Cóż wiemy o finansach?

Inaczej, niż w przypadku miłości, więcej wiedzą o nich nieco starsi Polacy.
Ponad połowa badanych mieszkańców Polski chce wiedzieć więcej na temat finansów i funkcjonowania gospodarki (57 proc.) oraz cyberbezpieczeństwa (53 proc.). Jak widać, samokrytycznie i słusznie oceniamy, że nasz poziom wiedzy na te tematy jest bardzo niski. Takie wyniki przynosi sondaż „Poziom wiedzy finansowej Polaków” przeprowadzony w wyniku zlecenia Warszawskiego Instytutu Bankowości i Fundacji Giełdy Papierów Wartościowych na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie dorosłych osób, w lutym i marcu bieżącego roku.
Okazuje się, że w porównaniu do 2020 r., nieznacznie spadł do 49 proc. odsetek osób oceniających swoją wiedzę finansową jako „raczej małą” lub „bardzo małą”. Niestety, wzrósł za to poziom negatywnej samooceny w tym obszarze wśród młodych Polaków w wieku 18-24 lata – z 83 proc. do 90 proc. To rezultat narodowo-religijnej propagandy sukcesu uprawianej w PiS-owskich mediach „publicznych”, gdzie liczą się inne wartości niż edukowanie młodych obywateli.
W porównaniu do 2020 r., spadł odsetek osób deklarujących brak jakiegokolwiek długookresowego oszczędzania – z 39 proc. do 31 proc. Rośnie także popyt na wiedzę z zakresu inwestowania (wzrost z 26 proc. do 37 proc.), co z kolei jest wynikiem tego, że w naszym kraju oszczędzanie pieniędzy w bankach przynosi straty, więc Polacy myślą o innych możliwościach lokowania swoich pieniędzy. Jest to bardzo dobrze widoczne właśnie od 2019 r. – Rosnący popyt na wiedzę z zakresu inwestowania odzwierciedla również rekordowy wzrost otwieranych rachunków maklerskich i udział inwestorów indywidualnych w obrotach giełdowych (wzrost r/r z 12 proc. do 25 proc. w 2020) – powiedział dr Wojciech Nagel, przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji GPW.
Ta wiedza rzeczywiście jest bardzo potrzebna, bo na przykład blisko co czwarty z badanych (24 proc.) deklaruje brak jakiejkolwiek wiedzy o zasadach funkcjonowania giełdy. Jak twierdzą przedstawiciele fundacji GPW, kluczową, powiększającą się barierą w inwestowaniu na warszawskiej giełdzie wskazaną przez ankietowanych jest właśnie brak dostatecznej znajomości tego zagadnienia (wzrost rok do roku z 57 proc. do 62 proc.).
Natomiast nieprzewidywalności rynku giełdowego boi się 37 proc. Polaków (tu nastąpił wzrost z zaledwie 15 proc.), a 36 proc. ocenia swój kapitał wyjściowy za niedostateczny do aktywności na rynku kapitałowym (wzrost z 18 proc.). To sygnał wskazujący na ubożenie Polaków i rosnące w takiej sytuacji zaufanie do bezpiecznych sposobów odkładania pieniędzy, do których w żadnej mierze nie można zaliczyć giełdy.
W 2021 r. respondenci zadeklarowali za to, że znają co najmniej jeden ze sposobów oszczędzenia długookresowego (poza lokatami bankowymi). Wśród wskazań dominują Pracownicze Plany Kapitałowe (wzrost r/r z 74 proc. do 89 proc.) oraz Indywidualne Konta Emerytalne (wzrost r/r z 67 proc. do 71 proc.). Najwyższy odsetek zadeklarowanej rozpoznawalności, co może dziwić, dotyczy wiedzy o PPK wśród osób młodych (18 – 24 lata) – aż 96 proc. Najczęściej deklarowanym sposobem długookresowego oszczędzania także są IKE (wzrost r/r z 34 proc. do 38 proc.). Natomiast jedynym narzędziem, które odnotowało spadek popularności są Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (z 11 proc. do 4 proc.).
Zdecydowana większość badanych jest zdania, że zajęcia z edukacji finansowej powinny mieć charakter obowiązkowy. O ile w ubiegłym roku 8 proc. badanych wciąż nie widziało potrzeby wprowadzenia obowiązkowych zajęć z zakresu wiedzy finansowej na którymkolwiek z etapów nauczania, to w 2021 r., takiego zdania jest jedynie 3 proc. Najpopularniejszymi źródłami wiedzy o finansach dla ponad połowy Polaków w 2021 r. jest internet (59 proc.) oraz banki i inne instytucje tego rodzaju (54 proc.).
