Wybory, które zmieniły historię

Przed każdymi wyborami powtarzane jest stwierdzenie, ze nadchodząca elekcja jest historyczna.

Z jednej strony dodaje to blichtru wiekopomności kampanii. Z drugiej strony sprawia, ze wyborcy mogą poczuć zew, uznając, iż rzeczywiście, warto udać się do urn wyborczych, by wziąć udział w niezwykłym, wiekopomnym wydarzeniu. W kontekście wyborów europejskich rzeczone zaklęcie o ich unikatowym charakterze artykułowane jest częściej, szczególnie, ze od lat kolejno odnotowywane frekwencje cechowała tendencja spadkowa. Ponieważ są one traktowane w domyśle jako swego rodzaju referendum na temat integracji europejskiej, na podstawie dotychczasowego miernego zainteresowania snuto często tezy o demokratyczno-egzystencjalnym kryzysie Unii.
Tym samym w maju 2019 już pierwsze doniesienia dotyczące wzmożonej partycypacji w wyborach stanowiły znak, ze cos drgnęło. W skali całego kontynentu około polowa uprawnionych wzięła udział, co stanowiło o 10 procent więcej niż piec lat temu. Takiego poziomu nie odnotowano na przestrzeni dwóch dekad.
Naturalnie, motywacja wyborców zależała często od sytuacji w kraju. W Polsce ważnym czynnikiem mobilizacyjnym były chęci poparcia bądź załamania potęgi PiS. W Wielkiej Brytanii do urn ruszyli zarówno zwolennicy i przeciwnicy Brexit-u, oraz jak się okazało ci, których zmęczył zaistniały kryzys demokracji reprezentacyjnej i chcieli skorzystać z okazji, by ukarać zarówno rządząca Partie Konserwatywna, jak i opozycyjna Partie Pracy. Obie wspólnie uzyskały poparcie zaledwie co piątego wyborcy na Wyspach. Jakkolwiek przykłady ważkich zajść na niwie krajowej można byłoby mnożyć, dokonywane przez obywateli wybory pośrednio bądź bezpośrednio dotyczyły niemniej jednak spraw europejskich, wyboru godnej reprezentacji do Parlamentu Europejsiego (PE) oraz zdefiniowania miejsca dla Ojczyzny w kontekście nadal jednoczącej się Europy. Tym samym wybory europejskie przestały być drugorzędna elekcja – jak kategoryzowali ja dotychczas politolodzy. Europejczycy i Europejski pokazali, ze chcą decydować o tym, w jakiej rzeczywistości i z jakimi prawami, obowiązkami i szansami na przyszłość przyjdzie im żyć.
Dla socjaldemokracji europejskiej wieczór 26 maja był dziwnym momentem, w którym uczucia ulgi i spełnionego obowiązku mieszało się z niepewnością oraz świadomością, iż nachodzą nowe czasy. Innymi słowy, socjaldemokraci zdawali sobie sprawę, iż nie jest tak źle, jak przewidywano, ale także nie tak dobrze, jak byśmy sobie tego życzyli. Krajobraz po bitwie przedstawiał się jako nader skomplikowany, ponieważ oprócz partii, które odniosły zwycięstwo bądź odnotowały porażkę na niwie krajowej, trudno było jednoznacznie określić, kto wyszedł z tej batalii zwycięsko na poziomie europejskim. Nawet jeśli Zieloni szczycili się ilością zdobytych mandatów, a potencjalnie zasileni przez eurodeputowanych z Republique en Marche Prezydenta Macrona Liberałowie ustami Guy Verhofstadt’a ogłaszali siebie krolotworcami w zbliżających się negocjacjach dotyczących obsady głównych stanowisk w UE.
Naturalnie, każdy ma prawo do własnej wersji historii i do uciekania się do propagandy sukcesu. Niemniej jednak w momencie zamknięcia lokali wyborczych i przedstawienia pierwszych sondaży pewne były tylko dwie kwestie. Po pierwsze, dwie największe frakcje (Europejskiej Partii Ludowej oraz Sojuszu Socjalistów i Demokratów) stopniały na tyle, ze nie mogły marzyc o utrzymaniu wielkiej koalicji, która od początku Wspólnot dzierżyła wspólnie rządy. Oznaczało to konieczność rozważenia innych scenariuszy od centro-lewicowych koalicji, poprzez kolorowe sojusze. Zarówno jedne, jak i drugie, mogły okazać się trwale, jak i wyłącznie mobilizować glosy w jednej bądź drugiej sprawie ad-hoc.
