Flaczki tygodnia

Czy warto głosować na SLD – Lewica Razem?
Czy warto w najbliższą niedzielę poświęcić swój cenny czas i oddać głos na kandydatów, którzy mogą nie zostać radnymi, wójtami, burmistrzami czy prezydentami miast?
Czy nie lepiej od razu poprzeć faworyzowanych w mediach i sondażach przedwyborczych kandydatów z dwóch największych ugrupowań? Postawić na PiS lub PO?

***

Można też zostać w domu. I uzasadnić swoją absencję wyborczą, że to przecież „nie mój cyrk i małpy też nie moje”.

***

Tegoroczne wybory samorządowe zostały zredukowane do plebiscytu. Przez polityków z PiS i PO oraz wspierające ich media.
Do wyboru: kto jest za partią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, a kto jest za koalicją Grzegorza Schetyny.
Prezentacje innych partii w mediach systematycznie zawężano.

***

Po raz kolejny zwyciężył preferowany przez liderów PiS i PO model systemu dwupartyjnego. Plebiscytu narodowo-katolicka, autorytarna i socjalna PiS kontra europejska, demokratyczna liberalna PO z przystawkami.

***

Stratedzy PiS uznali, że największym ich wrogiem w tegorocznych wyborach do sejmików wojewódzkich jest PSL. Bo dobry wynik PSL to szansa na recydywę koalicji PO-PSL w sejmikach wojewódzkich. Cóż z tego, że w większości województw PiS osiągnie najlepszy wynik wyborczy, skoro potrzebną do rządzenia większość uzbiera PO ze wsparciem PSL. I może jeszcze z poparciem SLD.
Z sondaży przedwyborczych wynika, ze spora grupa wiejskich wyborców preferująca PSL dopuszcza też oddanie głosu na PiS. Bo PiS i PSL są partiami konserwatywnymi obyczajowo, bliskimi kościołowi katolickiemu, o bardzo podobnych programach gospodarczych.
Dlatego elity PiS chętnie zamordowałyby politycznie PSL i przejęły jego najcenniejszy majątek. Jego wyborców.

***

Stratedzy przedwyborczy PO uznali, że dodatkowego poparcia wyborczego trzeba szukać na lewo od centrum. Zwłaszcza wśród wyborców o proeuropejskich, liberalnych obyczajowo poglądach. Zamieszkałych w miastach. Bo po prawej stronie skuteczne zagnieździł się PiS.
Ale aby pozyskać elektorat centrolewicowy trzeba wpierw przekonać go, że w Polsce nie ma miejsca na trzecią siłę polityczną. Że jedyny, realny wybór jest pomiędzy autorytarną PiS i demokratyczną koalicją wokół PO.

***

W przeciwieństwo do PiS, które otwarcie i bezpardonowo walczy z PSL, PO nie wzywa publicznie do likwidacji SLD. Nie może sobie na to pozwolić, bo SLD popiera wielu kandydatów na prezydentów miast, których popiera również PO.
Liderzy PO liczą też, że w drugich turach wyborów na prezydentów miast popierani przez nich kandydaci zyskają poparcie wyborców SLD, co może przesądzić o ich zwycięstwie.

***

Czy komitet wyborczy SLD – Lewica Razem, największy ze wszystkich lewicowych, ma szanse stworzyć alternatywę wobec wyniszczającej polska politykę, a nawet polskie życie umysłowe i kulturę, wojny plemiennej PiS – PO?
Wszystko w rękach lewicowych wyborców. To oni zadecydują o przyszłości SLD – Lewica Razem. Zadecydują też o przyszłości lewicy w Polsce.

***

Tegoroczne wybory samorządowe i przyszłoroczne parlamentarne będą wielką szansą na odbudowanie politycznych wpływów lewicy w naszym kraju. Obecnej w samorządach. Pewnie też w parlamentach, krajowym i europejskim. Już nie tylko na portalach w Internecie. Realnej lewicy. Współrządzącej lub rządzącej w wielu miastach. Widocznej w sejmikach wojewódzkich jako koalicjant albo licząca się opozycja.

