Podwójny przewrót

„W ciągu dwóch dni obaliliśmy dwóch prezydentów!”, „Udało się nam, udało!” – ludzie skandowali w Chartumie okrzyki dumy i radości rozchodząc się do domów po ostatniej trwającej tydzień bez przerwy wielkiej manifestacji w stolicy. Ukonstytuowana w czwartek Tymczasowa Rada Wojskowa, która objęła władzę po obaleniu prezydenta Omara al-Baszira, obaliła dzień później swego własnego szefa i postawiła na czele państwa innego generała, skłonnego szybciej oddać władzę cywilom.

Sytuacja w Sudanie zmienia się tak szybko, że manifestanci zebrani przed kwaterą główną armii postanowili pozostać „czujni” i „zmobilizowani”, mimo wyrażanej powszechnie satysfakcji. W czwartek generałowie odsuwając od władzy prezydenta al-Baszira, który rządził krajem przez 30 lat, przynieśli zwycięstwo manifestantom aktywnym w całym kraju od połowy grudnia. Lecz mianowanie przez nich „p.o. prezydenta” gen. Awada Ibn Ufa i zapowiedź jego rządów przez dwa lata nie uspokoiły protestujących.
Sudańczycy wyraźnie odrzucili perspektywę kierowania krajem przez juntę wojskową, tym bardziej, że gen. Ibn Uf był ściśle związany z obalonym prezydentem. Wczoraj w łonie Rady Wojskowej doszło więc do kolejnego przewrotu: na czele państwa stoi odtąd gen. Abdel Fattah al-Burhan, nieznany szerzej publiczności, jednak jak się wydaje na razie zaakceptowany, gdyż swe rządy zaczął od ogłoszenia dymisji Salaha Gosza, szefa NISS, tajnej policji prezydenta al-Baszira, odpowiedzialnej za krwawe represje, które spadły na wielomiesięczny ruch protestu. Nowy przywódca Sudanu nakazał wypuszczenie z więzień wszystkich zatrzymanych w ostatnich miesiącach, jak i innych więźniów politycznych.
Jednocześnie Rada Wojskowa zaczęła zapewniać, że przewidziany wcześniej okres dwóch lat, który miał służyć transformacji politycznej, „może zostać skrócony”. Członek Rady, gen. Omar Zinelabidin, który ma zająć się sudańską dyplomacją, zapewnił zebranych w trybie pilnym ambasadorów państw afrykańskich, że w jego kraju powstanie rząd cywilny, a wojsko nie będzie mieszać się w jego skład. Gen. al-Burhan zajął się z kolei uspokajaniem władz imperium amerykańskiego: baza CIA w Chartumie, zajmująca się koordynacją działań tej agencji wywiadowczej w całej północnej Afryce, będzie mogła bez przeszkód kontynuować swą działalność.
Nowy, silny człowiek Sudanu to były inspektor generalny armii, wcześniej dyplomata (m.in. w Pekinie) i dowódca sudańskich wojsk lądowych, ma 59 lat. Był koordynatorem wysyłki oddziałów sudańskich do Jemenu, zdecydowanej przez al-Baszira na na usilną prośbę Arabii Saudyjskiej i po naciskach amerykańskich, lecz nie uchodzi za zwolennika tej operacji, mimo finansowania jej przez Saudów.

Podwójny przewrót

„W ciągu dwóch dni obaliliśmy dwóch prezydentów!”, „Udało się nam, udało!” – ludzie skandowali w Chartumie okrzyki dumy i radości rozchodząc się do domów po ostatniej trwającej tydzień bez przerwy wielkiej manifestacji w stolicy. Ukonstytuowana w czwartek Tymczasowa Rada Wojskowa, która objęła władzę po obaleniu prezydenta Omara al-Baszira, obaliła dzień później swego własnego szefa i postawiła na czele państwa innego generała, skłonnego szybciej oddać władzę cywilom.

