90 lat Eugeniusza Kabatca Pisarz twórczych metamorfoz

Jako „mieszaninę różnych ingrediencji” określił twórczość Eugeniusza Kabatca Piotr Kuncewicz w swojej nieocenionej „Agonii i nadziei”, kilkutomowym, autorskim obrazie prozy polskiej od 1918 roku do czasów po 1956, sięgającym aż po późne lata osiemdziesiąte.

To zapewne definicja generalnie trafna, ale dalece niewystarczająca. Sama bowiem tylko różnorodność nie rozstrzyga o wartości. Świadczy o egzystencjalnej pasji i głodzie, jednak nie wskazuje, że jednym z ważnych, a może kluczowym głodem Kabatca jest głód duchowy. I głód piękna, który wyraża się między innymi w wyszukanym, misternym, niektórzy powiadają: „barokowym”, stylu jego prozy.
Czas pastelowy
Zacznijmy jednak od różnorodności. Kabatc jest jak najdalszy od tego rodzaju pisarstwa, które zwykło nazywać się pisarstwem „jednego tematu”. Jego debiutancki zbiór opowiadań „Pijany anioł” (1957) dotykał motywów białoruskich, a także doświadczeń pokolenia pisarza. W debiutanckiej powieści „Za dużo słońca” (1959) podjął ważne dla niego zawsze jednostkowe zagadnienia egzystencjalne, na przykładzie traumatycznego doświadczenia produkcyjnego, zawodowego młodego inżyniera, która to profesja była w tamtym czasie figurą przynależności do powojennej rzeczywistości odbudowy i cywilizacyjnego rozwoju kraju. I właśnie w tej powieści pojawia się po raz pierwszy znamienny dla Kabatca motyw związany z zagadnieniami moralnymi. Ten motyw pojawił się także w wydanej rok później (1960) powieści „Gorzka plaża”, z pominięciem jednak sztafażu społeczno-produkcyjnego. „Romans” (1961) nazwał Piotr Kuncewicz „studium przeciętności”. I rzeczywiście, zwykłość, przeciętność zdaje się fascynować „tamtego” Kabatca. Być może widział w niej ciekawszy punkt obserwacji człowieka, niż pokazywanie go w sytuacjach ekstremalnych. W „Fałszerzu i jego córce, a później także w „Przygodzie z Agnieszką” (1962) pojawił się wyraźnie lubiany przez Kabatca motyw „sytuacji zamkniętej”, stanu „odosobnienia” bohaterów, stwarzający interesujące możliwości artystyczne. Kontynuował to pisarz w powieści „Jedenaste przykazanie” (1965), które jest, zarówno przez miejsce akcji jak i do pewnego stopnia przez atmosferę, aluzyjnym, choć wyraźnym nawiązaniem do „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna. Ten etap twórczości Kabatca, który określiłbym jako „pastelowy”, zdaje się kończyć powieść z „Żółwie” (1966), w której pisarz objawił cokolwiek satyryczny pazur, a obiektem tej satyry staje się literackie środowisko Warszawy, z którym konfrontuje się piszący robotnik z Zagłębia. „Żółwie” są powieścią „z kluczem”, pod na pozór fikcyjnymi postaciami skryci są realni i prominentni przedstawiciele warszawskiego świata literackiego, acz już wtedy ich rozszyfrowanie było trudne dla osób spoza „środowiska”, więc tym bardziej jest to trudne dziś.
Metamorfoza alla italiana
W tym też czasie zainteresował się Kabatc motywami włoskimi, które towarzyszą mu do dziś. Zaczęło się od szkiców i opowieści włoskich „Oranie morza” (1965) oraz dwóch powieści podróżniczych dla młodzieży z akcją usytuowaną w Italii, „Filip i Dżulietta” (1968), „Uprowadzenie Dżulietty” (1974) i „Autostrada słońca” (1979). Ostry pazur Kabatca objawił się ponownie w powieści „Patrycja, czyli o miłości i sztuce w środku nocy” (1975), która była owocem jego kilkuletniego (1968-1974) pobytu w Rzymie w charakterze radcy ambasady PRL do spraw kultury. „Patrycja” to autorski obraz Włoch, wstrząsanych wtedy gwałtownymi konwulsjami, terroryzmem, rozbuchanym konsumpcjonizmem, nadaktywnością polityczną, od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy, sięgającą paroksyzmu, ale też bardzo bujnym życiem artystycznym i intelektualnym. Wiodącą postacią „Patrycji” jest Wielki Cham, postać najsilniej kojarząca się z Federico Fellinim, twórcą który pełnił wtedy w Italii poniekąd rolę duchowego guru, „organizatora zbiorowej wyobraźni”. W tej powieści objawiła się przemiana artystyczna Kabatca: od charakterystycznego dla jego wczesnej prozy stylu „pastelowego”, łagodnego, „lirycznego”, do „narracji zwariowanej, zmieniającej ustawicznie punkt widzenia, przechodząca w esej, alegorię, w moralitet”. „Patrycja” przepełniona jest niepokojem, chaosem, groteską i ilekroć do niej zaglądam, przypomina mi się wstępna sekwencja-uwertura z filmu wielkiego Federico, „Roma-Fellini” (1972), ów szalony pasaż ekipy filmowej autostradą, ku Wiecznemu Miastu, w ulewnym deszczu, która jest genialną wizualną metaforą-syntezą ducha ówczesnej Italii. Pięć lat później ukazała się kolejna włoska powieść Kabatca, swoiste antropologiczne, intelektualne, mentalne studium fenomenu terroryzmu, z Czerwonymi Brygadami w tle, „Małgorzata, czyli Requiem dla wojowniczki” (1980). Ostry ton stylistyczny utrzymał Kabatc także w „Śmierci robotnika w hotelu Savoy” (1985). To również powieść bogata w wątki społeczne, polityczne, historiozoficzne, egzystencjalne, pełna chaosu, sprzeczności, niejasności, pokazanych jednak w ramach świadomego zamysłu, jako obraz polskiej rzeczywistości po faktycznym