Z badania wynika również, że najbardziej preferowanym sposobem nabywania wiedzy finansowej pozostały bezpośrednie spotkania stacjonarne (wzrost r/r z 49 proc. do 60 proc.) – znacznie mniej jest zwolenników spotkań w formule online (12 proc.). Znacząco wzrosło zainteresowanie filmami edukacyjnymi i materiałami wideo (z 11 proc. do 40 proc., a wśród seniorów powyżej 65 lat nawet do 55 proc.). Osoby młode (18 – 24 lata), oprócz spotkań bezpośrednich chcą także nabywać wiedzę finansową poprzez aplikacje mobilne (48 proc.) oraz platformy e-learningowe (44 proc.).
Jednocześnie, troje na czworo Polaków oczekuje zdecydowanie przewodniej roli szkoły i nauczycieli w przekazywaniu wiedzy ekonomicznej (wzrost rok do roku z 66 proc. do 77 proc.). Blisko połowa z badanych wskazuje na konieczność wspierania tego procesu ze strony rodziców (49 proc.), pracowników sektora finansowego (47 proc.) i instytucji państwowych (46 proc.). Natomiast w przypadku mediów nastąpił tu istotny spadek z 71 proc. do 47 proc. Przyzwyczailiśmy się już, że w PiS-owskich mediach „publicznych”, a zwłaszcza w TVP brakuje miejsca na podobną tematykę, nie mającą przecież charakteru propagandy nacjonalistycznej.
Dosyć pozytywnym trendem w Polsce jest wzrost odsetka Polaków deklarujących bardzo dokładne czytanie dokumentacji przed podpisaniem umów z instytucjami finansowymi – z 32 proc. w 2019 r. do 40 proc. w 2021. To spore osiągnięcie, gdy zważyć, że te umowy świadomie są pisane skomplikowanym językiem, mającym odstręczyć klientów od ich lektury. Tradycyjnie już, do tak ważnej i wymagającej odrobiny rozumu czynności jak zaciągnięcie zobowiązania finansowego, skrupulatniej podchodzą polskie kobiety niż mężczyźni – 44 proc. pań czyta umowy bardzo dokładnie, w porównaniu z 36 proc. mężczyzn.
W ubiegłym roku znacznie intensywniejsza, z powodu pandemii, była nasza aktywność w internecie. Ten, wciąż coraz trudniejszy czas, umocnił czołową pozycję wiedzy z obszaru cyberbezpieczeństwa jako tej, która zdaniem Polaków wymaga największego uzupełnienia (wzrost rok do roku z 54 proc. do 58 proc. ) – i ta opinia nie jest znacząco zróżnicowana ani pod względem wieku, ani poziomu wykształcenia. Problemy z wiedzą na temat cyberbezpieczeństwa potwierdzają także i sami bankierzy. W lutowym badaniu „Monitor Bankowy” przeprowadzonym na zlecenie Związku Banków Polskich, 70 proc. z nich wskazało właśnie bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni jako coś najtrudniejszego do przyswojenia przez klientów. To zrozumiałe, bo ataki oszustów internetowych są w Polsce coraz bardziej wyrafinowane i trudne do odparcia. – W ciągu ostatniego roku większość Polaków zdecydowaną część swojego życia musiała przenieść do sieci. Praca zdalna, bankowość i zakupy online czy edukacja na odległość stały się naszą codziennością. W parze z tak dużą i zróżnicowaną aktywnością muszą iść odpowiednia świadomość i edukacja cyfrowa. Jednocześnie, warto aby w te wszystkie działania edukacyjne – również w obszarze finansów czy zasad funkcjonowania gospodarki – było zaangażowanych jak najwięcej podmiotów i środowisk – zarówno publicznych, prywatnych, jak i pozarządowych. Tylko w ten sposób będziemy w stanie sprostać tym wyzwaniom gospodarczym i cywilizacyjnym, które przed nami w najbliższych latach – powiedział Waldemar Zbytek, prezes Warszawskiego Instytutu Bankowości.
Świadomość ekonomiczna Polaków wciąż jest niska. W dodatku tragiczna rzeczywistość pandemii, w której tkwimy od ponad roku, w istotny sposób wpłynęła również na nasze długofalowe plany, zamiary i nadzieje związane z decyzjami o charakterze ekonomiczno – finansowym.

