O „Sztuce pod dyktaturą”

„Kronos” (nr 4/2018)

Na początek tej lektury rekomenduję oczywiście edytorial redaktora naczelnego Piotra Nowaka, który przybliża problematykę tego numeru, poświęconego sytuacji sztuki pod trzema dyktaturami: faszystowskiej w Italii, hitlerowskiej oraz stalinowskiej. Nie ma jednak w edytorialu wzmianki o rodzynku ostatniego zeszłorocznego filozoficznego kwartalnika „Kronos” (nr 4/2018), poświęconego „Sztuce pod dyktaturą”. Jest nim, nieco paradoksalnie, tekst nie o profilu uniwersyteckim, lecz publicystyczny, dziennikarski, o stylistycznych rysach obszernego felietonu – „Sztuka pod dyktaturą” Jerzego Waldorffa.
To obszerna, entuzjastyczna relacja dziennikarza i publicysty (1910-1999) z pobytu w 1939 roku w Italii Mussoliniego, której kluczową konkluzją była entuzjastyczna ocena pozycji kultury i twórców w kraju faszystowskim. Nawiasem mówiąc, było pewnym paradoksem, że sławny kiedyś krytyk i felietonista muzyczny, swoisty prekursor celebrytyzmu w PRL, czyli w ustroju i czasach, które naturalną glebą dla celebrytyzmu nie były, pisał po latach akurat w lewico-liberalnym tygodniku „Polityka. Paradoksem, bo przecież w II RP Waldorf sympatyzował z nacjonalistyczną prawicą („Prosto z mostu” redagowane przez Stanisława Piaseckiego), a tekst „Sztuka pod dyktaturą” był (przy wszystkich relatywizmach, nieoczywistościach i odcieniach ocennych tego tekstu) jednak apologią przynajmniej jednego wymiaru praktyki rządzących faszystów, w tym personalną apologią Duce. Fakt, że w PRL nikt nigdy nie uderzył w Waldorfa publikacją tego tekstu (choć zdarzały się aluzyjne napomknienia o nim) mówi coś także o ówczesnych standardach. Coś, moim, zdaniem, jednak pochlebnego. Dziś, w epoce radykalnego lustracjonizmu, nie byłoby to możliwe. Sam tekst napisany jest, jako się rzekło, z brawurową, błyskotliwą swadą felietonową, obfitą w akcenty anegdotyczne, u Waldorffa skądinąd, bynajmniej nie zaskakującą.
Tekst poprzedzony jest błyskotliwym wstępem („Waldorff czy Walldorf?”) redaktora naczelnego „Kronosa” Piotra Nowaka i ten jego duet z zagrobowym głosem Waldorfa jest bezspornie złotym gwoździem tego numeru. Choć jego treść skoncentrowana jest na faszyzmie włoskim i niemieckim, to numer otwierają dwa teksty Gustawa Szepieta, rosyjskiego/radzieckiego humanisty, m.in. tłumacza literatury angielskiej (przyswoił językowi rosyjskiemu „Klub Pickwicka” Dickensa) i szekspirologa. To komentarze do „Makbeta” i „Otella”, głębinowe – można by rzec – egzegezy tych dwóch tragedii, a także tekst Tatiany Szczedriny „Gustaw Szpiet i krąg szekspirowski” ukazujący, pars pro toto, sytuację humanistyki w stalinowskim ZSRR.
Blok esejów: Friedricha Gundolfa („Szekspir i duch niemiecki”), Waltera Benjamina („Uwagi o Gundolfie: Goethe”), Wilhelma Hortmanna („Shakespeare w Trzeciej Rzeszy (1933-1945)” – smaczkiem tego tekstu jest wątek dotyczący „nordyzacji” postaci Hamleta, zabiegów zmierzających do nadania mu rysów nordyckiego „zdecydowania i energii” w miejsce zgniłej figury słabości, zwątpienia i relatywizmu), Gotfrieda Benna („Powitanie Marinettiego”), a także Borisa Groysa, który zajął się zarówno sytuacją sztuki w ZSRR („Kształcenie mas: sztuka realizmu socjalistycznego”) i w Niemczech nazistowskich („Ciało herosa. Teoria sztuki Adolfa Hitlera”). Z doświadczeń stalinizmu i nazizmu wyabstrahowane są eseistyczne rozważania Jacka Bartyzela o „Ładzie organicznym, porządku kolejności i monarchii prawowitej w dramatach Williama Shakespeare’a”. One odnoszą się do kwestii silnej władzy – by tak rzec – w stanie czystym.
Numer wieńczy pakiet recenzji, m.in. „Hioba” Josepha Rotha, „Teologii Szekspira” Małgorzaty Grzegorzewskiej ( dla mnie interesującej szczególnie w kontekście jednej z wypowiedzi mojego, nieżyjącego już, rozmówcy, szekspirologa, Andrzeja Żurowskiego, który akcentował nieobecność religii i Kościoła w dramaturgii Szekspira). A po lekturze nie zapomnijmy powrócić, dla zebrania myśli, do edytorialu Piotra Nowaka.