rozbiciu spoistości ciągle jeszcze panującego, ale zmierzającego ku zmierzchowi „realnego socjalizmu”. W tej powieści znów powraca, jako refleks, jako aluzja, motyw z „Czarodziejskiej góry”, nie tylko poprzez umieszczenie akcji w zamkniętym, elitarnym hotelu, ale także poprzez zastosowanie modelu relacji między postaciami, w którym Jan Zet poddawany jest oddziaływaniom dwóch osobników, niczym Hans Castorp przez Naphtę i Settembriniego. Zróżnicowaniu uległ także styl Kabatca, od dawnego stylu eleganckiego, wyszukanego po coraz częściej stosowany szorstki styl, bliski potocznemu. Wydaje się, że ta powieść jest kolejną cezurą w twórczości Eugeniusza Kabatca i zamyka okres rozpoczęty „Patrycją”, okres pisarskiej „burzy i naporu”, czas ostrej satyry, także politycznej.
W stronę opowieści-eseju
Po pewnej prozatorskiej pauzie, wynikającej być może z pewnego zmęczenia, a być może także z objęcia na szereg lat roli zastępcy redaktora naczelnego „Literatury na świecie” (od 1973 roku) i podjęcie aktywności w Stowarzyszeniu Kultury Europejskiej (od 1975 roku). Ponownie objawił się w 1999 roku jako pisarz, znów inny, który przeszedł metamorfozę. Generalną, ramową cechą tej metamorfozy była rezygnacja z prozy fabularnej i ruch w stronę opowieści i eseju powieściowego. Pierwszym dziełem tego okresu była „Pogoda burzy nad Palermo” (1999), opowieść o wspólnej podróży na Sycylię z Jarosławem Iwaszkiewiczem, z którym łączyła Kabatca głęboka, twórcza przyjaźń, wynikająca z czegoś co można chyba określić jako pokrewieństwo dusz ludzkich i artystycznych. Zapis tej podróży w „Pogodzie” jest jednak tylko pretekstem dla ukazania duchowej i intelektualnej sylwetki twórcy „Brzeziny”, jego zmagań z własnym losem. W tym samym 1999 roku ukazały się „Tajemnice ojca Pio”, która obok późniejszej opowieści „Ojciec Pio. Drugie skrzydło anioła” (2008) jest owocem mistycznych fascynacji i intuicji Kabatca, jego bardzo nieortodoksyjnej, a przy tym prawosławnej religijności.
Dwa razy opus magnum
Wydaje się jednak, że swoje opus magnum stworzył Kabatc w ciągu minionej dekady. Owo opus magnum, to dwa dzieła prawdziwie wybitne i imponujące swoim rozmachem: „Czarnoruska księga trędowatych” (2008) i „Ostatnie wzgórze Florencji”. Opowieść o Stanisławie Brzozowskim”, obie napisane w konwencji opowieści właściwie afabularnej, a raczej o fabule z zaledwie zarysowanymi konturami, połączonej z poetyką eseju. „Czarnoruska księga” to pierwszy głęboki powrót do białoruskich/czarnoruskich, w sensie przede wszystkim duchowym, korzeni pisarza, próba ich rekapitulacji a zarazem odnowienia ich poprzez współczesne odczytanie ich sensu egzystencjalnego. „Ostatnie wzgórze Florencji. Opowieść o Stanisławie Brzozowskim”, to udana, misterna próba intymnego spotkania z wielkim, tragicznym filozofem, który był od lat przedmiotem fascynacji i namysłu Kabatca, a jednocześnie poemat prozą na cześć kulturowej Jedni Wschodu i Zachodu, ponad dzielącą je odległość geograficzną i ponad podziały duchowe. Nie można nie wspomnieć o „Vinum sacrum et profanum” (2003), o księdze win, których Kabatc jest nie tylko prawdziwym znawcą, ale które stanowią dla niego rodzaj występującego w nieskończonych odmianach eliksiru o walorach więcej niż alkoholowych i smakowych, bo właściwie duchowych.
Sophia czyli Mądrość
Powyższe uwagi to tylko kilka gałązek z oliwnego drzewa kabatcowego. Jego twórczy życiorys jest tak bogaty, że można by go próbować objąć jedynie w książce biograficznej. Mógłbym przecież jeszcze napisać o jego urodzeniu w Wołkowysku (11 stycznia 1930 roku), o ekonomicznym wykształceniu (SGPiS) i o pracy w Banku Handlowym oraz w Ministerstwie Finansów (1949-1957), co w biografii człowieka o takim duchowym profilu jest swoiście malowniczym paradoksem, o pracy w formacyjnym dla jego literackiej generacji piśmie „Współczesność”, o jego dorobku scenariuszowym (m.in. serial telewizyjny „Doktor Murek”), o tym, że jest autorem nigdy dotąd niewystawionych sztuk teatralnych – o wyobrażonym spotkaniu Piłsudskiego z Dzierżyńskim i „Zamachu na ulicy Smolnej”, sztuki historiozoficznej osnutej faktograficznie wokół zamachu na szefa niemieckiej policji politycznej w Warszawie jesienią 1918 roku. Mógłbym też dużo napisać o jego czarującej osobowości, niezwykle ujmującym sposobie bycia, z rysami jakby stoickimi, i o jego wspaniałym wysłowieniu jakby z innej epoki rodem – cechach które czynią go kimś w rodzaju mądrego i łagodnego patriarchy. W dniu jubileuszowej uroczystości Eugeniusza Kabatca jego czytelnicy (w tym piszący te słowa) otrzymali nowe, istotnie poszerzone i poprawione wydanie jego zbioru filozoficznych opowiastek-dialogów „Popołudnia… wieczory…”. To rzecz o najrozmaitszych przejawach ludzkiej egzystencji, dociekania człowieka „doświadczonego wątpliwościami co do istoty życia człowieczego”. To skromna w zamyśle, ale niezwykle bogata w treść księga mądrości. Bo Eugeniusz Kabatc, to nie tylko znakomity pisarz o kunsztownym stylu, sprawiającym przyjemność w lekturze, ale mądry człowiek. Filozof – w najbardziej esencjonalnym sensie tego słowa.

