Thatcheryzm na sterydach

W tasiemcowym brytyjskim serialu o brexicie może nastąpić kolejny zwrot akcji: 12 grudnia odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne, po których zarówno brexit, jak orientacje polityczne Wielkiej Brytanii mogą całkiem się zmienić.

Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna przystąpiła dziś do ataku na rządzących konserwatystów i ich premiera Borisa Johnsona.
Konserwatyści (torysi) mają przewagę, jeśli chodzi o sondażowe intencje wyborcze, ale ostatnie wewnętrzne podziały związane z brexitem mogą ich drogo kosztować i faworyzować Partię Pracy.
Na mityngu wyborczym w Harlow, na północno-wschodnich przedmieściach Londynu, Jeremy Corbyn ostrzegał rodaków: „Boris Johnson i torysi chcą przejąć brexit, by narzucić thatcheryzm na sterydach!” – co było aluzją do ultraliberalnej polityki byłej prawicowej premier Margaret Thatcher z lat 80. ub. wieku. „Głosować na torysów to sprzedać nasz NHS [publiczny system ochrony zdrowia] Trumpowi” – grzmiał Corbyn.
Szef Labour oskarżył rząd Johnsona o zamiar sprzedaży części NHS amerykańskim koncernom farmaceutycznym, w ramach przyszłej umowy o wolnym handlu z USA. „Oni chcą zniszczyć nie tylko reguły ochrony zdrowia, chcą modelu gospodarczego jeszcze bardziej liberalnego niż w Stanach Zjednoczonych!” – przestrzegał Corbyn.
Johnson przesłał Corbynowi list otwarty, w którym domaga się od niego wyraźnego stanowiska w sprawie opuszczenia UE, dość ambiwalentnego: „Wyborcy zasługują na precyzyjny obraz każdego potencjalnego premiera, jeśli chodzi o brexit” – argumentował.

Labour zielenieje

W zakończonych niedawno wyborach samorządowych Partia Pracy utraciła część mandatów na rzecz Zielonych. Jednak dwa dni wcześniej zdołała skłonić cały brytyjski parlament do przyjęcia uchwały o historycznym znaczeniu – pierwszej takiej na świecie. Dzięki niej ma szanse stanąć na czele potężniejącego ruchu na rzecz ratowania kraju przed katastrofą klimatyczną i w ten sposób odzyskać wielu lewicowych wyborców, których utraciła m.in. na skutek własnej bezradności w kwestii brexitu.

