Ksiądz – pedofil na dworze Pinocheta

Oburzenie z powodu rozmiarów moralnej degrengolady Kościoła katolickiego przycichło nieco w mediach, gdy cały świat zaczął przyglądać się wydarzeniom w Ameryce. Niesłusznie. Zanim więc powróci bałwochwalczy i irracjonalny kult papieża z Polski (pomniki ciągle stoją), przypomnijmy kolejną z pocztu niechlubnych postaci w sutannach.

Kim był „umiłowany syn Jana Pawła II” Marcial Maciel Degollado, opinia publiczna trochę już wie. Hojny sponsor i sprawny organizator papieskich podróży do obu Ameryk, a równocześnie założyciel Legionu Chrystusa, katolickiego zgromadzenia, w którym nagminną praktyką, rytuałem organizacyjnym niemalże, były odrażające praktyki pedofilskie. Mało jest znana natomiast nader podobna działalność ks. Fernando Karadimy z parafii El Bosque w Santiago de Chile. On też stworzył przemysłowy niemalże system deprawacji dzieci i młodzieży.
Były lata 80. XX wieku. W Chile rządy faszystowskiej junty Augusto Pinocheta trwały w najlepsze. Pinochet oraz jego najbliższe otoczenie, przedstawiający się jako wzorcowi katolicy, otrzymywali cały czas wsparcie bezpośrednio z Watykanu oraz od nuncjusza papieskiego Angelo Sodano, bliskiego współpracownika Jana Pawła II. Ci „obrońcy tradycyjnych wartości” mieli równocześnie bardzo bliskie kontakty z siatką pedofilską ks. Karadimy. Dyktator chronił poprzez swoich podwładnych – zwłaszcza z DINA (Direccion de Inteligencia Nacional, owianej złą sławą z racji masowych morderstw oraz stosowania bestialskich tortur wobec przeciwników reżimu służby specjalnej) – przychylnych reżimowi duchownych zamieszanych w skandale seksualne. Masowe informacje nt. temat docierały do Rzymu z Chile mniej więcej od 1984 roku. Wszystkie pozostawały bez jakiegokolwiek echa. Sam Angelo Sodano zamieszany był zresztą w serię skandali, cyklicznie powtarzających się przez cały jego pobyt w Chile (1977-1990). Ten twardy, fanatyczny antykomunista, przeciwnik jakiejkolwiek myśli lewicowej czy progresywnej uwielbiał Pinocheta i sposób działania reżimu – z wzajemnością. Ernest Ottone – były szef chilijskich komunistów czy Marco Enriquez-Ominami, lewicowy działacz polityczny mówią o tym, jak Sodano, a za jego sprawą papież postarali się, by nad krwawą dyktaturą trwał międzynarodowy parasol ochronny. Współpraca ta zaowocowała prześladowaniami chilijskich księży i zakonników zaangażowanych w teologię wyzwolenia, jak również katolików świeckich, przeciwników reżimu, denuncjowanych przez Karadimę, jego otoczenie i samego Sodano. Równocześnie wielu wysokich funkcjonariuszy junty korzystało z różnorakich form usług seksualnych jakie zapewniał krąg i system pozyskiwania ofiar zorganizowany przez ks. Karadimę, a Pinochet interesował się niesłychanie drobiazgowo orientacją seksualną chilijskich księży katolickich i przypadkami pedofilii.
Sekta czy też mafia – jak można nazywać system Karadimy – przetarła drogę do Chile Legionowi Chrystusa, a przede wszystkim – Opus Dei. Jan Paweł II mógł się tylko cieszyć; w latach 80. żadna z tych struktur, które tak cenił, nie była jeszcze w Chile mocno zakorzeniona. Dzięki Karadimie to się zmieniło. Odrażający duchowny poprzez kontakty z DINA penetrował katolickie środowiska i seminaria w całym Chile, wybierając młodych seminarzystów, a także chłopców rozpoczynających nowicjat w zakonach. Inwigilował środowiska bliskie podczepionej pod reżim elicie, unikając ofiar będących pochodzenia indiańskiego czy z rodzin mieszanych. Preferowani byli młodzieńcy biali, najlepiej blondyni, z rodzin z problemami małżeńskimi, by nikt z bliskich ich nie bronił…
Ale dochodzi tu jeszcze jeden aspekt bliskich kontaktów – by nie powiedzieć powiązań – reżimu Pinocheta i Watykanu. Chodzi o pieniądze przekazywane w formie datków, darowizn czy wspomagania określonych fundacji katolickich przez reżim chilijski. Tak jak Maciel, tak Karadima był niesłychanie sprawnym organizatorem, zapewniającym przy pomocy DINA i innych organów państwa dopływ sporych funduszy. Był biznesmenem w sutannie, jakich w czasie neoliberalizmu mnóstwo ujawniło się w Kościele – można powiedzieć, prekursorem tych wszystkich „świątobliwych ojców”, którzy dziś pozyskują dla Kościoła gigantyczne środki finansowe, przeznaczane potem po prostu na konsumpcję (przez wyższe duchowieństwo) czy na wspieranie antymodernizacyjnych, reakcyjnych ruchów czy środowisk. Kto wie, czy to właśnie nie jest kluczowe dziedzictwo Jana Pawła II i jego ulubieńców – idea misyjnego i ewangelizującego w duchu super konserwatywnym, a do tego skutecznego w pozyskiwaniu środków doczesnych na swą działalność Kościoła.
Degollado i inni zwyrodnialcy spod parasola ochronnego w czasie pontyfikatu Jana Pawła II dokończyli żywota w ciszy i na uboczy, w zakątkach klasztornych murów w różnych częściach świata. Bez większych perturbacji w latach władzy najbliższego współpracownika Wojtyły i jego następcy, papieża Benedykta XVI. Fernando Karadimę w 2018 r. papież Franciszek suspendował i usunął z Kościoła, mimo ukończonych 90 lat. Słusznie uznano go za synonim upadku całego chilijskiego Kościoła. Czas, by i w Polsce wojujący antykomunizm i ultrakonserwatywny katolicyzm przestały uchodzić za cnoty.

Wizja pedofilii na zachodniej lewicy w czasach Jana Pawła II

Po stronie obrońców czci polskiego papieża są tacy, którzy próbują relatywizować jego winę tolerowania pedofilii w Kościele innym kontekstem mentalnym jego epoki, kiedy ukrywanie tego rodzaju przestępstw miało być wręcz dbaniem o powszechną moralność, a pedofilia nie była tak powszechnie potępiona, jak dzisiaj. Tymczasem istnieje ciekawa historia lewicowego podejścia do pedofilii na Zachodzie w czasach międzynarodowej kariery Karola Wojtyły. Nie dotarła do Polski, bo mieliśmy PRL. Z dzisiejszego punktu widzenia nie wygląda to niestety lepiej, niż kościelne zamiatanie pod dywan. Może nawet gorzej.