Jubileusz Eugeniusza Kabatca

90 lat ukończył Eugeniusz Kabatc, znakomity pisarz i Prezes Polskiej Sekcji Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC).

Była to okazja do uroczystego spotkania z Jubilatem, w minioną sobotę w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, z licznym gronem przyjaciół i czytelników.

Spotkanie prowadził prezes Stowarzyszenia „Res Humana”, dr Zdzisław Słowik. Z laudacjami nacześć Jubilata i jego twórczości wystąpili: prezes Związku Literatów Polskich Marek Wawrzkiewicz, a także krytycy GrzegorzWiśniewski, Janusz Termer i Wacław Sadkowski.

Eugeniusz Kabatc został też uhonorowany nagrodami ZAiKS i Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek.

Dostojny Jubilat nie tylko przyjmował hołdy, siedząc na fotelu „jak król”, co sam zauważył z właściwym sobie ciepłym i subtelnym poczuciem humoru, ale przybył na spotkanie z egzemplarzami swojej najnowszej, świeżo wydanej przez „Res Humana” książki (już z datą 2020) „Popołudnia… wieczory…”, zbioru czarujących i mądrych gawęd filozoficznych na temat najrozmaitsze dotyczące naszej egzystencji.

„Dziennik Trybuna” składa Dostojnemu Jubilatowi najserdeczniejsze gratulacje i powinszowania oraz obiecuje, że niebawem opublikuje teksty zarówno o Jego najnowszej książce jak i o Jego twórczości.

Wina i rozrachunki Hansa Hellmuta Kirsta Tytuł w dwa wiersze

Znajomość z prozą Kirsta zawarłem w czasach szkolnych, dzięki „Kurierowi Lubelskiemu”, lokalnemu dziennikowi, który w 1965 opublikował 91 odcinkach „Noc generałów” w pierwszym przekładzie autorstwa J. Frűhlinga i E. Wolffa (następnego przekładu dokonał Karol Czejarek).

Ta kryminalno-wojenna powieść z akcją usytuowaną w Paryżu i Warszawie i główną postacią demonicznego generała Tanza dobrze odpowiadała chłopackiej wyobraźni. Odnotowuję to dlatego, że w tych czasach prozy Kirsta, byłego niemieckiego urzędnika (drobnego) oraz oficera Wehrmachtu, nie publikowano w Polsce z powszechnie znanych powodów politycznych.
Był to bowiem okres zimnej wojny między PRL a NRF (Niemiecka Republika Federalna), silnych nastrojów antyerefenowskich w propagandzie w Polsce, czas świeżej jeszcze pamięci II wojny światowej i niemieckiej okupacji Polski, a także czas jeszcze sprzed zawarcia porozumienia o uznaniu granicy na Odrze i Nysie z grudnia 1970 roku, nazywanego potocznie układem Gomułka-Brandt. Wysyp wydań prozy Kirsta (a wydał 50 książek, w tym 39 powieści) nastąpił w Polsce po 1989 roku, już po śmierci pisarza, głównie w latach 90-tych.
Wydawane one były i przyjmowane przez czytelników na ogół jako popularna proza wojenna, sensacyjna, acz z silnymi akcentami obyczajowymi, nawet psychologicznymi. Wymiar moralny, antynazistowski, antymilitarystyczny prozy Kirsta był zauważany raczej przez mniejszość czytelniczą. Zadziałał tu charakterystyczny mechanizm banalizacji wymowy pisarskiego dzieła.

