Obsrany ogródek człowieczeństwa

  • Bozia poskąpiła mi talentu trzepania włosami i suszenia zębów, z zacięciem perszerona na dopingu – mówi pisarka Izabela Szolc w wywiadzie z Tomaszem Borowieckim.

Pewna recenzentka napisała o pierwszym tomie „Brudnej trylogii”- „Zemsta to za mało”, że „ta książka to za dużo”. Co ty na to?
Napisała też, że zareagowała na moją powieść jak na powieść Irvina Welsh’a „Trainspotting”. Uwierz, że jak to przeczytałam, to obiegłam swój czternastometrowy pokój, nucąc motyw z „Rydwanów Ognia” Vangelis. Wcześniej porównywano moje pisanie do Chucka Palahniuka, teraz Welsh…
Tak zaś generalnie jeśli recenzenci postanowili mi zafundować przejażdżkę na stercie gówna, jak nie przymierzając reymontowskiej Jagnie, to ja zamierzam umościć się na tym gównie jak Enzo Ferrari w Gestione Sportiva.
Drugi tom „Brudnej trylogii”- „Kara to nie wszystko” ma na okładce ostrzeżenie „Tylko dla dorosłych”…
A trzeci pewnie będzie zafoliowany. Ale tak naprawdę te książki nie negatywnych emocji dlatego, że są w nich sceny erotyczne i bluzgi. Tu już sobie nie żartujmy… Te książki mówią, że fotel, plazma, piwo z marketu i obsrany ogródek nie wystarczają do tego, aby poczuć się człowiekiem. Że za wszystko „daje się i odbiera” na Ziemi. Że życie może mieć rewelacyjne godziny i lepiej żeby tak było, bo na Niebo nikt się nie doczeka, niewiadomo ile czasu spędzałby pod krzyżem… Nie zdawałam sobie sprawy, że pisanie bez grama hipokryzji może ludzi tak zaboleć. Jak i nie zdawałam sobie sprawy, że jeszcze przed reformami edukacyjnymi znajomość literatury u niektórych czytelników trze mordą o beton. Zero pojęcia o tym co to jest stylizacja, antybohater, konstruowanie poprzez łamanie zasad chronologii i ostre cięcia w akcji. Null.
Naprawdę, nie zdawałam sobie sprawy jakie szkody poczyniła komercjalizacja powieści i uproszczenia w samych tekstach. Owszem pamiętam dawne rozmowy w niektórych wydawnictwach, „kuluarowe”: potrzebujemy literackiego hamburgera. Teraz sami pisarze chwalą się, że napisali „hamburgera”. A w kuluarach mówi się już: „jak pisać dla tych jamochłonów, żeby nakłady były wyższe”? Nigdy nie potraktowałabym żadnego czytelnika jak „jamochłona”, bo spaliłabym się ze wstydu, a przecież generalnie do wstydliwych nie należę. Ale papka dla mózgu, to nie jest mój problem. Ja stawiam sprawę jasno: serwuję Państwu anchois z lekkim posmakiem cipki.
Podobno to są książki pisane gniewem?
Bo i są. Ale tak naprawdę, kiedy się rozglądam- często bezradnie, często przerażona, nawet ja- to powoli zadaję sobie pytanie: „czy naprawdę mi warto ginąć za Gdańsk?” Z udzieleniem sobie samej odpowiedzi poczekam gdzieś do menopauzy. Czyli raczej wcześniej niż później.
Wydajesz się być strasznie trudnym człowiekiem…?
Nieprawda! Piszę trudne książki, więc muszę być łatwa. Dla równowagi.
Coś ty! Kłamię ci. Jestem cholernie trudna. Trudna, wkurzona i wkurzająca, to także. Ale jaka mam być jak żyje w świecie, w którym wciąż łapie się mustangi i przerabia na karmę dla psów? A przenosząc to na szersze pole, to prawdziwy problem zaczyna się, kiedy nie wiesz czy jesteś mustangiem czy psem. I która wersja jest bardziej przerażająca.
Zagraniczny czytelnik przyjmuje cię lepiej niż rodzimy?
