Można być katolikiem bez księży

Z ks. Wojciechem Lemańskim rozmawia Justyna Koć (woadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W Środę Popielcową, która rozpoczyna Wielki Post, opublikował ksiądz na swoim profilu w portalu społecznościowym wpis: „Lepsze jest opanowanie języka, niż post o chlebie i wodzie”. Do kogo ksiądz kierował te słowa, a może do siebie?
KS. WOJCIECH LEMAŃSKI: Oczywiście, inaczej bym tego nie opublikował. Zresztą to nie moja twórczość, znalazłem u jednego ze znajomych i podałem dalej. Przyznam, że nie opanowałem umiejętności tworzenia memów. Raz w tygodniu piszę niedzielny felieton na kanwie Ewangelii. Czasem w morzu wpisów, gdy zauważę coś ciekawego, filozoficznego, ponadczasowego, ku refleksji i zastanowieniu, ku przestrodze, to podaję dalej. Uznałem, że Środa Popielcowa to taki dzień, że można sobie dać na wstrzymanie, zwłaszcza gdy jest się katolikiem, a szczególnie katolickim księdzem. Jak pani na pewno zauważyła, tego dnia komentarzy z mojej strony nie było. Zamieściłem jeszcze post o Europejskim Dniu Sprawiedliwych, ponieważ wypadł w tym roku tego dnia. Holocaust i jego ofiary leżą mi na sercu. Myślę, że okres Wielkiego Postu powinien być również czasem refleksji nad tym, co się pisze w mediach społecznościowych.’

Przed okresem Wielkiego Postu komentował ksiądz, publikował i podawał dalej treści, mówiąc delikatnie, nie po linii Kościoła i obecnej władzy.
A pani wie, jaka jest dziś linia Kościoła i władzy?

Na pewno podawanie i komentowanie tekstów o pedofilii w Kościele po linii polskiego Kościoła nie jest.
No właśnie, mówi pani nie o Kościele, ale o polskim Kościele i to tylko pewnym wymiarze tego Kościoła, który moglibyśmy nazwać hierarchicznym. Dziś jestem bardziej pesymistyczny w moich ocenach. Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że wiele racji mają ci, którzy mówią o Kościele toruńskim i łagiewnickim, otwartym i zachowawczym, konserwatywnym.

Skostniałym?
Nie chcę stosować tu pejoratywnych określeń, ale dziś powiedziałbym, że patrząc na Kościół w ten sposób, myliłem się. To, co nazywamy Kościołem otwartym, według mnie w Polsce istnieje właściwie w wymiarze śladowym. Daleko mi do postawy niektórych polskich duchownych, którzy mają „usta pełne uogólnień”, gdy mówią o Kościele we Francji, w Niemczech, na Wyspach Brytyjskich, w Skandynawii czy w USA. Jestem pełen uznania dla tego, co tamtym Kościołom udało się osiągnąć wobec wyzwań, które przecież również i nas nie ominą. Powiedziała pani, że moje komentarze są pod prąd Kościołowi czy władzy. Pewnie trochę tak. Władzy, w tym wydaniu, w jakim działa dzisiaj, zwłaszcza jeżeli chodzi o jej patologie, jestem przeciwny. W przypadku Kościoła mam na myśli postawę zachowawczą, bezradność, milczenie, kiedy trzeba krzyczeć.

Nie boi się ksiądz, że zostanie znowu ukarany?
Ale za co? Dorośli ludzie powinni zadać sobie pytanie, kiedy jest pora, aby stali się odpowiedzialni za to, co robią, mówią. Jeśli ktoś uważa, że trzeba poczekać na czas „bezpieczny”, to może się okazać, że ten czas nigdy nie nadejdzie. Znam z historii ludzi Kościoła, którzy byli taką ością w gardle, zadrą, kimś kto mówił to, o czym wielu boi się nawet myśleć. Jestem katolickim księdzem, więc takim wzorcem jest dla mnie Jezus z Nazaretu. Ale są również współczesne wzorce w Kościele, duchownych godnych naśladowania, których śladem chciałbym iść, ks. Bozowski, Zieja, Twardowski, Popiełuszko, w Niemczech ks. Bernard Lichtenberg, w Czechach ks. Halik. Jest ich sporo, choć w swoim czasie stanowili nieliczną garstkę.
Długo ksiądz był w sporze ze swoimi przełożonymi, skończyło się to nałożeniem w 2014 roku suspensy przez abp. Hosera, która zdjęta została dopiero pół roku temu. Hierarchowie liczyli po cichu, że ksiądz zrzuci w końcu sutannę, ale tak się nie stało. Dlaczego?

Bo mnie sutanna nie uwiera, nie pali. Pojawiały się oczywiście wątpliwości, czy aby to, co mnie niepokoi i bulwersuje, o czym piszę, co mówię, gdzie się pojawiam – czy to jest właściwie. Szukałem takiego zewnętrznego papierka lakmusowego, aby nie opierać się tylko na własnym przeczuciu i ocenie. Pewnie panią zaskoczę, ale spotykałem się w tamtym czasie z wieloma biskupami i księżmi. Wszystkie te spotkania zachowałem w dyskrecji, choć nie było ze strony rozmawiających ze mną takiego wymogu. Proszę mi uwierzyć, że chyba we wszystkich rozmowach, a byli to również znani biskupi, słyszałem, że rozumieją moją postawę i nie dostrzegają jakichś poważnych błędów. Niektórzy dodawali uwagę: może ma ksiądz rację, ale nie w tym czasie, nie publicznie.

Koniunkturalizm?
Myślę, że oni inaczej niż ja rozumieją dobro Kościoła. Zresztą im dłużej trwa ten stan, tym bardziej wydaje mi się, że to nie ja byłem w błędzie. Że to, o czym wtedy publicznie mówiłem, dziś wraca jako nierozwiązany problem.

Pedofilia w kościele?
Także.

Upadek mitu prałata Jankowskiego? Obserwujemy ten dramatyczny spór o pomnik.
Ja nigdy osobiście nie spotkałem księdza Jankowskiego. Kiedy on po raz pierwszy, wysłany przez biskupa Kaczmarka, pojechał do stoczni, zresztą w dość dziwnych okolicznościach, gdy bp Kaczmarek pytał się I sekretarza partii o pozwolenie, ja przygotowywałem się do matury. Potem pamiętam nasze mocne zderzenie, takie symboliczne, gdy w 2001 roku wypłynęła na nowo sprawa Jedwabnego za przyczyną książki Jana Tomasza Grossa. Przygotowywałem wówczas wielkanocną dekorację Grobu Pańskiego, który zawierał odniesienia do pogromów Żydów w Jedwabnem.

Za którą potem dostał ksiądz po głowie.
Ja tego tak nie odbierałem. Byłem wówczas przekonany, że podobnych dekoracji, nawiązujących do tamtego wydarzenia, będzie w Polsce mnóstwo.

Srodze się ksiądz pomylił.
Na to wygląda. Z tego, co mi wiadomo, były tylko dwie: w kościele świętej Brygidy w Gdańsku i ta moja na obrzeżach Otwocka.
Tamta instalacja, którą firmował ksiądz Jankowski, była pracą prymitywnego prostaka-antysemity. Ja tam nie dostrzegłem żadnej głębszej myśli, był za to wyraźnie antysemicki wydźwięk. Moja instalacja była próbą chrześcijańskiego odczytania tamtej tragedii. Zaowocowało to telefonem z KPRM z zaproszeniem, abym pojechał na uroczystości do Jedwabnego. Znów było we mnie przekonanie, że będzie tam nas, księży i biskupów, wielu. Przyjąłem zaproszenie, wyruszyliśmy autokarem z parkingu przy Torwarze. Gdy się rozejrzałem, okazało się, że w autokarach jest wiele pustych miejsc. Dla mnie to było mocne przeżycie. Uwierzyłem księdzu prymasowi Glempowi, który mówił, że nie był świadomy wydarzeń w Jedwabnem. Wierzyłem, że musimy się z tą prawdą zmierzyć – to Polacy mordowali Żydów. Myślałem, że skoro prymas to mówi, to tak się stanie. Niestety, okazało się, że tego zamiaru wystarczyło na bardzo niewiele. Żaden z biskupów, nawet ten wyznaczony w episkopacie do kontaktów z Żydami, nie pojechał do Jedwabnego. Miejscowy biskup też się nie pojawił. Blisko 20 lat później nie jest dużo lepiej.

Nie rozliczyliśmy się z tym problemem?
Wydaje mi się, że wtedy był dobry czas, aby się z tym problemem naszych relacji z Żydami, zarówno czasów wojny, jak i czasów powojennych zmierzyć. Wiele wskazywało wówczas na to, że społeczeństwo jest gotowe, aby podjąć ten trud, niestety szybko okazało się, że nie ma odważnych, mądrych przewodników, którzy zdecydowaliby się społeczeństwo poprowadzić do tych trudnych miejsc. Burmistrz wyemigrował do Stanów, miejscowi Sprawiedliwi nadal pozostali w ukryciu, mimo że zmieniali się proboszczowie, żaden na to miejsce nie wyruszył. Zmienił się biskup i też do tych mogił nie podążył. Sąsiednie miejscowości – Szczuczyn, Radziłów, Bzury – do dzisiejszego dnia czekają. To przykre, że innych pouczamy i strofujemy, a sami nie radzimy sobie z tymi strasznymi pamiątkami czasów wojny i bezpośrednio powojennych.

Dlaczego Kościół nie umie sobie z tym poradzić? Kościół, który miłuje najbardziej tego ułomnego, biednego, grzesznika?
Bo jest bardziej polski niż katolicki. To zresztą powiedział szczerze proboszcz parafii w Jedwabnem. Mówił, że on nie ma nic przeciwko temu, żebym przyjeżdżał i modlił się na tym miejscu, ale on nie pójdzie ze mną, bo musi potem żyć wśród tutejszej społeczności. Chyba go rozumiem. Ale i wiem, co bym zrobił, gdybym był na jego miejscu. Proboszcz w Jedwabnem swoim zachowaniem nie odbiega od postawy proboszczów innych miejscowości. Słuszność tej diagnozy potwierdził biskup łomżyński, który kiedyś odpowiedział na list naszej społeczności „Starszym Braciom w wierze”, która próbuje te trudne sprawy po katolicku, po chrześcijańsku rozważać. Przy okazji dnia judaizmu jeździmy do takich miejsc. Wysyłamy też listy do biskupa łomżyńskiego i lokalnych proboszczów, że przyjeżdżamy, aby się pomodlić za zamordowanych. Biskup odpisał nam, że żaden katolicki ksiądz nie będzie się modlił w tych miejscach, bo Żydzi szkalują Polskę. Jeżeli miejscowy biskup daje taki sygnał proboszczom, to się nie dziwię, że księża wiedzą, co nie jest mile widziane. Myślę, że znaczenie może mieć również to, o czym pani wspomniała – tam przyjeżdża ksiądz Lemański. Oni wiedzą, co go spotkało, więc może lepiej nie ryzykować.

