Prąd 2019

Rzutem na taśmę, na dwa dni przed Sylwestrem, rządzący „obronili” cenę prądu. Rachunki za energię elektryczną mają być w roku 2019 tak samo niskie – tak samo wysokie – jak w minionym roku.

 

Podwyżki cen były „gwoździem do trumny” polskich rządów od zawsze. Zresztą pewnie nie tylko polskich. Końcem ery rządów Władysława Gomułki stała się zapowiedź podwyżki cen żywności w grudniu 1970 roku. Co zadziwiające – tuż przed świętami. Sześć lat później, zaordynowana przez premiera Piotra Jaroszewicza podwyżka cen żywności przetrwała zaledwie 24 godziny. Premier zapowiedział ją 24 czerwca, a odwołał już 25 czerwca.

W 1980 roku jedną z najistotniejszych przyczyn wybuchu strajków były rosnące ceny, zwłaszcza żywności. Wśród 21 postulatów znalazło się żądanie wprowadzenia tzw. dodatku drożyźnianego, rekompensującego wzrost cen. Na fali ogólnego niezadowolenia, z władzą pożegnał się Edward Gierek.

Jestem pewien, że tamte „koszmarne dni” rządzących nie raz budziły w nocy Jarosława Kaczyńskiego. Zaserwować wyborcom, w roku wyborczym, drakońską podwyżkę cen energii elektrycznej? Jak ich przekonać, że to „dobra zmiana”?

 

Prąd w prądzie

Rachunki płacimy. Ale zbyt rzadko zastanawiamy się, za co tak naprawdę płacimy. Jest grupa towarów będących „złotą żyłą” ministrów finansów. Wyroby tytoniowe, alkohol, benzyna. I od jakiegoś czasu właśnie energia elektryczna. W cenie paczki papierosów jedynie 10 do 15 proc. to koszt produkcji. Resztę stanowią podatki. Podobnie jest z butelką wódki. W przypadku używek taka polityka cen ma uzasadnienie – państwo świadomie stara się ograniczać dostępność szkodliwych produktów. Ale w przypadku energii elektrycznej „prądu w prądzie” jest również niewiele.

Spójrzmy na rachunek za prąd. W moim, cena samego prądu stanowi jedynie 44 proc. płaconej kwoty. Niemal drugie tyle firma energetyczna dolicza sobie za przesłanie energii elektrycznej. W tym również za straty podczas przesyłu. A te w znacznym stopniu wynikają z fatalnego stanu polskich sieci. Co dalej? Opłata przejściowa – rekompensata dla wytwórców energii elektrycznej za zerwane kontrakty terminowe w 2007 roku. Opłata jakościowa – zrzutka na rozwój sieci energetycznych. Opłata OZE – kolejna zrzutka, tym razem na rozwój odnawialnych źródeł energii (w roku 2018 wyjątkowo wynosiła 0 zł).

Jakby tego było mało, dochodzi akcyza. Do jej doliczania do rachunku za energię elektryczną zobowiązuje nas dyrektywa unijna. Ale w Polsce wysokość akcyzy należała dotychczas do jednej z najwyższych. Na przykład w Hiszpanii akcyza na prąd jest dziesięć razy niższa.

Jeszcze tylko 23 proc. VAT-u. I już wiemy, dlaczego tyle płacimy za prąd. Wniosek pierwszy: podatki trzeba płacić. Ale czy słusznym jest upychanie najróżniejszych opłat i podatków w cenie produktów, które musimy kupować? Możemy przyjąć noworoczne zobowiązanie o rzuceniu palenia. Ale nie o wyłączeniu prądu w naszym domu.

 

ETS

ETS – to Europejski System Handlu Emisjami. Wprowadza opłaty za emisję do atmosfery dwutlenku węgla. Każda fabryka emitująca CO2 musi mieć wykupioną odpowiednią ilość uprawnień do emisji dwutlenku węgla. A tymi handluje się na specjalnych giełdach. To właśnie ostry wzrost cen uprawnień emisyjnych CO2 wywołał całe zamieszanie z cenami prądu. Jeszcze niedawno za emisję do atmosfery tony dwutlenku węgla płaciło się około 4 euro. Obecnie już niemalże 20 euro.