Z Ostródy rodem. Udział w zbrodniczym systemie i odkupienie

Hans Helmut Kirst urodził się 5 grudnia 1914 w Ostródzie (wówczas – Osterőde w Prusach Wschodnich) jako syn funkcjonariusza policji w Prusach Wschodnich.
Ze względu na służbę ojca często zmieniał miejsce zamieszkania i uczęszczał do różnych szkół w powiecie ostródzkim. W rodzinnym mieście ukończył Kaiser-Wilhelm-Gymnasium, a następnie Wyższą Szkołę Handlową.
W 1932 podjął pracę w biurze rachunkowym dóbr rycerskich Mühlen (Mielno). Za radą ojca wstąpił 1 kwietnia 1933 do Reichswehry i został żołnierzem zawodowym w Królewcu (dzisiejszy Kaliningrad, Rosja). Wcześniej związał się z organizacją Hitlerjugend, dla której w okolicach Morąga i Gietrzwałdu organizował obozy letnie. We wrześniu 1939 wziął udział w kampanii wrześniowej, a następnie w bitwie o Francję. Kolejnym teatrem wojennym, w którym uczestniczył Kirst, była wojna niemiecko-radziecka rozpoczęta napaścią Niemiec w 1941 roku.
W latach 1943–1945 był oficerem nadzorującym i nauczycielem historii wojny w Szkole Lotnictwa Wojennego w Schongau (Bawaria). W szkole tej służył późniejszy premier Bawarii, Franz Josef Staruss który miał duży wpływ na powojenne życie Kirsta. Po kapitulacji III Rzeszy Kirst został aresztowany i osadzony w areszcie śledczym amerykańskiego obozu internowania w Garmisch-Partenkirchen po tym, jak Strauss doniósł Amerykanom o tym, że Kirst jest nazistą. Doniesienie to było bezpodstawne i stało się przyczyną długoletniego sporu listownego pomiędzy Kirstem i Straussem. Kirst został w końcu zwolniony z aresztu jako „politycznie nieobciążony”.
W tym czasie powstały też jego pierwsze literackie notatki. Między innymi szkic powieści, który posłużył później za podstawę do trylogii „08/15”. Jego inspiracją była proza Erich Marii Remarque. Kirst musiał jeszcze potwierdzić brak nazistowskich przekonań przed Izbą Orzekającą o denazyfikacji.
Przewodniczącym Izby był wspomniany wcześniej Franz Josef Strauss, który wydał mu dwuletni zakaz publikacji. W roku 1947 Kirst przeniósł się do Monachium, gdzie objął posadę krytyka filmowego w dzienniku „Münchner Mittag”. Wstrząśnięty moralnie przeżyciami wojennymi pisarz stał przeciwnikiem wojny, militaryzmu i wszelkich form zbrojeń. Ostro krytykował powołanie Federalnych Sił Zbrojnych (Bundeswehra). Stało się to przyczyną kolejnego sporu z Franzem Josefem Straussem, który w tym czasie był ministrem obrony RFN.
Niezależnie od nieprawdziwości zarzutów o sympatie nazistowskie, jak też wobec braku podstaw do stawiania mu zarzutów wykraczających poza fakt służenia w armii hitlerowskich Niemiec, Kirst po wojnie, konsekwentnie i praktyczną postawą dążył do odkupienia swojej winy uczestnictwa w zbrodniczym systemie nazistowskim.
Od lat 60-tych tantiemy uzyskane ze sprzedaży swoich książek przekazywał między innymi organizacjom socjalnym w Izraelu. Wspomagał również sieroty wojenne w Polsce oraz studentów w Norwegii. W 1958 wszystkie wpływy z norweskiego wydania „Nikt nie ujdzie cało” przeznaczył na stypendia dla norweskich studentów, aby mogli kontynuować działalność w duchu humanistycznych idei Alberta Schweitzera. Przekazywał też tantiemy z książek do dyspozycji organizacji socjalnych Izraela i Polski, gdzie przeznaczone zostały na pomoc sierotom wojennym.
Wpływy ze sprzedaży książek „Rozmowy z psem Antkiem, „Koty z Caslano” i „Psa i jego pana” przekazał na schroniska dla zwierząt. W 1969 roku rozpoczął współpracę z drugim programem niemieckiej telewizji (ZDF). Jako ceniony krytyk filmowy prowadził program „Poradnik kinomana”. W latach 1970–1971 podjął studia w Federalnym Urzędzie Kryminalnym w Wiesbaden. Pobyt w tym mieście zaowocował późniejszymi książkami, których tłem była kryminalistyka. W 1987 roku Kirst przeprowadził się wraz z rodziną do Werdum we Fryzji , gdzie mieszkał do śmierci. Tam też został pochowany, po śmierci 23 lutego 1989 w Bremie.

