Oko smoka

Kolejny fragment pierwszego tomu trylogii „Zabij pożyczonym mieczem” o perypetiach światowego szpiegostwa.

Zaczęły się seanse przesłuchań Caagana Bee, poprzedzone długimi rozmowami z psychologami, usiłującymi nakłonić go do większej otwartości i zaufania. To ostatnie wzmogło się po tym, gdy Nieczajew przyniósł mu, na piśmie, co już samo w sobie było wyjątkowe, zapewnienie ze strony szefa wywiadu, że w razie pełnej współpracy i dostarczenia, w miarę możliwości, materialnych dowodów współpracy z chińskimi służbami, może liczyć nie tylko na nadzwyczajne złagodzenie kary, ale nawet na pełne uniewinnienie. W miarę tego, jak psychologowie rozkładali go na czynniki pierwsze, rósł dorobek śledczych. Nie stosowali żadnej presji fizycznej, unikali też zbyt silnego nacisku psychicznego, chociaż wykorzystywali stan emocjonalny szamana i swego rodzaju pułapki w dziedzinie sfery osobistej.
Pewnego dnia, Caagan Bee złożył ofertę.

  • Mam w Chinach żonę i dziecko, zaledwie dwuletniego chłopczyka, o którym więcej słyszałem, nie mając z nim bezpośrednich kontaktów, co nie przeszkadza temu, że bardzo go kocham, Jeśli postaracie się ich stamtąd wyciągnąć. gotów jestem doprowadzić operatorów SWR do dokumentów. Będą jednoznacznie wskazywały na chińskie sprawstwo w organizacji ataku na Centrum.
    To oświadczenie przyszło mu z wyraźnym trudem. Śledczy natomiast zrozumieli, że owe dowody były niedaleko wprawdzie, ale po chińskiej stronie granicy.
  • Gdy Er Bu Qingbao bu przerzucało mnie z Urumczi przez miasto Altay na rosyjską stronę, żebym zrobił rozeznanie terenu przed atakiem i znalazł ewentualnych sojuszników pośród nielicznych, ale jednak obecnych tu Tuwińców, popełnili pewien błąd. Bardzo im zależało na tym, żeby akcja się udała. Młodemu oficerowi, który z Urumczi wysłał mnie na tę misję, chyba najbardziej. Jej powodzenie dawało mu szansę na szybszy awans i przeniesienie z tej zabitej dechami prowincji. Kiedyś była ona sercem zagłębia naftowego, a teraz dogorywała w otoczeniu nieprzyjaznych Ujgurów – szaman zamyślił się nad czymś.
  • Zdawałem sobie sprawę, że jest to wyprawa skrajnie ryzykowna – kontynuował. – Jeśli nie zatrzymaliby mnie wasi pogranicznicy, to w powrotnej drodze mogli mnie zastrzelić chińscy. Wymogłem na tym kapitanie glejt, który w razie pojmania dawał mi, po okazaniu go chińskim żołnierzom, gwarancję zachowania życia. Dał mi ten kwit i to na druku używanym przez jego firmę. Nie omieszkał mi przypomnieć, że życie mojej żony zależy od mojej lojalności – szaman zrobił przerwę dla nabrania oddechu.
  • Gdy wracałem z okolic Zmeinogorska i znów przekraczałem granicę, musieli mnie zauważyć wasi. Byli pewnie daleko, bo zaczęli strzelać niecelnie. Wtedy mnie olśniło. Mam jedyną szansę w swoim rodzaju – glejt, poświadczający, że stoi za mną wywiad Sztabu Generalnego Armii Chińskiej. To się nie powtórzy. Wywiady, nie tylko chiński, nie wydają swoim operatorom w terenie legitymacji. Biegłem ścieżką w dół górskiej stromizny, po piargu. Osunąłem się kilkanaście metrów. Zatrzymał mnie rosochaty kosodrzew, pod którym było parę metrów prawie pionowej ściany, a później zaczynała się ostra pochyłość, którą można było zejść do pobliskiej kotliny. Miałem przy sobie foliową torebkę z papierowymi chusteczkami do nosa. Może się wam to wydać śmieszne, ale w tym dramatycznym momencie rozumowałem tak: to kiedyś może być gwarancja wobec władz chińskich istnienia mojego i mojej rodziny. Tego nie będą się mogli wyprzeć. Głupie, prawda? – Caagan potoczył wzrokiem po śledczych, jakby szukając u nich potwierdzenia lub zaprzeczenia dla swoich słów.
  • Włożyłem glejt do foliowej torebki, wsunąłem do jamy pod korzeniami krzewu, przyłożyłem sporym kamieniem. Nie bójcie się, zapamiętałem to miejsce na całe życie. Zresztą to trasa, po której do was przerzucano nie tylko mnie. Chińczycy musieli słyszeć strzały i to stanowiło dla mnie alibi, nawet bez glejtu. Przecież starałem się nielegalnie, nielegalnie dla was, dotrzeć na teren Chin. To nawet głupiemu dowódcy patrolu dałoby do myślenia i zanim wpakowałby mi kulę w łeb, co w zbuntowanym okręgu Sinciang nie było nowością, pewnie zawiadomiłby Urumczi.
  • Dalej wszystko potoczyło się jak w dobrze wyreżyserowanym filmie = kontynuował po chwili przerwy. – Dopadł mnie patrol chiński. Słyszeli strzały waszych. Usłyszeli moje tłumaczenia i prośbę o kontakt z ekspozyturą wywiadu w Urumczi. Prewencyjnie mnie zdrowo obili, ale wywołali mojego oficera. Przyjechał. Zameldowałem mu powodzenie misji, czyli rozeznanie podejść do obiektu ataku i nawiązanie kontaktów z miejscowymi. Zażądał zwrotu glejtu. Powiedziałem, że uciekając przed Rosjanami spanikowałem i zawieruszyłem go. Zresztą, było to prawie bliskie prawdy. Machał mi przed nosem pistoletem, obiecywał zabić, ale w końcu, grożąc konsekwencjami dla bliskich w razie gdybym komukolwiek powiedział o szczegółach misji, darował mi życie. Niewiele ryzykował, bo w razie czego mógł się wszystkiego wyprzeć. Tym bardziej, że zapewniłem go, iż nikomu nie zamierzam opowiadać szczegółów mojego powrotu z misji „z tarczą”. I tak rzeczywiście postanowiłem. Pierwszymi, którym wspominam o jej przebiegu, jesteście wy…
    Caagan Bee musiał zrobić dłuższą przerwę, gdyż bardzo osłabł po ta długim monologu. Widać zresztą było, że miotają nim przeróżne emocje. Śledczy też zrobili sobie zatem przerwę na kawę i kontakt z szefami. Do rozmowy wrócono po blisko godzinie.
  • Tego oficera spotkałem przypadkiem nieco później w ośrodku szkoleniowym pod Pekinem, gdzie przechodziłem kurs sabotażu. Zrobił karierę, także dzięki mnie. Był już majorem. Udaliśmy, że się nie znamy.
    Śledczy słuchali w milczeniu.
  • No i czego się po nas spodziewasz? – zapytał jeden z nich, gdy zrozumieli, że szaman skończył swoją opowieść.
  • Tego, że za ten przesądzający dowód uratujecie moją rodzinę.
  • A jaką rolę widzisz dla siebie?
  • Nie rozumiecie? Jestem gotów poprowadzić was na drugą stronę. Jak coś pójdzie nie tak, zlikwidujecie mnie. Ale rodzinę uratujcie. Życie za życie.
    Śledczy przerwali przesłuchanie.
  • Musimy poznać zdanie przełożonych, a to może trochę potrwać.
  • Jasne. Byle nie za długo – odpowiedział Caagan Bee.
    Gdy w Jasieniewie dostali informację o rewelacjach Caagana, poszła ona natychmiast na najwyższy, wąski i ściśle tajny rozdzielnik. Kierownictwo zastanawiało się, czy ma sens podejmowanie tak ryzykownych, podchodzących pod łamanie prawa międzynarodowego decyzji. Byłaby to nielegalna ingerencja na terytorium chińskim, bo przecież nie poproszą Pekinu o zgodę na wejście rosyjskich specjalsów na obszar Chin. Potencjalna misja była w takim samym stopniu obarczona możliwymi negatywnymi konsekwencjami, w jakim mogła przynieść znaczne polityczne a nawet geopolityczne, w szerokim rozumieniu tego słowa, korzyści.
    Wreszcie generał Naryszkin zdecydował:
  • Realizujemy. Jeśli się uda, to możemy się zastanowić nad podjęciem gry wywiadowczej z Chińczykami. Z nami nie pójdzie im tak łatwo jak z Amerykanami, za dobrze się znamy. Pozwolimy im medialnie poszaleć, niech wytoczą ciężkie działa świadczące o ich niewinności. Równocześnie stworzymy im okazję do uzyskania dowodów na to, że Caagan Bee żyje i możemy przeciwstawić ich słowom świadectwo organizatora najazdu na Centrum. Wtedy zacznie się bal. Będą próbowali go zlikwidować. A w końcówce tej afery pewnie uda się nam wyciągnąć jego rodzinę z matni. Tak, żeby nikt nie mógł powiedzieć złego słowa o przewrotnych, niedotrzymujących słowa Moskalach. Mam już cały scenariusz w głowie, do was, panowie, należy dopracowanie szczegółów. Pamiętajcie, że to właśnie w nich czai się diabeł. Jakby co, to wy pójdziecie do piekła – uśmiechając się zakończył tyradę wygłoszoną do swoich dwóch zastępców.
  • Jeśli to ma służyć ojczyźnie, to nie żal zejść do piekieł – poważnie odpowiedział mu ten od spraw operacyjnych.

