Głos prawicy

Trochę wazelinki

– Patryk Jaki jest zwycięzcą tych wyborów, jeśli chodzi o PiS.
Uzyskał 30 procent w stolicy, a gdyby kandydaci w innych miastach mieli po 40-50 procent, można by powiedzieć, że mu się nie udało i to jest klęska – ocenił Piotr Guział, radny Warszawy, który był kandydatem na wiceprezydenta w ekipie Jakiego. Guział stwierdził również, że szans na wygraną w stolicy nie było, ponieważ od lat Prawo i Sprawiedliwość trafia tu na szklany sufit.
W poniedziałek Guział opowiedział też o tym, jakie emocje towarzyszyły osobom zgromadzonym w niedzielę wieczorem w sztabie Patryka Jakiego.
– Atmosfera była raczej radosna. Mieliśmy spotkanie z ministrem Jakim chwilę wcześniej w sztabie. Pan minister był uśmiechnięty i odprężony. Jakby zeszło z niego całe napięcie, bo jest zwycięzcą tych wyborów, jeśli chodzi o Prawo i Sprawiedliwość. To trzeba jasno powiedzieć – stwierdził kandydat na wiceprezydenta.
Zdaniem Guziała, Jaki nie miał szans na wygranie wyborów na prezydenta w stolicy, bowiem „od lat Prawo i Sprawiedliwość trafia w warszawie na szklany sufit”.
Przypomnijmy, że według danych sondażu Ipsos Patryk Jaki uzyskał 30,6 proc, głosów w pierwszej turze wyborów.
– To ogromny triumf tego polityka. Ma powody do satysfakcji, włożył w tę kampanię ogromną pracę. Rozstrzygnięcie w pierwszej turze jest niesprawiedliwe. Powinno dojść do drugiej tury, bo Jaki na nią zasłużył – ocenił Guział.
I dodał, że zwycięstwo Trzaskowskiego jest efektem słabości pozostałych 12 kandydatów (oprócz Jakiego i niego samego).
– Przecież jak się okazało ze wstępnych sondaży, to elektorat pozostałych kandydatów przepłynął do Trzaskowskiego. Wyborcy uznali, że ich sympatie trzeba włożyć w kieszeń i zagłosować pragmatycznie, bo ci mniejsi kandydaci nie gwarantują niczego, nawet tego, że wejdą do Rady Warszawy – stwierdził.
Guział ocenił też, że tegoroczna kampania samorządowa była największą i najbardziej intensywną, w jakiej brał dotąd udział. Nie szczędził też słów uznania wobec Patryka Jakiego.
– To najbardziej pracowita i najbardziej ambitna osoba, jaką poznałem w polityce. A ma zaledwie 33 lata. Pod koniec kampanii spał dwie, trzy godziny na dobę i nie mógł więcej z tego wycisnąć. Jako człowiek i młody polityk ma przed sobą ogromne perspektywy. Te wybory to kolejna podwalina pod jego sukcesy – mówił.
W rozmowie z reporterką TVN24 Guział zdradził też jakie są jego powyborcze plany. – Przede mną od lat jest przyszłość w sektorze komercyjnym. Ja się świetnie realizuję we własnym biznesie. Nie ma tam presji, nie muszę nikomu się przypodobać, nie muszę uważać na to, co mówię, bo ktoś zwolni mnie z pracy, bo to sektor publiczny albo mam pracę dzięki rekomendacji politycznej, bo tak nie jest. Sam świetnie sobie radzę – powiedział.

Info z tvn24.pl

Komisja weryfikacyjna potknęła się o Żoliborz

Tempo naprawiania krzywd reprywatyzacyjnych w Warszawie będzie zależeć od tego, kto zostanie prezydentem stolicy – i jak przypilnuje go samorząd.

 

Wybory samorządowe już za chwilę, a ja mam nadzieję, że w Warszawie nie zwycięży w nich Patryk Jaki.
Trochę obawiam się bowiem, że może spełnić swoją zapowiedź – i podjąć próbę rozwiązania tzw. komisji do spraw usuwania skutków prawnych decyzji reprywatyzacyjnych dotyczących nieruchomości warszawskich, wydanych z naruszeniem prawa (czyli komisji weryfikacyjnej).
Oczywiście możliwe, że to tylko zwykła lipa, typowa dla polskich pożal się Boże „polityków” – czyli zapowiedź o której zapominają od razu po wyborach.
Możliwe też jednak, że słowa o rozwiązaniu komisji weryfikacyjnej będą tak często przypominane Patrykowi Jakiemu (zakładając, że wygra w Warszawie), iż uzna on, że należy jednak z nią skończyć. I zabierze się za jej kończenie całkiem chętnie, bo w końcu Murzyn zrobił swoje, doprowadził go do prezydentury stolicy, więc nie ma sensu, by teraz kto inny się promował dzięki tej komisji.

 

Urząd miasta niczego nie przejmie

Ściśle biorąc, kandydat PiS na prezydenta oświadczył, że jeśli wygra to komisja weryfikacyjna zostanie rozwiązana, a jej kompetencje przejmie urząd miasta stołecznego Warszawy.
W tej zapowiedzi Patryka Jakiego było wiele bufonady, bo nie on powołał komisję do badania warszawskiej reprywatyzacji, tylko parlament (Sejm i Senat), przyjmując stosowną ustawę – i parlament może ją zlikwidować. A nie wiceminister sprawiedliwości (którym Patryk Jaki zresztą przestanie być, jeśli zostanie prezydentem stolicy). Dlatego na początku tego artykułu napisałem, iż może on „podjąć próbę rozwiązania komisji”, a nie, że ją „rozwiąże”.
Ważniejsze od bufonady jest jednak to, iż „zapowiedź likwidacyjna” Jakiego jest tylko częściowo prawdziwa.
To znaczy, możliwe, że po swym ewentualnym zwycięstwie w wyborach Patryk Jaki zechce doprowadzić do wstrzymania bądź osłabienia aktywności komisji weryfikacyjnej. Niewykluczone, że to mu się uda. Niemożliwe jest natomiast to, że jej kompetencje przejmie urząd m.st. Warszawy.
Komisja weryfikacyjna do spraw stołecznej reprywatyzacji ma specjalne uprawnienia władcze. Może nakazywać sądom dokonywanie zmian w księgach wieczystych, samodzielnie odbierać własność i przenosić ją na inne podmioty, wzywać na przesłuchania i karać za niestawiennictwo, oceniać, co jest zgodne z prawem, a co nie.
Tak szerokiego zestawu uprawnień nie ma i mieć nie będzie prezydent stolicy, ani jakiegokolwiek innego polskiego miasta. Urząd m.st. Warszawy nie może więc w żaden sposób przejąć kompetencji komisji weryfikacyjnej. Patryk Jaki doskonale o tym wie, więc tak tylko mówi, żeby mówić.

