Bartosz Węglarczyk i śmierć debaty publicznej w Polsce

Jak poinformowało czasopismo „Do (Od) Rzeczy” w niedzielę 17 stycznia 2021 roku rano Pan Bartosz Węglarczyk został świadkiem. Bycie świadkiem bynajmniej nie dotyczyło żadnych przyziemnych spraw typu kradzieży samochodu z parkingu, czy szykan policji wobec Strajku Kobiet. To co zobaczył na własne oczy to ni mniej ni więcej tylko „śmierć debaty publicznej w Polsce”. Ponieważ sprawa jest poważna warto jej się przyjrzeć bliżej.

Żeby nie być oskarżonym o manipulację pozwolę sobie przytoczyć obszerny fragment wypowiedzi pana Węglarczyka z Facebooka:
„Dziś rano byłem świadkiem tego, jak wygląda śmierć debaty publicznej w Polsce. To jedna z najważniejszych ofiar koszmarnego podziału w polskiej polityce. Opublikowaliśmy dziś w Onecie prostą, zwięzłą sylwetkę p. Jadwigi Kaczyńskiej. Ludzie szukają o niej informacji w necie w związku oczywiście z politycznym wystąpieniem jej syna na mszy z okazji rocznicy jej śmierci. Wiemy to, bo na tym polega nasza praca. Ludzie szukają informacji, więc obowiązkiem mediów jest je dostarczyć — to jedna z najprostszych zasad, jakimi kierują się media na całym świecie. Wolne media, pamiętacie?

No i się zaczęło. Na Twitterze zostałem zaatakowany przez zwolenników opozycji za to, że “wchodzicie w d…ę PiS-owi” (w oryginale całe słowo, oczywiście), że “Onet dogadał się z PiS-em, to jasne”, że “powiedz, ile was za to PiS zapłacił…” itd., rozumiecie już pewnie przekaz.

Anonimy na Twitterze mało mnie grzeją, wszystkie partie mają swoich trolli i swoich anonimowych fanatyków, to normalnie. Dziś do tego ataku przyłączyli się jednak ludzie, którzy na Twitterze piszą pod nazwiskiem. “To lizusostwo” — napisał pewien człowiek, które analizy polityki zagranicznej bardzo cenię.

Pewien członek władz Platformy Obywatelskiej w Kielcach wezwał mnie, żebym zdjął tekst. “Bartek, miej cohones!!” — napisał (tak, z dwoma wykrzyknikami i to czerwonymi) pan, którego na oczy nigdy w życiu nie widziałem.”

Na pozór sytuacja jest oczywista. Oto rzetelny, uczciwy dziennikarz pada ofiarą rozwydrzonych polityków z Platformy Obywatelskiej, którzy nie mogą znieść kilku słów prawdy o Jadwidze Kaczyńskiej.

Jestem jak najdalszy od bronienia polityków Platformy Obywatelskiej, która moim zdaniem powinna się samorozwiązać i nie zaśmiecać dalej polskiej sceny politycznej, Wytłumaczenie wściekłości tych panów jest jednak proste jak przysłowiowa konstrukcja cepa.

Problem polega tutaj jedynie na żałosnej wręcz niekompetencji Redaktora Portalu Onet pana Węglarczyka.

Nie jestem bynajmniej, specjalistą od Jadwigi Kaczyńskiej i uważam ją za postać zbyt żałosną, żeby traktować ją poważnie. Czytając jednak nadęte frazesy artykułu, żeby zdobyć pewien dystans, zajrzałem do Wikipedii. Ze zdumieniem stwierdziłem, że „prosta, zwięzła sylwetka” pani Kaczyńskiej jest po prostu zwykłym, mechanicznym skrótem artykułu z tego „źródła”, skrótem, w którym powykreślano część informacji zachowując retorykę i strukturę oryginału. Nie wiem czy autor tej przeróbki (jb) był autorem tekstu z Wikipedii, nie interesuje mnie też czy to co zrobił jest autoplagiatem czy plagiatem czy czymś jeszcze innym. Nie jestem prawnikiem od praw autorskich i nie zamierzam się w takie rzeczy bawić. (O tym, że autor tekstu w Onecie nie jest chyba autorem świadczy dość zabawny lapsus. Mianowicie wśród dzieł J. Kaczyńskiej wymieniona została współredakcja „Słownika pseudonimów pisarzy polskich XV wieku” co czyniłoby z niej niewątpliwie wybitną mediewistkę. Tak się jednak składa, że jest to poczciwy „Słownik pseudonimów pisarzy polskich XV wieku – 1970” (Wrocław 1994) co zdaje się wskazywać na całkowicie mechaniczny charakter procederu skracania tekstu z Wikipedii).