Sytuacja w Sudanie zmienia się tak szybko, że manifestanci zebrani przed kwaterą główną armii postanowili pozostać „czujni” i „zmobilizowani”, mimo wyrażanej powszechnie satysfakcji. W czwartek generałowie odsuwając od władzy prezydenta al-Baszira, który rządził krajem przez 30 lat, przynieśli zwycięstwo manifestantom aktywnym w całym kraju od połowy grudnia. Lecz mianowanie przez nich „p.o. prezydenta” gen. Awada Ibn Ufa i zapowiedź jego rządów przez dwa lata nie uspokoiły protestujących.
Sudańczycy wyraźnie odrzucili perspektywę kierowania krajem przez juntę wojskową, tym bardziej, że gen. Ibn Uf był ściśle związany z obalonym prezydentem. Wczoraj w łonie Rady Wojskowej doszło więc do kolejnego przewrotu: na czele państwa stoi odtąd gen. Abdel Fattah al-Burhan, nieznany szerzej publiczności, jednak jak się wydaje na razie zaakceptowany, gdyż swe rządy zaczął od ogłoszenia dymisji Salaha Gosza, szefa NISS, tajnej policji prezydenta al-Baszira, odpowiedzialnej za krwawe represje, które spadły na wielomiesięczny ruch protestu. Nowy przywódca Sudanu nakazał wypuszczenie z więzień wszystkich zatrzymanych w ostatnich miesiącach, jak i innych więźniów politycznych.
Jednocześnie Rada Wojskowa zaczęła zapewniać, że przewidziany wcześniej okres dwóch lat, który miał służyć transformacji politycznej, „może zostać skrócony”. Członek Rady, gen. Omar Zinelabidin, który ma zająć się sudańską dyplomacją, zapewnił zebranych w trybie pilnym ambasadorów państw afrykańskich, że w jego kraju powstanie rząd cywilny, a wojsko nie będzie mieszać się w jego skład. Gen. al-Burhan zajął się z kolei uspokajaniem władz imperium amerykańskiego: baza CIA w Chartumie, zajmująca się koordynacją działań tej agencji wywiadowczej w całej północnej Afryce, będzie mogła bez przeszkód kontynuować swą działalność.
Nowy, silny człowiek Sudanu to były inspektor generalny armii, wcześniej dyplomata (m.in. w Pekinie) i dowódca sudańskich wojsk lądowych, ma 59 lat. Był koordynatorem wysyłki oddziałów sudańskich do Jemenu, zdecydowanej przez al-Baszira na na usilną prośbę Arabii Saudyjskiej i po naciskach amerykańskich, lecz nie uchodzi za zwolennika tej operacji, mimo finansowania jej przez Saudów.

Nowe starcia, nowe ofiary

Protesty w Sudanie trwają już ponad miesiąc. Od początku demonstracji w grudniu 2018 r. policja zastrzeliła ponad 40 osób, ale zdesperowani obywatele nie ustępują. Na ulicach Omdurmanu znowu brzmiało „Pracy i chleba!”, „Wolność, pokój, sprawiedliwość” oraz „Obalić, obalić!” – to ostatnie pod adresem prezydenta Omara al-Baszira.

W środę policja rozpędzająca kilkutysięczny tłum posłużyła się „tylko” gazem łzawiącym, więc ofiar śmiertelnych nie było. Nie tak, jak w ubiegłym tygodniu – protest w Omdurmanie, który poprzedzał zaplanowane na późniejsze godziny zgromadzenia w tym samym mieście oraz w stolicy, Chartumie, położonej dokładnie na drugim brzegu Nilu, był gestem pamięci po demonstrancie zmarłym wskutek odniesionych ran. Łącznie śmiertelnych ofiar podczas protestów padło już ponad czterdzieści, w tym co najmniej jedno dziecko i kilkoro pracowników medycznych.
Na zaplanowaną na wieczór demonstrację nie czekali również studenci Uniwersytetu Ojczyźnianego (al-Watanijja) w Chartumie, organizując protest na terenie swojego kampusu. I on, mimo pokojowego charakteru, został rozpędzony przy pomocy gazu łzawiącego.

