Empire Comics

Proza wybitna, kunsztowna, niezwykle bogata.

„Kompozycja była naturalna, prosta i nowoczesna. Dwie postaci, okrągłe podium biało-niebieski skrawek nieba. Te postaci miały ciężar i masę. Skrót perspektywiczny lecącego ciała Hitlera był odważny i trochę dziwny, ale na swój sposób przekonywujący. (…) Przede wszystkim jednak przyjemność, którą dało Joemu to brutalne pobicie, była intensywna, trwała i dziwnie katartyczna”. Ten opis fragmentu komiksu, w którym Eskapista, bohater pozytywny, ktoś z w rodzaju Supermana czy Batmana, zadaje cios Hitlerowi, dotyka esencji tej wspaniałej powieści, która w fundamentalnej warstwie jest opowieścią o gigantycznym pod każdym względem, mitotwórczym fenomenie kultury amerykańskiej, jaką był ów gatunek, zwany u zarania „powieścią graficzną”.
To, co uderza od samego początku lektury „Niesamowitych przygód Kavaliera i Claya” Michaela Chabona (rocznik 1963, bogaty, często nagradzany dorobek pisarski), to przepych językowy, gęstość tej prozy, jej zmysłowość, soczystość, naoczność, konkretność fragmentami krańcowo detaliczna, fotograficzna, to polifoniczne bogactwo wątków, sytuacji i postaci. Przed wyobraźnią czytelnika akcja tej powieści przesuwa się niczym taśma filmowa, a może lepiej powiedzieć zgodnie z duchem ksiązki: jak wartki komiks. Rozpoczynająca się w 1939 roku historia dwóch żydowskich przyjaciół – Żyda amerykańskiego oraz imigranta z Europy, z czeskiej Pragi (pretekst do wprowadzenia do powieści wątku mitycznej figury Golema, obrońcy getta żydowskiego przed zagrożeniami), którzy postanowili dołączyć do „Empire Comics”, biznesu, jakim był gigantyczny przemysł wydawniczy produkujący komiksy, ulubiony gatunek milionów Amerykanów. Akcja powieści usytuowana jest w okresie II wojny światowej, ale tak naprawdę tworzy ona historię kulturową zaoceanicznego społeczeństwa w tamtej epoce, historię będącą przede wszystkim obrazem uniwersum kultury masowej, pop-kultury, bo to ona stanowiła i do dziś stanowi jedno z mentalnych źródeł cywilizacji amerykańskiej. To – w ogólności, bo w szczególnej warstwie komiks, tworzony zazwyczaj przez wydawców i twórców żydowskiego pochodzenia, stał się, poprzez swoje wolnościowe treści ważnym instrumentem amerykańskiej asymilacji ich samych oraz ich publiczności czytającej. Do pewnego stopnia dokonało się to z konieczności, z powodu braku dostępu do innych, bardziej intratnych branż kultury masowej. W zalewie czy plątaninie wątków i postaci zapełniających tę powieść można się nawet fragmentami zagubić, stracić narracyjny trop, ale nie sposób prześlepić licznych kulturowych, erudycyjnych wątków, którymi naszpikowana jest ta przygodowa, choć pastiszowo (na co wskazuje sam jej pastiszowy tytuł), ale także obyczajowa w swojej zasadniczej konstrukcji powieść. Jako się rzekło, „Niesamowite przygody…” opowiadają o fenomenie amerykańskiej kultury masowej i procesach osmozy, dzięki którym wkraczała w amerykańską codzienność. Jest w niej jednak także fragment dotykający zjawiska stykania się kultury masowej z niektórymi warstwami kultury wysokiej. Mówi o tym wątek, w którym pisarz wspomina, jak na sposób tworzenia komiksów przez tytułowych bohaterów powieści wpłynął, niczym grom z jasnego nieba, wstrząs estetyczny wywołany obejrzeniem arcydzieła sztuki filmowej „Obywatela Kane” Orsona Wellesa. W misterną tkankę powieści Chabon wplótł też, poza krótkimi sylwetkami niektórych bohaterów komiksów, którym poświęca fragmentami niemal naukowe, opisowo-poglądowe passusy dotyczące m.in. ewolucji estetycznej gatunku) – okruchy uniwersum kultury popularnej i amerykańskiego folkloru, przywołując m.in. słonika Dumbo czy bohaterów amerykańskiego folkloru, Bunyana, Johna Henry czy Pecos Billa. Nie ma co prawda odwołań do literatury amerykańskiej, ale czytając „Niesamowite przygody…” nie mogłem uwolnić się od asocjacji z prozą Marka Twaina, Erskine’a Caldwella, Williama O’Henry, Johna Cheevera, Thomasa Pynchona, Johna Bartha, Johna Irvinga, Curson McCullers, Mary McCarthy, Saula Bellowa, Raymonda Chandlera i innych, ale także z prozą takich autorów europejskich jak Milan Kundera, Bohumil Hrabal, Jozef Skvorecky. Cofając się głębiej w czasie można by nawet dotrzeć do skojarzeń z prozą n.p. XVIII-wiecznego pisarza Henry Fieldinga i w ogóle tradycją powieści łotrzykowskiej, głównie angielskiej, ale do pewnego stopnia także francuskiej czy hiszpańskiej. Jednak tradycja prozy gęstej, mimetycznej, realistycznej, nasyconej konkretem w opisie, naocznością, fragmentami naturalistyczną, to przede wszystkim tradycja anglosaska (angielska i amerykańska), ale także choćby czeska. W innych prozach narodowych, takich jak francuska, niemiecka rosyjska czy polska, choć w każdej na inny sposób, ten modus pisania jest słabiej i mniej licznie obecny, co nie znaczy, że nieobecny w ogóle, ale to już temat na inny tekst. Przywołując te asocjacje nie sugeruję bynajmniej naśladowczego charakteru prozy Chabona. Ów przywołany wyżej modus pisania, ten rodzaj obrazowania, stylistyki, konstrukcji, etc. stanowi po prostu „DNA” prozy tego kręgu kulturowego, jest charakterystycznym wyrazem anglosaskiego empiryzmu. Kiedy przed lekturą „Niesamowitych przygód…” zapoznałem się z wydawniczym folderem informacyjnym, z pewną dozą nieufności i niedowierzania, co jest chyba nieuchronną reakcją starego, doświadczonego czytelnika, przyjąłem ekstatyczne komplementy zacytowane z prasy amerykańskiej. Okazało się, że byłem w „mylnym błędzie”, jak mawiał pewien mój znajomy. Już pierwsze sto stron lektury „Niesamowitych przygód..” uświadomiły mi, że mam do czynienia z prozą wybitną, kunsztowną, niebywale bogatą stylistycznie, frazeologicznie i leksykalnie, pełną rozmachu, operującą bogactwem tonów, od dramatycznego po finezyjnie humorystyczny. Wszystkie te walory w sposób kongenialny oddał tłumacz, Piotr Tarczyński. „Niesamowite przygody…”. To wielowarstwowa proza dla każdego czytelnika, od zwykłego poszukiwacza zajmujących opowieści i przygód, po wyrafinowanego amatora powieści erudycyjnej, „kulturowej”.