***

Wybory samorządowe wyłonią nie tylko polityczne reprezentacje we władzach samorządowych. One również „spozycjonują” partie polityczne. Zweryfikują ich poparcie polityczne. Wskażą, które partie polityczne mają szanse być w przyszłych parlamentach. Zwłaszcza w Sejmie i Senacie.

***

Dla koalicji SLD – Lewica Razem dobry wynik w wyborach samorządowych będzie dobrą polityczną zaliczką na przyszłoroczne wybory parlamentarne. Nadzieją na powrót do Sejmu, i Senatu nawet. Dla polskiej lewicy szansą, że jej głos znowu będzie słyszany w parlamentarnych debatach.

***

Koalicja SLD – Lewica Razem ma szansę być „lewicowym Piemontem”. Tak jak zjednoczenie Włoch w XIX wieku promowane było w małym, ale aktywnym niepodległościowo Piemoncie, tak i przyszły klub parlamentarny SLD – Lewica Razem może w czasie swej parlamentarnej kadencji odbudować wpływy lewicy w Polsce.
Może mieć taką szansę, jeśli lewicowi wyborcy udzielą koalicji SLD – Lewica Razem politycznego kredytu. Zagłosują na jego kandydatów i tym samym powierzą mu zadanie stworzenia „lewicowego Piemontu” w Polsce.

***

Każdy kredyt można wykorzystać różnie. Nie ma gwarancji, że liderzy SLD – Lewica Razem nie roztrwonią go. Ale dzisiaj nie ma na polskiej lewicy innej formacji, która tu i teraz mogłaby skutecznie stworzyć lewicową reprezentację w samorządach, a w przyszłym roku w parlamentach.

***

Flaczki Tygodnia osiągnęły już wiek 60+. Nie chcą ponownych nawrotów „dziecięcych chorób lewicowości” na polskiej lewicy. Nie mają czasu wyczekiwać na przyjście „lewicowego Mesjasza”, zapowiadanego przez młodszych lewicowych braci. Flaczki zdecydowały się dać szansę komitetowi wyborczemu SLD – Lewica Razem zostania tym „lewicowym Piemontem”.

***

Dlatego Flaczki zagłosują 21 października na kandydatów SLD – Lewica Razem.
Bo jeśli nawet popierany przez Flaczki kandydat mandatu tym razem nie zyska, to dziś oddany głos zaprocentuje jutro.

 

PS. W wyborach do Rady Miasta Warszawy z okręgu Ursynów i Wilanów Flaczki zagłosują na redaktora Piotra Gadzinowskiego. Bo znają jego słabości. I zalety też.

Dwunastu wspaniałych

Gdyby w wyborach samorządowych głosowano też na najlepsze kandydujące drużyny, to stołeczna reprezentacja komitetu wyborczego SLD – Lewica Razem wygrałaby zdecydowanie.

 

Taka silna drużyna ludzi kompetentnych, doświadczonych zawodowo i pracowitych dowodzi, że wyborcy nie są skazani jedynie na plebiscyt pomiędzy kandydatami prawicowego Prawa i Sprawiedliwości i prawicowej koalicji wokół Platformy Obywatelskiej.
Na wybór między większym prawicowym złem i prawicowym mniejszym złem.
Polscy wyborcy mają dobra, lewicową alternatywę.

 

Kandydatki lewicy do Sejmiku Województwa Mazowieckiego

Katarzyna Maria Piekarska
kandyduje z okręgu nr 1.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznej Ochoty, Śródmieścia, Mokotowa, Wilanowa i Ursynowa.
Jest prawnikiem i radną Sejmiku Wojewódzkiego Mazowieckiego. Była posłanką, wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera.

 


Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska
kandyduje z okręgu nr 2.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Żoliborza, Bielan, Bemowa, Woli, Włoch i Ursusa.
Jest prawnikiem. Była radną miasta Warszawy i posłanką, wielokrotnie nagradzaną przez tygodnik „Polityka” w plebiscycie na najlepszego parlamentarzystę.