Nie sposób nadal pytać, „czy” światu i Europie grożą poważne skutki zmian klimatycznych”. Raporty ONZ i organizacji takich jak Greenpeace to jedno. Natomiast po tym, jak trzy podmioty w branży ubezpieczeniowej opublikowały raport z badania na temat najkosztowniejszych ryzyk, z którymi mierzyć się musi sektor finansowy, odpowiedź może być wyłącznie twierdząca. Trudno nie wierzyć tym, których powołaniem jest liczenie, ile na czym zyskają, a ile stracą. A raporty szacownych organizacji, owszem, ukazują się i to coraz ciekawsze: w jednym z najnowszych ONZ tłumaczy, że jest już za późno na ratowanie ekosystemów, jakie znamy. Nastawić się trzeba na ratowanie samej ludzkości (przyjmując założenie, że stanowi ona dla świata jakąś wartość).
W Wielkiej Brytanii zapanował klimat do poważnej debaty o klimacie, a nawet do podjęcia stanowczych działań mających na celu przeciwdziałanie zmianom klimatycznym.
Jak pokazał sondaż przeprowadzony przez ośrodek Opinium związany z magazynem „The Observer”, 63 proc. Brytyjczyków jest zdania, że znajdują się w stanie „klimatycznego stanu wyjątkowego” (climate emergency), 64 proc. uważa, że rząd jest odpowiedzialny za podjęcie działań w związku ze zmianami klimatu, zaś aż 76 proc. jest gotowych głosować w wyborach tak, żeby chronić klimat i naszą planetę. Nic dziwnego, że po temat od razu sięgnęli laburzyści, którzy cały czas szukają sposobu na zdobycie decydującej przewagi sondażowej nad torysami. Niezdecydowanie w sprawie brexitu kosztowało ich duży spadek zaufania wśród młodych. Możliwe więc, że bicie na alarm w sprawie przyszłości Ziemi pozwoli im odrobić straty. Zwłaszcza, że nośny eko-motyw opakowali w bardzo równościową, nawet antykapitalistyczną retorykę.
Przełomem w rozbudzaniu ogólnokrajowej świadomości okazały się młodzieżowe strajki klimatyczne, które przetoczyły się przez Europę w marcu i kwietniu protesty w Londynie przeprowadzone przez Extinction Rebellion. To oddolny, niehierarchiczny ruch dążący do wywołania niezwłocznej, systemowej przemiany w podejściu decydentów i całego społeczeństwa do zmian klimatu poprzez nacisk na polityków metodą masowego, pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego, inspirowany m.in. Gandhim i Martinem Lutherem Kingiem. Kiedy w dniach 15-19 kwietnia aktywiści ER urządzili serię okupacji newralgicznych miejsc Londynu i innych brytyjskich miast, policja w samej stolicy aresztowała ponad 680 osób. Opinia publiczna stanęła po stronie ekobuntowników, a wielu komentatorów nie zostawiło na premier Theresie May suchej nitki za to, że odmówiła spotkania z protestującymi, wśród których znalazła się słynna 16-letnia Greta Thunberg.
Zgodnie z wymową swojej nazwy Momentum, lewicowa frakcja Partii Pracy, niezmordowanie „pompująca” wszelkie postępowe rozwiązania w łonie partii, postanowiła skorzystać z pędu sytuacji politycznej i połączyć siły z zyskującym na popularności ER, by skłonić kierownictwo Labour do zdecydowanych działań.
Udało im się to, bo prawdopodobnie laburzyści, dzięki odmłodzeniu aktywu po objęciu kierownictwa przez Jeremy’ego Corbyna, orientują się już, że w kręgach lewicowych dyskurs równościowy coraz ściślej się zrasta ze świadomością klimatyczną.
Inspiruje ich też popularność, jaką wśród progresywnych Amerykanów zyskała koncepcja Green New Deal (Nowego Zielonego Ładu).
W konkretnej postaci sprowadziła się do rezolucji, którą nowa „gwiazda” Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez i senator Edward Markey starali się przeforsować przez Kongres. Projekt ich uchwały kreślił wizję, która łączyła kryzys klimatyczny z kryzysem społecznym w USA, podkreślała że głównymi ofiarami skutków ocieplenia klimatu i niszczenia ekosystemów są osoby ubogie i wykluczone, w największym stopniu narażone na zanieczyszczenie środowiska, niezdrową żywność i słaby dostęp do służby zdrowia. W myśl tej idei – w pewnym stopniu zbieżnej z rodzącą się od niedawna koncepcją ekosocjalizmu – odnowa klimatyczna musi wiązać się nierozerwalnie z polityką równościową i przezwyciężeniem dzikiego korporacyjnego kapitalizmu poprzez aktywny udział państwa w uruchomieniu masowych inwestycji w „zielone technologie”, które tworzyłyby nowe miejsca pracy i podnosiły jakość życia mas. Nieprzypadkowo zdecydowano się na nawiązanie do New Dealu z lat 30. XX w. Jednocześnie rozwiązania proponowane przez Markey i Ocasio-Cortez nacechowane są podobnymi wadami co projekt prezydenta F.D. Roosevelta, czyli podejściem technokratycznym, proponującym „kapitalizm z ludzką twarzą”, tylko tym razem „zielony”.
Rezolucja została ostatecznie odrzucona zarówno przez Izbę Reprezentantów jak i przez senat, w którym poniosła wręcz miażdżącą porażkę: zero głosów „za”. Nic to dziwnego w epoce Donalda Trumpa, kiedy lobby producentów paliw kopalnych czuje się w Kongresie jak ryba w wodzie. GND okazał się jednak pomysłem bardzo ożywczym dla amerykańskiej lewicy i zainspirował wiele oddolnych zielono-równościowych inicjatyw lokalnych, a nawet pozwolił na popularyzację idei znacznie bardziej postępowych niż zapisy samego projektu uchwały: zarówno eko– jak i socjalistycznych.
Inicjatywa parlamentarna Partii Pracy podjęta pod naciskiem „buntowników klimatycznych” i własnych „dołów” powstała w odmiennych okolicznościach. Po pierwsze: ekologiczna świadomość Brytyjczyków. Po drugie: miażdżąca krytyka, jaka spadła na głowy konserwatywnego rządu za ich skandaliczną indolencję na polu programu dla klimatu – o czym później.
1 maja laburzystom udało się w ten sposób przeforsować w Izbie Gmin pierwszą na świecie parlamentarną deklarację o „klimatycznym stanie wyjątkowym”.
Jej najważniejszym punktem jest przyjęcie 2050 r. za termin wdrożenia gospodarki zeroemisyjnej. To znacznie wyższe ustawienie poprzeczki niż to przyjęte przez obecny rząd, które zakładało, że do połowy stulecia nastąpi redukcja emisji dwutlenku węgla o 80 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r.
Sam tekst rezolucji zgodnie popartej przez obie główne partie nie zapiera tchu w piersiach. Jest krótszy, bardziej ogólnikowy i lakoniczny niż rezolucja Ocasio-Cortez i Markeya. Utrzymany jest tylko w bardziej alarmistycznym tonie, dającym do zrozumienia, że Wielka Brytania już teraz znajduje się w dramatycznym kryzysie ekologicznym. Najbardziej liczy się fakt parlamentarnego konsensusu co do jej brzmienia.
Okazało się, że lewica potrafi narzucić czasem swoją hegemonię nawet w warunkach sprawowania pełni władzy przez konserwatystów.
Liczy się też fakt, że niezależnie od dosłownej treści deklaracji, laburzyści – przede wszystkim sam Corbyn – starali się dorobić do niej bardziej radykalne „ideolo”, niż wynika to z samego tekstu. Równościowa, a nawet antykapitalistyczna wymowa pobrzmiewała w publicznych wypowiedziach na ten uchwały i w komunikatach w mediach społecznościowych.
Przemawiając 1 maja w parlamencie Corbyn kładł nacisk na światowe znaczenie ogłoszenia przez Wielką Brytanię klimatycznego stanu wyjątkowego. Wyraził nadzieję, że decyzja ta pozwoli „uruchomić falę działań ze strony rządów i parlamentów całego świata”.
– Nie możemy już marnować czasu. Znaleźliśmy się w stanie kryzysu klimatycznego, który niebezpiecznie wymknie się nam spod kontroli, o ile natychmiast nie podejmiemy szybkiego, zdeterminowanego działania – kontynuował lider Labour.
To zdecydowanie inna wizja światowego przywództwa, niż choćby wyobrażenia przyświecające Donaldowi Trumpowi w jego scenariuszu powrotu „wielkiej Ameryki”. Przemawiając do tłumu oczekującego na decyzję parlamentu Corbyn wypowiedział jeszcze następujące słowa:
– Sama deklaracja stanu wyjątkowego oznacza, że rozumiemy jego znaczenie. Chodzi jednak o to, co dalej. Chodzi o zieloną rewolucję przemysłową. W przeciwieństwie do poprzednich rewolucji przemysłowych, korzyści z których – tak jak kapitał – płynęły do wąskiej grupy, korzyści z tej rewolucji popłyną do wszystkich.
Można przyjąć, że determinacja klimatyczna stała się więc integralną częścią składową laburzystowskiego programu równościowego przekształcenia społeczeństwa i socjalnego przekształcenia stosunków gospodarczych – jeżeli uznać, że słowo „socjalistyczne” jest tu na wyrost.
Partii Pracy udało się bardzo zręcznie wykorzystać narastającą w kraju ekoświadomość i dokonała ona przy tej okazji wzmocnienia tej tendencji. Już wcześniej bowiem klimatyczny stan wyjątkowy ogłaszano na różnych poziomach lokalnych, w konkretnych miejscowościach – były to jednak małe inicjatywy.
Tymczasem kilka dni wcześniej deklarację zbliżoną do laburzystowskiej przyjął parlament Walii.
Z kolei dzień po rezolucji ogólnokrajowej, swój klimatyczny stan wyjątkowy ogłosił parlament Szkocji. Tu plan na przyszłość został określony nawet bardziej ambitnie: zero emisji do 2045.
Jeżeli dochodzi już do „wyścigów” na cele redukcyjne, znaczy to, że Brytyjczyków – na kilku poziomach organizacji społeczeństwa – rzeczywiście porwało „zielone uniesienie”. To wyraźna tendencja polityczna i partia Corbyna bardzo słusznie robi, starając się ją spożytkować poprzez wysforowanie się na czoło ruchu klimatycznego. Wybory lokalne, które odbyły się w części brytyjskich okręgów dwa dni po deklaracji, okazały się co prawda niekorzystne dla Labour i to właśnie dlatego, że część wyborców partii odpłynęła do Zielonych. Tak czy inaczej świadczy to o słuszności obranego kierunku. Trudno jednocześnie oczekiwać, że niekorzystna dla Partii Pracy decyzja wyborcza, która najpewniej wcześniej wynikła z rozczarowania „nieogranięciem” partii na obszarze klimatycznym, może zostać odwrócona w ciągu jednego dnia.
Największą słabością deklaracji klimatycznej laburzystów jest bez wątpienia fakt, że nie jest ona w żadnym stopniu wiążąca prawnie – nie jest ustawą.
Nie oznacza to jednak, że jest zawieszona w próżni, bo stoi za nią mobilizacja wciąż rosnącej części społeczeństwa – to w istocie jest ważniejsze niż zapis na papierze. Niezbicie dowodzi tego kompromitacja torysów na polu polityki klimatycznej, która obecnie tylko potęguje kompromitację ogólną potwierdzoną przez ich fatalny wynik w wyborach samorządowych. Inicjatywa Partii Pracy była odpowiedzią na kolejną aferę z udziałem partii rządzącej, która wybuchła niedługo wcześniej. W 2015 r. rząd przeznaczył 100 mln funtów na modernizację brytyjskich autostrad pod kątem obniżenia emisji zanieczyszczeń powietrza. Pieniądze te miały być wydane zgodnie z celami do 2020 r. Protokoły do których dotarł „Observer” nie pozostawiają wątpliwości: powiedzieć, że projekt „jest w lesie”, to za mało. Z całej puli wydano dotychczas dopiero… 7,7 mln funtów!
Gromy, jakie w związku z tym skandalem posypały się na znienawidzony rząd Theresy May były z pewnością jednym z powodów, dla których konserwatyści potulnie zagłosowali za klimatycznym stanem wyjątkowym. Hańba, jaką okryli się torysi, z jednej strony pomogła więc umocnić się Partii Pracy na polu walki klimatycznej, z drugiej – narzuca laburzystom odpowiednio wyższe oczekiwania społeczne, jeżeli w najbliższej przyszłości utworzą rząd.
Na razie nie jest przesądzone, że wygrają wybory parlamentarne i Jeremy Corbyn będzie premierem. Z przyjętej rezolucji nie wynika też, jakie dokładnie partia zamierza przyjąć gospodarcze środki ratowania nie tylko brytyjskiego, ale i ziemskiego klimatu, by uniknąć wyłącznie „pompowania” przysłowiowego już lobby wiatrakowego i mydlenia postępowcom oczu pozorami zielonego kapitalizmu. Jak skutecznie połączyć walkę o znośny klimat dla życia na Ziemi z budową równościowego społeczeństwa sprawiedliwości społecznej, w przyszłości być może socjalistycznego?
Wiadomo tylko, że jeżeli ma powstać społeczeństwo socjalistyczne, to musi ono być zielone – obecnie jest to już warunek przetrwania cywilizacji ludzkiej w jakiejkolwiek akceptowalnej postaci.
Poza tym prawdziwy socjalizm rozumiany jako pełna demokracja gospodarcza współgra z koncepcją gospodarki opartej na odnawialnych źródłach energii i na zrównoważonym, nieprzemysłowym rolnictwie, a więc na mniej scentralizowanej strukturze gospodarczej niż ta uzależniona od paliw kopalnych. Labour ma więc przynajmniej teoretyczne szanse na przyczynienie się do powstania takiej nowej formy społecznej.
A jeżeli się nie uda? Cóż, w ramach jedynego optymistycznego scenariusza można wtedy przyjąć, że po ostatecznej katastrofie klimatycznej, wśród odradzających się stopniowo społeczeństw pierwotnych będzie panować „komunizm pierwotny”, który siłą rzeczy musi być względnie eko. Zatem, lewacy, głowy do góry!

Rozłam czy oczyszczenie?

Nie potrafili znieść, że większość członków Labour Party wyraża obecnie propracownicze poglądy, postanowili się wystąpić z jej szeregów. Paradoksalnie, największy od 1981 roku rozłam w w brytyjskiej Partii Pracy może oznaczać jej wzmocnienie.

W dość infantylnym proteście trzasnęli drzwiami. Mowa o grupie siedmiorga deputowanych Partii Pracy, którzy ogłosili odejście z ugrupowania. W Izbie Gmin powstanie złożona z nich nowa frakcja. Na razie roboczo nazwali ją Niezależną Grupą.

Brytyjskie media piszą o „największym rozłamie od 1981 roku, jednak trudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym w wyniku dzisiejszego odejścia formacja dowodzona przez Jeremy’ego Corbyna mogłaby w jakikolwiek sposób stracić. Zarówno lider tego rokoszu Chuka Ummuna, jak i pozostali buntownicy – Luciana Berger, Chris Leslie, Angela Smith, Mike Gapes, Gavin Shuker and Ann Coffey, zaliczali się do gwardii byłego przewodniczącego Eda Milibanda i wyznawali raczej wartości liberalne czy trzeciodrogowe niżeli prospołeczne. Odejście deputowanych wpłynie więc przypuszczalnie na konsolidacje laburzystów w ważnym dla nich momencie.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Ummuna był kontrkandydatem Corbyna na stanowisko szefa partii w 2015 roku. Mimo przegranej był wówczas przekonany, że zwolennik renacjonalizacji kolei oraz powrotu Labour do propracowniczych korzeni nie przetrwa długo na pozycji zarządczej. Wkrótce potem do Partii Pracy przystąpiło kilkadziesiąt tysięcy osób o poglądach zdecydowanie lewicowych, co zapewniło Cobrynowi spokojną możliwość realizacji planu. Chuka Ummuna natomiast kipiał żółcią, oskarżając swojego oponenta o prowadzenia ugrupowania w przepaść.
Ciekawą postacią jest również inna bohaterka tej historii- Luciana Berger – jedna z głównych proizraelskich lobbystek na łonie Labour, odpowiedzialna za brutalne ataki na Corbyna, któremu, wraz z konserwatywną prawicą próbowała przylepić łatkę antysemity, tylko dlatego, że ten ośmielił się krytykować politykę apartheidu wobec ludności palestyńskiej.

