Przypadek Zofii Piszczyk

Niechcący, z winy złego nastroju sąsiada, dotknęliśmy kwestii rzeczywistych ofiar polskiej transformacji: robotników b. PGR-ów, robotników w ogóle, lokatorów prywatnych mieszkań i pałacowych oficyn, chorych i ich opiekunów… etc.

Poprzestańmy na tych pierwszych, znanych szerokiej publiczności z pogardliwych reportaży „GWyborczej” i obrzydliwego filmu „Arizona”.
Jak napisał prof. Kubicki, „PGR-y musiały być zlikwidowane”, bo bracia-Amerykanie tak sobie życzyli, a ich życzenie tak dla Tadeusza Mazowieckiego (władza wykonawcza) jak i Adama Michnika (żarliwa, długoletnia propaganda nowego ustroju) tuż po 1989 rokiem było rozkazem. Na marginesie… Żeby tak otwarcie to nazywać?
Podobno losu robotników b. PGR-ów nikt wcześniej nie zauważył. Nieprawda. Zauważyli np. głodowo opłacani dziennikarze prasy terenowej, w tym „Panoramy Leszczyńskiej”. W niej to, robiąc w latach 90-tych, cotygodniowy przegląd prasy, znalazłam maleńką notatkę o samobójczej śmierci robotnicy co dopiero zamkniętego na kłódkę (dosłownie) PGR-u za Wschową (Leszczyńskie). Pojechałam tam, a reportaż stamtąd przechowuję do dziś.

Nazywała się Zofia Piszczyk, była po 40-tce, miała wykształcenie podstawowe, pracowała fizycznie w PGR-e, mieszkała w, izolowanym od wsi, bloku z wielkiej płyty. W domu były: stara pralka „Frania”, równie stara lodówka nie na chodzie, wersalka, szafa, kilka krzeseł i stół. To był jej cały majątek. Nie miała ani męża ani dzieci, pracowała na 2,3 zmiany. Pewnej nocy z zakładu wywieziono wszystkie maszyny i „zwierzostan”, po czym wczesnym rankiem jakiś tęgi mężczyzna zawiesił na bramie kłódkę. I zamknął ją na klucz. Zebranym oznajmił, że PGR został zlikwidowany, a co oni, robotnicy teraz z sobą zrobią, to ich sprawa. Mogą się zgłosić do „pomocy” albo do „biura pracy”.

Biura mieściły się w miasteczku, oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów, autobus już wtedy jeździł rzadko, bilet kosztował drogo. Gdy dotarli do owych „biur” zaproponowano im „kuroniówkę” i szukanie pracy „u chłopa”. W końcu świniom rzucać żarcie do koryta umieli i gnój spod krów wymiatać – także.

Kłopot był w tym, że już w czasie powstawania PGR-ów konflikt miedzy „chłopami” (nędzne gospodarki, studnie i „sławojki”) a „pegerusami” z dnia na dzień stawał się coraz silniejszy – „pegerusy dostawały mieszkania w blokach, z bieżącą wodą i kanalizacją oraz pensję co miesiąc, „chłopy” – nie. I to była owego konfliktu – oś. Teraz nadszedł długo oczekiwany moment rewanżu. Za kolonie dla dzieci z PGR-ów i tę bieżącą wodę w kranach. „Pegerusów”, powszechnie opisywanych jako złodziei, pijaków nikt zatrudniać na wsi nie chciał.

Jedynym wyjściem była emigracja (jeden z moich sąsiadów, z całą rodziną, pojechał aż do Hiszpanii i tam sobie dał radę). Albo – rozkradanie resztek po-PGR-owskiego majątku. Albo – pijaństwo (na wsiach pojawił się tani spirytus, w sklepach wiejskich – słynna „alpaga”).

Zofia Piszczyk nie miała tyle odwagi, aby szukać roboty gdzieś w Niemczech, ba, nie wiedziała nawet jak się za to zabrać, podobno bała się kraść, zatem, gdy skończyło się „kupowanie na zeszyt”, wzięła z piwnicy sznurek, oplotła nim klamkę i samozadzierzgnęła się. Co, jak wiadomo, jest najokrutniejszą formą zadania sobie śmierci z rozpaczy.

Chodząc po jej mieszkaniu – nie czułam nic.

Dotykając jej taniego kuchennego fartucha – nie czułam nic.

Próbując zapytać miejscowego proboszcza, dlaczego – gdy sąsiedzi nie byli w stanie zebrać żądanej sumy za pochówek – odmówił wielkopańsko poprowadzenia pogrzebu – nie czułam nic.

Mijając jego śnieżnobiałego, kilkuletniego „mercedesa” wystawionego przez plebanią – także nie czułam nic.

Ale gdy stanęłam nad jej niczym nie osłoniętą mogiłą, na której leżały jedynie kwiaty zebrane po łąkach, bo na nic innego tych „pegerusów” nie było stać – poczułam.
I nadal czuję.
Wstyd.
Gniew.
Potrzebę zemsty.

Minęły lata i ofiary zaczynają o sobie przypominać, burząc raz na zawsze narrację o dobrej, a nieuchronnej transformacji, o szlachetnych „solidarnościowcach” i bezradnych „komuchach”, co to, „chcieli, a nie mogli…”.

Bezrobotna z Łodzi, która w chwili, gdy komornik forsował jej drzwi, powiesiła się na haku wbitym w futrynę pokoju, w którym spał jej syn (ideologia „mieszkania jako towaru”, „potrzeby uporządkowania gospodarki mieszkaniowej”, „konieczność uwolnienia czynszów” – Barbara Blida).

Starzy małżonkowie, z których on był ciężko i nieuleczalnie chory, a ona jego jedynym opiekunem, co to razem się otruli, bo nie wiedzieli skąd zdobyć pieniądze na przeżycie w czasach, gdy „pomoc” nie pomagała ludziom osiągającym dochód powyżej 375 złotych (ideologia „charytatywności” i brak jakiejkolwiek pomocy materialnej dla opiekunów, gdy byli „jedynie”, z konieczności niepracującymi małżonkami ciężko chorych – czasy PO-PSL)

17-letnia Marta, córka alkoholika, której wydawało się, że jest w ciąży i z rozpaczy rzuciła się z okna bloku przy ul. Keplera w Poznaniu (ideologia bezwzględnej „ochrony płodu” i nieuświadamiania młodzieży w kwestiach seksualnych, w warunkach całkowitego braku pomocy dla owych „mart”)
Ofiary naszego wiecznego, nigdy niewysyconego polskiego okrucieństwa wobec nas samych.