Zagraniczny czytelnik- niemiecki i australijski- przyjmuje mnie doskonale! Miałam jedną zła recenzję z „Ein stiller Morder” i napisała ją… Polka. Inni rozpisywali się o „małym klejnocie z Warszawy”, „szwedzkim kryminalne napisanym po polsku” i przyrównywali moją robotę do pracy Sjowall & Wahloo. W Berlinie na spotkanie ze mną bilety były wyprzedane z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a i tak trzeba było dostawiać krzesła. Sterta książek zaś topniała w oczach… Żyję w dwóch światach i średnio mi się to podoba,
Zamierzasz wyjechać?
Jeśli już, kiedykolwiek, to ze względu na politykę, a nie na krytykę. Bozia poskąpiła mi talentu trzepania włosami i suszenia zębów, z zacięciem perszerona na dopingu. Pisarze stracili swoją osobistą wolność, na rzecz popularności wśród czytelników, którzy oczekują, że będą głaskani, ale w gruncie rzeczy są dymani. Obie strony przegrywają. Ale gdyby policzyć: to ilu mamy pisarzy i ilu czytelników? Mało. A tych autorów komercyjnych? Garstkę. I ta garstka pojęła zasady. Chapeau bas!
Ale policjantów, prokuratorów, nauczycieli, lekarzy, wojskowych, dziennikarzy, polityków tych już jest znaczna ilość. Jeśli tylko ich część zacznie pląsać do Horst-Wessel-Lied, to mamy przejebane. I wtedy trzeba ściągać z szafy walizkę.
Ale nie wmówisz mi, że masz tylko złe recenzje w Polsce?
To ty zacząłeś od „złych” recenzji i poznałeś moje stanowisko na ten temat i temat rynku wydawniczego. Oczywiście, że są też dobre recenzje, które pokazują mi, że jeśli trafiłam na otwartego czy jak wolisz dojrzałego czytelnika (i nie chodzi mi tutaj o metrykę), to mogę przyjąć praca mi się udała. Ludzie z szerszymi horyzontami, wrażliwsi, a może po prostu twardsi czy wszystko razem do kupy, rozczytują tomy jako opowieść o głębokich traumach, społecznych uwikłaniach i mają świadomość, że wyciągam brudy, które tradycja nakazuje prać w domu. Dotykam rzeczy o których się nie mówi i nie pisze, dlatego doceniam odwagę takich recenzentek i recenzentów. Mam zwrotki informacyjne, że „Zemsta to za mało” krąży w grupach siostrzeńskich. Czytelniczki przekazują powieść szwagierkom, siostrom, kuzynkom, przyjaciółką, na zasadzie: myślę, że powinnaś to przeczytać.
Inną sprawą jest to, że jest to książka napisana przez kobietę. Już tłumaczę: spotkałam się z porównaniami, że ta książka przełamuje tabu, które dobrych kilka lat temu przełamał w Szwecji Stieg Larsson. Tyle, że i to też mi powiedziano, kiedy mężczyzna opisuje brutalny heteroseksualny gwałt, poniżenie i wykorzystanie seksualne, to czytelnik na dyskomfort, który mu się pojawia, może nakleić plaster z napisem licentia poetica. U mnie takiego plastra nie ma. Bo nie jestem mężczyzną.
Naprawdę jest tak trudno być teraz w Polsce kobietą?
Naprawdę. I wiem, że niektórzy Twoi czytelnicy się zjeżą czytając moją wypowiedź. Ale powiedz mi jak ja mam się czuć, kiedy docierają do mnie słowa ministra Czarnka o edukacji kobiet? Fakt, że jakiś czas temu Czarnek skomentował wypowiedź swojego doradcy Skrzydlewskiego, pozwól, że sięgnę do oryginału: „Pan profesor Skrzydlewski to wybitny filozof mówiący szczerą prawdę i jeśli ktoś się podśmiewa z tego, że dziewczęta powinny być wrażliwe na cnoty niewieście, to ja się zapytam: na jakie mają być wrażliwe? Na męskie? No, niektórzy mogliby chcieć takich rzeczy, ale my genderowcami nie jesteśmy.” To może należałoby przypomnieć „wybitnemu” ministrowi i równie „wybitnemu” filozofowi, że cnoty płci nie mają. A ja ani pokory, hojności, czystości, miłości, umiarkowania, cierpliwości, gorliwości i pracowitości nie widzę u tych panów. A co do cnót kardynalnych czyli roztropności, cierpliwości, umiarkowania i męstwa, to ja bym ich nie zobaczyła w tych gościach nawet jakbym uzbroiła oko w mikroskop elektronowy. Cnót teologalnych czyli – upraszczając – nadanych z mocy Boga, a nie wypracowanych nie będę się nawet doszukiwać, bo to by była piłka podkręcana, niech chłopcy mają fory… Tym razem.