Może to trochę infantylne, ale czy rolą Kościoła nie jest właśnie pomoc wiernym w przeżyciu, zrozumieniu takich trudnych doświadczeń?
Ani to infantylne, ani naiwne. Taka jest rola edukacyjna Kościoła, który nie tylko ma katechizować i nauczać prawd wiary, ale ma również pomagać człowiekowi odnaleźć się w realiach, w których dane jest mu żyć. Kościół w Polsce z tym zadaniem sobie nie radzi. Myślę o zaszłościach relacji chrześcijańsko-żydowskich przed wojną, w czasie wojny i w czasach powojennych. Mówię tu też o reakcji episkopatu na pogrom na Plantach w Kielcach, kiedy biskupi nie tylko nie zareagowali, ale jeszcze „natarli uszu” biskupowi częstochowskiemu, który jako jedyny zachował się wtedy po chrześcijańsku i po ludzku uczciwie. Dziś Kościół w podobny sposób nie radzi sobie z problemem uchodźców. Jak się raz człowiek ukryje przed odpowiedzialnością, to potem łatwiej mu przed tą odpowiedzialnością uciec po raz drugi, trzeci i czwarty. Choćby taka bardzo współczesna sytuacja – opozycyjna aktywistka poszła zamówić mszę świętą za cywilne ofiary żołnierzy wyklętych. Najpierw przyjęto tę intencję, potem ją zmieniono, a na koniec tłumaczono, że to była prowokacja. Jeżeli modlitwa w kościele za zamordowane kobiety, dzieci, starców jest prowokacją, to po co nam taki Kościół?

Ten sam mechanizm ucieczki przed odpowiedzialnością działa w przypadku pedofilii?
To jest chyba inne zagadnienie, chociaż strategia wyparcia, przeczekania jest i tu dostrzegalna. Jeśli chodzi o cały zestaw problemów, takich jak molestowanie dzieci i dorosłych, przemoc w rodzinie, gwałt małżeński, to są to problemy, z którymi nasz świat mierzy się stosunkowo od niedawna. I dobrze, że wreszcie się z tymi problemami mierzy. Czasem wygląda jakby trochę przerysowywał. Nie chcę powiedzieć, że jesteśmy tu przewrażliwieni, ale uczymy się właściwych reakcji. Widać to choćby w komentarzach. Czytam ostatnio, że jakiś duchowny został skazany za pedofilię na 7,5 roku więzienia, komentarze pod tą informacją są w stylu: dlaczego tak mało, takiego należałoby wykastrować, albo nawet że powinien dostać karę śmierci. Trochę jak z akcją #MeToo, która moim zdaniem była potrzebna, ale w niektórych środowiskach prowadziła do tego, że łatwo było rzucić oskarżenie na podstawie plotki, pomówienia, domniemania, a potem już ruszała lawina.

To normalne, że to wahadło odchyla się w drugą stronę, gdy przez wiele lat sprawy były zamiatane pod dywan.
Kościół w reagowaniu na tego rodzaju wyzwania jest wyraźnie spóźniony, zresztą jak my wszyscy. Nie nadążamy za przemianami, które dokonują się na naszych oczach. Kościół nie nadąża z reagowaniem na wyzwania naszych czasów. Kiedyś reakcja po kilku latach to była błyskawiczna reakcja. Dziś dla wielu to dowód na brak reakcji. Świat zrozumiał, że ma do rozwiązania problem, Kościół też zobaczył, że świat się obudził i próbuje coś z tym problemem robić. A polski Kościół? Też próbuje, ale robi to tak nieporadnie, że wielu uważa, że nic nie robi.

A nie jest tak?
Nic to byłoby wtedy, gdyby polski ksiądz pedofil z Dominikany nie został skazany i osadzony w więzieniu. To byłoby nic, gdyby tamten ksiądz nadal był księdzem, gdyby abp Paetz nadal normalnie bierzmował, publicznie odprawiał, celebrował jako biskup senior.

To są udowodnione ponad wszelką wątpliwość przypadki, z którymi nawet Kościół nie mógł dyskutować. Ale jeżeli papież przy przekazaniu raportu o pedofilii w polskim Kościele całuje dłoń Marka Lisińskiego, szefa fundacji „Nie lękajcie się”, ofiarę księdza pedofila, a polski episkopat słowami rzecznika komentuje, że każdy, kto został ochrzczony, może zwrócić się do Ojca Świętego, to dla mnie to jest owo „nic”.
Nie podoba mi się taka wypowiedź rzecznika KEP. Nie tylko ta jedna wypowiedź. Należy jednak uznać skuteczność podejmowanych wysiłków. Spóźnione, niewystraszające, nieskuteczne, to prawda. Ale wreszcie coś się zaczyna dziać. Uważam, że parasol ochronny nad ludźmi Kościoła w Polsce, jakkolwiek jest od dawna rozłożony, to jednak, dziękować Bogu, trochę tych bolesnych kulek gradowych przepuszcza. Słynny przypadek bronionego przez pana Piotrowicza księdza z Tylawy pokazuje, że ten ksiądz jednak został skazany. Oczywiście gdyby się działo 10 razy tyle, 100 razy tyle, to też byłoby to za mało, a dzieje się niewiele. Wspomnę jeszcze o tym „nic”. Jeżeli mówimy o czynach, których skutki są do dzisiejszego dnia, ale które miały miejsce 40 lat temu, a ksiądz, dziś 80-letni starzec, jest u schyłku swojego życia, to nie ma prawnej możliwości, by postawić go przed sądem. Natomiast można by odbyć jakąś procedurę kanoniczną, czyli tę wewnątrzkościelną, ale przy uczestnictwie osób skrzywdzonych, tak aby mogły zabierać głos, aby miały poczucie, że ich relacja doprowadziła do uznania go za winnego ich krzywdy. Uważam, że Kościół robi ogromny błąd, że w obliczu tego ogólnoświatowego skandalu nie proponuje takiego wyjścia do przodu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w archiwach SB, które ma obecnie IPN, było sporo doniesień na księży pedofilów, a może nawet biskupów, które nigdy nawet nie otarły się o sąd tylko dlatego, że był to doskonały materiał do szantażu i tworzenia siatki współpracowników w gronie księży.

Przeglądał ksiądz raport fundacji „Nie lękajcie się”?
Oczywiście.

Widział ksiądz zatem nazwiska tuszujących pedofilię w Kościele. Arcybiskupi Hoser, Jędraszewski, Gocłowski, Głodź, nazwiska z najwyższej półki.
Ja bym się zdecydował na procedurę o której mówił bp Czaja. Aby w związku z tymi wymienionymi nazwiskami biskupów osobom zainteresowanym, skrzywdzonym czy fundacji „Nie lękajcie się” dać wgląd w akta, aby sami mogli stwierdzić, jak było naprawę z tymi przenosinami z parafii do parafii, z traktowaniem doniesień do kurii, z recydywą księży pedofilów. Niestety, Kościół tego nie robi. Wiem o jednym przypadku, gdy biskup, który dowiedział się o tym, że jeden z jego księży krzywdził dzieci, pojechał osobiście do ofiar i ich rodzin. Zaproponował i udzielił pomocy. To pokazuje, że nawet w dzisiejszych warunkach jak się chce, to można.

Czy polski Kościół czeka to samo, co Kościół irlandzki?
Oby tak. Kościół w Irlandii nie „odszedł” od Kościoła. Irlandczycy, gdy pytamy, kim są, sami mówią o sobie, że są katolikami. Oczywiście nie wszyscy, ale naprawdę bardzo wielu z nich. Do kościołów przestali chodzić, przestali się spowiadać przed księdzem, przestali słuchać swoich biskupów, ale z Kościoła nie odeszli. Podobnie w Niemczech, gdzie ta deklaracja jest równie jednoznaczna, bo związana z wymiarem podatkowym. W Niemczech na niedzielne nabożeństwa chodzi około 10 proc. katolików, pozostałe 90 proc. płaci podatek kościelny właśnie dlatego, że się utożsamia z Kościołem. Nie rezygnują z przynależności do Kościoła, a jednocześnie nie utożsamiają się z kościelną hierarchią. Powiedziałem oby, bo Kościół w Irlandii oczyszcza się z tego, co było dla niego rakową naroślą. To, że papież Benedykt XVI zdecydował się przed laty napisać list do wiernych w Irlandii, ponad głowami biskupów i kapłanów, wiele nam mówi. Mam nadzieję, że za jakiś czas Polacy zrozumieją, że to, czy będzie w Polsce 30 tysięcy księży, czy tylko 3 tysiące, to nie ma większego znaczenia. Można być katolikiem bez księży. Dla niektórych to niewyobrażalne, ale naprawdę możliwe.

Głos lewicy

Jak to być może

Łukasz Moll o tym, jak trudno uzmysłowić sobie, że idol może być pedofilem (na przykadzie Michaela Jacksona i prałata Jankowskiego):
„Leaving Neverland” to ważny, warty obejrzenia dokument wcale nie dlatego, że przedstawia druzgocące dowody na wieloletnie, systematyczne molestowania seksualne, jakiego na wielu kilku- i kilkunastoletnich chłopcach dopuszczał się Michael Jackson. I nawet nie dlatego, że ofiary Króla Popu mówią o tym wszystkim ze szczegółami, bez owijania w bawełnę. Film jest wyjątkowy, ponieważ zdaje sprawę z istnienia pewnej filiacji, jaką wobec swojego idola mogą odczuwać jego wyznawcy. Filiacji tak silnej, że uodporniającej na wszelkie dowody i argumenty podważające wielkość i krystaliczność pomnikowej postaci. Sposób, w jaki dwie ofiary Jacksona wyjaśniają dlaczego przez wiele lat nie tylko milczały, ale aktywnie kryły gwiazdora, zaprzeczały jego winie i przekonywały, że byłby niezdolny do krzywdzenia innych dzieci, pozwala nam zrozumieć jak trudno się z takiej filiacji uwolnić. Bo tym co ryzykujemy dokonując zerwania jest nie tylko utrata czy skrzywdzenie fantazmatycznego obiektu (w tym wypadku – Jacksona), ale coś znacznie więcej – utrata naszej relacji z tym znaczącym Innym, która podtrzymuje przede wszystkim to jak my sami siebie widzimy. Obie ofiary Jacksona wielokrotnie powtarzały, że chciały mieć pewność – nawet po latach – że „Michael mnie kocha, zauważa, wspiera, śledzi moją karierę”. Uderzenie w Jacksona równało się ogołoceniu siebie samego z podmiotowości. I choć dokument jest oskarżeniem nie tylko Jacksona, ale całego otoczenia, które przymykało oczy i pozostawało głuche na krzywdę dzieci, to zarazem jest tego mechanizmu… obroną. Słuchając ofiar Jacksona, zaczynamy rozumieć dlaczego tak wielu fanów piosenkarza zareagowało na dokument ze wściekłością. Więź afektywna jaką ktoś ma z piosenkami Jacksona – czy to będzie zainteresowanie tańcem pod wpływem „Thrillera” czy wspomnienie randki z „You Are Not Alone” – będzie zbyt silna, by zerwać ją bez żalu. Konsekwencje tej patologicznej – choć pewnie koniecznej – identyfikacji wykraczają znacznie poza tak błahą sprawę jak muzyka pop. Ważność „Leaving Neverland” tkwi w tym, że lepiej zrozumiemy struktury emocjonalne pozwalające nam partycypować w ramach pewnych systemów – bez względu na to, czy będzie to III Rzesza, stalinizm, polska transformacja czy globalny kapitalizm jako taki. Ludzie bronią ks. Jankowskiego nie dlatego, że mają gdzieś pedofilię, tak jak obrońcy Balcerowicza niekoniecznie gotowi są narażać się w obronie doktryn ekonomicznych. Chodzi o zachowanie pewnej opowieści o nas samych, która podtrzymywana jest przez nasze inwestycje afektywne w tę czy inną postać, czy raczej w nasze wyobrażenie tej postaci.