Nie wierzymy w ten system

Główne powody nikłego uczestnictwa w Pracowniczych Planach Kapitałowych to niskie zaufanie do tego rozwiązania oraz brak zaangażowania pracodawców.
Pracownicze Plany Kapitałowe, które tworzone są sukcesywnie od ponad roku, powinny w dłuższym czasie stać się poważnym, a nawet najważniejszym, dodatkowym źródłem dodatkowych pieniędzy na emeryturze (taką ocenę można znaleźć w biuletynie Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych).
Od 2010 roku dokonano wiele zmian w otwartych funduszach emerytalnych, które de facto oznaczają stopniową likwidację kapitałowej części zabezpieczenia emerytalnego. Jest to najpoważniejsza przeszkoda dla samych PPK, o czym świadczy niski udział osób zatrudnionych w dużych firmach (ok. 40 proc. uprawnionych) oraz sygnały, że partycypacja w średnich i małych będzie jeszcze mniejsza.
Jako największe przyczyny można bez wątpienia wskazać niskie zaufanie osób do systemu organizowanego przez państwo oraz brak zaangażowania pracodawców w propagowanie tej formy oszczędzania.
Gdy miałem rok temu przyjemność spotykać się z pracownikami i pracodawcami, , następujące pytania i wątpliwości dotyczące wdrożenia PPK padały najczęściej: „Zabiorą mi te pieniądze tak jak z OFE?” (pracownicy); „W ustawie są zapisy, że pieniądze są prywatne, ale ustawę można zmienić” (też pracownicy); „Ile nas to będzie kosztować w opcji minimalnej?” (pracodawcy).
Te wątpliwości są tak wyraźne, że ich skutkiem jest z jednej strony wspomniana już niska partycypacja, a z drugiej brak postrzegania PPK przez pracodawców jako ciekawego mechanizmu pomagającego zwiększyć lojalność doświadczonych pracowników np. poprzez powiązanie wysokości wpłat od firmy ze stażem. Obecnie zaledwie 1 proc. pracodawców wpłaca więcej niż ustawowe minimum, czyli 1,5 proc. pensji.
Znajomość tych wątpliwości przed uchwaleniem ustawy regulującej PPK była zresztą stronie rządowej znana, a wiele z nich było zgłaszanych przez partnerów społecznych i izby gospodarcze na etapie konsultacji.
Dzięki merytorycznej argumentacji, w ustawie dodano zapisy, że środki w PPK stanowią prywatną własność uczestnika (takich zapisów brakowało w ustawie regulującej działalność otwartych funduszy emerytalnych). Nastąpiło też zmniejszenie wysokości minimalnych wpłat uczestnika, gdy jego zarobki są bliskie minimalnego wynagrodzenia.
PPK powstały jako programy oszczędnościowe, a nie emerytalne. Są na to co najmniej cztery dowody: przynależność do programu nie jest obowiązkowa (wprawdzie osoby do 55 roku są do niego zapisywane automatycznie, mogą jednak zrezygnować z uczestnictwa w każdej chwili); wypłacić środki można w każdym momencie (czasami wiąże się to jednak z rezygnacją z części benefitów); wypłaty najbardziej opłacają się uczestnikom po ukończeniu 60. roku życia niezależnie od płci, a wiek ten nie jest połączony z wiekiem emerytalnym (choć jest on zbieżny z wiekiem emerytalnym kobiet); wypłaty można dokonać w różny sposób, również jednorazowo, a dożywotnia renta jest tylko jednym z możliwych rozwiązań. Wypłata po 60. roku życia może mieć różną postać, np.: jednorazowa, ratalna, z przeniesieniem na rentę wieczystą lub terminową, a nawet świadczenie małżeńskie.
Sama nazwa produktu, by podkreślić odrębność od systemu zabezpieczenia społecznego, nie zawiera słów kojarzonych z emeryturą. Pomimo to, w mojej ocenie, PPK dla uczestników powinny stanowić pierwszy wybór formy oszczędzania na starość.
Ocena ta wynika z benefitów otrzymywanych przez pracownika w tym produkcie. Jest ona jednoznaczna, gdyż uczestnik nie może zrobić w tym programie tylko jednej rzeczy – samodzielnie wybrać instytucji finansowej, do której przesyłane są wpłaty. Instytucję finansową zarządzającą PPK wybiera pracodawca.
Co natomiast może zrobić pracownik z PPK? Lista takich możliwości jest długa: podjąć decyzję o przystąpieniu lub nie do PPK; zrezygnować z oszczędzania; zawiesić albo wznowić własne wpłaty; zmienić wysokość wpłat w przedziale od 2 do 4 proc. wynagrodzenia, a dla osób o niskich zarobkach nawet od 0,5 do 4 proc.; dokonać zwrotu środków przed 60 rokiem życia; użyć części środków w przypadku ciężkiej choroby swojej lub członka rodziny; użyć wszystkich środków jako nieoprocentowanego kredytu na wkład własny z przeznaczeniem na zaspokojenie swoich potrzeb mieszkaniowych; przenieść (albo nie) dotychczas zgromadzone środki do nowej instytucji finansowej u nowego pracodawcy; zmienić fundusz na bardziej dynamiczny lub na bardziej bezpieczny; wskazać osoby uprawnione do otrzymania środków po śmierci.
Środki są dziedziczone, mogą podlegać podziałowi po rozwodzie lub unieważnieniu małżeństwa, jak również nie podlegają egzekucji, o ile nie jest ona związana z zobowiązaniami alimentacyjnymi. A przy tym jest to obecnie najtańsza forma oszczędzania poprzez fundusze, gdyż nie ma opłat manipulacyjnych i od każdej wpłaty nie ma, a opłaty za zarządzanie są na poziomie średnio około 0,4 proc. aktywów rocznie.
Można więc odpowiedzieć na wątpliwości pracowników, które są dalej bardzo silne, w sposób następujący: PPK to najtańszy program oszczędzania, a jeśli ustawodawca zacznie kiedykolwiek przebąkiwać coś o zabraniu pieniędzy z naszych rachunków, to wszyscy pójdziemy do instytucji finansowych z wnioskami o zwrot środków na nasze prywatne konta, zanim takie zmiany przejdą przez Sejm, Senat i wejdą w życie. Ale wówczas już nikt nie będzie w stanie wprowadzić masowego programu oszczędzania, chyba że będzie obowiązkowy.
Podsumowując, pierwszy okres działalności PPK można uznać za udany, jeśli chodzi o przygotowanie instytucji finansowych i rezultaty ich zarządzania. Rozczarowujący jest poziom uczestnictwa pracowników, wynikający z ogólnego braku zaufania do rozwiązań proponowanych przez ustawodawców, szczególnie po zmianach w OFE, które nastąpiły na przestrzeni ostatnich 10 lat.
Odbudowanie zaufania wymaga stabilności reguł gry, niezależnie od tego kto w przyszłości będzie o nich decydował, a ewentualne zmiany powinny mieć na celu to, by cały system był łatwiejszy do zrozumienia dla przyszłych emerytów. Przy spełnieniu takich warunków pracownicy zobaczą, że nie ma obecnie tak zyskownego sposobu na inwestowanie, który byłby porównywalny z PPK. Uczestnictwo w programie powinno się wówczas stopniowo zwiększać.

Deficyt nie taki straszny

Ostatnimi czasy wiele słyszy się o deficycie, najczęściej w złym świetle. Traktuje się to zjawisko jako coś złego, jednak zapomina się jak istotną rolę gra deficyt w gospodarkach państw i makroekonomii. Czy należy się bać?

Deficyt – nie taki diabeł straszny jak go malują.