Producenci prądu z energii słonecznej i siły wiatru podwyżki nie odczują. Bo ich instalacje nie emitują ani grama dwutlenku węgla. W zdecydowanie gorszej sytuacji są elektrownie opalane gazem ziemnym. Muszą zakupić uprawnień do emisji 56 kilogramów CO2 na każdy wyprodukowany GJ (gigadżul) energii. Podwyżka cen uprawnień najbardziej uderza w producentów energii elektrycznej z węgla kamiennego i brunatnego. Tam każdy gigadżul prądu oznacza odpowiednio 95 i 110 kilogramów więcej dwutlenku w atmosferze.

Czy Sejm na swoim przedsylwestrowym posiedzeniu rozwiązał problem rosnących cen prądu związany ze wzrostem opłat za emisję dwutlenku węgla? Nie! Zrobił jedynie to, co Piotr Jaroszewicz czterdzieści kilka lat temu. Wypowiadając magiczne słowo: „zamrożenie cen” – chwilowo odwołał nieuchronną podwyżkę. Cen prądu w Polsce nie da się „zamrozić”. Bo koszty emisji CO2 będą dalej rosły. Wielu twierdzi, że za kilka lat nie będzie to już 20 euro za tonę CO2, ale 40-50 euro.

Póki co, jednymi z najniższych cen energii elektrycznej szczycą się Niemcy. Którzy zainwestowali w ogniwa słoneczne. Nieużytki rolne wypełniane są tam bateriami fotowoltaicznymi całymi hektarami. Klimat mamy podobny. Więc wniosek drugi jest oczywisty.

 

Budapeszt nad Odrą

Problem polega na tym, że najpierw trzeba uwierzyć w sens walki z emisją dwutlenku węgla do atmosfery. Bo przecież jeszcze niedawno wielu twierdziło, że globalne ocieplenie klimatu to plotki rozgłaszane przez nawiedzonych ekologów.

„Weźmy proszę państwa sprawę CO2 i pakietu klimatycznego. Co to jest? Ktoś, kto próbuje wmawiać, że to ma jakieś znaczenie dla klimatu, jest po prostu śmiechu warte” – twierdził Jarosław Kaczyński zaledwie siedem lat temu. I jeśli szukamy odpowiedzi na pytanie, dlaczego rządzący zostali zaskoczeni spodziewanym przecież wzrostem cen energii elektrycznej, to ta ignorancja prezesa PiS-u wiele wyjaśnia.

Fakty są jednoznaczne. W ciągu ostatnich 50 lat średnioroczna temperatura we Wrocławiu wzrosła z 8,5 oC do 10,5 oC. Dzisiejszy klimat Wrocławia jest taki jak Budapesztu pół wieku temu. Cieplej jest w całej Polsce. I na całym świecie. Jednocześnie naukowcy wyliczyli, że stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze osiągnęło najwyższy poziom od ponad 800 tysięcy lat.

Kolejny wniosek jest dramatyczny: potrzeba realnych i skutecznych działań. A nie przekładania pieniędzy z kieszeni do kieszeni.

 

Z kieszeni do kieszeni

Co tak naprawdę zrobił w ostatnich dniach grudnia rząd Morawieckiego? I w ekspresowym tempie klepnęli posłowie i senatorowie, a prezydent podpisał. Obniżono akcyzę na energię elektryczną czterokrotnie i zmniejszono opłatę przejściową o 95 proc. W ten sposób na rachunkach za prąd uzyskano 4 miliardy złotych „oszczędności”. A budżet tyle ma stracić wpływów. Ale nie straci…

Unia Europejska ma świadomość, że polska energetyka oparta na węglu emituje do atmosfery wyjątkowo dużo dwutlenku węgla. I żaden rząd w krótkim czasie nie jest w stanie radykalnie zmienić tej sytuacji. Dlatego Polska, tak jak 10 innych państw UE będących w podobnej sytuacji, dostaje bezpłatnie pokaźną pulę uprawnień do emisji CO2. Rząd sprzedając na aukcjach uprawnienia polskim i zagranicznym firmom – po prostu zarabia. A jak cena uprawnień rośnie – rosną też zyski.