List otwarty

do prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca
w sprawie powstającego w rzeszowskim Teatrze Maska spektaklu „#chybanieja” w reżyserii Pawła Passiniego. List zainicjowany przez Forum Przyszłości Kultury podpisało już ponad 100 przedstawicieli środowiska teatru i kultury.

Szanowny Panie Prezydencie,
Środowisko teatralne i ludzie kultury z najwyższym niepokojem śledzą napływające od kilku dni informacje związane z Pana działaniami i publicznymi wypowiedziami w sprawie powstającego w rzeszowskim Teatrze Maska spektaklu „#chybanieja” w reżyserii Pawła Passiniego. Cieszy nas, że po kilku dniach niepewności dyrekcja teatru potwierdziła kontynuację prac nad przedstawieniem, wypełniając tym samym swoje zobowiązania wobec twórców i publiczności. Nie zamyka to jednak sprawy, bo Pana działania są wyrazem jawnego naruszenia prawa regulującego relacje instytucji kultury i organizatorów, a jako takie skutkują naruszeniem praw konstytucyjnych nas wszystkich.
Jak wynika z wiadomości przekazanych opinii publicznej przez twórców spektaklu i dyrekcję teatru, usiłował Pan wstrzymać pracę nad spektaklem za pomocą przekazanej dyrekcji ustnej decyzji. Słyszymy także, że stało się to po interwencji Kurii Rzeszowskiej. Choć Kuria zaprzecza takim doniesieniom, naszej uwadze nie może ujść bezpośredni kontekst tych wydarzeń: Jednym z wątków przedstawienia jest problem pedofilii w Kościele katolickim, tymczasem biskup Diecezji Rzeszowskiej, Jan Wątroba, znalazł się na przekazanej Papieżowi Franciszkowi przez Fundację „Nie lękajcie się” liście hierarchów, którzy ukrywali przypadki pedofilii. Spektakl dotyka więc niezwykle ważnej społecznie i trudnej kwestii – z tej racji zasługuje na szczególną ochronę i wsparcie ze strony instytucji, w której toczy się praca, a także władz publicznych.
Pana publiczne wypowiedzi w tej sprawie odsłaniają zatrważające niezrozumienie obowiązków i roli władz samorządowych wynikających z Ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. Narusza Pan autonomię programową instytucji artystycznej, próbując dopuścić się aktu cenzury prewencyjnej.
Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak w tym kontekście rozumie Pan konstytucyjny nakaz działania w granicach i na podstawie prawa (art. 7), konstytucyjny zakaz cenzury prewencyjnej (art. 54) oraz konstytucyjną wolność twórczości artystycznej (art. 73)?
Jest to dla nas sprawa najwyższej wagi.
Mając poczucie wspólnej odpowiedzialności za stan spraw publicznych, który zależy od determinacji obywateli do tego, by bronić demokratycznego ładu i swoich praw, oraz wypełniając konstytucyjny obowiązek troski o dobro wspólne (art. 82), domagamy się na podstawie art. 2 ust. 1 i art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (j. t. Dz. U. z 2016 r. poz. 1764 ze zm.) w trybie informacji publicznej pełnego wyjaśnienia tej sytuacji, przesłania skanów wszelkich dokumentów (decyzje, zarządzenia, inne) dotyczących ingerencji Prezydenta w tę sprawę i wskazania podstaw prawnych podjętych przez Pana działań. Kultura jest dobrem wspólnym, jej nieodzowną część stanowi zagwarantowana przez prawo autonomia instytucji kultury i konstytucyjna wolność twórczości artystycznej. Naruszanie którejkolwiek z tych wartości narusza prawa nas wszystkich.
Prosimy nasz list otwarty potraktować jako wniosek z art. 241 kodeksu postępowania administracyjnego i odnieść się do wszystkich poruszonych w nim zagadnień.

Polaków ogarnie gniew na Kościół

„Nigdy jeszcze nie było tak, żeby Kościół zajmował się nie strategiami duszpasterskimi, tylko ciemną stroną Kościoła, przestępstwami kleru” – mówi teolog i były jezuita Stanisław Obirek Justynie Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: „Słuchajcie wołania młodych, którzy chcą sprawiedliwości” – powiedział pierwszego dnia szczytu nt. pedofilii w Kościele papież Franciszek. Czy obserwujemy właśnie historyczny moment w Kościele? Niektórzy mówią nawet o „kopernikańskim przewrocie”.
PROF. STANISŁAW OBIREK: Być może dlatego, że śledzę dość sposób, w jaki Franciszek radzi sobie z tym ogromnym problemem, jakim jest kwestia nadużyć seksualnych wobec nieletnich w Kościele, widzę jakościową zmianę wobec tego, co działo się podczas poprzednich pontyfikatów. Jan Paweł omijał ten temat szerokim łukiem. Benedykt sprawy, które były najbardziej nabrzmiałe, jak słynna, opisana szczegółowo sprawa założyciela Legionistów Chrystusa, załatwił w sposób surowy, ale dopiero w przypadku Franciszka możemy mówić o nowej jakości, chociażby dlatego, że podczas większości podróży po świecie spotyka się z ofiarami.
Mimo to, przy całej sympatii dla Franciszka, te najbardziej spektakularne gesty były zawsze wynikiem czy następstwem bardzo silnej presji, przede wszystkim mediów i środowisk, które bronią praw ofiar.
Jako ilustrację mojej wstrzemięźliwiej oceny Franciszka mogę podać przykład Chile, gdzie papież wyraźnie unikał rozmowy z ofiarami, wsłuchiwał się za to w to, co mówią biskupi. Na pytania o biskupa diecezji Osorno, Juana Barrosa Madrida, który jest oskarżany o to, że przed laty tuszował czyny księdza pedofila, Franciszek odpowiedział, że są to niesprawdzone oszczerstwa.

Potem był za to krytykowany i trzeba mu przyznać, że sam nakazał zbadanie sprawy.
I dopiero szczegółowe śledztwo najważniejszego chyba dzisiaj biskupa, który zresztą otwierał szczyt – Charlesa Scicluny – spowodowało, że papież przyznał, że się mylił i zaczął działać. Franciszek jest z jednej strony, co jest zrozumiałe, częścią tego establishmentu katolickiego i broni biskupów i kardynałów do momentu, kiedy sam nie spotka się z ewidentnymi faktami. Wówczas dymisjonuje, jak zrobił to w Chile, gdzie odwołał 8 biskupów, teraz zdymisjonował bardzo ważnego kardynała, Theodore’a Edgara McCarricka, którego nie tylko pozbawił kapelusza kardynalskiego, ale wręcz wyrzucił ze stanu kapłańskiego. To wskazuje, że mamy po raz pierwszy za tego pontyfikatu wiarygodną próbę reagowania na fakty. Ten, jak jedni nazywają, minisynod, drudzy szczyt w sprawie pedofilii jest w tym sensie bezprecedensowym spotkaniem. Nigdy jeszcze nie było tak, żeby Kościół zajmował się nie strategiami duszpasterskimi, tylko ciemną stroną Kościoła, przestępstwami kleru, tymi, którzy dokonują tych przestępstw, ale też tymi, którzy je kryją.
To jest echo ważnego listu Franciszka z 28 sierpnia zeszłego roku, gdzie mówił o tym, że trzeba zmienić perspektywę – z przestępców i ochrony dobrego imienia Kościoła na perspektywę ofiar.
Tu zgadzam się z panią, że to przełomowe wydarzenie, które zapowiada zmiany i to tak radykalne, że niektórzy mówią nawet o kopernikańskim przewrocie, jeżeli chodzi o politykę Watykanu wobec pedofilskich nadużyć kleru.

Jak odbierze to polski Kościół, bo mam wrażenie, że o ile w Watykanie trwa pontyfikat Franciszka, to w Warszawie ciągle trwa pontyfikat Piusa XII. Gdy Franciszek całuję rękę Marka Lisińskiego, ofiary księdza pedofila, to rzecznik Konferencji Episkopatu Polski komentuje to słowami, że każdy, kto jest ochrzczony, ma prawo skierować do Ojca Świętego swoją sprawę.
Ksiądz Paweł Rytel-Andrianik jest znany ze swojego talentu krasomówczego. Myślę, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Umiejętność nienazywania rzeczy po imieniu jest sztuką, którą rzecznicy powinni posiadać, aby chronić instytucję, którą reprezentują, i do tej pory ta formuła się sprawdzała. Teraz, moim zdaniem, to oznacza, że albo nie doczytał, albo udaje, że tego nie zrobił. Ta polityka konfrontacji oficjalnej narracji z faktami jest czymś, co obserwujemy na własnych oczach. Myślę, że wcześniej czy później zmieni narrację także rzecznik Episkopatu Polski, bo nie będzie mógł udawać. Podkreślę, że tu nie chodzi o chęć spotkania z papieżem i pocałowania go w pierścień. Tu zdarzyło się odwrotnie, to papież ucałował w dłoń człowieka, który reprezentuje polskie ofiary bez głosu, bo takie są polskie realia. Myślę, że to jednak wstrząśnie polskim Kościołem, tak samo jak dymisje, które na pewno nastąpią po lekturze tego raportu. Wówczas zmieni się zarówno rzecznik, jak i sposób mówienia Kościoła polskiego o tym problemie.

Będzie rewolucja w polskim episkopacie? W tej chwili Polskę reprezentuje na szczycie biskup Jędraszewski, któremu bliżej jest do tzw. Kościoła rydzykowego niż franciszkańskiego.
Na użytek naszej rozmowy mogę kolokwialnie powiedzieć, że biskup Jędraszewski będzie pierwszym grillowanym biskupem przez Franciszka, on zresztą znalazł się na liście tych 24 hierarchów, którzy kryli pedofili. Ta delegacja, która znalazła się w Watykanie na czele z arcybiskupem Jędraszewskim, sekretarzem konferencji biskupem Idzińskim i rzecznikiem episkopatu ds. nadużyć seksualnych wobec nieletnich ojcem Adamem Żakiem, będzie pierwszą, która będzie musiała się skonfrontować z raportem fundacji „Nie lękajcie się”.
Ten raport to solidnie przygotowana praca, znajdują się tam tylko udokumentowane fakty, nie ma pomówień, więc dla Franciszka i jego zespołu doradców będzie koniecznym punktem odniesienia, podobnie dla polskiego Kościoła.
Jednak ja bym nie mówił o rewolucji, a raczej o pękaniu skorup myślenia niewrażliwego, zamykania oczu na fakty. Ta narracja może sprawdzała się w PRL, gdy kardynał Wyszyński przekonywał, że w jedności siła, w kontekście konfrontacji politycznej z władzą komunistyczną. Niestety, 30 lat demokracji w Polsce Kościoła nic nie nauczyło. Społeczeństwo i media traktowały Kościół z wyjątkową spolegliwością, nie konfrontując go z jego ciemna stroną, ale społeczeństwo polskie powoli się budzi i myślę, że ogranie je gniew na Kościół, który nie tylko nie spełnia swojej roli pomagania w zbawieniu, ale jak powiedziała jedna z ofiar, zamiast zbawiać dusze zabijają je, nie reagując na przestępstwa pedofili w sutannach.

