Cenzura Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

Ilekroć opowiadam o pracy w Polskiej Kronice Filmowej, zawsze pada pytanie o cenzurę.

Kiedy rozpocząłem pracę na Chełmskiej, cenzorem był starszy pan przed emeryturą. Może dlatego miewał sporo zastrzeżeń, niepotrzebnych i drobiazgowych, bez większego znaczenia. Nadmierna czujność, jaką wykazywał, irytowała redakcję, która odpłacała mu nieukrywaną niechęcią. Ku oburzeniu zespołu wyrzucił z wydania temat o głośnym wówczas musicalu „Hair”, wystawianym w Paryżu i przysłany przez francuskich kolegów w ramach wymiany. Michał Gardowski nie dał za wygraną, zaprosił na projekcję Wincentego Kraśkę, ówczesnego kierownika Wydziału Kultury KC PZPR i temat ukazał się w następnym wydaniu PKF.
Jego następca, czterdziestolatek, absolwent Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, zachowywał się racjonalnie, nie wykazywał nadmiernej czujności, nie czepiał się „drobiazgów.” Kierował się bardziej motywacją prawniczą niż ideologiczną. Jeśli temat czy tekst nie naruszały w sposób wyraźny i jednoznaczny zapisów z „księgi zakazów”, nie ingerował. Żeby ułożyć sobie poprawne stosunki z nowym pracownikiem Głównego Urzędu z Mysiej, poprosiłem osoby biorące udział w nagraniach, aby nie okazywały cenzorowi swojej niechęci. Wydawało mi się, że zyskamy w ten sposób jego przychylność i zrozumienie. Skoro nie mieliśmy szans na zniesienie cenzury, należało ją przynajmniej w ten sposób złagodzić.
Józek – tak go nazywaliśmy – odczytał nasze zachowanie właściwie i nie utrudniał nam życia. Pierwszy zakwestionowany przez niego temat, (modelki na meleksach), ukazał się na ekranach kin dzięki premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi, co z pewnością osłabiło skłonność Józka do ingerencji (patrz rozdział: „Premier redaguje”, który ukaże się w następnym odcinku).
Mieczysław Róg-Świostek, redaktor naczelny „Chłopskiej Drogi”, opowiedział mi przy jakiejś okazji o wiejskim proboszczu, który zmienił swoją parafię nie do poznania. Z inicjatywy i zachęty księdza założono w kilku wsiach wodociągi, wyremontowano drogi, pobudowano chodniki… „Warto pokazać takiego społecznika” – zaproponował Mieczysław. Wybraliśmy się do proboszcza wraz z ekipą PKF, któregoś dnia.
Do dziś wspominam duchownego z rozrzewnieniem, a smaku jego doskonałych nalewek nigdy nie zapomnę. Ksiądz okazał się prawdziwym mistrzem w ich tworzeniu. Nie miał sobie równych. Mógł z nim współzawodniczyć jedynie ojciec Jurka Redlicha, u którego spotykaliśmy się przez wiele lat w Wielki Piątek na śledziku i ziemniakach w mundurkach. W mieszkaniu seniora Redlicha stał ogromny kredens, jakich teraz już się nie produkuje, a w jego wnętrzu na kilku półkach „dojrzewały” butelki z wybornymi nalewkami. Żadne modne trunki importowane nie mogły się z nimi równać.
Rozmarzyłem się pod wpływem wspomnień, zamiast opowiedzieć o perypetiach związanych z tematem poświęconym proboszczowi. Przypomnę, że tekst do kroniki po rozstawieniu i przepisaniu wysyłaliśmy do cenzury.
Miało to swoje zalety. Gdy w głowie cenzora zrodziły się wątpliwości, mógł je skonsultować z przełożonymi i przed nagraniem, telefonicznie, zasygnalizować redakcji swoje zastrzeżenia. Tak właśnie stało się z tematem o proboszczu. Józek poinformował mnie, że tego tematu nie puści, bo w księdze zakazów jest napisane, że księży pokazywać nie wolno.