Sektor prywatny ma to do siebie, że nie potrafi w pełni wykorzystać potencjalnej produkcji, dlatego państwo poprzez środki z deficytu może wpływać na zagregowany popyt, który wpływa na zatrudnienie, produkcję i inwestycje. W momencie niewykorzystanego potencjału produkcyjnego państwo podnosi produkcję, wydając środki z deficytu na zwiększanie popytu efektywnego. Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny, przy danych warunkach podaży odpowiada poziomowi zatrudnienia, przy którym przedsiębiorstwa osiągają maksimum zysku. Wielkość popytu efektywnego wyznaczają łącznie skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które razem decydują o wielkości zatrudnienia. W przypadku gdy popyt efektywny nie będzie dostatecznie wielki, faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od potencjalnej podaży siły roboczej przy określonej bieżącej płacy realnej. Jeżeli dany rząd oficjalnie deklaruje politykę pełnego zatrudnienia lub po prostu niwelowania bezrobocia, musi mieć świadomość, że niedostatecznie silny popyt efektywny będzie hamował wzrost zatrudnienia, co w efekcie przełoży się na zatrzymywanie produkcji. Jednak wracając do tytułu tekstu, w jaki sposób deficyt może wpływać na dochód państwa? Przede wszystkim jak wykazaliśmy, dzięki deficytowi państwo może wpływać na krańcową skłonność do konsumpcji, która jest najwyższa w mniej zamożnych społeczeństwach (o wpływie oszczędności na produkcję odniosę się później). Zatrudnienie pełni funkcję konsumpcji i przewidywanych inwestycji, konsumpcja jest natomiast funkcją dochodu netto, która jest sumą konsumpcji i inwestycji netto. W przypadku spadku dochodu netto należy szukać przyczyny w spadku zatrudnienia. Gdybyśmy jako państwo wykorzystywali środki do umarzania długu, doprowadzilibyśmy do tłumienia potencjału produkcyjnego przez spadek skłonności do konsumpcji, co w efekcie przełożyłoby się na spadek popytu efektywnego. W momencie wykorzystania w pełni potencjału produkcyjnego doprowadzimy do pełnego zatrudnienia. Przykład wpływu deficytu USA na spadek zapadalności jest dobrym zobrazowaniem, do czego tutaj dążymy:

Jak widać na powyższym wykresie, deficyt przyczynił się w szczególny sposób do spadku wskaźnika zapadalności. Deficyt przy prowadzeniu odpowiedniej polityki, tj. polityki pełnego zatrudnienia i pobudzania zagregowanego popytu może doprowadzić do stabilności gospodarczej a w długim okresie, przy lepszej koniunkturze spłacić dług. Bo czym innym jest długi okres jak nie sumą krótkich okresów. Tutaj też warto podkreślić oczywisty fakt, że długu publicznego w przeciwieństwie do długu prywatnego nie trzeba spłacać, a przynajmniej nie spłaca się go na tej samej zasadzie.

Oszczędzanie w czasie kryzysu. Czy to dobry pomysł?

Jak doskonale wiemy bieżącego popytu na konsumpcję, nie zastępuje popyt na konsumpcję w przyszłości. Kiedy skłonność do oszczędzania w społeczeństwie rośnie, prowadzi to do tłumienia działalności związanej z bieżącą konsumpcją, nie ożywiając produkcji dla przyszłej konsumpcji – popyt konsumpcyjny się zmniejsza. Jedynie konsumpcja obecna pozwala na przewidywania konsumpcji przyszłej, a skoro bieżąca konsumpcja zostaje zahamowana przez akt oszczędzania, konsekwencją musi być spadek przewidywanej dochodowości. Rezultatem oszczędności jest niekorzystne odbijanie się na cenach, w momencie braku polityki niwelującej bezrobocie, lepkość cen (opóźnione dostosowanie się cen do sił popytu i podaży) jest pogłębiana przez spadek zatrudnienia. Nie trudno sobie wyobrazić tragicznych dla gospodarki konsekwencji rządu, który postulowałby „budżet bez deficytu” (lub gorzej, nie tylko dla gospodarki, ale naszego społeczeństwa odwołując się do słów Alexisa de Tocqueville „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”). Podsumowując, oszczędzanie i stan zatrudnienia znajdują się w ujemnej korelacji – oszczędności wymuszają wycofanie zatrudnienia na konsumpcję bieżącą.

Kwestia inwestycji.

W przypadku wprowadzania stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do wzrostu cen (bez względu na krańcową skłonność do konsumpcji) i wtedy faktycznie dojdziemy do zjawiska inflacji, jednak zanim to się stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego (jednak w celu zapobiegania wysokiej inflacji, państwo ma obowiązek użyć takich mechanizmów jak progresja podatkowa, która „wypompowywałaby” pieniądze z rynku przy ekspansywnej polityce fiskalnej, mechanizmy kontroli cen oraz wypełnianie luki inflacyjnej przez zamykanie luki popytowej – wykorzystywanie w pełni potencjału produkcyjnego). Gdy krańcowa skłonność do konsumpcji jest niewiele mniejsza od jedności, małe wahania inwestycji wywołują znaczne wahania zatrudnienia, natomiast słaby wzrost inwestycji wywoła pełne zatrudnienie. Tutaj warto sobie podkreślić, że zamożne społeczeństwa są bardziej rozpięte między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną. Mniej zamożne społeczeństwo będzie skłonne do znacznie większej konsumpcji swej części produkcji, co w efekcie daje nam prosty wniosek, że niewielkie inwestycje wystarczą do osiągnięcia pełnego zatrudnienia. W przypadku bogatej społeczności należy szukać więcej możliwości inwestycyjnych, aby oszczędzanie bogatszych mogło iść w parze z zatrudnieniem biedniejszych.