 

Grzęźnięcie w papierach

Jeżeli Jaki zostanie prezydentem stolicy, to komisja weryfikacyjna najprawdopodobniej zwolni swe prace niemal do zera – ale urząd m.st. Warszawy bynajmniej nie zacznie kontrolować stołecznej reprywatyzacji i nie będzie wydawać decyzji, odbierających nieuczciwie zwrócone nieruchomości. Naprawianie krzywd reprywatyzacyjnych utknie w urzędniczych gabinetach pod zalewem papierów.
Można przypuścić, że o to właśnie będzie chodzić – bo zbyt dokładne wgłębianie się w rozstrzygnięcia reprywatyzacyjne musiałoby doprowadzić do wykrycia wątpliwych decyzji, podejmowanych w czasie, gdy to ekipa z Prawa i Sprawiedliwości rządziła stolicą. A przecież trudno przypuścić, by PiS chciał uderzać w „swoich”.
Oczywiście, tak samo może się stać, jeśli prezydentem zostanie Trzaskowski – tyle, że wtedy komisja weryfikacyjna będzie nadal działać, razem z jej obecnym szefem. I to dość aktywnie, bo Jaki zechce za wszelką cenę dowieść, że Trzaskowski też był umoczony w reprywatyzację.

 

Żoliborskie oddawanie

Niestety, już dziś można odnieść wrażenie, iż komisja weryfikacyjna pobłażliwie traktuje tych „swoich” .
Przykład tego widzieliśmy przy badaniu reprywatyzacji żoliborskiej kamienicy przy ul. Lutosławskiego 9.
Kamienica została zrujnowana podczas II wojny światowej i odbudowana ze środków publicznych. Urząd m.st. Warszawy zwrócił ją w ramach reprywatyzacji w 2013 r. Wtedy zaczęła się gehenna lokatorów.
Na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej w lutym tego roku świadkowie mówili o poniżaniu, wyzwiskach, zastraszaniu, pobiciach, ciągłym kontrolowaniu, wyrzucaniu ich rzeczy przez okna. Trzy osoby zostały bezdomne, jeden z byłych lokatorów zmarł na ulicy z wychłodzenia.
Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji podejmie jedynie słuszną decyzję – i uchyli reprywatyzację oraz przekaże z powrotem budynek do zasobu miasta, co wielokrotnie czyniła w mniej drastycznych przypadkach. Tak się jednak nie stało.
Rzecz w tym, iż w obronie nowych właścicieli kamienicy przy Lutosławskiego 9 zabrała głos wpływowa poseł Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz.
Napisała do szefa komisji weryfikacyjnej Patryka Jakiego, iż ma nadzieję, że nie pozwoli on wykorzystać komisji do „prywatnej zemsty lokatorów” na właścicielach kamienicy – i zadba, by komisja nie służyła do innych celów, niż te, dla których ją powołano.
Upomnienie ze strony pani poseł natychmiast podziałało. Komisja weryfikacyjna najpierw odłożyła sprawę, a w lipcu uchyliła decyzję o reprywatyzacji kamienicy przy Lutosławskiego 9.
Nie orzekła jednak, jak w przypadkach innych nieruchomości, że żoliborska kamienica znowu staje się własnością stolicy – lecz że jedynie wraca tymczasowo w zarząd miasta. Prezydent Warszawy jeszcze raz ma zaś rozpatrzyć sprawę jej zwrotu.
Jak widać, akurat w tym przypadku komisja weryfikacyjna wykazała duże zaufanie do rzetelności decyzji zwrotowej prezydent Hanny Gronkiewicz Waltz. Wygląda więc na to, że obecni właściciele kamienicy przy Lutosławskiego 9 mogą spać spokojnie.

 

Trzeba jeszcze wielu lat

Najważniejszy problem z komisją weryfikacyjną jest jednak taki, że dotychczas jeszcze niczego nie załatwiła ona ostatecznie.
Owszem, komisja podjęła decyzje dotyczące zwrotu kilkunastu nieruchomości. Są one jednak sukcesywnie zaskarżane do sądu administracyjnego. Postępowania przed nimi wciąż trwają.
Taktyka „łowców kamienic”, którym władze Warszawy oddawały nieruchomości, polega na tym, że najpierw składają wnioski o ponowne rozpatrzenie sprawy przez komisję weryfikacyjną. Gdy to nastąpi i komisja, tak jak się działo dotychczas (z wyjątkiem kamienicy przy ul. Lutosławskiego 9), podtrzyma orzeczenie cofające reprywatyzację, wnoszą oni skargę do sądu administracyjnego.
Postępowanie sądowe może w takich przypadkach potrwać i parę lat. Dopóki nie ma zaś prawomocnego wyroku sądu administracyjnego, niemożliwe jest dokonanie wpisu do księgi wieczystej, zmieniającego prawo użytkowania wieczystego ustanowione wcześniej na rzecz „łowców kamienic”.
Komisja weryfikacyjna może wprawdzie nakazywać sądom niezwłoczne wpisywanie do ksiąg wieczystych zakazów sprzedaży oraz informacji o prowadzonym przez nią postępowaniu – nie może jednak zastępować sądów w wpisywaniu do ksiąg wieczystych praw majątkowych.

