Księga wyjścia (35)

Ballada o kontrastach.

W związku z tym, że w poprzednim tygodniu nie było na łamach DT kolejnego felietonu z cyklu „Księga Wyjścia”, część jego treści poznali czytelnicy fb, ale wiem, że jest też spora grupa zwolenników tradycyjnych gazet i z reguły oni z tej platformy nie korzystają. Spróbuję w jakiś sposób połączyć te teksty, tak by czytelnicy tradycyjni poznali treść poprzedniego i użytkownicy fb także znaleźli coś nowego. Tym bardziej, że upłynął kolejny tydzień i zabrało się całkiem sporo nowych, wartych opisania historii.

W drodze do pracy. Pisane w pociągu

Kolejny tydzień pracuję jako ankieter. Trzy tygodnie zaowocowały czterema kluczowymi zauważeniami. Miejscowości ściśle przylegające do stolicy charakteryzują się bardzo bogatą architekturą. Te dalsze już bardziej mieszaną, z wydzielonymi enklawami i trzecie zauważenie to bieda domki takie między pięćdziesiąt, a sześćdziesiąt metrów, na równie mikroskopijnych działkach. Paradoks polega na tym, że taka chatynka wbita pomiędzy dwa ogromne i bogate domy, w miejscowości gdzie ceny gruntów przebiły skalę sufitu, tak naprawdę nie stanowią żadnej deweloperskiej wartości. Są zbyt małe, by postawić willę odzwierciedlającą bogactwo właściciela. Zazwyczaj żyją w nich starsze kobiety, naprawdę w tym przypadku statystyki nie kłamią, wszędzie mieszkała samotna babcia, ani razu nie trafiłem na mężczyznę. Ze względu na naprawdę niedużą wielkość tych działek, po śmierci leciwych mieszkańców, za niewielkie pieniądze, kupi to któryś z sąsiadów i będzie miał idealne miejsce na basen. Ostatnie z nietypowych zauważeń wprawiło mnie w zakłopotanie i refleksję. Jest to konkretny przypadek. Wśród domów klasy średniej wyższej, zauważyłem dosyć ładny, prawie nowy dom. Wykończony, widać, że kolor tynku w żywych jeszcze barwach, których nie pokrył brydny kurz i modna, ale skromna i nie ekstrawagancka architektura. Przy drzwiach wystawały ze ściany dwa grube przewody. Pomyślałem, że jeszcze wykańczają, a przewody zostały wyprowadzone, by powiesić tam jakąś lampę. Na ogromnej działce nic, prócz trawy, nawet jednego drzewka. Wniosek, dopiero zakończyli budowę i niedawno zamieszkali. Dom oddalony od furtki, ale właściciel krzątał się przy furtce. Na pytanie czym ogrzewa, powiedział, że drewnem, nawet mnie to nie zdziwiło, ponieważ spora część mieszkańców ogrzewających domy gazem, a posiadających również kominki sądzi, że o tym gazie mówić nie trzeba. Dopiero gdy dopytujemy okazuje się, że gaz jest ich głównym ogrzewaniem, natomiast kominek tylko okazjonalnie. A podają nam jedynie informację o drewnie myśląc, że wyłapujemy tylko te miejsca gdzie dymią kominy. Ale wracając. Ponieważ mężczyzna podał niewielką ilość zużywanego drewna, pewnym głosem powiedziałem – „to jeszcze gaz muszę zapisać”. Odpowiedź mnie powaliła. „Nie używam gazu, już mnie nie stać. Drewno dostaję od gminy i cała ogrzewana przestrzeń domu wynosi 25 mkw. Gdy zaczynałem budowę byłem całkiem zamożnym człowiekiem, zarabiałem naprawdę dobrze. Jednak już po zakończeniu budowy miałem wypadek, który wykluczył mnie z życia zawodowego. Teraz jestem na łasce pomocy społecznej i gminy. Jak pan widzi mam dom, ma on 140 mkw, ale pracując na zleceniach w momencie tragedii, zostaje się dziadem. Dom pewnie sprzedam” – podsumował nasz polski kapitalizm, jeszcze niedawny milioner.