Kolejny z tych antymonów, Chris Leslie od trzech lat regularnie bił na trwogę, że Partia Pracy została przejęta przez „twardą lewicę”, której zarzucił m.in. „nieodpowiedzialne” podejście do negocjacji w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Leslie powtarzał również na rzekomo nieodpowiedzialne podejście Corbyna do polityki obronnej i bezpieczeństwa, zarzucając mu utrzymywanie kultury nietolerancji i antysemityzmu, a także gotowość przedkładania wyjaśnień państw trzecich nad ustalenia brytyjskich służb specjalnych, nawiązując do publicznego kwestionowania przez Corbyna stanowiska brytyjskich służb po ubiegłorocznej próbie zabójstwa byłego pułkownika rosyjskiego wywiadu wojskowego Siergieja Skripala.

Jest całkiem możliwe, że po kolejnych wyborach Partia Pracy sięgnie po władzę. Ostatni sondaż, dla Observera daje formacji Jeremy’ego Corbyna 37 proc. poparcia. Na tyle samo może liczyć Partia Konserwatywna, która przypuszczalnie straci jeszcze wiele punktów procentowych po wiszącym w powietrzu Brexicie.

Corbyn w potrzasku

Żarty się skończyły. Wygląda na to, że Wielka Brytania opuści Unię, zaliczając najtwardsze lądowanie z możliwych.