Nic w przyrodzie nie ginie. Eksperci szacują, że w bieżącym roku wpływy polskiego budżetu z aukcji uprawnień do emisji CO2 przekroczą 4 mld zł. Dokładnie tyle, ile wyniosą straty będące skutkiem niższej akcyzy i opłaty przejściowej. A te 4 miliardy rząd chce przekazać poprzez specjalny fundusz firmom energetycznym. Jako rekompensatę za drożejące uprawnienia do emisji CO2.

Które – i to najśmieszniejsze – chwilę przedtem sam im sprzedał.

Kiedyś wykładowcy będą na tym przykładzie tłumaczyli studentom zasady kreatywnej księgowości. Bo w złotówkach rachunek się zgadza. Ale do atmosfery nie wypuszczamy ani grama mniej dwutlenku węgla.

 

Stary, dobry PRL

Bezpłatne obdarowywanie niektórych krajów Unii uprawnieniami do emisji CO2 ma swój cel. Co najmniej połowa zysków ze sprzedaży uprawnień powinna być przeznaczana na modernizacje i nowe inwestycje w energetyce. Nie na zasypywanie dziur w budżecie.

Eksperci wyliczyli, że do 2030 roku Polska powinna zainwestować 240 miliardów złotych w modernizację tradycyjnej energetyki i rozwój OZE (odnawialne źródła energii). Do tego dochodzi kolejne 200 miliardów – na modernizacje i ocieplenia budynków. W sumie 440 miliardów złotych – więcej niż roczny polski budżet.

Nic dziwnego. Polskie elektrownie i sieci przesyłowe są stare. Ponad 70 proc linii napowietrznych ma ponad 25 lat. To między innymi dlatego straty w przesyle energii elektrycznej sięgają 12 proc. – znacznie więcej niż w innych państwach. Średni wiek turbozespołów w elektrowniach przekracza 40 lat.

Tak przy okazji – kamyczek do ogródka tych, którzy za wszelką cenę chcą wymazać 45 lat PRL z historii. A przecież nawet do domów najbardziej zagorzałych „poprawiaczy historii” energia elektryczna płynie z elektrowni i po słupach wtedy postawionych.

 

OZE

W połowie ubiegłego roku Komisja Europejska, Parlament Europejski i Rada UE uzgodniły zapisy nowej dyrektywy o odnawialnych źródłach energii (OZE). W 2030 roku jedna trzecia energii w Unii Europejskiej ma pochodzić z farm wiatrowych, fotowoltaiki, elektrowni wodnych i innych źródeł niż paliwa kopalne.

Nie obawiajmy się nagłego zamykania kopalń węgla kamiennego i brunatnego. Ale w miejscu kończącego swój żywot trójkąta energetycznego KAP (Konin, Adamów, Pątnów) nie mogą powstawać nowe odkrywki. Prócz budowanych obecnie, nie mogą być projektowane kolejne elektrownie spalające węgiel.

 

Walka z wiatrakami

PiS rozpoczął swoje rządy od bezlitosnej walki z wiatrakami. Znowelizowana ustawa o OZE doprowadziła elektrownie wiatrowe na skraj upadłości. W 2016 roku poniosły one straty sięgające w sumie 3 mld złotych. Zaś zgodne z pisowskimi normami, nowe farmy wiatrowe mogą powstawać w Polsce w zasadzie tylko na pustyni.

Dlatego należy odnotować fakt, że pół roku temu rząd PiS-u wycofał się z niektórych najbardziej niekorzystnych zapisów dotyczących energetyki wiatrowej. Może Jarosław Kaczyński zrozumiał, że może nakazać swoim posłankom i posłom głosowanie za „zamrożeniem” cen prądu. Ale ocieplania klimatu to nie zatrzyma.

Paranoja i Schizofrenia

Polska święci właśnie swój kolejny triumf międzynarodowy goszcząc w Katowicach światowy szczyt energetyczny COP24.

