proc. poliestru. Koszula męska miała być w 100 proc. uszyta z bawełny, a było w niej 61,4 proc. poliestru i tylko 38,6 proc. bawełny. Obrusów „plamoodpornych” nie można było wyczyścić z oleju rzepakowego.
W tych ubraniach, które nie trafiły do laboratorium, zastrzeżenia wzbudziły wystające nitki czy krzywe szwy. Kontrolerzy zauważyli też niewłaściwe oznakowania. Najczęściej chodziło o nieprawidłowe nazwy włókien na etykietach albo błędne informacje o składzie surowcowym. Zakwestionowane wyroby zostały wycofane z obrotu lub zwrócone producentom, którzy otrzymali informację dotyczącą stwierdzonych nieprawidłowości.

Zanim rzucimy na stos

Inspekcja Handlowa radzi, że przy zakupie odzieży trzeba się zapoznać z jej metką. Tam powinny być informacje o surowcu, z którego wykonano ubranie. Dowiemy się dzięki nim, czy rzeczywiście mamy do czynienia z bawełną, czy może z włóknem sztucznym – o ile oczywiście będą to informacje prawdziwe. „Jeśli masz wątpliwości, możesz przeprowadzić w domu próbę palenia” – zaleca Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Chodzi tu o przybliżenie naszego ubrania do wolnego ognia. Mówiąc w skrócie, bawełna i len wtedy się zapalą, jedwab naturalny i wełna będą się tlić i kurczyć, natomiast nylon i poliester zostaną stopione. W wyniku próby palenia wprawdzie stracimy ubranie, ale zyskamy coś nader cennego, czyli prawdę.
Jeśli się zaś okaże, że ta prawda jest sprzeczna z tym, co napisano na metce, to będziemy mogli liczyć także i na zwrot pieniędzy wydanych na ubranie, kupowane przez nas jako bawełniane czy wełniane, które przy próbie ognia ujawniło się jako poliestrowe.
Zanim jednak sporządzimy stosik, na który rzucimy zakupiony ciuch, koniecznie trzeba go najpierw przymierzyć. Może wtedy zawczasu się rozmyślimy i nie trzeba będzie niczego podpalać. Rzecz w tym, że w świetle polskich przepisów, nie ma jednego sposobu określania wielkości ubrań. W majestacie prawa może się zatem okazać, iż rozmiar „M” u jednego producenta to „S” u innego, i na odwrót.
Trzeba to sprawdzić jeszcze przed zakupem, bo w sklepie stacjonarnym nie zawsze można oddać lub wymienić pełnowartościowy towar, tylko dlatego, że jest za mały, za duży czy źle leży. Zależy to od dobrej woli sprzedawcy. Inaczej jest, gdy kupuje się przez internet – wtedy klient ma 14 dni na zrezygnowanie z zakupu.
Wreszcie, zawsze należy zwracać uwagę na cenę. Jeśli ta na etykiecie różni się od tej, którą wymieni kasjerka, to klient ma prawo wybrać niższą cenę. W praktyce, sprzedawcy w Polsce zwykle się na to nie godzą, więc upartemu klientowi zostaje tylko rezygnacja z zakupu.

Czy te ceny mogą kłamać

Z niezrozumiałych powodów od pewnego czasu mamy ponoć w Polsce niespotykanie tanie ciuchy.

 

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że przez ostatnie 13 lat detaliczne ceny odzieży i obuwia spadły w Polsce o połowę. Jednak biorąc pod uwagę trendy w innych krajach czy rosnące koszty importu, tak silne obniżki byłyby praktycznie niemożliwe.
Niewielki spadek cen odzieży czy obuwia w Unii Europejskiej od 2005 r. może być efektem mniejszych obostrzeń celnych, rosnącej konkurencji i przenoszenia produkcji tam, gdzie jej koszty są najmniejsze. W większych krajach może także wynikać z efektu skali, gdzie jednostkowe koszty pracy, transportu czy wynajmu powierzchni handlowej mogą być niższe ze względu na dużą ilość sprzedanego towaru.

 