Pisarz – wbrew pozorom – nieoczywisty

Drogę pisarską rozpoczął w 1947 roku publikacją sztuki teatralnej. Rok później opublikował kolejną sztukę, a trzecią próbę dramaturgiczną podjął po latach, w 1966 roku. Jednak nie twórczość dramaturgiczna była mu pisana. Problematykę, którą podjął w dramatach, z ogromnym natomiast powodzeniem podjął w obszarze prozy powieściowej. Zadebiutował w 1950 roku powieścią. „Nazywaliśmy go Galgenstrick” (1950), którą przetłumaczono na siedem języków. Prawdziwą sławę i uznanie na świecie przyniósł mu jednak wydany w 1954 pierwszy tom trylogii „08/15”.
Dzięki niej Kirst awansował do miana najbardziej poczytnego autora powojennych Niemiec Zachodnich. Większość napisanych przez niego powieści dotyczy czasów III Rzeszy, szczególnie okresu II wojny światowej i rozgrywają się na ogół w środowisku Wehrmachtu, ukazanego radykalnym krytycyzmem.
Jego utwory przesycone są świadomością moralnego upadku narodu niemieckiego. Kirst przedstawił w nich, w krzywym zwierciadle, megalomanię ideologów III Rzeszy. Jego drugi międzynarodowy bestseller, „Fabryka oficerów” ukazał się w 1960 roku. Po studiach w Federalnym Urzędzie Kryminalnym w Wiesbaden napisał szereg opowiadań i powieści kryminalnych, między innymi takich jak „Przedziwni ludzie z Maulen” (1984) i „Niezwykłe wesele w Bärenwalde” (1986).
Mimo międzynarodowych sukcesów i wielu nagród jego książki były przez niemieckich krytyków literackich zaliczane do literatury popularnej. Problematykę dwóch pierwszych powieści Kirsta (także „Sukces” (1953), można określić jeszcze jako „cywilną”, skoncentrowaną na problematyce obyczajowo-psychologiczno-moralnej.
Tematykę wojenną podjął w „08/15”, który był kontynuowany jako kilkupowieściowy cykl przygód żołnierza Ascha. Jego kolejne części to: „08/15 w koszarach” (1955), „08/15 na wojnie” (1954), „08/15 walczy do końca” (1955), „08/15 dzisiaj” (1963), a całość została uwieńczona powieścią „08/15 w partii” (1978).
Inne jego powieści to m.in. „Ostatnią kartą gra śmierć” (1955), „Pan Bóg śpi na Mazurach” (1956), jedna z jego kilku powieści poświęconych rodzinnym Mazurom, wspomniana „Fabryka oficerów” (1960), „Kamraci” (1961), „Noc generałów” (1962), „Wilki” (1967), „Premia Fausta” (1969), „Noc długich noży” (1975), „Pies i jego pan. Opowieść o przyjacielu” (1979), interwał osobisty w jego prozie, „Błyskawiczne dziewczyny” (1984).
Napisał też kilka opowieści stricte historycznych, dokumentalnych, jak „Bunt żołnierzy. Opowieść o 20 lipca 1944” (1965), czy ostatnia jego książka wydana za życia, „Wojna z Polską” (1989). Proza Kirsta doczekała się kilku ekranizacji. W latach 1954-1955 Paul May wyreżyserował trzyczęściowy film oparta na cyklu „08/15”.
W 1958 roku Werner Klingler zekranizował „Szybkie dziewczyny”. „Fabryka oficerów” doczekała się w Niemczech nawet dwóch ekranizacji, w 1960 (reż. Frank Wisbar) i 1989 (reż. Wolf Vollmar). Najgłośniejszą ekranizacją prozy Kirsta pozostaje „Noc generałów” (1966) produkcji USA, ale z udziałem międzynarodowym, w reżyserii Anatola Litvaka, z gwiazdorami ówczesnego kina światowego, Peterem O’Toole, Omarem Shariffem i Donaldem Pleseance. Niektóre ujęcia tego filmu nakręcono w Warszawie.
Kirst był lauretatem wielu nagród, m.in. Złotej Palmy na Międzynarodowym Festiwalu Humoru, Bordighera  (1964), Nagrody im. Edgara Allana Poe (1965), tytułu „Knight of Mark Twain” za powieść „Wilki” (1968), Literacka nagrody im. Sigiego Sommera, 1986, a także nagrody „The Autors Guild” (1966), od największej w Stanach Zjednoczonych organizacji zrzeszającej czynnych autorów, działającej na rzecz ochrony ich praw i wolności słowa.
W języku polskim ukazała się publikacja „Hans Helmut Kirst i jego Ostróda”, a także tekst Karola Czejarka, tłumacza kilku powieści pisarza: „Hans Hellmut Kirst – żołnierz Hitlera czy światowy antynazistowski pisarz?”
Jako się rzekło, proza Hansa Hellmuta Kirsta doczekała się masowej publiczności i osiągnęła około miliona nakładu. Z tego powodu została zakwalifikowana jako pisarstwo popularne, adresowane do masowego czytelnika. Wpłynął na to precyzyjnie skonstruowany, sensacyjny charakter jego narracji, klimat napięć, zagrożenia i konfliktów, a także różnego rodzaju (od detektywistycznych do suspensowych) wątki typowe dla gatunku prozy kryminalnej oraz śmiałe wątki obyczajowe.
Przez część czytelników ceniony był także „szorstki”, „męski”, „wojskowy” klimat jego prozy. Jednak głębsze wczytanie się w ukryte pod tym naskórkiem walory prozy Hansa Hellmuta Kirsta: subtelna ironia (we wspomnianym klimacie „szorstkiej męskości” można doszukać się przewrotnej z niego kpiny i oczywiście krytyki armii i ducha militaryzmu), akcenty ostrej groteski, wyrafinowane podteksty filozoficzne i antropologiczne, czy niebanalny rysunek psychologiczny postaci, pozwalają dostrzec w niej także znaczące wartości artystyczne, literackie.

List otwarty

Pan Zbigniew Michalak
Burmistrz Miasta Ostróda
Zwracam się z pytaniem o powód zniknięcia z fasady budynku przy ulicy Sienkiewicza 10 w Ostródzie tablicy pamiątkowej, upamiętniającej Hansa Helmuta Kirsta (1914-1989, światowej sławy pisarza niemieckiego, urodzonego w Ostródzie (dawna Osterőde), być może najsławniejszego obywatela tego miasta. Tablica, pomieszczona na fasadzie budynku pod wspomnianym adresem została oficjalnie odsłonięta 16 września 2002 roku przy udziale czynników kulturalnych i oficjalnych polsko-niemieckich, władz miasta Ostródy oraz wdowy po pisarzu, pani Ruth Kirst. Jako dziennikarz „Dziennika Trybuna” przygotowuję artykuł wspomnieniowy o tym pisarzu, w związku z przypadającą na bieżący rok 30 rocznicą jego śmierci. Kierowany pomieszczonymi w internecie informacjami i fotografią domu z tablicą, pojawiłem się wczoraj w Ostródzie, żeby naocznie zobaczyć obiekt i stwierdziłem, że na fasadzie budynku jej nie ma.
Na podstawie prawa prasowego zwracam się o udzielenie mi informacji o przyczynie braku tablicy: 1. czy została ona zdjęta decyzją władz miasta Ostródy, 2. czy może oddana do renowacji? 3. czy zdjęta przez kogoś bezprawnie, względnie skradziona, co oznaczałoby konieczność powiadomienia organów ścigania? 4. czy władze miasta wiedzą, gdzie tablica aktualnie się znajduje i w jakim jest stanie oraz czy i co zamierzają uczynić, aby tablica wróciła na swoje miejsce na fasadzie budynku przy ulicy Sienkiewicza 10, 5. czy o tym fakcie została powiadomiona ambasada Niemiec w Polsce?
Z poważaniem
Krzysztof Lubczyński