Co zostanie po tym szczycie, bo 4 dni to jednak bardzo niewiele?
Rzeczywiście słychać takie głosy sceptycyzmu, że szczyt został słabo przygotowany, że jest bardziej odpowiedzią Franciszka na naciski medialne i krzyk ofiar. Faktycznie te dni to mało, zresztą sam Franciszek w samolocie z Panamy podczas powrotu do Rzymu studził te oczekiwania. Wyglądało na to, jakby nie zamierzał przeprowadzać głębokich zmian, a szczyt miał być bardziej katechezą dla biskupów. W pewnym sensie jest to dobra strategia, bo faktycznie episkopaty się zmieniają – można tu kilka wymienić, m.in. australijski jako wzorcowy, gdzie biskupi współpracowali z komisją państwową – królewskim sądem i w konsekwencji najwyższy hierarcha kardynał Pell, bliski współpracownik Franciszka, został pociągnięty do odpowiedzialności, podobnie w Irlandii, Niemczech, Chile.
Mamy już kilka przykładów, że Kościół uczy się na własnych błędach, jest oczywiście w dużym stopniu do tego zmuszany, bo sam z siebie nigdy się nie zmieniał i nie będzie zmieniał.
Te kraje są o tyle istotne, że pokazują też rolę społeczeństw. Irlandia potrzebowała wielu lat, żeby zdać sobie sprawę, że wysoki autorytet, jakim się cieszy Kościół katolicki, nie oznacza przyzwolenia na nadużycia tej instytucji. W tej chwili jest to jedno z najszybciej sekularyzujących się społeczeństw na świecie, właśnie dlatego, że Irlandczycy się obudzili.
Polskie społeczeństwo także zmienia się w tym względzie, czego dowodem jest chociażby ten raport o pedofilii. Trzy lata temu w Polsce doszło do sprzęgnięcia się fundamentalizmu religijnego z autorytaryzmem politycznym, co może budzić sceptycyzm. To przymierze ołtarza z tronem może sprawiać wrażenie, że niewiele się w Polsce zmieni. Jednak proszę zwrócić uwagę, że ostatnie wybory pokazały, że PiS nie jest takim monolitem nie do ruszenia. Myślę, że w następnych wyborach okaże się, że tak ścisły związek z Kościołem, i to tym, jak pani zauważyła, Piusa XII, niekoniecznie popłaca. Zatem w dłuższej perspektywie widzę szanse na zmianę, bo musi do niej dojść. Tę zmianę widać już w mediach, które od 2-3 lat piszą o temacie pedofilii inaczej.

W tym kontekście powinniśmy rozpatrywać obalenie pomnika ks. Jankowskiego?
Ludzie, którzy to zrobili, to nie anonimowi wandale. To był świadomy akt sprzeciwu obywatelskiego osób, które są gotowe ponieść odpowiedzialność za swój czyn, poparty opublikowaniem poruszającego manifestu.
To reakcja na indolencję, bezsilność czy wręcz przyzwolenie państwa na zachowania skrajnie obrażające ofiary. Ten pomnik był tego symbolem. W Gdańsku było tajemnicą poliszynela, co robi prałat Jankowski, a kilka dni temu z wywiadu z marszałkiem Borusewiczem dowiedzieliśmy się, że był agentem, tajnym współpracownikiem SB. Zarówno PiS, jak i Kościół wyspecjalizowali się w polowaniu na czarownice i wszędzie śledzą resortowe dzieci, komunistów, postkomunistów… Nagle się okazuje, że obywatele nie tylko dostrzegają te podwójne standardy, ale też nie dają na nie zgody.
Myślę, że warto się wczytać w manifest tych, którzy mówią, że ten pomnik jest symbolem Kościoła pełnego hipokryzji, antysemickiego. Skoro państwo nie reaguje, podobnie Kościół, to obywatele wykonali spektakularny gest, aby zwrócić na to uwagę.
Paradoksalnie obalenie tego pomnika połączyłbym z tym pocałunkiem, jaki papież złożył na ręce Marka Lisińskiego, wyrażając akt skruchy, że nie zrobiono nic, a na pewno za mało. Fundacja w raporcie, który trafił w ręce Franciszka, pisze wprost, że od lat zabiega o spotkanie u jakiegokolwiek biskupa i spotykają się z zmilczeniem, ignorancją, murem.
Oceniam to pozytywnie jako odruch społecznej niezgody na zmowę milczenia wokół przestępstw, które dotykają najsłabszych. Myślę, że takich gestów buntu będzie więcej, jak choćby zawieszanie bucików na bramach kurii. Widziałem przy parafiach, gdzie według raportu są księża pedofile, znaki drogowe „Uwaga ksiądz pedofil”. Tego się już nie zatrzyma.
Tak jak w PRL opozycja budziła się powoli, aż doszło do tego, że ta masa krytyczna sprawiła, że system się rozpadł, podobnie będzie w tym przypadku.

Polski Kościół z niecierpliwością czeka na następnego papieża, licząc, że będzie on bardziej konserwatywny. Czy wobec tych zmian społecznych i działania samego Franciszka jeszcze można to jeszcze zatrzymać?
Te oczekiwania niektórzy księża wyrażają nawet wprost, głośno. Wspomnę księdza profesora Edwarda Stańkę z Krakowa, który modlił się o szybkie odejście papieża Franciszka, i takich głosów jest więcej. To nie tylko księża, ale i niektórzy publicyści formułują takie nadzieje, że heretycki papież powinien jak najszybciej odejść.
Sześć lat Franciszka to niedługo w porównaniu do ponad dwudziestu pontyfikatu Jana Pawła II, ale warto zestawić te postacie. Tak jak JPII od 1977 do, powiedzmy, 2000, kiedy był w pełni sił, bo w ostatnich latach rządził raczej jego sekretarz niż on, zmienił wyraźnie episkopaty na świecie, wpłynął też na to, jak przebiegało konklawe poprzez nominacje kardynalskie. W ciągu 6 lat Franciszek mianował już sporo kardynałów, niewygodnych i wyraźnie sprzeciwiających się jego linii odsunął od władzy, spodziewam się, że takich nominacji będzie coraz więcej, zatem te nadzieje polskich konserwatystów nie będą spełnione. Być może nawet następny papież będzie jeszcze bardziej radykalny niż Bergoglio, który dopiero zaczyna. Po drugie, procesy, jakie zachodzą w Kościele, tylko w pewnym stopniu zależą od papieża. Jan XXIII, rozpoczynając obrady Soboru Watykańskiego II, użył kilku kluczowych słów, jak aggiornamento, czyli otwarcie na współczesność, dialog.
Po 50 latach od zamknięcia soboru Kościół wygląda inaczej. Myślę, że tak samo po pontyfikacie Franciszka Kościół nigdy nie będzie już taki sam jak za czasów JPII czy Benedykta XVI.

Czy to dotyczy także innych kwestii, jak celibat, który nie jest dogmatem, a został wprowadzony dopiero w XI w.?
Zarówno celibat, jak i stosunek do kobiet już się zmieniają. Proszę zwrócić uwagę, że już Franciszek zapowiedział, że weźmie pod uwagę możliwość święcenia tzw. doświadczonych mężczyzn żonatych w krajach o szczególnie dotkliwym braku księży. To może być zielonym światłem do dyskusji o zniesieniu celibatu. Proszę pamiętać, że od czasów Unii Brzeskiej, czyli połączenia części Kościoła prawosławnego z Kościołem katolickim w 1596 roku, prawosławni, którzy uznali zwierzchnictwo Kościoła Rzymskiego, zachowali prawo do żeniaczki. Tak samo w Kościołach uznających prymat papieża, w Kościołach wschodnich też celibat nie obowiązuje. Zawsze w kontekście, czy jest to dogmat, czy nie, można przywoływać list świętego Pawła do Tymoteusza, który mówi, że biskup powinien być mężem jednej żony, nienadużywającym wina i dobrze wychowującym własne dzieci. Tylko wtedy będzie mógł się kompetentnie wypowiadać na temat wychowania dzieci. To byłby zatem powrót do korzeni, do normalności.

Głos lewicy

Prałat Jankowski padł

Trzej aktywiści obalili gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego. Oto ich oświadczenie:
Każdy z nas ma nad sobą swój skrawek nieba gwiaździstego, każdy nosi w kieszeni swój osobisty kompas wskazujący dobro i zło, krzywdę i przewinę, a myśli i działania wywodzi tyleż z własnego rozumu i osobniczego doświadczenia, co i z przyrodzonej wrażliwości na niesprawiedliwość i upokorzenie spotykające drugiego człowieka. Oparłszy swe stanowisko na obowiązującym kontrakcie społecznym, którego fundamentalnymi składowymi są m.in. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej i Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej i wczytawszy się w karty niedawnej historii, której byliśmy naocznymi świadkami, oraz wsłuchawszy się w głos ofiar udokumentowany szeroko w upublicznionych materiałach ze śledztw prokuratorskich i dziennikarskich,
Oskarżamy Henryka Jankowskiego, księdza katolickiego, kapelana NSZZ ,,Solidarność”, wieloletniego proboszcza parafii pw. św. Brygidy w Gdańsku o podły i haniebny gwałt na godności, wolności seksualnej i prawie do prywatności oraz wykorzystanie trudnej sytuacji społecznej młodych ludzi powierzonych jego opiece; o liczne zamachy na godność oraz o dyskryminację osób i społeczności poprzez szerzenie mowy nienawiści, publiczne głoszenie poglądów antysemickich i lżenie ludzi o odmiennych poglądach politycznych w swych kazaniach, wypowiedziach publicznych i instalacjach kwazi-artystycznych natury (pseudo-)religijnej.
Instytucję kościoła katolickiego w Polsce o systemowe współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: w szczególności zaś tych jej przedstawicieli, którzy z pełną świadomością zła czynionego przez Henryka Jankowskiego, nie zareagowali w sposób skuteczny, aby złu temu położyć kres, milczeli lub wręcz z premedytacją kryli przestępstwa Jankowskiego. Uparcie i intencjonalnie milczących świadków i depozytariuszy tajemnicy o społeczne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: świadków należących do świeckiego otoczenia Jankowskiego, którzy zdecydowali się trwać przez lata w zmowie milczenia i bezczynności i poprzez swoją postawę wyrażali de facto przyzwolenie na zło. Administrację publiczną o administracyjne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego, nierzadko wynikające z politycznego oportunizmu i pospolitej prywaty: administrację, której decyzje (np: odznaczenie Medalem K.E.N., nadanie jego imienia skwerowi w sąsiedztwie kościoła pw. św. Brygidy i wybudowanie jego pomnika) podejmowane w świadomości uczynionego przezeń zła, były aktem podłej instytucjonalnej zniewagi wobec bezbronnych ofiar pedofila i antysemity. Administrację, której nieskuteczność i opieszałość w wycofywaniu się z tych decyzji stanowi czytelny przykład powszechnej praktyki podporządkowywania dobra wspólnego dobru uprzywilejowanej instytucji kościoła katolickiego.

