Dobry Polak, choć Ruski Recenzja

„Nigdy w Polsce nie zrozumiecie jak bardzo tęskniliśmy za Polską. Stawialiśmy ją na ołtarzu, idealizowaliśmy. Chroniliśmy naszą polskość niczym błonę dziewiczą. I codziennie marzyliśmy, abyśmy mogli do tej polskiej macierzy przyjechać.”

 

To początek opowieści polskiej dziennikarki z Wilna. Władającej polskim, litewskim, rosyjskim i angielskim językiem. Urodzonej na radzieckiej wtedy Litwie, ale w polskiej społeczności.
Jednak kiedy w 1991 roku po raz pierwszy przyjechała do Polski, to poczuła się tu obcą. Co z tego, ze mówiła przepiękną polszczyzną, skoro miała, i nadal ma, wileński akcent. I choć mówi jak kiedyś Adam Mickiewicz, to mieszkańcy Polski zaklasyfikowali ją jako „ruską”.
„Tutaj, w tej waszej Polsce”, mówiła potem z nutą goryczy, „kobieta uznana za „ruską” ma dwie propozycje pracy. Jeśli ocenią ja jako brzydka, to zaproponują sprzątanie. Jeśli uznają za ładną to zaproponują pracę w agencji towarzyskiej. Innych ofert nie usłyszysz”.
Pewnie dlatego, nie wyemigrowała do swej „wytęsknionej” Polski. Wolała być Polką na Litwie niż „ruską” w Polsce. A kiedy Litwa i Polska wstąpiły do Unii Europejskiej została także obywatelką wspólnej Europy. Kolejnej unii polsko – litewskiej.

 

Polacy bez Polski

W 1921 roku, po ukształtowaniu się granic II Rzeczpospolitej, za jej wschodnimi rubieżami pozostało około 2 milionów Polaków. Ilu było naprawdę nigdy się nie dowiemy. Zresztą wielu z nich miało by dzisiaj kłopoty, gdyby zechcieli zdać egzamin na Kartę Polaka. Urzędowo potwierdzić swa polskość.
I trudno się temu dziwić. Tamci Polacy, ich rodzice i dziadkowie, urodzili się i wychowali już w państwie rosyjskim. A tam od połowy XIX wieku byli intensywnie rusyfikowani. Także po powstaniu II Rzeczpospolitej kilkaset tysięcy Polaków mieszkało w niepodległych republikach bałtyckich. Estonii, Łotwie i Litwie. Najlepsze warunki mieli w Łotwie. Najgorzej na Litwie, bo do 1938 roku relacje między Litwą a II Rzeczpospolitą przypominały obecne Korei Północnej i Południowej.
Najwięcej Polaków, ponad milion, zamieszkiwało Związek Radziecki. Początkowo władze ZSRR realizowały leninowskie zasady praw każdego narodu do własnego języka i kultury. Powstały dwa autonomiczne, administracyjnych polskie regiony na Ukrainie i Białorusi. Patronami ich byli wybitni twórcy ZSRR polskiego pochodzenia. Julian Marchlewski i Feliks Dzierżyński.
Wraz z umacnianiem się władzy Józefa Stalina i unifikacją ZSRR autonomię takich okręgów stopniowo ograniczano. Miejsce radzieckiego „Multi kulti” zajmował zunifikowany naród radziecki. Wyrosły z tradycji wielkorosyjskiej, imperialnej kultury.
W 1936 roku polskie województwa zostały zlikwidowane. Pod hasłem „oczyszczenia” przygranicznych terenów ZSRR z „polsko-niemieckiego elementu nacjonalistycznego”. Większość zamieszkałej tam ludności, nie tylko Polaków, wysiedlono do Kazachstanu. Ilu Polaków wtedy tam wywieziono, ilu zmarło po drodze, znów trudno precyzyjnie oszacować.
Może było ich 70 tysięcy a może 120 tysięcy.
Mieszkający wtedy w ZSRR Polacy identyfikowali się z polskością dlatego, że ich przodkowie byli Polakami. Bo mieli polsko brzmiące imiona i nazwiska. Bo uważali się za katolików, choć zwykle nie mieli już możliwości kultywowania swej wiary. Bo kultywowali dawne, polskie tradycje, zachowania. Ubierali się jak na Polaka przystało. Czuli się Polakami, chociaż przestawali już mówić po polsku, nawet w domach rodzinnych. Byli obywatelami ZSRR. Zatem po zakończeniu II wojny światowej nie mogli skorzystać z prawa do repatriacji do nowej Polski Ludowej.
Według spisu powszechnego w 1989 roku w Kazachstanie zamieszkiwało 169 narodowości. Kazachów było 6.5 miliona. Rosjan niewielu mniej, bo 6,2 milionów. Rosjanie rządzili krajem, zajmowali zwykle kierownicze stanowiska. Polską narodowość zadeklarowało jedynie 60 tysięcy spisanych. Tych najodważniejszych, bo wtedy za polskość więcej mogło być kłopotów niż profitów.