 


Danuta Waniek
kandyduje z okręgu nr 3.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Rembertowa, Targówka, Wawra i Wesołej.
Jest politologiem, wykładowcą akademickim. Autorką licznych publikacji na łamach „Trybuny”. Była posłanką, szefową Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

 

Kandydatki i kandydaci do Rady Warszawy

Andrzej Rozenek
kandyduje z okręgu nr 1.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Śródmieścia i Ochoty.
Jest dziennikarzem i politologiem, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Nie”. Był posłem i działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich.
Andrzej Rozenek kandyduje też na prezydenta Warszawy.

 


Monika Jaruzelska
kandyduje z okręgu nr 2.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Rembertowa i Pragi Południe.
Jest znana publicystką, uznaną pisarką, działaczką społeczna i wykładowcą akademickim.

 


Sebastian Wierzbicki
kandyduje z okręgu nr 3.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Mokotowa.
Jest szanowanym znawcą problematyki samorządowej, wieloletnim radnym warszawskim, wiceprzewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej i przewodniczącym SLD w Warszawie.

 


Jan Hartman
kandyduje z okręgu nr 4.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznej Woli.
Jest profesorem nauk humanistycznych, autorem licznych publikacji naukowych w kraju i zagranica, od tego roku wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim.

 


Krystyna Barbara Kozłowska
kandyduje z okręgu nr 5.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Żoliborza i Bielan.
Jest specjalistką w dziedzinie systemów ochrony zdrowia społecznego, była Rzeczniczką Praw Pacjenta.

 


Jan Artymowski
kandyduje z okręgu nr 6.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznej Pragi Północ i Białołęki.
Jest sekretarzem generalnym Stronnictwa Demokratycznego wchodzącego w skład koalicji SLD – Lewica Razem.

 


Anna Maria Żukowska
kandyduje z okręgu nr 7.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Targówka, Wawra i Wesołej.
Jest prawniczka, anglistką, rzeczniczką prasową SLD i wiceprzewodniczącą mazowieckiego SLD.

 


Piotr Gadzinowski
kandyduje z okręgu nr 8.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Ursynowa i Wilanowa.
Był posłem trzech kadencji, nagradzanym za pracowitość przez stołeczne media. Jest publicystą, autorem popularnych książek, publikacji krajowych i zagranicznych, redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna”, promotorem polskiej kinematografii.

 


Andrzej Golimont
kandyduje z okręgu nr 9.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Bemowa, Ursusa i Włoch.
Jest publicysta, autorem książek, popularnym radnym, z rekordowym, bo dwudziestoletnim stażem, a także prezesem Szpitala Praskiego.

 

Wielce szanowni Warszawiacy!

Zapamiętajcie te kandydatury.

Głosujcie jak Wam rozum, a nie prawicowe media, wskaże.

Na konwencji SLD – Lewica Razem

Tomasz Mańczuk – kandydat na radnego Sejmiku Województwa Podlaskiego z listy nr 5 – SLD – Lewica Razem z Aleksandrem Kwaśniewskim i redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna” Piotrem Gadzinowskim. Tomasz Mańczuk kandyduje z okręgu nr 2 (powiaty: augustowski, moniecki, sejneński, sokólski, suwalski).

„Silny i kompetentny samorząd terytorialny, to więcej rozwiązanych problemów zwykłych ludzi” – pisze w swoim programie Tomasz Mańczuk. Jest przedsiębiorcą i działaczem sportowym – prezesem klubu sportowego TIS Wataha Kleosin.

„Samorząd musi walczyć o równe i godne warunki pracy dla wszystkich. Więcej zadań powinno być wykonywanych przez urzędy i samorządowe jednostki organizacyjne, a mniej przez zewnętrzne firmy. Warunkiem otrzymania zamówienia publicznego musi być zatrudnienie pracowników na podstawie umowy o pracę” – zwraca uwagę w swoim programie wyborczym.