Był przejmujący ziąb. Piątka mężczyzn, których wcześniej podrzucił do podnóży gór helikopter, miała już w nogach kilkanaście kilometrów, zaliczonych w terenie, w którym normalny człowiek powinien paść po kilku. W dodatku siły natury sprzysięgły się przeciw nim. Wiało, lało i od czasu do czasu grzmiało. Nie w następstwie piorunów lecz osuwisk kamienistego gruntu. Każdy krok do przodu był teraz na wagę istnienia.

  • Nie można sobie wyobrazić lepszych warunków. Wprawdzie nasi mają rozkaz niczego nie zauważać, ale przy takiej pogodzie, gdy nawet psa byłoby żal wypędzić na dwór, chińscy pogranicznicy, ci zjadacze psów, zostaną pod dachem – cieszył się dowodzący grupą.
  • Masz rację, Wania, nie ma tego złego… – powiedział jeden z jego podwładnych o pokiereszowanej, twardej twarzy, świadczącej nie tylko o tym, że wiele przeżył, ale też, że nie zadrży mu ręka, gdy będzie trzeba przedłużyć to życie za cenę likwidacji innego.
    Jednak jego wojskowa, mimo ciężkiego ekwipunku wyprostowana na baczność sylwetka mówiła też o czym dodatkowym. Sygnalizowała, że jeśli dostanie taki rozkaz, to pójdzie w ogień. Podobnie wyglądali dwaj pozostali operatorzy „Wympieła”. Wyraźnie odstawał od nich i wyglądem, i formą, piąty członek tej grupy. Nie miał żadnego bagażu, szedł ubrany w grubą, ale lekką i ciepłą kurtkę kamuflażową. Duże gogle osłaniały oczy przed smagającym twarz wichrem. Kaptur, zaciągnięty silnie wokół policzków, zostawiał małą przestrzeń dla ust i nosa. Nawet sprawny obserwator nie rozpoznałby w tym mężczyźnie szamana, którego jeszcze niedawno poszukiwały służby specjalne kilku światowych mocarstw.
    Mi-8 wysadził ich na podejściu pod masyw Chüjten orgil, niezbyt daleko na zachód od tego szczytu. Za plecami zostawili na zachodzie Grzbiet Północnoczujski, byli już głęboko na południe od rosyjskiej miejscowości Bieliaszy i kierowali się mniej więcej w rejon jeziora Alekule w Sinciangu i źródła rzeki, wpadającej do niego z lodowców Ałtaju położonych na nieodległych szczytach. Musieli przedrzeć się przez grzbiet pasma górskiego wyznaczającego granicę między Rosją a Chinami. Nie mieli zamiaru zapuszczać się dalej, w tereny gęściej zamieszkałe, w pobliże miasta Altay i słonego jeziora Ulungur Hu, skąd było już rzut beretem do rozwidlenia szos przelotowych G-216 i G-217 oraz do Urumczi, z którym łączyły się traumatyczne wspomnienia Caagana Bee.
    Po pokonaniu tego naturalnego zabezpieczenia granicy musieli przejść zboczem na stronę chińską jeszcze jakiś kilometr, nie więcej, tak przynajmniej zapewniał szaman, którego eskortowali. Nie ukrywał jednak, że ten odcinek będzie wyjątkowo ciężki. Czekały ich tylko piargi i odcinki pionowych ścianek skalnych między niewielkimi półkami, na których można było oprzeć podeszwy uzbrojonych w raki butów, śladowa roślinność podobna do kosodrzewiny, za której iglaste gałęzie można się było w krytycznym momencie złapać. Na tym między innymi, na rzadkości występujących tu iglaków, Caagan opierał swe nadzieje na rozpoznanie schowka z dokumentem wydanym nieopatrznie przez funkcjonariusza Er Bu Qingbao bu. Było jeszcze jedno niebezpieczeństwo, którego nie wymieniali, by nie zapeszyć. Mimo wszystko, bez względu na fatalną pogodę, mogli się natknąć na chińskich pograniczników, tutaj, w buntowniczym, muzułmańskim regionie Sinciangu, szczególnie czujnych. Podlegli MBP mieli szerokie uprawnienia i na ogół najpierw strzelali, a potem pytali o dane personalne, jeśli było jeszcze wtedy kogo o to pytać. Spotkania z miejscowymi, chociaż było wysoce nieprawdopodobne, nie obawiali się. Tutejsza ludność w większości patrzyła na przedstawicieli administracji, a szczególnie armii chińskiej, jak Tybetańczycy: jak na okupantów, a w najlepszym przypadku prześladowców. Tak, że nie śpieszyliby się z meldowaniem o stwierdzeniu obecności grupy pięciu nieznanych mężczyzn w okolicy. Jedynym, który dążył do spotkania z chińskim patrolem, był Wania, ale nie zdradzał się z tym pragnieniem wobec towarzyszy wyprawy.
    Doszli już do grzebienia łańcucha górskiego, po drugiej stronie którego zaczynały się włości Państwa Środka. Zaczęli ostrożnie schodzić stromym zboczem, które niebawem zmieniło się w tor przeszkód z pionowymi ściankami. Ich stromizny, choć krótkie, kazały im wstrzymywać dech, który odzyskiwali tylko, gdy stopy odnajdywały oparcie na wąskiej półce, a przynajmniej jedna dłoń wczepiała się pewnie palcami, obciągniętymi materią rękawic, w szczeliny między głazami.
  • Gdzie to jest, gdzie? – Caagan Bee nie zdawał sobie sprawy, że myśli na głos.
  • Lepiej by było, gdybyś sobie przypomniał – z czymś w rodzaju groźby w tonie swych słów odreagował podwładny Wani.
    Mimo świetnej kondycji psychofizycznej, efektu morderczych ćwiczeń, mieli już serdecznie dość tej eskapady. Krótkie karabinki, ukryte pod kurtkami, ciężkie plecaki, komplety magazynków zapasowych przy pasach nie ułatwiały marszu.
  • O, to tam! – szaman wskazał na rozłożysty krzew, rosnący jakieś dwa metry pod nimi.
    Deszcz ze śniegiem zaczął go już oblepiać, ale był jeszcze dobrze rozpoznawalny. Zsunęli się w dół. Szaman zamarł, zdjął gogle, widać było, że intensywnie myśli. Niepewnie zbliżył rękę do jedynego wśród kamiennej drobnicy, dużego odłamka skalnego u stóp iglaka. Odsunął go z trudem na bok.
  • Jest! – krzyknął po chwili, widząc w głębi jamy, ukrywającej się za głazem, małą, zwiniętą torebkę z plastikowej folii, takiej, w jaką pakuje się jednorazowe chusteczki do nosa, W środku było coś, co przypominało równie zmiętą kartkę papieru.
    Szybko wsunął znalezisko do kieszeni, zapinając ją na rzepy.
  • Wracamy – zwrócił się do Wani, który z ociąganiem powtórzył to swoim ludziom rozkazującym tonem.
    Wszyscy na nie czekali i mogło się wydawać, że dodało im to skrzydeł, tak szybko pięli się w górę. Wtem w skałę obok nich uderzył pocisk, krzesząc iskry. Kolejny – podobnie. Trzeciemu towarzyszyło soczyste przekleństwo jednego z Rosjan, któremu kula zawadziła o ramię. Mieli wprawdzie pod bluzami kevlarowe kamizelki kuloodporne, a pod czapkami z włóczki kevlarowe, półokrągłe hełmy, ale ramiona mieli nieosłonięte, tyle, że okryte materiałem kurtek.
  • Nic takiego, to tylko otarcie – dziarsko zaraportował ranny. Wania zbliżył się do Caagana i ściągnął mu z głowy kaptur, wraz z kuloodporną osłoną.
  • Co robisz?! – zaprotestował szaman.
  • Milcz i w górę, jeśli ci życie miłe – warknął Wania.
    Po kilku minutach przeskoczyli wąską ścieżkę, wiodącą grzbietem góry, by po chwili znaleźć się po jej przeciwnej, rosyjskiej stronie.
  • Co ci przyszło do głowy?! – żachnął się Caagan, spoglądając na Wanię.
  • Wybacz, tak było w scenariuszu.
  • Co? Zwariowałeś? Przecież nie jesteśmy na planie filmowym.
  • No nie wiem… Ale wiem, że ty grasz swą życiową rolę.
  • Odwal się, palancie.
  • No, gdyby nie to, że masz wrócić żywy, to bym ci pomógł szybko znaleźć się na dole.
    Caagan spojrzał w przepaść i opuścił go bojowy nastrój.
  • Wytłumaczysz wreszcie o co chodzi?
  • Nie wiem, czy zrozumiesz moje zachowanie, ale spróbuję ci to wyjaśnić. Chińczycy mają zwyczaj dokumentować swe interwencje. Używają niezłego sprzętu fotooptycznego i elektronicznego. Dostałem rozkaz, żeby – gdyby nadarzyła się okazja – pokazać im ciebie. Żeby doszło do nich, że żyjesz, albo to twój brat bliźniak, którego nie masz.
  • Masz rację. Nie rozumiem, ale jeśli ma to służyć spełnieniu waszych obietnic i pomóc moim bliskim, to się zgadzam.
  • Na pewno pomoże. Nasze oficerskie słowo pewniejsze niż stal. Jeśli nie my, to kto – Wania odpowiedział hasłem desantowców rosyjskich.