Głos lewicy

Znak zapytania

Publicysta Piotr Nowak ocenia zarys programu Biedronia:

Miał przyjść nowy Balcerowicz, wolnorynkowa bestia w owczej skórze uśmiechniętego lowelasa. Media zwiastowały nadejście „polskiego Macrona”, a wiadomo co to oznacza w kontekście najnowszych obrazków znad Sekwany. Powiedziałbym, że dawno nikt tak nie przestraszył polskiej lewicy. Ale to nieprawda, bo polska lewica boi się czegoś nieustannie. Ostatnio jednak boi się Roberta Biedronia. Dlaczego? A bo nie dość, że podobno udaje kogoś kim nie jest, to na dodatek chce lewicę pożreć – zabrać jej poparcie. Były prezydent Słupska co prawda w żadnej wypowiedzi lewicowych aspiracji nie zgłaszał, jednak w optyce wielu wyborców za polityka lewicy uchodzi, co jest zjawiskiem wynikającym zapewne z dramatycznej posuchy, jeśli chodzi o rozpoznawalnych i charyzmatycznych liderów.
Tuż przed świętami ekipa Biedronia postanowiła uchylić rąbka tajemnicy. Termin pewnie nieprzypadkowy, bo przy świątecznych spotkaniach temat zapewne nieźle zawirował. Z dziennikarką „GW” Adrianą Rozwadowską porozmawiał Dariusz Standerski, numer dwa w biedroniowej ekipie. Bez zgody tego faceta nie zostanie klepnięty żaden element programu nowej formacji. Standerski to ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego, a także członek zarządu Fundacji Kaleckiego – organizacji, która od kilku lat z powodzeniem rozbija w Polsce neoliberalny beton.
Oczywiście, trudno się z nimi zgadzać we wszystkim. Ich podejście do transformacji energetycznej jest dla mnie nie do zaakceptowania.

Dziennikarz uniewinniony

Piotr Nowak z redakcji Strajk.eu, a także Jacek Żakowski (Polityka) i Agnieszka Kublik (Gazeta Wyborcza) nie zniesławili prezesa Business Centre Club Marka Goliszewskiego,opisując w 2014 roku sprawę jego pracy doktorskiej – zadecydował Sąd Okręgowy w Warszawie.

 