 

Uroczyście otwierając obrady Prezydent RP ogłosił światu całemu, że „Polska, tak jak 100 lat temu, gotowa jest do wzięcia części swojej odpowiedzialności za międzynarodowe bezpieczeństwo, tym razem w obszarze polityki klimatycznej”. A. Duda poczuł się więc jak bohaterski żołnierz na froncie Bitwy Warszawskiej 1920 r przyrównując walkę o czyste powietrze z walką z Rosją radziecką. Co tam szeregowy żołnierz – wódz prawdziwy! Coś w tym jest, gdyż i dzisiaj liczyć możemy tylko na cud. Zwłaszcza, że dalej prezydent przekonywał zdumiony świat, że „użytkowanie węgla nie stoi tym samym w sprzeczności z ochroną klimatu” – wzbudzając powszechne zaskoczenie a i oburzenie ekologów.
Skąd ta miłość polskich rządów do węgla? Jej wyznawcy odwołują się do tradycji i do wymogów bezpieczeństwa energetycznego kraju. Tradycję najlepiej kultywować jest w skansenach i muzeach. Mam prawo twierdzić, że Śląsk byłby wdzięczny za uwolnienie go od zmory górnictwa. Uznajmy strój górniczy za rodzaj stroju regionalnego, pielęgnujmy tradycje, literaturę, piosenki, ale nie prowadźmy Polski w XXI wiek przy dźwiękach górniczej orkiestry.
Dla uczczenia obrad COP24 w Katowicach w ich przeddzień Minister Gospodarki ogłosił, że węgiel jeszcze przez dziesięciolecia będzie podstawą polskiej energetyki. Właśnie uruchomiono dwa nowe bloki energetyczne na nim bazujące. Co to oznacza? Oznacza to dalsze uzależnianie się energetyczne Polski od Rosji i Ukrainy. Polska skazana jest bowiem na import węgla, gdyż ten krajowy, znacznie zasiarczony, nie nadaje się do spalania w kotłach polskich elektrociepłowni. Trzeba go uszlachetniać dodając lepsze asortymenty, a te najbliższe i najtańsze są właśnie w Rosji i na Ukrainie, skąd pokrywamy 70 proc. zapotrzebowania. Oczywiście możemy z tego importu zrezygnować na rzecz droższego np. z Kolumbii, tym bardziej że patriotyczny odbiorca z radością zapewne zaakceptuję kolejną informację o kolejnej podwyżce cen energii elektrycznej. Alternatywą mogły by być elektrownie opalane gazem, ale tu również ekonomia wskazuje na wschód. Mogą też być odnawialne źródła energii (głównie wiatr), ale, nie wiedzieć czemu, rząd ogłosił właśnie szlaban na lądowe elektrownie wiatrowe. Są takie podstawą strategii energetycznej Austrii czy Niemiec – w Polsce nie mogą. Musi być węgiel.
Swoją małą, lecz znamienną cegiełkę do uczczenia COP24 dołożył również Sejm odrzucając na tydzień przed katowickim szczytem projekt ustawy przewidujący istotne i skuteczne zaostrzenie kar za demontaż filtra cząstek stałych w samochodach z silnikiem diesla. W Unii Europejskiej jest to wprawdzie karane bardzo dotkliwie, ale nie będzie Unia nam narzucać jak mamy się karać!
A tymczasem rosną ceny energii elektrycznej. Właśnie Prezydent Rzeszowa zaniepokoił opinię publiczną informacją, że dostawca podniósł jej cenę dla miasta na 2019r. o ponad 60 procent. Rząd nie ukrywa, że ceny energii wzrosną, ale od razu uspokaja, że indywidualni odbiorcy tego nie odczują, gdyż tą podwyżkę rząd zrekompensuje dystrybutorom. Minister Tchórzewski w kabaretowy wręcz sposób ucieka od konkretnych odpowiedzi na pytania mediów w jaki sposób rząd chce to przeprowadzić, pogłębiając tym samym odczucie, że po prostu rząd robi z nas wariata. Po pierwsze, skoro ceny energii dla odbiorców komercyjnych wzrosną w tak znacznym stopniu jak dla Rzeszowa, to jest oczywistą oczywistością, że za ten wzrost zapłacimy my wszyscy wyższymi cenami za produkcję, transport i usługi. Po drugie, skąd rząd weźmie na rekompensaty za wzrost cen energii dla odbiorców indywidualnych? Przy założeniu, że mamy w Polsce około 14 mln mieszkań, że w każdym przeciętne koszty energii elektrycznej to 200 zł miesięcznie, a wzrost cen będzie na poziomie 50 proc., szacunkowy wzrost wydatków budżetowych z tego tytułu to około 17 mld zł rocznie. Skąd? Czyim kosztem?
Rząd pogubił się w rozdawanych na prawo i lewo obietnicach i w wyliczeniach ich kosztów. Nic dziwnego więc, że ten stan chaosu prowokuje do zupełnie nieuzasadnionych i z gruntu nieprawdziwych spekulacji, że oto przychylność dla PiS niedawno jeszcze pozującej na niezależną stacji telewizyjnej ma jakiś związek z energetycznymi interesami jej właściciela. Nie zdziwiłbym się, gdyby wielu z uczestników COP24, poważnych polityków, fachowców, w prywatnych rozmowach kwitowało gospodarza krótko: paranoja i schizofrenia. Pozostaje tylko refleksja, że każdy szczyt kiedyś się kończy, a za nią ta, że po szczycie zwykle przychodzi dołek. Niestety.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Będą wiatraki na morzu