Kto stworzył cenzurę i w jakiej księdze ją opisano? Natychmiast zadzwoniłem do Mieczysława. Spotkaliśmy się w KC i tam zastępca członka Komitetu Centralnego PZPR, Róg-Świostek, temat „odwojował”. Józek na nagraniu został pozytywnie zaskoczony, gdy go poinformowałem o decyzji Wydziału Prasy. Nie przypominam sobie innych jego ingerencji. Doszło do tego, że często wspólnie zastanawialiśmy się, jak obejść zapis z księgi zakazów.
Po Józku przyszła do kroniki, Basia, magister filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Miła i urodziwa blondynka szybko pozyskała sympatię większości zespołu. Pracę zaczynała od kawy, którą częstowały ją koleżanki pracujące w pokoju, gdzie mieścił się sekretariat. Wielokrotnie korzystałem z porad Basi jeszcze przed podjęciem decyzji o zaplanowaniu tematu do wydania kroniki.
Warto chyba wspomnieć, że wszystkie tematy krytyczne, jakie ukazywały się na ekranach kin w kraju, Basia i Józek puszczali. W rozdziale „Premier redaguje” opisałem tematy krytyczne, które burzyły obraz Polski istniejący w głowie Piotra Jaroszewicza, a dopuszczone na ekran przez cenzorów.
Premier nie był jedynym przedstawicielem władz, który ingerował w redagowanie kroniki i wyrzucał z niej tematy. Oto pewnego dnia złożyli mi wizytę dwaj panowie: przedstawiciel Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej i przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie owijając w bawełnę, zażądali usunięcia z kroniki (24B/79) tematu pod tytułem „Kup pan flaszkę”, w którym pokazaliśmy nielegalny, nocny handel alkoholem w centrum stolicy. Na zdjęciu widać milicjanta kupującego „flaszkę”, albo pobierającego należny mu haracz. Moi rozmówcy (nazwiska znane redakcji) zaczęli od ostrego ataku, zarzucając Kronice szkalowanie Milicji Obywatelskiej i obrazę prawa!
Miałem już bogate doświadczenie z tego typu rozmówcami, więc zapytałem ich, czy mają upoważnienie Komendy Głównej MO i Ministerstwa Sprawiedliwości do prowadzenia rozmów w tej sprawie. Pytanie zachwiało pewność siebie obu panów, co dało się natychmiast zauważyć. Stracili impet i o to mi właśnie chodziło. Następnie zapytałem przedstawiciela Ministerstwa Sprawiedliwości (za czasów demokracji sędziego, którego nazwisko często gości w prasie), co to znaczy obraza prawa? Kronika prawa nie obraziła, bo Główny Urząd Kontroli Prasy temat zaakceptował, wszak w żadnej ustawie nie napisano, że nie wolno pokazać milicjanta w godzinach nocnych z flaszką „Wyborowej”. Jednocześnie poprosiłem sekretariat, aby przyniesiono mi tekst komentarza i głośno odczytałem go interwentom: „O dziesiątej wieczorem „Delikatesy” w Warszawie przy Placu Zbawiciela zamykają swoje stoisko alkoholowe. Aby ukrócić pijaństwo, usunięto wódkę ze sklepów nocnych, ale takie papierowe decyzje często przynoszą odwrotny skutek. Popyt kształtuje podaż, w różnych ciemnych zakamarkach działają bezkarnie nocne nielegalne „Delikatesy”. Za fatygę – odpowiednie ceny. Handlarze zarabiają podobno w kilka godzin po parę tysięcy. Nieprzemyślane posunięcia administracyjne, bezkarność wobec tego nocnego jarmarku w centrum stolicy. Chyba nie tak powinna przebiegać walka z pijaństwem”. Czy komentarz obraża prawo albo szkaluje milicję? Proszę to udowodnić! Pretensje, jakie panowie przedstawiliście, nie znajdują uzasadnienia. Kronika może usunąć temat tylko po decyzji sądu albo na polecenie Wydziału Prasy Komitetu Centralnego. Macie panowie pełne prawo odwołać się do tych instytucji.