Przeprosiny to za mało!

Szok! Niedowierzanie! Sensacja! Polski kler przyznał, że w jego szeregach miały miejsce przypadki seksualnego wykorzystywania dzieci!

 

A przecież jeszcze niedawno mówiono, że nagłaśnianie patologii seksualnych w Kościele to wynik ofensywy lewactwa, gejów i genderystów. A jednak w liście Episkopatu czytamy: „Stwierdzamy ze smutkiem, że również w Polsce miały miejsce sytuacje seksualnego wykorzystywania dzieci i młodzieży przez niektórych duchownych i osoby zaangażowane w Kościele”. Po wielu latach kłamstw manipulacji, wymigiwania się, Kościół wreszcie zgodził się, że księża pedofile istnieją. Dotychczas mnóstwo prawicowych komentatorów, w tym przedstawicieli partii rządzących zaczarowywało rzeczywistość i udawało, że pedofilii w szeregach Kościoła nie ma i nigdy nie było. Co prawda również w obecnym liście episkopat głównie użala się nad sobą i niewiele mówi o ofiarach, ale pierwszy krok został uczyniony.

Pojawiły się nawet przeprosiny wobec ofiar, co dotychczas rzadko zdarzało się duchownym. „Przepraszamy Boga, ofiary wykorzystania, ich rodziny i wspólnotę Kościoła za wszystkie krzywdy wyrządzone dzieciom i ludziom młodym oraz ich bliskim przez duchownych, osoby konsekrowane i świeckich pracowników kościelnych” – czytamy w liście. Warto być jednak konsekwentnym. Jeżeli jest wina, to warto by powiedzieć coś o materialnej karze. Do tego etapu nasi duchowni wciąż jednak nie dojrzeli.

„Prosimy Pana, aby dał nam światło, siłę i odwagę, by stanowczo zwalczać zepsucie moralne i duchowe, które jest zasadniczym źródłem wykorzystania seksualnego małoletnich”– piszą przywódcy polskiego Kościoła. Trudno ufać tej metodzie walki z przestępstwami seksualnymi. Kler modli się od lat i modlitwa nie zahamowała księży pedofilów ani nie powstrzymała hierarchii kościelnej przed ukrywaniem przestępców i przenoszeniem ich do innych parafii. Ponadto episkopat zaleca, aby modlić się tak za ofiary, jak i katów. „Prosimy wiernych świeckich, kapłanów, osoby konsekrowane oraz członków zakonów kontemplacyjnych o wzmożoną modlitwę i pokutę w intencji ofiar wykorzystania seksualnego i ich rodzin; za osoby duchowne żyjące niemoralnie i wyrządzające krzywdę dzieciom i młodzieży, a także za ludzi, których gorszące czyny księży głęboko ranią” – czytamy w liście. Episkopat poświęca zresztą więcej miejsca księżom pedofilom niż ich ofiarom, a wręcz daje wsparcie duchowe przestępcom. „Uznajcie otwarcie waszą winę, spełnijcie wymogi sprawiedliwości, ale nie traćcie nadziei na Boże miłosierdzie” – piszą autorzy listu. „Szczery żal otwiera drzwi Bożemu przebaczeniu i łasce prawdziwej poprawy. (…) Zbawcza ofiara Chrystusa ma moc przebaczenia nawet najcięższych grzechów i wydobycia dobra nawet z najstraszniejszego zła. (…) Uznajcie otwarcie waszą winę, spełnijcie wymogi sprawiedliwości, ale nie traćcie nadziei na Boże miłosierdzie”.

Z drugiej strony po latach bojów episkopat łaskawie zgodził się, żeby księża pedofile byli traktowani jako przestępcy, o których ofiary informują organy ścigania. „Prosimy osoby pokrzywdzone przez duchownych, aby zgłaszały doznaną krzywdę do przełożonych kościelnych oraz do odpowiednich organów państwowych” – czytamy w stanowisku episkopatu, chociaż poza tym jednym zdaniem nie ma nic więcej o ewentualnych karach dla księży pedofilów. Z drugiej strony kler tajemniczo ogłosił, że zaczął tworzyć rejestr księży pedofilów. „Aby dobrze rozpoznać przyczyny tych czynów i ocenić ich skalę, rozpoczęliśmy zbieranie potrzebnych danych” – czytamy w liście. Jaki jest cel zbierania danych i co z nimi uczyni episkopat, już nie wiemy. Można mieć też wątpliwości co do szczerości autorów listu, skoro dowiadujemy się z niego, że „episkopat Polski od szeregu lat podejmuje działania, których celem jest wyeliminowanie tych przestępstw wśród duchownych. (…) Każdy sygnał o ewentualnych czynach przestępczych jest obejmowany dochodzeniem wstępnym, a w przypadku potwierdzenia ich prawdopodobieństwa informowana jest Stolica Apostolska i prokuratura”. Jeżeli Kościół zamierza walczyć z pedofilią tak jak dotychczas, to trudno wierzyć w jakąkolwiek sprawiedliwość.
Niezależnie od całościowej oceny listu, nie ulega wątpliwości, że wielość modlitw nie ukryje jednego zasadniczego braku stanowiska episkopatu. Mianowicie nic się w nim nie mówi o rekompensacie finansowej kleru dla ofiar księży pedofilów. Kościół się modli, odkupuje, rozmawia z Bogiem, a nawet przyparty do muru zaczyna przepraszać, ale płacić wciąż nie chce.

Bonne continuation!

O filmie Smarzowskiego „Kler” piszą i mówią dzisiaj niemal wszyscy.  Ale pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu.

 

Z drugiej strony emisja tego filmy jest niewątpliwie wydarzeniem ważnym, może nawet historycznym.
Trudno więc go pominąć na stronach mojego subiektywnego kalendarium politycznego. Wybrałem się więc na film Smarzowskiego „Kler”.
Do wrocławskiej Korony. Seans o 18:30. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Widownia poruszona. Po zakończeniu projekcji oklaski, powaga.
Stworzenie i pokazanie filmu „kler” jest niewątpliwie bardzo ważnym wydarzeniem społecznym i politycznym w Polsce.
Skoro na mnie, agnostyku, zrobiło to filmowe dzieło tak ogromne wrażenie, to mogę tylko próbować sobie wyobrazić jakie wrażenie robi ono na ludziach głęboko wierzących, zanoszących do konfesjonału wszystkie swoje bóle i troski, powierzających kapłanom wychowanie swoich dzieci. Jak ważnym jest to wydarzenie – tego dzisiaj nie sposób ocenić. Ale parę rzeczy jest pewnych.
Po pierwsze więc jest to film bardzo potrzebny. Szkoda, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale.
Po drugie, film nie jest oczywiście wierną fotografią polskiego kleru, ale wierną fotografią niektórych, bardzo ważnych problemów tej zbiorowości.
Po trzecie film jest niewątpliwie rodzajem hołdu i współczucia ofiarom księży – pedofilów.
Jest aktem społecznego ubolewania nad ich tragicznym losem. Ale też jest – mam taką nadzieję – skuteczną próbą przełamania zmowy milczenia najbliższych wokół dziecięcych dramatów. Zmowy, która skutecznie skrywała tą obrzydliwą patologię części duchowieństwa przez stulecia.
Po czwarte wreszcie film spełnił rolę szpilki, która publicznie przekłuła olbrzymi, nadmuchany do granic balon. Czar prysł, tabu zostało złamane. Mam więc nadzieję, że film „Kler” otworzył nowy rozdział nie tylko polskiego kina, ale polskiej sztuki, w którym o patologiach stanu kapłańskiego nie tylko będzie można, ale będzie trzeba mówić do bólu otwarcie i szczerze.
Pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu. Jest ich dużo, dużo więcej. Na drugi plan niewątpliwie wysuwa się kwestia duchowieństwo a dobra doczesne: pieniądze, nieruchomości, władza. Mam nadzieję, że te wątki będą kontynuowane. Tym bardziej, że przeczytałem gdzieś, że Smarzowski nosi się już ze scenariuszem filmu „Kler 2”. Bonne continuation!

 

Tekst ukazał się ba blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Dobrzy ludzie w złej korporacji

Szczerze? Gdyby nazwisko reżysera „Kleru” nie było znane i chodliwe, to dałabym głowę, że ten film nakręcił autentyczny praktykujący katolik, który „ma marzenie”: o kościele ubogim, miłosiernym, w służbie ludziom. Wytworzona wokół produkcji atmosfera „ataku na księży” od początku do końca jest nadpisana. Na wszelki wypadek lojalnie uprzedzam, że na potrzeby niniejszego tekstu zamierzam zdradzać fragmenty fabuły.

 

Film Smarzowskiego ogląda się dobrze, wartko, bez wrażenia dłużyzn. Ma wszystkie komponenty, które kinowy hit obliczony na przyciągnięcie tłumów mieć powinien: jest Temat przez duże „t”, jest wątek miłości, jest kryminalna intryga z szantażem w tle, jest picie na umór i „kurwy” sypiące się z ust szacownych duszpasterzy, jest wreszcie efekt filmu zakazanego, który wyprzedza jego własna legenda.

Ale w przeciwieństwie do „Róży”, „Wołynia”, czy choćby nawet „Drogówki” zostaje z niego w głowie niewiele. Jeżeli chcieliście zobaczyć film o dojmującej samotności sługi bożego czującego fałsz we wszystkim, czemu poświęcił swoje życie; o tym, jak w dzisiejszych czasach duchowni radzą sobie z kryzysem wiary i galopującą świeckością (wypierają wątpliwości? Cynicznie rozgrywają swoją pozycję? Gdzie szukają odpowiedzi, kiedy bóstwo, do którego wznoszą modły, milczy?); o tym, jak dochodzi do tego, że nagle pociąg seksualny w czterdziestoletnim mężczyźnie zaczyna wzbudzać uczeń VI B – to chciejcie sobie dalej. Smarzowski na te pytania nie udzieli wam satysfakcjonującej odpowiedzi.

 

Ziew

Owszem, zobaczycie kościół zepsuty, uwikłany w sieć śmierdzących szwindlami powiązań z politykami, mafią i biznesem. Na górze ociekający złotem i ośmiorniczkami na śniadanie, na dole wydzierający z wiernych ostatni grosz „na nowy dach” i „na nowe rynny”. To nic nowego, te drzwi dawno już wyważono. Takie oblicze kościoła znamy z „Faktów i Mitów”, znamy z Urbanowego „Nie”, z doniesień o kolejnych pedofilskich aferach, pławieniu się w luksusie czy mieszaniu się w świeckie ustawodawstwo.