Kwestia płac i cen

Jak doskonale wiemy stan zatrudnienia i płace realne znajdują się w ujemnej korelacji. Kiedy płace nominalne spadają, konsekwencją jest spadek zatrudnienia. W przypadku prowadzenia polityki wysokich stóp procentowych i ograniczonej polityki fiskalnej (a wszystko celem „budżetu bez deficytu” postulowanego przez liberałów) doprowadzi to do obniżki płac nominalnych, czego skutkiem będą: obniżka cen, która doprowadzi do spadku dochodu realnego oraz dochód pracowników zostanie przesunięty do innych uczestników produkcji, co zmniejszy skłonność do konsumpcji. Za pomocą polityki fiskalnej i progresji podatkowej możemy zmniejszać nierówności ekonomiczne, które doprowadzą do zwiększenia dochodu rozporządzalnego mniej zamożnych społeczeństw, co w efekcie przełoży się pobudzenie globalnego popytu przez zwiększenie konsumpcji. Jednak kwestia płac to nie wszystko, celem utrzymania stabilności gospodarczej jest prowadzenie polityki sztywnych płac nominalnych i giętkiej polityki pieniężnej. Rezultatem takiego układu jest duża stabilność cen, poziom cen w krótkim okresie będzie się zmieniał o tyle, o ile zmiana stanu zatrudnienia będzie miała wpływ na krańcowe koszty bieżące. W długim okresie ceny oczywiście będą zmieniały się wraz ze zmianami kosztu produkcji.

Polacy wychodzą z banków

Na razie wciąż przeważają bardziej konwencjonalne sposoby oszczędzania, ale jak tak dalej pójdzie, wrócimy do trzymania pieniędzy w pończochach.

Ze względu na decyzje Rady Polityki Pieniężnej o obniżaniu stóp procentowych, od lutego do końca czerwca tego roku z prywatnych lokat bankowych w naszym kraju ubyło około 40 mld zł.
Polscy konsumenci, nie chcąc tracić pieniędzy na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach, coraz częściej decydują się na fundusze inwestycyjne – wybierając naturalnie te najbezpieczniejsze, z najmniejszym ryzykiem utraty kapitału.
Tylko w czerwcu, na lokatach bankowych w Polsce było o 12,5 mld zł mniej niż w miesiącu poprzednim. Duży przyrost wpłat można natomiast zaobserwować właśnie w funduszach inwestycyjnych.Z danych największych Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych wynika, że lipiec był rekordowym miesiącem w sprzedaży funduszy. Aktywa funduszy z tego miesiąca przekroczyło 5 mld zł, co stanowi przyrost o 2 proc. Klienci najchętniej sięgają po rozwiązania bezpieczne, które jednak mają szansę przynieść im obecnie wyższe zyski niż lokaty bankowe. A uwzględniając inflacje, mają szansę osiągnąć jakikolwiek zysk, co jest obecnie niemożliwe na lokatach bankowych – mówi Kamil Hajdamowicz, zarządzający w Vienna Life.
Bezpieczeństwo inwestycji pozostaje zdecydowanym priorytetem. Polacy najchętniej wybierają więc fundusze dłużne, czyli inwestujące głównie w różne obligacje Skarbu Państwa o dłuższym terminie wykupu, obligacje komunalne, a częściowo także w instrumenty rynku pieniężnego. Fundusze te nie inwestują w akcje i są przeznaczone dla osób, które chcą gromadzić oszczędności przez dłuższy czas, nie akceptując podwyższonego ryzyka. Często też sami kupujemy obligacje skarbowe. To rozwiązania gwarantujące najwyższy poziom bezpieczeństwa, porównywalny do lokat bankowych.

-Wiemy jak ważne dla klientów jest bezpieczne inwestowanie, zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu wywołanego pandemią COVID-19. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, jak istotne jest posiadanie „poduszki finansowej” i oszczędności na czarną godzinę. Dlatego od wybuchu pandemii, ludzie chętniej sięgają po rozwiązania, które pomogą im pomnożyć posiadany kapitał – dodaje Kamil Hajdamowicz. W dobie tak niskich stóp procentowych w Polsce poleca on ubezpieczenia na życie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, fundusze obligacji oraz fundusze dochodów z nieruchomości.
Czasy się zmieniły i lokaty bankowe przestają już być pierwszym wyborem konsumentów. Dziś konta w bankach nie gwarantują ochrony wartości zgromadzonych środków przed inflacją.

Czy PPK to zachęta?

Pracodawcy powinni poważnie potraktować swoje uczestnictwo
w Pracowniczych Planach Kapitałowych.

W Polsce zaczyna brakować pracowników. Według badania przeprowadzonego przez Work Service ponad połowa firm w Polsce ma niekiedy problem z pozyskaniem osób do pracy.
Jak wynika z sondażu Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec czerwca 2018 roku – czyli już dość dawno – było 165 tys. nieobsadzonych stanowisk.
Pracodawcy chcą zachęcić pracowników oferując im oprócz podstawowych świadczeń różnego rodzaju benefity. Czy oferta Pracowniczych Planów Kapitałowych, która jest prywatnym sposobem oszczędzania przez zatrudnionego z udziałem pracodawcy, będzie jednym z nich?
Rynek pracodawcy, który zaczyna obecnie przekształcać się w rynek pracownika spowodował, że niektóre przedsiębiorstwa starają się uatrakcyjnić ofertę pracy dla potencjalnego pracownika. Karnety na siłownię, świadczenia medyczne, bony na zakupy to tylko niektóre z nich. Teraz może dojść jeszcze jeden.
– Jestem przekonany, że oferta oszczędzania w PPK i składek płaconych przez pracodawców, może przyciągnąć wielu kandydatów. PPK mogą zmienić sytuację co do oszczędzania własnych środków na przyszłość. Jeśli pracodawcy będą wyraźnie komunikować, że u nich w firmie program może być realizowany i został zgromadzony odpowiedni budżet to zyskają w ten sposób nowe narzędzie pomocne w procesach rekrutacyjnych – uważa prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami.
Partycypowanie pracodawców w oszczędzaniu na przyszłość jest bardzo popularne szczególnie w Europie Zachodniej. Prym wiodą Holandia, Islandia, Irlandia czy kraje skandynawskie. Polska w tych rankingach jest niestety na szarym końcu.
PPK to prywatny sposób oszczędzania zatrudnionego uwzględniający też ograniczony udział pracodawcy i państwa. Uzbieraną kwotę można przeznaczyć na emeryturę, mieszkanie, ale także na poratowanie zdrowia. Przystępując do programu jesteśmy właścicielami składek już na początku oszczędzania. Środki zgromadzone na rachunku PPK nie podlegają egzekucji sądowej ani administracyjnej (poza alimentami), istnieje też możliwość dziedziczenia aktywów.
– Przy łącznej wpłacie 3,5% wynagrodzenia i udziale państwa uczestnik przez okres 40 lat pracy może uzbierać około 100 000 zł – oblicza prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami.
Nie są to kokosy, zważywszy, że przy wciąż rosnącej inflacji, za 40 lat te pieniądze nie będą wiele warte. Dlatego pracodawcy, którzy zapiszą w budżecie maksymalną stawkę płaconą w imieniu swoich pracowników, będą mogą łatwiej ich pozyskać.