Inny temat krytyczny zamieszczony w Kronice okazał się o wiele groźniejszy. Powstał on z inicjatywy redaktora Rajmunda Ossowskiego, człowieka nadzwyczajnie inteligentnego, ale niezbyt pracowitego. Podkreślam te dwie cechy, Rajmund bowiem był ulubieńcem nie tylko większości zespołu, ale także mojej żony i córki. Przyznaję nie bez wstydu, że chyba dwa razy zamierzałem go zwolnić z pracy. Daremnie. Za każdym razem żona i córka groziły daleko posuniętymi sankcjami rodzinnymi, musiałem, więc wycofywać się i ustępować.
Rajmund nie tylko dał się lubić, był też wielkim oryginałem. Wysłałem go raz do Wrocławia, aby przygotował grunt do realizacji spotkania Edwarda Gierka z młodzieżą, tzn. załatwił akredytację, lokalizację kamer na stadionie i napisał scenariusz wydania monotematycznego imprezy. Na kilka dni przed realizacją zdjęć Rajmund zadzwonił do redakcji i oznajmił, że Komitet Wojewódzki PZPR odmówił kronice akredytacji! W pierwszej chwili pomyślałem, że może telewizja zażądała wyłączności. Na pytanie, dlaczego nie chcą dać nam w komitecie zgody na filmowanie, Rajmund odpowiedział z wrodzoną mu szczerością: wiesz w tej firmie pracują jacyś dziwni ludzie i ja nie potrafię się z nimi porozumieć.
Pojechałem natychmiast do Wrocławia. W komitecie powiedziano mi, że przysyłam na tak poważną imprezę jakichś dziwaków. Czy towarzysz redaktor Ossowski w redakcji też chodzi z takim wielkim krzyżem? Nosi krzyżyk, ale nam to nie przeszkadza. To nie krzyżyk, ale dużych rozmiarów krzyż – oznajmił zgorszony towarzysz. Akredytację załatwiłem i pojechałem do hotelu, by spotkać się z Rajmundem. Zastałem go jeszcze w łóżku, mimo że było późne popołudnie. Poczekałem, aż się ubrał i poprosiłem o pokazanie tego krzyża, który zawiesił sobie na szyi, gdy szedł do komitetu. „Tobie też odbiło?” – zapytał. „Rajmund, bądź poważny, to sprawa niezmiernej wagi, a ty sobie żartujesz” – odpowiedziałem. Rajmund Ossowski pokazał mi wtedy krzyż bardzo dużych rozmiarów, którego nigdy nie nosił w redakcji.
„Sądziłem Rajmundzie, że jesteś poważnym dziennikarzem, a ty wyprawiasz jakieś dziwactwa” – powiedziałem. „No, wiesz chciałem sprawdzić, jak mnie potraktują w tej jaskini lwa” – odparł. „Zachowujesz się jak święty Franciszek, a chyba zgodzisz się ze mną, że odszedłeś od jego ideałów bardzo daleko”. „Zapraszam na obiad” – odparł, jakby się nic nie stało. Taki był redaktor Ossowski.
Niedługo potem przygotowany przez niego temat o radioodbiornikach fabryki „Diora” w Dzierżoniowie wzbudził moje zdziwienie i uznanie za doskonałe skomponowanie, dokumentację, która nie budziła najmniejszych zastrzeżeń i logikę argumentacji. Ukazał się w wydaniu Kroniki 9B/76. Basia, cenzorka nie miała żadnych zastrzeżeń. Nie przewidzieliśmy jednak następstw, jakie wywoła.
Najpierw zaprotestowały organizacja partyjna i rada zakładowa, potem dyrekcja „Diory” i lokalne władze, następnie zjednoczenie. Oskarżono kronikę o sabotaż i o to, że zagraniczni kontrahenci zerwali umowy, a więc zmniejszy się napływ cennych dla kraju dewiz. Kronika działa zatem na szkodę socjalistycznego państwa. W listach indywidualnych i zbiorowych pytano, kto stoi za działalnością Polskiej Kroniki Filmowej? Takie pytanie zawierało już sugestię odpowiedzi: oczywiście, wraże siły imperialistyczne.
Nie identyfikowano na razie tych sił. Ale lada dzień patriotyczna załoga miała je wskazać – to oczywiste. Stanowczo żądano usunięcia szkodliwego tematu z kroniki i przeproszenia załogi, której dobre imię zszargaliśmy.