Brzydkie słowo na „Pe”

Kobiecie, która na biurze pana posła Krzysztofa Czabańskiego z PiS napisała „PZPR”, policja i prokuratura postawiła zarzut „propagowania totalitarnego ustroju”.

 

Zapewne obie instytucje, zaczynające się też na „pe”, nie wiedziały, że pan poseł Czabański był prominentnym członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Przez lat trzynaście lat. Od 1967 do 1980 roku. Wcześniej był prominentnym członkiem Związku Młodzieży Socjalistycznej. Zatem nie było to członkostwo przypadkowe, chwilowy epizod. Nie zapisał się do partii dla świętego spokoju, bo chciał być na przykład prezesem apolitycznej spółdzielni mleczarskiej.

W latach 1967–1981 pan poseł Czabański pracował jako reporter w czasopismach partyjnego koncernu RSW Prasa – Książka-Ruch. W „Sztandarze Młodych”, „Zarzewiu”, „Dookoła świata”, „Literaturze” i „Kulturze”, tej warszawskiej, prorządowej. Jak widać z powyższych dat, członkostwo w PZPR połączył z pracą dziennikarską. Zapewne PZPR nie było przeszkodą w jego dziennikarskiej karierze.

Podobnie czynił potem. W 1980 wstąpił do NSZZ „Solidarność”. W już w 1981 był redaktorem „Tygodnika Solidarność”, a po wprowadzeniu stanu wojennego publikował w prasie podziemnej: „Tygodniku Wojennym”, „Przeglądzie Wiadomości Agencyjnych”, „Vacacie”.

Dlatego można przypuszczać, że zatrzymana kobieta niczego nie propagowała, a jedynie informowała opinię publiczną i klientów biura poselskiego prominentnego posła PiS, bliskiego współpracownika pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, o historycznej przynależności pana posła.

Może też, jako osoba o poglądach zdecydowanie antykomunistycznych, porównując PiS z PZPR, chciała splugawić moralnie PiS?

Mogła też porównując PiS z PZPR dokonać aktu splugawienia PZPR.

Ciekawe też jaki zarzut postawiono by jej gdyby na biurze poselskim PiS umieściła napis „PO”?

Czy wówczas pan poseł Czabański poczułby się bardziej splugawiony porównaniem do Platformy Obywatelskiej niż do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej?

A jaki zarzut PiS-owska prokuratura postawiłaby osobie, która na biurze poselskim Platformy Obywatelskiej napisałaby „PiS” ?

Czy byłby to zarzut plugawienia jedynie słusznej Partii narodowo-katolickiej?

Wróćmy do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W ciągu jej historii przez jej szeregi przeszło około 12 milionów obywateli Polski Ludowej. W końcu lat siedemdziesiątych XX wieku liczyła PZPR prawie 3 miliony członkiń i członków.

I dlatego gdyby stawiać każdej osobie, która napisała, pisze obecnie i będzie pisać prokuratorski zarzut o propagowanie tym „totalitarnego ustroju”, to trzeba by postawić go od razu całej Polsce.
Zanim to nastąpi, ośmielam się postawić inny zarzut rządzącym elitom PiS. Zarzut, że ciągu trzech lat swego rządzenia rozpropagowali w prokuraturze i policji olbrzymie pokłady niezwykłej głupoty.

Przystanek do Niepodległej

Polska Ludowa nie przyjechała na radzieckich czołgach. Ona była już w Polsce przed II wojną światową.

 