Po drugie, suma zrzeszonych i niezrzeszonych eurodeputowanych o proweniencji anty-europejskiej, euro-sceptycznej, prawicowo-radykalnej i nacjonalistycznej łącznie dawała cyfrę plasująca grupę tychże posłów na pozycji drugiej siły. Owszem, praktyka dowiodła, ze dotychczas nie byli się oni porozumieć na tyle, by stworzyć wspólny front i skorzystać ze skomasowanej tym samym siły nawet przy obsadzie stanowisk. Zgodnie z prognozami wieczoru wyborczego mieli zasilić przynajmniej trzy różne frakcje po około 50 członków każda. Niemniej jednak ponieważ maja oni inklinacje do traktowania Parlamentu Europejskiego jako sceny do wygłaszania opinii godzących w demokratyczne wartości i zasady, na których opiera się proces integracji, trzeba przyjąć, ze w nowej kadencji będą oni działać destrukcyjnie ze zdwojona silą, oponując przeciwko procesom wspólnotowym i werbalizując jeszcze bardziej poglądy, które dotychczas były w Brukseli karnie sankcjonowane.
Pomimo tychże zmartwień, na wyborczej mecie socjaldemokraci mogli poszczycić się udana kampania europejska. Kiedy przystępowali do niej po Kongresie Partii Europejskich Socjalistów (PES) w Lizbonie w grudniu 2018 oraz Radzie PES w Madrycie w lutym 2019, niewielu wróżyło im powodzenie. Wybór Fransa Timmermansa (Wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej (KE) z Holandii) na Wiodącego Kandydata odbył się w mało korzystnych okolicznościach w cieniu rywalizacji z Marosem Sefkovicem (Wiceprzewodniczącego KE ze Słowacji), którego popierała znaczna większość partii członkowskich z Europy Środkowowschodniej. To samo w sobie zdawało się być symbolem jednego z istniejących w obrębie PES-u podziałów. Co więcej, w kuluarach zastanawiano się, na ile Timmermans będzie w stanie dorównać jasnością poglądów i energia swojemu poprzednikowi z 2014 roku – Martinowi Schulzowi. Szybko jednak okazało się, jak akuratne jest maksyma Willy Brandt’a, iż na każdy moment w historii wymaga własnej, uwspółcześnionej odpowiedzi. Timmermans startował z pozycji europejskiego polityka zaprawionego w bojach o demokracje, obawa o przyszłość której dominowała kampanie na całym kontynencie. Do tego w trakcie swojego Tour de Frans silnie zaznaczył swoje przekonania na niwie społeczno-gospodarczej, agitując za ustanowieniem płacy minimalnej na poziomie europejskim, uporządkowaniem systemu podatkowego oraz za transformacja modelu produkcji i konsumpcji w kierunku bardziej przyjaznemu ludziom oraz środowisku. Obiecując „Nowy Kontrakt Społeczny” (tytuł Manifestu PES) z jednej strony wskazał na konkretne, nowoczesne postulaty stanowiące jednakże odzwierciedlenie raczej tradycyjnego kanonu ideałów socjaldemokracji. Z drugiej, udało mu się w kampanii zamanifestować niekłamany entuzjazm oraz chęć nawiązania rzeczywistego dialogu pomiędzy polityka a obywatelami. To wszystko razem złożyło się na fenomen Fransa Timmermansa, pozwalając mu wygrać wszystkie kolejne rundy dyskusji kandydatów; czyniąc go prowodyrem w preferencjach młodych (zaczynając od debaty w Maastricht) i rezonując z niezwykła silą w jego macierzystej Holandii. Tamże zdziesiątkowana w ostatnich wyborach Partia Pracy odniosła pod jego przewodnictwem w wyborach europejskich spektakularny sukces, podwajając z trzech do sześciu liczbę eurodeputowanych.
Kampania PES i Fransa Timmermansa pozostaje jednym z powodów dla których jest on obecnie rozważany jako silny kandydat w negocjacjach dotyczących podzialu stanowisk w Unii – mimo ze jak wspomniano socjaldemokraci są druga co do wielkości frakcja w PE i jedynie trzecia silą w Radzie. Niemniej jednak cząstkowe wyniki na poziomie krajowym (z wyłączeniem Holandii) były raczej bardziej efektem bezpośrednich działań partii członkowskich PES. Czasami kampanie przenikały się bardziej – jak miało to miejsce w Hiszpanii, gdzie na miesiąc przed europejskimi odbyły się wybory krajowe i gdzie Timmermans spędził dużo czasu. Zdarzało się jednak również, ze były powodem do zgrzytów, czego przykładem grunt Polski, gdzie Timmermans wziął udział w jednej konferencji partii członkowskiej PES – SLD, ale dwukrotnie pojawił się na rautach nie afiliowanej podówczas z nikim Wiosny Roberta Biedronia. Były tez państwa do których nie dotarł, czego przykładem Czechy czy Słowacja. Biorąc pod uwagę różnorodność wyników trudno oszacować na ile jego wsparcie bądź absencja miały znaczenie w końcowym rozrachunku.