Michael Chabon – „Niesamowite przygody Kavaliera i Claya”, przekł. Piotr Tarczyński, wyd. W.A.B., Warszawa 2019, str. 798, ISBN 978-83-280-6700-4.

Na tropie Recenzja

Po dwóch świetnie przyjętych kryminałach retro, czyli „Tajemnicy Domu Henclów i „Rozdartej” zasłonie” coraz sławniejsza Maryla Szymiczkowa proponuje lekturę „Seansu w Domu Egipskim”. Kim jest Maryla Szymiczkowa? To autorka fikcyjna, która stworzyli Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, obdarowując ją taką oto biografią: „wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, królowa pischingera, niegdysiejsza gwiazda Piwnicy pod Baranami i korektorka w „Tygodniku Powszechnym”. Dziś co niedzielę, po sumie w Mariackim, można ją spotkać na kawie u Noworola, a do niedawna wieczorami w Nowej Prowincji”.

 

Ta nieskrywana nawet mistyfikacja to żart pisarzy, którzy za pośrednictwem powołanej do literackiego życia domniemanej autorki-narratorki prowadzą czytelników przez malownicze życie dekadenckiego Krakowa. Zachowując idealne proporcje między regułami kryminału retro a lekko pastiszową opowieścią o findesieclowym królewskim mieście Krakowie autorzy portretują ten nieodległy świat z godną podziwu biegłością i znawstwem, za którym stoją trafnie wykorzystane liczne i wiarygodne źródła (pamiętniki, powieści z epoki, prasa). Tak więc przed oczyma czytelników ożywają jakby toczyły się teraz fumy mieszczańskiego Krakowa, patrzącego z trwogą i podziwem na postępki coraz bardziej dokazującej bohemy. Oto bowiem do podwawelskiego grodu przybywa Szatan, czyli sam Stanisław Przybyszewski, przyprawiając zacne matrony o przyśpieszony rytm serca.

Okazją do konfrontacji statecznego Krakowa i bohemy staje się seans spirytystyczny w tytułowym Domu Egipskim, u doktorostwa Beringerów, gdzie zjawiają się m.in. Stanisław Przybyszewski i główna bohaterka serii opowieści Szymiczkowej, czyli pani profesorowa Zofia Szczupaczyńska. To właśnie ona, kiedy podczas seansu padnie trupem (otruty strychniną) gospodarz spotkania, przejmuje ster śledztwa niczym niezapomniana panna Murple z powieści Agaty Christie. Prawdę mówiąc, czekała na swój moment – w monotonnym życiu profesorowej pojawiał się znowu pociągający motyw: „Krew jej pulsowała nowym rytmem – pisze Szymiczkowa – jak krew gończego psa na tropie”. Nie trzeba dodawać, że tropu Szczupaczyńska nie zgubi i powieść zakończy się jak należy, czyli zdemaskowaniem mordercy.

Śledztwo prowadzone na spółkę z dociekliwym sędzią śledczym Klossowitzem (pokrewieństwo z nazwiskiem naszego sławnego agenta Klossa bodaj nieprzypadkowe) to oczywisty pretekst dla rozmaitych wycieczek literackich, wybornie dobranych cytatów, charakteryzujących atmosferę epoki i z dzisiejszego punktu widzenia pełne wigoru płomienne głupstwa artystycznych manifestów modernistów.

Obok Przybyszewskiego (malowanego jego własnymi słowami) przewija się przez karty książki niemała gromadka wybitnych person kultury i sztuki na czele z młodziutkim, jeszcze studentem medycyny, Tadeuszem Żeleńskim, Stanisławem Wyspiańskim i rozmaitymi akolitami Szatana. Pojawiają się też nazwiska sławnych autorytetów okultystycznych, opisy charakterystycznych dla zmierzchu epoki miejsc i zdarzeń.

Czyta się tę książkę z wielkim rozbawieniem, ale i zainteresowaniem, smakując – śladami autorów – tak udatnie odtworzony zapach odeszłej epoki i królewskiego miasta Krakowa, rozdartego między konserwatywnym trwaniem przy swoim i otwartością na nowe powiewy czasu. Słowem, wyśmienita robota pisarska, a więc idealna lektura na lato.

 

SEANS W DOMU EGIPSKIM Maryli Szymiczkowej [Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego], Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, ISBN 978-83-240-4785-7