W chrześcijaństwie teoretycznie sprawa jest prosta. W Ewangeliach synoptycznych Jezus bardzo wyraźnie potępia pedofilię i to wyjątkowo surowo, sugerując nawet karę śmierci (np. Mt 18, 6 – „Jeśli zaś ktoś zgorszyłby jednego z tych najmniejszych…). Radzi wtedy „wyłupienie sobie oka” lub odcięcie sobie ręki lub nogi, jeśli „prowadzą do grzechu”, identycznie jak w Kazaniu za Górze, gdzie zakazuje cudzołóstwa. Jednak zakaz cudzołóstwa i prostytucji jest u niego objęty możliwością wybaczenia, a nawet braku potępienia (J 8, 11 i inne), co nie dotyczy czynów pedofilskich.
„Nauczmy nasze dzieci miłości” – prasowe ogłoszenia pedofilskie na Zachodzie po 1968 r. nie były niczym niezwykłym.
Protest Jezusa odnosił się tu do zjawisk społecznych jego epoki: podobnie jak w całym cesarstwie rzymskim, właściciele niewolników w starożytnym Izraelu wykorzystywali ich również seksualnie, zależnie od swych preferencji, tj. włączając w to też dzieci.
Innym rozpowszechnionym zjawiskiem był wymóg regulowania drobnych długów ubogich rodzin poprzez „udostępnianie” celnikom, poborcom podatkowym lub lichwiarzom żon, młodych córek, synów i dzieci. O ile „użyczanie” osób dorosłych uchodziło za jako tako „normalne”, wykorzystywanie dzieci napotykało na ludową niechęć, i to mimo, że religia to jakby ignorowała.
Jezus podważał tu jeden z „boskich” przepisów żydowskiej Tory (Kpł 25, 44-46) promujących niewolnictwo osób i dzieci nieżydowskich. To naturalnie nie przeszkadzało amerykańskim właścicielom niewolników, zarówno katolickim, jak i protestanckim, cytować te wersety, by udowodnić jak pobożnymi są chrześcijanami.
Ze Starym Testamentem był ten problem, że zakazywał homoseksualizmu, zoofilii i kazirodztwa (choć w tym ostatnim wypadku uznawał sporo wyjątków za pobożne), ale nie pedofilii. Ci, którzy w czasach Jezusa wykorzystywali ubogich, by dobierać się do ich żon czy dzieci, czuli się w pełni praw, a sam Jezus był społecznie niebezpieczny, gdyż przede wszystkim zdawał się symbolicznie „gwałcić” święte prawo własności.
Rewolucja seksualna
Oczywiście klasowe, seksualne wykorzystywanie poddanych hierarchicznym prawom feudalizmu i kapitalizmu trwało (i trwa) w różnych formach następne 2 tysiące lat, mimo zwycięstwa chrześcijaństwa, lecz by zbliżyć je do czasów JP2, trzeba przejść do prawdziwej obyczajowej bomby atomowej w świecie zachodnim, którą były wydarzenia 1968 r. we Francji. Przedtem (po II wojnie) jawnym, propagandowym ośrodkiem dyskursu pedofilskiego w Europie była niespecjalnie lewicowa Holandia, promieniująca na Niemcy, Belgię, czy Danię. Już wtedy był on podpięty pod walkę o prawa gejów, lecz jego oddziaływanie było stosunkowo ograniczone.
Jakoś tak się stało, że masowe strajki i bunty uniwersyteckie z 1968 r. nie zostały zapamiętane jako znaczne przesunięcie do przodu praw pracowniczych, czy różnych mniejszości, lecz jako olbrzymie wyzwolenie obyczajowe, skierowane przeciw „sklerotycznym dziadersom”.
W skrócie, slogan „Zakazuje się zakazywać” pozwolił później upowszechnić kobiecą antykoncepcję, zalegalizować przerywanie ciąży, czy uwzględniać prawa mniejszości seksualnych, ale też prowadził do wizji społeczeństwa w stylu słodkich obrazków z pism Świadków Jehowy, gdzie lew, który przeszedł na wegetarianizm, przytula się do małego, uśmiechniętego chłopca, czy dziewczynki. „Wszechogarniająca miłość” miała sprowadzić rodzaj laickiego Królestwa Bożego na ziemi, ogarniającego wszystkie rodzaje skłonności seksualnych. Jakby nikt nie zauważył, że lwy ciągle jednak nie są weganami.
Lawina miłości
Kiedy Karol Wojtyła stanął na czele Kościoła katolickiego (1978), dyskurs pedofilski był na Zachodzie już ugruntowany. We Francji i na całym zachodnim świecie karierę robiły nagradzane książki otwartego geja Tony’ego Duverta, jak Dobry seks ilustrowany (1973), radosna apologia pedofilii, jako „międzypokoleniowej wspólnoty seksualnej”. Radykalnie lewicowy filozof René Schérer w swoim Emilu przewrotnym (1974) wyjaśniał, że stosunki płciowe z dziećmi nie przynoszą im żadnych szkód, a jedynie pożądane szczęście.
Radykalnie lewicowa gwiazda „paryskiej wiosny” 1968 r. Daniel Cohn-Bendit opowiadał w Wielkim Bazarze (1975), jak dzieci pod jego opieką żywo interesują się jego rozporkiem, a Gabriel Matzneff w Mniej niż 16 lat (1975) przekonywał, że prawna dojrzałość seksualna (dziś 15 lat) jest niepotrzebnym, mieszczańskim przesądem, podczas gdy dzieci mają oczywiste, pełne prawo do swobodnego seksu z dorosłymi.
W sumie chodziło jednak o prawa dorosłych, gdyż przestarzałe kodeksy karne ciągle przewidywały kary za pedofilię. Niezbędnych reform domagały się organizacje gejowskie, które w pełni identyfikowały się ze „sprawą pedofilii”, jak Homoseksualny Front Akcji Rewolucyjnej (FHAR), animowany przez młodego eseistę radykalnej lewicy Guya Hocquenghema, partnera i ucznia René Schérera, który zaczął wydawać pedofilski przegląd naukowy Badania nad dzieciństwem i edukacją. Przedsięwzięciu patronował sam Michel Foucault, światowej sławy historyk, filozof i socjolog, który podjął wtedy walkę z tymi psychiatrami dziecięcymi, którzy zaczęli kwestionować nieszkodliwość pedofilii.
Stanowisko wielkiego Foucaulta przerodziło się w modę na „antypsychiatrię”. Socjolog postulował, żeby nie słuchać zacofanych psychiatrów, a jedynie bezpośrednio dzieci, których słowa same pomogą „ustalić jaki był stopień przemocy, czy przyzwolenia” na akt płciowy.
Bitwa o wolność
W dwa miesiące po rzymskiej intronizacji Karola Wojtyły, w radykalnie lewicowej wówczas Libération seryjny pedofil i zresztą żywy organizator społeczności pedofilskiej Jacques Dugué, umieszczony w areszcie za kolejny „zbyt gwałtowny” gwałt, pisał o zaletach sodomizacji dzieci: „Dziecko, które kocha dorosłego, kocha czuć jego członek w swym ciele”, nawet jeśli tego nie wie, co ma być widocznym znakiem miłości.
Luc Rosenzweig, Schérer i Matzneff wydali Kto się boi pedofilów?, żeby przełamać opór „ludzi nie wierzących w naukę”, uznanych za ówczesnych foliarzy i płaskoziemców, a eseiści Pascal Bruckner i Alain Finkielkraut zachwycali się wspólnie kolejną książką Tony’ego Duverta, już nie tyle pedofilską, co wprost pedopornograficzną, której dziś nie dałoby się wydać nawet w jakimś trzecim obiegu. Duvert opowiadał tam o swoich 5 i 6-letnich „kochankach”. Jak to było możliwe?
W drugiej połowie lat siedemdziesiątych przez media przetoczyła się fala współczucia dla pedofilów, którzy mimo wszystko bywali skazywani, przynajmniej w tzw. grubszych sprawach, jak gwałty zbiorowe. Np.tylko w 1977 r. w Le Monde, który uchodził jeszcze wówczas za pismo bardzo prestiżowe, ukazały się aż dwa listy otwarte intelektualistów lewicowych, wzywające do uwolnienia niepotrzebnie więzionych pedofilów.
Wśród sygnatariuszy tego typu apeli byli ludzie, których dzieła studiowano na uniwersytetach całej planety, mega-gwiazdy postępowej inteligencji stanowiące wzór duchowo-umysłowy, jak feministka Simone de Beauvoir, komunistyczny pisarz Louis Aragon, semiolog Roland Barthes, filozofowie Gilles Deleuze, Jean-Paul Sartre czy André Glucksmann, politycy lewicy, jak Bernard Kouchner i Jack Lang oraz wielu, wielu innych szeroko wtedy znanych lub już wymienionych w tym artykule.
Zalążki upadku
Od razu warto wyjaśnić, że choć Simone de Beauvoir stawała w obronie pedofilii, ruchy feministyczne, które inspirowały się jej książkami, pedofilię odrzucały. Kiedy np. w 1980 NAMBLA (wielka amerykańska organizacja gejowsko-pedofilska) objęła kierownictwo organizacji nowojorskiego Gay Pride, feministki i lesbijki wezwały do bojkotu imprezy.
Wtedy już francuski Front Wyzwolenia Pedofilów (FLIP) działał słabo, w porównaniu do podobnych organizacji w innych krajach Zachodu. Najbardziej pro-pedofilską partią lewicy we Francji była wtedy trockistowska Rewolucyjna Liga Komunistyczna (LCR), lecz te idee przenikały do innych ugrupowań, również nielewicowych, częściowo dość dyskretnie.
W Niemczech jawnie pro-pedofilską partią byli (lewicowi wówczas) Zieloni, którzy jeszcze w 1985 r. głosili „produktywność stosunków płciowych z dziećmi” (sic!). We Francji ruch gejowsko-pedofilski podzielił się na lewicowy, skupiony wokół pisma Le Gai Pied, oraz skrajnie prawicowo-neonazistowski jednoczący fanów magazynu Gaie France. Ten drugi był bliższy holenderskim i niemieckim organizacjom pedofilskim. Dziś oczywiście nie ma wśród nich mowy o pedofilii – politycznie, we Francji geje prawicowi dołączyli gromadnie do Frontu Narodowego Le Penów pociągając za sobą zresztą sporą część dawnych gejów lewicowych.
Dziś jawne zrozumienie dla pedofilii wykazują z tej strony tylko osoby o wyjątkowym statusie, jak pisarz Renaud Camus, autor Wielkiej Zamiany, książki przeciw niebiałej imigracji, która inspiruje prawicowych terrorystów.
Lata przełomu
W latach 90. ub. wieku trudno było ludziom zgłaszać afery pedofilskie np. w Kościele, bo nie dość, że wyglądało to na zamach na autorytet Kościoła, dochodziły do tego obawy o pewną stygmatyzację, zarzut zacofania, niezrozumienia, a nawet „spiskowości” ze strony liberalnej już wtedy inteligencji.
Rzeczywiście, pod wpływem wypowiedzi osób uznanych za autorytety, pedofilia zaczęła być uznawana za coś establiszmentowego, związanego z władzą, co znacznie rozbiegało się z oczekiwaniami ludzi „lewicy post-68”, którzy wcześniej chcieli widzieć „powszechną miłość” w działaniu. Mówienie o „teoriach spiskowych wśród ludu” pękło jednak jak bańka mydlana w obliczu afer, które najdosłowniej wstrząsnęły całym globem, jak „sprawa Dutroux” z 1996 r., z której skutkami Belgia boryka się do dzisiaj.
Tu nie chodziło już o jakieś „stosunki międzypokoleniowe”, czy nawet „zwykłe” gwałty, tylko porywanie, więzienie, wykorzystywanie i zabijanie dzieci, z wykazaniem, jak bardzo ówczesny liberalny świat polityczny był w tym umoczony po uszy, jeśli nie przez uczestnictwo w takim procederze, to poprzez jego zorganizowane, wytrwałe tuszowanie.
Ludzie wyszli na ulice. Cała aura „dobrej pedofilii” została zdmuchnięta w obliczu niepohamowanego gniewu. Ujawnianie zadziwiających afer ruszyło z miejsca, jak ów handel, dosłownie pedofilskie licytacje małych dzieci-sierot (albo i nie) z Trzeciego Świata, sprowadzanych do Amsterdamu pod pretekstem humanitarnym.
Tak, jakby wróciły czasy Jezusa. Wobec dorosłego, każde małe dziecko może być niewolnikiem i da się to wykorzystać.
Epilog
Wobec tak powszechnej fali oburzenia i pomiarkowania się mediów, ruchy gejowskie postanowiły całkowicie odciąć się od pedofilii, do tego stopnia, że dziś mieszanie homoseksualizmu z pedofilią uchodzi za poważny, homofobiczny błąd (i zresztą najczęściej nim jest). Zachodnie stowarzyszenia LGBT, bardziej dziś liberalno-prawicowe, niż lewicowe, poszły drogą pogardzanego wcześniej „obyczaju mieszczańskiego” tj. ubieganiem się o legalizację związków i małżeństw, co ma symbolizować pewne „ustatkowanie się”, niezbędne w ich oczach, by zyskać społeczną akceptację.
Przekierowanie dział oburzenia na Kościół, czy inne struktury homoseksualne (jedynie w sensie jednopłciowości) jakoś zażegnało kryzys.
Co do Kościoła. Idee, książki, poglądy pro-pedofilskie promieniujące po 1968 r. oczywiście przenikały również i tam. Przekonanie, że tylko niewykształceni ostro potępiają pedofilię lub, że w istocie nie jest ona taka znowu zła, dawało jakieś argumenty nie tylko sprawcom, ale i tuszującym.
Tuszowanie spraw było w ich oczach konieczne nie tylko dlatego, że czyny pedofilskie były objęte potencjalnie kosztownymi zakazami prawnymi lub, że powodowały niechęć świeckich, ale i ze względu na tę mniejszość duchownych, która wierzy w jasny przekaz ewangeliczny. Klasyczne dbanie o spójność organizacji typu niestety mafijnego.
Co do różnych sław, które dały się uwieść pedofilii w imię np. walki z wykluczeniem społecznym, tolerancji, czy konceptów w rodzaju „poliamorii”, część zmarła naturalnie, część na AIDS w latach 80., a inni, jak Cohn-Bendit, czy Kouchner, wyrazili żal, mówiąc „nikt wtedy przeciw temu nie protestował” lub „takie to były czasy” i przeszli do prawicy. Jeszcze inni siedzą w więzieniach lub mają na karku ciągnące się sprawy sądowe, a niektórzy po prostu milczą, zmarginalizowani.
Znajomość działań zachodniej lewicy, która nie tuszowała pedofilii, nie może przekreślać niebywałego dorobku naukowców, artystów, publicystów i filozofów, którzy grupowo pomylili się w jednej sprawie. Chodzi o ludzi, dzięki pracy których inni mogli rozszerzyć swój horyzont o znajomość licznych mechanizmów rządzących ludzką społecznością. Nikt im tego nie odbierze, bo nie da się zredukować ich życia do fatalnego błędu.
Grupowe, czasowe zaczadzenia, czy przesądy inteligencji są oczywiście groźniejsze od „ludowych” mitologii, lecz zdarzają się tak samo często. Lewica na Zachodzie otrząsnęła się z błędu i z pewnością zapamięta tę lekcję na długo.

Raport McCarricka. Czy kard. Dziwisz może spać spokojnie?

Rapporto sulla conoscenza istituzionale e il processo decisionale della Santa Sede riguardante l’ex Cardinale Theodore Edgar McCarrick (dal 1930 al 2017) – ponad 400-stronicowy dokument wydany przez Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej, w dniu 10 listopada 2020 roku, to lektura szokująca.