Przesiadka. Pisane w metrze

Wbrew obawom, mieszkańcy tych naprawdę wypasionych willi, gdy tylko dowiedzieli się, że spisujemy piece i rodzaj ogrzewania, bardzo chętnie podawali wszelkie dane, zdawali sobie bowiem sprawę, że nawet jeśli sami mają ekologiczne ogrzewanie, to sąsiedzi nawet ci dalsi paląc „czymkolwiek” trują także ich i ich dzieci. W miejscowościach bardziej oddalonych, a zwłaszcza w ich starszych i biedniejszych częściach, ludzie nieufnie podchodzili do udzielania informacji. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że czegoś się boją. Nie sądzę jednak, że obawiali się tego, iż odkryjemy palenie śmieci, tylko nigdy dotychczas nic dobrego z tych spisów nie wynikało. Bo albo za PRL jakiś „domiar”, melioracja, nowa droga, która przetnie im i tak niewielką działkę, lub wzrost opłat za wywóz śmieci. Dlatego nie dziwiły mnie pytania, które zadawali. Pytali „po co, dla kogo, w jakim celu”. Akurat trafiliśmy na osiedle oddzielone lasem od głównej miejscowości i jak już wspomniałem poza jednym wydzielonym i ogrodzonym obszarem dla najzamożniejszych, były tam same leciwe domy sprzed 30, 40 a nawet i więcej lat. Pewnie kilka powojennych. Były m.in niedokończone tzw. „klocki polskie” i pięćdziesięciometrowe chatynki, w których nie tylko dach, ale i zewnętrzne ściany pokryte były papą, te zwykle były ogrzewane popularną niegdyś „kozą”. Gdy udało już się wyjaśnić w jakim celu zbieramy te informacje, często padało pytanie, zadane już miłym, lekko konfidencjonalnym tonem i zupełnie szczere – „a jak powiedzieć żeby było dobrze? Bo zameldowanych jest ośmioro, a mieszka nas piątka”, lub też odwrotnie „zameldowanych 16, a mieszka nas dwudziestka” – widać że uznali mnie za swojaka, lub wierzyli w szczerą, ludzką rozmowę. Nie sposób było wyjść z podziwu widząc niewielkie zabudowanie i stłoczone tam trzy czy cztery pokolenia wraz z rodzinami. Przypomniało mi się wtedy mieszkanie w bloku, w którym niegdyś mieszkałem i 20 metrowa kawalerka zasiedlona przez sześcioro mieszkańców – Matkę, syna z żoną i trójką dzieci. Przesiadka i biegiem żeby zdążyć na autobus. Pisane w autobusie: Po obejściu „ubogiej” części, co nie było łatwe. Leśna wcinka, która wydawała się ślepą dróżką z jedną chatą na końcu, nagle za drzewami się rozwidlał prowadząc do kolejnych domów. Zajęło nam więc to sporo więcej czasu niż zakładaliśmy i dodało do cholery i pracy i kilometrów. Po powrocie na główne ulice tych miejscowości czekały nas kolejne niespodzianki. Weszliśmy w świat skrajności, rażących kontrastów. Początek jeszcze w zabudowie z lat siedemdziesiątych. Z daleka jednak już widać gdzie zaczyna się najbogatsza część miejscowości. O ile te gierkowskie wille przylegały do chodnika oświetlonego starymi, betonowymi latarniami, to tuż przed pierwszym „nowopałacem” zaczęły się całkiem nowe wielopunktowe latarnie z wysięgnikami, tak by rozświetlić całą okolicę. Na ogromnych działkach zobaczyliśmy najrozmaitsze domy, które blaskiem włożonych w nie pieniędzy, przyćmiewały światła tych nowych ulicznych lampionów. Ludzie zwykle mili, tylko rozmowy bywały zabawne, bo jednocześnie odpowiadali nam i dyskutowali przez telefony. Podczas dnia niekiedy zastajemy pomoce domowe, lub rodziców właścicieli. Ale o tym później, bo czas wysiadać. Bo „Chodzonego czas zacząć”.