Pewnym zaskoczeniem, co widać niemal we wszystkich recenzjach, jest fakt, że okrzyknięty klerożercą i przeklęty już na wejściu Smarzowski, tak naprawdę robi wszystko, by przekonać nas, że jego bohaterowie powinni jednak zostać zbawieni. Że są skrzywdzonymi, skrzywionymi ludźmi, którzy wpadli w koleiny zła, wysokie na metr. Zła, które się instytucjonalnie reprodukuje w kościele z pokolenia na pokolenie. Problem w tym, że samo odkrycie, iż każde hermetyczne środowisko ma swoje twarde reguły, swoją cenę płaconą za przynależność i złamane kręgosłupy na koncie – nie jest żadnym odkryciem.

Last but not least, nikt nie zadał sobie trudu, aby rozłożyć sam mechanizm działania „złej korporacji” na czynniki pierwsze i pokazać, jak zmieniała się świadomość bohaterów, jak wsiąkali głębiej w odczłowieczenie, co ich po kolei łamało, jak w męczarniach umierały skrupuły i co z nich w efekcie zostało. Dostajemy bowiem obrazek pt. „stan obecny” (alkoholizm, utracjuszostwo, molestowanie dziecka) i za wyjaśnienie ma wystarczyć retrospektywny przebłysk sprzed lat 20 z zakonnicą znęcającą się w bidulu. To trochę za mało, trochę zbyt prosto.

 

Normalnie z babą

Dydaktyzm niektórych scen, by nie powiedzieć scenek, przyprawia o ból zębów. Rozgrzeszenie od dobrego Pana Boga i reżysera spośród trzech wiodących bohaterów dostanie na koniec oczywiście poczciwy pijanica (Robert Więckiewicz), który związał się z „normalną babą”. Te „grzechy” są oswojone, Polacy są w stanie je księdzu wybaczyć. I dobrze, nic co przaśnie ludzkie nie jest nam obce. Tylko czemu to wszystko takie psychologicznie niewiarygodne, jakby kręcił to Walt Disney?

Proboszcz wiejskiego kościółka od lat drze z kochanką koty, od lat rozbija się autem po pijaku, od lat nie rusza go, że zgarnia ostatni grosz od wielodzietnych ubogich rodzin. Aż nagle – pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi na policję sam się aresztować, bo uświadamia sobie, że chyba potrącił ojca szóstce smutnych dzieci. Pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi szukać ciężarnej kochanki w klinice aborcyjnej u południowych sąsiadów, żeby tylko przypadkiem nie usunęła. Jasne. Nagłe cuda, przemiany na gwizdek i olśnienia na 3, 2, 1 pewnie czasem się w życiu zdarzają, a „miłość wszystko zwycięża”, jednak widz, który wyrósł już z oglądania dobranocek może poczuć się nieco zawiedziony.

 

Raz w tyłek – zawsze w tyłek

Zbawienie zapuka też do księdza (Arkadiusz Jakubik), który sam wymierzył sobie karę (najcięższą), wcześniej dokonawszy wyznania win przed wiernymi zgromadzonymi na nabożeństwie. To ten, który molestował chłopca, bo sam był molestowanym przez księdza – przyjaciela domu, chłopcem. Znany motyw: sprawca, który został skrzywdzony w dzieciństwie. No, w porządku, ALE…
Przy tej historii rodzi się całe mnóstwo pytań: czy grzech reprodukuje się w zakrystiach wyłącznie poprzez ten prosty schemat? Czy sprawstwo pedofilii staje się udziałem wyłącznie byłych ofiar (już „Lolita” Nabokova dowodzi, że nie)? Kto lgnie do księży? Do kogo lgną księża? Na Boga, panie Wojtku, czemu ograniczył się pan do najprostszej możliwej kombinacji? Demony śpiące w nas mają miliony uwarunkowań, co doskonale pokazano w „Wołyniu”, tutaj jednak dostajemy wyjaśnienie na poziomie „raz w tyłek – zawsze w tyłek”.

Cytując Monikę Płatek: „Pedofilia to przypadłość, której przyczyn nie znamy, a która prawdopodobnie rozwija się w okresie prenatalnym i polega na pociągu seksualnym w okresie przed tzw. pokwitaniem”. Prof. Płatek ubolewa nad tym, że osoby dotknięte pedofilią preferencyjną nie mają w Polsce możliwości, by uzyskać stosowną pomoc i uniknąć krzywdzenia dzieci. Jednocześnie wysnuwa bardzo kategoryczny wniosek, że większość duchownych molestujących dzieci nie jest pedofilami w rozumieniu medycznym, lecz grupą wykorzystującą swoje przywileje do zaspokajania potrzeb w najłatwiej dostępny sposób. To tę analizę powinien wziąć na bary reżyser: pochylić się nad pytaniem, czy do seminariów i zakonów trafiają ludzie, którzy już mają erotyczne bądź miłosne marzenia na temat dzieci, czy dopiero ich „dostępność” te pragnienia budzi, jak ten proces budzenia się pragnień przebiega i czy jest odwracalny.

W historii księdza Kukuły jaskrawo widać też odklejenie Smarzowskiego w kwestii „ludowej” religijności, którą reżyser potraktował bardzo życzeniowo, albo zapamiętał z wczesnych lat 90. Dziś dzieci na religii nie muszą pytać samego zainteresowanego, co to znaczy „pedofil”, bo sprawdziły to już dawno w smartfonach (owszem, elektronika dotarła też na wieś). Mało prawdopodobne, że wzięłyby księdza-sprawcę w krzyżowy ogień pytań, bo mają na niego po prostu wywalone. Podobnie dorośli, którzy chodzą do spowiedzi dwa razy w roku przed świętami zaraz po umyciu okien. To nie „Chłopi” Reymonta, gdzie ludność łka przy konfesjonale, albo drży po skarceniu z ambony. Dziś ludzie mają wiele alternatyw dla zaspokajania metafizycznych potrzeb, jest nią choćby internet.

To oczywiście pociąga za sobą różne skutki między innymi na poziomie wartości. Dlatego niezłomny kompas moralny rozwścieczonych mieszkańców wsi, którzy biegną z widłami za „zboczeńcem” przez zarośla to oczywiście obrazek urzekający, choć kompletnie odrealniony. Dziś prawa wspólnoty się zmieniły, rozluźniły. Sąsiedzi „nie słyszeli płaczu”, „nie widzieli siniaków”, „nie chcą mieszać się w awantury”, a już na pewno nie stają na rzęsach, żeby wyrywać cudze dzieci z patologii. Bynajmniej nie są też zaskoczeni faktem, że ksiądz to żadna istota nadprzyrodzona. Tak dobry obserwator jak Smarzowski musi być przecież tej inercji świadomy. Serio, nawet religijność spod znaku Radia Maryja nie jest tak naiwna, ona zaspokaja przede wszystkim potrzebę bycia żołnierzem jakiejś sprawy: walki z aborcjonistami, Żydami, feministkami.

 

W siedzibie zła i zepsucia

Ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) to inne zło: demoniczne, psychopatyczne, prące po trupach do celu. Jego celem jest posada w Watykanie, to człowiek zafiksowany na punkcie władzy, kontroli, pociągania za sznurki. W środku skrajnie niepewny siebie, nauczony jednak osiągać swoje cele podstępem i cierpliwością. I w sumie ta postać wyszła Smarzowskiemu całkiem nieźle, choć również znajdziemy tu całą masę schematów banalnych do bólu: w toku fabuły też wyda się, że nad małym Lisowskim znęcał się filmowy odpowiednik osławionej „siostry Bernardetty”. Zgodnie z tą logiką bohater musi więc przekazywać krzywdę dalej. O ileż ciekawiej – i po prostu bardziej życiowo – wyszłoby, gdyby zrezygnować z tej prostej zależności i pokazać choćby społecznie nieprzystosowanego odludka, który owszem, jest w stanie załatwić umierającym na raka dzieciom konsole z lipnego przetargu, ale w skrytości ducha nienawidzi bliskości, gardzi innymi ludźmi i sam się z tym swoim nieprzystosowaniem męczy?

Lisowski na koniec nie dostaje od reżysera aprobaty. Czujemy, że nie odkupił swoich win jak jego dwaj koledzy. Ale dostaje doczesną nagrodę: jego diaboliczny plan się udaje, wysiłek nie idzie na marne. Wyraźnie czujemy jednak, że bohater dochrapał się do swojej wymarzonej Stolicy Apostolskiej wyłącznie dlatego, że jego przełożeni (m.in. Janusz Gajos) okazali się – przy tym samym poziomie zepsucia – mniej sprytni. Dali się ograć. Tu rzeczywiście wyczuwalna jest gra światłocieniami: przysługi, które faktycznie wyrządza ludzkości Lisowski, dzieją się „przypadkiem” albo są pochodną jego bezkompromisowego dążenia do celu. Ciężko chory syn dziennikarki nigdy nie trafiłby na operację, gdyby bohater nie chciał wykorzystać jej pozycji zawodowej do ośmieszenia niewygodnego przedsiębiorcy. Fioletowy biskup też nigdy nie dostałby po nosie, gdyby nie trafił na bardziej wytrawnego od siebie gracza.

 

Natura ludzka

Teza Smarzowskiego, że kościół roi się od ludzi dobrych, ale pokiereszowanych, jest pewnie w dużej mierze słuszna (jest też dość uniwersalna), sęk w tym, że byłaby ona odkrywcza w okolicach 1989 roku (ten wątek przewinął się przez sekundę: na wspomnieniowych migawkach z udziałem wielkiego autorytetu zbuntowanych „Solidaruchów”). Hipokryzja duchowieństwa nikogo dziś nie zaskakuje, dlatego od tego filmu oczekiwałabym pogłębionej analizy motywacji życiowych wyborów bohaterów, wiwisekcji odczłowieczania przez system, czy choćby zastanowienia się nad uwarunkowaniami: zauważmy, że młodzi mężczyźni idą dziś do seminariów z powodów innych niż w np. XIX wieku (bieda) czy po wojnie (poczucie misji, fantasmagoryczna wizja ekumenicznego kościoła, który łączy, a który dziś przeżywa kryzys). Bardziej wymagający widz nie dostanie odpowiedzi, na których mu zależy. Nie dowie się też wiele więcej o naturze ludzkiej, czy korzeniach zła, niż miał nadzieję się dowiedzieć.

Budująca jest jednak nadzieja, którą dał Smarzowski, twardo opowiadając się za chrześcijańskim porządkiem świata przeciwko Nietzscheańskiemu chaosowi. Nie jest to jednak – mówię to z żalem – film, który przeora społeczną świadomość. Zostawia głównie poczucie olbrzymiego niedosytu.