Na grzędzie skalnej, oddalonej o kilkaset metrów od Rosjan, którzy już zniknęli z pola widzenia, zaległo dwóch chińskich pograniczników. Jeden ze snajperskim karabinem, drugi trzymał w ręku aparat z teleobiektywem, a karabinek szturmowy przewiesił przez ramię. Miał większe szczęście niż kolega, któremu szara ściana deszczu, poprzetykana smugami śniegu, utrudniała, a momentami wręcz uniemożliwiała skuteczne celowanie, nie mówiąc o trafieniu w cel. Jego profesja fotografa i sprzęt fotograficzny, świetna optyka wspomagana elektroniką i przysłowiowym „łutem szczęścia”, spowodowała, że utrwalił nieźle całą piątkę, która naruszyła granicę państwa. Szczególnie jeden, bez nakrycia głowy, wyszedł świetnie. Chińczyk aż cmoknął z satysfakcją, patrząc na jego twarz, zapełniającą ekran dotykowy z tyłu aparatu.

  • Może nawet uda się go zidentyfikować – powiedział do kolegi.
  • A ja spudłowałem.
  • Niezupełnie… Widzisz? Na tej serii zdjęć poklatkowych widać wyraźnie, jak twoja kula pruje ramię jednego z nich. To bardzo ważny dowód tego, że osiągnęliśmy to, po co nas tu wysłano – obroniliśmy granicę. Przecież zmusiliśmy tych drani do odwrotu, co mówię, do ucieczki w popłochu, prawda? Napiszemy razem meldunek i odznaczą nas albo dostaniemy co najmniej pochwałę w raporcie do dowództwa.
    ● ● ●
    Szef ekspozytury wywiadu w Urumczi, major Wei, przerzucał papiery na biurku. Po skończeniu szkoły oficerskiej i wywiadowczym szkoleniu wysłano go z Pekinu, gdzie miał dobrze sytuowaną rodzinę, do tej zbuntowanej prowincji. Nie narzekał jednak. Miała nadzieję, że jak dobrze pójdzie, właśnie dzięki temu, że region był tyglem różnych operacji destabilizacyjnych, w tym – terrorystycznych, zrobi szybką karierę i wróci z awansem do stolicy, do pracy w centrali. Ważne było, aby znaleźć taką sprawę, która otworzy mu drzwi do kariery. Jak dotąd musiał się zadowolić zarządzaniem małą komórką swej instytucji, liczącą wraz z nim dwudziestu jeden ludzi i ulokowaną w gmachu przedstawicielstwa terenowego MBP w Sinciangu. Zbliżała się już pora obiadowa i miał właśnie zejść na parter, do kantyny, w której stołowała się większość zatrudnionych, gdy wpadł mu w ręce meldunek z wczorajszego dnia. Kanałami służbowymi trafił do niego z jednostki ochrony pogranicza. Wei rzucił okiem i na razie zrezygnował z obiadu.
    Ponieważ meldunek dotyczył grupowego naruszenia granicy państwowej przez ludzi z rosyjskiej strony, można było domniemywać, że chodziło o zwykły szmugiel, ale jako wywiadowca musiał wziąć pod uwagę próbę infiltracji jego terytorium, a może nawet próbę „przemytu” agentury. Uznał to więc za incydent, którego analiza leżała w kompetencji kontrwywiadu i wywiadu zarazem.
    Do tekstu załączony był odnośnik. Wskazywał adres wideodokumentacji przebiegu wydarzenia, znajdującej się w pamięci wewnętrznej spec sieci MBP. Dla spokoju zawodowego sumienia, wyklikał tę stronę na swoim laptopie, nim wyszedł z biura. Gdy zobaczył kadry utrwalone przez pograniczników, zainteresował się nimi, a szczególnie dużą, pierwszoplanową fotografią jednego z nieproszonych gości, czarnowłosego mężczyzny o prawie białej cerze i chińskich, rasowych rysach Han. Kogoś mu to przypominało. Zaczął przetrząsać najpierw własną pamięć, a później tę komputera.
    Znalazł.
    „Właśnie o to mi chodziło!”, serce zaczęło mu bić mocniej. Zrozumiał, czemu ta twarz wydała mu się znajoma. Oglądał ją wielokrotnie, gdyż widniała na jednym z listów gończych, który jednak dwa miesiące temu stracił ważność i nie był odnawiany. Zazwyczaj oznaczało to, że sprawa została rozwiązana. Rozwiązanie zaś stanowił areszt lub likwidacja poszukiwanego. Tymczasem ten w najlepsze hulał na wolności.
    Major błogosławił swój bałagan, który spowodował, że nie usunął jeszcze starej dokumentacji ze swojego laptopa.
    „Może to jest właśnie sprawa, która da impuls do przesunięcia się w górę po służbowej drabinie?”, myślał w podnieceniu. Doszedł do wniosku, że ma do czynienia z materiałem najwyższej wagi. Obiad musi poczekać. Najpierw spróbuje zawiadomić centralę wywiadu w Pekinie i to naczelnego owej instytucji osobiście.
    (…)
    W miarę jak generał Chen odsłuchiwał wiadomość, mienił się na twarzy. Raz się czerwienił, co wyrażało się ciemnieniem o kilka tonacji jego żółtych policzków, raz bladł, co powodowało, że twarz jego przybierała europejski kolor skóry osoby lekko chorej na żółtaczkę.
    Jeśli miałaby to być prawda, walił się w gruzy cały gmach jego nadziei. „Jak to możliwe? Przecież zginął. Niemożliwe, żeby szaman żył”, gonitwa myśli nie pozwalała mu trzeźwo myśleć. Chociaż znając przewrotność Moskali nie mógł wykluczyć, że wszystko, co dotąd wiedział, było efektem dobrze rozegranej inscenizacji.
    Wściekł się.
    Podziękował chłodno majorowi Wei za informację. Zaraz potem połączył się z departamentem kadr i wezwał do siebie jego dyrektora.
  • Słuchaj – powiedział. – Jest tam w Urumczi taki zdolny major, Wei. Niech jeszcze z rok tam posiedzi, warto, żeby był tam sprawny oficer.
  • Czy mam zapisać twoją pochwałę do akt osobowych?
  • Nie, na nagrodę przyjdzie czas.

Oko smoka

Rozgrywki wywiadów w kolejnym fragmencie pierwszego tomu trylogii Tomasza Turowskiego „Zabij pożyczonym mieczem”.

Gdy po dramatycznych wydarzeniach w katuńskiej bazie nastroje nieco się uspokoiły, przyszedł czas na zamknięcie operacji „Kły smoka”. Nieczajew żywił wielkie oczekiwania związane z zadaniem Pawła, czyli z „odwróceniem” szamana – organizatora najazdu na Centrum Optyczno-Laserowe. Podejrzewał, że działał on na zlecenie chińskich służb i że jest kluczem do wielu jeszcze nie odkrytych tajemnic, związanych ze zleceniodawcami tej terrorystycznej operacji. (…)
Nie było więc nic dziwnego w tym, że pułkownik SWR naciskał na jak najszybsze zorganizowanie wypadu w rejon jeziora Chubsuguł. (…) Decyzje zapadły. Ustalono, że Paweł powinien ruszyć następnego dnia, ale nie sam. Wright zdecydował, że będą mu towarzyszyli bracia Stanley. Pochodzili z Teksasu, z tradycyjnej rodziny hodowców bydła. Byli świetnie obeznani z jazdą konną i z używaniem broni, umieli poruszać się w terenie, czytać ślady. Słowem, stanowili wymarzoną eskortę, świetne wsparcie w tej dość karkołomnej wyprawie. Bob i Ted przyjęli polecenie szefa bez szemrania. Wprawdzie byli informatykami, lecz nie zatarło to w ich psychice instynktu przygody i ryzyka pierwszych osadników Dzikiego Zachodu. Gromow dodał do tej trójki drużynę Wympieła, uzbrojoną tak, że jej siła ognia przypominała mały pancernik z czasów drugiej wojny. To na wypadek, gdyby znowu się natknęli na jakichś niezidentyfikowanych „zagończyków”. Czas pilił, bo mając w pamięci upór, z jakim Chińczycy starali się wyeliminować wszystkich, którzy brali udział w ataku na Centrum, zdawali sobie sprawę, że poszukiwany przez nich szaman jest w wielkim niebezpieczeństwie.
Dotarcie przez dziurawą granicę do Mongolii nie było dla nich najmniejszym problemem. (…) Dalej, przez specjalnie dla nich otwarty korytarz w zabezpieczeniach, udać się mieli tylko trzej jeźdźcy. Obecność większej grupy, a szczególnie komandosów, mogła skończyć się nikomu niepotrzebnym międzynarodowym konfliktem mongolsko-rosyjskim.
Rankiem, następnego dnia po podjęciu decyzji przez dowództwo, dziesięciu mężczyzn, ochrzczonych na tę okazję mianem Specjalnej Grupy Operacyjnej, ruszyło na wschód wierzchem, w „indiańskim szyku”, a tam, gdzie szerokość górskiego szlaku na to pozwalała – w podwójnej kolumnie. Marsz, bo tak to można było określić, gdyż momentami ścieżka zawężała się na tyle, że schodzili z koni, prowadząc je za sobą za uzdy, trwał prawie trzy dni.
Do strefy przygranicznej dotarli bez przygód i nieprzewidzianych zdarzeń. Czekał tam już dowódca patrolu straży granicznej, który dołączył do nich wraz z dwoma żołnierzami. Odblokowali przejście przez zasieki, wskazali wyznaczoną na tę okazję czerwonymi chorągiewkami trasę między ładunkami min hukowych. Siódemka z Wympieła zatrzymała się pod słupem granicznym z godłem Federacji Rosyjskiej, pozostali trzej jeźdźcy zbliżyli się do znajdującego się po przeciwnej stronie. Widniało na nim godło Mongolii – stylizowany skrzydlaty rycerz na złotym rumaku w pełnym galopie nad zielonym morzem stepu chyba, jako że Mongolia jest państwem śródlądowym.