Spadki, których nie było

W rezultacie, patrząc na dane Eurostatu, nie jest poważnym zaskoczeniem, że średnie ceny obuwia i odzieży od 2005 r. spadły w Unii o ok. 7 proc. Zaskakiwać może natomiast fakt, że wśród unijnych krajów największą obniżką w tej kategorii wyróżnia się Polska. Jeszcze większe zaskoczenie wywołuje skala zjawiska. Nad Wisłą ceny odzieży i obuwia wyrażone w złotych zmniejszyły się o 49,1 proc. w ciągu 13 lat.
Wiele wskazuje jednak na to, że faktyczne spadki cen dla konsumentów były wielokrotnie mniejsze niż podaje Eurostat na podstawie badań GUS – ocenia Cinkciarz.pl. Możliwe nawet, że w ogóle ich nie było.
Ponieważ gospodarka polska ma znacznie krótszą historię wolnego rynku niż większość państw rozwiniętych, problemy pojawiające się u nas wystąpiły już zwykle w innych krajach. Nie inaczej jest w kontekście cen.
W 2010 r. brytyjskie Biuro Statystyki Narodowej (ONS) zmieniło metodologię zbierania danych statystycznych z kategorii: odzież i obuwie. Była to reakcja na fakt, że w latach 1997-2009 średnie ceny tych produktów spadły o 50 proc. (czyli dokładnie tyle, ile w Polsce) – chociaż ceny importu odzieży i obuwia utrzymywały się na mniej więcej stałym poziomie przez badane 12 lat, a inflacja w strefie euro, bliskiej geograficznie i rozwojowo Wielkiej Brytanii, w tej kategorii produktów nawet była powyżej zera.
Całe zagadnienie dość trafnie przedstawia raport o inflacji z 2011 r. , przygotowany przez Bank Anglii (BoE). Odzież i obuwie to silnie sezonowe produkty, co powoduje, że detaliści stosunkowo szybko chcą się ich pozbyć i obniżają mocno ceny, w porównaniu do debiutu kolekcji. To powoduje, że po upływie zaledwie kilku miesięcy para butów czy też sukienka mogą kosztować o kilkadziesiąt procent mniej, niż na początku sezonu. Spadki cen oczywiście powodują niższą lub nawet ujemną inflację w tym samym segmencie towarów.
Efekt wyprzedaży powinien jednak po roku ustąpić, gdyby sukienka z przyszłorocznej kolekcji była traktowana jako analogiczna do tej z wyprzedaży. Jeżeli jednak jest ona uznana jako całkowicie nowy produkt ze względu na inny krój, długość, materiał itp., wtedy okres wzrostu ceny nie występuje, a jedynie powtarza się sekwencja sezonowego spadku.

 

Z błędnymi założeniami

W Wielkiej Brytanii ONS skorygował nieprawidłowe zbieranie danych. Przykładowa sukienka, nawet jeśli się różni od zeszłorocznej, jest traktowana jako analogiczny, a nie całkowicie nowy produkt. Spowodowało to natychmiastowe zatrzymanie nienaturalnego trendu spadkowego cen butów i ubrań na Wyspach, a od 2010 roku obserwuje się ich niewielkie wzrosty.
Nad Wisła natomiast wiele sugeruje, że GUS trzyma się nieprawidłowych założeń. Przede wszystkim wskazuje na to utrzymujący od kilkunastu lat stały spadek detalicznych cen odzieży i obuwia o ok. 5 proc. każdego roku, który jest praktycznie niewrażliwy na koniunkturę czy kurs walutowy. Po drugie, podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii ceny importu samej odzieży wcale nie spadają. Przez ostatnie 10 lat wzrosły one u nas o ponad 30 proc. (dane z roczników statystycznych handlu zagranicznego i bazy wiedzy GUS).
Innym zastanawiającym elementem jest też informacja, że Polacy wydają dziś na odzież i obuwie taki sam odsetek swojego domowego budżetu co kilkanaście lat temu – około 5 proc.
Biorąc pod uwagę, że dochody Polaków wzrosły od 2005 r. ponad dwukrotnie, gdyby nastąpiłby raportowany przez GUS tak silny spadek cen z tej kategorii, to udział odzieży i obuwia w koszyku wydatkowym statystycznego Polaka powinien się zmniejszyć (większy udział pojawiłby się prawdopodobnie w “hotelach i restauracjach”, “zdrowiu” czy “rekreacji i kulturze”) – zauważa Cinkciarz.pl. To jednak nie nastąpiło, co utwierdza w przekonaniu, że ceny odzieży i obuwia faktycznie nie spadły.
Kolejnym argumentem jest fakt, że wszystkie z kilkunastu produktów i usług dostępnych w publicznej bazie GUS, które nie mają charakteru sezonowego, wyraźnie zdrożały . Np. koszula męska z elanobawełny w 2005 r. kosztowała 79,26 zł, a teraz już 103 zł. Podobnie jest z płaszczem damskim z tkaniny z udziałem wełny, który podrożał z 600,49 zł w 2005 r. do 682 zł w 2017 r. Z kolei w przypadku spodni dżinsowych dla dziecka w wieku 6-11 lat, cena w analogicznym okresie wzrosła z 60 do 67,18 zł.
Ponadto, od 2005 r. w przedziale 40-50 proc. zdrożało pranie chemiczne, a także męskie, damskie i dziecięce półbuty skórzane, damskie kozaki oraz podzelowanie męskiego obuwia.

 

Brak miejsca na wątpliwości

Inflacja to bardzo ważny wskaźnik w gospodarce. Służy między innymi do waloryzacji rent i emerytur. Zagraniczny kapitał jest niezwykle wrażliwy na jakiekolwiek wątpliwości dotyczące inflacji, gdyż szybszy od raportowanego wzrost cen może zmieniać opłacalność danej inwestycji.
Niedoszacowanie ogólnego poziomu inflacji w Polsce, wynikające z odnotowywanego przez GUS corocznego spadku cen odzieży i obuwia o 5 proc. może wynosić ok. 0,25 pkt proc. każdego roku. Niby niewiele, ale oznacza to, że chodzi o mniej więcej 12 proc. całkowitego wzrostu cen raportowanego przez GUS w ciągu 13 lat. Dodatkowo, kategoria odzież i obuwie wchodzi do ważnej dla polityki monetarnej inflacji bazowej.
Rozwiązanie wątpliwości dotyczących cen tych produktów pozwoli utrzymać nieposzlakowaną opinię GUS w kolejnych latach i zmniejszy ryzyko głębszej wpadki prognostycznej.