Istotne jest to, że autor razem z treścią tekstu z Wikipedii przejął całą dworską napuszoną, (za przeproszeniem) święto(je)bliwą retorykę dworskiego kaczyzmu. Czytamy więc o Matce Polce, Żonie, Patriotce, Nauczycielce, Mamie ukochanych Synów, wzorze cnót wszelakich itd. itp. Nie powinno to dziwić, tak się bowiem złożyło, że (o czym pisał nawet Onet) już pewien czas temu polska prawica zawłaszczyła Wikipedię wprowadzając tam swój język i wartości. Jako nauczyciel akademicki wiem, że z Wikipedii mało kto korzysta, trudno się jednak dziwić, że kiedy normalny, zdrowy na umyśle (jeżeli tacy są jeszcze w Platformie) czytelnik zetknie się nieoczekiwanie z czymś takim mogą mu puścić nerwy.
Jest to tym bardziej szokujące, że na tej samej stronie Onetu można przeczytać inne, pisane zupełnie inaczej biografie. Otóż biografia aktora Adama Pawlikowskiego, który rozchorował się psychicznie i popełnił samobójstwo jest reklamowana hasłem „Był ulubieńcem kobiet, stał się kapusiem i zdrajcą. Skończył tragicznie” a biografia Julii Brystygierowej: „Zwano ją „Krwawą Luną” stalinowskiej bezpieki. Kim była Julia Brystgier?”. Treść obu artykułów odpowiada poziomem wulgarnego chamstwa reklamującym je hasłom. Sądząc po retoryce używanej w tych publikacjach należałoby się więc spodziewać opowieści o toksycznej matce, która spaczyła psychikę swoich synów robiąc z nich dziecięce gwiazdy filmowe, czy też pasożytki, która (za przeproszeniem) „przepierdziała w stołek” kilkadziesiąt lat w Instytucie Badań Literackich nie zrobiwszy nawet doktoratu i zajmując miejsce ludziom zdolniejszym i uczciwszym od siebie. Tymczasem mamy opowieść ni mniej ni więcej tylko o co najmniej błogosławionej, jeżeli nie świętej „Mamie braci Kaczyńskich”. Czy trudno się dziwić, że w członkach Platformy Obywatelskiej budzą się najdziksze instynkty?

Oburzanie się pana Węglarczyka jest wynikiem nieumiejętności wypracowania jakiejkolwiek sensownej strategii prowadzenia portalu informacyjnego. Chociaż uważa się on za obrońcę wolności wypowiedzi niewątpliwie należy do pierwszego szeregu osób odpowiedzialnych za śmierć debaty publicznej w Polsce. Jego najbardziej oryginalnym pomysłem stała się likwidacja forów dyskusyjnych pod zamieszczanymi tekstami bez wypracowania żadnej alternatywnej formuły umożliwiającej jakąkolwiek sensowną dyskusję. Nie istnieje też żadna selekcja poziomu prezentowanych materiałów. To co zostało zaprezentowane jest tylko drobniutkim wycinkiem olbrzymiego popisu nieudacznictwa, któremu akurat smaku dodają wzniosłe deklaracje dotyczące wartości, o których szanowny Redaktor nie ma przysłowiowego „zielonego pojęcia”.

Jego niekompetencja i nonszalancja od samego początku działalności w Onecie uczyniły z tego portalu obszar zideologizowanej prymitywnej propagandy, pozbawionej nawet wyraźnego, jednoznacznego kierunku. Dzięki niemu Onet stał się niewyczerpanym źródłem głębokiego intelektualnego i moralnego zamętu. Zapoznawanie się z puszczanymi przez niego gniotami jest, niestety, przykrym obowiązkiem, bo trudno w dzisiejszych czasach zaleźć coś co można czytać bez niesmaku i zażenowania a gdzie indziej jest jeszcze gorzej. Natomiast jego nieudaczny symetryzm względem PiSu rodzi oczekiwanie, kiedyż wreszcie szanowny Redaktor dołączy do duetu Ogórek – Jakimowicz bo pod względem intelektualnym, mentalnym i moralnym pasuje do nich jak ulał.

Złe PGR-y

Onet opublikował wczoraj „infografikę” z „największymi grzechami PGR-ów”, te grzechy to „ogromne straty”, „pochłanianie połowy wydatków na rolnictwo”, czy „koncentracja na produkcji zwierzęcej”.

Ta sama infografika chwilę potem płynnie przechodzi do ubolewania nad ogromnym bezrobociem, które na terenach popegeerowskich sięgało później momentami 40%, a obecnie ma charakter długotrwały, czy wręcz pokoleniowy i dziedziczny…
W takich kalkulacjach jak zwykle istnieje tylko jedna perspektywa. Na ludzi i ich los patrzy się z perspektywy inwestującego w „kapitał ludzki” abstrakcyjnego właściciela.
Koszty pomocy socjalnej, koszty bezrobocia, koszty biedy, koszty społeczne degradacji i regresu… To zupełnie bez znaczenia, bo nie dotyczy już rynku tylko ludzi, którzy nie znajdują się w jego planach. Miliony ludzi, które utrzymywały się dzięki PGR-om nie stanowią żadnej wartości.
To dla właścicieli sam koszt i czysty irracjonalizm, coś co nie mieści się w głowie homo balcerowiczusów i ich ideologicznych spadkobierców.
Jeśli ludzie nie przynoszą wymiernych zysków – tym gorzej dla nich.
Państwo, organizacje społeczne, zakłady pracy, przedsiębiorstwa rolne, a nawet szkoły i uniwersytety…
To wszystko jest zupełnie zbędne, jeśli na końcu nie ma akcjonariuszy i kapitalistów, którzy czerpią z tego zysk.
Kapitał bez mrugnięcia okiem może skazać na zagładę.
I to całe miliony.
Nie jesteś przydatny najbogatszym? Tym gorzej dla Ciebie.
W ramach gestu współczucia być może potem pochylą się nad tobą i ze smutkiem zrobią jakąś kolorową „infografikę”, gdzie przy okazji obsmarują też każdą możliwą alternatywę. Nie żeby wykluczeni przez tę neoliberalną katastrofę mieli tu cokolwiek do powiedzenia, albo chociaż mieli jak się bronić.