Kilkanaście kilometrów dalej, na odcinku granicy praktycznie pozbawionym zabezpieczeń, dwóch ludzi z trudem przedzierało się pieszo przez zarośla. Jeden z bronią, przewieszoną przez ramię, krępy o migdałowych oczach i szaro-brązowej karnacji, jakby uwędzonej twarzy. Drugi wyższy, o jasnej cerze i kruczoczarnych włosach, nieuzbrojony. Pokonywali bezdroże w kierunku dokładnie przeciwnym do tego, który przemierzyła mniej więcej w tym samym czasie trójka jadąca konno. Unikali nawet ścieżek czy wydeptanych przez zwierzęta traktów ich stałych wędrówek. Liczyli na to, że w chaszczach, na piargach, wśród gęstwiny drzew mają więcej szans na uniknięcie niebezpiecznego dla nich spotkania z ludźmi w mundurach mongolskich lub rosyjskich. I że nieumundurowanych wysłanników Państwa Środka też uda im się ominąć.
W założeniu pragnęli dojść do terenu, na którym są jednak ludzie. Wśród koczowników Tuwińców ów uzbrojony miał, a jakże, kuzynów. Żadna granica nigdy nie stanowiła przeszkody dla rodzinnych więzi nomadów. Dwaj wędrowcy mieli zamiar osiąść na granicy stepu i lasu, dość daleko od jurtowych osiedli, ale na tyle blisko, by w razie potrzeby w ciągu kilku godzin do nich dotrzeć. To, że szamani żyli często w odosobnieniu, jak eremici, nikogo tu nie dziwiło. Jak również to, że często mieszkali z nimi ich pomocnicy – uczniowie. Trzeba tylko było zachować rozsądną równowagę między izolacją od reszty plemienia, a selektywnie dokonywanymi kontaktami z jego przedstawicielami, o co miał zadbać pomocnik szamana.
A w najgorszym scenariuszu, gdyby macki rosyjskich służb i tu ich dosięgły, pewnie darowano by im życie, czego nie mogli się spodziewać po Chińczykach. Caagan Bee doszedł do wniosku, że tu, w przysłowiowej „paszczy lwa”, na terytorium państwa, które zaatakował i to boleśnie, jest najbezpieczniejszy. Khenbish, nauczony doświadczeniem poprzedniej tułaczki, mógł się z nim tylko zgodzić.