Już we Wstępie dowiadujemy się jak wyglądała kariera, a przede wszystkim decydujący o niej proces nominacji, jednego z najważniejszych amerykańskich kardynałów, Theodora McCarricka, na przestrzeni czterech pontyfikatów: Pawła VI, Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka. Całość dokumentu obnaża przerażające mechanizmy dokonywania nadużyć i przestępstw seksualnych, ich ukrywania i przemilczania na wszystkich szczeblach Kościoła katolickiego. Odsłania korupcję moralną, pokazuje prawdziwe oblicze kultury klerykalnej, a przede wszystkim ujawnia psychoseksualną niedojrzałość duchownego, zajmującego wysokie szczeble władzy i któremu powierzano odpowiedzialne, delikatne zadania.
Jest to Raport bezprecedensowy w historii Kościoła. Wynik dwuletniego dochodzenia, które zostało podjęte z woli papieża Franciszka, po tym, jak w sierpniu 2018 roku, były nuncjusz apostolski w Stanach Zjednoczonych, Carlo Maria Vigano, wykorzystując międzynarodowy rezonans medialny, oskarżył papieża o tuszowanie pedofilii i zażądał, by ten podał się do dymisji. Dokument ujawnia co o nadużyciach seksualnych McCarricka wiedział Jan Paweł II i dlaczego zdecydował się, pomimo ostrzeżeń, awansować go na arcybiskupa metropolitę Waszyngtonu w 2000 roku, a rok później nominować go kardynałem. Raport usprawiedliwia papieża Polaka już we Wstępie, sugerując, że prawdopodobnie powodem jego błędnej decyzji w sprawie Theodora McCarricka było doświadczenie wyniesione z Polski, gdzie używano fałszywych oskarżeń przeciwko biskupom, aby uderzyć w Kościół. Po przeczytaniu całości dokumentu, ten argument wydaje się jednak zbyt banalny i niewystarczający. Raport rzuca jednak cień na kard. Stanisława Dziwisza, ówczesnego sekretarza papieża.
Wujek Ted
Seryjny predator seksualny i pedofil, molestator niedojrzały psychoseksualnie i zaburzony uczuciowo, hierarcha wykorzystujący pozycję i władzę, by zastraszyć własne ofiary, manipulator, a przede wszystkim kłamca – to portret byłego kardynała Theodora McCarricka, któremu przez blisko czterdzieści lat udało się ukryć swoje przestępstwa i nadużycia.
Jak możemy przeczytać w Raporcie, w wyniku watykańskiego dochodzenia, ustalono z całkowitą pewnością, że McCarrick miał kontakty seksualne z osobami nieletnimi i pełnoletnimi bez ich przyzwolenia, które obejmowały: kontakty fizyczne, obmacywanie, molestowanie, dotykanie, obcieranie, masturbację, a w niektórych przypadkach penetrację lub próbę penetracji, dopuścił się również molestowania seksualnego w konfesjonale. Choć nie podano dokładnej liczby ofiar, z Raportu można wywnioskować, że było ich kilkanaście. Nie podano też okoliczności i szczegółów wykorzystywania nieletnich, ze względu na dobro ofiar.
Osoby, których zeznania uznano za wiarygodne, poświadczyły, że McCarrick nawiązywał relacje z rodzinami jako duchowny, odwiedzał je często, spędzał z nimi święta, a następnie zaprzyjaźniał się z ich 12-13 letnimi synami, każąc nazywać się „wujek Ted”. Ten sam rodzaj strategii (będący charakterystyką seryjnego predatora seksualnego), stosował w stosunku do seminarzystów i młodych księży, których nazywał „kuzynami”. Swoich zaprzyjaźnionych podopiecznych zabierał na wycieczki, w podróże, na imprezy, na kolacje okolicznościowe z ważnymi osobistościami, co w ich rodzicach wzbudzało wdzięczność i pełne zaufanie. Jako arcybiskup diecezji Metuchen (z nominacji Jana Pawła II), w dzień swoich urodzin organizował pikniki dla męskiej młodzieży, znane jako „Dzień Wujka Teda”, w których brali udział młodzi duchowni, ministranci, seminarzyści, a także członkowie rodzin w diecezji. Pięć razy w miesiącu wydawał kolacje mające na celu relacje publiczne i zbiórki pieniężne na cele charytatywne, w których regularnie uczestniczyli „kuzyni”, którzy następnie dzielili z nim łóżko w rezydencji biskupa. McCarrick zabierał grupy chłopców do wioski rybackiej w Eldred, do swojego domku na plaży w New Jersey w Sea Girt, do małego mieszkania w Foundling Hospital na Manhattanie w Nowym Jorku, organizował nocne spotkania w hotelach i motelach lub w rezydencji biskupa w Metuchen lub Newark. Używając wybiegu, że brakuje miejsc do spania, zmuszał swoje wybrane ofiary do dzielenia z nim jednego łóżka, a następnie próbował mieć z nimi kontakty fizyczne lub stosunki seksualne. Jednemu z seminarzystów pochodzenia brazylijskiego, którego próbował wykorzystać, powiedział, że „aktywność seksualna pomiędzy księżmi jest w USA normalna, szczególnie w naszej diecezji”. Obyczaj „dzielenia łóżka” przez arcybiskupa był powszechnie znany i tłumaczony tym, że jako osoba wcześnie osierocona, utrzymywał on ciepłe, rodzinne relacje ze swoimi „kuzynami”. McCarrick sypiał w bieliźnie i namawiał do tego samego chłopców zmuszonych do dzielenia z nim łóżka. W wielu przypadkach jego kontakty fizyczne ograniczały się tylko do wspólnego spania lub masaży, w innych posunął się znacznie dalej. McCarrick namawiał do spożywania alkoholu (również osoby nieletnie), co było strategią ułatwiającą nawiązanie kontaktu fizycznego. Osaczał i izolował swoje ofiary tak, że czuły się niezdolne do oporu psychologicznego lub fizycznego, biorąc pod uwagę autorytet i pozycję duchownego. Z tego powodu jego ofiary nie miały odwagi ujawnić się przez ponad czterdzieści lat, a wszystkie donosy były anonimowe.
Jan Paweł II a sprawa McCarricka
McCarrick poznał kardynała Karola Wojtyłę w 1976 roku, gdy ten przyjechał do Stanów Zjednoczonych wraz ze swoim sekretarzem Stanisławem Dziwiszem. Jako sekretarz arcybiskupa Nowego Jorku Terence’a Cooke’a, został oddelegowany by mu towarzyszyć, pomimo, że spędzał wtedy wakacje na Bahamach. Nawiązali dość serdeczne relacje. W listopadzie 1981 r., Jan Paweł II nominował Theodora McCarricka biskupem diecezji Metuchen. Wybór był trafny. McCarrick był człowiekiem błyskotliwym, medialnym, władającym kilkoma językami, potrafiącym doskonale nawiązywać relacje, znającym się na polityce i stosunkach międzynarodowych, a przede wszystkim potrafiącym zbierać fundusze i podnieść liczbę powołań w swojej diecezji. W maju 1986 papież awansował go na arcybiskupa metropolitę archidiecezji Newark.
Jak można przeczytać w Raporcie, arcybiskup McCarrick był dla Jana Pawła II cennym współpracownikiem. Prowadził działania zgodne z politycznymi priorytetami papieża, nawiązywał kontakty oraz spotykał się z wybitnymi przywódcami politycznymi i religijnymi (z którymi współpracował przez następne dziesięciolecia, praktycznie do końca swojej niechlubnej kariery), a w szczególności komunikował się regularnie z urzędnikami wysokiego szczebla w Stanach Zjednoczonych, w tym z Białego Domu, Departamentu Stanu i Kongresu. Do jego zadań należało zbieranie funduszy na pomoc papieżowi w jego działalności charytatywnej na całym świecie. Pod koniec lat osiemdziesiątych arcybiskup McCarrick pomógł stworzyć Papieską Fundację, która skorzystała z jego ogromnego doświadczenia w pozyskiwaniu bogatych darczyńców katolickich w USA i prowadziła działania zalecane przez Stolicę Apostolską. Amerykański arcybiskup był nieocenionym specjalistą od fundraisingu i miał niezwykłą zdolność zaskarbiania sobie znajomości oraz przyjaźni poprzez hojne obdarowywanie prezentami. McCarrick gościł zarówno Jana Pawła II, jak i prezydenta Billa Clintona podczas wizyty papieża w Stanach Zjednoczonych, w październiku 1995 r. Było to ważne krajowego i międzynarodowego wydarzenie dla Archidiecezji Newark. Już przed tą wizytą pojawiły się ostrzegawcze sygnały o „zachowaniach arcybiskupa mogących wywołać skandal medialny”, zakwalifikowano je jednak jako pomówienia i plotki. Kard. John O’Connor dokonał pierwszej „weryfikacji” oskarżeń wysuwanych w stosunku McCarricka i uznał, że nie ma przeciwskazań wobec wizyty.
Abp. McCarrick dość niespodziewanie znalazł się wśród kandydatów na prestiżowe i kluczowe stanowisko arcybiskupa Waszyngtonu. Już wtedy było widomo, że: 1) jeden z księży z diecezji Metuchen, zgłosił następcy McCarricka, że w czerwcu 1987 roku był świadkiem aktywności seksualnej arcybiskupa z innym księdzem i że ten dokonał agresji seksualnej w stosunku do niego jeszcze tego samego lata; 2) w 1992 i 1993 roku wysłano serię anonimowych listów do Konferencji Episkopatu Stanów Zjednoczonych, nuncjusza apostolskiego i różnych kardynałów w Stanach Zjednoczonych, oskarżając w nich McCarricka o pedofilię z jego „kuzynami”; 3) miał obyczaj dzielenia łóżka z młodymi mężczyznami w rezydencji biskupa w Metuchen i Newark; 4) dzielił łóżko z dorosłymi klerykami w domku na plaży na wybrzeżu New Jersey. Ponadto biskup Edwart T. Hughes (następca McCarricka w diecezji Metuchen), wiedział również, że ksiądz, który był ofiarą agresji seksualnej McCarricka, dopuścił się pedofilii w swojej diecezji i z tego powodu skierował go na terapię. Zachowała to jednak dla siebie.
W październiku 1999 r., kard. John O’Connor, arcybiskup Nowego Jorku, wystosował list do ówczesnego nuncjusza apostolskiego w USA, abp. Gabriela Montalvo, przedstawiając w nim oskarżenia przeciwko McCarrikowi i ostrzegł Stolicę Apostolską przed możliwym skandalem. List został przekazany papieżowi Janowi Pawłowi II. Na życzenie Karola Wojtyły, Montalvo skierował pisemne zapytania do czterech biskupów z New Jersey, aby ustalić, czy zarzuty przeciwko McCarrickowi są prawdziwe. Odpowiedzi biskupów potwierdziły, że McCarrick dzielił łóżko z młodymi mężczyznami, ale nie wskazywały z całą pewnością, że McCarrick dopuścił się jakiegokolwiek niewłaściwego zachowania seksualnego. Trzech z czterech amerykańskich biskupów dostarczyło Stolicy Apostolskiej niedokładne, a ponadto niepełne informacje na temat zachowań seksualnych McCarricka. Tylko następca McCarricka w diecezji Metuchen, bp. Edwart T. Hughes, w liście napisanym odręcznie ze względu na zachowanie poufności, donosił o dwóch różnych epizodach potencjalnej napaści seksualnej McCarricka na dwóch różnych księży, gdy ci byli jeszcze seminarzystami, którzy z kolei dopuścili się aktów pedofilii i z tego powodu byli niewiarygodni, i zostali zawieszeni w czynnościach kapłańskich. Hughes ostrzegał: „byłoby wysoce nieroztropnym rozważać jakikolwiek awans dla arcybiskupa McCarricka”. Ta informacja trafiła do Watykanu. 6 sierpnia 2000 r., bp. Dziwisz, osobisty sekretarz Jana Pawła II, otrzymał trzystronicowy, pisany odręcznie list od abp. Theodora McCarricka, odnoszący się do zarzutów kard. O’Connora. Już wtedy siedemdziesięcioletni McCarrick twierdził, że wszystkie oskarżenia były fałszywe, że czasami brakowało mu roztropności i zapewniał: “nigdy nie miałem stosunków seksualnych z żadną osobą, mężczyzną czy kobietą, młodą czy starą, duchowną czy świecką, ani nigdy nie wykorzystałem innej osoby, ani nie traktowałem nikogo bez szacunku.” Arcybiskup przekonywał również w liście, że gdyby zarzuty wobec niego zostały upublicznione, to łatwo by je obalił.