Manifestanci domagają się dymisji prezydenta al-Baszira, który twardą ręką rządzi Sudanem od trzech dziesięcioleci. W ich ocenie to jego nieudolność doprowadziła do braków podstawowych produktów żywnościowych i paliwa na rynku, drożyzny (ceny chleba wzrosły trzykrotnie), a także do utrzymywania się bardzo wysokiego bezrobocia. Rząd twierdzi, że problemów nie byłoby, gdyby nie embargo nałożone na Sudan przez USA oraz oderwanie się Sudanu Południowego, które pozbawiło kraj 3/4 zasobów ropy naftowej.

Wśród organizatorów protestów są sudańskie organizacje związkowe, aktywni byli zwłaszcza lekarze i dziennikarze. Teraz władze postanowiły utrudnić tym ostatnim relacjonowanie wydarzeń – prawo do wykonywania swoich obowiązków na terytorium Sudanu odebrano w ostatnich dniach korespodentom Al-Dżaziry, tureckiej agencji Anadolu oraz saudyjskiej Al-Arabijja. Ponadto 38 lokalnych dziennikarzy zostało aresztowanych pod zarzutami „podżegania do przemocy” i „rozpowszechniania fałszywych wiadomości”.

Prezydent Omar al-Baszir nie ma zamiaru uginać się przed żądaniami manifestantów, chociaż protesty od tygodni nie słabną. W ubiegłym tygodniu występował na wiecach swoich zwolenników.

Wreszcie pokój?

Przywódcy dwóch zwaśnionych stron – prezydent Sudanu Południowego Salva Kiir Mayardit i jego najgroźniejszy polityczny rywal, były wiceprezydent, a obecnie dowódca rebeliantów Riek Machar zawarli porozumienie, ale wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych, a z samego Sudanu Południowego napływają wzajemnie sprzeczne informacje.

 

Pod koniec czerwca obydwaj politycy podpisali porozumienie mające położyć kres trwającej od pięciu lat krwawej wojnie domowej, która pochłonęła około 50 tys. ofiar ludzkich i doprowadziła do przesiedlenia dalszych 4 milionów. Układ przewiduje wprowadzenie „trwałego rozejmu” pomiędzy siłami rządowymi a rebeliantami dowodzonymi przez Machara, nad jego przestrzeganiem mają czuwać siły pokojowe państw afrykańskich. W ostatnich dniach uzgodniono, że obie strony konfliktu wycofają swoje oddziały zbrojne z terenów miejskich.

Ponadto zgodnie z porozumieniem do czasu wyborów parlamentarnych przez 36 miesięcy ma funkcjonować rząd tymczasowy, co ma być poprzedzone czteromiesięcznym okresem przejściowym. I tu zaczynają się niejasności.

Według pierwotnych założeń celem porozumienia jest doprowadzenie do podziału władzy, a jednym z wiceprezydentów miałby zostać Riek Machar. Taką też opinię wyraził Al-Dirdiri Mohamed Ahmed, minister spraw zagranicznych Sudanu, który jest mediatorem w negocjacjach. Według niego, Kiir i Machar „w zasadzie” zgodzili się na powrót tego ostatniego na stanowisko wiceprezydenta. Oprócz niego funkcję zastępcy głowy państwa miałyby pełnić jeszcze trzy osoby – obecnych dwóch wiceprezydentów oraz kobieta wskazana przez opozycję. Drugą kwestią sporną pozostaje kontrowersyjna propozycja podziału kraju na trzy regiony z trzema stolicami. Takiemu wariantowi sprzeciwiają się rebelianci. – Sudan Południowy jest jednym krajem i nie może być podzielony na trzy części – oświadczył rzecznik rebelianckiego ugrupowania Sudański Wyzwolenia Narodowego Ruch-w-Opozycji Mabior Garang de Mabior.

Obserwatorzy sceptycznie oceniają szanse trwałości tego porozumienia, mając na uwadze poprzednie doświadczenia. Podobny układ został zawarty w 2015 r. pod presją ONZ.