Żeby móc oszczędzać, trzeba mieć co

Z próżnego i Salomon nie naleje. Dlatego ludzi słabo zarabiających, których w Polsce jest większość, trudno namawiać do długofalowego oszczędzania.

Zakończyły się dwa najgorsze miesiące dla rodzinnych finansów Polaków.
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez BIG InfoMonitor, styczeń to drugi, najtrudniejszy miesiąc dla Polaków pod względem finansowym (duże wydatki, związane głównie z feriami, a niewielkie dochody).
Na pierwszym miejscu znajduje się, z powodów oczywistych grudzień – aż 62 proc. ankietowanych w tym okresie z powodu dużych, świątecznych wydatków miało problemy z terminowym opłaceniem rachunków czy rat kredytów.
Trzecie miejsce zajmuje naturalnie wrzesień (wydatki szkolne), kiepskie są także maj i czerwiec (organizowanie wakacji), nie najlepiej jest również w kwietniu i maju (zależnie od tego, w którym z tych miesiąców wypada Wielkanoc), słabo jest w sierpniu (kumulacja wydatków urlopowych). W sumie, bardzo niewiele pozostaje miesięcy, w których Polacy mogą powiedzieć, iż w skali roku wiedzie im się relatywnie nieco lepiej.

Trzeba próbować liczyć

W kłopoty finansowe wpaść łatwo, ale wyjście na finansową prostą może zająć co najmniej wet kilka miesięcy. Szczególnie wtedy, gdy utracimy zmysł samokontroli i ulegniemy np. poświątecznym wyprzedażom lub nie będziemy ograniczać wydatków podczas zimowych wyjazdów w trakcie ferii. Wszyscy ci, którzy mają wrażenie, że weszli w nowy rok z finansowym kacem i brakuje im gotówki, powinni powiedzieć sobie – czas na zmiany.
Akurat pierwsze miesiące roku to dobry moment na uporządkowanie domowych finansów. Wiadomo, że gdy pod koniec miesiąca brakuje nam środków na koncie, trudno myśleć o planie odkładania pieniędzy na „czarną godzinę”. Trzeba jednak myśleć o oszczędzaniu.
Pierwszym krokiem do opanowania domowej kasy, powinno być opracowanie budżetu, czyli po prostu skrupulatne policzenie wszystkich wydatków, które czekają nas w skali miesiąca oraz wpływów. Jest to nudna i żmudna robota, ale stanowi dobry punkt wyjścia do opracowania dalszego „planu naprawczego” naszych finansów. Pomagają w tym nowoczesne technologie. Według ekspertów, w odnalezieniu się w „domowej księgowości” pomogą aplikacje finansowe dostępne np. na smartfony. Trzeba w tym celu pobrać na telefon darmowe narzędzie np. „Kontomierz” i zacząć kontrolować, ile wydajemy. Aplikację można zsynchronizować z kontami osobistymi, dzięki czemu da się sumować wpływy i grupować wydatki według kategorii, np.: rachunki, zakupy spożywcze, spontaniczne przyjemności, spłaty pożyczek, itd. Wiele takich programów (np. „MoneyLover” czy „HandWallet”), oprócz podstawowej funkcji liczenia wydatków umożliwia także skanowanie rachunków, i tworzenie prostych planów oszczędzania.
Większość banków umożliwia także korzystanie z programów, które automatycznie grupują i zliczają płatności oraz przelewy, które wykonujemy z konta osobistego.
Wszystkie te narzędzia, choć początkowo skomplikowane. przy pewnej dozie wprawy mogą pozwolić na stały podgląd dostępnych funduszy, a także monitorowanie kondycji naszych finansów.

Na czarną godzinę

W domowym budżecie oprócz stałych wydatków, musimy także umieścić nagłe i niezaplanowane koszty – w innym przypadku, te mogą stać się potencjalnym źródłem kłopotów finansowych. Łatwo to powiedzieć, ale trudniej zrobić.
Nie możemy przewidzieć nagłych i przykrych niespodzianek, takich jak np. choroba czy utrata pracy, ale możemy próbować zawczasu się na nie przygotować finansowo.
Za minimalną kwotę, która daje jakie takie poczucie bezpieczeństwa w trakcie życiowych zawirowań, uznaje się sumę, która pokrywa koszty życia naszej rodziny przynajmniej przez trzy miesiące – choć okres sześciu miesięcy jest optymalny. a dziewięciu – jeszcze lepszy.
Oczywiście, taka poduszka finansowa może być też przeznaczona po prostu na wszelkie nieprzewidziane, duże wydatki, które pojawią się na naszej drodze. Trudno ją zgromadzić od razu, więc każdego miesiąca odkładajmy nawet drobniejsze kwoty. Jak będziemy mieć szczęście i obędzie się bez nagłych wydatków, to po jakimś czasie – z reguły dosyć długim – dadzą one sensowne oszczędności.
W tym celu warto wyrobić w sobie nawyk oszczędzania – radzą eksperci.