 

Nacjonalizm wasz i nasz

Po powstaniu niepodległego Kazachstanu w 1991 roku rozpoczęła się „kazachizacja”. Wymiana elit. Odgórną rozłożono na lata, oddolna przebiegała żywiołowo. Rosjanie tracili dobrą pracę. Często dostawali od Kazachów propozycje kupna ich domów. Nierzadko ultymatywne. Decyzje wyjazdów Rosjan przyśpieszały pożary ich samochodów, podpalanych przez „nieznanych sprawców”.
Ofiarami takiej „kazachizacji” padali także Ukraińcy, Polacy, Finowie. Bo byli rosyjsko podobni. Wielu z nich nie miało gdzie wyjechać. Często ich przodkowie mieszkali w Kazachstanie już w czasach rosyjskiego imperium. Nie mieli rodzin zagranicą, nawet w Rosji i na Ukrainie. Najłatwiej było Niemcom. Od 1993 roku władze Republiki Federalnej Niemiec rozpoczęły systematyczną repatriację wszystkich poczuwających się do niemieckości.
Niemieckość łatwo można było dowieść, bo język niemiecki był w radzieckim Kazachstanie powszechnie uczony w szkołach, a społeczność niemiecka dobrze zorganizowana. W efekcie takiej akcji niemieckiego rządu wyjechało z Kazachstanu ponad 900 tysięcy obywateli. Głodny siły roboczej, rosnący gospodarczo RFN przyjmował bez oporów także małżonków niemieckich repatriantów niezależnie od ich pochodzenia narodowego. Niemiecki obywatelstwo przyznawano osobom, które potrafiły odpowiedzieć po niemiecku na kilka podstawowych pytań. Decydowała przydatność na rynku pracy.
Rządząca III i IV Rzeczpospolitej polska prawica zawsze miała pełne gęby patriotycznych frazesów. O biednych, uciśnionych Polakach mieszkających na Wschodzie. O samotnych babciach z Kazachstanu, które ocaliły polskość pomimo „sowieckiego terroru”. O konieczności naprawy dziejowych krzywd im wyrządzonych narodowi polskiemu.
W praktyce przez ponad dwadzieścia lat repatriacji Polakom z Kazachstanu nie ułatwiono. Blokował po cichu repatriację polski kościół katolicki. Kardynał Glemp uważał ją za szkodliwą dla interesów kościoła katolickiego na Wschodzie. Bo pozbawiała kościoła tamtejszych wiernych. Groziła wymieraniem parafii katolickich.
Nie było też ekonomicznego parcia polskiej gospodarki na pozyskiwanie emigrantów. To z III Rzeczpospolitej wyjeżdżali emigranci w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia. Przyjęta za rządów prawicowego AWS w 2000 roku ustawa o repatriacji Polaków zamieszkujących państwa byłego ZSRR zrzucała odpowiedzialność za jej realizację na władze gminne. W Polsce jest około 2,5 tysiąca gmin. Przyjęto zatem założenie, że gdyby każda z nich zaprosiła przynajmniej 3 – 5 polskich rodzin to problem mógłby zostać rozwiązywany.