 

Pieniądze, których nie ma

Teoretycznie, szybszy skutek mogłoby przynieść nakazywanie zwrotu pieniędzy, uzyskiwanych ze sprzedaży niesłusznie oddawanych kamienic. Komisja weryfikacyjna wydaje także takie decyzje.
Patryk Jaki już pochwalił się tym, że Andrzej Waltz, mąż prezydent stolicy, oznajmił, że zwróci 5 mln zł otrzymane z tytułu sprzedaży udziałów w zreprywatyzowanym budynku. Marian Robełek, inny beneficjent nieszczęsnej stołecznej reprywatyzacji, oddał zaś 6,5 mln zł.
W rzeczywistości jednak, tych pieniędzy wcale nie ma. Andrzej Waltz rzeczywiście zwrócił, wprawdzie nie 5, ale (wraz z córką) ok. 2,1 mln zł. Robełek przelał zaś wspomniane 6,5 mln zł. Tyle, że to nie jest zwrot, ale przekazanie w depozyt.
I Robełek, i Waltz, musieli przelać te pieniądze, bo tak nakazują przepisy regulujące działalność komisji weryfikacyjnej. Decyzje komisji mają bowiem rygor natychmiastowej wykonalności i choć można się od nich odwołać, stanowią podstawę wszczęcia egzekucji. Gdyby więc tego nie zrobili, kasę zabrałby komornik. Mają oni jednak prawo zaskarżyć do sądu administracyjnego decyzję komisji nakazującą im zwrot pieniędzy. I oczywiście to zrobili.
Do czasu wydania prawomocnego wyroku przez sąd administracyjny, pieniądze są więc jedynie w depozycie. Jeśli okaże się, że decyzja komisji była niesłuszna, Robełek i Waltz odzyskają te miliony wraz z odsetkami.
Dotychczas działania komisji weryfikacyjnej nie zaowocowały więc żadnymi ostatecznymi rezultatami. Na pewno jednak funkcjonowanie komisji już przynosi pożytek lokatorom zreprywatyzowanych budynków.
Decyzje, uchylające użytkowanie wieczyste kamienicznikom, powodują, że ludziom, którzy nie dali się dotychczas przegonić z mieszkań, nie grożą już eksmisje i komornicy egzekwujący długi z tytułu wyśrubowanych czynszów. Mogą też liczyć, że te czynsze spadną.

 

Samorząd się nie popisuje

Przykro to stwierdzić, ale obecne władze Warszawy dość opornie biorą się za naprawianie skutków rabunkowej reprywatyzacji. W praktyce, lokatorzy sami, od razu po decyzjach komisji, zanim zapadną prawomocne wyroki, zaczynają płacić czynsze takie, jak przed podwyżkami narzuconymi przez kamieniczników.
Nie zawsze jednak mają komu płacić, bo urząd m.st. Warszawy, czekając na ostateczne rozstrzygnięcia losów nieruchomości, z dużym opóźnieniem, jeżeli w ogóle, zakłada rachunki bankowe przeznaczone na czynsze z odzyskanych kamienic. Ślamazarnie idzie też ponowne przejmowanie kamienic w zarząd miasta.
Duża w tym wina Rady Warszawy, która w swej większości niespecjalnie przykłada się do odwracania skutków reprywatyzacji, uważając, że jest bardzo wiele ważniejszych zadań. I to się nie zmieni, dopóki ze stołecznego samorządu nie zostaną wyeliminowani ewidentni hamulcowi naprawiania krzywd.

 

Fot. Kamienica przy ul. Lutosławskiego 9 na Żoliborzu stała się twardym orzechem do zgryzienia dla komisji naprawiającej warszawskie krzywdy reprywatyzacyjne.

Głos lewicy

Pan w sklepie

Wpis prof. Magdaleny Środy na Facebooku wywołał poruszenie:
Powiało optymizmem. Pan w dzielnicowym sklepie, powiedział, że nic mi nie sprzeda jeśli nie obiecam, że będę głosowała na Trzaskowskiego. Obiecałam. Tłumaczył swój pryncypializm tym, że zaroiło się od „obcych” ludzi, co to przyjechali do Warszawy wspierać farbowanego lisa z Opola. „A jaki mają język?! Słyszy pani te k… latające w powietrzu? To „nowi Warszawiacy”. PiS ma wielkie pieniądze, a metody działania tej partii nie są ograniczone żadną etyką, żadnym dobrem wspólnym, żadną religią, to czysty nihilizm, stać ich więc na wszystko. Jeśli Warszawa się podda to koniec z tym miastem, tak jak koniec demokracji zbudował nam inny farbowany lis (choć to może raczej coś na kształt ryby), który udawał kandydata na prezydenta wszystkich Polaków, a został podnóżkiem podnóżków prezesa. Uwaga na oszustów! Warszawa to nowoczesne miasto, nie kruchta, nie pisoland, nie jakiewo… Dziś obowiązek głosowania jest absolutnie fundamentalny.

 

Polityczni celebryci niczego się nie uczą

Poruszył on między innymi także Łukasza Molla:
A tak wygląda liberalna rasistka z Warsiawy. Mój ruski szampan na drugą turę już się mrozi. Tak, wiem, że radość z cudzego wypadku to niski instynkt, ale skoro wieczór wyborczy na pewno nie będzie dla mnie szczęśliwy to niech chociaż będzie wesoły. Brakować mi będzie rozdziawionej paszczy wieszcza Wajdy i rozzłoszczonego na polactwo niczym sam Zbigniew Stonoga profesora Bartoszewskiego, ale póki są Środa, Żebrowski, Holland, Lis i Stuhr, będę się bawił wybornie obserwując jak te wszystkie najtęższe umysły, tak bardzo europejskie, otwarte i krytyczne wypuszczą z siebie jedynie skowyt, pogardę dla współobywateli i inne znacznie niższe instynkty niż moje cyniczne upajanie się ich klęską. A potem jak zwykle niczego się nie nauczą. Sam nie miałbym jednak w sobie tyle obrzydliwości, żeby przyłożyć rękę do triumfu Jakiego – tyle obrzydliwości, ile oni mają, żeby widząc to, co widzą, iść w zaparte, najbardziej elitarną ścieżką z możliwych i z paluszkami złożonymi w symbol victorii lansować kandydata jednej z dwóch sitw tak jakby szykowali się do obalenia okupanta z samym Piłsudskim pod rękę.

Jaki bezpartyjny?!