Życie bez kredytu

Dobrym pomysłem na trzymanie w ryzach finansów jest rezygnacja z karty kredytowej i spłacenie jej jak najszybciej, najlepiej tak, aby nie płacić dodatkowych odsetek, nawet gdy oznacza to rezygnację z zaplanowanych zakupów. Dzięki temu, łatwiej będzie nam pozbyć się obciążenia finansowego.
Ważnym krokiem do w miarę stabilnej i bezpiecznej sytuacji finansowej jest zadbanie o przyszłość – co oznacza, że nie wystarczą tylko zgromadzone środki na tzw. czarną godzinę.
Warto też pomyśleć o długoterminowym planie pomnażania środków, by zapewnić sobie godne życie na emeryturze.
Można w tym celu wybrać program oszczędzania, taki jak Indywidualne Konto Emerytalne lub Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego, które nie pomniejszają zaoszczędzonych kwot o „podatek Belki” w wysokości 19 proc. Oszczędzanie w ramach tych produktów wiąże się jednak z długim horyzontem czasowym – ulga obowiązuje tylko wtedy, gdy nie będziemy sięgać po rosnące oszczędności aż do 60 lub 65 roku życia.
A poza tym, w ogóle trzeba się zastanowić, czy warto odejmować sobie od ust tylko po to, by na emeryturze pożyć kilka lat bez nędzy. To kwestia strategicznego wyboru życiowego.

Żeby oszczędzać, trzeba mieć co

Emerytury Polaków będą podłe. Mogą to zmienić, odejmując sobie od ust i zaciskając pasa przez całe dorosłe życie, aby tych kilku czy kilkunastu ostatnich lat nie spędzić w biedzie.

 

Im bliżej końca roku, tym więcej Polaków zaczyna interesować się możliwością obniżenia podatku poprzez otwieranie rachunków emerytalnych.
Najnowsze dane pokazują, że w pierwszym półroczu 2018 r. Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego posiadało 701,4 tys. osób, a Indywidualne Konta Emerytalne 960,6 tys. osób.

 

O wiele za mało

Pokolenie obecnych 20-latków, którzy rozpoczynają dopiero kariery zawodowe, może liczyć na emerytury w maksymalnej wysokości 38,6 proc. ostatniej pensji – i to pod warunkiem ciągłego zatrudnienia, począwszy od ukończenia 20 lat aż do momentu osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego.
Także prognozy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych zakładają, że większość Polaków będzie otrzymywać na emeryturze równowartość nie więcej niż 40-50 proc. swojej ostatniej pensji. Tak niskie świadczenia emerytalne to skutek demografii – starzejącego się społeczeństwa i wciąż niskiej dzietności.
Jak wynika z najnowszych badań Związku Banków Polskich Polacy w ciągu ostatnich 3 lat znacznie powiększyli swoje oszczędności, jednak nadal wypadamy blado w porównaniu do zachodnich sąsiadów – co zrozumiałe, bo jesteśmy od nich znacznie ubożsi.
Przede wszystkim, oszczędzamy nieregularnie – i największy odsetek badanych (bo aż 38 proc.) deklaruje, że chciałby mieć pełną dowolność w zakresie wysokości i częstotliwości dokonywanych na oszczędności wpłat. Między innymi z myślą o takich Polakach powstały Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Oprócz dużej dobrowolności w zakresie wpłat (możemy wpłacać, kiedy chcemy i ile chcemy, warunkiem jest tylko nieprzekroczenie ustalanej co roku maksymalnej kwoty wpłat), nie bez znaczenia mogą być również zachęty podatkowe. Oszczędzający korzysta na tym, że wpłacone kwoty pomniejszają dochody do objęcia podatkiem dochodowym od osób fizycznych (PIT).
W konsekwencji, można zapłacić niższy podatek lub nawet otrzymać zwrot z urzędu skarbowego.
Zyski z IKZE, podobnie jak z IKE, nie podlegają również tzw. podatkowi Belki, z tym, że przy wypłacie z IKZE (gdy pieniądze zostaną pobrane po ukończeniu przez daną osobę 65 lat), uiszczony powinien zostać zryczałtowany podatek dochodowy w wysokości 10 proc. wypłaconej kwoty.

 

Zdani na własne siły

W pierwszej połowie tego roku wpływy środków pieniężnych na IKE wyniosły 825,1 mln zł (o 60,6 mln zł więcej niż w I połowie 2017 r.). Z podanej kwoty, wysokość składki wyniosła 736,6 mln zł (o 92,4 mln zł więcej niż w I połowie 2017 r.), a transfery z pracowniczych programów emerytalnych – 88,4 mln zł (o 31,7 mln zł mniej niż w I połowie 2017 r.) – informuje raport „Indywidualne Konta Emerytalne oraz Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego w I połowie 2018 r.”.
W Polsce oszczędności emerytalne to coś, o czym powinniśmy myśleć samodzielnie i to jak najwcześniej. Biorąc pod uwagę obecne tendencje demograficzne, tj. wydłużenie długości życia oraz starzenie się naszego społeczeństwa, kapitał, który można odłożyć będzie prawdopodobnie większy niż mogliśmy to szacować jeszcze 10-20 lat temu.
Dla dzisiejszych 20, czy nawet 30 latków, perspektywa emerytalna może wydawać się czymś odległym – ale tak nie jest. Wszyscy radzą więc, by zacząć jak najwcześniej, nawet od niskich kwot – o ile oczywiście ma się co odkładać.
Zgodnie z projektem ustawy budżetowej na rok 2019, prognozowane przeciętne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w 2019 roku wzrośnie do kwoty 4765 zł. Z tego też wynika limit wpłat na IKE, który wynosi 14 295 zł (4765 razy 3), a w IKZE – 5718 zł (4765 razy 1,2). To oznacza możliwość zwiększenia odkładanej kwoty w stosunku do poprzedniego roku odpowiednio o 966 zł w przypadku IKE i o 386,40 zł jeśli chodzi o IKZE.
Pytanie, czy i jaką konkurencją dla obu tych form odkładania emerytalnego staną się Pracownicze Plany Kapitałowe?