Przyznaję, że po raz pierwszy przestraszyłem się „stanowczych żądań”. Obawiałem się, że gdy załoga dotrze do premiera, będzie oznaczać to dla mnie koniec. Tematu jednak nie wycofałem. Wystraszony udałem się do Wydziału Ekonomicznego KC PZPR, choć nikogo tam nie znałem. Przedstawiłem sytuację i poprosiłem o konsultację. Poprosiłem, by ktoś z Wydziału ten krytyczny temat obejrzał. Przyjechały dwie osoby. Po obejrzeniu tematu padło pytanie: to wszystko? Szkoda, że tak delikatnie ich skrytykowaliście, zasługują na więcej. Byłem spokojny. Zaproponowałem zjednoczeniu i załodze z Dzierżoniowa spotkanie na Chełmskiej. Propozycję przyjęto.
Nikt nie wiedział o stanowisku pracowników Wydziału Ekonomicznego KC PZPR, nawet moi najbliżsi współpracownicy. Poleciłem, aby w sali „B” ustawiono kamery dźwiękowe, zainstalowano odpowiednie oświetlenie i przygotowano odpowiednią liczbę mikrofonów. Mieliśmy dyskutować. Autor tematu, zaproszeni goście i ja. Przybysze nie byli przygotowani na „wystrój” sali. Poinformowałem zebranych, że będziemy filmować dyskutantów, nagrywać dźwięk i opublikujemy przebieg spotkania w specjalnym wydaniu PKF.
Na sali zapanowała grobowa cisza. Zawsze tak bywa, wszyscy czekają na pierwszego odważnego. Tym razem wśród przedstawicieli załogi, władz lokalnych i dostojników zjednoczenia nikt taki się nie ujawnił. Kronika mogła się cieszyć zwycięstwem nad biurokracją, autor tematu przeżywał satysfakcję, ja znalazłem się na dwa tygodnie w szpitalu. Musiałem leczyć zszarpane nerwy.
Opisane tu przypadki nie były odosobnione. Najbardziej bałem się protestów weteranów – wszakże to ludzie zasłużeni dla kraju. Niejednokrotnie nie znaczyło to wcale, że ich protesty czy krytyka miały jakiekolwiek uzasadnienie. Oto jeden z przykładów.
Wiesław Gołas, znany i lubiany aktor, śpiewał swego czasu zabawną piosenkę „W Polskę idziemy”. Ledwie umieściliśmy go wykonującego tę piosenkę, w kronice napłynęły protesty. „Będąc w kinie – pisał oburzony weteran – w przeddzień rocznicy wybuchu wojny z niemcami (pisownia oryginalna – M.Ch.) zostałem „uraczony” przez PKF widowiskiem, które w zestawieniu z nadchodzącą rocznicą nabiera wprost specyficznej wymowy i posmaku, świadczących, na jakie manowce zeszła nasza wrażliwość patriotyczna i jakie postępy osiągnęła znieczulica społeczna na fakty obrażające naszą godność narodową i bohaterską przeszłość… Domagam się pełnej satysfakcji i zadośćuczynienia w drodze naprawienia krzywdy, jaka została wyrządzona dobremu imieniu polskiego kombatanta walki z faszyzmem”.
Weterani to z pewnością ludzie zasługujący na szacunek, ale tacy patrioci chyba nie zawsze. Inny temat wzbudził nie tylko śmiech w salach kinowych, ale protest kilku doktorów nauk. Jerzy Modro, dyrektor do spraw ekonomicznych WFD, zapytał mnie kiedyś na korytarzu, czy może nas zainteresować praca doktorska napisana na podstawie nieprawdziwych dokumentów. Już wtedy wśród rządzących doktoraty zaczynały być modne, (na własne oczy widziałem wydaną w formie książki pracę doktorską partyjnego dostojnika, który miał zaledwie maturę). Natychmiast wysłałem ekipę w teren.