 

 

Pisarz wielkiego serca

11 czerwca 2019 o godzinie 7.55, zmarł o Zbigniew Domino, człowiek wielkiego serca, wiedzy i otwartości. Pożegnamy go we wtorek 18 czerwca o godzinie 11.30 na Cmentarzu Komunalnym w Rzeszowie w osiedlu Wilkowyja.

Za pół roku, 21 grudnia, osiągnąłby 90 lat życia. Ale świeżość spojrzenia i umysłu miał o pół wieku młodsze niż z wskazywała na to metryka. Był ciągle taki, jakim go zapamiętaliśmy przy pierwszym poznaniu wtedy, gdy jako redaktor naczelny miesięcznika społeczno-kulturalnego „Profie” od 1975 roku przez pięć lat nie tylko był szefem naszego zespołu redakcyjnego, ale zarazem przyjacielem i przewodnikiem życiowym. Taki pozostał do końca życia. Szczery i przyjazny ludziom. Nie lubił sztucznej podniosłości. Cenił właśnie szczerość u innych.
Krótką notką można określić: sybirak, pisarz, autor kresowo-syberyjskiej sagi powieściowej: „Syberiada polska” (2001), także zekranizowanej, „Czas kukułczych gniazd” (2004), „Tajga. Tamtego lata w Kajenie” (2007), „Młode ciemności” (2012), „Zaklęty krąg” (2017), „Cedrowe orzechy” (1974, poszerzone wyd. w 2014 r.) oraz kilkunastu innych książek. Jego proza tłumaczona była na języki obce. W warszawskim Wydawnictwie EMKA Jacka Marciniaka, w którym ukazały się wszystkie książki pisarza z cyklu syberyjskiego – niebawem ukaże się kolejna, niestety już ostatnia – „Sybiraczka” . Zbigniew Domino już jej nie zobaczy.
„Syberiada polska”, według której Janusz Zaorski nakręcił film pod tym samym tytułem, była najbardziej rozpoznawalna – sztandarowa, nie tylko z racji, że rozpoczynała syberyjski cykl pisarza. Przetłumaczona do tej pory na języki ukraiński, francuski, rosyjski i słowacki. Na Ukrainie otrzymała międzynarodową nagrodę literacką im. Wołodymyra Winnyczenki. W Polsce nagrodę czytelniczą Biblioteki im. Raczyńskich i nominację do nagrody Ikara. Powieść cieszy się wciąż niezmiennym czytelniczym powodzeniem. Znawcy literatury określają ją jako dzieło o niepowszedniej epickiej skali. „Syberiada” – a także kolejne książki wymienione powyżej – najpełniej obrazują masową zsyłkę Polaków na Sybir. Dodatkowo „Syberiadę” wyróżnia to, że głównym zbiorowym bohaterem czyni pisarz polskich chłopów.
Po ukazaniu się powieści ks. Marek Ciesielski Schr na swojej stronie internetowej napisał: „Tak jak Konczałowskiego „Syberiada” jest filmem przekraczającym ramy filmu (dlatego w podtytule jest poematem filmowym), tak „Syberiada polska” przekracza absolutnie granice polskiej prozy. To powieść pomnik, powieść krzyk, powieść elegia. (…) Uważam, że każdy Polak powinien tę książkę wziąć do ręki i trochę nad nią popłakać i pomedytować. To najlepszy podręcznik najtrudniejszej historii jaki znalazłem w literaturze ostatnich lat”.
„Syberiada polska” przetłumaczona na język francuski i wydana przez Les Éditions Noir sur Blanc od razu zyskała zainteresowanie recenzentów m.in. z „Le Monde” i „ Liberation”. Polski pisarz z Rzeszowa, który wszak towarzysko nie gościł nigdy na salonach francuskiej elity literackiej, pojawił się tam jednak za sprawą powieści. Francuscy krytycy zauważyli tę książkę wśród setek nowości wydawniczych na swoim rynku i poświęcili jej niemało uwagi.
A przecież w tym samym czasie Adam Zagajewski ubolewał na łamach „Rzeczpospolitej”, że jego książka tamże „tonęła w kompletnej ciszy”. I pocieszał się, że gdy ukazał się tom wierszy wybranych Herberta też „pojawiła się na jego temat tylko jedna recenzja”. Zagajewski stwierdził nawet, że we Francji poza podziwianym tam Gombrowiczem „recepcja polskiej literatury jest nikła”. W przeciwieństwie do gazet francuskich, polskie media przemilczały wydanie „Sibériade polonaise”. Nie zauważyły też tej książki przedstawicielstwa polskie we Francji, które jak się wydaje powinny z obowiązku śledzić takie wydarzenia i pomagać w przybliżeniu ich miejscowej społeczności. Natomiast za pośrednictwem wspomnianych recenzji we francuskich gazetach o „Syberiadzie” mogli się dowiedzieć mieszkańcy także i w innych krajach, gdzie te dzienniki są kolportowane. Od Antyli i Gujany, przez Belgię, Luksemburg, Szwajcarię, Hiszpanię, Włochy, Senegal, Niemcy po Stany Zjednoczone i Kanadę na drugim kontynencie.