Laburzyści pod wodzą Jeremy’ego Corbyna muszą w tej sprawie przestać chować głowę w piasek. Inaczej ostatecznie pożegnają się z marzeniami o władzy i przebudowie kraju.
Brytyjski parlament odrzucił projekt wyjścia z UE proponowany przez premier May. Kolejnego nie ma. Czas goni – Zjednoczone Królestwo ma czas do końca marca, by Radzie Europejskiej przedstawić warunki wyjścia z Unii, które zabezpieczą interesy mieszkańców Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że unijni biurokraci wiedzą jedno: trzymają Brytyjczyków w garści, bo ci nie mają żadnego pomysłu na swój kraj poza UE. Obie strony wiedzą już, że nie ma o czym rozmawiać. Ostatni rządowy projekt przewidywał mniej więcej takie stosunki z Londynu z Brukselą, jakie z Unią wiążą Norwegię i Szwajcarię. Są to elementy unii celnej i wspólnego rynku z poważnym ograniczeniem swobody przepływu ludności. Nie mogło to jednak usatysfakcjonować twardych nacjonalistów, którzy wyrzucili projekt do kosza z powodu tzw. backstopu: możliwości pozostawienia swobodnego ruchu między Irlandią a Irlandią Północną.
Szowinistyczne szaleństwo pcha więc Brytanię ku najgorszej z możliwych ewentualności: wyjścia bez żadnej umowy. Oznacza to prawdopodobnie gwałtowną zapaść w gospodarce i na rynku pracy. Dojdzie do tego polityczny problem z milionami imigrantów, którzy nagle staną się nielegalni w sensie ścisłym. Londyn ma już w zanadrzu nawet plan ewakuacji królowej z kraju w razie wybuchu gniewu społecznego.
Brexit laburzystów: kwadratura koła
W kropce znalazła się Partia Pracy, która do tej pory nie miała żadnego pomysłu na odnalezienie się w sytuacji brexitu. Kraj zdaje się skazany na taki los, że laburzyści przestali, jak się wydaje, grać już na przyśpieszone wybory, które z powodu nienawiści Brytyjczyków do May miały im dać władzę. Kierownictwo skupione wokół Jeremy’ego Corbyna szukało sposobów, by uniknąć odpowiedzialności za brexit, zwłaszcza w sytuacji, gdy wizja przewodniczącego pod tym względem znacząco rozmija się z nastrojami elektoratu.
Corbyn nie zdołał do tej pory przekonać “dołów” do tego, że opuszczenie Unii na lepszych warunkach niż proponują konserwatyści może być szansą na odnowę lewicowej polityki w kraju dzięki uwolnieniu Londynu od brukselskiego neoliberalizmu. Większość sympatyków Partii Pracy nie chce na razie słyszeć o niczym innym, tylko o pokrzyżowania planów nacjonalistów. Wielu z nich popiera ideę kolejnego referendum, które miałoby cofnąć decyzję głosowania z 2016 r. i powstrzymać brexit. Czołowi laburzyści, chowając głowy w piasek, tylko pogorszyli sytuację partii. Obecnie – odwrotnie niż rok temu – sondaże dają konserwatystom siedmiopunktową przewagę wyborczą nad laburzystami. Jest źle.
Prasa doniosła, że centrala związkowa branży transportowej TSSA sporządziła specjalny raport w sprawie brexitu, oparty na danych sondażowych, i przesłała go partii, a dokładnie frakcji Momentum, uznawanej za najtwardszych corbynistów. Dokument zawiera podobno jednoznaczny wniosek, że Labour wiele straci, jeżeli nie przyjmie postawy zdecydowanie przeciwnej wyjściu z Unii. Treść raportu nie pozostawia wątpliwości: w obecnej sytuacji zarówno poparcie rozwodu z UE, jak i otwarte przeciwstawienie mu się spowoduje u laburzystów straty. W drugim przypadku byłyby one po prostu mniejsze i doprowadziłyby podczas przyspieszonych wyborów do utraty 11 miejsc w parlamencie. Byłby to skutek rozczarowania części elektoratu pro-brexitowego, która do tej pory popierała Partię Pracy z powodu antyestablishmentowej retoryki Corbyna. Jeżeli ugrupowanie poprze brexit w ostrzejszej lub łagodniejszej postaci, straciłoby jednak aż 45 parlamentarzystów. Oznaczałoby to druzgocącą klęskę – prawdziwie czarny scenariusz, biorąc pod uwagę, że cały miniony 2018 r. ubiegł laburzystom pod znakiem dumnego marszu po władzę – ekipa Corbyna zachowywała się tak, jakby już ją miała na wyciągnięcie ręki.
Twardzi antybrexitowcy stanowią poważną siłę kadrową partii, co sami dobrze rozumieją i starają się to wykorzystać. Muszą jednak uważać, by nie przestrzelić. Ich awangarda to zdecydowani przeciwnicy Corbyna, od dawna chętni do pozbawienia go władzy. Elektorat Labour jest prounijny, a jednocześnie wierny przewodniczącemu, który z pełną determinacją odnawia partię w duchu socjalistycznym. Trudno więc oczekiwać, by najradykalniejsi przeciwnicy brexitu, zdecydowani jednocześnie kontynuować spuściznę Blaira, uzyskali jakiekolwiek poparcie dla swoich zapędów secesjonistycznych.
Takie zaś istnieją – na początku lutego donosił o nich “The Observer”. Powołując się na “liczne źródła w Partii Pracy” magazyn informował, że szereg posłów, poirytowanych brakiem zdecydowanego stanowiska organizacji w sprawie brexitu, zdecydowana jest opuścić szeregi laburzystów i założyć nową centrową, mocno prounijną partię. Wśród buntowników znaleźli się zdaniem dziennikarzy m.in. Angela Smith, Chris Leslie i Luciana Berger, czyli znani partyjni liberałowie, starający się pogrążyć Corbyna na różnych frontach, łącznie z podłączaniem się do nagonki w sprawie jego rzekomego „antysemityzmu” i ubolewaniem, że przewodniczący wątpi w sens puczu przeciwko „dyktatorowi Maduro” w Wenezueli. Kilka dni później prasa doniosła, że z opuszczeniem Labour na tle stosunku do brexitu liczy się Owen Smith, rywal Corbyna podczas ostatnich wyborów na przewodniczącego. Podejrzani nie potwierdzili tych doniesień, ani jasno im nie zaprzeczyli. Owen jednak dobitnie podkreślał, że ewentualność odejścia z partii należy w dzisiejszej sytuacji “zdecydowanie rozważyć”, sugerując, że kierownictwo partii zdradziło socjaldemokratyczne ideały, które jego zdaniem ucieleśnia Unia Europejska.
Bardzo wątpliwe, by „separatyści” spełnili swoje groźby, ponieważ po odejściu z partii zostaliby kompletnie „na lodzie”. Tym bardziej jeżeli doszłoby do tego, że zgodnie z sugestiami mediów, w nowej partii miałoby dojść do połączenia sił z dezerterami spośród konserwatystów i liberalnych demokratów. Twardy elektorat Partii Pracy uznałby to bezdyskusyjnie za zdradę. Brexit jest w ich oczach osią silnej polaryzacji politycznej: jest postrzegany jako ksenofobiczny projekt Torysów (choć nie do końca tak jest), a bunt przeciwko niemu i ideowe trwanie przy “projekcie europejskim” stanowi obecnie sedno laburzystowskiej tożsamości i nakazuje bić się o niego w szeregach partii.
“Rebielianci” nie narobią więc partii wielkich szkód, korzystając jednak ze wzmożenia nastrojów antybrexitowych czują się coraz pewniej. Na tyle pewnie, że ostatnio dziewięciu z 25 “ministrów” gabinetu cieni sprzeciwiło się poparciu pakietu poprawek, jakie Partia Pracy zaproponowała do nieszczęsnego projektu brexitu Theresy May, który nie odpowiadał nikomu i mógł prowadzić tylko do bezumownego wyjścia z UE. W odrzuceniu laburzystowskich poprawek betonowi antybrexitowscy połączyli więc siły z fanatycznymi torysowskimi i nacjonalistycznymi brexitowcami, gotowymi wypchnąć Brytanię z Unii zupełnie “na wariackich papierach”. Pełna polityczna determinacja, by koniecznie zaakcentować ideologiczną bezkompromisowość, doprowadziła więc – jak to często bywa – do paradoksu.
Najbardziej prounijna część elektoratu Labour to najmłodsi wyborcy, mieszczący się w studenckiej kategorii wiekowej. To oni właśnie najsilniej wierzą w Corbyna i stoją za masowym wzrostem liczebności partii po objęciu przez niego funkcji przewodniczącego. Co ciekawe, jest tak, mimo że ich idol – delikatnie mówiąc – nie podziela ich euroentuzjazmu. Media społecznościowe obiegł ostatnio materiał wideo sprzed dziesięciu lat, na którym Jeremy Corbyn pomstuje na UE jako na “wielkiego Frankensteina”, który ostatecznie doprowadzi Brytyjczyków do ruiny. Krytykując w ten sposób Traktat Lizboński ostrzegał wtedy przed “Imperium Europejskim”, które będzie skakać na każde skinienie NATO – jak przystało na socjalistę starej daty, dodał więc do tego sosu szczypty szczerego antymilitaryzmu. Szef Labour należy do pokolenia lewicowców od początku nieufnego wobec projektu Unii, którego fundamentem był traktat z Maastricht. Ich obawy raczej się sprawdziły: gospodarczy ustrój Unii, potwierdzony w Traktacie Lizbońskim, utrwalił nierówności, biedę i władzę kapitału w Wielkiej Brytanii, a plagi te sprowokowały nacjonalistów do coraz skuteczniejszego obarczania imigrantów winą za wszelkie zło trapiące mieszkańców UK.
Uzasadniona niechęć Corbyna do UE jako do neoliberalnego lewiatana jest znana i prowokuje ataki pod jego adresem ze strony członków partyjnej biurokracji nadal żywiącej sentyment do liberalnej doktryny Tony’ego Blaira i bezpiecznej symbiozy z biznesem. Eurosceptycyzm przewodniczącego nie powoduje jednak na razie widocznego buntu szerokich mas laburzystowskich. Dotyczy to również członków Momentum, które uchodzi za grupę “skrajnie lewicową” i na tej zasadzie można by domniemywać, że jako betonowi corbyniści będą nieugięcie stali na stanowisku “lewicowego brexitu”. Tymczasem nic podobnego: znaczna część z nich tworzy platformę “Inna Europa jest możliwa”, głoszącą ideę rekonstrukcji UE na lewicową modłę. Teraz domagają się odwołania z parlamentu tych liberalnych deputowanych, którzy akceptują Unię bezkrytycznie i postanowili na złość Corbynowi nie głosować za poprawkami własnej partii, pracując w ten sposób na bexit według May. Nie wygląda więc na to, by zagorzali zwolennicy Corbyna godzili się w obliczu wyjścia z Unii na odegranie roli bezwolnego stada lemingów – forsują własne stanowisko. Prawdopodobnie dochodzi w ten sposób do głosu dialektyka wzajemnego stosunku “góry” i “dołów”, kiedy szeregowi członkowie, świadomi tego, że w zamian za wcześniejsze poparcie “coś im się należy” oczekują, że teraz polityka kierownictwa odpowie na ich oczekiwania.
Pierwszy krok naprzód
Wiele wskazuje na to, że się nie pomylą. Wierchuszka coraz lepiej rozumie nastroje w partii i fakt, że w obliczu indolencji May skontrowanie projektu jej umowy wydaje się jedynym sposobem, by samemu się nie skompromitować. Corbyn postanowił więc po raz pierwszy zagrać odważniej i zaproponować jakąś konstruktywną wizję wyjścia z impasu. Nie jest to na razie nic radykalnego, ani nic bliskiemu jego sercu, stanowi za to na pewno wyjście naprzeciw oczekiwaniom większości elektoratu. Szef Labour wystosował list otwarty do premier, w którym oprócz krytyki jej projektu umowy z UE zawarł pięć warunków, które “ brexit musi spełnić, by uzyskać akceptację Partii Pracy w parlamencie. Są to: 1) “trwała i całościowa unia celna” wiążąca cały obszar Wielkiej Brytanii, 2) ścisły związek krajowej gospodarki z unijnym wspólnym rynkiem, oparty na “wspólnych instytucjach”, 3) “dynamiczne dostosowanie na obszarze praw i ochrony interesu obywateli” – chodzi przede wszystkim o zapewnienie praw pracowniczych co najmniej na poziomie gwarantowanym przez przepisy UE, 4) jasna deklaracja, że Wielka Brytania będzie uczestniczyć (nie wiadomo na ile aktywnie) w instytucjach unijnych i korzystać z funduszy UE, 5) jednoznaczna gwarancja uzgodnienia współpracy na obszarze przepisów bezpieczeństwa, m.in. europejskiego nakazu aresztowania.
Szału nie ma. Nadal wygląda to na korektę projektu May. Z drugiej strony przedstawione warunki idą na tyle daleko, że sprawiają wrażenie jakby Partia Pracy, owszem, akceptowała wyjście z Unii, ale tylko jedną nogą – bardziej nominalnie niż realnie. Sympatycy idei “lewicowego brexitu” mają powody do niezadowolenia, słusznie bowiem zauważa autor wstępniaka w Morning Star, że powyższe propozycje w żadnym stopniu nie kwestionują neoliberalnego charakteru Unii. Przekonanemu socjaliście nie godzi się brać “instytucji wspólnego rynku” za dobrą monetę. A przecież niecały rok temu Corbyn roztaczał wizję, zgodnie z którą ewentualne pozostanie w Unii musi się na jego kraju wiązać z gwarancjami umożliwiającymi politykę nacjonalizacji i wielkoskalowego interwencjonizmu, niemożliwą przy w obecnym kształcie ustrojowym UE.
Jak widać, przy panującej polaryzacji myślenie krótkoterminowe bierze górę, każąc się ustosunkować przede wszystkim bezpośrednio do budzącego emocje projektu May. Zwolennicy pozostania w UE, tak się jednak ostatnio zradykalizowali i skoncentrowali na promocji idei ponownego referendum, że wydawało się, iż zadowoli ich wyłącznie deklaracja pełnego powrotu na łono Unii. Nie atakują jednak Corbyna. Jak słusznie zauważa jeden z komentatorów, jest tak prawdopodobnie dlatego, że wszyscy zdają sobie sprawę, że warunki Corbyna są w istocie zaporowe i nie mają szansy zyskać akceptacji rządu, który stara się obecnie grać na poparcie nacjonalistów. Trudno więc na tej podstawie zwolennikom pozostania atakować Corbyna za “wysługiwanie” się May w wyprowadzaniu kraju z UE. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że czasu do skonstruowania dobrej umowy pozostało Wielkiej Brytanii bardzo mało, można interpretować ostatni ten ruch jako gotowość do zablokowania brexitu w ogóle, co jest jednak o tyle trudne, że w praktyce wymagałoby błyskawicznego rozpisania nowego referendum. De facto nadal więc mamy do czynienia z polityką walenia pięścią w stół na znak niezgody.
Zbudować nową Europę
Analityczka z London School of Economics rozsądnie zauważa, że praktycznie jedynym dobrym dla laburzystów wyjściem byłoby połączenie idei pozostania w UE – którą zwyczajnie muszą przyjąć ze względu na okoliczności – z przekształceniem jej w ruch na rzecz reformy Unii w duchu lewicowym, czyli zdecydowanego ograniczenia jej neoliberalnego charakteru, przede wszystkim dyktatu EBC narzucającego poszczególnym rządom politykę bezlitosnych cięć, praktycznie bez możliwości demokratycznego sprzeciwu. Brexit jest rodzajem “dopustu bożego”, wymogiem chwili, z którym trzeba sobie poradzić, by mieć to już za sobą. Jeśli jednak Partia Pracy rzeczywiście chce rządzić i to tak, by zmienić kraj, konieczne jest wykroczenie poza perspektywę, która obecnie wydaje się laburzystów paraliżować.
Głosy dochodzące z terenu całej Wielkiej Brytanii, przede wszystkim zaś z prowincji, w postaci reportaży, sondaży i badań socjologicznych mówią wyraźnie, że ludzie oczekują zmian, wobec których kwestia pozostania w UE lub jej opuszczenia jawi się jako sprawa drugorzędna. Deterioracja gospodarki i samej tkanki społecznej zaszła tak daleko, że niepewność w sprawie brexitu, niezależnie od ostatecznego wyniku, nakłada tylko na Brytyjczyków ryzyko pogłębienia ich postępującego ubóstwa, które stało się ostatnio tak oczywiste, że ma się nim zająć komisja ONZ ds. praw człowieka. Wzrost biedy, nierówności, niepewności materialnej i niemożności skutecznego wydźwignięcia się z niekończącego się kryzysu społecznego jest plagą, która trawi cały kontynent. Lewica w całej Europie szuka też sposobu na skuteczne przeciwstawienie się fali nacjonalizmu i ksenofobii. Lokalne rozwiązanie, którego poszukuje Partia Pracy, powinno zatem stać się programem dla Europy i na tym laburzyści powinni oprzeć swoją wizję sprzeciwu wobec brexitu. Opieranie się cynicznym propozycjom Theresy May może być tylko pierwszym – i nie ukrywajmy: najłatwiejszym – krokiem naprzód.
Inaczej niż sam Corbyn, wyborcy i szeregowi członkowie Labour widzą brexit jako projekt czysto nacjonalistyczny. Trudno odmówić im racji. Niezależnie od teoretycznej możliwości przekucia go w inicjatywę antykapitalistyczne, ksenofobia od początku określała jego polityczną praktykę. Nic dziwnego, że większość brytyjskiej lewicy czuje potrzebę przeciwstawienia się tendencjom izolacjonistycznym, za którymi nie kryją się żadne postępowe motywy, a ton całemu przedsięwzięciu nadaje twarda prawica. Owszem, obecne unijne przepisy o konkurencji i pomocy publicznej będą przeszkodą w dalekosiężnych planach gospodarczych Corbyna, jeżeli zastąpi on May na stanowisku premiera. Prawdą jest też, że obecność w Unii nie daje Brytanii jakiejkolwiek gwarancji poprawy sytuacji społecznej i gospodarczej, bo odkąd funkcjonuje w jej ramach wskaźniki makroekonomiczne i społeczne tylko się pogarszają. Lecz jednocześnie gwałtowne i bezumowne opuszczenie europejskich struktur może dodatkowo pogorszyć sytuację bieżącą. Nie wygląda również na to, by polityka “im gorzej tym lepiej” mogła przynieść oczekiwane korzyści społeczne – zwłaszcza w sytuacji, gdy postępowa formacja polityczna wykaże się indolencją i utraci wiarygodność.
Problem lidera laburzystów polega na tym, że stosunek Brytyjczyków do brexitu nie układa się według tych osi, które jemu odpowiadają. Część antyestablishmentowo nastawionych wyborców Partii Pracy, którzy są pryncypialnie za wyjściem z UE, to za mało, by przeforsować “lewicowy brexit”. Jakkolwiek socjalista Jeremy Corbyn nie znosi Unii – tego kapitalistycznego “Frankensteina” – musi na razie pogodzić się z dwiema rzeczami: uznać prounijne nastawienie swojej bazy społecznej, od której zależy politycznie, a która chce jednocześnie zmierzać w proponowanym przez niego kierunku uspołecznienia gospodarki. Oraz fakt, że poważne potraktowanie misji socjalizm to konieczność sprostania wyzwaniu poważniejszemu niż sam brexit – jest nim rzeczywisty przewrót klasowy i pozbawienie władzy „jednego procentu”, by tym samym naruszyć fundamenty kapitalizmu.
Brexit trzeba po prostu rozegrać tak, by euroentuzjastyczne nastroje móc spożytkować na rzecz postępowej polityki europejskiej. Trudno bowiem uciec od faktu, że pełne sprzężenie brytyjskiej gospodarki z europejskim kapitalizmem, coraz bardziej zależnym od łupienia mas przez elity finansowe, każe po raz kolejny przemyśleć sens budowy kapitalizmu w jednym kraju. Idee Corbyna są w końcu ideami dla Europy, a Europejczycy, umordowani neoliberalizmem, jak np. “żółte kamizelki”, chętnie za nimi pójdą.