Głos lewicy

Pedofilia w kościele

Ten trudny temat poruszyła lewicowa działaczka Teresa Jakubowska:

Muszę dodać kilka komentarzy do twierdzeń czy wątpliwości, których pełno w mediach na ten temat.
Obowiązkowe utajnianie tych przestępstw w kościele katolickim zarówno przez ofiary jak i wszystkich zainteresowanych usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała druga wersja instrukcji ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu w ramach struktur kościelnych.
Obowiązującą dziś instrukcję wydała Kongregacja Nauki Wiary w roku 2001. Szefem kongregacji był wtedy Kardynał Ratzinger a papieżem Jan Paweł II. Znali sie bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. Instrukcja z 2001 r. także zobowiązuje do milczenia. Z inicjatywy JPII wprowadzono do dokumentu przedawnienie w chwili osiągnięcia przez ofiarę 28 roku życia. Takie przedawnienie pedofilii obowiązuje teraz w polskim prawie karnym. Termin jest oczywiście za krótki. W Europie stosuje sie zwykle 20 lat od uzyskania pełnoletniości przez ofiarę co też nie jest zawsze wystarczające. W Szwajcarii pedofilia w ogóle sie nie przedawnia (było referendum). Jest oczywiste, że treść tej instrukcji – jakkolwiek podpisana przez Ratzingera – została uzgodniona z papieżem. Pamiętam protesty organizacji z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii w kościele.
Także stanowisko papieża Franciszka nie jest jasne w tej sprawie, bo nie spowodował powstania nowych zasad postępowania rzeczywiście chroniących dzieci przed tego typu przestępstwami księży i zakonników. W każdym razie nie słychać, żeby zasada tajności miała być zniesiona. Wygląda na to, że Franciszek także nie chce pełnej jurysdykcji państwa i zrównania traktowania przestępców w sutannach równie surowo jak przestępców cywilnych.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są całkiem świeckie, bez przedstawicieli kościoła. Te komisje przyjmowały także zgłoszenia ofiar nawet wtedy gdy przestępstwo dawno się przedawniło. Powstały głównie dla ofiar i praktycznie zawsze doprowadzały do kar więzienia winnych oraz do zadośćuczynienia finansowego na koszt kościoła. Jak byłoby u nas – to widać po urzędowym spisie pedofilów gdzie nie ma ani jednego aktualnego czy byłego przedstawiciela kościoła. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem, zwłaszcza pod rządami PiS. To niesprawiedliwe i sprzeczne z prawem, tym bardziej, że pedofile świeccy przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Księża nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle krótkie, rzadko odbywają tę karę.
Najbardziej oburzający jest brak zadośćuczynienia finansowego. Kościół twierdzi, że ksiądz nie jest funkcjonariuszem a przecież jest nawet umundurowany. Poza tym kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – uważa, że jest za biedny na wypłacanie zadośćuczynienia ofiarom. Poznański wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta jest moim zdaniem za niska i powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania. Powinna być określona przynajmniej w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakiś czas przed sądem należnej podwyżki. Z tego co wyczytałam wynika, że ofiara nawet do pracy się nie nadaje. Powinna mieć chyba przyzwoitego kuratora.
Także osoby, które wiedzą o przestępstwach, których ofiarami są dzieci a nie informują o tym prokuratury, powinny być karane wysoką grzywną.
W związku z powyższym wydaje sie jedynie słuszne wzorowanie się na działalności specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe w aktualnej sytuacji politycznej. Wyszłaby z tego karykatura.
Trzeba także podkreślić, że wygłaszana czasem opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat, zresztą dopiero od XI wieku. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że sperma uderza im do głowy.

Przerażające milczenie Wywiad

– Ja sam byłem molestowany jako ministrant przez dwóch księży. Nie jest to dla mnie dramatycznie ważne, ale taki jest fakt. Po tych doświadczeniach oddaliłem się od Kościoła i byłem przekonany, że to oddalenie będzie ostateczne. Stało się inaczej. Potem jako student zbliżyłem się do zakonu benedyktynów, a potem jezuitów. Decydując się na wejście do struktur kościelnych na nowo opowiadałem o tym, ale spotkałem się z absolutnym milczeniem. Tak jakby nic się nie stało. To było dla mnie najbardziej przerażające – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

 

KAMILA TERPIAŁ: Jesteśmy już po obejrzeniu filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Widział pan go w warszawskim kinie Luna przy pełnej sali, ja też. Film bije rekordy popularności. Box Office jest najlepszy od 30 lat. Spodziewał się pan aż takiego zainteresowania i poruszenia?

STANISŁAW OBIREK: Nie spodziewałem się, chociaż z drugiej strony temperatura reakcji jeszcze przed premierą była pewnym przygotowaniem na to wydarzenie społeczne. Film odkleił się od samego filmu i stał się ważnym faktem społecznym. To nie jest tylko film kontrowersyjnego reżysera, ale przede wszystkim dotknięcie ważnej społecznie sprawy.

 

Napisał pan, że to film o słabościach polskiego społeczeństwa. Potrzeba nam takiego lustra, w które możemy spojrzeć?

Każde społeczeństwo potrzebuje takich wstrząsów, żeby dostrzec sprawy, które umykają refleksji. Warto to zobaczyć nawet w szerszym kontekście. Mamy tendencję postrzegania siebie jako ofiary, społeczeństwo gnębione przez innych, a mniej dostrzegamy siebie jako podmiot historii. Popkultura, jaką jest niewątpliwie film, stanowi krzywe zwierciadło, w którym możemy na przykład dostrzec, że to nie żaden wróg z Zachodu psuje nam demokrację, ale my sami w tym uczestniczymy. Niektórzy nazywają to pamięcią wielokierunkową, która polega na tym, że aby coś zobaczyć, potrzeba bodźca z zewnątrz. Michael Rothberg napisał na ten temat książkę, zatytułowaną właśnie tak – „Pamięć wielokierunkowa”, w której podaje wiele przykładów, jak taki bodziec działa. On otwiera nas na to, co oczywiste, ale my jednak tego nie widzimy. To są skomplikowane mechanizmy, ale akurat w tym wypadku zadziałały.

Zobaczyliśmy, że tajemniczy kler to nie jest zniewalająca społeczeństwo grupa trzymająca władzę. Wojciech Smarzowski zrobił film o społeczeństwie. W liście do Hebrajczyków jest zdanie, że „kapłan jest z ludu wzięty i do ludu posłany”. I film dokładnie to pokazuje – księża, którzy są pokazani w ostrym świetle, jako praktykujący 7 grzechów głównych, wyszli ze społeczeństwa, które na to pozwala i cały czas obdarza ich autorytetem, przymyka oczy na łamanie zasad współżycia społecznego.

 

W wielu przypadkach na łamanie prawa.

Prawa i moralności… W „Drogówce” ten sam reżyser pokazał wiele kryminalnych i mafijnych zachowań, które mają miejsce wewnątrz policji. W tym wypadku mamy jednak sytuację ostrzejszą, bo Kościół jest instytucją, która ma dbać o moralność, tworzyć wzorce zachowań i piętnować grzechy. W zachowaniu ludzi Kościoła i prawicowych mediów mamy cały czas do czynienia z napominaniem, grożeniem palcem i wskazywaniem, jak powinno być. Na tym polega paradoks. Okazuje się, że najbardziej korupcjogenną i grzeszną grupą społeczną są ludzie, którzy z urzędu powinni świecić przykładem i wzorem. Myślę, że to jest jeden z powodów, dla których ten film cieszy się takim powodzeniem. Ludzie zobaczyli w końcu coś, co do tej pory było tematem tabu.

 

Wojciech Smarzowski mówi wprost, że „musimy w końcu zobaczyć w księżach ludzi, a nie świętych”. Czyli udało się?

Tak, udało się! To zdanie jest pewnym kluczem do tego filmu. Dowiedziałem się niedawno, że Wojciech Smarzowski pochodzi z Podkarpacia, ja też pochodzę z tego rejonu i wiem, jak to wygląda na prowincji. Przypomnijmy, że tam właśnie działał biskup, który przekonywał, że to ofiary pedofilii kuszą księży, i prokurator, któremu udało się przekonać sąd, że pedofil jest właściwie niewinny i jest ofiarą pomówień. Polska wiejska i małomiasteczkowa jest szczególnie naznaczona niekrytykowaniem księży i Kościoła, który już w transformację wszedł jako niekwestionowany autorytet i „męczennik”.

Sam Kościół zresztą pielęgnuje mit męczennika, który przez okres zniewoleń i PRL-u przeniósł nienaruszalny depozyt wiary. Ten film tego właśnie dotknął, kazał spojrzeć na tych, którzy są wokół nas, obnażył kłamstwo, na które chcąc czy nie chcąc się godzimy. Chodzi nie tylko o społeczeństwo, ale także partie polityczne i inne struktury państwa, jak sądownictwo czy policja. Kordon bezpieczeństwa wokół księży trwał i jeszcze trwa…

 

Jak długo? Czy kiedyś uda się w końcu osiągnąć rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa?

Głosy są podzielone. Optymiści przekonują, że film Wojciecha Smarzowskiego włączył się w proces dekompozycji Kościoła, który trwa od kilku lat. Temat pedofilii przestał być w mediach tematem tabu już jakiś czas temu. Zaczyna się o tym głośno mówić, zapadają wyroki skazujące księży i Kościół jako instytucję. Media, które jeszcze kilka lat temu omijały ten problem szerokim łukiem, teraz już drążą temat. Nie mówię oczywiście o napastliwej publicystyce prawicowych mediów, które zamykają oczy na rzeczywistość i trwają w nieprzemakalnej mowie nienawiści. Ale problem zauważa na przykład jezuicki portal Deon.pl, dominikanie, niektórzy księża, a nawet biskupi.

 

Pan należy do tych optymistów?

Z natury jestem optymistą, ale jak wiemy młyny kościelne mielą wolno i zmiany tam zachodzące często są niedostrzegalne. Ale przecież trzeba zauważyć, że to nie jest tak, że ten film pojawił się w próżni. Zbiegło się to z pontyfikatem papieża Franciszka, który zmienił kurs z obronnego i krytykującego świat, na autokrytykę i autorefleksję. Jesteśmy po głębokim rachunku sumienia niektórych lokalnych Kościołów, jak chilijskiego, w którym cały episkopat podał się do dymisji. Ze strony Watykanu pojawiło się światło, że nie tylko wolno, ale trzeba to robić.

Od 20 lat trwa samooczyszczanie Kościoła amerykańskiego, dołączył do niego irlandzki czy niemiecki. W chwili globalnej wymiany informacji takie rzeczy się rozpowszechniają. Nawet uwzględniając polską specyfikę, szczególną rolę katolicyzmu w społeczeństwie, a może właśnie dzięki temu, nakaz rozliczenia się tej instytucji z błędami i przestępstwami, których dopuszczali się niektórzy księża, jest nakazem chwili. Niedawno odbyła się ogólnospołeczna akcja zawieszania dziecięcych bucików na ogrodzeniach wokół kurialnych budynków, aby zwrócić uwagę na pedofilię w Kościele, działa fundacja „Nie lękajcie się”, która pomaga ofiarom księży pedofili.

To nie jest jeszcze powszechne ruszenie, ale sygnałów wskazujących na to, że Kościół przestał być „świętą krową” jest wiele. Dlatego jestem optymistą, wierzę, że coś się zmieni.