 

Patriotyczna bieda

Ale w Polsce gminy nie dysponują mieszkaniami, które mogłyby przekazać repatriantom, poza kolejką oczekujących na nie mieszkańców tychże gmin. Jeśli gdzieś takie wolne mieszkania były, to zwykle w miejscach gdzie nie było pracy. W Niemczech od początku lat sześćdziesiątych trwa ściąganie zagranicznych emigrantów do pracy. Istnieje tam sprawdzony w praktyce system adoptowania ich. Integrowania zawodowego i społecznego.
Jak było i jest repatriantom z Kazachstanu w niepodległej Polsce, możecie przeczytać w niedawno wydanej, znakomitej książce Jerzego Danilewicza. Zbiorze relacji Polaków, którzy pomimo przeszkód zdecydowali się na repatriację z Kazachstanu do naszego kraju.
Pod tytułem „Witajcie w Polsce. Powroty rodaków z Kazachstanu”.
I z gorzką dedykacją „Obcym wśród swoich”.
Bo poczucie obcości nadal jest najczęściej obecne wśród rozmówców Jerzego Danilewicza. Polacy mieszkający w Kazachstanie żyli tam zwykle dostatnio, ale czuli się tam obco. Nie czuli się jak u siebie, bo zawsze czuli się Polakami.
W Polsce często klepią biedę, bo wychowani w radzieckiej gospodarce nie potrafią znaleźć swego miejsca w tej polskiej. Egoistycznej, liberalnej. W wyścigu szczurów, w powszechnym wyzysku, zwłaszcza ludzi uznanych za obcych.
Cóż z tego, że repatrianci z Kazachstanu czują się Polakami, skoro przez tutejszych Polaków zwykle uważani są za „ruskich” . Czyli ludzi gorszych. Bo mówią ze wschodnim akcentem, bo kultywują nieznane już tutaj zwyczaje. Bo mają, jakże pogardzaną w obecnej Polsce, mentalność radziecką. Są dla wielu miejscowych żywymi reliktami „homo sovieticusów”.
Ale decyzji przyjazdu do Polski repatrianci publicznie nie żałują. Zwłaszcza ci, którzy przyjechali tu z dziećmi. Bo dzieci zwykle już wyemigrowały do Niemiec i tam nareszcie czuja się już swojo. Zwłaszcza wśród dzieci niemieckich emigrantów z Kazachstanu.
Jest też szczęśliwa grupa Polaków z Kazachstanu, która osiedliła się w Oziersku. W miasteczku leżącym w enklawie kaliningradzkiej. Mają tam rosyjskie obywatelstwa, rosyjskie emerytury i dobre warunki do życia w poniemieckich gospodarstwach.
Jeszcze trzy lata temu łatwo mogli jeździć do ukochanej Polski, bo była umowa o małym ruchu granicznym. Ale rządzący PiS zawiesił jej obowiązywanie i tak ograniczył Polakom wjazd do Ojczyzny.
Tacy to z PiS patrioci.

 

Jerzy Danilewicz. „Witajcie w Polsce. Powroty Rodaków z Kazachstanu”. Muza SA. 2018, str. 368, ISBN: 978-83-287-0783-2.

Drogi ku niepodległości

Prowadzili nas nimi przez czas zaborów, w zmartwychwstałym państwie, w okresie okupacji, wreszcie znowu w Polsce – nasi nauczyciele, profesorzy, wychowawcy.

 

11 listopada prawie wszystko odbędzie się, jak zwykle, czyli sporo maszerującego wojska, przemówienie prezydenta, składanie wieńców i tłum widzów. Tradycyjnie Święto Niepodległości sprowadzane jest od lat tylko do czynów i czasów walki zbrojnej, z pominięciem wszystkich pozostałych wysiłków Polaków na przestrzeni lat, którzy różnie, ale bardzo wymiernie, utrwalali marzenie o niepodległym państwie, a wyzwolony kraj odbudowywali i tworzyli bardziej dostatnim. Na honorowej trybunie i w pierwszym szeregu maszerujących zabraknie nauczycieli, którym należne są czołowe miejsca w paradzie niepodległości.