Analizując poszczególne wyniki trudno oprzeć się wrażeniu, ze polityczna mapa Unii – podobnie jak Polski – pozostaje podzielona zgodnie ze strefami geograficznymi. Socjaldemokraci odnieśli zwycięstwa na południu: w Hiszpanii (umacniając tym samym pozycje PSOE i Pedro Sanchez’a przed rozpoczęciem negocjacji o nowym składzie rządu), w Portugalii (gdzie PS Antonio Costy zdobyła 9 mandatów, niezależnie od wiszącego w powietrzu strajku nauczycieli) i na Malcie (gdzie Partia Pracy podwoiła swój skład osobowy w EP). Zaskakująco dobry wynik odnotowali także we Włoszech (co przez cześć komentatorów przypisywana jest próbie jednoczenie się przeciwko fali Matteo Sallvini’ego, a po części zasługom nowego przewodniczącego centrolewicowej PD – Nicoli Zingaretti’ego). Na północy socjaldemokracja uplasowała się na drugiej pozycji (ze szczególnie dobrym wynikiem w Finlandii i zwycięstwem w Szwecji), niezależnie od dobrych notowań krajowych – gdzie nadchodzące wybory w Danii są postrzegane jako ostatni przystanek na drodze centro lewicy do przejęcia sterów władzy w tymże regionie. Socjaldemokraci znaleźli się na trzecim miejscu w Europie Środkowowschodniej (za silami związanymi z frakcja Europejskich Reformatorów i Konserwatystów, do której należy PiS) oraz poza podium na Zachodzie. Tutaj niechlubnym przykładem są szczególnie Niemcy, gdzie Zieloni zdeklasowali SPD, spychając ja na pozycje trzeciej partii. We Francji, Partia Socjalistyczna startując w koalicji uzyskała nieco ponad sześć procent, tracąc ponad polowe mandatów. Wyniki te wskazują na szykująca się zmianę dynamiki współpracy partii socjaldemokratycznych w obrębię frakcji S&D i silą rzeczy w obrębie PES. Na tej niwie głównym punktem odniesienia była dotychczas os Berlin – Paryż, która zastąpi Madryt – Rzym. Zdaje się to potwierdzać w osobach kandydatek i kandydatów rozważanych na liderów Frakcji, choć oczywiście sprawa nie jest jeszcze przesadzona. Co więcej, przetasowania oznaczają również wzrost znaczenia delegacji traktowanych dotychczas jako mniejsze. W tym polskiej, która jednak pozostaje podzielona pomiędzy 5 eurodeputowanych z SLD oraz 3 z Wiosny. Razem stanowiliby szóstą co do wielkości reprezentacje.
Jeszcze jednym ważnym powodem dla którego ostatnie wybory były historyczne jest echo z jakim odbiły się na niwie krajowej w wielu państwach członkowskich. Burzliwa kampania w Austrii była kontekstem w którym ujawniono taśmy Strache’go, doprowadzając do kryzysu rządowego i w konsekwencji przyspieszonych wyborów. W Grecji porażka rządzącej partii pod przywództwem Alexis’a Tsipras’a stała się przyczynkiem zarządzenia przyspieszonych wyborów. W Czechach brak mandatu dla socjaldemokratycznej CSSD może być impulsem do rozważenie przez partie wyjścia z koalicji rządzącej. W Holandii wynik wyborów diametralnie odbiegający od konstelacji w Tweede Kamer już spowodował napięcia w obrębie partii rządzących i opozycyjnych. Przykładów jest o wiele więcej, niemniej jednak już ich selekcja wskazuje na to, iż elekcja europejska przestała być momentem, w którym generalnie i niezależnie od ich poglądów na Europe, elektorat karał partie rządzące, nagradzając glosami mniejsze bądź dopiero co powstałe stronnictwa. Po raz pierwszy odpowiedź na pytanie „kto ma nami rządzić” i „kto ma nas reprezentować w Europie” stało się prawie tożsame.
Biorąc pod uwagę tenże analizę, pojawia się na koniec naturalnie pytanie, czego należy się spodziewać w następnych tygodniach. Jakkolwiek mnożą się w tej kwestie spekulacje, można zaryzykować kilka hipotez. Po pierwsze, negocjacje dotyczące obsady kierowniczych stanowisk w UE będą miały inny charakter niż uprzednio. Nie jest oczywistym, ze znajdzie w nich przełożenie instytucja „Wiodącego Kandydata”. W 2014 udało PE to poniekąd wymusić jej uznanie na Szefach Rządów, dzięki czemu Przewodniczącym KE został Jean-Claude Juncker (wtedy Wiodący Kandydat EPP). Jednak obecnie przeciwko jej akceptacji opowiada się wielu członków Rady, argumentując, iż cały mechanizm bynajmniej nie stal się przyczynkiem do demokratyzacji Unii. Dodatkowo Martin Webber, kandydat EPP, zdał się zawieść pokładane w nim oczekiwania, a po stronie ALDE nie było jednego kandydata, tylko drużyna siedmiu. To może wiec demotywować obie frakcje do podjęcia rękawicy Rady. Tak wiec jakkolwiek teoretycznie, w tej skomplikowanej sytuacji Frans Timmermans miałby oczywiście spore szanse na nominacje, praktyka może okazać się inna z wyżej wymienionych powodów.