Czego nowego dowiedziałaś się o mężczyznach, w trakcie pracy nad „Brudną trylogią”?
W trakcie pracy nad trylogią i przez ostatnie dwa lata z kawałkiem, które były dla mnie niezwykle trudne, przekonałam się, że w gruncie rzeczy mężczyźni są wobec siebie szczerzy. Nie ciesz się tak bardzo, powiem ci o jaki rodzaj szczerości mi chodzi… Otóż jak słyszę od mężczyzny, a jeszcze to jest jaskrawsze jak słyszę to od kilku mężczyzn, że pewien facet jest „chujem na kaczych łapach”, to mam pewność, że on tym chujem jest.
W pierwszym tomie piszesz o dzieciobójstwie, gwałtach i bezradności policji. W drugim o przemocy wobec kobiet, morderczej przemocy i korupcji w organach ścigania?
Tak. I bronię dzieciobójczyni. Bo system nie działa. I mówię czym jest gwałt dla kobiety. I piszę o notorycznym oskarżaniu ofiar. I o tym, że przemoc w Polsce na poziomie podstawowej grupy społecznej jaką stanowi tradycyjna rodzina jest tak silna, że wypieramy świadomość o tym zjawisku z gwałtowną brutalnością. Zmasowaną brutalnością skierowaną wobec ludzi, którzy chcą, a nawet jeśli nie chcą to muszą ją ujawnić.
A ty musiałaś ujawnić kiedyś przemoc, która dotknęła Ciebie?
Próbowałam, ale psu na budę mi to dało. Nie zagrywasz z reżyserem filmowym, który ci mówi, że ponieważ jesteś biedna i z łódzkich Bałut, to nikt ci nie pomoże. Nie zagrywasz z reżyserem filmowym, którego produkowany w Luksemburgu film o niewolnictwie kobiet, dystrybuował w Polsce Caritas. Wreszcie nie zagrywasz z reżyserem filmowym, który spaceruje po czerwonym dywanie polskiego festiwalu filmowego, promowanym przez prawicę i będącym pod patronatem Prezydenta Dudy.
Nie zagrywasz z facetem, który urodził się na innym kontynencie i obiecuje, że jak się zrobi gorąco, to po prostu z Polski zniknie. Wtedy co najwyżej pooglądasz go sobie u Jakimowicza i Ogórek… Nie zagrywasz z facetem, który z polskich facetów robi regularnych debili. I ich wykorzystuje bardziej niż kiedykolwiek wykorzystał mnie.
Vargas Llosa powiedział, że „pisarz jest wiecznym kontestatorem, bez względu na to, gdzie się znajdzie”… Zgadzasz się z tym?
Czyli nie gniew, a wieczne niezadowolenie? A jeśli tylko półgłówek może być wiecznie zadowolony? Czy w ogóle taki stan- mam na myśli zadowolenie, a nie debilizm- jest dostępny dla człowieka w dłuższym okresie czasu? Llosa napisał też taki esej „Literatura to ogień”. Póki nie palą ciałami pisarzy, aby ten ogień podtrzymać, a co najwyżej ktoś się podetrze zadrukowaną stronniczką w kiblu, to pewnie nie ma się co tak martwić. No, chyba, że szambo w końcu wybije, ale i wtedy i tak wielu, zbyt wielu odnajdzie w zapachu ekskrementów woń fiołków…
Pamiętasz monolog Rentona z „Trainspotting”?