 

Maria i Antoni

z odmiennych stron ówczesnych, podzielonych ziem polskich, podążali ku wymarzonej Polsce. Ona, urodzona na kowieńskiej Litwie z rodzinnego domu wyniosła wspomnienia o dziadku, który w Powstaniu Styczniowym walczył o Polskę, a z nauk rodziców i starszego rodzeństwa znajomość ojczystego języka, bowiem w szkole uczono tylko po rosyjsku. On, z Galicji, będącej w pewnej mierze substytutem Polski, swojego pierwszego patriotycznego czynu dokonał rozbijając kałamarz pełen atramentu o portret Najjaśniejszego Pana, a później kradnąc, stacjonującym podczas Wielkiej Wojny Kozakom, nieupilnowaną pikę.
Gdy wybuchła Polska i stała się realnością, przepojeni wielkimi nadziejami na przyszłość i szukając swego aktywnego miejsca w dorosłym życiu, odnaleźli je w przyszłym nauczycielskim zawodzie. Ona ukończyła naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Żeńskim im. Królowej Jadwigi w Wilnie, on, w byłym cesarsko-królewskim, Seminarium Nauczycielskim Męskim im. Jana Długosza w Starym Sączu. Pierwszą pracę podjęła na Wileńszczyźnie, on, nie znajdując zatrudnienia w Małopolsce, wyjechał w jej poszukiwaniu na Kresy Wschodnie.

 

Podstawowymi problemami

odrodzonego państwa, poza formalnym zjednoczeniem ziem polskich, była organizacja i ujednolicenie administracji, systemu prawa, finansów i podatków, a w równie ważnym stopniu oświaty. Wtedy w Polsce, wśród osób powyżej 10 lat 33% stanowili analfabeci, nauczaniem początkowym było objętych w województwach wschodnich tylko 35% dzieci, które na wsiach uczęszczały do szkół z jednym lub dwoma nauczycielami.

 

Żyli i pracowali

w niewyobrażalnie trudnych dziś do pojęcia warunkach: w chłopskiej izbie paliła się naftowa lampa, zimą woda zamarzała w stojącym w pomieszczeniu wiadrze, naukę odbywały połączone klasy w wynajętym od gospodarza pomieszczeniu – czasem bywała to tylko szkoła jednoklasowa. Zaniedbane i często zawszone dzieci przychodziły bez butów, wkoło bieda i nędza, widniejące nadal zniszczenia wojenne, niektórzy ludzie z braku domów mieszkali jeszcze w ziemiankach. Maria uczyła litewską, białoruską i polską dzieciarnię, u Antoniego w piątek do szkoły nie przychodziły dzieci Tatarów, w sobotę Żydów, a w niedzielę katolików i prawosławnych.
Należało przetrwać to wszystko co najgorsze z nadzieją na lepsze czasy, uczyć dzieci nie tylko czytać i pisać, ale i Polski tak dla nich czasem nieznanej, dalekiej, często obcej, bo wielu na pytanie „Kto ty jesteś ?” odpowiadało, że tutejszy. Należało zachować poważanie, godność, ale i moc przedstawiciela państwa polskiego, co na tych ziemiach oznaczało, że Antoni posiadał służbową broń, konieczną w czasach powojennego bandytyzmu i bezprawia, którą później polecono nosić schowaną. I należało także uczyć się i nadal doskonalić w zawodzie, by zdać praktyczny egzamin, potem otrzymać „Dekret ustalenia” na stałego nauczyciela publicznych szkół powszechnych. Ale nie tylko, bowiem w tamtym czasie nauczyciele uczyli się także nowopowstałej Polski na organizowanych, w okresie wakacji, licznych kursach dokształcających, połączonych ze zwiedzaniem historycznych miejsc, również polskiego wybrzeża i polskich Tatr.

 

W 1905 roku

powołano Związek Nauczycieli Ludowych, oczekujący od swoich członków „dokładania wszelkich starań, aby nauczać dzieci języka polskiego i w duchu polskim”. Zwołany w 1919 r. Ogólnopolski Zjazd Nauczycielski – w atmosferze demokratycznych reform tamtego czasu – opowiedział się za jednolitą i bezpłatną szkołą powszechną i wprowadzeniem 7-letniego obowiązku szkolnego. W 1930 powstał jednolity Związek Nauczycielstwa Polskiego, któremu już w tamtym okresie zarzucano lewicowość i krytycyzm ówczesnego stanu oświaty.