Zjeżdżali ze wzgórza łagodną pochyłością, która otworzyła przed nimi widok stepu, przejmującego władanie nad górskim dotąd krajobrazem, i obraz pięciu jurt z taflą jeziora w tle. Dotarli do kresu swej podróży. Na ich widok kilku koczowników wyszło przed domostwa. Kobieta, wyraźnie najważniejsza w całej grupie, zaczęła iść w kierunku przybyszy. Rzuciła okiem na łęk siodła jadącego na czele. Zobaczyła przytroczoną kamczę z rękojeścią otoczoną magicznym puchem sierści. Na szyi, na skórzanym postronku, miał amulet z wilczych kłów.
– Witaj – lekko skinęła głową, patrząc Pawłowi w oczy. – Jak każdy gość jesteś darem duchów, a widzę, że ty jesteś wysłannikiem tych dobrych.
– Witaj, Purev. Niosę ci pozdrowienie od Ojun.
– Znam jej moc i wiem, że jest ona z tobą, ale tego, kogo szukasz, tu nie znajdziesz.
– Jak to, czyżby zawiódł człowiek cień?
– Nie zawiódł. Po prostu ci, którzy opuścili nasze obozowisko dziś o świcie, a może wcześniej, trudno powiedzieć, byli sprytniejsi. Zresztą wiesz, szamani mają swe sposoby na znikanie.
– Wielka szkoda, niosłem mu i jego pomocnikowi posłanie pokoju i ocalenia życia.
(…) Wraz z zapadającym mrokiem rozległ się nad stepem gardłowy śpiew Tuwińców, któremu towarzyszył dźwięk strun prostych, ale harmonijnie z nim zestrojonych instrumentów. Paweł chyłkiem wymknął się z kręgu i wrócił do jurty. Wygrzebał z torby podróżnej telefon satelitarny, ustawił małą antenę w poszukiwaniu impulsu zwrotnego. Znalazł go po chwili. Przekazał umowny sygnał świadczący o tym, że nie zdołali nawiązać kontaktu z szamanem. Później, już otwartym tekstem, poinformował, że najprawdopodobniej zmierza on wraz z pomocnikiem do Tuwy, i że istnieje obawa, iż wiedzą o tym również w Pekinie.
(…) Bracia Stanley i Paweł, po serdecznym pożegnaniu z Purev i jej ludźmi, zaopatrzeni w pemikan z suszonego mięsa jaka, ususzone i zasolone drobne rybki wobły i w połcie, jej wędzonych, większych współbraci, wolnym truchtem, aby nie forsować koni, zmierzali ku granicy. Prawdę mówiąc chodziło nie tyle o zmęczenie zwierząt, ile o to, żeby odsunąć w czasie chwilę składania niepomyślnego raportu, świadczącego o fiasku misji. Paweł uprzednio zawiadomił bazę, że wracają w takim samym składzie, w jakim wyruszyli, określając przybliżony czas przekroczenia strefy między Mongolią a Rosją, tak więc dowództwo zrozumiało, że wyprawa się nie powiodła, Że coś nie zadziałało, jak trzeba.
Przy ponownie otwartym korytarzu czekali na nich pogranicznicy i drużyna Wympieła w komplecie. Poinformowali jej dowódcę, młodego porucznika, że istnieje spore prawdopodobieństwo, iż ci, których poszukiwali, błąkają się właśnie po okolicznych wzgórzach i kotlinach, maskując się poprzez wybieranie zalesionych szlaków.
W minorowych nastrojach rozpoczęli zwartą grupą powrót do bazy. Znowu czekała ich kilkudniowa droga i trudy przedzierania się przez pustkowia gór. Marną pociechę stanowiło to, że istniała jakaś śladowa szansa na natknięcie się na zbiegów, którzy tak skutecznie uniknęli wcześniej spotkania z nimi.
Drugiego dnia obudzili się po nocnym biwaku skostniali z zimna. Na nic się zdały płaszcze-pałatki i śpiwory, nie mówiąc o cienkich płótnach indywidualnych namiotów. Zimna, które nastało, nie były w stanie pokonać. Po porcji tłustych, wędzonych ryb, zakąszonych żołnierskimi sucharami i popitych gorącą, prawie czarną, właściwie esencją, a nie herbatą, dosiedli koni, też już napojonych i nakarmionych. Nieśpiesznie, zaczęli posuwać się stępa po nieprzyjaznym piargu zbocza.
Gdy dotarli na szczyt wzgórza, otworzyła się przed nimi panorama dwóch grzbietów z otwartą kotliną. Jej środkiem płynął wijący się strumień. U końca tej rozszerzającej się ku końcowi niecki widniała ściana lasu, najpierw dość rzadkiego, później przechodzącego w gęstwinę iglastych i liściastych drzew. Te ostatnie dodawały intensywnych kolorów szarozielonemu tłu dna doliny, okalających ją skał i porastających je niskich krzewów. Słońce uniosło się już nad wzgórzami, niebo było przejrzyste i miało ten odcień wypłowiałego błękitu, który świadczył o tym, że jesień już przejęła władanie nad przyrodą i niebawem nadejdzie zima.
Pawłowi przyszły na myśl widoki opisywane w „Dersu Uzała” Arsienjewa, choć akcja tej klasycznej książki podróżniczej, za której ekranizację Akira Kurosawa zdobył Oscara, rozgrywała się w Ussuryjskim Kraju, gdzie przeważają niziny. Jednak kolory, szczególnie te intensywne, są podobne w całej centralnej Azji.
Porucznik z Wympieła omiótł lornetką grzbiety wzgórz, zatrzymując dłużej wzrok na tym po prawej.
– Wydaje mi się, że ktoś tam jest – powiedział.
Grupa zatrzymała się.
– Ale może to mi się tylko wydawało – dodał po chwili.
A gdyby nawet ci się nie wydawało, to zanim tam dotrzemy, na pewno zdążą nam umknąć – uspokoił go Paweł.
– Jeśli mamy do czynienia ze zbiegami… – zawahał się porucznik.
Już miał zamiar schować lornetkę do pokrowca, gdy jeden z braci Stanley, Bob, zwrócił mu uwagę:
– Hej! Wygląda na to, że z szyi kotliny, akurat pod nami, ktoś wychodzi!
Porucznik szybko skierował okular lornetki we wskazanym kierunku.
– Tak! Widzę jednego… A za nim jeszcze jeden! Pierwszy jest uzbrojony, drugi chyba nie.
– Pamiętacie, ta nomadka, Purev, mówiła, że pomocnik szamana polował ze sztucerem, który zabrali ze sobą – dodał Ted.
– To mi wygląda na Bavariana. Można strzelać z niego czasami sześć razy z rzędu. To znaczy, że może mieć pięć nabojów w magazynku, szósty w komorze Ma też zamontowaną na szynie nad zamkiem lunetę – uściślił porucznik, wyostrzając obraz zoomem.
Ich wymianę zdań o cechach zauważonego uzbrojenia przerwała niespodziewanie seria z broni maszynowej. Dźwięk wystrzałów dochodził właśnie z grzbietu prawego wzgórza, na którym porucznik zauważył wcześniej obecność jakiejś żywej duszy. Komandosi Wympieła automatycznie ukryli się, gdzie kto mógł. To samo uczynili Paweł i bracia Stanley.
– Widać chmurki pyłu w pobliżu dwójki mężczyzn, którzy rzucili się ucieczki. To pociski z automatu – relacjonował półgłosem porucznik.
Paweł wziął lornetkę od Teda. Zauważył, że przygięte ku ziemi sylwetki, zaczęły kierować się na prawo w stronę zarośli, by w ten sposób utrudnić zadanie prowadzącym do nich ogień, bo do pojedynczego strzelca dołączyło już kilku innych. Stromizna zbocza stała się naturalną osłoną zbiegów.
– Co robimy, poruczniku? – zapytał Bob.
– To mogą być ci dwaj, o których nam chodzi. Tylko kto, do cholery, na nich poluje poza nami? Chyba powinniśmy naszym ogniem przygwoździć tamtych z grzbietu wzgórza do ziemi i wezwać wsparcie z bazy.
– Baza jest daleko, nie zdążą – zaoponował Paweł.
– Tak, nasza jest daleko, ale pogranicznicy mają tu niedaleko uzbrojone Mi-8 i Ka-52 w odwodzie!
Paweł natychmiast zaczął wywoływać bazę przez telefon satelitarny, aby przekazali apel o pomoc do wojsk ochrony pogranicza FSB. Wklepywał już koordynaty miejsca, w którym się znajdowali, a porucznik w pośpiechu wyznaczał stanowiska strzelcom i cele, gdy nagle dobiegł ich odgłos kanonady z przeciwległego wzgórza. Najpierw jazgot ciężkiej broni maszynowej, a później głuche eksplozje granatów. O dziwo, nie widzieli nowych gejzerów odłamków skał w miejscu, gdzie ukrywała się zaatakowana wcześniej dwójka, natomiast słupy dymu wykwitły na grzbiecie wzgórza po prawej stronie, skąd wyszedł pierwszy ostrzał.
– Co u licha? Używają granatników, a przecież tu nie powinno być żadnych naszych! – krzyknął zdezorientowany porucznik.
– Myślę, że nie tylko my ścigamy tych poszukiwanych – wtrącił Bob.
– Niewykluczone, że to „przyjacielski ostrzał” między dwoma grupami Chinoli – pociągnął jego myśl Paweł, przypominając sobie podejrzenia o chińskim polowaniu na szamana.
Jego mózg pracował na maksymalnych obrotach. Zupełnie zagubiony porucznik zostawił drużynę w stanie zawieszenia, nie wydając na razie komendy „ognia!”.