„Sprzątam po sobie i w drogę. Wybieram życie. Nie mogę się już doczekać. Będę jak inni. Praca, rodzina, zajebista TV, pralka, samochód, kompakt, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i żarcie, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, garnitury, teleturnieje, niejadalne żarcie, dzieci, spacery, etat, golf, czysty wóz, szafa swetrów. Święta z rodziną, emerytura, zwolnienia podatkowe, pogodna starość i życie… aż do śmierci.” Ten monolog, to były lata 90 XX wieku. A gdyby tak się zastanowić, to gdzie jest teraz przeciętny, ugrzeczniony „renton”? Nie został tak trochę ograny? Bo ja widzę młodych „staruszków”, którzy do usranej śmierci będą spłacać kredyty. Ich córki, które nie mają dostępu do aborcji, za to zamula się je „cnotami niewieścimi” i infantylizuje ustawianymi burzami z celebrytami na Instagramie. Faworyzowanych, a mega sfrustrowanych synów, którzy za chwilę zażyczą sobie prawdziwych pistolecików zamiast plastikowych. Dorosłe kobiety, które uświadomiły sobie, że ekonomia seksualna ma jeden błąd: mąż bankomat, może mieć słabo z pewną wajchą, bo w końcu to nie jego sprawność podstawowa. A własnego szmalu nie ma, bo się nie odkładało, zresztą jak kiedy trzeba było pokazać „sukces” koleżankom. Bo sukces jest fajny, a siostrzeństwo niekoniecznie… Do tego marsz nowych wirusów i kryzys klimatyczny, który jak nas nie usmaży to nie utopi. A wcześniej wyprowadzi nas z UE, bo np. zabierz facetom ich stare samochody- śmierdziuchy i powiedz, żeby taką teslę lizali na obrazku po kołpakach, jak wcześniej na obrazku lizali Pamelkę Anderson po kopułkach, to oni pierwsi zagłosują za polexitem. I możesz mówić na mnie Kasandra. Tylko nie nadawaj mi pseudonimu Laokoon, bo, aż takich grubych węży to ja nie lubię.
Renton? Naprawdę? A może Róża Luksemburg, która o ile pamiętam mówiła, że wolność wyboru polega na tym, że można wybrać- inaczej. A może Maneskin z ich „Zitti e buoni”. Może nie czeka nas już dolce vita, ale możemy jeszcze zabrać ludzi, gdzieś gdzie nie brakuje powietrza?
I doceń to, że kończę optymistycznym akcentem, nawet jeśli zaczęłam tym, że „mnie głowa boli”.

IZABELA SZOLC – pisarka, tworzy historie od ponad dwudziestu pięciu lat. Zaczynała jako scenarzystka komiksowa, pisała opowiadania, powieści, a domknęła krąg opowieści scenariuszami filmowymi. Tłumaczona w Niemczech i Australii. Jej najbardziej cenioną przez krytyków powieścią jest „Żona rzeźnika” (2013), literacka biografia kanibala Karla Denke. Książka ta została nominowana do The ANGELUS Central European Literature Award. Cykl powieści policyjnych o Annie Hwierut doczekał się rzeszy fanów w Niemczech i rozpoczał serię tłumaczeń polskich pisarzy kryminalnych. O „Ein stiller Morder” wydanym przez Prospero Verlag (2012, wyd. polskie 2008 r.) krytycy pisali, że to „mały klejnot” i porównywali twórczość Szolc do duetu Sjowall & Wahloo. Inne jej ksiązki to m.in. „Naga”, „Ciotka Małych Dziewczynek”, „Siostry”, „Śmierć w hotelu Haffner”. Aktualnie pracuje nad „Brudną trylogią”, której tomy, to „powieści napisane gniewem”. Nakładem wydawnictwa Harde ukazały się dwa pierwsze tomy „Zemsta to za mało” i „Kara to nie wszystko”.

Trzeba dawać świadectwo

Są ludzie, obarczeni manią wielkości, psychopaci przeświadczeni o swej misji i z tego bierze się zło – z Zofią Posmysz, pisarką, autorką „Pasażerki”, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Co było dla Pani bezpośrednią inspiracją do napisania „Pasażerki”, poza oczywiście osobistym doświadczeniem Auschwitz?