Pisane nocą

„Chodzonego czas zacząć”, starsi czytelnicy zapewne wiedzą o co chodzi, a młodszym wyjaśnię. Niegdyś tak zapowiadano polski taniec, czyli popularnego na studniówkach poloneza. Dawniej nazywano go po prostu „chodzonym”. Gdy dojedziemy na miejsce powtarzam sobie tę starą zapowiedź do utworu pt. „Pożegnanie ojczyzny” autorstwa Michała Ogińskiego. Upłynęły już dwa tygodnie od ostatniego felietonu, zdążyliśmy więc się już oddalić spory kawałek od miejscowości przylegającej bezpośrednio do stolicy. Trafiamy na coraz dziwniejsze anomalia adresowe, budowlane, ludzkie i osobowe. Ponieważ mamy ściągawki adresowe, to spis powinien zgadzać się z numeracją, którą dała nam gmina. Okazuje się jednak, że oprócz adresów podanych przez urząd, jest jeszcze kilka dodatkowych, lub kilku brakuje. Nowe nie wyglądają na samowolkę budowlana, bo są to budynki zarówno nowe jak i stare, widać że zamieszkałe, zasiedziałe niekiedy przez całe rodziny. O czym świadczą pozostawione przed drzwiami rowery dorosłych, rowerki dziecięce, zabawki i dużo obuwia wyjściowego. Poza tym na każdym z tych adresów „widm” wisi urzędowa tabliczka z adresem, nazwą miejscowosci i numerem. Bywają również przypadki, że w samym środku spisywanej ulicy, pomiędzy kolejnymi numerycznie mieszkaniami stoi dom, na widok którego zwykle stajemy jak wryci, to znaczy stawaliśmy. Nie chodzi o jakieś zjawisko architektoniczne, tylko tabliczka przy furtce informuje, że jest to adres ulicy z drugiego końca miejscowości. Gdy uda namówić się właściciela, by wyjaśnił tę anomalię to opowiada o jakiś lokalnych sporach o nazwy, wielokrotnych zmianach patronów, a co za tym idzie również numeracji. Na pytanie, że jednak jakiś porządek powinien być, zwykle odpowiadają podobnie. Przytoczę jedną taką odpowiedź, którą nawet sobie zapisałem: „Panie, co się władza zmieni, to ulice nam wymienia, przez jakiś czas miałem dokładnie ten sam adres co sąsiad naprzeciwko. Tutaj nie dziwcie się niczemu”. I faktycznie w jednej miejscowości zarówno ulica główna jak i jej odnogi nazywały się Generała Maczka. Dom narożny miał numer właściwy, np. 4, a reszta to było 4a, 4b, 4c aż do końca. Zwykle kończyło się na „G”, ale w innych miasteczkach dochodzi nawet do „O”. Bywają też domy, które doskonale funkcjonują na dwóch adresach. Z jednej strony numer od ulicy Andersa, z drugiej np. już Jabłoniowa. Różne ulice, różne numery, a poczta przychodzi raz pod jeden raz pod drugi. Nadawca ma więc wybór, bo adresat zawsze będzie ten sam. Wspomniałem wcześniej, że im dalej od zamożnych osiedli, tym drogi gorsze. O błocie i niedokończonych drogach pisał nie będę, ale zostawię to ku wyobraźni czytelnika. Zwłaszcza w słotne dni dają popalić. Niekiedy trudno przebrnąć krótki odcinek. Czasami jest powierzchowne i tylko brudzi podeszwy, ale zdarzają się takie, w które się zapadamy jak w bagno. Mam też kilka zauważeń kiedy najlepiej jest ankietować, a kiedy lepiej nie wychodzić z domu. Najlepiej w dni powszednie w okolicach południa. Wprawdzie są to godziny, podczas których ludzie zwykle pracują, ale wtedy ci, którzy są w domach bardzo ufnie nas witają i skrupulatnie odpowiadają na zadawane im pytania. Często trafiamy na kogoś w rodzaju pomocy domowej, lub rodziców właścicieli, którzy będąc już na emeryturze przyjechali popilnować wnuki podczas gdy ich dzieci pracują, by zarobić na spłatę kredytu zaciągniętego na ten dom. Ludzie ci zwykle znają odpowiedzi na nasze pytania, brali udział w inwestycji od samego początku, a i tak siłą rzeczy stali się tam stałymi, choć dojeżdżającymi mieszkańcami, a co jest najsmutniejsze również rodzicami dla swoich wnuków. Nic dziwnego, rodzice wyjeżdżają przed świtem, a wracają późno w nocy. Biorą po dwa etaty i zlecenia, by spłacić to zadłużenie bankowe wzięte na dom. Dziadkowie