Druga Rzeczpospolita powstała jako nowoczesna demokracja parlamentarno-gabinetowa. Wszyscy jej obywatele mieli mieć równe prawa, nawet kobiety. Pracownikom zagwarantowano ośmiogodzinny czas pracy. Mniejszościom narodowym – prawa Polaków. Wszystkim – edukację na poziomie przynajmniej podstawowym. To był efekt pierwszych rządów socjalistów tworzących początki nowoczesnego państwa polskiego. Drugiej Rzeczpospolitej.
U schyłku swego istnienia II Rzeczpospolita była już państwem autorytarnym. Jak wiele innych w ówczesnej Europie. Rządzonym przez wojskowo-ziemiańskie elity. Ze zdelegalizowaną opozycją komunistyczną i delegalizowanymi organizacjami radykalnych polskich narodowców i ukraińskich nacjonalistów. Z legalnymi opozycyjnymi partiami ludowymi i socjalistycznymi. Stale nękanymi policyjnymi prowokacjami, cenzurą państwową i polskim obozem koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej.
Była autorytarna i biedna. Państwem rolniczym z wyspami nowoczesnego przemysłu. Pariasem gospodarczym ówczesnej Europy. „Polskie drogi” były synonimem wielowiekowego zacofania. Jednocześnie dokonała wielkiego wysiłku scalając system prawny, oświatowy, transportowy trzech odrębnych dzielnic zintegrowanych wcześniej z trzema różnymi państwami.
Biedę kraju elity rządzące maskowały polityką regionalnego mocarstwa. Balansowaniem między Niemcami i ZSRR. Strategicznym sojuszem z równie mocarstwową Rumunią. Niekompetencję rządzenia nadrabiały fanfaronadą i „honorem”. By po klęsce wrześniowej honorowo wycofać się do Rumunii, pozostawiając kraj niemieckim i radzieckim agresorom.

 

Jest ONR-u spadkobiercą

Pod koniec lat trzydziestych sanacyjne rządy były zajadle krytykowane przez wszystkie opozycyjne ugrupowania polityczne. Legalnie działających socjalistów, ludowców, chadeków. Delegalizowanych radykalnych narodowców z ONR. Najsłabsi byli polscy komuniści. Zwłaszcza, że w 1938 roku w efekcie walk frakcyjnych w ZSRR, podporządkowany stalinowcom Komintern, czyli komunistyczną międzynarodówka, rozwiązał Komunistyczną Partię Polski. Nielegalnie działających polskich komunistów wezwano do Moskwy. I tam wymordowano ich. Ocaleli ci, którzy siedzieli wtedy w sanacyjnych więzieniach, jak Władysław Gomułka. Albo we francuskich obozach dla internowanych bojowników wojny przeciwko puczowi generała Franco, jak Eugeniusz Szyr. To Stalin był najskuteczniejszym „dekomunizatorem” polskich komunistów.
W dwóch ostatnich latach II Rzeczpospolitej najgłośniejszymi, najbardziej radykalnymi krytykami rządów sanacji byli młodzi radykałowie z ONR. To oni na łamach swych pism „Sztafety” i „Falangi” żądali radykalnej industrializacji Polski. Nacjonalizacji, czyli upaństwowienia, wielkich banków, przemysłu, lasów, handlu hurtowego i detalicznego. Dla nich powszechna nacjonalizacja oznaczała też złamanie kręgosłupa gospodarczego mniejszościom narodowym, zwłaszcza polskim Żydom.
Przyszła narodowa Polska miała być państwem bez widocznych mniejszości narodowych, jednego narodu polskiego. Dziedzictwem monolitycznej Polski piastowskiej, przeciwstawianej w narodowej publicystyce multikulturalnej Polsce jagiellońskiej.
Młodzi ONR-owcy nie wstydzili się swego totalitaryzmu i pogardy dla demokracji parlamentarnej. Dla zachodniego państwa prawa zachowującego trójpodział władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Marzyli o totalitarne zorganizowanym społeczeństwie w powszechne Organizacje Wychowania Narodu. Swoje „totalniaki” przeciwstawiali imposybilizmowi „rozlazłej demokracji parlamentarnej”. Chcieli zbudować państwo na wzór i podobieństwo ówczesnych faszystowskich Włoch. Państwo wielkich robót publicznych, nowoczesnej architektury, innowacyjnego przemysłu i silnej armii.
Aby dopiec sanacji potrafili w swym tygodniku „Sztafeta” prezentować industrialne sukcesy „chamskich Sowietów”, czyli ZSRR. Pytając rządzących II Rzeczpospolitą, czemu oni tego nie potrafią?