Jan Paweł II zmienił zdanie, ostatecznie podejmując decyzję o awansie McCarricka do Waszyngtonu, w listopadzie 2000 roku. Rok później mianował go kardynałem.
Niejasne pozostają okoliczności korespondencji. Nie wiadomo w jaki sposób poufny i osobisty list McCarricka trafił w ręce Dziwisza, bez znaczków i stempli pocztowych. W dokumentach watykańskich nie ma śladu po innym liście arcybiskupa wysłanym do papieskiego sekretarza kilka miesięcy wcześniej w sprawie ewentualnych awansów. W nuncjaturze w USA nie odnalazł się inny poufny list od kard. Dziwisza, z dołączoną kopią listu McCarricka, gdzie sekretarz prosił aby usunięto jego nazwisko z korespondencji i pozostawiono jedynie list ówczesnego arcybiskupa Newark. Nie wiadomo też, kto z najbliższego grona papieża poinformował McCarricka o opinii kard. O’Connora, pozwalając mu kłamliwie odeprzeć zarzuty.
Nie ma znaczenia, czy McCarrick oszukał papieża używając wybiegu lingwistycznego i pisząc „nie miałem stosunków”. Z Raportu wynika jasno, że bezsprzecznie udowodniono, iż McCarrick w niektórych przypadkach się ich dopuścił. Jego agresje seksualne miały charakter wykorzystywania i pozbawiania godności.
Co pokazuje Raport w sprawie McCarricka?
Przede wszystkim to, że Theodor McCarrick okłamał Jana Pawła II, jego współpracowników, jego następców, cały Kościół, wiernych, media oraz opinię publiczną. A skoro osobistość takiego kalibru jak McCarrick kłamała systematycznie przez całe życie, dlaczego opinia publiczna ma wierzyć, że nie robią tego również inni kardynałowie, biskupi, duchowni…
Jan Paweł II uwierzył mu, gdyż wolał wierzyć osobie, która na stanowisku arcybiskupa Waszyngtonu byłaby dla niego użyteczna. Zignorował sygnały ostrzegawcze pochodzące z wysokiego szczebla. Nigdy nie zainteresował się ofiarami.
McCarrick cieszył się autorytetem oraz zaufaniem przełożonych i wiernych, w tym rodziców, którzy powierzali mu swoje dzieci. Dla McCarricka Kościół był miejscem, które gwarantowało mu nieograniczony dostęp do chłopców w okresie dojrzewania, nieletnich i młodych mężczyzn. Kościół go również chronił. Był przekonany, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw dzięki jogo autorytetowi, pozycji kardynała i systematycznym kłamstwom oraz dzięki klerykalnej kulturze milczenia i ukrywania skandali seksualnych, niedbałościom i dziurom w systemie przepływu informacji, pomiędzy diecezjami, nuncjaturą oraz Watykanem. Czytając Raport, nie sposób nie zwrócić uwagi na tę kulturę milczenia i ukrywania. Pierwsze skargi były przyjmowane ustnie i nic z nimi dalej nie robiono; donosy i wszelką korespondencję związaną z podejrzeniami o niewłaściwe zachowanie seksualne przechowywano jako poufną; ważne listy pisano odręcznie, aby nie pozostawić śladu w komputerze; nie przesyłano informacji do nuncjatury; nuncjatura nie kierowała do Watykanu informacji, które wreszcie zgromadziła; adnotacje i polecenia na dokumentach watykańskich również zapisywano odręcznie, z adnotacjami „poufne”. Jedynym zmartwieniem Kościoła było to czy nie wybuchnie skandal oraz to, czy w razie jego wybuchu, będzie się można przed nim obronić. Czytając Raport, zaskakuje, że instytucje kościelne śledziły z uwagą media i inne publikacje, tylko pod tym kontem. Zaskakuje, że były prowadzone poufne rozmowy ugodowe z ofiarami, które za milczenie otrzymały pieniądze. Przynajmniej dwóch księży, którzy stali się ofiarami McCarricka w młodości, miało w konsekwencji poważne problemy psychoseksualne i dopuściło się kontaktów seksualnych z nieletnimi. Jeden z nich (nazywany w Raporcie Ksiądz 1) już w 1993 r., wyjawił bp. Hughesowi całą sprawę, a w 2005 napłynęły do Kongregacji Nauki Wiary jego kompletne akta, w tym oskarżenia dotyczące nadużyć seksualnych dokonanych przez McCkarrika w 1987 r. Jedyna osoba, która imiennie przez lata zgłaszała nadużycia seksualne McCarricka, została uznana za niewiarygodną i dopuszczającą się fałszywych oskarżeń, gdyż sama wykorzystała dwóch nastolatków. To pokazuje, że w hierarchicznym systemie Kościoła, słowo ofiary czy zwykłego księdza nie liczy się w konfrontacji z biskupem, arcybiskupem, kardynałem. Ofiara czy zwykły ksiądz nie mają szans udowodnić czegokolwiek kardynałowi, nawet jeśli ten jest kłamcą i pedofilem.
W czerwcu 2005 roku, 75-letni arcybiskup Waszyngtonu zgodnie z obyczajem, złożył dymisje na ręce Benedykta XVI. Ze względu na dobry stan zdrowia i doskonałą pracę papież wyraził zgodę, aby pozostał na stanowisku przez kolejne dwa lata. Pogłoski o niewłaściwym zachowaniu seksualnym stały się bardziej konkretne. W archiwum Kongregacji Nauki Wiary znalazła się wreszcie nota dotycząca Księdza 1, choć postępowanie w jego sprawie zostało zamknięte. Kolejny biskup Metuchen, Bootkoski, wysłał do nuncjusza Montalvo notkę informującą o dwóch oskarżeniach ze strony Księdza 1 i Księdza 2. Pojawił się artykuł w internetowym blogu Review Board, w którym Ksiądz 2 mówił o „obyczaju dzielenia łóżka”. Watykan, który po wybuchu skandali seksualnych w różnych krajach świata ogłosił politykę „tolerancji zero”, postanowił jednak odwołać po cichu McCarricka z urzędu arcybiskupa Waszyngtonu i skłonić go do wycofania się z życia publicznego. Kardynał został wezwany do Rzymu przez ówczesnego Prefekta Kongregacji ds. Biskupów, kard. Giovanniego Battistę Re i została mu zakomunikowana decyzja. McCarrick nadal twierdził, że to pomówienia, zgodził się jednak odejść i opuścić kampus dla seminarzystów, gdzie mieszkał, jeżeli jego odwołanie nie będzie wyglądało na karę. Watykan martwił się tylko o to, by do tego czasu nie wybuchł skandal. W 2006 roku adwokat Księdza 1 złożył oficjalny incident report, w którym zostały przedstawione zarzuty przeciwko McCarrikowi, dokument dotarł do władz cywilnych i kościelnych. Kard. Re, wystosował list do nowego nuncjusza w USA, Pietro Scambi, wydając w nim instrukcję, aby kard. Theodor McCkarrick, emerytowany arcybiskup Waszyngtonu wycofał się z życia publicznego i oddał modlitwie. Choć McCkarrick znacznie ograniczył swoje wyjścia publiczne w USA, nadal podróżował po świecie, uprawiał „miękką” dyplomację spotykając się z najważniejszymi liderami politycznymi i religijnymi, bywał regularnie w Rzymie i brał udział w spotkaniach z następcami Jana Pawła II. Praktycznie nie zastosował się do zaleceń swojego przełożonego. Nadał twierdził, że stawiane mu oskarżenia są fałszywe. W kwietniu 2008 roku, podczas podróży Benedykta XVI do Stanów Zjednoczonych, kard. McCarrick koncelebrował mszę z papieżem w katedrze św. Patryka oraz uczestniczył w obiedzie podczas papieskiej wizyty w Nowym Jorku. Po tym epizodzie, psychoterapeuta i były zakonnik benedyktyński, Richard Sipe, opublikował w Internecie „list otwarty” skierowany do Benedykta XVI zatytułowany „Deklaracja dla papieża Benedykta XVI w sprawie modelu kryzysu nadużyć seksualnych w Stanach Zjednoczonych”. Według Sipe’a „aberracja seksualna” w Kościele katolickim nie była generowana oddolnie, ale odgórnie – poprzez zachowania seksualne przełożonych, nawet biskupów i kardynałów”. Sipe opisał min. przykład kard. McCarricka. W publicznym liście Sipe’a nie padły zarzuty o pedofilię i nie został on zauważony przez media głównego nurtu, nie stanowił więc zagrożenia dla Kościoła. Po tej publikacji, abp. Carlo Maria Vigano, ówczesny członek Sekretariatu Stanu, napisał oficjalną notę na temat McCarricka, w której ostrzegał przed wybuchem niezwykle groźnego skandalu, którego przyczyną będzie kardynał, sugerując, aby papież, w którego ekskluzywnej kompetencji leży sądzenie kardynałów, podjął odpowiednie kroki. Nota, choć puszczona w obieg w Watykanie, nie miała większych konsekwencji. Ani Benedykt XVI, ani Franciszek do 2018 r., nie egzekwowali zaleceń kard. Re z 2006, sądząc, że skoro Jan Paweł II przeegzaminował już sprawę McCkarricka i pozytywnie ocenił list skierowany przez niego do Dziwisza, to jest on niewinny. McCkarrick prosił nawet, aby restrykcje wobec niego zostały odwołane. Upłynęło kolejnych dziesięć lat, podczas których Watykan preferował wierzyć, że sprawa McCkarricka to plotki i pomówienia bez dowodów, dokonywane przez osoby niewiarygodne, a nie przez jego ofiary…
Kłamstwo trwające prawie pół wieku
W czerwcu 2018 r., McCarrick został po raz pierwszy oskarżony o seksualne molestowanie dzieci w latach 1971-72, w nowojorskiej katedrze św. Patryka, przez byłego ministranta. Powołana komisja kościelna uznała zarzuty za wiarygodne. Po upublicznieniu oskarżeń, 28 lipca 2018 r., papież Franciszek przyjął rezygnację McCkarricka z Kolegium Kardynalskiego i zawiesił go ad divinis, nakazując prowadzenie życia w odosobnieniu i pokucie.
28 sierpnia 2018 r., w różnych mediach katolickich ukazało się 10-stronicowe dossier, opublikowane przez byłego nuncjusza w USA, Carlo Maria Vigano i mówiące o tym, że Kościół, włącznie z papieżem Franciszkiem, od lat wiedział o nadużyciach homoseksualnych kard. Theodora McCarricka. Vigano domagał się dymisji papieża.
Dopiero 11 stycznia 2019 roku, na podstawie informacji zebranych w toku postępowania administracyjnego, Kongregacja Nauki Wiary wydała dekret, w którym McCarrick został uznany winnym nagabywania podczas sakramentu spowiedzi oraz popełnienia grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu z nieletnimi i dorosłymi, z obciążającymi okolicznościami nadużycia władzy. To najcięższe grzechy, jakie możne popełnić kapłan. 15 lutego 2019 został ostatecznie wydalony ze stanu kapłańskiego.
W wyniku tych wydarzeń powstał omawiany Raport, stanowiący przede wszystkim odpowiedź na zarzuty Vigano, będące wynikiem politycznej walki wewnętrznej w Kościele i własnych ambicji arcybiskupa. W Raporcie udokumentowano, że gdy abp. Vigano był nuncjuszem w USA, w latach 2011-2016, w sprawie McCarricka nie zrobił nic i nie przekazał dotyczących go dokumentów do Watykanu.
Niestety w tej sytuacji nasuwa się pytanie: „Czy gdyby Vigano bezprecedensowo nie zażądał dymisji Franciszka, moglibyśmy przeczytać ten Raport i poznać prawdę?”. Prawdopodobnie nie…
Rapporto sulla conoscenza istituzionale e il processo decisionale della Santa Sede riguardante l’ex Cardinale Theodore Edgar McCarrick (dal 1930 al 2017) to lektura szokująca, nawet dla dziennikarza, który skandalem pedofilii w Kościele zajmuje się od lat, gdyż ukazuje od podszewki cały mechanizm przemilczania i ukrywania nadużyć seksualnych mających miejsce od lat 70-tych ubiegłego wieku, do dziś. Jego upublicznienie było odważną decyzją ze strony papieża Franciszka. Warto, aby przeczytali go nie tylko dziennikarze, ale także polscy katolicy i wyciągnęli wnioski…