Ela Zawistowska, pierwsza kobieta w Polsce, umiejąca posługiwać się kamerą, osoba o cudownym poczuciu humoru, przywiozła temat, który tu krótko zrelacjonuję. Gdzieś we włodawskim powiecie żył sobie rolnik w wieku emerytalnym. Gospodarstwo przekazał synowi, a sam, aby zabić nudę, siadał nad sadzawką przydomową, ale nie po to, by słuchać rechotu żab, tylko żeby rzeźbić w kamieniach różne postacie, wywodzące się z klecht opowiadanych w długie zimowe wieczory przy darciu pierza, a tkwiące w jego głowie. Rzeźby nie miały wysublimowanych kształtów, lecz były proste jak narzędzia, którymi ów rolnik się posługiwał, można nawet powiedzieć pierwotne. Dzieła swoje ustawiał nad sadzawką, tuż przy lustrze wody, aby refleksy słoneczne ożywiały postacie z martwego kamienia. Zdarzyło się, że kilka figurek wpadło, i to nie raz, do sadzawki popchnięte nogą krowy w czasie pojenia. Artysta wydobywał je ze szlamu i pracowicie ustawiał z powrotem na brzegu.
Razu pewnego przejeżdżał tędy młody magister z Lublina i dostrzegł owe ludziki, zwierzaki i kwiaty kamienne nad sadzawką. Zapytał rolnika skąd się tu wzięły? – Jak my pogłębiali sadzawkę, to wydobyłem je ze szlamu – odpowiedział ludowy artysta. To wzmogło zainteresowanie przyjezdnego, który zaczął rzeźbom przyglądać się uważnie, kilka wziął nawet do ręki i obejrzał bardzo dokładnie. Podziękował rolnikowi i zapewnił, że wróci
tu jeszcze.
Przyjechał w dniu Matki Boskiej Zielnej z samego rana, w czas odpustu. Ale zamiast iść na procesję, zaczął figurki fotografować zbiorowo i każdą z osobna, w słońcu i w cieniu.
Dziadek powziął nawet podejrzenia, że miastowego człowieka, nie figurki tu sprowadziły, a jakieś nieczyste zamiary. Nie poszedł na mszę z rodziną, postanowił popilnować przyjezdnego. Kiedy młody człowiek zakończył fotografowanie, zasypał dziadka pytaniami. Jednocześnie zachęcił go, by spróbował poszukać na dnie sadzawki jeszcze więcej wykopalisk. Na odjezdnym dał dziadkowi na piwo i zapowiedział, że wróci.
Uradowany artysta ze wzmożonym natchnieniem tworzył nowe mini rzeźby i wrzucał do sadzawki. Gdy magister pojawił się ponownie, poinformował rolnika, że będzie pisał pracę doktorską, bo tędy prowadził szlak rzymskich kupców, którzy jeszcze przed narodzeniem Pana Jezusa najprawdopodobniej tu biwakowali albo nawet w tych okolicach prowadzili handel wymienny ze Słowianami, którym za bursztyn płacili figurkami dziadka znad sadzawki.
Chłop przestraszył się nie na żarty, bo nie mógł pojąć, dlaczego taki uczony człowiek Chrystusa Pana, wmieszał do jego rzeźb? Bał się przyznać do swojego żartu, nie poszedł do spowiedzi, bo proboszcz słynął z surowości. Gdyby nie Chrystus, przyznałby się do grzechu.
Młody uczony przyjeżdżał jeszcze kilka razy. Dziadek wrzucał swoje rzeźby do sadzawki, potem je wydobywał i przekazywał „uczonemu z Lublina.” A gdy młody człowiek przestał przyjeżdżać po wykopaliska, odetchnął z ulgą, rzeźbić jednak nie zaprzestał. Aż tu po roku, a może nawet po dłuższym okresie pojawił się nad sadzawką, już teraz doktor nauk… i wręczył dziadkowi książkę o rzymskim szlaku handlowym, który wiódł przez ziemię włodawską, w czasach, gdy siedzieliśmy jeszcze na drzewach.
Lekturę tej pracy doktorskiej polecam panu doktorowi Markowi Cieślińskiemu i zachęcam go, gdy będzie na Chełmskiej, aby obejrzał kronikę 40B/71, bo chyba ją przeoczył, gdy zbierał materiały o kronice do swojej pracy doktorskiej, która potwierdza (praca dr Cieślińskiego), że rzymskie szlaki handlowe, jak się autor postara, można odnaleźć także na Chełmskiej, co prawda nie ma tu sadzawki, ale jest archiwum.