Lewica będzie rządzić

„Niech każdy obwód wyborczy, niech każda społeczność wie, że Partia Pracy (LP) jest gotowa!” – zapewnił 69-letni szef wyspiarskiej lewicy Jeremy Corbyn na partyjnym zjeździe w mieście Beatlesów. „Kiedy zbierzemy się za rok o tej porze, możemy być już rządem labourzystów!” – optymizm afiszowany w Liverpoolu nie jest bezpodstawny. Klęska negocjacji konserwatywnego rządu w sprawie Brexitu może przyśpieszyć wybory. Na przeszkodzie stoi jeszcze kwestia „antysemityzmu” LP i Corbyna, która nie przestała krążyć nad zjazdem, choć na porządku dziennym jej nie było.

 

Corbyn stał się „podejrzany” właściwie od początku swych rządów w Labour, to jest od trzech lat, ale im bliżej do spodziewanego sukcesu, tym częściej padają ze strony części społeczności żydowskiej oskarżenia o antysemityzm. W tym roku w marcu, w maju i sierpniu nastąpiły ataki medialno-polityczne na Corbyna i jego partię, i ciągle pojawiają się nowe. Zwykle polega to na wyciąganiu starych nagrań lub zdjęć, gdzie Corbyn odnosi się krytycznie do zbrojnej okupacji Palestyny przez Izraelczyków. Przed samym zjazdem pojawiło się wideo sprzed pięciu lat, na którym mówi, że „syjoniści nie mają poczucia ironii”, co miało być dowodem na jego antysemityzm.

Do tego Daily Mail opublikował zdjęcia z 2014 r., kiedy Corbyn podczas wizyty w Tunezji złożył wieniec na cmentarzu palestyńskim. Są tam m.in. groby bojowników Czarnego Września, grupy, która w 1972 r. dokonała zamachu na sportowców izraelskich podczas Igrzysk w Monachium. Zginęło wtedy 11 osób. W Anglii prasa żydowska zaczęła więc mówić o „śmiertelnym zagrożeniu”. Wcześniej domagała się, by LP przyjęła definicję antysemityzmu proponowaną przez Międzynarodowy Sojusz Pamięci o Holokauście (IHRA), jednak w lipcu komitet wykonawczy partii odrzucił część tej definicji, gdyż IHRA zaliczyła do antysemityzmu również krytykę polityki izraelskiego reżimu apartheidu, zgodnie z nową modą, która zrównuje antysyjonizm (sprzeciw wobec izraelskiego nacjonalizmu i rasizmu) z antysemityzmem.

 

Palestyńskie flagi

Corbyn może zapewniać ile chce, że „wyeliminuje antysemityzm z partii i przywróci zaufanie”, że „nigdy nie był i nie będzie” antysemitą, że „antyrasizm zawsze był priorytetem partii”. Jonathan Lansman, lider popierającego Corbyna ruchu Momentum, brytyjski żyd, może tłumaczyć, że „nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między walką z antysemityzmem a obroną praw Palestyńczyków”, ale to ciągle za mało. Brytyjskie środowiska syjonistyczne nie mogą przeboleć palestyńskiego zaangażowania Corbyna i jego ugrupowania. Nota bene w samej partii, szczególnie wśród członków Jewish Labour Movement, który wchodzi w jej skład, ta kwestia potrafi przybrać gwałtowny obrót – deputowana Margaret Hodge, członkini Labour od dawna, nazwała Corbyna „rasistą” i „antysemitą”…

Proizraelski Jewish Telegraph na pierwszej stronie określił zjazd labourzystów jako „konferencję nienawiści”, gdyż Corbyn w swym finalnym przemówieniu zapowiedział, że jak tylko powstanie rząd Labour, Palestyna zostanie natychmiast uznana, co ma wyrażać poparcie partii dla rozwiązania dwupaństwowego. Deklaracja Corbyna została przyjęta owacją i palestyńskimi flagami. Przy okazji jeszcze raz ogłosił, że „całkowicie potępia antysemityzm i nie będzie go tolerował”. W ciągu trzech lat Labour musiało opuścić sporo osób, oskarżanych o antysemityzm, ale kwestia palestyńska, jak dla każdej lewicy, pozostaje ważna. Na zjazd przyjechał przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon, który również z powodu opowiadania się po stronie okupowanych Palestyńczyków był oskarżany o antysemityzm, ale skwitował to krótko: „Zauważyłem, że Jeremy Corbyn jest obiektem podobnych obelg, co ja. To znak dobrego zdrowia”.

 

Labour jako wzór

Na zjazd LP w Liverpoolu oprócz Nieuległej Francji, przyjechali m.in. reprezentanci niemieckiej Die Linke, hiszpańskiego Podemosu i greckiej Syrizy, żeby rozmawiać o przyszłości europejskiej lewicy. Przede wszystkim byli zaintrygowani sukcesem Labour, jej „dobrym zdrowiem”: ponad 550 tys. członków, perspektywa rządzenia, a to wszystko przy ustawieniu się na lewo od tradycyjnej socjaldemokracji. W Europie socjaldemokraci, uznawani często w najlepszym wypadku za centrystów, ponoszą klęskę za klęską, jeśli nie liczyć Portugalii. Stąd pomysły stworzenia „sojuszu radykalnego”. Mélenchon zaproponował Corbynowi przystąpienie Labour do „lewicowej ligi kontynentalnej” (ruch A Teraz Lud), w skład której wchodzą Podemos, Bloco de Esquedra (Blok Lewicy) z Portugalii, duński Sojusz Czerwono-Zielony, szwedzka Partia Lewicy, Nieuległa Francja i fiński Sojusz Lewicowy.

Metamorfoza Labour, która przecież za czasów Blaira była w zasadzie partią prawicową, dokonała się dzięki fali „degażyzmu” – wyrzucenia starych działaczy w toku wewnętrznych wyborów i dyskusji, oraz chęci rozwinięcia swobodniejszych, bardziej demokratycznych sposobów funkcjonowania. Do Liverpoolu nie przyjechały delegacje europejskich partii socjaldemokratycznych, bo to już nie ich przedział polityczny. Skręt Labour w lewo przyciągnął młodych i tych, którzy dotąd nie chcieli brać udziału w wyborach. Dziś partia w sondażach idzie łeb w łeb z torysami (rządzącymi konserwatystami). Delegacje z kontynentu miały czego zazdrościć.

 

Nacjonalizujmy!