Zabawa w chowanego

Film braci Sekielskich „Zabawa w chowanego” jest dokumentem zrealizowanym z dużym profesjonalizmem i powiedziałbym, że ma – w sensie procesowym – znaczący walor dowodowy.

Nie wstrząsnął on mną w jakiś szczególny sposób. Rzeczywistość tę znam niestety z pracy zawodowej. Oczywiście, tego typu reportaże czy zdarzenia są zawsze i bezwzględnie ogromnie smutne. Krzywda dzieci, którzy dziś jako dorośli żyją z traumą zbrodni seksualnej dokonanej na ich osobach przez duchownych jest nie do naprawienia i nie do uleczenia. Nie ma także sprawiedliwej kary za czyny pedofilskie, gdyż sprawcy nie można oddać tego, co mu się słusznie należy, a ofierze przywrócić stanu psychicznego, integralności osobowościowej sprzed czynu kryminalnego. W tym sensie jest to zbrodnia sui generis (jedyna w swoim rodzaju), porównywalna chyba tylko z zabójstwem czy zgwałceniem, gdzie powrót do stanu „sprzed” jest po prostu niemożliwy.
Chcę poruszyć kwestię natury prawnokarnej, a mianowicie obowiązek zawiadamiania o przestępstwie z art. 200 kk (obcowanie płciowe lub inna czynność seksualna z małoletnim poniżej lat 15). Od niedawna – zgodnie z art. 240 par. 1 kk – istnieje ustawowy obowiązek zawiadomienia organów ścigania o karalnym przygotowaniu, usiłowaniu czy dokonaniu przestępstwa pedofilii. Niedopełnienie tego obowiązku prawnego jest przestępstwem zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat 3. Czy jest to jednak instrument wystarczający dla skutecznej walki z czynami seksualnymi, których ofiarami padają małoletni poniżej piętnastu lat życia? Uważam, że nie. Otóż art. 240 kk już w paragrafie 2 stanowi, że nie popełnia przestępstwa ten, kto zaniecha zawiadomienia organów ścigania (np. policja, prokuratura) mając dostateczną podstawę do przypuszczenia, że organ powołany do ścigania przestępstw wie już o popełnionym czynie zabronionym. Taka redakcja komentowanego przepisu stanowi „furtkę” dla omijania obowiązku denuncjacji. Łatwo bowiem wyobrazić sobie sytuację, kiedy to ktoś wiedząc o czynie pedofilskim, nie zawiadamia o nim urzędu prokuratorskiego, tłumacząc się następnie kłamliwie, że sądził, iż prokurator wie już, że doszło do przestępstwa. Drugą przesłanką wyłączającą obowiązek doniesienia jest fakt obawy przed własną odpowiedzialnością karną (np. zwolniony z obowiązku denuncjacji jest wspólnik w przestępstwie, pomocnik, podżegacz, sprawca kierowniczy czy polecający) lub odpowiedzialnością karną osoby najbliższej (np. matka, ojciec, brat, żona sprawcy, nie muszą zawiadamiać o fakcie przestępnym organów ścigania).
Gdy chodzi o obowiązek duchownych doniesienia o przestępstwie, to oczywiście należałoby sądzić, że polskie prawo karne obowiązek ten adresuje także i do nich. Jest to jednak wyobrażenie w znacznej części błędne.
Na gruncie prawa karnego procesowego istnieją – opisane w art. 178 kpk – tak zwane bezwzględne zakazy dowodowe. Nie mogą być one w żadnych warunkach uchylone, co oznacza, że osoby te co do tych okoliczności nie mogą zostać przesłuchane, a gdyby zostały wezwane w charakterze świadków, mają nie tylko prawo, ale i obowiązek odmowy złożenia w tym zakresie zeznań. Zakazu tego nie uchyla nawet zgoda wszystkich zainteresowanych osób. W orzecznictwie trafnie zauważa się, że ani osoba wnioskodawcy ani kierunek przesłuchania (na korzyść oskarżonego) nie pozwalają kategorycznie na obejście tego zakazu dowodowego (tak np. wyrok SA w Szczecinie z dnia 18 lutego 2015 r. – II AKa 270/14, LEX nr 1668674). W przywołanym przeze mnie art. 178 kpk czytamy, że nie wolno przesłuchiwać jako świadka duchownego odnośnie faktów, o których dowiedział się na spowiedzi.
Przepis ten stanowi regulację chroniącą duchownych, którzy dopuścili się przestępstw pedofilskich, a następnie wyznali ten fakt w sakramencie spowiedzi. Spowiednik nie jest zobowiązany do zawiadamiania o tym fakcie organów ścigania, ponadto zakazane jest odbieranie od niego zeznań w tym zakresie oraz przyjmowanie tychże zeznań, nawet wówczas, gdyby sam chciał co do powziętej w trakcie spowiedzi wiedzy zeznawać. Jest to zakaz dowodowy o charakterze bezwzględnym. Prokurator czy sąd nie może zwolnić duchownego z tajemnicy spowiedzi, nawet wówczas, gdyby sam oskarżony domagał się tego. W razie jednak złożenia zeznań przez duchownego w zakresie objętym zakazem, zeznania te nie mogą stanowić dowodu, a zatem nie mogą także kształtować faktycznej podstawy rozstrzygnięcia (np. wyroku). Należy uznać je jako nieistniejące.
Nie potrzeba wyjaśniać, że zakaz ten określony ustawą karną procesową stanowić może (i zapewne niejednokrotnie stanowi) prawnie usankcjonowany parasol ochronny dla przestępców w sutannach. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, że duchowny czy inna osoba w sakramencie spowiedzi (nawet symulowanym) wyznaje, że od 10 lat regularnie dopuszcza się czynów pedofilskich. Spowiednikowi nie wolno (nawet gdyby chciał) – mówiąc kolokwialnie – wyjść z tą sprawą poza konfesjonał. Nie pozwala na to ustawa. Ustawa nie pozwala na ujawnianie organom ścigania jakichkolwiek informacji uzyskanych w czasie spowiedzi, a więc nawet tego, że np. spowiadający się wyznaje przy spowiedzi, że za 20 min. zamorduje sto osób czy wysadzi w powietrze galerię handlową w godzinach szczytu.
Przepis ten jest w mojej ocenie głęboko ułomny. Tajemnica spowiedzi nie może obejmować najcięższych gatunkowo przestępstw i zbrodni, a konfesjonał nie może być azylem dla pospolitych przestępców. Wezwany na przesłuchanie spowiednik może – zapytany czy wie coś na temat przestępstw pedofilskich księdza X – odpowiedzieć: „Nic mi na ten temat nie wiadomo”. Postawiony zaś wobec dowodów, wskazujących jednak na pewną jego wiedzę co do okoliczności danego czynu, zawsze może odpowiedzieć prokuratorowi lub sądowi z uśmiechem na ustach: „Na podstawie art. 178 par. 2 kpk odmawiam odpowiedzi na wszelkie pytania. Oświadczam także, że zgodnie z gwarancją wyżej wskazanego artykułu nie będę zeznawał w tej sprawie”. Wobec takiego dictum duchownego prokurator i sąd pozostają absolutnie bezradni.
Tak zwane dobro sakramentu pokuty nie może przeważać ponad dobrem o niepomiernie wyższej wartości, jakim jest działalność wykrywcza organów ścigania i pociąganie do odpowiedzialności karnej sprawców jednych z najpoważniejszych w swoim ciężarze gatunkowym przestępstw. Dobrem o wartości oczywiście wyższej od tajemnicy sakramentalnej jest zadośćuczynienie ofiarom (zawsze niedostateczne) i zachowanie przed patologicznym działaniem sprawcy przyszłych ofiar. Tajemnica spowiedzi nie może być w żadnym razie traktowana instrumentalnie, tj. jako przywilej służący do – legalnego co gorsza – uchylania się od złożenia często kluczowych dla sprawy zeznań. Stoję zatem na stanowisku, że w tym zakresie winna istnieć ustawowa możliwość zwolnienia spowiednika przez organ procesowy z tajemnicy sakramentalnej z pełnymi konsekwencjami takiego zwolnienia, tj. pouczeniem o odpowiedzialności karnej pozbawienia wolności do lat ośmiu za składanie fałszywych zeznań, mówienie nieprawdy czy zatajanie prawdy (art. 233 par. 1 kk). Spowiednik winien także zostać objęty obowiązkiem zawiadamiania organów ścigania o najcięższych gatunkowo przestępstwach wymienionych w art. 240 kk, w tym przestępstwa pedofilii, zaś w razie braku takiego zawiadomienia pociągany do odpowiedzialności karnej, za zaniechanie
obowiązku denuncjacji.

Biskupi mają dil z Kaczyńskim

Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil – mówi Artur Nowak w rozmowie z Michałem Ruszczykiem (wiadomo.co)

MICHAŁ RUSZCZYK: Od premiery filmu braci Sekielskich minęły trzy miesiące. Dziesiątki milionów ludzi zapoznało się z tym wstrząsającym materiałem, Jednak po pierwszym szoku nie nastąpiła dalsza reakcja i w tej chwili właściwie już nie ma sprawy. Co to mówi nam o polskim społeczeństwie?

ARTUR NOWAK: Widzę to inaczej. To proces. Postrzeganie kościoła zarówno przez media, jak również opinię publiczną różni się jednak znacząco od tego, z czym mieliśmy do czynienia dziesięć lat temu, rok temu i trzy miesiące temu. Myślę, że odkleiliśmy się od pewnej poprawności, która sprawiała, że dziennikarze oraz politycy byli dość powściągliwi w ukazywaniu ciemnych stron tej instytucji. To się już nie opłaca i politycy wyciągają z tego wnioski. Pamiętajmy jednak, że ukazanie patologii hierarchii kościelnej nie podziała na ludzi z dnia na dzień. Wyobraźmy sobie film w rosyjskiej telewizji, który by obnażył, kim naprawdę jest Putin, jakim jest cynikiem, który by ukazał jego fortunę zbitą na niejasnych relacjach z oligarchami. Zapewniam pana, że to nie podziałałoby w ten sposób, że Rosjanie następnego dnia zrobiliby jakiś majdan na Placu Czerwonym i zażądali głowy dyktatora. Już teraz jednak widzimy, że język Jędraszewskich, Głódziów, Gądeckich został odrzucony przez ludzi młodych.
Statystyki nie kłamią i to jest dla kościoła katastrofa. Młodzi nie chcą chodzić na religię, nie praktykują życia sakramentalnego. Chcą normalności bez narodowo-katolickich etosów.

Dlaczego to tak długo trwa? Kościół tym językiem przecież nie mówi od wczoraj.

I na tym polega problem. Ta socjalizacja narodowo-katolicka, afirmująca cierpienia naszego narodu, poczucie zdrady, a zarazem wybraństwa, była pożywką dla naszych kompleksów, nieufności wobec obcych, powiem szerzej – inności. Kościół doskonale zagospodarował rzesze Polaków, którzy kompletnie nie odnajdują w realiach otwartych granic, wędrówek ludów, integracji europejskiej. Lekiem na frustracje okazała się więc ta postawa zamknięta, roszczeniowa. No i mamy takie myślenie, że Polska nie musi przestrzegać reguł praworządności w Unii Europejskiej, ale euro z Unii nam się należy. Proszę zwrócić uwagę, że najwięcej do powiedzenia o rzekomym zepsuciu w Europie Zachodniej, o tęczowej zarazie i cywilizacji śmierci mają ludzie, którzy nie znają języków i nie czytają książek. I Kościół właśnie na ten sektor społeczny postawił. Ja mam taką teorię, bo przecież słuchacze Radia Maryja to ludzie starsi, że biskupi mają gdzieś, jakie będą skutki tego wyboru. To pokolenie, które odejdzie przecież wraz z nimi, więc oni nie mają interesu, żeby brać odpowiedzialność za to, co będzie potem. Ten proces równi pochyłej już trwa, spadają powołania kapłańskie, mamy dramatyczny spadek udziału w praktykach religijnych młodzieży.
Pokolenia, które przyjdą po nas to ludzie, którzy poznają języki, będą podróżować. Nie ma więc powrotu do takiej dominacji Kościoła w przestrzeni publicznej, z którą mamy do czynienia. Rządy PiS to jest jakiś epizod w historii, po którym procesy, o których mówię, się zdynamizują.

Czy według pana Kościół w Polsce coś zrobił w ostatnim okresie, by oczyścić swoje środowisko z księży pedofilów?

Nic nie zrobił, oprócz kilku ruchów pijarowych. W zasadzie mogliśmy to obserwować głównie w maju tego roku, gdy hierarchowie podziękowali Sekielskim za film i publicznie się pokajali. Ja jednak myślę, że to, co naprawdę biskupi myślą o tym filmie, pokazał następnego dnia arcybiskup Głodź, że to jest „byle co”. To jest ta, mówiąc językiem Gombrowicza, prawdziwa gęba Kościoła. Dla mnie nie jest zresztą przypadkowy atak biskupów, który przypuścili ostatnio na mniejszości seksualne. Pomijając, że wpisują się tym w strategię wyborczą Kaczyńskiego, tak naprawdę sięgnęli po starą sprawdzoną metodę. Pokazać ludziom wrogów. Kiedyś to byli Żydzi, dziś są to homoseksualiści. Tyle że trzódka, która kupuje te brednie, Kościołowi się kurczy. Perfidne jest to, że Kościół bierze na celownik słabszych. Homoseksualistów, Żydów, słowem – mniejszości. Ich łatwiej skopać. Oni nie potrafią się obronić.
Prawda jest smutna. Kościół w Polsce przestał być chrześcijański. A więc otwarty, stojący przy słabszym, innym, wykluczonym. W zasadzie nie znam przypadku, żeby jakiś biskup poszukał kontaktu z osobą molestowaną w dzieciństwie przez księdza i okazał pokrzywdzonemu współczucie.

Oficjalny przekaz partii rządzącej głosi, że pedofilia w jednakowym stopniu dotyka wszystkich grup zawodowych, a w przypadku księży jest ich nawet mniej, niż w innych środowiskach. Jaka jest pańska opinia w tej kwestii?

Prawda jest taka, że Kościół boi się przeprowadzić jakiekolwiek badania na temat skali przemocy seksualnej w Kościele. Wie pan, to nie tylko ofiary pedofilów, ale molestowani klerycy, siostry zakonne. I to jest papierek lakmusowy, który pokazuje, jak mało poważnie Kościół traktuje kwestie związane z nadużyciami. Książ Adam Żak, który wiele dobrego zrobił, by walczyć z tymi patologiami, mówił niedawno, że nic nie wskazuje, że różnimy się od innych nacji. Badania zrobili Niemcy, Amerykanie czy Australijczycy. Ja myślę, że u nas jest gorzej, bo jesteśmy społeczeństwem sklerykalizowanym, a klerykalizacja to determinanta nadużyć. Dane z innych krajów pokazują, że 5 do 7 procent kleru było uwikłane w pedofilię. Ale pedofilii nie możemy mierzyć ilością sprawców, ale liczbą ofiar. Prowadzę trochę spraw i to jest czasem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Mówię tylko o ofiarach, które zdecydowały się ujawnić traumy z dzieciństwa. Poranionych w otoczeniu jest więcej. To rodzice tych ludzi, rodzeństwo, ich dzieci, partnerzy, partnerki. Oni niosą z tymi ludźmi ten krzyż przez dziesiątki lat. Gdyby Kościół zabiegał o zasługi w życiu doczesnym, ozłociłby tych ludzi, ale biskupi wolą zbierać kasę i budować świątynie opatrzności bożej, bursztynowe ołtarze i ścigać się, kto postawi wyższą figurę Chrystusa Króla. Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem? Nic.
Oczywiście pod naciskiem opinii publicznej kościół markuje jakieś działania. Tak było po opublikowaniu mapy kościelnej pedofilii, po filmie Wojtka Smarzowskiego, przy okazji szczytu watykańskiego w sprawie pedofilii w lutym tego roku. No, ale poza zapowiedziami nie mamy żadnych realnych działań.
Ksiądz Żak w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim w zbiorze rozmów z ofiarami kościelnej pedofilii „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” tłumaczył mi, że nasze społeczeństwo jest niedojrzałe. Diecezje są niezależne i nie ma żadnych instrumentów, by cokolwiek od nich egzekwować. Moi przyjaciele, księża z różnych regionów Polski mówią, że w świadomości kleru diecezjalnego nie zmieniło się nic a nic. Oni ciągle widzą w pozycjonowaniu pedofilii atak na Kościół. Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil.
Oczywiście pedofilia występuje w innych środowiskach, ale mówiąc szczerze, nie poprawi mi jako pokrzywdzonemu przez księdza humoru fakt, że to zjawisko występuje również w środowisku jazzowym.
Proszę zobaczyć, jak szybko działają szkoły, organizacje sportowe, gdy jest choćby podejrzenie nadużycia przez nauczyciela albo trenera. Tam prokuratura wchodzi „z buta”. Pod kurię nie podejdą. Jest efekt aureoli. No i na tym polega ta różnica.

Po premierze „Tylko nie mów nikomu” pojawiły się deklaracje o powołaniu komisji ds. pedofilii. Co, według pana, stało się w międzyczasie, że społeczeństwo i politycy przestali interesować się tym tematem? Czy to tylko „odroczenie wyborcze” i kwestia wróci przed końcem roku, czy raczej została już zamieciona pod dywan?