– Może powinniśmy pomóc tym z lewej w wybiciu tych z prawej, a potem, gdyby lewi próbowali zejść, by zatrzymać tych dwóch na dole, weźmiemy się za nich? – zaproponował młody dowódca Wympieła.
– Niezły pomysł, ale poczekajmy chwilę, wolałbym, żeby Ka były już blisko.
– Masz rację – Ted zwrócił się do porucznika. Widać było, że spodobał mu się jego pomysł. – Jednak zgadzam się też z Pawłem, a on tu jest najwyższy stopniem – znalazł kompromis.
Czekali. W pewnej chwili z dala dobiegł ich charakterystyczny warkot silnika Aligatora, jak nazywano śmigłowce szturmowe Ka-52.
– Dobrze się chłopcy spisali. Teraz: ognia! – krzyknął porucznik,
Atakujący z prawej, przykryci niespodziewaną nawałą ogniową, ucichli. Być może zaczęli się wycofywać, bo i oni usłyszeli zbliżające się śmigłowce, albo zostali doszczętnie zlikwidowani. Cisza nie trwała jednak długo, bo nad głowami rosyjsko-amerykańskiej grupy zaczęły bzykać, jak rozwścieczone osy, kule z lewego grzbietu. Wympieł odpowiedział.
– Ani jedni, ani drudzy nie odpuszczają. Widać zależy im na tych dwóch bardziej niż na życiu. To tylko potwierdza, że chodzi o naszą „zgubę” – zwrócił się do porucznika Paweł.
– Też tak myślę. Zaraz ich uspokoimy. Przerwać ostrzał lewego grzbietu!. Ogień na prawo, na wprost – wydał rozkaz.
Zauważył rosnące w oczach trzy punkty, trzy ważki na niebie. Leciały w kluczu. Na czele Ka-52, a za nim dwa Mi-8.
– Nadciąga kawaleria – zaśmiał się Ted. – Jak w starych filmach o moim Teksasie.
Porucznik wyjął z kabury rakietnicę. Wystrzelił. Dymny wskaźnik celu oznaczył grzbiet prawego wzgórza. Ka-52 jakby zatrzymał się w powietrzu, obrócił w kierunku wskaźnika i odpalił salwę rakiet. Po nim, błyskawicznie, powtórzyły ten zabieg oba Mi-8. Rakiety, chyba też napalmowe, rozwinęły wachlarz płomieni, morze wzbijającego się w niebo ognia. Jeśli nawet ktoś jeszcze pozostał na tym wzgórzu, to teraz na pewno go już nie było. Mimo to dwa śmigłowce, lecąc nisko na ziemią, kosiły, każdy z czterech z podwieszanych działek kalibru 23 mm, gałęzie drzew prawego wzgórza. Tymczasem Aligator konstrukcji Kamowa zajął się lewym, kończąc dzieło zniszczenia seriami zabójczych trzydziestomilimetrowych pocisków z działka 2A42.
Porucznik z Wympieła przez cały czas starał się gorączkowo nawiązać kontakt z prowadzącym klucza. W końcu mu się udało.
– Tu ziemia. Jednostka A-21, Wympieł. Spróbujcie usiąść na dnie doliny. Jest tam dwóch ludzi. W żadnym razie nie strzelać. Macie ich podjąć, jeśli żyją. Sprawa najwyższej wagi państwowej. Wykonać.
W odpowiedzi zabrzmiało:
– Zrozumiałem. Mi-8, manewr 0-45, wykonać.
Niemal równocześnie na tę samą częstotliwość polowej radiostacji przebił się przez zakłócenia głos z bazy:
– Wysłaliśmy do was nasz Mi-8 z zestawem medycznym i z Kelly. Będzie za ponad godzinę. Meldujcie o rozwoju sytuacji. Potwierdźcie.
– Potwierdzamy. Bez odbioru.
Mi-8 z klucza, który przyszedł im z pomocą, ostrożnie osiadł na dnie doliny przy strumieniu. Z kabiny wybiegła rozrzucona w tyralierę siódemka pograniczników.
– Mądrzy chłopcy, wzięli swój desant – skomentował porucznik, odpalając kolejny znacznik ku miejscu, gdzie ostatnio zniknęła im z oczu poszukiwana dwójka.
Komandosi pobiegli we wskazanym kierunku, jednak po chwili zatrzymali się. Jeden z nich, najpewniej dowódca, odpiął od pasa ręczny megafon i coś krzyknął.
– Wzywa ukrywających się do wyjścia z podniesionymi rękami – komentował na górze porucznik, który nie odstawiał lornetki od oczu.
Nie widać było żadnego ruchu. „Czyżby wszystko na darmo?”, Pawła, który wyobraził sobie dwa trupy, oblał zimny pot. Komandos powtórzył wezwanie:
– Wychodzić, bo zaczniemy ostrzał!
Gałęzie jednego z niskich, rozłożystych iglaków poruszyły się i wypełzł spod nich człowiek. Z trudem uniósł się na nogach, podniósł ręce, zachwiał się i upadł na ziemię. Tyraliera ruszyła ku niemu biegiem.
– Mamy rannego. Dostał parę kul. Opatruje go nasz sanitariusz – meldował przez radio dowódca.
Po pewnym czasie usłyszeli kolejny meldunek:
– W chaszczach trup.
– Jak wygląda? – zapytał
Paweł.
– Niski, skóra żółta, jakby na złocisto uwędzona. Skośne oczy. Chyba jakiś tutejszy koczownik. Przy nim sztucer.
– A ranny? Jak wygląda ranny?
– Wysoki, czarne włosy, skóra prawie biała. Oczy ma takie
nasze…
Paweł odetchnął.
– Tego właśnie szukamy – rzekł do otaczających go ludzi. – Idziemy do was! – krzyknął przez radio.
Cała dziesiątka zaczęła szybko, ślizgając się prawie po głazach, schodzić ze wzgórza w kotlinę.
Gdy dotarli do rannego, był nieprzytomny. Sanitariusz krzątał się koło niego, zaciskając opaski nad miejscami ran na nodze i na ramieniu. Najgorzej wyglądał postrzał po prawej stronie klatki piersiowej. Kula uszkodziła chyba płuco, bo na ustach mężczyzny pieniła się na czerwono zabarwiona ślina.
– Macie tlen? – spytał porucznik z Wympieła.
– Mamy.
– Spróbujcie mu podać i postarajcie się, żeby się nie wykrwawił.
– Zatkam ranę wejściową gazą i dam kroplówkę płynu fizjologicznego. Mam też jednorazową dawkę adrenaliny pod ciśnieniem.
– Wstrzyknij. Ten człowiek musi przeżyć. Wasza w tym głowa – zakończył z groźbą w głosie porucznik.
Mijał czas. Ranny oddychał z trudem. Sanitariusz odsysał krew i flegmę z gardła, aby się nie udusił, lecz bał się go przewrócić na bok, aby nie spowodować większego krwawienia i utrudnić wentylację klatki piersiowej.
– Więcej nie dam rady zrobić. Pewnie ma jakiś krwotok wewnętrzny. Może trzeba zastosować odmę, ale nie mam doświadczenia ani sprzętu.
– Trzymaj go przy życiu, zaraz nadejdzie pomoc.
I rzeczywiście, niebawem usłyszeli łoskot silnika zniżającego się na maksymalnej prędkości helikoptera. Wyrównał lot i osiadł, dość gwałtownie na ziemi obok drugiej maszyny. Z przedziału desantowego wyskoczyli dwaj specnazowcy z noszami, Kelly i jeszcze jeden oficer w mundurze Specnazu, którego Paweł nie znał.
– To doktor Timofiejew – powiedział jeden z komandosów Wympieła. – Jest chirurgiem i internistą, lekarzem naczelnym bazy. A ci dwaj z noszami to pielęgniarz i felczer.
– No to mamy tu cały personel szpitalny. Ciekawe, czy mają też sprzęt? – zapytał po rosyjsku Paweł, na tyle głośno, by usłyszeli go podchodzący specnazowcy.
– Mamy sprzęt reanimacyjny, kroplówki, podstawowy zestaw chirurgiczny, a nawet rozkładany stół zabiegowy z reflektorem – uspokoił go Timofiejew. – Mamy też morfinę. Chyba mu ją zaraz podam – dodał, wbijając strzykawkę w ramię rannego, który otworzył oczy.
– Jesteś wśród tych, którzy ocalą ci życie, Caagan Bee – Paweł spojrzał mu prosto w oczy.
– Nareszcie. A co z Khenbishem?
– Nie żyje.
Ranny znowu stracił przytomność. Noszowi położyli go ostrożnie, po czym zamocowali pasami i ustawili na podnośniku, z którego wystarczyło już tylko przepchnąć rannego na pokład śmigłowca, który zamienił się teraz w salę operacyjną.
Timofiejew, Kelly i pozostała dwójka natychmiast przystąpili do niezbędnych zabiegów. Błysnęły reflektory lamp chirurgicznych, na usta i nos Caagana założono maskę tlenową. Rozcięli bluzę szaman. Rana na piersi wyglądała paskudnie. Otwór wyjściowy na plecach – jeszcze gorzej. Za to nie miał naruszonego kręgosłupa, tylko jedno strzaskane żebro i naruszone płuco. Ekipa medyczna, przebrana już w zielone, chirurgiczne fartuchy i czepki, zabrała się intensywnie do pracy. Zatrzasnęły się drzwi maszyny, która po chwili, tym razem wolno i ostrożnie, wzbiła się w powietrze. Można było powiedzieć, że cała pozostała na ziemi dziesiątka odetchnęła unisono. Porucznik podziękował pogranicznikom za wsparcie. Ich Mi-8 też wystartował, w ślad za dwoma maszynami, które dawno już odleciały.
W kotlinie, wraz z zachodzącym za linię wzgórz słońcem, znów zapadała cisza, przerywana tylko dźwiękami natury – sposobiącymi się do snu ptakami, nieśmiałym pohukiwaniem sów i poszczekiwaniem buszujących w trawie lisów.