Corbyn nazwał politykę premier May „wandalizmem socjalnym”. To właśnie było tematem gospodarczej części zjazdu, najważniejszej dla przyszłości partii. „Nadchodzi prawdziwa demokracja przemysłowa” – ogłosił John McDonnell, który odpowiada w Labour za finanse. Ma opinię stojącego bardziej nawet na lewo niż Corbyn. To on stoi u źródła programu gospodarczego partii. Jeśli labourzyści dojdą do władzy, chcą, by prywatne przedsiębiorstwa scedowały co najmniej 10 proc. swego kapitału na pracowników, którzy mogliby w ten sposób dostawać dywidendy. Byłoby tego średnio ok. 500 funtów rocznie. Ponadto jedna trzecia miejsc w radach nadzorczych też miałaby przypaść pracownikom: „Akcjonariat pozwoli pracownikom mieć te same prawa, co inni akcjonariusze, będą też mieli wpływ na strategię swego przedsiębiorstwa” – argumentował McDonnell.

Przede wszystkim McDonnell przewiduje falę nacjonalizacji przedsiębiorstw niegdyś publicznych, jak koleje, dla których prywatyzacja stała się prawdziwą klęską. Poza tym mają być znacjonalizowane takie dziedziny jak dystrybucja wody, energii, czy poczta. „Niektóre gazety mówią, że wyborcy są przestraszeni (tymi planami). Ale mylą się (…). Z sondażu na sondaż widać, że własność publiczna dowodzi swej popularności. Ludzie mają dość nabierania się na prywatyzacje” – mówił. Oczywiście organizacje przedsiębiorców już protestują, w charakterystycznym stylu, jak CBI: „Dyktat akcjonariatu pracowniczego doprowadzi tylko do wyjazdu inwestorów, a jeśli inwestycje zmaleją, płace też spadną”. Labour zdaje się tego nie bać. Mówi o stworzeniu 400 tys. „zielonych” (ekologicznych) miejsc pracy. Ciekawe, że nawet niektórzy torysi popierają projekty gospodarcze LP, jak ekonomista Jim O’Neill z byłego rządu Camerona. Corbyn nie omieszkał tym się chwalić.

 

Optymizm z Brexitu

Ale skąd bierze się ten optymizm, który było widać w Liverpoolu? Skąd wiara, że w przyszłym roku może dojść do przedterminowych wyborów? Ano, najdłużej chyba wałkowano sprawę Brexitu, negocjowanego nieszczęśliwie przez rząd May. „Jeśli parlament odrzuci umowę z Unią, bądź rząd nie podpisze żadnej umowy, wywrzemy nacisk na przedterminowe wybory” – ogłosił Corbyn. Premier Theresa May, która przebywała wtedy w Nowym Jorku na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, odpowiedziała od razu, że wcześniejsze głosowanie powszechne „nie byłoby w interesie Zjednoczonego Królestwa”, ale ma „krótką” większość w parlamencie i może być doń zmuszona nie tylko przez Labour. Partia dała już do zrozumienia, że będzie głosować przeciw umowie, jeśli np. nie zachowa korzyści ze wspólnego rynku i unii celnej.

Od razu należy wyjaśnić, że Corbyn jest raczej eurosceptykiem, choć partia robiła kampanię na rzecz pozostania w Unii. Pogodził w partii środowiska zwolenników i przeciwników Unii, ale do głosu coraz bardziej dochodzą młodzi, dla których rozstanie z Unią pozbawia ich części perspektyw. Starsi są często anty-unijni, więc znaleziono rodzaj kompromisu. Jeśli do wcześniejszych wyborów nie dojdzie, Labour będzie popierać ideę nowego referendum na temat wyjścia z UE. To nowość, pewien zwrot, bo dotąd partia trzymała się wyników poprzedniej konsultacji. Rzecz jest hipotetyczna, ale Corbyn zgodził się zostawić „wszystkie opcje na stole”, trochę w duchu ekumenizmu. Inni, jak McDonnell, wykluczają nowe referendum.

„Celem Labour jest gruntowna zmiana kraju” – mówił Corbyn w zamykającym zjazd przemówieniu, wyraźnie dumny z dynamizmu i wyników partii. Przez zgromadzonych przebiegł dreszcz, gdy z głośników rozległa się piosenka „króla” soulu Sama Cooke’a – „długo na to czekaliśmy, lecz wiem, że zmiana jest w drodze”… Widząc chaos brytyjskich negocjacji w Brukseli, można się spodziewać, że po ośmiu latach przerwy Labour przejmie ster kraju. To może być kwestia kilku miesięcy, więc wzruszenie było uzasadnione.

Nie przepraszamy za PRL

22 lipca to ważna data w historii Polski (kiedyś było to święto państwowe). Koszaliński Komitet Obrony Lewicowych Tradycji oraz Koszalińskie Porozumienie Lewicy zorganizowały debatę obywatelską, której gościem honorowym był prof. Paweł Bożyk – były doradca ekonomiczny Edwarda Gierka. Sala pękała w szwach.

 

Prof. Bożyk przy okazji promocji swojej książki „Apokalipsa według Pawła – jak zniszczono nasz kraj”, mówił – operując faktami i liczbami, jak zniszczono polską gospodarkę w okresie transformacji ustrojowej. Z 1650 zakładów doprowadzono do upadłości 650, niektóre pod przykrywką prywatyzacji doprowadzono do tzw. wrogiego przejęcia po to, by je zlikwidować. Dotyczyło to głównie dużych zakładów generujących modernizację min. z branży elektronicznej, przemysłu informatycznego i precyzyjnego. Wśród likwidatorów i prywatyzatorów polskiego systemu ekonomicznego czołowe miejsca zajmują Leszek Balcerowicz, Janusz Lewandowski i Wiesław Kaczmarek. Terapia szokowa którą zastosowano, była skokiem z trampoliny do basenu w którym nie było wody.

W dyskusji Eugeniusz Jakubaszek mówił o zlikwidowaniu koszalińskich przedsiębiorstw. Ruiny dobrze prosperujących byłych PGR-ów do dziś straszą w naszym województwie – to dzieło byłego wojewody Stanisława Sochy. Ta doktrynalna decyzja wpędziła w wieloletnią biedę, bezrobocie i beznadzieję dwa pokolenia byłych pracowników PGR-ów wraz z ich rodzinami. Zygmunt Smolik – jeden z twórców Koszalińskiej Doliny Krzemowej (w tamtym okresie Koszalin plasował się na czwartym miejscu w kraju w branży elektronicznej) przedstawił szczegółowo, jak likwidowano koszaliński przemysł elektroniczny (KAZEL – 1500 zatrudnionych, Ośrodek Naukowo-Produkcyjny Materiałów Półprzewodnikowych na Leśnej – 400 zatrudnionych).

Trawestując znane wystąpienie Mieczysława Rakowskiego, który mówił sarkastycznie: przepraszam za PRL, przepraszam za to, przepraszam za tamto, uczestnicy debaty obywatelskiej mówili pełnym głosem: NIE PRZEPRASZAMY:

– za oddanie nas przez ”Wielką Trójkę” w strefę wpływów Związku Radzieckiego – to nie była nasza decyzja;
– za odbudowę zniszczonej przez hitlerowców Warszawy i wielu innych miast Polski, za odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie;
– za reformę rolną, o którą bezskutecznie walczyło kilka pokoleń polskich chłopów;
– za awans społeczny milionów synów i córek chłopskich i robotniczych;
– za bezpłatny dostęp młodzieży chłopskiej i robotniczej do wyższych uczelni;
– za likwidację analfabetyzmu;
– za tysiąc szkół na tysiąclecie, za tysiące bibliotek, za tanie książki, za miejskie i wiejskie domy kultury;
– za uprzemysłowienie Polski;
– za to, że dwa pokolenia Polaków żyły nie znając plagi bezrobocia;
– za to, że na ulicach polskich miast nie było żebraków ani dziesiątków tysięcy bezdomnych;
– za to, że milion polskich dzieci nie zaczynało dnia bez śniadania;
– za to, że dzięki państwowemu mecenatowi nad kulturą i sztuką powstawały arcydzieła filmowe i teatralne;
– za zagospodarowanie Ziem Północnych i Zachodnich i uznanie naszej zachodniej granicy przez Republikę Federalną Niemiec;
– za ustawę o działalności gospodarczej, która otworzyła drogę do gospodarki rynkowej;
– za Okrągły Stół, wspólne dzieło ówczesnych rządzących i opozycji.

Na zakończenie debaty uczestnicy przyjęli przesłanie. „Znamy osiągnięcia, ale również błędy i słabości tamtego okresu, które tworzą historię PRL-u. Wiemy, że byliśmy więźniami dogmatów, od których uwalnialiśmy się stopniowo. Historii PRL-u nie można postrzegać tylko w biało czarnych barwach. Za historyczne osiągnięcie tamtego okresu uważamy odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych, wprowadzenie Polski w erę cywilizacji przemysłowej, przeprowadzenie wielkiej rewolucji społecznej, powszechną edukację (likwidację analfabetyzmu) i zachowanie naszej tożsamości narodowej. Okres ten, to przede wszystkim wielka ofiarność, poświęcenie i gotowość służenia Ojczyźnie”.

Nie zgadzamy się na opluwanie i ośmieszanie naszej przeszłości, którą współtworzyliśmy uczciwie pracując. Żądamy od rządzącej prawicy obiektywnej analizy i oceny najnowszej historii Polski, a nie propagandy zohydzającej PRL.