Ale to, co proponuje rząd, mam na myśli ustawę, którą zapowiedział premier Morawiecki, to dokument napisany na kolanie, nieprzemyślany. Pisałem na ten temat. Pomysł powołania komisji, która by się zajmowała grupami zawodowymi, które pracują z dziećmi, nie jest zły. Podobna komisja, która badała to zjawisko, powstała w Australii. Na całym zresztą świcie pedofilię badali fachowcy (prawnicy, seksuolodzy, psycholodzy). W Niemczech, we Francji, Australii i USA zbadano akta osobowe księży na przestrzeni dziesiątek lat, uchwycono modus operandi sprawców, czynniki ryzyka itd.
Komisja, którą proponuje nasz rząd, to ciało polityczne, niemające żadnych kompetencji, któremu żadna kuria nie da akt osobowych księdza, więc nic się o nim nie dowiemy.
Druga kwestia to fakt, że organ ten nie będzie miał żadnych nadzwyczajnych uprawnień oprócz tych, które mają prokuratura i sądy. Po co zamiast efektywnie korzystać z instytucji, które działają, powołuje się ciało, które ma zrobić to samo, tylko w celu politycznym? Problemem jest również kwestia konstytucyjności tej komisji, bo komisja ma decydować o umieszczeniu danej osoby w rejestrze pedofilów, nawet jeżeli sprawa jest przedawniona. To są uprawnienia zastrzeżone dla wymiaru sprawiedliwości i żadna komisja nie powinna tego robić.
Potrzebna jest komisja stworzona w oparciu o modele, które znamy. To się ziści w perspektywie kilku lat. Badania pokazują, że 75 proc. Polaków uważa, że Kościół nie radzi sobie z pedofilią, a w celu wyjaśnienia sprawy należy powołać zewnętrzny organ, który dogłębnie zbada i wyjaśni sprawę.

Lewica w ostatnim okresie szczególnie głośno postuluje rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa. Czy sądzi pan, że jest to możliwe?

Sam Chrystus to postulował, bo to są dwa światy. Żadnemu Kościołowi zresztą w wymiarze duchowym, bo ja tu nie mówię o blichtrze i apanażach, alians Kościoła z państwem żadnego dobra nie przysporzył. Wręcz przeciwnie. Kościół rozpasany, bezkarny, uprzywilejowany skazany był na degrengoladę, stawał się sitwą. Druga sprawa to pretensje Kościoła związane ze sferą edukacji, te najazdy na programy szkolne, które są zwykłą indoktrynacją pod płaszczykiem rzekomej aksjologii chrześcijańskiej. To są lata zaniedbań, które doprowadziły do tego, że nie wykształciliśmy wśród młodzieży postaw obywatelskich, świadomości seksualnej i tak dalej. Jeśli Kościołowi zależy rzeczywiście na chrześcijaństwie, niech nie robi nic na siłę.

Ściszonym głosem

O pedofilii w Kościele francuskim

O Francji zwykliśmy myśleć jako kraju zdecydowanie laickim, który ową laickość ma zakodowaną w genach. Wszak wiemy jak się z religia obeszła Rewolucja Francuska, z której Francuzi do dzisiaj szukają źródła własnej tożsamości i raczej w prześmiewczym Wolterze się odnajdują niż w pobożnym Pascalu. Zmagając się z nadmierną, a często i bezczelną obecnością polskiego katolicyzmu w przestrzeni publicznej zazdrościmy Francuzom ich subtelnego i dyskretnego podejścia do katolicyzmu. Jego kwintesencją raczej jest ubogi i pobożny proboszcz z książki Georgesa Bernanosa „Pamiętnik wiejskiego proboszcza” niż ksiądz biznesmen, który od lat dominuje i wyznacza standardy polskiemu katolicyzmowi.
Z tym większym zaskoczeniem obejrzałem film francuskiego reżysera Françoisa Ozona „Dzięki Bogu”, w którym odkryłem wiele elementów znanych mi raczej z Polski niż z Francji. Nie mogłem oczywiście nie porównywać do dwóch innych filmów, o których dyskutowałem i pisałem wielokrotnie. Chodzi o amerykański film „Spotlight” (2015) i jego polski odpowiednik „Tylko nie mów nikomu” (2019).
Jak wiadomo odegrały one i nadal odgrywają ważną rolę w zrozumieniu zjawiska pedofilii klery katolickiego, a zwłaszcza mechanizmów ochrony sprawców. Film amerykański zdemaskował system krycia sprawców, którego zwieńczeniem był nie tyle kardynał Bostonu Bernard Law, ile papież Jan Paweł II. Film polski skoncentrował się głównie na bezradności ofiar i bezduszności hierarchów. W obu filmach ważnym elementem była społeczność katolicka, która w większym stopniu kryła sprawców niż wspomagała ofiary.
Film „Grâce à Dieu” („Dzięki Bogu”) (2019) francuskiego reżysera Françoisa Ozona wprowadza do tej problematyki nowy, szczególnie wyciszony głos. O doświadczeniach ofiar dowiadujemy się z zaledwie zarysowanych scen przywoływanych retrospektywnie. Główny oprawca pojawia się jako nieporadny starzec, który raczej myśli o własnym „cierpieniu” niż o wyrządzonej krzywdzie. Jednak ta łagodna tonacja jedynie wzmacnia jego mocny głos w toczącej się debacie na temat sposobu obecności instytucjonalnej religii w przestrzeni publicznej. A ściślej mówiąc, stawa ważne pytania na temat jej odpowiedzialności za przestępstwa kleru działającego w jej imieniu i dopuszczającego się seksualnych nadużyć wobec dzieci powierzonych ich opiece.
Film został już zauważony na festiwalu w Berlinie, gdzie otrzymał nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia w lutym tego roku. Dostrzeżono go w jego własnym kraju, gdzie zobaczyło go już ponad milion widzów a niektórzy „bohaterowie” filmu wytoczyli mu już procesy. Kuriozalnie brzmi uzasadnienie jednego z nich. Chodzi o pominięcie „domniemanej niewinności” (to prawnicy ks. Bernarda Preynata, który jest podejrzewany o molestowanie przeszło 100 chłopców w latach 1971-1991).
François Ozon przedstawia historię, którą napisało życie. Haniebną sprawą Bernarda Preynata żyła cała Francja. Ksiądz odpowiadał przed wymiarem sprawiedliwości za molestowanie 80 nieletnich (liczba zgłoszonych przypadków). Przez lata krył go arcybiskup Lyonu, Philippe Barbarin. Uciszał kolejne doniesienia, przenosił księdza z parafii na parafię. Barbarina skazano na pół roku więzienia w zawieszeniu. Preynat został wydalony ze stanu kapłańskiego.
Film zobaczyłem przed polską premierą, która ma się odbyć 20 września, dzięki uprzejmości jej polskiego dystrybutora, firmy Against Gravity. Właśnie dlatego mogę skreślić tych kilka uwag na jego marginesie. Myślę, że jeszcze będzie okazja do niego wrócić — choćby przy okazji ostatecznego wyroku w sprawie kardynała Bernardyna, bo Watykan ciągle jeszcze wstrzymuje się z ostateczną decyzją, kierując się zasadą domniemanej niewinności. Na szczęście dla Francji decydujące są wyroki tamtejszego wymiaru sprawiedliwości, a nie decyzje kościelne.
Przed obejrzeniem filmu przeczytałem jeszcze raz rozmowę z reżyserem przeprowadzoną w kwietniu tego roku przez hiszpański dziennik El Pais, którą przedrukowała Wyborcza. Myślę, że kilka cytatów z tej rozmowy pozwoli lepiej zrozumieć kontekst, w jakim film powstał i jednocześnie wskaże na podobieństwa między „Spotlight” i „Tylko nie mów nikomu”. Wydaje mi się, że również w Polsce ten film odegra istotną rolę w postrzeganiu Kościoła katolickiego. Bo wbrew głosicielom wyjątkowości polskiego katolicyzmu mechanizmy przestępstw kleru i ich tuszowanie przez hierarchię (no może specyfiką polską jest to, że również władze państwowe mają w tuszowaniu swój udział) są wszędzie takie same.
Tak więc François Ozon na pytanie, jak udało mu się film nakręcić odpowiada: „Zatrzaskiwano nam drzwi przed nosem. Nikt nie chciał być zaangażowany w ten temat. Zrozumiałem, że niemożliwe będzie nagrywanie w Lyonie, mieście opisywanych wydarzeń. Miałem problem z domknięciem budżetu, niektóre firmy towarzyszące mi od początku tym razem powiedziały „nie”. W końcu postanowiłem kręcić to niemal w tajemnicy”. Mimo wszystko film powstał i już jest faktem społecznym.
Nie można mówić, że Francja jest inna, bo jest krajem w pełni zeświecczonym. Okazuje się bowiem, że mechanizmy wyparcia są takie same jak w katolickiej Polsce, gdzie całe wspólnoty parafialne stawały w obronie księży pedofili a wierni oskarżali ofiary o chęć szkodzenia Kościołowi lub wręcz o wyłudzanie pieniędzy.
Jednak nie wszyscy tak reagowali. Zdarzało się bowiem, że film wyzwalał, zachęcał do opowiadania własnych historii, pomagał przezwyciężyć wstyd. Podobnie było w przypadku francuskiego filmu, jak powiada reżyser: „Zorganizowaliśmy wiele debat z widzami – po zakończeniu projekcji wstawali i opisywali wiele rzeczy przed całkiem nieznajomymi. Dotyczących wykorzystywania seksualnego nie tylko w Kościele, ale również w rodzinie czy w klubach sportowych. Ofiary zdały sobie sprawę, że nie są same. Dorastały, myśląc, że ich przypadki były wyjątkami, a teraz widzą, że tak nie jest. Nie wiem, czy kino może zmienić świat w jakiś sposób, ale sądzę, że w takim sensie mój film może znaleźć pewne zastosowanie”.
Jest to zastosowanie bardzo ograniczone, jeśli zabraknie woli współpracy ze strony kościoła, zwłaszcza księży i biskupów. Nawet ze strony papieża Franciszka trudno się wiele spodziewać zdaniem Ozona, podobnie jak i ze strony innych starszych (a we Francji przeważnie mocno starych) mężczyzn, jakimi w większości są księża w Europie. Jedynie, co może kościół uratować to radykalna reforma, jednak na nią się nie zapowiada:
Całkowita reforma. Akceptowanie kobiet, zmiana doktryny dotyczącej seksualności… Sęk w tym, że nie są gotowi na coś takiego. Kościół nie zmieni się, jeśli się go do tego nie zmusi. Nie zrobi nic sam z siebie, chyba że wymiar sprawiedliwości go zobowiąże. Dotarł do punktu, w którym już nie może kontynuować zamiatania swoich skandali pod dywan. Jest na to za późno.
Z tą diagnozą wypada się zgodzić.
Wracając do filmu. Trwa dwie godziny i 17 minut. Każda minuta tworzy klimat i napięcie, któremu każdy chcąc nie chcąc musi się poddać. To nie jest film łatwy w odbiorze, w tym przypomina polski dokument braci Sekielskich, który jak wiadomo będzie miał swoją kontynuację.
A jednak jest w nim jakaś siła oczyszczająca. W tym różni się od systematycznego zamiatania pod dywan czy to problemów w kościele, czy w polityce, czy w rodzinie. Wcześniej czy później zamiecione brudy zaczynają dawać o sobie znać. Zatruwają życie nam wszystkim. Film ma siłę wyzwalającą i pozwala wierzyć, że jednak przestępcy poniosą zasłużoną karę, a cierpienie ofiar znajdzie zadośćuczynienie, albo przynajmniej zrozumienie. Dlatego warto takie filmy oglądać choćby po to, by uwierzyć w siłę prawdy, która rzeczywiście wyzwala. Tak przynajmniej dzieje się w filmie „Dzięki Bogu”.
Alexandre (Melvil Poupaud) – przystojny, wykształcony, dobrze sytuowany. Typowy przedstawiciel klasy średniej. Żonaty, ma pięcioro dzieci. Przykładna rodzina katolicka. François (Denis Ménochet) – niewierzący, niepraktykujący, również żonaty, ma trójkę dzieci. Emmanuel (Swann Arlaud) – narkoman, alkoholik i epileptyk. Co ich łączy? W dzieciństwie każdy był ofiarą księdza Preynata (Bernard Verley), który wykorzystywał swoją pozycję, żeby gwałcić dzieci. Zwykle robił to na obozach harcerskich, choć zdarzało się i na plebanii, po lekcjach.
Alexandre, François i Emmanuel po latach życia ze wstydem ofiary pedofila przerywają milczenie. Tak jak w filmie bracie Sekielskich, również w „Dzięki Bogu” dominuje perspektywa ofiar. Pracując nad filmem, Ozon korzystał nie tylko z ustnych relacji ofiar ks. Preynata, ale również z dokumentów i listów, które jednoznacznie pokazują, że hierarchowie Kościoła, wśród nich Barbarin, chcieli za wszelką cenę wyciszyć sprawę, zamiast wymierzyć karę sprawcy.
Obraz francuskiego kościoła wyłaniającego się z filmu Ozona nie jest ciekawy. Jest to organizacja skoncentrowana na sobie, nierozumiejąca bólu ofiar i broniąca się przed konfrontacją z rzeczywistością. A przy tym jej przedstawiciele nie szczędzą uwag o konieczności wiary, modlitwy i zawierzenia Bogu. W tym również przypomina nasz polski kościół katolicki.
Są też różnice. Rodziny zdecydowanie stają po stronie ofiar. Nie stawiają idiotycznych pytań, jakie usłyszały niektóre z polskich ofiar – dlaczego się nie broniłeś, dlaczego do niego wracałeś? Choć w przypadku François rzecz nie przedstawia się tak łatwo: nie wszyscy go rozumieją, jego brat oskarża go o przesadę, histerię. Ale po konferencji prasowej, której bohaterem był właśnie François, jego ojciec przekazuje mu znak pojednania od brata. Inni po prostu rozumieją i z empatią wspierają w trudnej drodze przezwyciężania traumy. Państwo również staje w sposób jednoznaczny po stronie ofiar. Kościół, nie tylko ksiądz pedofil, ale i tuszujący jego zbrodnie zostali oskarżenie i osądzeni. W tym sensie to film, który przywraca wiarę w sądownictwo.
Być może powoli również polskie sądownictwo zacznie stosować jedną miarę wobec wszystkich oskarżonych. Również tych w sutannach i tych z piuskami na głowie. Bo jak dotąd żaden biskup tuszujący przestępstwa księży pedofilii i przenoszący ich na inne parafie (gdzie również kontynuowali swój pedofilski proceder) nie został skazany.