W 1959 roku znalazłam się w Paryżu jako reporterka Polskiego Radia. Na placu Concorde natknęłam się na grupę Niemców. Głos kobiety, nawołującej kogoś do powrotu przypomniał mi moją nadzorczynię w Auschwitzu. Myśl, co bym zrobiła, gdybym ja spotkała nie opuściła mnie. Mój mąż, któremu o tym opowiedziałam i który miał dowcipny, trochę pedagogiczny sposób wysławiania się, powiedział: „Oby mi to było napisane”. W ten sposób powstało moje pierwsze słuchowisko, które otworzyło mi drogę ku pisarstwu.
„Pasażerka”, w tym także jako film Andrzeja Munka, była oskarżeniem nazizmu, ale zarazem, poprzez nietypową relację między więźniarką Martą a jej nadzorczynią cieniowała obraz czasów pogardy. Dlaczego zdecydowała się Pani właśnie na taki wariant?
Wynikało to z mojego osobistego, jednostkowego, trzeba od razu dodać, doświadczenia. Takich esesmanek nie było przecież wiele. I dlatego mogła być tematem. Cóż bowiem można by pisać o tej armii odczłowieczonych istot spod znaku trupiej czaszki, robotów. Nie wiem co robiła Franz w Ravensbrűck, skąd przybyła do Auschwitz w 1943 roku i nie wiem, jaki miała staż w swojej roli, ale w tym czasie, kiedy mogłam ją obserwować ona nie zrobiła niczego takiego, co kwalifikowało by ją do warstwy morderców, sadystów. Wykonywała swoją pracę i jeśli więzień wykonywał swoją pracę i przestrzegał regulaminu, to było – jeśli to można tak ująć – wszystko porządku. Bardzo dużo o tym myślałam, gdy odbywały się kolejne procesy esesmanów. W latach siedemdziesiątych zgłosił się do mnie skierowany do mnie przez komisję do badania zbrodni niemieckich, doktor Klein, który był oskarżycielem w tych procesach. Zapytał czy wiem, gdzie przebywa aufseherin Franz. Przeczytał bowiem „Pasażerkę” i pomyślał, że może bym wystąpiła jako świadek. Ktoś, kto zna historię obozów koncentracyjnych ujętą w kategoriach czarno-białych, zdziwiłby się, jak wiele dziwnych, nietypowych sytuacji tam się zdarzało. Zachowania Franz w stosunku do mnie cechowały, można rzec, odruchy prywatności. Kiedyś zaskoczyła mnie niespodziewanie, gdy pisałam list do domu. Zapytała co piszę i spytała: „Czy mogę zobaczyć?”, a potem poprawiła błędy w mojej niemczyźnie. Ostrzegła mnie też, że pisząc o swojej chorobie spowoduję zatrzymanie listu przez obozową cenzurę.
Przetrwała Pani piekło obozu. Co było potem, po wojnie?
Najważniejsze było dla mnie kontynuowanie edukacji. Najpierw poszłam do liceum dla dorosłych, bo przecież byłam z powodu wojny opóźniona w nauce i nie miałam jeszcze matury. Byłam w nim tylko rok, w ramach dopełnienia materiału. Z nauczycieli zapamiętałam dwoje, po pierwsze panią polonistkę, bo to był przedmiot, który najbardziej mnie interesował. Po drugie profesora matematyki, nazwiskiem chyba Radecki, któremu zawdzięczam swoją drogę życiową, bo warunkowo postawił mi trójkę, choć jego przedmiot był moją bardzo słabą stroną. To pan Radecki umożliwił mi uzyskanie matury, mówiąc, że postawi mi tę trójkę pod warunkiem, że nie będę zdawała na politechnikę. Do dziś jestem mu bardzo wdzięczna.