Lewicowy brexit. Walka klasowa, nie narodowa

Brytyjska lewica musi forsować socjalistyczną drogę wyjścia z UE, inaczej nacjonaliści zagarną wszystko.

 

Mijają dwa lata od czasu, gdy Brytyjczycy zdecydowali o Brexicie, i Londyn, choć bez entuzjazmu, konsekwentnie zmierza do wystąpienia z Unii Europejskiej. Rząd Theresy May cały czas próbuje łudzić ludzi bajką, że rozwód przeprowadzi w sposób pragmatyczny a jednocześnie honorowy. Panika, która dwa lata temu ogarnęła klasę rządzący, dawno już ustąpiła polityce chłodnej kalkulacji. Jednak wiara, że Brytania rozstanie się z Unią politycznie, ale ekonomicznie pozostanie jej częścią, jest dziś już tylko pobożnym życzeniem.

Gospodarka Zjednoczonego Królestwa zupełnie dziś kuleje, a obsesyjne cięcia pogłębiły tylko stagnację. Wbrew złudzeniom rządu brytyjski kapitalizm wcale nie jest dla UE łakomym kąskiem, nie stanowi istotnego wkładu w gospodarczy całokształt Unii, który już dawno temu został trwale oparty na neoliberalnej hegemonii Niemiec i podziale centrum-peryfyferia. Wielka Brytania nie jest nawet częścią strefy euro, więc swoją secesją nie jest w stanie skutecznie szantażować EBC. Brytyjskiemu rządowi brakuje jakiegokolwiek straszaka. Wyjście w tym wydaniu nie nastąpi w glorii. W ciągu dwóch ostatnich lat entuzjazm wobec Brexitu, zawsze ograniczony, jeszcze osłabł. Według sondaży niewielką przewagę mają Brytyjczycy niechętni wyjściu z Unii i pesymistycznie oceniający jego następstwa. Nigel Farage praktycznie zniknął.

 

Partia Pracy podzielona

Postawa laburzystów jest niejednoznaczna. Większość członków, wyborców i sympatyków Partii Pracy jest zakochana w Unii Europejskiej lub opowiada się za pozostaniem w niej z obawy o to, że po Brexicie ich kraj zamieni się w prawicowy koszmar. Odkąd Jeremy Corbyn umocnił się na pozycji przewodniczącego, zmianie uległ oficjalny stosunek do wyjścia z UE. Nie jest to już – tak jak w 2016 r. – zdecydowany opór ani bicie na alarm. Stanowisko partii to akceptacja „wyboru dokonanego przez społeczeństwo” przy jednoczesnej krytyce rządu za negocjacyjną nieudolność.
Partia Pracy są jednak podzielona – mniej więcej w stosunku 2:1. Z grubsza jedna trzecia chce Brexitu, tak jak sam lider partii. Sympatia Corbyna dla planu wypisania się z Unii jest zdecydowanie najmniej popularnym i jednocześnie najsłabiej rozumianym aspektem jego „radykalizmu”. Charyzma trybuna ludowego, „postępowy populizm” i jawnie deklarowany „socjalizm” to cechy, którymi doprowadził do ożywienia skostniałej Partii Pracy, wyrwania jej z rąk blairystowskich dekadentów i tchnięcia w organizację rewolucyjnego ducha. Rzesze Brytyjczyków – szczególnie młodych – wściekłych na burżuazję pociągającą za wszystkie sznurki na Wyspach, kategorycznie odrzucają ciągłe zaciskanie pasa, którego jedynym skutkiem jest bogacenie się bogatych i pauperyzacja reszty społeczeństwa. W Corbynie widzą zbawcę, który uwolni kraj od plagi nierówności, krwiopijcom z City wybije z głów wszelki wyzysk, a może i samych głów ich pozbawi. Część z nich oczami wyobraźni widzi już, jak Corbyn bez litości dobija kapitalizm – chcą przywrócenia do statutu partii słynnego Paragrafu Czwartego, mówiącego wprost o „uspołecznieniu środków produkcji”.
Przywódca laburzystów wzbudza jednak bez porównania mniejszy entuzjazm swojego elektoratu, kiedy krytykuje Unię Europejską. Pewnie dlatego robi to stosunkowo rzadko. Duża część jego fanów (bo on sam ma jednak status gwiazdy) to ludzie młodzi, nawet bardzo. Nie znają Wielkiej Brytanii bez Unii, a brexit kojarzą tylko z obrzydlistwem nacjonalizmu i nagonką na imigrantów. Jest to też punkt widzenia prawie wszystkich lewicowych mediów w UK. Wśród publicystów „Guardiana” tylko Tariq Ali konsekwentnie zajmował stanowisko pro-leave. Nic dziwnego, że jego teksty ukazują się coraz rzadziej.

Idea brexitu jest najpopularniejsza właśnie wśród ludzi starszych. Nie jest prawdą, że wszystkimi z nich kieruje ksenofobia. Dobrze pamiętają, że ich kraj zawsze podkreślał swą odrębność od kontynentu, również w czasach ich młodości, kiedy po II wojnie światowej laburzyści wywalczyli dla Brytyjczyków wielkie zdobycze socjalne. Socjalizm, walka klas – nikt im wtedy nie kazał wstydzić się tych słów. Jeremy Corbyn też to pamięta. Wie również, że nieodwołalnie neoliberalny charakter UE stawia jego krucjatę o sprawiedliwość społeczną na z góry przegranej pozycji. Inni wolą idealizować Unię w obliczu fali nacjonalizmu. Corbyn to jednak ambitny przywódca. Oznacza to, że wbrew utartym schematom będzie krok po kroku dążył do redefinicji zastanej polityki tak, żeby brexit odzyskać dla socjalizmu.

Prounijna część lewicy właśnie rozpoczyna ogólnokrajową kampanię zmierzającą do odwrócenia brexitu: domagają się nowego referendum, chcą je wygrać i doprowadzić do renegocjacji warunków obecności Brytanii w Unii. Inicjatywę tworzą dziennikarze, politycy pomniejszych formacji, np. Zielonych i Liberalnych Demokratów, lokalni działacze i związki zawodowe. Koncentrują się w dużej mierze na wieszczeniu klęski ekonomicznej, jaka ich zdaniem nieuchronnie nadciągnie wraz z brexitem. Przedstawiciele związku branży transportowej TSSA postanowili otwarcie rozprawić się w eurosceptycyzmem Corbyna: twierdzą, że brexit oznacza dziki kapitalizm, bo poza UE pracownicy pozostaną bez jakichkolwiek praw. Wytoczyli najcięższe działo: przywódca laburzystów musi się liczyć z oskarżeniem o zdradę klasową.

Doszło więc do absurdalnej sytuacji: socjalistyczny szef Partii Pracy postulujący nacjonalizację i krytykujący Unię za neoliberalizm jest atakowany przez związkowców występujących w sojuszu z liberałami, a posądzających go o kolaborację z kapitałem, bo chce wyprowadzić ich kraj z UE, rzekomo gwarantującej im prawa pracownicze i socjalne. W całym tym nieporozumieniu pocieszające jest to, że każda ze stron chce wyjść na jak najbardziej prospołeczną. Złą wiadomością jest to, że związkowcy natomiast mylą się co do charakteru Unii Europejskiej i jest to błąd najczęściej popełniany przez lewicowych krytyków brexitu. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym spór ten znajdzie się w centrum debaty politycznej za Kanałem La Manche.

 

Unia kapitału

Dziennikarz Thomas Fazi i ekonomista William Mitchell przekonująco dowodzą, że socjal kojarzony z UE to tylko kamuflaż fundamentalnie reakcyjnego projektu, którego „zjednoczona Europa” zawsze była częścią. Neoliberalizm od początku, czyli od połowy lat 70. XX w., był wdrażany po obu stronach Atlantyku jako program tzw. Komisji Trójstronnej. Kiedy proinflacyjna polityka keynesowska zawiodła, bo osiągnęła swe granice i nie mogła rozwiązać wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, światowy kapitał zdołał wykorzystać kryzys do odwrócenia na swoją korzyść układu klasowego panującego w najbardziej uprzemysłowionych państwach świata. Skutecznie ograniczono siłę związków zawodowych, podważono układy zbiorowe, zmniejszono udział płac w PKB i uzależniono rządy od rynków finansowych. Aktem założycielskim dzisiejszej Unii Europejskiej był jednoznacznie neoliberalny Traktat z Maastricht z 1992 r., który jasno stanowił, na jakich zasadach będzie się ona opierać:
art. 81 zabrania rządom interwencji w gospodarkę, która może „wpłynąć na wymianę handlową między państwami członkowskimi”,
art. 121 nadaje niedemokratycznie powoływanym ciałom: Radzie Europejskiej i Komisji Europejskiej prawo do wyznaczania „ogólnych ram polityki gospodarczej krajów członkowskich”,
art. 126 określa środki dyscyplinowania rządów przekraczających założony deficyt budżetowy,
art. 151 stwierdza, że polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii”,
art. 107 zakazuje celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych.

Karta Praw Podstawowych, która została później wprowadzona przez Traktat Lizboński i która zdaniem niektórych gwarantuje prawa socjalne i pracownicze, ma charakter ogólnikowy, aksjologiczny. Nie jest de facto wiążąca prawnie, skoro Polska i Wielka Brytania mogły podpisać osobne protokoły, praktycznie podważające jej obowiązywanie w państwach członkowskich, które sobie jej nie życzą. To zapisy z Maastricht wyznaczają politykę Unii, a nie Karta. Doskonale widać to po sukcesywnym demontażu sfery socjalnej we wszystkich krajach UE i po konsekwentnym poddawaniu usług publicznych presji konkurencji rynkowej (co w praktyce oznacza to samo). Karta stanowi jedynie retoryczny kwiatek do kożucha.