Kandydat na prezydenta Warszawy Patryk Jaki zapowiedział zrzeczenie się przynależności do Solidarnej Polski (jest taka partia) jak tylko zostanie prezydentem. Ja też bym, na jego miejscu, tak zrobił. Kampanię Jakiego finansuje i daje mu logistyczne zaplecze Prawo i Sprawiedliwość, bo macierzysta partia Jakiego (SP) żadnych funduszy, ani zaplecza logistycznego, nie ma. Jak Jaki zrzeknie się przynależności do SP będzie mógł stać się bezpośrednim zaufanym PiS, a nie tylko szemranym koalicjantem.
Zresztą, jakie to ma znaczenie. Generalnie partyjny nadzór kandydatowi Jakiemu jest potrzebny, bo ma on wyjątkowo giętki kręgosłup ideowy i do tego skłonności do otaczania się kolesiami od politycznych interesów. Pokazał te umiejętności w Opolu.
Prezydent Duda też zrzekł się przynależności do PiS. Czy to cokolwiek zmieniło? Im bardziej bezpartyjny jest prezydent Duda, tym mocniej, codziennie, udowadnia, że łaknie łona PiS jak kania dżdżu. Bezpartyjny prezydent Komorowski trzymał się sukienki PO i razem z nią pogrążył się w opozycyjnym dołku. Prezydent Kwaśniewski, po wygraniu wyborów, także oddał legitymację partyjną, bo taki jest obowiązek. W swojej bezpartyjności posunął się on dalej. W pewnym momencie zaczął podszczypywać swoją matkę partię, co dla SLD i całej lewicy źle się skończyło, ale tematu nie będę rozwijał.
Kandydat Jaki, wydając oświadczenie, że po wyborach skończy się jego partyjność, pokazuje zarazem, że partie nie są mu do niczego potrzebne. Tak będzie czuł się silny. Ale dla Jakiego oderwanie się od partyjnej macierzy oznacza śmierć polityczną. Dlatego nawet gdyby, co nie daj Boże, wygrał wybory w Warszawie i uznał się za bezpartyjnego, to nigdy nie zerwie swojej pępowiny z PiS-em. To takie austriackie gadanie kandydata Jakiego, które wielu bierze za dobrą monetę.
Jest wielu prezydentów miast, którzy traktowali swoją partyjność swobodnie, bądź z niej rezygnowali zupełnie. Były to jednak wyjątkowe osobowości, które same w sobie były instytucją. Patryk Jaki do takich zdecydowanie nie należy. Jego pozycja nie bierze się z dorobku zawodowego, ale ciągłej obecności w partyjnych strukturach.
Patron dzisiejszej prawicy, nieżyjący prezydent Lech Kaczyński, będąc prezydentem Warszawy, legitymacji PiS nie oddał. Można z tego wysnuć wniosek, że na sposobie zarządzania Warszawą przez Lecha Kaczyńskiego kandydat Jaki też nie zamierza się wzorować. Ale to chyba dobrze. Podsumowując. Partyjność czy bezpartyjność to sprawa drugorzędna w rządzeniu dużym miastem. Jeżeli kandydat ma olej w głowie, wizję, i mocną wolę do jej wdrażania, to partyjność jest rzeczą wtórną, choć z dobrych doświadczeń i dorobku partii może korzystać. Ewentualny bezpartyjny prezydent Jaki, zostanie otoczony grupą doradców mających sztywne połączanie telefoniczne z partyjnym dowództwem. Psu na budą taka Jakiego bezpartyjność.

Lepiej iść pod prąd

Przeczytałem dzisiaj z rana dwa wywiady, które lewicowi publicyści zrobili z kandydatami PO i PiS na prezydenta Warszawy. W „Krytyce Politycznej” Jakub Majmurek rozmawiał z Patrykiem Jakim, a w „Tygodniku Powszechnym” Rafał Woś z Rafałem Trzaskowskim.

 

W mojej opinii, w tych rozmowach na zaminowanym gruncie znacznie lepiej wypadł Jaki. Udało mu się rozbroić naszykowane na niego przez lewicę materiały wybuchowe, podczas gdy Trzaskowski beztrosko przeszedł po polu minowym małymi kroczkami, popełniając harakiri i potwierdzając wszystkie lewicowe stereotypy na swój temat.
Jak na to zareagował lewicowy Internet? Majmurek jest stawiany do pionu, że nie dość mocno przyłożył Jakiemu, że takich wywiadów nie publikuje się bez obnażenia kłamstw i manipulacji rozmówcy. Te same osoby, które są pierwsze do wytykania PiS-owi zamordyzmu, skłonne są domagać się zakładania kagańca na sferę publiczną, byle tylko wygrała ich strona. Media liberalne, w nie mniejszym stopniu niż prawicowe, są odpowiedzialne za kształtowanie się illiberalnego społeczeństwa. Jedne i drugie uzasadniają swoją stronniczość troską o prawdę i wiarygodność. Jedni zrobili skok na media publiczne przy Woronicza, inni tęsknią za Ministerstwem Wiarygodności i Informacji Publicznej przy Czerskiej – oczywiście sprywatyzowanym (żeby ludzie „Wyborczej” mogli się uwłaszczyć i ustawić na lata). A ja wolę, żeby każdy sobie oceniał sam, co jest wiarygodne i wiarygodnych ekspertów i autorytety też wybierał sobie wedle uznania. Przysłuży się temu sfera publiczna, która będzie niezdominowana przez partyjne szczekaczki, ustawki, interwencje na polityczne zamówienie, wolna od cenzury i autocenzury. Dziękuję wszystkim publicystom, którzy idą w tej sprawie pod prąd – tym z lewa, z centrum i z prawa.

Flaczki tygodnia

Zwykle „Flaczki” nie piszą o filmach, spektaklach, książkach, których nie oglądały. Tym razem będzie o filmie, który też niewielu w naszym kraju widziało. Ale mają już o nim swoją, gorącą opinię.

***

To „Piąta kolumna szatana, grzesząc i współpracując z wrogimi nam siłami, robi bardzo złą robotę”. Tak ocenił samo powstanie filmu pan ksiądz Henryk Zieliński, stały komentator narodowo – katolickiej TVP Info.

***

Skoro tak pan ksiądz ocenił, to nie dziwmy się, że narodowo-katolicki kanał TVP Kultura w tym roku transmitowała galę wręczenia nagród Festiwalu Filmowego w Gdyni z około trzydziestominutowym opóźnieniem. Wykorzystał je na wycięcie krytycznych wypowiedzi twórcy „Kleru”.