Oko smoka

Rozgrywki wywiadów we fragmencie pierwszego tomu trylogii Tomasza Turowskiego „Zabij pożyczonym mieczem”.

Wieczór nie zapowiadał się jakoś nadzwyczajnie. Za okoliczne wzgórza opadał purpurowy dysk słońca, powietrze błyskawicznie się ochładzało, a nadciągający zmierzch napełniał je głosami natury. Wiatr szumiał w gałęziach drzew, a ptactwo nawoływało się. Przez te dźwięki przebijały się znacznie bardziej poważne, prawie dostojne sygnały obecności grubej zwierzyny – porykiwanie łosi i rżenie, ale nie koni lecz reniferów. Gdzieś przebiegały z drobnym stukotem kopyt jelenie, czołgał się wśród kęp iglaków irbis, a czasami zapuszczała się tu z górnych partii szczytów Ałtaju pantera śnieżna. Od czasu do czasu dawał też o sobie znać car tutejszych lasów – niedźwiedź.
Wszystkie te efekty dźwiękowe nie docierały do wytłumionej dyżurki, gdzie przy dwóch konsolach siedzieli ochroniarze cywilni, zmianowo sprawujący całodobową pieczę nad bezpieczeństwem Centrum Optyczno-Laserowego i monitorujący jego strefę ochronną. Szerokie, płaskie ekrany LCD, którymi wytapetowana była ściana naprzeciw ich stanowisk, przekazywały informacje z czujników ruchu, kamer termowizyjnych, optoelektronicznych głowic rozmieszczonych na masztach wokół strefy zamkniętej Centrum, indykatorów miejsca źródeł dźwięku, kamer kontroli przyległej przestrzeni powietrznej, radarów identyfikujących obiekty naziemne i lotnicze, w końcu – system alarmowego naruszenia obwodu elektrycznego drugiego, bliższego obszaru chronionego. Wszystko to czyniło z kompleksu zabudowań, nad którym czuwali, twierdzę o niewidocznych murach. Zresztą mieli pod ręką też coś, co mogło sprawić bolesną niespodziankę nieproszonym gościom, bez względu na to, skąd by nadciągnęli. Dwa czerwone przyciski na każdej konsoli uruchamiały, jeden – pole minowe wokół zabudowań, drugi – otwierał szyby rakiet przeciwlotniczych. Warunkiem aktywacji obu systemów obronnych było naciśnięcie przycisków przez dwóch wartowników naraz. Jeden z nich wykrył właśnie coś nietypowego.
– Słuchaj Wowa, coś mi tu nie gra.
– A co dokładnie, Sasza?
– Mam alert na jednym z odcinków zapory elektrycznej. Wygląda na to, że został uszkodzony.
– No to będzie tam trzeba posłać rano naszych elektryków, niech go naprawią. Ale to chyba nie powód, by ogłaszać alarm.
– Może i tak, ale kamery termowizyjne dały mi na tym odcinku obraz łosia, który przeczołgał się pod drutami, uszkadzając je…
– No i co z tego? Dziwne, że łoś się czołga? Przecież dużo tu wszelakiej zwierzyny. Nie robimy hałasu, szanujemy przyrodę, więc się zwierzaki nie boją i nas nawiedzają.
– Dobra, ale wytłumacz mi, jak to się stało, że łosia nie poraził prąd? Przecież powinien dostać niezłego kopa.
– Mógł się zagalopować, błyskawicznie zerwał druty, poranił się i trochę go kopnęło, ale nie tak, by zagrozić życiu.
– Cofnę pamięć kamery i zobaczę, jak twoja teoria ma się do praktyki.
– O, widzisz, tu galopuje, uderza w druty pod napięciem, przerywa też te żyletkowe. Trwa to moment. Idzie dalej. Wolniej, ale idzie…
– Chyba miałeś rację. Jutro sporządzę raport i wyślę ekipę naprawczą.
Operatorzy uznali incydent za niebyły, wyłączyli odtwarzanie z zapisów kamer. Nie sprawdzili godziny przerwania przez łosia zapory i wyłączenia się tego odcinka z obwodu zamkniętego, bo było dla nich oczywiste, że jest ta sama. Byli skrupulatni. Zdawali sobie sprawę z odpowiedzialności, która na nich spoczywała. Od nich zależało bezpieczeństwo tego, co stanowiło perłę w koronie rosyjskiego kompleksu przemysłowo-obronnego. Choć były to tylko pojedyncze egzemplarze zabójczych laserów, zostały już jednak „przestrzelane”, są gotowe do seryjnej produkcji i wykorzystania na całym obszarze rozległego kraju. Tam, na zapleczu, w głębi Rosji, wrzała gorączkowa praca.
Za kilka miesięcy, na kolejnej Defiladzie Zwycięstwa, przez Plac Czerwony przejadą naczepy mastodonty na wieloosiowych ciągnikach, wiozące olbrzymie sferyczne urządzenia. Będą one wprawdzie częściowo przykryte pokrowcami, ale z widocznym systemem siłowników, który pozwala im na pełną, dookólną ruchomość w pozycji horyzontalnej i pionowej. Będą im towarzyszyły kontenery generatorów, wprawiane w ruch przez przewoźne reaktory atomowe, w których miniaturyzacji i bezawaryjności Rosjanie zdobyli doświadczenie, budując ruchome elektrownie nuklearne na statkach, cumowanych później do nabrzeży przy niedostępnych obszarach Syberii, na których powstawały osady przemysłowe.
● ● ●
Następne dni i noce przebiegały podobnie. Centrum funkcjonowało jak klasyczny szwajcarski zegarek, w którym praca setek trybików, wykonanych z jubilerską dokładnością, składa się na doskonałą precyzję i punktualność wskazywanego czasu.
Naukowcy wprowadzali udoskonalenia do i tak już doskonałego sprzętu, informatycy tłumaczyli ich dzieła na skomplikowane ciągi zero-jedynkowe, na ekranach obracały się projekty nowych urządzeń w różnych projekcjach, drukarki 3D wypluwały ich fragmenty. Pracowała tu elita naukowo-projektancka, wyselekcjonowana z całej rosyjskiej populacji.
Służby ochrony obiektu nie obniżały gardy, skrupulatnie wykonując obowiązki wynikające z regulaminu, uzupełnianego tym, czego żaden regulamin nie jest w stanie przewidzieć, czyli wydarzeniami niesionymi przez każdą chwilę ich pracy.
Przypadki naruszania granicy obszaru chronionego przez zwierzęta powtarzały się, może nie często, ale regularnie, tak, że weszły w repertuar „stałych elementów gry”, na które zwracano coraz mniej uwagi. A to niedźwiedź, a to renifer, skracały sobie nocną drogę, pędząc przez zasieki i to tak, że czasami wchodziły do strefy z zewnątrz, a wychodziły z wewnątrz terytorium ośrodka na innym odcinku. Innym razem zaś powracając na łono przyrody przez otwór zrobiony przez nie wcześniej przy wejściu. Najciekawszy był przypadek irbisa, który podkopał się i prześlizgnął poniżej przewodów pod napięciem. Szef administracji Centrum doszedł do wniosku, że w przyszłym roku budżetowym trzeba będzie wygospodarować kwotę na wykonanie wkopanego przynajmniej na metr w głąb ziemi betonowego cokołu, biegnącego dokładnie pod kablami „zagrody elektrycznej”. Zmusiłoby to nieproszonego gościa do wykonania autentycznego tunelu, a nie prostego podkopu.
Obecnie jednak istniały pilniejsze potrzeby inwestycyjne. Oprócz starego zespołu budynku Centrum, z jedną kulistą instalacją osłaniającą laser wysokiej mocy oraz nowego „krążownika”, który miał na pokładzie dwie wieże z wielkimi, kulistymi kopułami, powstawała trzecia część, która wprawdzie też miała pomieścić dwie instalacje laserowe, ale za to jej fundamenty były bardziej niż pozostałe zagłębione w skalistą, ałtajską glebę. Wykonanie w niej czteropiętrowej struktury było rzeczywiście nie lada zadaniem dla współczesnych Herkulesów. Jednak ciężki sprzęt i doświadczeni ludzie dali sobie z tym radę. Co najdziwniejsze, nie zmniejszyło to ilości wizyt czworonogów w Centrum, tak jakby przywykły one do zgiełku robót za dnia, który jednak zamierał nocą w wyniku protestów licznych organizacji ekologicznych. Domagały się one przestrzegania, choć w części, zasad obowiązujących na terenach parków narodowych i rezerwatów, gdzie w dodatku żyją zwierzęta sklasyfikowane w „Czerwonej księdze” gatunków, którym grozi pełna zagłada.
Budowla trzeciej części Centrum powoli wychodziła już na powierzchnię, ale tym razem najważniejsze było to, co miały kryć kondygnacje podziemne – istna dżungla komputerowa, sprzęt najnowszej generacji, który mimo wszelkich amerykańskich sankcji nakładanych na Rosję, dzięki wysiłkom wywiadu i informatyków rosyjskich, tudzież fragmentarycznej pomocy Pekinu, dotarł tam, gdzie trzeba. „W tym tempie za rok będzie można przecinać wstęgę przy wejściu do nowych laboratoriów”, pomyślał Siergiej Aleksandrowicz, udając się na spoczynek.
● ● ●
Mimo tłumiących hałasy czterowarstwowych, pancernych szyb okien sypialni, Siergieja Aleksandrowicza obudził powtarzający się łomot, przypominający wybuchy. Wyjrzał na zewnątrz i oniemiał. Niebo przecinały smugi ognia, pozostawiane przez pociski rakietowe, wyraźnie zmierzające w kierunku kulistych kopuł.
Po terenie Centrum harcowali jacyś jeźdźcy. Niektórzy z nich zeskoczyli z wierzchowców i mimo intensywnego ognia broni maszynowej Specnazu, którego pluton nie mógł jednak przykryć ostrzałem całej przestrzeni Centrum, dobiegli do głównego wejścia, z którego w chwilę potem wybuchnął oślepiający ogień, roznosząc we wszystkie strony błyszczące odłamki kuloodpornego szkła drzwi.
Na dyżurze w wartowni akurat ponownie byli Wowa i Sasza. Idealne wyciszenie pomieszczenia, w którym pracowali, powodowało, że nie dochodziły do nich efekty dźwiękowe wydarzeń, a to co widzieli na ekranach, przypominało jakiś surrealistyczny film. Pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia Sasza, włączając nasłuch zewnętrzny. Całą przestrzeń wartowni wypełniły odgłosy walki – terkot broni maszynowej, wizg przelatujących pocisków rakietowych, wybuchy… Spojrzeli na siebie.
– To co, wciskamy czerwone? – zapytał Sasza.
Wowa skinął głową i wyciągnął rękę ku dwóm czerwonym przyciskom. Lecz zanim dokończył gest, ręka zawisła w powietrzu i tak jak głowa opadła ciężko na pulpit. Sasza z przerażeniem ujrzał sterczącą w plecach partnera strzałę. „Co u licha, gdzie my jesteśmy”, przebiegło mu przez myśl. Obejrzał się.
Drzwi dyżurki były szeroko otwarte. No tak, wbrew regulaminowi nie zaryglowali ich, bo niby po co? Teraz stało w nich dwóch wąsatych, przysadzistych, skośnookich mężczyzn, o cerze ciężko chorego na żółtaczkę Europejczyka. Jeden z nich właśnie wyciągnął z kołczanu kolejną strzałę, by oprzeć ją na cięciwie łuku, drugi wyciągnął zza pasa nóż i wziął zamach… Sasza zdążył uskoczyć przed szybującym ku niemu nożem, szczupakiem rzucając się ku konsoli, na pulpicie której spoczywał nieruchomy tułów Wowy. Już prawie sięgnął dwóch czerwonych przycisków, takich samych jak te moment wcześniej aktywowane na jego pulpicie, gdy dopadł go świdrujący, przeszywający całe ciało ból pod lewą łopatką. Bardziej poczuł niż zrozumiał, że, tak jak jego towarzysza, dosięgła go strzała. Na oczy zapadała mu gęsta mgła, nogi odmawiały posłuszeństwa i zamilkło coś, co w ciele jest tak naturalne, że się tego nie zauważa – rytm serca… W ostatnim agonalnym wysiłku zdołał jednak złapać dźwignię ogólnego alarmu na konsoli Wowy. Chwycił ją drętwiejącą już dłonią, którą ostatkiem sił zacisnął śmiertelnym skurczem na rękojeści dźwigni. Osunął się martwy na podłogę, ściągając dźwignię ku sobie.