Dlatego właśnie, jeżeli kierunek obrany przez dzisiejszą Partię Pracy uznać za postępowy, to bez wątpienia nie może on zostać zrealizowany w Unii Europejskiej. Co ciekawe, gdyby Wielka Brytania podlegała wyłącznie regułom Światowej Organizacji Handlu, zwyczajowo uznanej za neoliberalną matnię, program Corbyna napotkałby bez porównania mniejsze bariery prawne. A program ten zakłada przecież nacjonalizację kluczowych branż: kolei, poczty i energetyki, politykę wielkich dotacji i zamówień publicznych nastawionych na realizację określonego – równościowego – celu społecznego. Można być liberałem i nie wierzyć w jego sens ani powodzenie. Jeżeli jednak ma się poglądy lewicowe, należy zdać sobie sprawę, że próba jego urzeczywistnienia przez przyszły rząd Corbyna spotkałaby się ze stanowczym oporem władz Unii.

Jeżeli wartości takie jak równość leżą komuś na sercu, tak jak i niezgoda na politykę nienawiści uskutecznianą przez populistyczną prawicę, powinno się wziąć pod uwagę, że dogłębnie neoliberalna natura UE generuje poczucie alienacji i gniew społeczny, który faszyści bez wątpienia zagospodarują, jeżeli lewica zdradzi ludzi dla czczych i obłudnych frazesów o „wspólnej Europie”.

 

Strach ma wielkie oczy

Antybrexitowy establishment lubi posługiwać się straszakiem załamania gospodarczego Wielkiej Brytanii, które wieszczy nieprzerwanie od 2016 r. Fazi i Mitchell rozprawiają się również i z tym mitem. Alarm podniesiony przez brytyjskie media w związku wyciekiem wewnętrznego raportu rządu Theresy May ostrzegającego przed zapaścią, do jakiej niechybnie doprowadzi brexit, to wiele hałasu o nic. Są to przewidywania oparte na standardowych założeniach neoliberalnych modeli krótkoterminowych (tzw. DSGE), m.in. o doskonałej samoregulacji rynków, czy „racjonalnych oczekiwaniach”. To neoklasyczna mitologia, wielokrotnie wyśmianej przez ekonomistów krytycznych wobec apologetyki wolnego rynku. Na podobnych założeniach był przecież oparty raport sporządzony jeszcze dla rządu Davida Camerona, przewidujący, że w ciągu dwóch lat po samej decyzji o brexicie dojdzie do gospodarczej katastrofy. Nic takiego nie nastąpiło. Musiał to przyznać „Guardian”, który wcześniej uwierzył w proroctwo o „Armageddonie”.

Fazi i Mitchell podkreślają ponadto, że dane statystyczne z okresu obecności Wielkiej Brytanii we „wspólnym rynku” przeczą twierdzeniom o ekonomicznych korzyściach z członkostwa w UE. Wewnątrzunijny handel nie odegrał żadnej istotnej roli w brytyjskiej gospodarce. Wszystkie podstawowe wskaźniki makroekonomiczne, czyli wzrost PKB, wzrost wydajności pracy, zatrudnienie itd. są zdecydowanie gorsze niż za czasów przedunijnych. To samo dotyczy zresztą pozostałych krajów UE. Był to po prostu okres w pełni rozwiniętego neoliberalizmu, czyli zabierania biednym i średniakom, a dosypywania bogatym przez „niewidzialną rękę rynku”. Wielka Brytania znajduje się dzisiaj w najgorszej sytuacji gospodarczej od czasu II wojny światowej właśnie dlatego, że obsesyjna polityka „oszczędności” zapoczątkowana przez Margaret Thatcher, potem zaś koordynowana przez Komisję Europejską, trwale zniechęciła kapitalistów do inwestycji w realną gospodarkę, a napędzała wyłącznie spekulacje finansowe. Rząd Corbyna mógłby dokonać wielkich inwestycji publicznych koniecznych do wyprowadzenia kraju na prostą. Unia Europejska byłaby przeszkodą.

Tego rodzaju krytyce można zarzucić, że gospodarka Wielkiej Brytanii jest już jednak trwale związana z procesami zachodzącymi w UE i ich zerwanie musiałoby siłą rzeczy poskutkować chwilowym dołkiem. Problemem jest również niezbity fakt, że do tej pory w promocję idei brexitu zaangażowane były siły ultraliberalne, dla których Unia to „socjalizm”. Owszem, tak było. Dzisiaj jednak wyjście przebiega pod rządowym szyldem, a ekstremiści skryli się w cieniu. Sami torysi uderzają w nutę socjalną, obiecując, że pieniądze, które nie pójdą do unijnego budżetu, zasilą służbę zdrowia. Niezależnie od leseferystów, którzy chcą mieć „swój” brexit, większość „mas brexitowskich” chce socjalu. Laburzyści z obozu Corbyna mają nie tylko szansę, ale wręcz obowiązek sprostać ich oczekiwaniom – właśnie po to, by nie zostawiać ich na pastwę prawicy. Lewicowy brexit – niektórzy mówią: lexit – jest przeciwieństwem prawicowego. Rezygnacja z walki o społeczną bazę eurosceptycyzmu jest kapitulacją przed faszyzmem.

 

Warufakis woli zostać

W pozostałych krajach UE lewica oczywiście krzywo patrzy na pomysły Corbyna, bo niestety bliższa jest unijnym salonom niż prostym ludziom, mającym dość cynizmu europejskich elit, zawsze potrafiących dorobić „oświeconą” ideologię do brutalnego wyzysku. Są również tacy jak Janis Warufakis, który ma własne doświadczenie zaciekłych zmagań z euroestablishmentem, a mimo to odrzuca rozwiązania w stylu brexitu.

Popularny w całej Europie twórca ruchu DIEM25, który jako minister finansów Grecji w rządzie Syrizy do upadłego starał się ratować swój kraj przez ostatecznym dorżnięciem przez „Trojkę”, chce zmieniać Unię od wewnątrz. Nie wierzy jednak w hasło „więcej demokracji”, bo słusznie wykazuje, że struktury Unii nigdy nie miały nic wspólnego z demokracją. Twierdzi natomiast, że UE można zmienić na lepsze poprzez ruch masowego i międzynarodowego nieposłuszeństwa wobec jej autorytarnych władz.

To podejście zasługuje na zrozumienie lewicy. U Warufakisa można jednak dostrzec rażącą niekonsekwencję, twierdzi bowiem, że pójście jego drogą – bezkompromisowe starcie z unijnymi instytucjami – będzie dla systemu nie do strawienia, że realnie grozi rozpadem UE i że trzeba być na to gotowym. Po co zatem odrzucać lewicowy brexit, skoro jest jest on w istocie uznaniem konsekwencji, o którym mówi Warufakis? Jedynym wytłumaczeniem jest to, że Grek chce koniecznie dezintegrację Unii koordynować w ramach oddolnego ogólnoeuropeskiego ruchu, będącego podstawą przyszłego zjednoczenia na lepszych zasadach. W dużym uproszczeniu (pewnie zbyt dużym) można więc przyjąć, że Warufakis proponuje nieco utopijną „permanentną rewolucję” zamiast bardziej pragmatycznego wyjścia Corbyna, przypominającego „socjalizm w jednym kraju”.

 

Nie opuszczać ludzi

Internacjonalizm, zawsze bliski sercu autentycznej lewicy, istotnie różni się od burżuazyjnego kosmopolityzmu. Jest niemożliwy w systemie politycznym służącym globalizacji na warunkach kapitału – a tym jest właśnie Unia Europejska. Argument, że przyjęcie brexitu przez lewicę to woda na młyn prawicy, jest pozbawiony podstaw w sytuacji, gdy prawica traci impet, a brexit nadal się rozgrywa i może przybrać różne formy. Zwykli Brytyjczycy popierający wyjście z UE różnią się od skrajnej prawicy, nie są biologicznymi ksenofobami. Próba retorycznego uczynienia z nich niereformowalnych rasistów jest ich ostateczną zdradą, zapisaniem się do obozu liberałów. Poparcie dla brexitu wynika z upokorzenia kapitalizmem, nawet jeżeli termin ten nie pada otwarcie. A systemu kapitalistycznego nacjonaliści nie zakwestionują, dlatego sami okazują się niewiarygodni w swym gasnącym już brexitowym zapale. Ludzie dali się z początku wieść nacjonalistom dlatego, że lewica ich opuściła. Taka jest historia całej fali prawicowego populizmu.

Brexit będzie taki, jaka będzie jego awangarda. Postępowe rozwiązania kwestionujące system zawsze powstają w momencie kryzysu. Cechuje je niepewność, obawa przed triumfem reakcji, oczywiste ryzyko porażki i osunięcia się w przepaść własnego przeciwieństwa. Ktoś, kto nie podejmuje tego ryzyka, nie tworzy historii. Jeżeli laburzyści chcą być przykładem dla europejskiej lewicy, jeżeli chcą ją ożywić w wymiarze międzynarodowym, jeżeli chcą się ostatecznie rozliczyć z pomyłki blairyzmu, jeżeli chcą stworzyć podstawy do autentycznego zjednoczenia Europy – muszą poprowadzić lewicowy brexit.