 

Powstanie raport o pedofilii w Kościele? W Irlandii to był kulminacyjny moment wyznania win.

Ten raport już powstaje. Fundacja „Nie lękajcie się” gromadzi materiały…

 

Pytam o raport samego Kościoła.

Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak zapowiedział, że taki raport powstanie. Niektórzy biskupi podają nawet konkretne dane. Taką deklarację złożył także rzecznik wpiskopatu ds. przeciwdziałania pedofilii w Kościele jezuita o. Adam Żak. Jestem jednak realistą i wiem, że Kościół robi pewne rzeczy tylko dlatego, że są na nim wymuszane. Dlatego wiele zależy od polityków, dziennikarzy i od nas wszystkich.

Myślę, że sam Kościół tego nie zrobi, bo nigdy niczego nie robił sam z siebie, ale jeżeli presja społeczna będzie wystarczająco silna, to nie będzie miał wyjścia.

 

Na razie alergicznie zareagował na film „Kler”. To jest przygnębiające.

Chciałem wspomnieć film „Spotlight” o raporcie dziennikarzy „The Boston Globe” na temat pedofilii w Kościele. Sam raport powstał na początku XXI wieku, a film kilkanaście lat później. To nie jest problem tylko polskiego społeczeństwa. Nawet w społeczeństwie amerykańskim, mimo tradycji dojrzałej demokracji, trudno było ten „system” złamać. Teraz jesteśmy już w innym momencie, nie ma już próby organizowania „miękkiego lądowania” odpowiedzialnym za to zło, jak to było w przypadku kardynała Bostonu Bernarda Law, który nie tylko nie poniósł prawnej odpowiedzialności, ale otrzymał od Jana Pawła II zaszczytne stanowisko w Rzymie.

Opór materii jest i będzie, ale to nie znaczy, że trzeba składać broń i się poddawać. Temu też służy nasza rozmowa, w której próbujemy pokazać, jak działają te mechanizmy. Przyznanie się do błędu, a zwłaszcza takiego, nigdy nie jest łatwe. Teraz to od nas zależy, czy pozwolimy, aby Kościół wymigał się od odpowiedzialności.

 

Z drugiej strony film pokazuje, że Kościół i duchowni mogą wszystko… Nawet teraz, przy takiej władzy, Kościół może dużo. Nie może pozostać nieprzemakalny na taką społeczną presję?

Użyłbym jednak słowa w czasie przeszłym – mógł dużo. Przy obecnym spleceniu Kościoła z władzą, zwłaszcza pewnej części Kościoła, możemy się temu przyjrzeć jako patologii, która przecież nie będzie trwała wiecznie. Możemy, a wręcz musimy przyglądać się także nadużyciom władzy usprawiedliwiającej, a nawet finansującej Kościół i potem z tego finansowania go nierozliczającej. Widzimy podwójne standardy, które stosuje władza wobec Kościoła i Kościół wobec władzy. To jest pewien moment, który jeszcze trwa, ale to, że powstał ten film, zobaczyło go już ponad milion widzów, dyskutujemy o nim, świadczy o tym, że ludzie potrzebują nowego języka, aby o tym mówić.

Sztuka takiego właśnie języka dostarcza: ośmiela, wskazuje, daje możliwości interpretacyjne i analityczne. Możemy już chyba mówić o Kościele po „Klerze”. Wydaje mi się, że tak teraz będziemy patrzeć na stosunki Kościół-państwo.

 

„Głęboko wierzę, że ten film może się przyczynić do głębokiej rewolucji w mentalności Polaków” – powiedział w jednym z wywiadów Arkadiusz Jakubik, który zagrał genialnie postać księdza Andrzeja Kukuły. Zgadza się pan z nim?

W całej rozciągłości. Ta postać pokazuje, także w filmie, że są osoby niejednoznacznie negatywne. A z tym zdaniem zgadzam się w stu procentach. Ostatnio także Jurek Owsiak powiedział, że to jest dla niego najważniejszy film 30-lecia. Nie oceniam artystycznie tego kina, ale ze względu na to, że po raz pierwszy dotknął funkcjonowania Kościoła w przestrzeni publicznej, i to w bardzo różnych aspektach.

Pedofilia jest przecież jednym z elementów, jest także korupcja, niejasne finanse, worki pieniędzy – to wszystko zostało pokazane z chirurgiczną precyzją.

 

Przeczytałam recenzję mojego kolegi dziennikarza, blisko związanego z Kościołem, i on twierdzi, że to bardzo bolesne, bo może palcem wskazać takich ludzi.

O tym mówił też były ksiądz Piotr Szeląg, który był konsultantem tego filmu. Pierwowzorów nie trzeba daleko szukać. Jest to genialnie podpatrzona kronika wypadków, wpadek wielu biskupów i księży. Wojciech Smarzowski nie potrafi udawać, że nie pada, jeżeli pada. Nie może być tak, że wobec biskupa czy księdza alkoholika będą stosowane inne normy oceny niż wobec zwykłych śmiertelników. To samo dotyczy nadużyć finansowych czy pedofilii.

 

Wojciech Smarzowski mówił, że po premierach w różnych miastach zgłaszali się do niego ludzie, aby opowiedzieć o tym, że byli molestowani przez księży. Arkadiusz Jakubik zadedykował go koledze-ministrantowi, który ponad 20 lat temu był molestowany przez księdza. Swoją historię przypomniał reżyser Andrzej Saramonowicz. Pan zna takie osoby?

Tak, znam, tych historii jest bardzo dużo, przypomnę głośną sprawę jezuity Krzysztofa Mądla, która była medialnie komentowana. Ja sam byłem molestowany jako ministrant przez dwóch księży. Nie jest to dla mnie dramatycznie ważne, ale taki jest fakt. A o tym, jak bardzo jest to powszechne, świadczy to, jak wielu ludzi sobie to przypomina albo na nowo przeżywa.

Dla mnie o wiele trudniejszym i dramatyczniejszym zjawiskiem jest to, że molestowane dzieci nie miały tego komu powiedzieć. Rodzice nie wierzyli, stygmatyzowali dzieci, uważali, że to one są winne, albo po prostu milczeli. Nie było zdolności nazwania tego, było za to poczucie winy, wstydu i grzechu. Być może ten film da nowy język ofiarom i wzbudzi empatię.

 

To przerażające, że dorośli, rodzice, opiekunowie nie są w stanie obronić tych bezbronnych…

Przerażające jest to, że ludzie nie czują żadnej empatii, nawet w stosunku do dzieci. Są w stanie oskarżyć ofiary o to, że chcą tylko wydrzeć pieniądze i zaszkodzić Kościołowi. To jest rodzaj wzbudzania winy w ofierze, a o zbrodniarzach, przestępcach i pedofilach się zapomina.

Jeden z księży, który mnie molestował, popełnił samobójstwo po artykule w tygodniku „Nie” w latach 90. Byłem wstrząśnięty, gdy to przeczytałem, i dokładnie pamiętam, kiedy i gdzie. Byłem wtedy na lotnisku w Balicach i oglądając gazety na stoisku rzucił mi się w oczy krzyczący tytuł. Myślałem o jego ofiarach, bo artykuł był oparty na rozmowach z byłymi ministrantami, którzy byli ofiarami tego księdza. Jednak myślałem również o nich. Choć z nikim nie mam kontaktu, wiem, że takie doświadczenie potrafi naznaczyć na całe życie, czasem je po prostu złamać. Przecież ofiary też popełniają samobójstwa.

Dla mnie to jest bardzo poważny problem społeczny. Trzeba umożliwić ofiarom nazwanie tego, co się stało, oraz zaakceptowanie tego przez najbliższych i rodziny. To będzie sprawdzian dojrzałości społeczeństwa. Film pokazuje, że jesteśmy niedojrzałym społeczeństwem, które nie potrafi nazwać rzeczy, które są bolesne dla znacznej części jego samego. Jeżeli Wojciechowi Smarzowskiemu uda się pomóc w tym bolesnym i powolnym dojrzewaniu, to będzie należał mu się pomnik.

 

Jak bardzo trudno jest żyć z takimi wspomnieniami?

Garb bycia ofiarą księdza pedofila jest bardzo duży. Przerażająca jest też zmowa milczenia, wiele osób wie, że tak się dzieje, ale nie chce o tym mówić. I to nie tylko w kręgach kościelnych, chodzi też o autorytety naukowe, ludzi show-biznesu albo po prostu członka rodziny.

Tych „trupów w szafie” jest dużo. Nie chodzi o to, aby rozpocząć teraz polowanie na czarownice i aby dochodziło do społecznych, masowych linczów. Ale potrzebne jest elementarne rozliczenie i prewencja, bo to cały czas dzieje się na naszych oczach. „Bestie” są wypuszczane na żer, jak napisał jeden z autorów, który się tym tematem zajmuje zawodowo, tolerowane, przenoszone z parafii na parafie, to trzeba ukrócić i temu zapobiec.

 

Dużo pana, jako ofiarę, kosztowało to, aby zacząć o tym mówić?

Tak, to jest bardzo trudne i przykre, a nawet bolesne. Ciągle się zastanawiałem, czy coś ze mną było nie tak, że na to przyzwoliłem, że nie potrafiłem się przeciwstawić, uciec… Należę do milczącej większości, nie wracałem do tego przez dziesięciolecia. Dopiero taka rozmowa jak nasza czy emocje towarzyszące mi po obejrzeniu filmu „Spotlight” (bo wtedy powiedziałem o tym publicznie pierwszy raz w recenzji z tego filmu opublikowanej przez portal „Kultury Liberalnej”) spowodowały, że uznałem, że dla prawdy tego, co mówię, powinienem uwzględnić ten wstydliwy i bolesny fragment mojej biografii. Ale to zawsze jest bardzo trudne.

Chciałbym nie włączać tego w moją opowieść, ale to się stało. Uważam, że uczciwość intelektualna i duchowa domaga się tego, skoro tak było, to trzeba o tym powiedzieć.

 

Jak wiele zmieniłoby słowo przepraszam?

Sam nie wiem, ale mam wrażenie, że księża pedofile zatracili zmysł moralny, nie dostrzegają, jak wielkie spustoszenie za ich sprawą dokonuje się w psychice dziecka. Po tych doświadczeniach oddaliłem się od Kościoła i byłem przekonany, że to oddalenie będzie ostateczne. Stało się inaczej. Potem jako student zbliżyłem się do zakonu benedyktynów, a potem jezuitów. Decydując się na wejście do struktur kościelnych na nowo opowiadałem o tym, ale spotkałem się z absolutnym milczeniem. Tak jakby nic się nie stało. To było dla mnie najbardziej przerażające.

 

A jednak zdecydował się pan wejść w te struktury.

To jest tajemnica wejścia i wyjścia… Myślę, że jedno i drugie było dobrą decyzją.

 

I mimo wszystko jest pan optymistą?

Nie chcę być optymistą za wszelką cenę. Uważam, że lepsza jest rozmowa, mówienie i nazywanie niż milczenie. Wspólnie uczymy się nowego języka i nazywania rzeczy przykrych i trudnych, ale jednak nazywania. To oznacza, że zdrowiejemy.