Są pierwsze efekty konferencji klimatycznej, która odbywa się w Katowicach. Państwowy moloch PGE poinformował o planach utworzenia na Morzu Bałtyckim kompleksu elektrowni wiatrowych.
To ważna informacja, bowiem jeszcze tydzień temu minister Krzysztof Tchórzewski znalazł się na ustach całego świata, kiedy zadeklarował, że nasz kraj zamiarza do 2035 roku wygasić istniejące fermy wiatrowe. Prezentacja projektu transformacji energetycznej, przedstawiona na COP24 przez przedstawicieli Komisji Europejskiej spowodowała, że ekipa Morawieckiego w pośpiechu zaczęła szukać rozwiązań alternatywnych wobec węgla, na których dotychczas planowała oprzeć produkcje energii w Polsce.
Polska Grupa Energetyczna to gigant, który został niedawno umieszczony, wraz z dwoma innymi polskimi podmiotami na liście 10 największych trucicieli w Europie, Należąca do niego Elektrownia Bełchatów zabija ok. 1,2 tys osób roczne. Teraz PGE zamierza się jednak zająć produkcją energii z odnawialnych źródeł. Takim sygnałem był dzisiejszy komunikat, w którym firma poinformowała o rozpoczęciu poszukiwania partnera do budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. To pierwszy etap programu; łączna moc tych farm ma wynosić 2545 MW (w podziale na dwa obszary, w ramach dwóch koncesji, po 1500 MW i 1045 MW mocy). Wiatraki staną na wysokości Łeby, około 25-30 km od brzegu.
Kiedy prąd z bałtyckiego wiatru zasili polskie domy? Dopiero za siedem lat. Inwestycja jest to bowiem skomplikowana i kosztochłonna.
Przeznaczonych ma zostać na nią z budżetu ok. 30 mld złotych. Będzie to jednak znaczący krok w przemianie polskiej energetyki. Uznanie budzić może też skala. Energia nie przyczyniająca się do degradacji klimatu zasilić ma bowiem 4 mln gospodarstw.
Przeciwnicy energii z wiatraków wskazują na wysokie koszty inwestycji. I faktycznie, są one wyższe niż w przypadku bloku węglowego w Ostrołęce, który był, do niedawna, największą dumą ministra Tchórzewskiego. Budowa tamtego zakładu ma pochłonąć 6 mld złotych. W porównaniu z 30 mld na bałtyckie wiatraki, to istotnie niewiele. Turbiny mają jednak większą planowaną moc – 2000 MW to dwukrotnie więcej niż ostrołęcki zakład. Do wiatraków nie trzeba też dostarczać węgla, który również kosztuje.