Na nic zdała się apelacja. 13 lipca Wydział Karny Sądu Okręgowego w Warszawie potwierdził decyzję sądu pierwszej instancji. Oznacza to, że dziennikarze nie naruszyli dóbr osobistych biznesmena w swoich publikacjach.
Znany lobbysta w 2016 roku wniósł prywatny akt oskarżenia (art.212) przeciwko trójce dziennikarzy oraz redaktorowi naczelnemu „Gazety Wyborczej” Adamowi Michnikowi. Jego zdaniem żurnaliści „działając w porozumieniu” znieważyli jego dobre imię i doprowadzili do utraty zaufania publicznego. Na pierwszej rozprawie Goliszewski wycofał oskarżenie wobec Michnika.
Zdaniem sądu dziennikarze w swoich tekstach dochowali staranności swojego rzemiosła i nie naruszyli standardów etycznych. W uzasadnieniu wyroku pierwszej instancji można przeczytać, że seria publikacji faktycznie doprowadziła do nadszarpnięcia zaufania publicznego Marka Goliszewskiego, jednak nie była to wina autorów. Zdaniem sądu dbałość o przejrzystość stosunków społecznych i jakość prac naukowych była głównym motywem działań trójki oskarżonych. Sędzia wskazała również, że fakt, iż Marek Goliszewski zasiada w Radzie Biznesu Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego oraz bliskie związki biznesmena z promotorem jego rozprawy doktorskiej prof. Andrzejem Zawiślakiem (wówczas posiadaczem legitymacji członkowskiej nr 1 BCC), mogły budzić podejrzenie zaistnienia konfliktu interesu.
Sprawę doktoratu Marka Goliszewskiego jako pierwszy opisał Piotr Nowak, który w czerwcu 2014 roku jako jedyny dziennikarz był świadkiem obrony dysertacji. Swoje wrażenia opisał w tekście na łamach Codziennika Feministycznego. „Czym jest doktorat Goliszewskiego? Łatwiej chyba powiedzieć czym na pewno nie jest. Dzieło prezesa BCC nie nosi nawet znamion pracy naukowej. Liczy sobie niespełna 50 stron eseju niskiej próby plus drugie tyle bezwartościowych »rekomendacji«, zapewne żywcem »zainspirowanych« jakimiś dokumentami z zaleceniami dla rządzących” – pisał Nowak w tekście, który wzbudził poważne poruszenie w świecie nauki i zainteresował tematem dziennikarzy mediów głównego nurtu, w tym m.in. Jacka Żakowskiego i Agnieszkę Kublik. W dniu rozpoczęcia roku akademickiego 2014/15 Piotr Nowak urządził na terenie kampusu Wydziału Zarządzania UW happening polegający na odczytywaniu kompromitujących fragmentów rozprawy biznesmena. Akcja została przerwana po interwencji ochrony.
29 października 2014 roku członkowie Rady Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego nie zgodzili się na nadanie stopnia doktora Markowi Goliszewskiemu. Prezes BCC nigdy nie przyznał, że jego praca jest po prostu kiepskiej jakości. Zamiast tego podjął walkę na drodze sądowej, Jak się okazuje, nie przyniosło to oczekiwanych przez niego skutków.

Związkowiec = terrorysta

„Jesteśmy najbardziej prospołecznym rządem ostatnich trzydziestu lat” – powiedział Mateusz Morawiecki, dodając jeszcze, że „Prawo i Sprawiedliwość tworzy i organizuje na nowo rzeczywistość gospodarczą i społeczną”. Najwyraźniej samopoczucie mu dopisuje, a samoocena szybuje gdzieś wysoko w przestworzach.

Szkoda tylko, że pan premier nie wspomniał, jak wygląda budowa wspomnianej nowej rzeczywistości w skali mikro. Na przykład w pewnej spółce kontrolowanej przez rząd. W 2016 roku, kiedy obecny szef rządu był jeszcze ministrem rozwoju, ze związkowcami z tej spółki spotkał się Mikołaj Wild – wówczas podsekretarz stanu w ministerstwie skarbu państwa. Przedstawiciele pracowników usłyszeli, że ważny pan nie zamierza liczyć się z ich zdaniem, bo jest blisko zaprzyjaźniony z Morawieckim. Właściwie to minister Wild doprecyzował, gdzie dokładnie ma związkowców. Wszystko zostało zaprotokołowane.

Spółka ta nazywa się Polskie Linie Lotnicze LOT.

Mikołaj Wild nie rzucał słów na wiatr. W czwartek władze spółki poinformowały, że Monika Żelazik – przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego zostanie zwolniona dyscyplinarnie. Powód? Ciężkie naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych, a dokładnie działalność terrorystyczna. Brzmi jak żart? Tak, to brzmi jak cholernie nieudany żart, ale niestety to rzeczywistość roku 2018 roku w Polsce. Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie poinformował, że 15 maja zostało wszczęte dochodzenie w sprawie podejrzenia podjęcia przez Monikę Żelazik „działań zagrażających życiu lub zdrowiu wielu osób”. Chodzi o wiadomość, którą związkowczyni wysłała do innych członków związku dzień przed zaplanowanym na 1 maja strajkiem. „My zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało oraz butlę z benzyną” – to treść maila, przechwyconego i rozesłanego do mediów przez ludzi prezesa.