Temat o dziadku wzbudzał w kinach życzliwy śmiech widowni. Niektórych doktorów nauk zbulwersował jednak do tego stopnia, że zaczęli słać do redakcji protesty przeciw obniżaniu rangi nauki polskiej, a pozycji doktorów w szczególności. Jeden uczony doktor wysłał nawet na Mysią pytanie, dlaczego cenzura pozwala ośmieszać ludzi nauki? Był to z pewnością doktor marcowy.
Czy cenzura w socjalizmie była potrzebna? Zadawaliśmy sobie to pytanie nie na naradach oficjalnych, a na spotkaniach towarzyskich, gdy po kilku kieliszkach wypitej wódki stawaliśmy się bardziej otwarci. Posługiwaliśmy się, odpowiadając na to pytanie, wiedzą zaczerpniętą z książek. I tu dochodziliśmy do konstatacji, że to nie ojcowie myśli socjalistycznej są twórcami cenzury, że powstała ona znacznie wcześniej i do dziś jest z powodzeniem stosowana przez najstarszą i najpotężniejszą organizację świata. Czerpaliśmy też przykłady z wiedzy współczesnej i własnych doświadczeń.
W ZSRR i NRD na przykład instytucja cenzury prewencyjnej nie istniała. A przecież różnice w otwartości „środków masowego przekazu”, jak wówczas nazywano media, były widoczne dla każdego, kto czytał prasę krajów socjalistycznych czy mógł oglądać kroniki, filmy i telewizję w tzw. obozie socjalistycznym. Wielu moich kolegów twierdziło, że im cenzura nie przeszkadza, wręcz przeciwnie w pewnym sensie chroni dziennikarza, bo zawsze można powiedzieć: przecież cenzura to puściła. Skorzystałem z tego argumentu w rozmowie z przedstawicielami Komendy Głównej MO i Ministerstwa Sprawiedliwości.
Ale tak naprawdę za „błędny” artykuł, materiał w telewizji czy w kronice wyrzucano cenzora i redaktora. Było, więc dla nas oczywiste, że wszelkie kagańce ograniczające różnorodność myśli i poglądów są niekorzystne dla społeczeństwa.
To prawda, nie starczyło nam sił i odwagi, by mówić o tym głośno. Demonizowanie obecnie cenzury przez prawicę jest śmieszne, w kraju, w którym ona nadal istnieje, tyle tylko, że w zawoalowanej formie. Spróbujcie pośmiać się z przywódców tej organizacji, która przez wieki, cenzurowała swobodę myślenia, a nad Wisłą skutecznie robi to nadal, tłumiła niezależność badań naukowych, a w ograniczaniu innych idei ma niebywałe osiągnięcia. Spróbujcie pożartować z człowieka, który przez ponad dwadzieścia lat stał na czele tej organizacji, choć ulepiono go z tej samej, co nas gliny. Spróbujcie. Nie lękajcie się!
„Trybuna” spróbowała. Kolejni redaktorzy naczelni dziennika przepraszali…

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Wizyty państwowe Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

W czasie trzynastu lat pracy wielokrotnie wyjeżdżałem z oficjalnymi delegacjami państwowymi za granicę. Nie zamierzam opisywać wszystkich, bo miały one mniej więcej jednakowy przebieg. Wspomnę o kilku, moim zdaniem ciekawszych. Najczęściej wyjeżdżałem z Edwardem Gierkiem.

W 1977 roku obsługiwałem wizytę I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej we Włoszech i w Watykanie. Odwiedził on wtedy, jako pierwszy przywódca Polski Ludowej, cmentarz na Monte Casino, gdzie złożył wieniec i oddał hołd poległym tu polskim żołnierzom.