 

Car chłopa wyzwolił

Program gospodarczy Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego ogłoszony 22 lipca 1944 roku nie był zgodny z programem przedwojennych polskich komunistów. Zgodny był za to nie tylko z postulatami polskich socjalistów z PPS, ludowców z PSL-ów. Ale też z programami gospodarczymi emigracyjnego, londyńskiego rządu.
A z programami rządów sanacji różniła go jedynie radykalna reforma wolna, czyli przymusowe wywłaszczenie wielkich posiadaczy ziemskich.
Był za to wyjątkowo zgodny z przedwojennymi postulatami ONR-u. A Polska Ludowa w granicach piastowskich, bez mniejszości żydowskiej, z spacyfikowaną, przesiedloną mniejszością ukraińską, jawiła się jak spełnienie marzeń narodowców.
Spełnienia jednak nie było, bo PKWN, a potem PPR i PZPR swe polityczne słabości wzmacniała wsparciem Armii Czerwonej. Władzę swą legitymizowała strachem przed Wielkim Bratem. Racjonalizowała ją wyborem „mniejszego zła”.
Polski Ludowej nie zbudowali polscy komuniści, bo tych było w latach czterdziestych jak na lekarstwo. Stworzyli ją socjaliści, ludowcy, lewicowa i oportunistyczna inteligencja. A nawet drobnomieszczaństwo, zwane „prywatną inicjatywą”. Nękane stałymi podatkami i okresowymi domiarami, ale już pozbawione żydowskiej i ukraińskiej konkurencji.
Warto pamiętać, że Polska Ludowa w ciągu swego czterdziestopięcioletniego istnienia zmieniała się radykalnie. Nie było jednej Polski Ludowej. Inaczej wyglądała w latach 1945-49, inaczej w okresie stalinowskim, inaczej po Październiku 1956 roku, inaczej w „epoce Gierka”, zupełnie inaczej w czasie karnawału pierwszej „Solidarności”, potem stanu wojennego i schyłku Polski Ludowej w końcówce lat osiemdziesiątych.
Czy Manifest PKWN był autentycznym zapisem ówczesnych nastojów politycznych, czy tylko kamuflażem dla przyszłej polskiej republiki radzieckiej? Haczykiem chytrego Stalina na naiwne polskie polityczne płotki?
Stalin i jego następcy, pomimo ideologicznego kostiumu, byli przede wszystkim politycznymi pragmatykami. Chcieli mieć Polskę w swej strefie wpływów, skoro dostali ją w wyniku porozumienia trzech globalnych mocarstw.
Polskę Ludową stworzyły nie płynące z Moskwy rozkazy, lecz pokolenia „awansu społecznego”. Czyli wyrwane z bieda-wsi miliony chłopów przemienianych w miastową klasę robotniczą. Pokolenia przedwojennych robotników, i także rzesze „patriotycznych oportunistów”. Przedwojennych inteligentów i ich dzieci. Którzy po wyzwoleniu od Niemców nie poszli do lasów by dalej walczyć z radzieckimi okupantami, tylko ruszyli odbudowywać miasta i uniwersytety.
Podobni Rajmundowi Kaczyńskiemu i Jadwidze Kaczyńskiej. Rodzicom Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Rajmund Kaczyński, młody żołnierz AK nie poszedł do oddziałów „żołnierzy wyklętych”, tylko na politechniczne studia. Potem pracował wytrwale w Polsce Ludowej. Nawet reprezentował ją podczas intratnych kontraktów w Libii. Wtedy na takie wyjazdy ludzi wrogo do władz nie wysyłano.
Pani Jadwiga Kaczyńska latami pracowała w państwowym Instytucie Badań Literackich specjalizując się w dorobku Leona Kruczkowskiego.
Polska Ludowa nie była obcym ciałem w historii państwowości polskiej. Była dziejowym przystankiem na drodze do niepodległości. Stworzonym przez Bolesława Bieruta, Bolesława Piaseckiego, Władysława Gomułkę, Stefana Ignara, Edwarda Gierka, Rajmunda Kaczyńskiego, Wojciecha Jaruzelskiego, Jacka Kuronia. I wielu innych, różniących się poglądami patriotów.