Domyślam się, że w klasie nie Pani jedyna była opóźniona w nauce…
Oczywiście, że nie jedyna, a przy tym – mając dwadzieścia dwa lata -należałam do młodszych. Było też kilku młodszych, osiemnasto, dwudziestoletnich, ale w większości byli koledzy mający po trzydzieści kilka, nawet czterdzieści kilka lat. Byli to ludzie, którzy przed wojną nie mieli możliwości ukończenia szkoły i skorzystali z powojennej okazji. Środowisko było bardzo zróżnicowane, mniej więcej połowa, w tym ja, to były osoby pracujące. Pracowałam wtedy jako korektorka w „Głosie Ludu”, co drugą noc, a w dzień chodziłam do szkoły, więc byłam bardzo zmęczona, ciągle niewyspana. Trudne to były lata i właściwie nie miałam młodości.
Czy wśród Pani szkolnych kolegów były osoby o podobnym, obozowym doświadczeniu?
Nie. Prawdopodobnie byli natomiast tacy, którzy brali udział czy to w powstaniu warszawskim, czy to w konspiracji. Prawdopodobnie, bo wtedy się o tym raczej nie mówiło. Były dwie koleżanki Żydówki – Ludwika Woźnicka, pisarka, z siostrą. Lubiłyśmy się, ale ani ja ich, ani one mnie nie pytały o nasze przeżycia, o to, jak udało nam się przeżyć.
Nie było wtedy obyczaju wspominania świeżej, wojennej przeszłości?
Trudno mi to generalnie ocenić, ale pamiętam taki epizod z mojej pierwszej podróży do Łodzi, pociągiem. W przedziale jechał ojciec z synem, mniej więcej osiemnasto-dwudziestoletnim, który kulał, był o lasce. Zaintrygowało mnie dlaczego ten młody człowiek jest inwalidą i okazało się, że to pamiątka z powstania warszawskiego. To mnie bardzo poruszyło, bo przemierzając codziennie leżące w gruzach ulice Warszawy, nie wyobrażałam sobie, jak można było przeżyć taki kataklizm. Powiedziałam im to. Na to ten młodociany inwalida powiedział: „My i tak byliśmy w lepszej sytuacji niż pani. Mieliśmy broń”. Do dziś mam przed oczyma jego twarz. A tego, o co pan pyta, o wymianę doświadczeń w szkole, nie było. Stanowiliśmy społeczność raczej niezintegrowaną. Większość pracowała, więc mało mieliśmy czasu na bliższe kontakty. Częściej rozmawiało się, snuło się opowieści w pociągach, w podróży. Doświadczyłam tego, jeżdżąc z Warszawy do Krakowa, do mamy i brata. Ja jednak podczas takiej wymiany opowieści na ogół milczałam.
Dlaczego?
Nikogo nie zamierzałam przekonywać, że moje doświadczenie jest trudniejsze od doświadczenia tych, którzy przeżyli strach przed łapanką. Każdy ma swoje cierpienie i bardziej je odczuwa niż cudze. To naturalne.
Nie miała Pani poczucia wyjątkowości swojego doświadczenia?
Nie. W moim pojęciu bardziej wyjątkowe, bardziej okrutne było doświadczenie żołnierzy frontowych. Poza tym chciałam się oderwać od moich przeżyć, chciałam żyć, miałam dla kogo, mama i brat potrzebowali mnie, chciałam się uczyć, coś osiągnąć.
To już była Warszawa, ale urodziła się Pani i dzieciństwo spędziła Pani w Krakowie. Te czasy szkolne były sielskie czy nie?
Wspominam je ciepło. Do szkoły powszechnej im. Józefa Piłsudskiego chodziłam w Prokocimiu, gdzie rodzice mieli domek, ojciec był kolejarzem. W szkole wyróżniałam się, bo miałam podobno niezwykłą pamięć, zwłaszcza do wierszyków. Z dawnych lat pamiętam nauczycielkę, pierwszą, która mnie wyczuliła na dbałość o język ojczysty. Nazywała się Słomkówna. A poszło o słowo „hajc”. Powiedziałam, że tatuś pracuje w „hajcu”. Na co ona: „Zosiu, to jest po polsku „parowozownia”. I później tak samo wybiła mi z głowy „sztrabę”. „To nasyp kolejowy”. Od klasy piątej dojeżdżałam do Krakowa, do szkoły im. Zbigniewa Oleśnickiego przy placu Matejki. Zapamiętałam z tamtych czasów panią Senisson, chyba polonistkę, nauczycielkę z powołania. Prawda, że to dziwne? Zapominam nazwisk pisarzy, a pamiętam tamte, sprzed lat osiemdziesięciu.