zazwyczaj też chętnie wdają się w rozmowę. Są bardziej otwarci. To zaleta pracy w tygodniu. Wadą jest to, że u bezdzietnych nikogo nie ma. Wtedy wracamy pod ten adres w niedzielę. Poza tym, że wszyscy są w domach – jedyna zaleta dni wolnych od pracy – to bardzo niechętnie i nieufnie podchodzą do rozmów. Są zdziwieni, że w niedzielę ktoś chodzi z ankietami i to na zlecenie gminy, wkurzeni, że przeszkadza w odpoczynku i zdezorientowani. Ostemplowany identyfikator na szyi, rozłożona teczka z blankietami, więc musi im się bardzo kotłować w głowie między drzwiami mieszkania, a furtką. Gdy już wyjaśnimy z czym i po co przychodzimy to czasami burkotliwie, czasami z pogardą, najczęściej jednak w sposób sympatyczny podają te dane. Gdy po raz pierwszy zaszedłem w niedzielę do pierwszego domu z naszego wykazu, zadzwoniłem wideofonem, powiedziałem że na zlecenie Urzędu Gminy spisujemy kto czym ogrzewa mieszkanie, to usłyszałem krzyk połączony ze zdziwieniem – „co, w niedzielę?!?! Dopiero spokojnie wytłumaczyłem, że byliśmy już tu dwukrotnie w ciągu tygodnia, a ponieważ nie udało nam się nikogo zastać, to musieliśmy specjalnie w niedzielę przyjechać. Już nie udawało się załatwić sprawy przez domofon. Prawie wszyscy wychodzili by obejrzeć identyfikator. Czasami powiedzą niby do siebie, że coś takiego każdy może sobie sam zrobić. Najgorzej było w niedzielę przed 11 listopada. Z warszawskiego Gocławia przeprowadziłem się do jednej z podwarszawskich miejscowości, w zasięgu Kolei Mazowieckich. Odległość jest trochę większa, ale czas dojazdu krótszy. Dodatkowym powodem było, że zamieszkałem u kolegi, z którym pracuję. Trochę rozpisałem się o ankietach, ale zdominowały one moje życie do tego stopnia, że jedyny dzień wolny wziąłem sobie w sobotę by pojechać do Lublina na cotygodniową terapię i dawkę substytucyjnego suboxonu. Nasz dzień wygląda następująco. Wstajemy między piątą a szóstą rano, żeby chociaż spokojnie zjeść śniadanie i wypić kawę. Kończymy wpisywać w ankiety brakujące dane takie jak numery działek. Zawsze coś na rano zostanie, a za chwilę dowiecie się dlaczego. Wychodzimy z domu między siódmą, a ósmą i po kilku przesiadkach po dziesiątej z minutami jesteśmy na miejscu. Jeśli autobus nie ma opóźnienia i uda się wstrzelić tak, by zbyt długo nie czekać. W skrajnym przypadku może to być nawet półtorej godziny. Ale jeśli nawet kwadranas to przy trzech przesiadkach daje to sporą obsuwę czasową. W drodze ustalamy kwadraty, którymi będziemy się poruszać i miejsca spotkań, by wymienić informacje. Koło piętnastej zwykle jesteśmy już ledwo żywi kończymy więc rozpoczęte ulice i okolo szesnastej szukamy gminnych autobusów, by dojechać do przystanku głównego z którego podobnym systemem wracamy. Powrót jest zwykle znacznie gorszy. Czekamy na autobus wielostrefowy, a bywa, że na niektórych liniach jeżdżą co pół a nawet co godzinę. Nie opłaca się wracać do ankietowanej wioski, by spisać jeszcze kilka domów, a poza tym ledwo już poruszamy nogami. Gdy dotrzemy do pierwszej warszawskiej pętli lub metra szukamy odpowiedniego transportu, który dowiezie nas na dworzec o odpowiedniej porze. Jeśli trafimy kilka minut przed pełną godziną, to udaje się złapać interesujący nas pociąg, jeśli dojedziemy minutę po, to czekamy na Dworcu Centralnym godzinę. I tak pomiędzy dziewiętnastą a dwudziestą jesteśmy w domu. Musimy jeszcze uzupełnić numery ewidencyjne działek, ale nigdy nie udaje się zrobić tego do końca, bo zwyczajnie zasypiamy. Więc jak już wspomniałem, kończymy to rano. Tak wygląda praca ankietera – którą wykonuję od trzech tygodni – ankietera spisującego czym ludzie ogrzewają mieszkania. Tak naprawdę w przypadku nałogowca jest to idealny rodzaj terapii. Jest trzecia w nocy. Jutro zrobię poprawki i wyślę tekst do redakcji. Do przeczytania za tydzień.