W Centrum rozległy się syreny na zewnątrz i dzwonki alarmowe wewnątrz. Równocześnie, takie same dźwięki zabrzmiały w koszarach Specnazu nad rzeką Katunią, posterunkach policji w dwustutysięcznym Zmieinogorsku i Biełaszach, na lotnisku w Abakanie, Nowokuzniecku i w Kemerowie, w koszarach wojskowych w Bijsku, Kyzyle i Gornoałtajsku. Podobne sygnały odebrały administracje Koływania, Kurii i Trietiakowki. Cały rejon Kuriński został postawiony na nogi, cały Kraj Ałtajski, ze stolicą w Barnaule. Ale najważniejsze, że sygnał dotarł do centrum operacyjnego Ministerstwa Obrony w Moskwie, które natychmiast przejęło dowodzenie akcją obronno-ratunkową i skoordynowało pierwsze, spontaniczne działania w regionach.
Nad Sawuszką narastał ryk silników lotniczych. Napastnicy śpiesznie opuszczali pustoszejący teren Centrum, oświetlony łuną palących się pojazdów. Nie wszyscy jednak zdążyli umknąć, mimo szalonego okładania koni pejczami.
Gdy personel Centrum otrzymał przez radio rozkaz nieopuszczania budynków, nad dachy zabudowań koszącym lotem spadł dywizjon myśliwców Su-27, siekąc z działek GSz-30-1 kalibru 30 mm. Długie serie ryły głębokie bruzdy, rozpryskując na boki obfite fontanny ziemi… Czasami taka bruzda kończyła się na zadzie konia, który wraz z jeźdźcem po prostu znikał w bezkształtnej masie gleby, krwi i przemielonego mięsa… Chwilę później, na poprawkę, podobną robotę, choć już właściwie bezużyteczną, bo zemsta dosięgła ledwie kilku jeźdźców, powtórzył dywizjon szturmowców Su-25. W obliczu całkowitego braku ognia z ziemi wykonywał swą pracę niespiesznie i pieczołowicie, jak na manewrach. W dodatku ich mniejsza prędkość pozwalała prowadzić dzieło zniszczenia bardziej metodycznie, niż ich szybkim, choć elektronicznie precyzyjnym poprzednikom.
Niewiele później nadleciały śmigłowce szturmowe Ka-52 Aligator. Nie lądowały, lecz zaczęły zataczać coraz szersze kręgi w powietrzu, licząc od centralnego punktu ośrodka. Leciały nisko z włączonymi reflektorami, od czasu do czasu wyrzucając flary i plując ogniem z pięciu działek – jednego trzydziestomilimetrowego w kadłubie i czterech dwudziestomilimetrowych podwieszonych na zewnętrznych zaczepach. Czasami, jakby od niechcenia, spluwały ogniem rakiet. Biada temu, kto przypadkiem znalazł się w zasięgu ich działania. Piloci nie rozróżniali przecież, kto jest uciekającym napastnikiem, a kto przypadkowym nocnym wędrowcem. Całą tę orgię powietrznej armady zakończył przylot pięciu ciężkich śmigłowców Mi-26 MD, przystosowanych do działań nocnych. Majestatyczne ważki wolno osiadły na poranionej ziemi Centrum. Z trzech wyjechało po otwartych klapach desantowych sześć opancerzonych wozów Tigr-M, typowych pojazdów Specnazu. Z czwartego wysypało się dziewięćdziesięciu uzbrojonych żołnierzy sił specjalnych. Ponad połowa z nich, ósemkami, zajęła miejsca w pojazdach bojowych, które rozjechały się we wszystkie strony w poszukiwaniu ewentualnych maruderów, których można by wziąć żywcem. Pozostali, formując sześć drużyn, zaczęli przeczesywać teren Centrum i weszli do jego zabudowań. Z ostatniego, piątego helikoptera, wyjechał Tigr w wersji sanitarnej, któremu towarzyszyła grupa funkcjonariuszy Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych (MCzS) i dwa małe uazy z generatorami elektrycznymi, sprzętem oświetleniowym i ratowniczym. Helikoptery wyłączyły silniki i nad pobojowiskiem zapanowała cisza, zakłócana jedynie terkotem generatorów, z których jedne pompowały powietrze do rozkładających się w pionie jak akordeony kolumn oświetleniowych, a inne dostarczały do nich prąd.
Na progu zdewastowanego głównego wejścia do nowego gmachu Siergiej Aleksandrowicz przywitał kierującego akcją generała Dubnina.
– Straty w ludziach? – zapytał generał.
– Oprócz dwóch zabitych wartowników, nie ma.
– Dzielni ludzie, zdążyli nas zaalarmować. A ranni?
– Jest kilku lekko zranionych odłamkami szyb z rozbitych okien.
– Straty w sprzęcie? – indagował generał.
– Tak, straty w sprzęcie, przynajmniej na oko, są wielkie. Wszystkie lasery są albo uszkodzone albo całkowicie zniszczone. Jeszcze nie wiem dokładnie. Wiem natomiast, że lata pracy poszły na marne.
– No, niezupełnie na marne – Dubnin usiłował podnieść na duchu dyrektora. – Na szczęście cała dokumentacja techniczna i know-how są już na Uralu i w europejskiej części naszego kraju, tak, że seryjna produkcja sprzętu laserowego nie jest zagrożona.
– To prawda, ale na odbudowę tego, co dziś zdewastowali ci barbarzyńcy, potrzeba będzie mnóstwa czasu… Chyba że sytuację uratuje przyśpieszona budowa trzeciego segmentu, właśnie wychodzącego z ziemi…
– Ale, jak rozumiem, laboratoria, biura projektowe i sprzęt elektroniczny ocalały i są w większości sprawne?
– Z pierwszych doniesień, panie generale, tak by wynikało.
– No to szczęście w nieszczęściu. A najważniejsze, że nie zostało zniszczone to, co najcenniejsze – mózgi waszego zespołu naukowego.
– To naprawdę szczęście, bo gmachy można odtworzyć, nawet w lepszej wersji, ale tego nie udałoby się przywrócić…
– Nazwał pan napastników, dyrektorze, barbarzyńcami… Rzeczywiście, moi ludzie raportują, że większość rozpoznawalnych trupów wygląda na tutejszych nomadów. Trudno jeszcze określić z jakiego plemienia. Jednak najdziwniejsze jest to, że oprócz łuków, kindżałów i noży, mieli na wyposażeniu przeciwpancerne pociski kierowane i ich wyrzutnie. Wygląda na to, że przymierzyli się akurat do waszych sferycznych osłon głównych laserów. Mieli zresztą pewien „zapas bezpieczeństwa”. Ze szczątków sprzętu można wywnioskować, że mieli trzy nasze Kornety o zasięgu pięć i pół kilometra. Ich operatorzy nie musieli nawet zbliżać się do pola ochronnego Centrum, choć jak widać, być może dla pewności trafienia, to zrobili. Odpalili rakiety kumulacyjne, naprowadzane laserowo…
– Tragiczna ironia losu – przerwał generałowi Siergiej Aleksandrowicz. – Rakiety naprowadzane laserowo na Centrum Optyczno-Laserowe…
– Tak, to tragiczna ironia, ale w tej tragedii jeszcze ciekawsze jest to, że napastnicy dysponowali też wyposażonymi w głowice kumulacyjne pociskami sterowanymi, odpalanymi z ręcznych wyrzutni amerykańskich typu Javelin o zasięgu dwóch kilometrów…
– Nasze mogły być skradzione, ale amerykańskie? Rzeczywiście, to zastanawiające – odrzekł zasępiony dyrektor.
Pierwsze ustalenia pozwoliły określić liczbę napastników na pięćdziesięciu, góra sześćdziesięciu ludzi, z których w trakcie akcji obronno-odwetowej i w pościgu zlikwidowano czterdziestu dwóch.
Oficerowie GRU kręcili się po pobojowisku. W porozumieniu z wywiadem cywilnym SWR to oni przejęli sprawę, a nie Federalna Służba Bezpieczeństwa. A to dlatego, że wszystko wskazywało na międzynarodowe afiliacje wykonawców napadu. Swoje dobre usługi zaoferowały też służby chińskie. a konkretnie wywiad wojskowy Sztabu Generalnego armii chińskiej.
Strona rosyjska, acz z pewnym ociąganiem, przyjęła propozycję i teraz wraz z funkcjonariuszami rosyjskimi pobojowisko przeszukiwali Chińczycy. To oni pierwsi wpadli na subtelne poszlaki, mogące wnieść do sprawy istotne elementy. Dotyczyły one tego, kto, poza Tuwińcami z pobliskiej autonomicznej republiki Federacji Rosyjskiej i ich współplemieńcami z Mongolii, tudzież paroma aż z Kazachstanu, stał za nocnym najazdem na Centrum. To, że w uzbrojeniu agresywnej hordy znalazły się wyrzutnie rakietowe produkcji rosyjskiej i amerykańskiej, jeszcze o niczym nie świadczyło. Mieli przecież też rosyjskie karabinki szturmowe AK i ich chińskie podróbki. Do wysadzenia głównego wejścia nowego kompleksu Centrum użyli czeskiego semteksu. Był on praktycznie niewykrywalny przez różne indykatory kontrolne plastycznego materiału wybuchowego i silniejszy od tradycyjnego plastiku. To wszystko jednak można było bez problemów znaleźć na czarnym rynku handlu militariami. O wiele ważniejsze, przynajmniej zdaniem GRU, było to, że znaleziono resztki obwodów scalonych z pilotów do zdalnej aktywacji zapalników w semteksie i fragmenty elektroniki samych zapalników najnowszej generacji amerykańskiej. Tego już nie można było tak łatwo nabyć. Jeszcze ciekawsze okazały się fragmenty garderoby zabitych. Otóż podkoszulki niektórych napastników miały amerykańskie metki. Któż na obszarze całkowicie zdominowanym przez chińskie produkty bawełniane zadawałby sobie trud sprowadzania bielizny z USA? Chyba, że należała ona do żołnierzy będących w trakcie szkolenia. Bo o ile w przypadku Tuwińców do operowania kindżałem, łukiem, nożem czy nawet karabinkiem AK nie trzeba było przeprowadzać specjalnego kursu, o tyle obsługa wyrzutni rakietowych, jak też zastosowanie materiałów wybuchowych, wymagało już zaangażowania instruktorów wojskowych. Idealne byłoby znalezienie żywego świadka wydarzeń, a przede wszystkim procesu, który je poprzedzał. Z tym były jednak kłopoty. Pościgowa jednostka chińska, którą Rosjanie dopuścili do działania na swoim terenie, wpadła wprawdzie na trop dwóch ukrywających się w górach uciekinierów, ale zginęli oni w walce z Chińczykami z sił specjalnych. Po tej zwycięskiej dla nich, lecz fatalnej dla dalszego przebiegu śledztwa potyczce, na usilne prośby SWR, kierownictwo GRU podziękowało towarzyszom z południa za współpracę w operacjach zbrojnych. Kooperację ograniczono do współpracy oficerów śledczych.
Wojskowy wywiad rosyjski przychylał się coraz bardziej do tezy inspirowanego przez Amerykanów uderzenia w strategiczne interesy rosyjskie. Była to tylko hipoteza robocza, gdyż wciąż brakowało przesądzających dowodów. Konsekwencją jej były jednak, zawarte w raporcie końcowym, sugestie rozszerzenia wielostronnych stosunków z Pekinem, zaczynając od gospodarki i imigracji, a na aliansach wojskowych kończąc. Po dostarczeniu raportu kierownictwu państwa GRU umorzyło śledztwo w obliczu „braku dowodów przesądzających”.

https://sklep.tygodnikprzeglad.pl/produkt/oko-smoka/