W Watykanie, na dziedzińcu San Damaso, gdzie odbywało się oficjalne powitanie, na gościa z Polski oczekiwała gwardia papieska, zwana także szwajcarską i najmniejszą armią świata, w barwnych strojach z halabardami, dostojnicy kurii rzymskiej i oczywiście obsługa prasowa. Watykańscy specjaliści od protokołu dyplomatycznego ustawili nas w określonym miejscu i stanowczo nakazali, by zachowywać się odpowiednio do miejsca, w którym się znajdujemy. Znaczyło to ni mniej ni więcej tyle, że nikt nie powinien ruszyć się z przydzielonego mu miejsca. Golcowi, operatorowi PKF, przypadło miejsce, z którego nie był zadowolony. Bardzo ubolewał, że nie może stanąć metr czy dwa dalej, aby zrobić najlepsze ujęcie. Wpadł jednak na pomysł, że można o pół metra przesunąć w prawo gwardzistę z halabardą, a on zrobi wtedy najlepsze ujęcie w swoim życiu. Zaczął mocno na mnie nalegać, bym zajął się rozwiązaniem tej kwestii. Zwróciłem się z tym problemem do przedstawiciela naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, prosząc o pomoc. Dyplomata Kronice gotów był nieba przychylić, a zwłaszcza Ryśkowi, którego wszyscy lubili i cenili.
Udaliśmy się do jakiegoś monsignore z watykańskiego protokołu, którego nasz dyplomata poprosił o przesunięcie człowieka z halabardą o pół metra w prawo. Ten spojrzał na nas z wyrozumiałą dezaprobatą i spokojnie odpowiedział: „Nie mogę tego uczynić szanowny kolego, przecież gwardzista stoi w tym miejscu od ponad czterystu lat…” Przyjęliśmy werdykt z właściwą pokorą.
Między Polską Kroniką Filmową a telewizją istniała ciągła rywalizacja, przeradzająca się często w jawną niechęć. Wspominam tu o tym nie bez kozery. W Rzymie ekipa PKF składała się tylko z dwóch osób, natomiast ekipa telewizji liczyła trzech operatorów. Nie pamiętam już dokładnie, ilu redaktorów, dźwiękowców i specjalistów z innych dziedzin towarzyszyło prezesowi, Maciejowi Szczepańskiemu. Złośliwi komentowali, że jest to odrębna delegacja wizytująca Italię.
Po oficjalnej wizycie w Watykanie, późnym popołudniem, w dniu odlotu Edward Gierek wydał koktajl, w którym uczestniczyli kardynał Agostino Casaroli, twórca nowej polityki Watykanu wobec krajów Europy Wschodniej, i kardynał Stefan Wyszyński, liczni biskupi, a także szefowie włoskich partii politycznych, wśród nich Enrico Berlinguer, sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej, jeden z twórców eurokomunizmu, nurtu polityczno-ideowego nieuznającego dyktatury, a co zatem idzie – leninizmu. Już samo zestawienie nazwisk świadczyło, że nie było to spotkanie banalne.
Stałem w pobliżu, gdy Edward Gierek podszedł do Stefana Wyszyńskiego. „Słyszałem – powiedział do kardynała – że pan chorował”. „To prawda, panie pierwszy sekretarzu – odpowiedział kardynał – ale dzięki Bogu, już się czuję dobrze”. Kardynał o coś poprosił pierwszego sekretarza. Ten odpowiedział, że nie może spełnić jego prośby. „Nic nie szkodzi – pocieszył kardynał pierwszego sekretarza – załatwię to z pana małżonką”. Oddaliłem się w tym momencie od rozmawiających, nie wypadało przysłuchiwać się prywatnej rozmowie.
Operatorzy filmowi i telewizyjni na tego rodzaju spotkania wpuszczani są tylko na chwilę. Dostaliśmy znak, że możemy filmować. Ryszard Golc wykorzystał dany nam czas, co do sekundy. Polska Kronika Filmowa, była jedyną ekipą filmującą opisane spotkanie. Zdziwiła mnie nieobecność wyjątkowo licznej ekipy telewizji. W koktajlu nie uczestniczył także Maciej Szczepański. Później okazało się, że cała ekipa Telewizji Polskiej wyruszyła w tym czasie na zakupy!
W samolocie otrzymałem polecenie: po wywołaniu taśmy, udostępnić natychmiast materiał telewizji. Zsiniałem ze złości! To przecież nie było w porządku. Musiałem ustąpić przed potęgą Macieja Szczepańskiego. Przeżywałem jednak w duszy cichą satysfakcję, że Polska Kronika Filmowa okazała się lepsza i solidniejsza. Nie pierwszy i nie ostatni raz!