Społeczeństwo dało się zniewolić

„U nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. ały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.

KAMILA TERPIAŁ: „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich nie jest filmem o pedofilii. To jest film o tym, że gdy członkowie jakiejś instytucji mają za dużo władzy i poczucie bezkarności, mogą pozwalać sobie na wykorzystywanie najsłabszych. Podpisałby się pan pod takim stwierdzeniem?
ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Tak, to jest przede wszystkim film o władzy. Tam, gdzie w grę wchodzi cielesność i seksualność, zawsze o to chodzi. Ujmując rzecz w dużym skrócie – stosunek do ciała dotyka tego, co najgłębsze, najbardziej intymne w człowieku i jest modelem wszystkich innych stosunków: politycznych, kulturowych, moralnych czy mentalnych. Władza absolutna stwarza możliwość absolutnego zawładnięcia ciałem. Objawia się tu myślenie, że skoro mam pełnię władzy, to wszystko jest dozwolone. Można powiedzieć metaforycznie, że zniewolenie cielesne, które się bezkarnie dokonywało, jest wyrazem zniewolenia mentalnego i moralnego. Społeczeństwo polskie dało się zniewolić. Lecz to nie jest tak, że za to wszystko odpowiada sam tylko Kościół – odpowiadają za to także różne grupy społeczne i polityczni działacze, którzy pozwolili na taką władzę Kościoła nad duszami i ciałami.

Widzimy przejaw władzy absolutnej?
Ta przestępczość ma wymiar moralny, ale przede wszystkim jest to – jak mówił Jan Paweł II – „grzech strukturalny”. Ogromne znaczenie ma tu zarazem zadzierzgnięcie tak silnego mariażu ołtarza z tronem, i to z każdym tronem. Ale w ostatnich prawie czterech latach jest to widoczne wręcz drastycznie…

Kościołowi zaszkodzi taki mariaż?
Na krótką metę już szkodzi, ale bardziej jeszcze zaszkodzi także na dłuższą. Zwłaszcza że jest sojusz taki jest zawarty wbrew nauczaniu Kościoła powszechnego i Soboru Watykańskiemu II, który orzekł, że duchowni nie mogą wchodzić w „polityczne buty” i wspierać żadnych partii politycznych. Tymczasem kiedy przemawia abp Sławoj Leszek Głódź, bp Wiesław Mehring czy abp Józef Michalik, w gruncie rzeczy słyszymy aparatczyków partii rządzącej.

Ale na krótką metę obu stronom jest to na rękę.
Tak, oczywiście. Duchowni otrzymują bowiem za to apanaże, a partia wsparcie tak istotnej i ogromnej instytucji. Mamy przy tym do czynienia z błędnym kołem. Obie strony tego układu wzajemnie potęgują swoją moc, pazerność i dobrostan. I tak to trwa. Nie dotyczy to naturalnie wszystkich księży, ale niestety dominującej grupy w polskim Kościele. Jedyną szansą na zmianę jest twarde, ostre rozdzielenie państwa i Kościoła. I nie mówię o walce z Kościołem. Ale bez sensu jest też mówienie o przyjaznej separacji, tym bardziej że została ona przez rozmaitych polityków i duchownych naruszona, może nawet zdruzgotana – na rzecz właśnie wspomnianego mariażu.

Wpływ na te relacje może mieć sprawa pedofilii w Kościele?
Oczywiście. Nie znamy skali tego zjawiska, bo jak zwykle w przestępstwach seksualnych tzw. ciemna liczba jest większa.
Wiele ofiar i środowisk cały czas milczy, bo mówienie prawdy jednak skazuje na stygmatyzację. Ważne jest to, że stworzony został pewien system, który ma właściwości systemu mafijnego – „swój człowiek” może zrobić wszystko, a my go ochronimy.
To też pokazuje słabość państwa i prawa. W filmie braci Sekielskich pokazany jest między innymi przypadek kapelana więziennictwa, który udziela schronienia i pozwala na odprawianie mszy z dziećmi skazanemu już duchownemu. Buzuje w nim bezczelność, pycha i cynizm, bo wie, że włos mu z głowy nie spadnie. Nic w tej sprawie nie zrobili ani minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, ani wiceminister odpowiedzialny za więziennictwo. Dla wielu ludzi Kościoła nic zatem nie znaczy polskie prawo i tym samym tworzy się rodzaj państwa w państwie.
Kościół jeszcze długo nie będzie gotowy na poważne potraktowanie tej sprawy i wewnętrzne rozliczenie?
Gdyby był, to już działoby się coś ważnego… Na razie słyszymy tylko głosy i to często sprzeczne. Najbardziej krytyczni i niezależni w sądach są najczęściej jezuici i dominikanie, czyli członkowie zakonów, których zwierzchność jest w Rzymie.

Co zatem powinno się wydarzyć?
Powinno wkroczyć państwo. Prawo, prawo i jeszcze raz prawo. Niemożliwe są bowiem sytuacje, w których prawo nie będzie działać – na przykład wobec kogoś udzielającego świadomie schronienia przestępcy w sutannie. Nie może być po prostu tak, że oni czują się bezkarni! Nie może być też tak, że w szeregach partii rządzącej jest osoba (i to na czele sejmowej komisji sprawiedliwości), która chroniła – skazanego przecież za pedofilię – słynnego proboszcza z Tylawy, zresztą nadal aktywnego duchownego, także w Radiu Maryja. Nie rozumiem przy tym głosów nawołujących do tego, abyśmy nie byli antyklerykalni. Antyklerykalizm nie jest złem.
Antyklerykalizm to nie antyreligijność. W Polsce dokonano natomiast bardzo złowieszczego podstawienia – zrównano antyklerykalizm z antyreligijnością. Tymczasem można być człowiekiem głęboko religijnym i antyklerykałem.

Czym jest antyklerykalizm?
Jest postawą dotyczącą zwalczania nadmiernej pozycji kleru.

Może przyczynić się do uzdrowienia Kościoła?
Tak, antyklerykalizm jest uzdrawiający. Ale trzeba głośno mówić o tym, że nie ma równości między antyklerykalizmem i antyreligijnością. Polska religijność miesza przy tym porządku i utożsamia się z klerykalizmem. Nic dziwnego, skoro bierze się z tradycyjnego lenistwa umysłowego, także w sprawach wiary. Nawet ludzie wykształceni oddają więc wszystkie kwestie religijne w ręce „funkcjonariuszy kultu”, jak ich zwał Lejzorek Rojsztwaniec, i poprzestają na szczątkowej świadomości religijnej z epoki pierwszej komunii. Często przy tym w grę wchodzą tylko emocje. A tak się nie da. Jak mawiał święty Tomasz z Akwinu, jeśli się nie używa rozumu w sprawach wiary, to popada się w grzech.

Dlatego tak grzeszymy?
Polacy są tak naprawdę od całych pokoleń obojętni w sprawach wiary (choć nie w sprawach Kościoła).
Nie toczyły się u nas na przykład krwawe wojny o pojmowanie łaski, które prowadziły do wzajemnego wyrzynania się stron, jak we Francji czy Niemczech. Były, owszem, jakieś napięcia, ale nigdy nie ostateczne, bo mało kogo to obchodziło.
Sprawa pedofilii w Kościele coraz więcej osób zaczęła jednak obchodzić.
I zaczyna to przypominać spóźnioną wojenkę religijną, którą wiele państw ma już dawno za sobą. To ma związek również z tym, że u nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. Najważniejsze było odzyskanie niepodległości, a nie przeobrażenie świadomości zbiorowej w racjonalnym, sceptycznym i liberalnym duchu. Cały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski – o to, po której stronie europejskiej tradycji będziemy, po zachodniej czy po wschodniej. To bierze się też po części i z tego, że przez wieleset lat stanowiliśmy część rosyjskiego Wschodu – w istocie aż do 1989 roku. Tego nie da się wytrzebić w ciągu trzydziestu lat wolności.

Jaki wpływ ma na takie postawy katolicyzm?
Katolicyzm w Polsce nie jest tylko kwestią wiary, ale także tożsamości kulturowej i narodowej. W religijnym wymiarze katolicyzm w Polsce jest bowiem religią mniejszościową. Ot, około 37 proc. wiernych chodzi w niedzielę do Kościoła; ogromna liczba dzieci rodzi się w tzw. związkach niesakramentalnych; nikt nie przejmuje się naukami Kościoła w sprawach seksu przedmałżeńskiego, aborcji czy in vitro. Najłatwiej więc postawić sobie na czole stempelek „Polak-katolik” – i ma się sprawę „z głowy”.

Co mamy „z głowy”?
Naród jest wspólnotą wyobrażoną, zespołem wyobrażeń, które tworzymy i podzielamy. Mamy więc i takie wyobrażenie, że katolicyzm jest koniecznym składnikiem polskiej wspólnoty narodowej. To też wpływa na moją przynależność do szerszego porządku.
A gdzieś jest jeszcze słynna teza prof. Stefana Nowaka, że w Polsce za sprawą historii wspólnotowość spełnia się na dwóch poziomach – najwyższym, czyli narodowo-wspólnotowym, i najniższym, czyli bliskości rodziny, bliskich albo, co najwyżej, bardzo lokalnego układu. Środek jest więc pustawy, chociaż właśnie w nim spełnia się społeczeństwo obywatelskie.

Jaki ten podział ma wpływ na wybory?
Prawo i Sprawiedliwość apeluje umiejętnie i przebiegle do dwóch wspomnianych poziomów rozumienia wspólnoty, a to pozwala im łatwiej zawładnąć wyborcami. Opozycja mówi o środku, a on jest – niestety – kruchy, słaby i nie można na tym gruncie zbudować siły, która by zdołała mocno i brutalnie przeciwstawić się obecnej władzy. Trzeba byłoby zatem wejść w „grę” na najniższym i najwyższym poziomie. Ale opozycji liberalno-demokratycznej, z pewną nutą przy tym konserwatywną, słabo to wychodzi.

Ponad połowa Polaków uważa, że episkopat powinien się podać do dymisji. Pan zalicza się do tej grupy?
To nie rozwiązuje problemu. Nie powinno być odpowiedzialności zbiorowej, bo to jest tylko rozwiązanie zastępcze… Trzeba więc wskazywać na konkretne osoby, które z racji chronienia zła powinny odejść. Dlaczego mają odchodzić biskupi przyzwoici, chociaż może milczący albo bezsilni? Takie działanie byłoby wyszukaniem kozła ofiarnego. To jest klasyczna metoda, stosowana zresztą na przykład w komunizmie, kiedy w okresach kryzysu obwiniano o zło systemu tylko jego elity przywódcze. I rozprawiano się z nimi – jako właśnie kozłami ofiarnymi – po to, aby system mógł trwać nadal. Warto znowu wrócić tutaj do pojęcia „grzechu strukturalnego”, czyli współuczestnictwa i wspólnictwa państwa oraz szerokich grup obywateli.
Proboszcza z Tylawy bronili przecież nie tylko prokurator Stanisław Piotrowicz i abp Józef Michalik, ale także zwykli mieszkańcy wioski, którzy oskarżali ofiary.