Flaczki tygodnia

Pamiętacie „Drugą Japonię” obiecaną wam przez pana „przydęta” Wałęsę?
Albo „Zielną wyspę”, czyli drugą Irlandię ogłaszaną przez Donalda Tuska?
Albo spełnioną obietnicę Andrzeja Leppera, że tu już nigdy „Wersalu nie będzie”?
Teraz kolejna ekipa rządząca buduje nam kolejną „drugą”. Drugą Turcję.

***

Tym razem nie deklarują tego otwarcie. Ale już widać jaki wykluwa nam się nowy system władzy. Mamy już pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego posiadającego sułtańską władzę. Do wykonywania swych poleceń pan sułtan Kaczyński ma kilku wezyrów. Stale łaszących się o łaski sułtana i zawzięcie, pod przysłowiowym dywanem, walczących o strefy wpływów i zakres władzy.

***

Aktualnie wielkim wezyrem jest Mateusz Morawiecki. Obecnie jeździ on po kraju i obiecuje poddanym „Wspaniałe stulecie”.

***

Pan sułtan Jarosław, jak każdy autorytarny władca, nie akceptuje oświeceniowego trójpodziału władzy. Ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Władzę wykonawczą i ustawodawczą skupił już w swoich rękach. Sejm, Senat i większość z ministrów swojego rządu sprowadził do roli eunuchów politycznych.

***

Pozostały jeszcze niekontrolowane sądy w Rzeczpospolitej. Dlatego pan sułtan Kaczyński sprowadza właśnie do eunuchowego stanu. Przy pomocy ślepo wiernych janczarów. Pod wodzą agi Stanisława Piotrowicza i agi Krystyny Pawłowicz.

***

Opozycję i wszystkich nie akceptujących sułtanatu Kaczyńskiego, jaśnie pan sułtan traktuje jak kiedyś władcy osmańscy, jak „raję”. Obywateli drugiej kategorii. Raję teraz zwaną „Polakami drugiego sorta”, albo „postkomuną”.

***

Jak w każdym sułtanacie, tak i w sułtanacie Kaczyńskim, mamy religię panująca. W Polsce taką rolę pełni kościół katolicki. Podstawą relacji państwo – kościół jest znany z minionych wieków „sojusz tronu i kropidła”.

***

Każdy kreujący się na poważnego sułtan musi mieć swojego śmiertelnego wroga skrywającego się za granicą imperium. Obecny prezydent Turcji Erdoğan, odnawiający tam system sułtański, ma swojego Fethullaha Gülena w USA. Pan sułtan Kaczyński ma Donalda Tuska w Brukseli. W sułtanacie tureckim odpowiedzialnym za wszystkie porażki jest Gülen i jego zwolennicy. W Polsce takim Gülenem jest Tusk i „totalna opozycja”.

***

A harem? Gdzie jest w Polsce harem niezbędny w każdym systemie sułtańskim?

***

Spokojnie. Mamy i harem. Popatrzcie tylko na wianuszek posłanek otaczających sułtana Kaczyńskiego otoczonego zwykle przez obwarzanek ochroniarzy. Wianuszek zwany przez zazdrosnych posłów PiS – „bandą tapirów”. Zwany tak od stylu czesania się obowiązującego w żeńskich elitach PiS.
Jaśnie pan sułtan regularnie obcałowuje rączki „bandy tapirów” i słodzi ją swoimi żarcikami. O więcej mowy nie ma, bo sułtan Kaczyński, jak prezydent Kaczyński, „przypala, ale się nie zaciąga”. Dlatego banda tapirów nie liczy na sex z sułtanem, ani na prokreację. Na tym dworze najwyższym aktem łaski sułtańskiej jest bilet do Parlamentu Europejskiego.