Napaleni na wszystko

Palenie szkodzi. W dodatku palenie byle czego jest karalne. Chyba, że palisz aktami, kukłą Żyda albo samochodami.

Histeria związana z paleniem przyszła wraz z kapitalizmem. Acz nieśmiało. Bo po 1989 roku, nowej władzy doskwierało jedynie palenie akt. A konkretnie teczek z archiwum Służby Bezpieczeństwa.
Potem było już tylko śmieszniej, aż przyszedł rok 2016 a wraz z nim ustawa o odpadach. Od tej pory palić wolno jedynie węgiel i papierosy. A i to jedynie w wyznaczonych miejscach. Co oczywiście jest nieprawdą.

Odpad z Dąbrowy Górniczej

Naród nie nawykł do czytania ustaw, więc przepisy obowiązują tylko wtedy, jak nieuświadomionego Polaka dupnie policja albo straż miejska. Wtedy taki ktoś ma przerąbane, a nawet musi płacić górę hajsu. Jak pan z Dąbrowy Górniczej, który miał pecha palić w piecu starymi ramami okiennymi i płytami paździerzowymi. A co gorsza wpaść na ich paleniu trzy razy. Każdy raz kosztował go po 5 tys zł grzywny.
Albowiem kto „termicznie przekształca odpady poza spalarnią odpadów lub współspalarnią odpadów podlega karze aresztu albo grzywny”. Dzięki jasności prawa normalny Polak nie ma zatem pojęcia, że łamie prawo, bo przecież zamiast termicznie coś przekształcać pali w piecu. A tu kiszka. Ustawodawca przecież wyjaśnia słowami iż przez „termiczne przekształcanie odpadów” rozumie się „zarówno spalanie odpadów przez ich utlenianie jak i inne procesy termicznego przetwarzania odpadów, w tym pirolizę, zgazowanie i proces plazmowy, o ile substancje powstające podczas tych procesów są następnie spalane”.
Jasne? Bo jak nie, to przecież ustawodawca precyzuje nawet czym są odpady. A „rozumie się przez to każdą substancję lub przedmiot, których posiadacz pozbywa się, zamierza się pozbyć lub do których pozbycia się jest obowiązany”.
Jak ktoś tego nie ogarnia i pali co chce, to musi się liczyć z grzywną do wspomnianych 5 tys zł, albo z miesięczną odsiadką.