To może konieczne są zmiany w prawie, zaostrzenie kar?
To są wszystko „kwiatki do kożucha”, rozwiązania pozorne. Prawdziwym rozwiązaniem będzie wyraziste oddzielenie państwa od Kościoła, przejrzenie wszystkich spraw związanych z wykorzystywaniem dzieci, ale także dotyczących choćby Komisji Majątkowej. To była przecież jedyna instytucja w państwie, od której decyzji nie można było się odwołać do sądu. A oznaczały one niebywałe wprost szafowanie dobrami – na rzecz Kościoła i jego ludzi. Władza łączy się przecież z władzą pieniądza, z posiadaniem rozlicznych dóbr. Kiedy zaś rozdawnictwo tych dóbr nie podlega kontroli publicznej, obywatelskiej, mamy w oczywisty sposób do czynienia i z niekontrolowaną władzą. Poprzez decyzje Komisji Majątkowej i arbitralnie serwowane dary polityków dokonało się więc na rzecz Kościoła zagęszczenie pewnych bogactw i pewnych nadmiernych prerogatyw.
Stan ten zawęźlił się w swoisty węzeł gordyjski, który trzeba rozciąć. Jak? Byłem przeciwnikiem konkordatu, ale jeżeli już on jest, to przede wszystkim trzeba powrócić do konkordatowej rzeczywistości – została ona bowiem w znacznej mierze poszerzona, przekraczając granice, które są bezpieczne dla demokratycznego państwa prawnego. Należałoby zatem dokonać rewizji owych nadmiernych działań i wyznaczyć na nowo granicę obecności Kościoła w państwie, odpowiadając chociażby na pytanie, czy symbole religijne mogą sobie wisieć ot tak w instytucjach świeckiego państwa, albo na pytanie, w jakiej mierze i czy w ogóle dygnitarze kościelni mogą brać udział w życiu instytucji państwowych, zwłaszcza szkoły, armii czy szpitalnictwa. To jest ogromna szara strefa, która powinna przestać być szara. Owszem, człowiek ma prawo manifestować swoją wiarę, ale w przestrzeni religijnej, nie każdej innej, wedle własnego upodobania i zachcenia. Dotyczy to szczególnie funkcjonariuszy publicznych, którzy powinni postępować wyłącznie według norm prawnych, nie religijnych. A jeśli im to nie odpowiada, nie muszą być funkcjonariuszami publicznymi.

Co mogłoby być punktem zwrotnym?
Nie wiem, co musiałoby się stać – pewnie jakiś rodzaj kulturowej apokalipsy? Mamy bowiem tu do czynienia z rozłożonym na lata procesem. Są w nim oczywiście i momenty przyspieszenia, drastycznego ujawnienia się zła, które wynika z zespolenia państwa i Kościoła. Sprawa pedofilii wśród duchownych i jej ukrywanie jest takim momentem przyspieszenia. Ale to cały czas jest proces, rozgrywający się w „długim trwaniu”. Tymczasem działania państw Zachodu w tej materii dokonywały się i w aktach swoistej rewolucji, i właśnie w „długim trwaniu”, powolnym dojrzewaniu do zmian, często niedostrzegalnym. Najważniejsze przy tym, aby rozpoczęła się debata na temat rzeczywistej historii Kościoła i religii w Polsce. Nie jest bowiem prawdą, że hierarchowie zawsze byli z narodem. A w tym zakresie karmieni jesteśmy często fałszywą opowieścią. Byli – to prawda – w Kościele ludzie, którzy heroicznie walczyli za kraj, jak ks. Stanisław Brzóska czy ks. Piotr Ściegienny. Ale byli też nędzni kolaboranci, lojaliści, agenci obcych mocarstw. Byli urągający wierze, moralności i Polsce szubrawcy, jak prymas Gabriel Podoski. I zdrajcy Rzeczpospolitej, którzy – jak biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski – zawiśli na szubienicy z wyroku narodowego trybunału. No i tacy rzecznicy Rzymu, którzy w imię jego interesów działali wbrew interesom polskim. Pamiętajmy też, że w Kościele katolickim nie przeprowadzono lustracji. Bardzo znamienne jest więc to, że oskarżeni o pedofilię duchowni byli często uwikłani w kwestię agenturalności. To powinno dać nam do myślenia. Potrzebna jest zatem gigantyczna praca.

Kto miałby ją zapoczątkować?
Raczej nie politycy… Sensowni ludzie Kościoła.

A może wierni, którzy powinni mieć wpływ na duchownych?
Tak. Kościół to są właśnie przede wszystkim wierni. Sobór Watykański II stwierdza przecież wyraźnie, że Kościół jako Lud Boży jest o wiele ważniejszy niż Kościół jako instytucja. W Polsce natomiast jest odwrotnie: społeczeństwo i jego elity oddały kwestie wiary w ręce kleru. A jeżeli Kościół polski ma się odrodzić, jeśli ma działać zgodnie z dobrem demokratycznego państwa i jego obywateli, nie zaś korporacyjnym interesem własnym, musimy domagać się stanowczo większego udziału Ludu Bożego w jego stanowieniu. Ludzie wierzący muszą więc powiedzieć: to my jesteśmy Kościołem. Ale to dotyczy wierzących. Natomiast, jeśli chodzi o nas wszystkich już, musimy jak najszybciej rozpocząć systematyczną pracę nad świadomością i edukacją. Aby w sposób jednoznaczny i pewny nadrobić nasze straty w drodze do dobrostanu oraz rozumnej, porządnej demokracji. Tymczasem tak wielu z nas umyka – bo to wydaje się łatwe – ku błędnym cieniom przeszłości. Na dodatek cieniom kalekim, fałszywym.

Więzienie+, czyli kodeks Kaczyńskiego

Czy Polacy to bestie? Marzące jedynie o wielce surowych, masowych i jeszcze publicznie wykonywanych karach?

Tak pewnie uważają elity PiS. Bo aby kupić sobie głosy wyborcze Polaków forsują represyjne zmiany kodeksu karnego. I idiotyczne też.
Polski kościół katolicki jest instytucją niezwykle uprzywilejowaną w państwie polskim. Dzięki ustawodawstwu krajowemu, dzięki konkordatowi i przede wszystkim dzięki przyzwoleniu władz państwowych, także wielu wiernych, na łamanie prawa przez funkcjonariuszy tegoż kościoła.
W efekcie takiego uprzywilejowania i przyzwolenia nawet zbrodnie pedofilskie, powszechnie w Polsce nieakceptowane, były dla funkcjonariuszy tego kościoła bezkarne.
I nadal pewnie pozostaną. Bo rządzące elity PiS postanowiły oszukać wyborców zbulwersowanych skalą niedawno ujawnionych kościelnych zbrodni. Zdecydowały zaostrzyć kary dla wszystkich pedofilii w naszym kraju.
Ale nadal nie chcą likwidować systemu prawnego umożliwiającego dalszą bezkarność funkcjonariuszy polskiego kościoła katolickiego.
Nie tylko za zbrodnie pedofilskie. Także za pospolite złodziejstwo, korupcję, malwersacje finansowe, i inne działania na szkodę obywateli i państwa polskiego.
W efekcie tych zmian kościelni pedofile ciągle będą posiadać kościelny i państwowy parasol ochronny, za to niekościelni pedofile będą karani jeszcze bardziej surowo niż obecnie.
Będą karani za swoje przestępcze czyny i dodatkowo za nadal tuszowane czyny pedofilii z kościoła katolickiego. Zwłaszcza kiedy już społeczny gniew i zainteresowanie kościelną pedofilią opadną. Kiedy z czołówek mediów wyprą je inne, równie bulwersujące tematy.
Wówczas społeczne monitorowanie kościelnych pedofilii też zmniejszy się. Za to represyjne zmiany w kodeksie karnym zostaną.
Będzie jak w starym przysłowiu: ksiądz zawinił, murarza powieszą dwa razy.
Aby kupić jeszcze więcej głosów wyborczych, handlarze prawem i sprawiedliwością z PiS podnieśli wiek dozwolonej inicjacji seksualnej.
Do tej pory w Polsce nie karano za utrzymywanie stosunków seksualnych z osobami powyżej piętnastego roku życia. Teraz władza pana prezesa Kaczyńskiego podniosła granicę karalności do lat szesnastu. Obłudnie uzasadniając, że chce tym jeszcze bardziej chronić dzieci i młodzież przed pedofilskim seksem.
Niestety, ta populistyczna zagrywka wyborcza nie uchroni skutecznie piętnastolatków przed pedofilskimi gwałtami. I nie pedofilskimi również.
Zapełni za to policyjne komisariaty, prokuratorskie pokoje przesłuchań, sale sądowe oraz więzienia przyłapanymi na uprawianiu seksu nastolatkami. Sięgającymi po zakazany, ale pożądany już w tym wieku, owoc.
Nietrudno zauważyć, że statystyczny poziom wieku inicjacji seksualnej w Polsce systematycznie obniża się. Sprzyjają temu różne czynniki, jak choćby wzrost zamożności społeczeństwa, a zwłaszcza powszechny brak profesjonalnej edukacji seksualnej dzieci i młodzieży.
Do tej pory inicjujący seks piętnastoletni byli w Polsce bezkarni. Teraz za seks z piętnastoletnią będzie karany jej szesnastoletni kolega, podobnie jak szesnastolatka za seks z piętnastoletnim chłopakiem. I zapewne to oni zostaną szybciej wykryci, aresztowani i ukarani niż księża pedofile.
Podwyższenie wieku dozwolonej inicjacji seksualnej uderzy też w społeczność romską mieszkającą w Polsce. Zwyczajowo akceptującą wczesne inicjacje seksualne.
Sprzeciw wobec podnoszenia wieku takiej inicjacji wyraziła nawet Kaja Godek – liderka krajowych ruchów zakazujących wszystkich zabiegów aborcyjnych. Dostrzegła, słusznie zresztą, że tak restrykcyjne prawo skłoni wiele nieletnich, zachodzących w ciąże dziewcząt do ukrywania ich, czyli do potajemnych aborcji.
Tak to jest kiedy liderzy PiS pragnąc się przypodobać hierarchii kościelnej, chronić dalej księży pedofilii postanowili odwrócić społeczną uwagę od istoty problemu. Od kościelnych pedofili. Skierowany teraz na księży Jankowskiego i Cybulę gniew społeczny przenieś na reżysera Romana Polańskiego oraz murarzy i nauczycieli.
Ale niech sczezną artyści, niech zawisną murarze, niech małolaty siedzą w więzieniach, byle kościół katolicki nadal był ponad prawem.
I ponad sprawiedliwością też.

PS. Gdyby plotki o uprawianiu seksu przez pana marszałka Marka Kuchcińskiego z piętnastoletnią panienką z Ukrainy okazały się prawdziwe, to wedle uchwalonego przez pana marszałka prawa zostałby on pedofilem. Czego się w PiS nie robi aby zaspokoić pana prezesa…

Inni też krzywdzą

Prawica usiłuje teraz zrównać pedofilskie wybryki księży z takimi występkami popełnianymi przez ludzi z innych profesji.

Dlaczego atakuje się księży, a inni wcale nie są lepsi? Nawołują politycy wiadomej partii. Różnica jest duża, wręcz zasadnicza. Księżą uznają się za strażników i krzewicieli katolickiej wiary w naszym kraju. Z ambon, na lekcjach religii, itp. nauczają dekalogu. Są obecni przy chrzcinach, ślubach, pogrzebach i na uroczystościach cywilnych gdzie być raczej nie powinni. Święcą samochody. Kapelani są obecni w wojsku, policji i innych urzędach. Pobierają pensje w szpitalach. Księża wypowiadają się na temat naszej polityki. Co więcej, kanony wiary starają się zapisać w prawie ziemskim, bo nie wierzą katolikom, że są wiernymi wyznawcami. Starają się ich do tego przymuszać także nakazami prawa ziemskiego.
Zatem ta grupa ludzi chce prowadzić swoje owieczki w dzień i w nocy. Niektórych szczególnie interesuje to, co robimy w nocy i z kim. Poprzez swoją nadobecność stali się oni dla wielu uciążliwi i natrętni. Skoro duchowni uważają się w naszym kraju za ludzi wyznaczających zasady życia milionów wierzących, to muszą świecić nadzwyczajnym przykładem. Okazują się być jednak ludźmi często zbaczającymi z wyznaczonych dróg. Większość stara się zachowywać wedle nakazów wiary. Jednak nie wszyscy. Ta grupka odszczepieńców, kryta przez kolegów z branży, w znacznym stopniu, zniszczyła wizerunek duchownego stanu. Skoro duchowni stali się w kraju grupą ludzi wyjątkowych to i oczekiwania wobec nich są wyjątkowe. Dlatego powiadanie, że czyny pedofilskie popełniają także murarze, czy pracownicy umysłowi uważam za mało poważne. Nikt nie może krzywdzić dzieci, ale księża szczególnie. Chowanie się za inne grupy zawodowe jeszcze bardziej kompromituje księży i ich obrońców, a polityków wspieranych przez stan duchowny szczególnie.