Twitterowa dyplomacja dla frajerów

Nad tym, czy nieoczekiwane spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem przełamało impas, w którym znalazły się rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, nie ma co jeszcze się zastanawiać. Wiadomo, że obie strony mają swoje powody, aby przynajmniej udawać, że prowadzą rozmowy. A podczas dotychczasowych spotkań (za wyjątkie Hanoi) także dochodziło do manifestacyjnych gestów sygnalizujących przełamanie lodów, które najwyraźniej były obliczone na stworzenie „faktu medialnego” niż rzeczywiście przekaładało się na konkretny postęp. Bo i wątpliwe, ile ze swojego potencjału rakietowo-nuklearnego Pjongjang rzeczywiście rozmontował (czy też choć wydzielił do anihilacji), a i Waszyngton nie poczynił żadnych ruchów, aby znieść sankcje nałożone na Koreę Północną. Na marginesie doniesień o spotkaniu w Panmundżomie pojawiały się wszakże obserwacje innej natury, a zastanawiające. Otóż najwyraźniej wielu komentatorów wzięło na serio informację, że zostało ono zaaranżowane w następstwie tweeta Donalda Trumpa, na który Kim skwapliwie i pozytywnie zareagował. Czyli w dwa dni.
Przypomnijmy sobie pojawiające się choćby przy okazji każdej wizyty amerykańskiego prezydenta (nieważne – Trumpa, Obamy, czy któregokolwiek innego) w Polsce materiały omawiające (zwykle z zachwytem nad wielkością i potęgą Stanów Zjednoczonych i ich szefa) logistykę jego podróży, zabezpieczenia, ochronę itp. I nie jest ważne, czy zachwyca to, czy nie, chodzi o stwierdzenie faktu, że prezydent USA porusza się z takim orszakiem i jest to tak skomplikowane przedsięwzięcie, że uwierzyć w to, że w ciągu dwu dni możliwa była zmiana jego marszruty jest po prostu naiwnością. Nawet jeśli była to nie aż niezaplanowana podróż, ale włączenie dodatkowej wizyty i spotkania do programu podróży właśnie realizowanej. Tym bardziej, że do państwa uznawanego za wrogie. Nie wspominając choćby o takich detalach jak uzgodnienie agendy spotkania na najwyższym szczeblu. Takich rzeczy po prostu nie ma.
Twierdzenie, że spotkanie Trump-Kim w Panmundżomie zainicjował jeden tweet i jest to oznaka zmierzchu tradycyjnej dyplomacji, bo teraz wszystko dzieje się inaczej można włożyć między bajki. Kto chce wierzyć, niech w nie wierzy. Bo sposób „odmrożenia” relacji Waszyngton-Pjongjang i tym samym udrożnienia komunikacji między nimi z całą pewnością był przygotowywany długo, długo przedtem, tylko odbywało się to z wielką dyskrecją. Czemu – to zupełnie zrozumiałe. Po fiasku szczytu w Hanoi jakakolwiek wpadka w sprawach związanych z Koreą Północną byłaby po prostu bardzo kosztowna. Nie tylko wizerunkowo. Zamiast zatem bajać o tym, że teraz dyplomacja przenosi się z niedostępnych gabinetów i strefy szyfrowanej łączności do mediów społecznościowych, należy więc uznać całą tę operację za coś wręcz przeciwnego – za przykład dobrej pracy dyplomacji w jak najbardziej klasycznym rozumieniu: bez niepotrzebnego rozgłosu i przedwcześnie odtrąbianych fanfar. Takiej, która służy swojej istocie – mianowicie temu, żeby ci, którzy mają się spotkać, się spotkali.
Grzegorz Waliński