Innym istotnym aspektem jest osiągniecie ponadpartyjnego konsensusu w odniesieniu do priorytetów dla Unii na okres legislacyjny 2019 – 2024. W uprzednich realiach wielkiej koalicji nie było tradycji sporządzania dokumentu na kształt ‘umowy rządowej’, co obecnie jednak może ulec zmianie, biorąc pod uwagę zgodę jak wielu partii trzeba uzyskać, by zapewnić sobie decydującą większość czy to w PE czy tez w Radzie. Socjaldemokraci antycypowali taki obrót spraw i tym razem sporządzili nie tylko Manifest na wybory (w oparciu o 6 rozszerzonych rezolucji tematycznych), ale także rozpoczęli prace nad szkicem „programu rządowego” już w styczniu, tak by być do nowego typu rozmów przygotowanymi. Naturalnie, wybór tematów, którym poświecić się powinna Wspólnota w następnych latach nie jest kompletnie przypadkowy. Wiadomo, ze kontynuacji będą wymagały sprawy takie jak wdrożenie obietnicy Europejskiego Filary Praw Socjalnych, reforma budżetu UE i uporządkowanie systemu podatkowego, czy tez polityka ochrony środowiska. Unia będzie musiała wreszcie zmierzyć się z problemem niefunkcjonalnej polityki migracyjnej, jak i podjąć rozmowy z państwami Afryki w celu odnowienia partnerstwa i spisania nowych umów handlowych. Koniecznością będzie spisanie nowej agendy na rzecz równouprawnienia w kontekście jubileuszu międzynarodowej deklaracji z Pekinu z 1995 roku, a także odnowienia strategii Unii wobec młodych. W obrębie instytucji, PE będzie starał się powiększyć swoje wpływy, szczególnie jeśli chodzi o prawo inicjatywy i prerogatywy w kwestii budżetu. Lista priorytetów jest tym samym całkiem jasna, jakkolwiek podejście do nich już nie i tutaj socjaldemokraci maja szanse na to, by zaistnieć. Może nie są największym ugrupowaniem, ale to nie odbiera im prawa bycia najaktywniejszym, najbardziej kreatywnym i dzierżącym tym samym polityczna inicjatywę.
I tutaj pojawia się jeszcze jeden powód, dla którego socjaldemokraci mogą być optymistami-realistami. Ostatnie wybory doprowadziły do największej w historii PE wymiany kadr. Szacuje się, ze blisko 2/3 eurodeputowanych zasiada w jego lawach po raz pierwszy. Owszem, wiąże się to ze strata kilku „wielkich” nazwisk w pewnych dziedzinach, co socjaldemokraci zapewne odczują szczególnie na niwie polityki instytucjonalnej i być może stricte społecznej. Niemniej jednak w nowej kadencji mogą liczyć na najsilniejsza jak dotąd reprezentacje specjalizującą się w takich domenach jak: polityka zagraniczna i obronna; demokracja i prawa człowieka; a także polityka gospodarcza i monetarna. Odzwierciedla to zresztą doskonale skład polskiej delegacji, z której dzięki poparciu SLD znalazło się trzech byłych premierów. To samo w sobie przesadza również o wzroście znaczenia. W całości nowa frakcja ma wiec olbrzymi potencjał polityczny, który może znaczyć więcej niż widziana gołym okiem liczba głosów.
Reasumując, jakkolwiek sytuacja po wyborach europejskich w Polsce nosi wszelkie znamiona bycia deprymująca, w szerszym kontekście dla europejskiej socjaldemokracji nie wypadły one bynajmniej negatywnie. Nawet jeśli kilka partii – szczególnie francuska PS, niemiecka SPD, czeska CSSD oraz brytyjska Partia Pracy – będzie musiało podjąć wzmożony wysiłek odnowy, jest to naturalnym, powtarzającym się okresowo stadium dla socjaldemokracji. W nowym rozdaniu centrolewica ma szanse odgrywać ważna, bądź nawet decydująca role na gruncie UE, jeśli zaufa sobie, swojemu potencjałowi i pofolguje politycznej kreatywności. Tym samym, nie był to boj nasz ostatni, lecz początek nowego rozdziału, którego ton i finał zależy wyłącznie od niej samej.