Kiedy pojawił się w Pani imperatyw pisania, najpierw zapisania doświadczeń, a później stania się pisarką, wejścia w literaturę?
Pisałam chętnie, moje szkolne wypracowania zyskiwały dobre oceny. W jednym opisałam wieczór wigilijny w domu, w innym, już w formie małej, noweletki o bitwie Legionów Piłsudskiego nad Styrem i Stochodem. Dużo też czytałam. W obozie, gdy jako szrajberka pracowałam w kantorze, próbowałam pisać wiersze, oczywiście pod nieobecność aufzerki. Te wiersze ocalały, są zdeponowane w muzeum Auschwitz-Birkenau, jako świadectwo. Po wojnie, gdy zaczęłam pracować jako reporterka w dziale literackim Polskiego Radia., traktowałam pisanie zawodowo. Nie było wtedy możliwości nagrywania reportaży, rzeczywistość trzeba było opisać, a lektorzy to odczytywali. Była to dobra szkoła pisania.
Pozostała Pani wierna stylowi realistycznemu. Nie miała Pani pokusy zbliżenia się ku prozie kreacyjnej, bardziej opartej na wyobraźni?
Nie. Wywodziłam się jednak z reportażu i to mnie ukierunkowało. Natomiast po „Pasażerce”, kiedy uznano mnie za autorkę prozy obozowej, postanowiłam spróbować innej, współczesnej tematyki. Napisałam więc choćby „Mikroklimat” i „Cenę”.
Jednak w powieści „Wakacje nad Adriatykiem” zastosowała Pani konwencję bardziej opartą na wyobraźni, symboliczną…
Tylko dlatego, że oparłam ja na wspomnieniach mojej krakowskiej przyjaciółki, skrzypaczki, bohaterki tego utworu. Pochodziła z domu o dużej kulturze, jej ojciec był germanistą. „Ptaszka”, tak nazwana przeze mnie bohaterka „Wakacji” patrzyła na obóz, jak na zjawisko z opowieści o Nibelungach, z oper Wagnera, objawiali się jej mityczni rycerze, dziewice. Widząc jadącą konno aufzjerkę mówiła: „Patrz, Rycerka Brunhilda”. Określając obóz jako kolonię Rycerzy Trupiej Czaszki, posłużyłam się niejako jej wyobraźnią.
Dziś w wielu krajach Europy zaznaczają się tendencje faszystowskie, antyimigranckie, rasistowskie, w niektórych z nich te siły obejmują władzę, jak n.p. w Holandii w Skandynawii, w innych mają wpływy, n.p. w Niemczech we Włoszech, Francji. Pojawia się tzw. negacjonizm, zaprzeczanie Holokaustowi, choćby w osobie pisarza Johna Irvinga. Czy niepokoi to Panią?
Bardzo to niepokojące. Nawet w Polsce pojawił się historyk, który hołdował takim poglądom. Cóż możemy zrobić? Głośno o tym mówić, przypominać, dawać świadectwo, ostrzegać. Są ludzie, obarczeni manią wielkości, psychopaci przeświadczeni o swej misji i z tego bierze się zło.
A jednocześnie wielu to w Polsce lekceważy, widząc zło głównie w zbrodniach stalinowskich. W jednym z wywiadów odniosła się Pani do kwestii oportunizmu czy konformizmu w PRL i stwierdziła Pani, że jego obraz jest uproszczony…
Bardzo żałuję, że nie prowadziłam dziennika. Spędziłam 25 lat w radiu, z tego 20 w dziale literackim. Jakież tam było towarzystwo! Bogdan Ostrołęcki, Aleksander Małachowski, Jerzy Janicki, Andrzej Mularczyk, a w redakcji słuchowisk Włodzimierz Odojewski, Janusz Krasiński, Jerzy Krzysztoń. Ludzie najdalsi od komunizmu, a przecież byli publikowani, zdobywali międzynarodowe nagrody. Owszem, Szenwaldowa była komunistką przedwojenną i Włodzimierz Sokorski, naczelni redaktorzy też mieli legitymacje partyjne, ale ich postawy często były dalekie od czarno-białego szablonu. Pamiętam naradę programową w radiu, na której wystąpił ówczesny szef Radiokomitetu Włodzimierz Sokorski. Powiedział, że tak trzeba pisać, żeby słuchacz nie wyłączał radia i żeby nas z roboty nie wywalili. Zyskał ogromne brawa. To był cynik, ale inteligentny, a tacy wyrządzali mniej szkody niż fanatycy opętani ideologią.