Palące auto

Każdy, kto ma kawałek ogródka wie, że liście chore i zarażone szkodnikami najlepiej jest spalić. Ale prawo wie lepiej i w związku z tym, nie wolno tego robić samodzielnie na własnej działce ani poza nią. Bo co prawda wolno zhajcować pozostałości roślinne, ale tylko wtedy, gdy nie są one „objęte obowiązkiem selektywnego zbierania”. A liście i trawa są objęte jak najbardziej. I ich „przekształcanie termiczne” to 5 tys. zł grzywny.
Cudzy samochód odpadem nie jest. Nikt go też selektywnie nie zbiera. I dlatego cudze samochody w myśl ustawy o odpadach można palić. Byle tylko nie powodowało to „nadmiernej ilości dymu i uciążliwego zapachu”. Bo wtedy osoba, której to przeszkadza wzywa organa ścigania, które mogą ukarać, tyle, że w oparciu o zupełnie inne niż ekologiczne przepisy. Czyli choćby takie o zagrożeniu bezpieczeństwa w ruchu samochodowym, ale tylko w sytuacji, gdy dym w wyraźny sposób ogranicza widoczność na drodze bądź ulicy.
Jacek T. znany warszawski piroman samochodowy zdaniem władzy sądowniczej zachowywał się zgodnie z przepisami o ekologii. Bo mimo spalenia kilkunastu bryczek nikt nie wytoczył przeciwko niemu zapisów ustawy o odpadach.
Wygląda zatem na to, że samochody palić można. Potwierdzałby to przykład sfajczenia wozu transmisyjnego TVN 11 listopada 2011 r. Bo mimo że dwaj palacze dostali po ponad 2 lata odsiadki i mają zwrócić 1,5 mln miliona złotych, to nikt nie przyczepił się do nich za zwiększenie zapylenia stoicy pyłem zawieszonym PM 2,5 ani PM 10.

Kwas pruski z butelki

W przeciwieństwie do setek osób karanych mandatami i grzywnami, za to, że wkładają do pieców gumiaki, opony, tapicerkę meblową, plastikowe butelki, czy cokolwiek innego, co przy spalaniu daje kalorie. Na salach sądowych sędziowie szermują wtedy stwierdzeniami, że ci źli ludzie paląc w piecu kilogramem butelek, starych wykładzin, dywanów, otoczek kabli, czy folii produkują w 280 litrów chlorowodoru, który w połączeniu z parą wodną tworzy kwas solny.
Jak kogoś dupnie się za to, że palił wypełniająca meble pianką poliuretanową, to do wie się, że każde spalone kilo pianki staje się po sfajczeniu 50 litrami cyjanowodoru, a ten jak się połączy z wodą stanie się kwasem pruskim.
Biedni ludzie, których złapano na paleniu lakierowanych desek, worków foliowych albo kawałków opon, zostaną przez oskarżenie przyszpileni za wytworzenie zagrożenia w postaci rakotwórczych dioksyn. W tym, najbardziej trującej o nazwie tetrachlorodwubenzo-p-dioksyna, która jest 10 000 razy bardziej trująca niż cyjanek potasu.
Palące się samochody, pełne pianki, plastiku, opon i wszystkiego innego, zdaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości, takiego zagrożenia nie powodują, więc czynienie osobom palącym auta zarzutów z tego tytułu nie ma sensu.

Żyd ekologiczny

Aby być w zgodzie z ustawą o odpadach, można oprócz samochodów palić kukłę Żyda. Co udowodnił przypadek Piotra Ryby, któremu za zanieczyszczenie środowiska nie spadł włos, bo trzy miechy dostał jedynie za nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych.
Nikt nie skorzystał też z przepisów o zakazie spalania gdy w powiecie ostrołęckim capnięto strażaka, który „termicznie przekształcił” 8 kawałków lasu w pogorzelisko. Grozi mu do dziesięciu lat więzienia, ale na pewno nie z racji tego, że wpuścił do atmosfery w cholerę dużo cieplarnianego CO2.
Strażak w Czerwionce-Leszczynach na Śląsku też za robienie wbrew ekologii nie beknie. I mimo że sfajczył kartony ze śmieciami, rampę, instalację elektryczną oraz plastikowe pojemniki, no i kontener na śmieci, to usłyszał jedynie zarzuty zniszczenia mienia.
Nie robili wbrew środowisku podpalacze plastikowej tęczy z pl. Zbawiciela w Warszawie. Zarzuty zawsze sprowadzały się wyłącznie do „podpalenie instalacji artystycznej”. A kara finansowa wynosząca 500 zł, to przecież mniej niż za wsadzenie do pieca starych adidasów.
„Termiczne przekształcenie” sklepu Biedronki w Ozimku, też nie stało się elementem oskarżenia pana, który placówkę handlową spalił doszczętnie. Dioksyny, smog, CO2, i takie tam, nie pojawiły się nawet w akcie oskarżenia. 3 lata pierdla dostał z innego paragrafu. Tak jak i 2,5 mln zł, które pan podpalacz ma zapłacić ubezpieczycielowi tytułem zwrotu wyrządzonych szkód.