***

Pamiętacie wezyra Beatę Szydło. Zwaną też na dworze „sułtanką Beatą”. Tak chciała się przypodobać swemu panu sułtanowi, że pokazała mu pazurki. Ten jednak zniesmaczył się takim obnażaniem i wezyr Beata popadła w niełaskę. Teraz spływa Dunajcem wypatrując pocieszenia w euro parlamencie.

***

System sułtański to także styl życia. Zauważcie, że prominenci PiS lubią nawiązywać do Sarmatów z I Rzeczpospolitej. A tamci swoje ubiory, uzbrojenie, uczty inspirowali wzorami czerpanych z imperium osmańskiego. Polski kontusz, pas słucki, szabla były wzorowane na ich tureckich odpowiednikach.

***

Nic zatem dziwnego, że w ubiegły piątek prominenci PiS urządzili sobie balangę, nazwaną dla oszukania „ciemnego ludu” – posiedzeniem Zgromadzenia Narodowego z okazji „550 – lecie polskiego parlamentaryzmu”, w iście sułtańskim stylu. W ekskluzywnym namiocie, bo takie wnętrza sułtani i eunuchy lubią. Namiocie wynajętym na jeden dzień za jeden milion złotych! Bo sułtanat to system lubiący ostentacyjny przepych.

***

Niestety podczas balangi namiot święcił rzędami pustych krzeseł, bo „raja” nie skorzystała z łaski eunuchów sułtańskich, i zbojkotowała obrady. Platforma Obywatelska nie przyszła a opozycja z Nowoczesnej i PSL demonstracyjnie wyszła podczas przemówienia sułtańskiego wezyra pana prezydenta Andrzeja Dudy. Pozostali parlamentarzyści Kukiz15, zachowujący się jak komsomoł PiS. Dlatego kosztowną budżetowo balangę obchodzono w wąskim gronie. Eunuchów i eunuszek. PiS jego kukizowego komsomołu.

***

Jan Duns Szkot, średniowieczny teolog i logik, dowodził, że fakt nie zapisany w źródłach historii faktycznie nie istnieje. Pewnie dlatego pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński, prominentny eunuch polityczny na dworze sułtana Kaczyńskiego, wprowadził doktrynę Jana Dunsa Szkota w życie.
Pod koniec wspomnianej balangi w namiocie wynajętym aż za milion złotych polskich odczytano protokół relacjonujący jej przebieg. Ku pamięci potomnym. W protokole ani słowem nie odnotowano bojkotu opozycyjnej rai. Kiedy jedyny, pozostający w namiocie, opozycyjny poseł próbował wnieść zgodną z prawdą i z obowiązującym Regulaminem Sejmu poprawkę odnotowującą protest opozycji parlamentarnej, to wspomniany wyżej, eunuchowaty politycznie pan Marszałek udawał, że nie widzi parlamentarzysty i jego poprawki.

***

Takim zachowaniem pan Marszałek Kuchciński złamał Regulamin Sejmu RP i tradycje polskiego parlamentaryzmu nakazują dopuszczanie do głosu opozycji. Nie uszanował zasad polskiego parlamentaryzmu nawet na obchodząc jego 550-lecie.

***

Jakub Hartwich, Iwona Hartwich, Aneta Rzepka, znani w protestu w Sejmie w obronie interesów niepełnosprawnych obywateli naszego kraju dostali zakaz wstępu do Sejmu. Wydał go wspomniany już wyżej pan marszałek Marek Kuchciński. Najgorszy marszałek w historii Sejmów III i IV Rzeczpospolitej, Regularnie mylący role marszałka polskiego Sejmu z funkcją kapo polskiego obozu koncentracyjnego.

***

Pan poseł Marek Suski w rozmowie z Robertem Mazurkiem ujawnił w „Dzienniku. Gazeta Prawna”, że miał poważną ofertę pracy w Hollywood na stanowisku perukarza damsko – męskiego. Szansę spełnienia się w tym zawodzie, bycia najlepszym nawet tam. Niestety zapisał się do PiS. Nie pierwszy to, i nie ostatni niestety, przypadek zmarnowania kariery, a może i życia, przez partię pana sułtana Kaczyńskiego.