***

Wojciech Smarzowski dwa razy mówił podczas gali wręczenia nagród. Za pierwszym razem zanim doszedł do głosu, publiczność długo go oklaskiwała. Pokazując w ten sposób, że nie akceptuje decyzji prezesa państwowego, czyli obecnie narodowo-katolickiego, Radia Gdańsk o odwołaniu przyznawania nagrody „Złoty Klakier” dla najdłużej oklaskiwanego filmu festiwalu.
Wojciech Smarzowski tak to skomentował; „Proszę państwa, nie ma co tyle klaskać, bo jeszcze ktoś policzy”. Ta wypowiedź została w transmisji. Druga, bardziej krytyczna wobec narodowo-katolickiej cenzury PiS – już nie.

***

Nagroda „Złoty Klakier” jest od lat przyznawana przez kiedyś publiczne, teraz państwowe i narodowo-katolickie „Radio Gdańsk”. Kryterium jest jasne. Po premierowych pokazach radiowcy nagrywają oklaski publiczności i mierzą je. Najdłuższe, najbardziej gromkie przyznają nagrodę „Złotego Klakiera”.
W tym roku „Kler” odnotował ponad minutowe owacje na stojąco. Nie miał sobie równych. Było oczywistym, że dostanie „Złotego Klakiera”.

***

Ale Dariusz Wasielewski, prezes zarządu Radia Gdańsk, podjął niespodziewaną decyzję. W piątek, w godzinach popołudniowych pojawił się krótki komunikat:

„W związku z zaistniałą sytuacją, uniemożliwiającą obiektywną ocenę prawidłowości przeprowadzonych pomiarów długości oklasków publiczności po poszczególnych pokazach filmów, prezentowanych podczas trwającego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, po konsultacji z Kolegium redakcyjnym Radia Gdańsk, podjąłem decyzję o nieprzyznawaniu w tym roku nagrody Złotego Klakiera” – napisał prezes Wasilewski.

***

Zapamiętajcie to nazwisko. Pan prezes dołączył do haniebnego grona cenzorów polskiej kultury. Działając na rzecz interesów zagranicznej korporacji wyznaniowej.

***

„Dziennikowi Bałtyckiemu” udało się nieoficjalnie porozmawiać z pracownikami rozgłośni. Powiedzieli, że kierownictwo stacji naciskało, aby nie wspominać na antenie zbyt często o sukcesie filmu. Pojawił się też pomysł, by ponownie przeanalizować pomiary. Ostatecznie pan prezes-cenzor zadecydował o nieprzyznawaniu nagrody.

***

W Ostrołęce, mieście, którego patronem jest były pan papież i aktualny święty kościoła katolickiego Jan Paweł II, film „Kler” nie będzie pokazywany. Tak informuje portal „Moja Ostrołęka”. Bo jedyne w Ostrołęce kino prowadzone jest przez miejski ośrodek kultury, którego repertuar ma dyktować aktualny prezydent z PiS, były katecheta.

***

Już w 2017 roku doszło tam do ocenzurowania repertuaru kina. Nie pokazano skandalizującego filmu „50 twarzy Greya”. Wówczas kierownik kina Jantar tłumaczył, że wyświetlania filmu zaniechał z powodu wymagań dystrybutora filmu. Kłamstwo wyszło na jaw, kiedy dziennikarze skontaktowali się dystrybutorem.
Ostatecznie kierownik kina osobiście przeprosił widzów i dystrybutora za podawanie nieprawdziwych informacji.
Zniewolonym kościelną cenzura mieszkańcom Ostrołęki pozostają wycieczki do wolnej Łomży.

***

Podobnego zniewolenia przez narodowo-katolicka cenzurę mogą doświadczyć mieszkańcy innych miast rządzonych przez samorządową władzę PiS. Wezwała do tego pani posłanka Anna Sobecka, pierwsza dama Radia „Maryja”. Uważana za usta Ojca Dyrektora Rydzyka. Zapewne ryzyka zadzierania z Rydzykiem PiS-owscy samorządowcy i kandydaci w wyborach samorządowych nie podejmą.

***

Na 28 września zapowiedziano premierę „Kleru”. W Internecie ogłoszono już społeczną akcję „Masowe oglądanie filmu „Kler” w celu jego popularyzacji”. Zapewne pytanie o zakazywanie przez podległe samorządom instytucje kultury projekcji filmu „Kler” pojawi się w czasie kampanii wyborczej.
Warto wiedzieć jak odnoszą się do bezprawnej cenzury narodowo-katolickiej poszczególni kandydaci na prezydentów miast, radnych sejmików wojewódzkich i rad miejskich.

***

Warto zapytać kandydata na prezydenta Warszawy, aktualnego ministra sprawiedliwości pana Patryka Jakiego, dlaczego ministerstwo sprawiedliwości pozwala na stosowanie bezprawnej cenzury w naszym kraju? Warto zapytać pana kandydata Jakiego czy pozwoliłby swojemu ewentualnemu wiceprezydentowi ds. kultury Piotrowi Guziałowi obejrzeć film „Kler”.

***

„Flaczki Tygodnia”, jak przystało na praworządnych obywateli, regularnie płacą abonament radiowo-telewizyjny. I mają teraz problem, bo nie chcą płacić na prezesów Polskie Radio SA i TVP SA, którzy łamią obowiązujące w Polsce prawo, wprowadzając cenzurę dzieł artystycznych.

***

„Flaczki” informują też, że kandydujący do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa redaktor Piotr Gadzinowski zawsze był, jest i będzie przeciwko takim cenzorskim praktykom. Film „Kler” po premierze zobaczy. Już zachęca do jego oglądania.