Monika Żelazik przez ostatnie miesiące walczyła o normalne warunki pracy dla pracowników publicznego przewoźnika lotniczego. Jest przewodniczącą Międzyzwiązkowego Komitetu Strajkowego. Dla władz spółki – wrogiem numer jeden. Przeciwnikiem, którego należy zniszczyć.

Kiedy rozmawiałem z nią podczas protestu pod siedzibą LOT 1 maja, mówiła: „zwolnią nas wszystkich, jesteśmy na wojnie, to są bezwzględni ludzie”. Opowiadała też o stewardesach, którym nikt nie płaci za wielogodzinne postoje samolotów i które za przynależność do związku zawodowego są poddawane upokarzającym kontrolom przez straż graniczną, jako podejrzane o przemyt. Jej kolega, przewodniczący związku pilotów mówił o prowadzeniu maszyn z kilkuset pasażerami na pokładzie podczas grypy czy ostrego przeziębienia. Bo piloci są firmami, z którymi LOT zawiera umowy business to business. Próbowali to zmienić, chcieli zastrajkować, jednak Sąd Okręgowy w Warszawie im tego zakazał, zanim jeszcze przeprowadzili referendum strajkowe. Ponoć strajk zagraża interesom spółki. Pilot z gorączką za sterami zagrożeniem nie jest.

Mikołaj Wild jest obecnie sekretarzem stanu w ministerstwie infrastruktury. Odpowiada za lotnictwo i lotniska. To właśnie on 5 maja na antenie Radia Zet stwierdził, że pracownicy odpowiedzialni za nawoływanie do strajku powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności za straty, które poniosła spółka w związku z tym, że pasażerowie rezygnowali z przelotów, obawiając się strajku podczas majówki. Przedstawiciel rządu otwarcie nawołujący do działań z zakresu union busting – tego nie było nawet za rządów neoliberałów. A przecież mamy władzę, która podobno stoi po stronie pracowników.

Prezes Rafał Milczarski został w ten sposób poinformowany, że ze związkowcami nie musi się patyczkować, zważać na Kodeks pracy czy jakiekolwiek prawo. Otrzymał wolną rękę w tej rozgrywce. Stąd też brutalność działań. Monika Żelazik zwraca uwagę, że nie chodzi tylko o nią. To również sygnał dla wielu młodych pracowników – członków związków zawodowych. To przekaz: „możecie skończyć tak jak ona” – na zielonej trawce z oskarżeniem o terroryzm i prokuratorem na karku. Na zwolnienie przewodniczącej Żelazik nie wyraziły zgody związki zawodowe. Sprawa trafi do sądu. LOT przegra ten proces i będzie musiał wypłacić odszkodowanie. Ale sygnał wysłany: „buntujesz się? masz przejebane”. A wszystko z namaszczeniem „najbardziej prospołecznego rządu” ostatnich trzech dekad.

To moment, w którym związki zawodowe – wszystkie, bez wyjątku – powinny solidarnie stanąć w obronie Moniki Żelazik. Podobno szef OPZZ Jan Guz był przeciwko strajkowi w LOT. Panie przewodniczący, to chyba moment, aby te słowa o wsparciu z 1 maja, kiedy paradował Pan przez kwadrans w związkowym szaliku na proteście pracowników spółki, nabrały nieco realności. To również chwila, w której posłuszeństwo powinien wypowiedzieć Piotr Duda, przewodniczący związku, który z solidarnością miał ostatnio największy problem. Do Inicjatywy Pracowniczej apelować nie muszę. To jedyny związek, który zawsze potrafi się zachować. Ale musi być nas więcej.

Znaleźliśmy się w momencie, w którym bonzowie ze szklanego biurowca, zlokalizowanego, o ironio, przy ulicy Komitetu Obrony Robotników, działając w koordynacji z sądem, prokuraturą i rządem oskarżają o terroryzm przywódczynię strajku. To jawna przemoc i deptanie podstawowych praw. Ta bezczelność musi się spotkać ze zdecydowaną reakcją.