Pisarz z ogromnym szacunkiem odnosił się do osób, które dziś próbują łączyć tych, których podzieliła wojna. Wrócił do swego gniazda. Mieszkał w Rzeszowie. Syberyjska odyseja, pomieszczona w jego książkach jest literackim świadectwem koszmaru wywózki i lat zesłania sybiraków oraz szukaniem miejsca dla siebie w nowej Polsce w pierwszych latach po wojnie. Nic dziwnego, że w tych powieściach, „które dzieją się naprawdę” autor zawarł zdarzenia prawdziwe i prawdopodobne. – Nie obawiam się, że będę postrzegany jako pisarz jednego tematu – twierdził Zbigniew Domino, który ma w swym dorobku pisarskim jeszcze kilkanaście innych książek, odbijających jak w lustrze m.in. złożone losy ludzi walczących z okupantem i ich pogmatwane ścieżki w powojennej Polsce, by wspomnieć chociażby „Błędne ognie”, „Bukową polanę”, albo „Czas do domu, chłopaki”.
Ślady życia pisarza od Kielnarowej wiodły przez Podole, zesłańczy Sybir, Ziemie Odzyskane, Warszawę, Rzeszów, dyplomatyczny dwukrotny pobyt w Moskwie i ponownie Rzeszów dzielony z Matczynym Polem w Kielnarowej, gdzie pisał „Syberiadę”. Tę przeszłość – jak sam uważał – można podzielić na okres szczęśliwego dzieciństwa do czasu wywózki, potem wryte na zawsze w pamięć sześć i pół roku na Syberii – od 10 lutego 1940 roku do 26 czerwca 1946. Powrót do Polski i po czterech latach wojsko, co stało się przypadkowo. Tam znowu przez przypadek trafił do oficerskiej szkoły prawniczej, a po jej ukończeniu rozkazem skierowano go do prokuratury wojskowej. I kolejny etap to ponad 20 lat życia już dojrzałego od rozkazu do rozkazu i wiele historii, które wlokły się za nim, albo mu je „życzliwi” wyciągali. Następny okres jest po świadomym wyjściu z wojska, motywowanym m.in. literackimi zajęciami. I powrót do Rzeszowa w 1969 roku. Prawie połowę życia miał wtedy za sobą. Nowe wyzwania, kiedy w 1975 roku został redaktorem naczelnym miesięcznika społeczno-kulturalnego „Profile” i prezesem rzeszowskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Ale i służba w misji pokojowej na Bliskim Wschodzie, literacko zapisana w książce „Notatki spod Błękitnej Flagi”. Na tej drodze życia były też prawnicze studia magisterskie i dyplom uzyskany na Uniwersytecie Warszawskim oraz doktorat obroniony na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Czytelnicy często traktują Staszka Dolinę, głównego bohatera sybirackiej odysei, jak bohatera pamiętnika Zbigniewa Dominy. – Te losy mogą się zbiegać, pokrywać, ale bohater powieściowy podąża jednak własnymi ścieżkami. Dla mnie powrót po wojnie z Syberii do Polski i wszystko, co się potem działo, było naturalne. Z Polską Ludową dorastałem i jej wszystko zawdzięczam, począwszy od wykształcenia, bo wróciłem dzieciakiem prawie, nagi, bosy i niedouczony. Innej Polski nie znałem – podkreślał niezmiennie. Są w tych powieściach także autentyczne nazwiska. I stąd zalew listów po tym, jak się one ukazywały. Owe listy posłużyły pisarzowi do nowych wątków, gdy pisał „Czas kukułczych gniazd”, a nawet i w „Młodych ciemnościach”. Albo zetknięcie się z Niemcami w Kajenie na wschodzie Syberii, z takimi jak i on zesłańcami. W polskiej literaturze – jak twierdzą krytycy – nikt poza nim czegoś takiego nie opisał. Prapoczątki „Syberiady” też wywodzą się z przeżyć i doświadczeń sybirackich. Pierwsze opowiadanie pt. „Opowieść znad wody” opublikował w „Tygodniku Kulturalnym”. Potem napisał kolejne. Uskładało się ich wystarczająco na debiutancki tom pt. „Pragnienia” (1967), potem na kolejne, w tym „Cedrowe orzechy” (1974). – Maszynopis długo przetrzymywano w Wydawnictwie MON – przypominał Zbigniew Domino w jednej z wielu rozmów, które miałem z nim zaszczyt przeprowadzić. – O ich druku, co wiem na pewno, zdecydował dopiero generał Wojciech Jaruzelski, też sybirak, którego pamięć ogromnie szanuję i jestem przekonany, że doczeka się on jeszcze pomników podkreślał pisarz. Wtedy to był temat tabu. Poniekąd ze zdumieniem odnotowała wówczas Maria Danilewicz-Zielińska w paryskiej „Kulturze”, że mogły się ukazać opowiadania zesłańcze w takiej postaci.