Głos prawicy

Rodzina, ach, rodzina

Patryk Jaki broni rodziny jak lew. Donosi „Do Rzeczy”:
W porannej rozmowie z Patrykiem Jakim, prowadząca program przedstawiła politykowi pytanie jednego z internautów. Kandydat PiS na prezydenta Warszawy ostro odpowiedział na kwestię udziału swojego syna w kampanii wyborczej.
Polityk był gościem Beaty Lubeckiej w porannej rozmowie Radia ZET, kiedy prowadząca program przedstawiła mu pytanie jednego ze słuchaczy. – Jest pytanie również od naszego internauty. Marcin: czy to nie jest tak, że wykorzystuje pan niepełnosprawne dziecko w kampanii wyborczej? Trudne pytanie dla pana – zwróciła się do Jakiego dziennikarka.
– To nie jest trudne, tylko to jest bezczelne pytanie, dlatego że czy ktoś pytał Bronisława Komorowskiego, dlaczego się fotografuje z dziećmi? A wie pani, dlaczego nie pytał? Dlatego, że ma zdrowie dzieci. To co, to ja jestem gorszy, bo mam niepełnosprawne dziecko – odparł Jaki.
Kiedy Lubecka zaprzeczyła, Jaki dodał: – A gdzie tu jest tolerancja? Tacy jesteśmy tolerancyjni? Jak jesteśmy tolerancyjni, to zgódźmy się na to, że jak Bronisław Komorowski może się fotografować ze swoimi dziećmi, które są pełnosprawne, to ja chciałbym mieć możliwość nie wstydzić się własnej rodziny”.
I bardzo dobrze – podsumowała tą część rozmowy Lubecka.

 

Rodacy! Wracajcie do państwa PiS!

PiS chce ścigać emigrantów z powrotem do kraju. Info za wpolityce.pl:
– Chcemy, żeby Polacy mieszkający za granicą wracali do kraju, dlatego przygotowane będą specjalnie dedykowane dla nich propozycje ułatwienia przy zakładaniu firm w Polsce – powiedziała w czwartek w Krynicy wicepremier, szefowa Komitetu Społecznego Rady Ministrów Beata Szydło.
Wicepremier w rozmowie w TVP Info podkreśliła, że rząd będzie przygotowywał propozycje dla Polaków mieszkających za granicą, by zachęcić ich do powrotu do kraju.
Chcemy, żeby wracali Polacy, którzy są za granicą i propozycje – przygotowane przez rząd i opracowane przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – również mają wyjść naprzeciw oczekiwaniom, przede wszystkim młodym ludziom, którzy wyjechali w ciągu ostatnich kilku lat – powiedziała.

Wyborczy pic Patryka Jakiego

Patryk Jaki, zaraz po wyznaczeniu go przez Jarosława Kaczyńskiego na kandydata PiS-u w wyborach na Prezydenta Warszawy, przystąpił do pracy nad wykreowaniem swoje­go nowego wizerunku na potrzeby najbliższej kampanii wyborczej.

 

Z pewnością chciałby, by Suweren przynajmniej na czas tej kampanii zapomniał o jego niezbyt chlubnej działalno­ści politycznej w ostatnich trzech latach. Skoro zdecydował się na kandydowanie, ma z pew­nością nadzieję, że jeżeli PiS-owi udał się taki blef w kampanii wyborczej na Prezydenta RP i w ostatnich wyborach do Parlamentu, to dlaczego z jego kampanią miałoby stać się ina­czej. Jeszcze przed oficjalną kampanią wyborczą Patryk Jaki postanowił pójść za ciosem. Wspólnie z kolegami rozpoczął prace nad wykreowaniem swojego nowego wizerunku. O ile amnezja Suwerena pozwoli, Nowy Patryk Jaki ma być otwarty, tolerancyjny, wiarygodny, wsłuchującego się w głos Suwerena no i oczywiście reagujący na jego potrzeby, uczciwy i konsekwentnie zwalczający różnego rodzaju patologie oraz oczywiście brzydzący się wszel­kiego rodzaju przejawami nepotyzmu.

Aby być uczciwym wobec wyborców, warto przypomnieć Patryka Jakiego z ostatniej kampanii wyborczej do Parlamentu, w tym szczególnie Jego postawę w okresie kiedy stał się człowiekiem władzy?

W trakcie ostatniej kampanii wyborczej do Parlamentu Patryk Jaki nie unikał kontak­tów z „narodowcami”, między innym z Panem Piotrem Rybakiem. To jemu jako Wice Mini­strowi Sprawiedliwości dziękował nan Jacek Międlar za to, że uniknął wyroku za swoje rasi­stowskie publiczne występy, przy okazji tej wypowiedzi nazywając Panią Prezydentową „Żydówą” i też bez poniesienia konsekwencji. Jako katolicki polityk walczył o zamknięcie granic naszego kraju przed uchodźcami z państw ogarniętych działaniami wojennymi, na­wet jeżeli byli to „nasi bracia w wierze”. A dzisiaj kandydat na Prezydenta Warszawy chce uczynić Warszawę miastem otwartym. Biedny człowiek, mieszka w Warszawie od kilku lat (przyjechał z Opola) i nie zauważył, że nasza stolica jest właśnie takim miastem. Rodzi się zatem pytanie dla kogo Patryk Jaki chce otworzyć stolicę? Sądząc, po jego dotychczasowych działaniach, kiedy to szeroko otworzył dla swoich kolegów dostęp do stanowisk w Spółkach Skarbu Państwa i spółkach samorządowych, urzędach centralnych to można przypuszczać, że kandydatowi chodzi o szerokie otwarcie dla swoich kolegów dostępu do stanowisk w Sto­łecznym Ratuszu. Zwłaszcza, że po tym jak poróżnił się z Prezydentem Opola może dla nich nie być stanowisk w Opolu.

Słowa o tolerancji, szacunku do drugiego człowieka w ustach Patryka Jakiego brzmią groteskowo, bo to on uchodźców utożsamia z terrorystami a jego koledzy poszli dalej, bo ich „szacunek” do uchodźców to nazywanie ich „gwałcicielami kóz”. Czy w przypadku Pa­tryka Jakiego jest granica zakłamania? A może to brak szacunku do wyborcy i przekonanie „że ciemny naród to kupi”?
Konsekwentne zwalczanie patologii w życiu publicznym oczywiście miało miejsce w życiu, ale było to na początku kariery politycznej Patryka Jakiego tj. w czasach kiedy działał on w opozycji. Są to tak „odległe czasy”, że Patryk Jaki mógł o nich zapomnieć. Władza szybko dokonała jego deprawacji. W lokalnej prasie pojawił się nawet przydomek nadany mu przez Jego kolegów „Patryk – wszystko mogę”.