Eko groszek

Do pożaru domu jednorodzinnego w Jastrzębiu doszło w maju 2013 r. Wraz z chałupą spaliło się pięć osób. Sąd uznał, że sfajczenia dokonał tatuś,bo nie dość, że podpalił, to na dodatek zablokował możliwości ewakuacji. Prokuratura postawiła tatusiowi zarzut zabójstwa pięciu osób, i nawet usiłowanie zabójstwa szóstej. Żadnego paragrafu ekologicznego nie wykorzystano. I wiele wskazuje, że w tym konkretnym przypadku słusznie. Straż pożarna uznała bowiem, że w budynku była temperatura przekraczająca 1000 st. Celsjusza. A jak powszechnie wiadomo żeby spalanie śmieci było bezpieczne, musi przebiegać w takiej właśnie wysokiej temperaturze uzyskiwanej w krematoriach i spalarniach śmieci. A jak ktoś ma kominek, albo inny piec, to choćby nie wiadomo co, ale więcej niż 500 st. Celsjusza nie wyciśnie. Czyli paląc byle co, będzie trucicielem.
Taką właśnie niską temperaturą posłużył się pan z Prudnika, do spalenia żywcem dwóch pań. Powinien wiedzieć, że denaturat wylany na inną osobę będzie się palił w znakomicie mniejszej niż 1000 st. C. temperaturze. Sąd wymierzając panu karę 25 lat pozbawienia wolności i 10 lat pozbawienia praw publicznych, też nie wziął tego pod uwagę. I z punktu widzenia ustawy o o „termicznym przekształcaniu” – miał rację. W ustawie nigdzie nie ma bowiem słowa o tym, że nie wolno palić ludzi.
Ludzie nie są bowiem butelkami plastikowymi, workami foliowymi, ubraniami, obuwiem, zabawkami, gazetami kolorowymi, czy zużytymi pieluchami jednorazowymi. Płytami laminowanymi, wiórowymi, ramami okiennymi drewnianymi i plastikowymi – zresztą też nie są. Tym bardziej podkładami kolejowymi, meblami, drewnem malowanym, lakierowanym i impregnowanym. Oraz oponą, też nie są. A skoro nie zostali wymienieni, na tej ministerialnej liście, to palić nimi wolno
Nie powinien zatem dziwić wyrok sądu na małżonków z Radwanic, które po porodzie spaliło noworodka w piecu centralnego ogrzewania. Dostali po 2 lata.
Pewnie dlatego, że palenie noworodkami w piecach nie jest dla polskich sędziów czymś nadzwyczajnym. Tylko w tym roku było przynajmniej 5 takich przypadków.
I we wszystkich widać, że Polacy nie mają pojęcia o paleniu. Bo przecież największy nawet kretyn winien wiedzieć, że jak się mieszka w Majdanie Kozłowieckim i próbuje „przekształcić termicznie” noworodka w metalowej kuchni, to słodkawe zadymienie wsi każe sąsiadom dzwonić po mundurowych.
Jednak dla pani z Ciecierzyna-Piekła, po tym co zrobiła, nie ma zmiłuj. Przecież paliła w piecu noworodkiem zawiniętym w reklamówkę. W ten sposób wytwarzając sztuczną mgłę złożoną z pyłów zawieszonych i pary wodnej. Ta zaś jest bardzo niebezpieczna dla kobiet w ciąży. A co gorsza, może wpływać na kondycję i zdrowie płodu.
Jest zatem spora szansa, żeby choć raz prokurator – choćby dla prewencji ekologicznej – dotknął i tego aspektu. A potem robił to przy każdej nadarzającej się sposobności.
Inaczej będziemy dla świata jeszcze przez wiele lat uchodzili za imbecyli opalanych węglem.