Dziękuję za rozmowę.

Zofia Posmysz – ur. 23 sierpnia 1923 roku w Krakowie, pisarka, autorka scenariuszy filmowych, słuchowisk radiowych i widowisk Teatru TV, reporterka i redaktorka radiowa. W 1942 roku, za posiadanie ulotek ZWZ, została aresztowana i uwięziona w krakowskim więzieniu Gestapo przy ul. Montelupich, po czym zesłana do KL Auschwitz-Birkenau, gdzie przebywała do ewakuacji w styczniu 1945 roku. Następnie znalazła się w Ravensbruck, w tym w filii obozu w Neustadt Glewe, skąd została wyzwolona 2 maja 1945 roku. W Auschwitzu przeżyła dwa miesiące kompanii karnej, dwa razy ratował ją od śmierci lekarz więzień dr Janusz Mąkowski. Debiutowała w 1945 roku w „Głosie Ludu” artykułem o esesmanach z załogi KL Auschwitz, postawionych w Niemczech przed sądem. Tekst podpisała numerem obozowym: 7566. W 1952 roku podjęła pracę w Polskim Radiu, najpierw w dziale oświatowym, a po dwóch latach w dziale literackim redakcji reportażu, której w 1958 roku została kierowniczką. W 1960 roku została współautorką i kierowniczką zespołu przygotowującego powieść radiową z życia wsi „W Jezioranach”. Pierwszym słuchowiskiem Zofii Posmysz była „Pasażerka z kabiny 45” z 1959 roku. Rok później powstało – także na podstawie obozowych doświadczeń – słuchowisko, a następnie opowiadanie „Ave Maria”, o dziewczynie, która pierwszy raz w życiu zetknęła się z muzyką w Birkenau, wzięła u więźniarek lekcje klasycznego śpiewu i przeżyła obóz dzięki temu, że występowała na koncertach z lagrową orkiestrą. Zajmowała się też tematyką współczesną. Napisała kilkanaście słuchowisk opublikowanych w tomie „Miejsce na ścianie” , a następnie opowiadanie „Szczęście pani Janiny” stało się podstawą scenariusza filmu Janusza Weycherta „Cierpkie głogi” (1966). Z kolei słuchowisko „Palę Martina Edena” stało się podstawą scenariusza filmu „Mały” Juliana Dziedziny (1970). Napisała też powieści o tematyce współczesnej, „Mikroklimat” (1975) i „Cena” (1978), „Wdowa i kochankowie” (1988), dwa tomy opowiadań „Przystanek w lesie” (1965) Poza „Pasażerką” tematyce obozowej poświęcona jest też powieść „Wakacje nad Adriatykiem” (1970) i opowiadanie „Ten sam doktor M”. We wspomnieniach „Do wolności, do śmierci, do życia” opowiedziała o losach więźniarek wracających w 1945 roku do kraju z obozu w Neustadt Glewe do Polski przez tereny opanowane przez żołnierzy radzieckich. W opowiadaniu z 2008 roku „Chrystus oświęcimski” pisarka nakreśliła historię lagrowego talizmanu – medalika wykonanego w warsztatach Auschwitz. W 2010 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie, w reżyserii Davida Pountneya, odbyła się premiera opery Mieczysława Wajnberga „Pasażerka” (1968) opartej na wydanej w 1962 roku i przetłumaczonej na kilkanaście języków powieści „Pasażerka”. W 1962 roku, w oparciu o scenariusz napisany wspólnie z Zofią Posmysz, Andrzej Munk nakręcił głośny film o tym samym tytule, ukończony po śmierci reżysera przez Witolda Lesiewicza.