Fakty, że dziwnym trafem były barman w knajpie będącej własnością żony Patryka Jakiego, a potem jego asystent został wiceprezydentem Opola, zaś jego ojciec – prezesem opolskich wodociągów – wskazują, że jego nepotyczne zdolności deklasujące dotychczasowych liderów na tym polu, którym zdawało się nie być równych.

Wsłuchiwanie się w głos Suwerena, realizacja jego oczekiwań, to ponoć najważniej­sze zasady, którymi kieruje się Zjednoczona Prawica a tym samym Patryk Jaki. Zasady te bardzo skutecznie w sposób przewrotny przećwiczył on na mieszkańcach gmin; Dąbrowa, Dobrzeń Wielki, Prószków i Komprachcice, kosztem których zostało powiększone Opole. To właśnie oni mogą bardzo wiele powiedzieć na ten temat. Proces powiększenia Opola od początku prowa­dzony był na nieczystych zasadach, w pośpiechu bez analizy skutków tych działań i przy całkowitej ignorancji społeczności ościennych gmin. Mieszkańcy Opola, jak wskazywał sondaż, nie byli zainteresowani poszerzeniem granic miasta. W ogłoszonym przez władze Opola sondażu, ze względu na pośpiech nie było możliwości zorganizowania referendum, wzięło udział zaledwie 6 proc. mieszkańców. W odróżnieniu do Opolan w podobnym sondażu zorganizowanym w zainteresowanych wsiach frekwencja wyniosła prawie 90 proc. Stanowisko tych mieszkańców było ignorowane na wszystkich szczeblach władzy. Wykorzystując ukła­dy lokalne (Wojewodę) i Rządowe „walec” powiększenia Opola parł do przodu. Patryk Jaki wbrew wspomnianym deklaracjom Zjednoczonej Prawicy nie odważył się spotkać z prote­stującym Suwerenem, który chcąc zmusić go do spotkania zdecydował się poczekać na niego w Jego biurze poselskim. Zamiast dialogu w biurze, poseł postanowił przeprowadzić rozmowę z Suwerenem na sali sądowej. Ten arogant swoimi wypowiedziami starał się zdys­kredytować samorządowców i organizatorów sondaży w ościennych gminach, podważać wiarygodność tych sondaży. Gdy Pani Sołtys jednej ze wsi skierowała sprawę do sądu o na­ruszenie dóbr osobistych, partyjni koledzy „schowali” posła „Patryka – wszystko mogę” za immunitetem poselskim.

Ostatecznym i największym przejawem ignorowania samorządów było niespodziewane włączenie na posiedzeniu Rady Ministrów, na dzień przed planowanym spotkaniem Komisji Wspólnej Rządu z Samorządem Terytorialnym, kwestii Rozporządzenia dotyczącego zmiany granic Opola. W trakcie tego spotkania miały zapaść ostatecznie roz­strzygnięcia w tej sprawie. Ten manewr sprawił, że spotkanie to stało się bezprzedmiotowe. I tak ta źle przygotowana reforma stała się faktem, a to że wiele spraw nie zostało uregulo­wanych dowodzą różne nie rozwiązane do dzisiaj problemy. Skutkiem tej bezczelnej gry jest brak zaufania ościennych gmin w stosunku do Opola. Aglomeracja Opolska, która miała być motorem napędowym rozwoju Opolszczyzny funkcjonuje praktycznie na papierze.

Ignorant samorządów Patryk Jaki chce teraz zostać najważniejszym samorządowcem w kraju – Prezydentem Warszawy. A może wielki strateg PiS-u Jarosław Kaczyński wyzna­czył mu nowe zadanie, by korzystając z opolskich doświadczeń podobnie ograć samorządy ościenne gmin Warszawy i utworzyć wielką stolicę? Wszystko jest możliwe.

Krótka, bo zaledwie ponad 2-letnia kariera Patryka Jakiego jako polityka władzy sprawiła, że utracił wiarygodność jako człowiek i polityk, co potwierdziła również jego działalność w Komisji Reprywatyzacyjnej, którą traktuje głównie jako trampolinę do wybi­cia się na fotel Prezydenta Warszawy. Jego pozycja pozwoli mu w ramach tej komisji z pewnością przygotować konkurentom wyborczą niespodziankę.

Komu się marzy merytoryczna i uczciwa kampania z Patrykiem Jakim to lepiej niech zrezygnuje z kandydowania lub pogodzi się ze swoją klęską. Będzie to kampania demagogicznych haseł, oszczerstw a być może i fauli. Warto prześledzić losy faworyta na Prezydenta Opola w ostatnich wyborach samorządowych. Jak niewiele znaczą deklaracje Patryka Jakiego, można było się już nie raz przekonać. W trakcie rozmowy z Konradem Piaseckim w Radiu Zet stwierdził, że jeżeli będzie kandydatem PiS-u w wyborach samorządowych to zrezygnuje z komisji Reprywatyzacyjnej. Oczywiście jako „rasowy” polityk zmienił zdanie.

Na zakończenie jeszcze tylko jedna uwaga. Hasło kandydata na Prezydenta Warsza­wy Patryka Jakiego, przybysza z naszego miasta, „ambitna Warszawa” – obraża War­szawiaków. Warszawa zawsze była i musiała być ambitna, by móc się podnieść z wojennych zgliszczy.

Wielki „ambitny” Patryk, który w swoim życiu nic jeszcze nie zdołał zbudować, bę­dzie starał się zarazić mieszkańców stolicy ambicją, by zbudowali sobie drugą Warszawę.

Głos prawicy

Trudne lata

Przed nami trudne lata. Na razie brutalna wojna, która dotyczy przyszłości Kościoła katolickiego, toczy się na wielu frontach poza granicami Polski. Prędzej czy później dotrze ona do nas. Zdecydowana większość katolików w naszym kraju ciągle zatyka uszy. Niestety, w modzie są przepowiednie, proroctwa, prywatne objawienia, wróżby itp. Musimy obudzić się ze snu. Obecna wojna, która toczy się na wielu zagranicznych frontach dotyczy także przyszłości Kościoła katolickiego w naszym kraju’ – stwierdza ks. prof. Andrzej Kobyliński w tekście opublikowanym w „Do Rzeczy”.