Stygmat sierocy naznaczył życie Zbigniewa Dominy. Matka umarła na Sybirze, gdy miał zaledwie 10 lat, a jego brat Tadek dopiero 4,5 roku. – Gdy ojciec poszedł z kościuszkowcami na wojnę w maju 1943 roku, zostaliśmy na łasce obcych ludzi. Byłem małemu bratu i ojcem, i matką. Tylko mnie nie miał kto wtedy matkować – mówił w jednej z tych rozmów na wspomnienie tamtych przeżyć. Z zesłańców w Kaluczem i Kajenie tylko jemu udało się powrócić w miejsce zesłania po kilkudziesięciu latach, gdy był w Moskwie polskim dyplomatą. – To wtedy – wspominał – po raz drugi w życiu dotarłem do Kaluczego na Syberii przy pomocy wielu życzliwych mi Rosjan. A w tamtych czasach dostać się w głąb syberyjskiej tajgi nie było wcale łatwe, zwłaszcza dyplomacie. Mnie się poszczęściło… Kaluczego już nie ma. Prawie ślad po nim nie został. Natomiast tajga objęła we władanie wszystko, także nasz zesłańczy cmentarz, gdzie jest kilkaset mogił polskich, ale ślad już po nich zatarty. Odwieczna tajga ma swoje prawa. Tam i moja matka spoczywa. Pamiętałem to miejsce, odnalazłem wzgórek nad rzeką Pojmą i szczątki krzyża modrzewiowego, który postawił mój ojciec. Nabrałem w chusteczkę garść ziemi z tego miejsca i przewiozłem ją na symboliczny grób matki w Tyczynie.
Rosjanie w tych powieściach traktowani są bez uprzedzeń, bo jak podkreślał pisarz, Syberię, od Rosjan poczynając, zamieszkują różnorodni narodowościowo ludzie, z różnych etapów potomkowie zesłańców z Europy po rodzimych Buriatów. Tam wytwarza się ten szczególny klimat wyrozumiałości wzajemnej. – Państwo i ludzi należy oddzielać – mówił Zbigniew Domino – przeciętny Rosjanin jest bardzo uczuciowy, a sybirak szczególnie, który drugiego człowieka nigdy w potrzebie nie zostawi. Nie tylko ja, ale każdy polski zesłaniec przytoczy wiele przykładów, gdy zwłaszcza kobiety sybiraczki, bo ich mężowie i synowie walczyli na froncie, opiekowały się nami, pomagały, choć same żyły w wielkiej biedzie. Mój stosunek do Rosjan się nie zmienia. Smuci mnie tylko, że nasi niektórzy „mędrcy” polityczni, którzy z grubsza mówiąc nie mają zielonego pojęcia o Rosji i nie znają mentalności Rosjan, rezygnują z możliwości bezpośrednich kontaktów z tym społeczeństwem, np. z Dni Kultury Polskiej w Rosji. Kiedy po przetłumaczeniu „Syberiady” na rosyjski zaproszono mnie do Krasnojarska, to nie mogłem narzekać na brak zainteresowania i życzliwości dla Polaków. Książka rozeszła się natychmiast.
Na Ukrainie zachodniej przed wojną była Polska, stamtąd Polaków, w tym rodzinę Dominów mieszkających w Worowlińcach Kolonii pod Zaleszczykami, wywieziono na Sybir. – Gdybym nie znalazł się na zesłaniu, to prawdopodobnie podzieliłbym los wielu tych spod Zaleszczyk, Czortkowa i Borszczowa, którym udało się uniknąć wywózki, ale znaleźli się w studniach pomordowani przez banderowców. Mam przyjaciół, którzy przeszli tę gehennę wołyńsko-podolską i wszyscy mówią w ten sposób. Czekamy na przeprosiny od władz Ukrainy – mówił pisarz i zauważał przy tym, że te wydarzenia umykają także naszym władzom, a i o sybirakach się milczy, o tych gdzieś w tajdze pogubionych. Od wielu lat upominał się o przywrócenie w Rzeszowie ulicy imienia Anieli Krzywoń, młodziutkiej sybiraczki, która wstąpiła do polskiego wojska i poległa w bitwie pod Lenino. Bez rezultatu – przypominał wielekroć z wyrzutem.
W tym miejscu muszę z przykrością stwierdzić, że oficjalnie też prawie nie zauważa się pisarza, który swą twórczością przysparza chwały Rzeszowowi oraz regionowi w Polsce i na świecie. W tzw. „Encyklopedii Rzeszowa” również zabrakło dlań miejsca, choć Zbigniew Domino mieszkał w Rzeszowie ponad pół wieku. Film Janusza Zaorskiego stworzony na podstawie „Syberiady polskiej” i pod tym samym tytułem, który wszedł na ekrany kin w 2013 roku, w Rzeszowie i regionie też oficjalnie przemilczano – nie było żadnego spotkania z twórcami, aktorami i pisarzem, według którego to powieści ten obraz powstał. Jedna z największych produkcji ostatnich lat, która z epickim rozmachem opowiada przejmującą historię Polaków deportowanych w latach 40. na Syberię, jak podkreślano w zapowiedziach.
Kiedy niedawno pytałem go przy okazji pracy nad „Sybiraczką”, co dalej na pisarskiej drodze? – Wygląda mi ta droga na coraz krótszą, ale
i trudniejszą – odpowiedział pisarz. – Zobaczymy, może Staszek Dolina coś mi
jeszcze podpowie. Sam chciałbym wiedzieć.
Już nie zdąży. Droga życia i pisania została zamknięta. Pozostanie pamięć i świadectwo w postaci książek o niezaprzeczalnej wartości. I żal, że już nigdy nie będzie można spotkać się, porozmawiać zyskać życzliwą podpowiedź i radę.