 

Uczmy się pieniędzy

Edukacja finansowa dzieci to wspólna, rodzinna lekcja do odrobienia.

 

Ile wydajemy na dzieci? Początek września stanowi dobry okres na podsumowanie takich nakładów, bo nasze portfele pamiętają jeszcze wakacyjne podróże, a rozpoczęty właśnie rok szkolny wiąże się z niemałymi nakładami na podręczniki i akcesoria.
Koszty utrzymania dziecka nie są małe. Eksperci Centrum im. Adama Smitha oszacowali ostatnio, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 190 do 210 tys. zł, a dwójki dzieci od 350 do 385 tys. zł, trójki zaś od 460 do ponad 500 tys. zł (koszty wychowania trzeciego dziecka stanowią ok. 60 proc. kosztów wychowania pierwszego).
Te wyliczenia nie są zaskakujące, od lat oceniano, że są to podobne sumy – choć oczywiście jest to pewna średnia, gdyż w rodzinach niezamożnych na ten cel wydaje się znacznie mniejsze kwoty. Trochę jednak dziwi, że są tacy, którzy uznają je tylko za koszt. To błąd. Wydatki na dzieci uznajmy przede wszystkim za inwestycję – i jeśli mamy taką możliwość, zwiększajmy je jak to tylko możliwe, bo dla przyszłego dobrobytu, także osobistego, duże inwestycje są konieczne.
Wszystko to nie zmienia faktu, że tam gdzie można, należy racjonalizować wydatki i szukać oszczędności, także z udziałem dzieci.
Dzieci są doskonałymi obserwatorami i więcej niż słowa powiedzą im obserwacje zachowań dorosłych. Jeżeli więc ktoś nie będzie analizował swoich wydatków, z łatwością zgodzi się na ekstra kieszonkowe, będzie narzekał na wysokość swojego wynagrodzenia, nie będzie dbał o swoje oszczędności, zwiększy szanse na powielenie tych niewłaściwych działań przez swoją pociechę.
Kształtujmy zatem właściwe postawy finansowe, poprzez odpowiednie zarządzanie domowym budżetem i lokowanie swoich oszczędności. Może się okazać, że w perspektywie kilku czy kilkunastu najbliższych lat jesteśmy w stanie zgromadzić kapitał rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Przyda się – na przykład na edukację dziecka (studia na wymarzonej, zagranicznej uczelni.) czy podróż naokoło świata.
Oszczędzać można samodzielnie. Warto zbudować planoszczędnościowy, który pozwoli zgromadzić środki na realizację życiowych planów. Systematycznie odkładane nawet niewielkie kwoty, z czasem pozwolą zgromadzić spore oszczędności. Przydadzą się w sytuacjach nagłych oraz takich, których się spodziewamy i które mogą trwać latami – choćby czas na emeryturze. Niestety, daje się zauważyć spadkowy trend w oszczędzaniu Polaków. zauważyli ekonomiści banku centralnego. W 2016 r. odkładaliśmy ok. 2 proc. rocznych dochodów – a już w I kw. 2017 roku zaledwie 0,1 proc., czyli praktycznie nic. Dobrze, że rośnie konsumpcja Polaków – źle, że oznacza to, iż przestali oszczędzać.
Warto, by dzieci od najmłodszych lat zapoznawały się z rolą pieniądza. Kiedy są jeszcze małe warto im opowiedzieć, jaką wartość mają monety i banknoty oraz dlaczego rodzice chodzą do pracy (oczywiście jeśli rodzice zarabiają skandalicznie mało, mogą też mówić, że pracują dla przyjemności, by nasza pociecha nie nabrała przekonania, iż w życiu liczy się wyłącznie kasa).
Kiedy dziecko będzie starsze, w wieku nastu lat, można je wprowadzić je w tajniki oszczędzania czy zagadnień związanych z obrotem bezgotówkowym i narzędziami do inwestowania pieniędzy. Należy dawać dobry przykład – to od rodziców dziecko może nauczyć się, jak planować budżet i rozsądnie wydawać pieniądze oraz odpowiedzialnie dysponować miesięcznym kieszonkowym.
Wspólne zakupy to doskonały moment na negocjacje i sprawdzenie podejścia naszego dziecka do finansów. Porównujmy ceny produktów, sprawdzajmy oferty dyskontów i hipermarketów. Pozwólmy dziecku uzasadniać swoje decyzje zakupowe – i mówmy im co ile kosztuje. Większa świadomość to większa umiejętność zarządzania swoim portfelem w przyszłości, a co za tym idzie – większe bezpieczeństwo naszych bliskich.
Może też nieco pomóc szkoła. W obecnym systemie szkolnictwa w Polsce przedmioty, które nieco poruszają tematykę finansów – to Wiedza o Społeczeństwie oraz Podstawy Przedsiębiorczości.
Niestety, brakuje przedmiotów, które wyczerpywałyby tematykę finansów osobistych, pokazywały działania rynku, mikro – i makroekonomii. Zagadnienia te poruszane są dopiero wtedy, gdy ktoś zdecyduje się na podjęcie dalszego kształcenia na uczelniach wyższych, bądź specjalistycznych kursach. Dlatego bardzo ważne jest uzupełnianie tej wiedzy od najmłodszych lat, nawet w warunkach domowych.