 

Jaki samochwała

W tej chwili najważniejsze jest coś innego. Nie możemy dopuścić do czwartej kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz, dlatego nie możemy rozdrabniać głosów” – mówił Patryk Jaki komentując najnowsze działania kandydatów na prezydenta Warszawy.

Wiceminister sprawiedliwości i kandydat Zjednoczone Prawicy, nie ukrywał, że warszawiacy mają wybór pomiędzy dwoma poważnymi kandydatami, reszta nie liczy się w wyścigu.
To prosty wybór. Jaki – Trzaskowski. Jaki ma większe doświadczenie w administracji rządowej niż Trzaskowski. Ma większe doświadczenie również w administracji samorządowej niż Trzaskowski. Spędziłem dwie kadencje, Trzaskowski ani minuty. Zarządzałem budżetem kilka razy większym, zarządzam do dzisiaj, niż Trzaskowski” – powiedział Jaki na antenie radiowej Trójki.

 

Wraca Smoleńsk

Zespół, w którym są prokuratorzy i technicy kryminalistyczni, przybył na teren lotniska wojskowego Smoleńsk Północny, gdzie przechowywany jest wrak Tu-154M, we wtorek 4 września około godz. 9 rano czasu lokalnego. Dostęp do bramy wjazdowej na teren lotniska jest ograniczony. Na trasie przed wjazdem ustawiono w ostatnich dniach zaporę drogową, przy której stoją wartownicy. We wtorek drogę zablokował także wojskowy samochód ciężarowy bez numerów rejestracyjnych. Info za niezawodnym wpolityce.pl

Nie zobaczą odszkodowań

Lokatorzy zreprywatyzowanych warszawskich kamienic nie zobaczyli dotąd ani grosza z odszkodowań, które mieli otrzymać na mocy decyzji komisji weryfikacyjnej. I jeszcze przez jakiś czas nie zobaczą, bo miasto zaskarżyło wszystkie decyzje w tej sprawie do sądu. Zawnioskowało też, by koszty postępowania pokryli lokatorzy.

 

Chodzi o osiem decyzji przyznających odszkodowania w wysokości od siedmiu do 29 tys. złotych. Ich beneficjentami mieli być lokatorzy zreprywatyzowanych budynków pod adresami: Nabielaka 9, Nowogrodzka 6A, Poznańska 14, Marszałkowska 43. Każdy z nich jest doskonale znany obrońcom praw lokatorów. Wszystkie decyzje reprywatyzacyjne w odpowiednich sprawach zostały przez komisję weryfikacyjną uchylone jako wydane z naruszeniem prawa.
– Gdy kamienica trafiła w prywatne ręce, wzrósł czynsz i zaczął się totalny remont; to są tortury psychiczne, czuję się upodlona – zeznawała przed komisją lokatorka z Nowogrodzkiej 6A. Jej sąsiedzi opowiadali o podwyżkach czynszu, najściach, obrażaniu mieszkańców budynku. Nieruchomość w warszawskim Środmieściu została odzyskana przez spadkobierców przedwojennych właścicieli, a potem sprzedana prywatnej spółce za 5,8 mln zł. Nowy właściciel wycenił wartość obiektu na… 80 mln.
Decyzję w sprawie Marszałkowskiej 43 podpisał wicedyrektor stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami; niedługo potem kamienicę sprzedano … jego bratu, który z kolei odsprzedał budynek znajomej adwokata Roberta N.; jego nazwisko przewija się w wielu sprawach reprywatyzacyjnych. Lokatorzy wskazywali podstawowe nieścisłości związane ze spadkobierczyniami, cudownie znalezionymi we Francji: twierdziły one, że testament uprawniający je do starań o nieruchomość odnalazły w 2006 r., jednak pełnomocnictwo w tej samej sprawie wystawione zostało… dwa lata wcześniej.
Tragedia lokatorów Nabielaka 9 znana jest daleko poza granicami Warszawy – to tam mieszkała zamordowana w okrutny sposób w 2011 r. Jolanta Brzeska. Komisja Jakiego przyznała jej córce 100 tys. zadośćuczynienia.
Miasto nie wypłaciło jednak dotąd z tej kwoty, podobnie zresztą jak z niższych odszkodowań, ani złotówki. Dziś ratusz powiadomił, że zaskarżył do sądu wszystkie decyzje w tej sprawie. – Składanie sprzeciwów wynika z faktu, że komisja nierzetelnie zbadała przesłanki zapisane w ustawie –powiedziała Magdalena Młochowska, pełnomocniczka prezydenta Warszawy ds. lokatorów z reprywatyzowanych kamienic. Ratusz w swoich wnioskach zażądał także, by to lokatorzy opłacili koszta sądowe. Młochowska twierdzi, że obowiązujące przepisy nie pozostawiają w tej kwestii pola manewru.
Przedstawiciele władz Warszawy przekonują, że odszkodowania części lokatorów się nie należą, bo w przepisach zapisano, iż konieczne jest łączne spełnienie dwóch warunków. Po pierwsze, rekompensatę może otrzymać osoba, która po reprywatyzacji budynku padła ofiarą przemocy, gróźb, utrudniania korzystania z lokalu lub znacząco podniesiono jej czynsz. Po drugie, działania takie muszą spowodować „istotne pogorszenie jej sytuacji materialnej”. A tutaj warszawski ratusz ma swoje informacje.
– Ujawniają się okoliczności, że część osób, które ubiegały się o odszkodowanie, miała zaspokojone potrzeby mieszkaniowe. Niektóre mogły mieć bardzo dobry standard finansowy. Mamy informacje, że część osób kupiła sobie drugie mieszkanie za bardzo pokaźną kwotę. Mogą nie spełniać przesłanek zapisanych w ustawie o komisji weryfikacyjnej – powiedział stołecznej „Gazecie Wyborczej” wiceprezydent Witold Pahl.
Ostatnie sondaże dotyczące nadchodzących wyborów na prezydenta Warszawy były łaskawe dla kandydata PO. Ale jeszcze kilka takich ruchów otoczenia Hanny Gronkiewicz-Waltz i może się w tej sprawie wiele zmienić… Tymczasem ustawy ostatecznie kończącej sprawy reprywatyzacyjne, której domagają się obrońcy praw lokatorów, nadal nie widać.