 

Radykalizacja

poglądów społecznych, ale i politycznych, następowała poprzez konfrontację z każdym kolejnym dniem. Kiedy na święta Maria przyjeżdżała do Wilna i szła na nabożeństwo, to doznania nauczycielskiej codzienności nakładały się na obecne w Katedrze bogactwo lejące się złotem i przepychem. I właśnie wtedy zaczęła rodzić się i umacniać refleksja o niesprawiedliwym świecie, o pięknych słowach i zaprzeczających im czynom. Antoni poglądy społeczne wyniósł z rodzinnego, kolejarskiego domu, bowiem liczni wokół należeli do Polskiej Partii Socjalistycznej, a robotnicze instytucje opieki i kultury były tam powszechne.
1 września po pierwszej lekcji, bo dopiero wtedy dotarła wiadomość, Maria powiedziała dzieciom, aby poszły do domu i nie wracały, bo rozpoczęła się wojna. Nastał czas zsyłek na Syberię, udziału w tajnym nauczaniu, współpracy z polskim ruchem oporu, wreszcie udziału Antoniego w akcji „Ostra Brama” w lipcu 1944 roku.

 

Straty osobowe

Polski w czasie II wojny światowej oszacowało ogółem na ok. 6 mln, zginęło 33% nauczycieli szkół niższego szczebla. Ginęli w działaniach wojennych, w obozach zagłady, w rezultacie pacyfikacji, egzekucji i likwidacji gett, w więzieniach, obozach, wskutek epidemii, wycieńczenia, złego obchodzenia, na skutek doznanych ran, okaleczeń, nadmiernej pracy. Walczyli wszędzie: we Wrześniu, na Zachodzie i Wschodzie, w podziemiu i powstaniach, prowadząc tajne konspiracyjne nauczanie.

 

Pociąg złożony z węglarek

– kolejny transport repatriacyjny – wlókł się niemiłosiernie wolno, a granicę przekroczył gdzieś przed Białymstokiem. Patrzyli oboje w zamyśleniu na wschód, ziemię, którą żegnali na zawsze, a jechali w nieznane, do nowej Polski i na nowe zachodnie ziemie.
W małym podsudeckim miasteczku Antoni został kierownikiem punktu etapowego Państwowego Urzędu Repatriacyjnego; wysiedlał Niemców, na których czekały transporty na kolejowej bocznicy, i osadzał na gospodarstwach i w mieszkaniach przybywających tu Polaków z za Buga i centralnej Polski. Nabyta w szkole znajomość niemieckiego, łącznie ze szwabachą, znalazła zastosowanie. Był działaczem miejscowej PPS i kierownikiem szkoły rolniczej, a Maria nauczycielką w szkole powszechnej. Uczyli nowej Polski, zdecydowanie bliższej ich poglądom na sprawiedliwy świat.

 

Poderżnięcie gardła

Antoniemu obiecywał, gdy wróci, wysiedlany Hans, a histeria rozpoczętej zimnej wojny, wraz z nadejściem czasu stalinizmu zaważyła na ich powrocie do rodzinnego miasta Antoniego. Maria uczyła tu rzesze analfabetów, a do końca swej zawodowej drogi, języka rosyjskiego, nabytego w carskiej szkole. On ukochanej historii, geografii i biologii. Pasja społecznika skierowała go do Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, w którym organizował i wygłaszał dla okolicznych rolników pogadanki o najnowszych metodach gospodarowania i uprawy ziemi.
Już oboje na emeryturze, chętnie i często uczestniczyli w licznych imprezach organizowanych przez miejscowe ognisko ZNP, które skutecznie oparło się konkurencyjnej, nauczycielskiej Solidarności.

 

Pamięć,

szacunek, najgłębsze uznanie dla tysięcy nauczycieli – pionierów polskości na Kresach Wschodnich i Ziemiach Zachodnich, żołnierzy i wychowawców pokoleń, organizatorów życia społecznego i politycznego w dziejach naszego kraju – nie odnajdą się niestety w listopadowych obchodach niepodległości.