Wizyta w Szwecji też była pełna niespodzianek. Rząd szwedzki nie ma specjalnej kolumny samochodowej, wynajmuje eleganckie limuzyny w firmie prywatnej. Samochodów nie prowadzą oficerowie z biura ochrony rządu, bo taka jednostka nie istnieje. Nic więc dziwnego, że w czasie wizyty kawalkada samochodów wioząca polską delegację, wracającą do rezydencji w Sztokholmie, pomyliła drogę i musiała się zatrzymać, aby zapytać, jak dojechać do Pałacu Haga. Na szczęście, przez ryneczek przechodziła pani niosąca w koszu bieliznę do pralni. Wskazała drogę, a na pożegnanie zapytała, czy to polska delegacja? A kiedy usłyszała potwierdzenie, rzekła: – Bardzo mi miło, dziś wieczorem spotkamy się na kolacji. Panią okazała się żona premiera Szwecji, Lisabet Palme. No cóż, co kraj to obyczaj!
4 czerwca 1975 roku Edward Gierek odleciał helikopterem do Harpsund, letniej rezydencji premiera Palme, położonej nad jeziorem w malowniczej okolicy. W przerwie między rozmowami obaj panowie wyszli na spacer, podeszli do dziennikarzy, przywitali się z nami i po krótkiej rozmowie udali się w stronę jeziora, oddalonego od rezydencji około sto metrów. Olof Palme zaproponował gościowi przejażdżkę po jeziorze. Wsiedli do łódki, premier Szwecji przy wiosłach, pierwszy sekretarz jako pasażer. Łódka wolno zaczęła oddalać się od brzegu. Wtedy zauważyliśmy, że adiutant Edwarda Gierka, płk. Zdzisław Chełmiński, zaczyna nerwowo biegać w tę i z powrotem przy brzegu jeziora. Tymczasem łódź z premierem i pierwszym sekretarzem oddalała się coraz dalej od brzegu. Płk. Chełmiński nerwowo próbował odczepić z uwięzi jakąś łódkę, a gdy mu się to udało, wskoczył do niej i z determinacją zaczął z całych sił wiosłować, by doścignąć łódkę obu panów. Zbliżył się do niej na odległość dziesięciu-piętnastu metrów i już nie odstąpił. Dziennikarze szwedzcy patrzyli na wyczyny pułkownika ze zdumieniem i chyba podziwem, bo po powrocie na brzeg zasypali dzielnego adiutanta pytaniami. Następnego dnia poświęcono temu zdarzeniu sporo miejsca na czołówkach gazet. Pułkownik miał swoje pięć minut.
W programie wizyty przewidziano pobyt w Göteborgu, a w nim zwiedzanie zakładów Volvo, wizytę w ratuszu i śniadanie w salonach recepcyjnych. Z ratusza delegacja przeszła pieszo, około 500 metrów, do przystani, skąd statkiem ratownictwa morskiego popłynęliśmy do stoczni Götaverken. Statki budowano tu w wielkich halach, co chroniło stoczniowców przed deszczem i chłodem w jesienne i zimowe miesiące, bo hale były ogrzewane. W zakładach Volvo wielkie wrażenie wywarł na zwiedzających pokaz bezpieczeństwa samochodu. Demonstracja polegała na tym, że samochód umieszczony na szynach z dwoma manekinami, przypiętymi pasami, nabiera szybkości i uderza w betonową zaporę. Przód pojazdu ulega zniszczeniu, ale nie w takim stopniu, by zagrozić życiu pasażerów, ponieważ samochody produkowane przez zakłady Volvo mają zainstalowane specjalne amortyzatory, które zmniejszają siłę uderzenia. Rysiek Golc jeszcze w samolocie nie ochłonął z wrażenia. „Zniszczyć taki doskonały samochód”
– powtarzał.
W ostatnim dniu wizyty Rada Szwedzkich Eksporterów podejmowała Edwarda Gierka śniadaniem w restauracji Stallmästagarden. U wejścia do lokalu powitał polskiego gościa prezydent koncernu Alfa Laval, Hans Stahle.
W zakładach Alfa Laval robiliśmy z Januszem Kuźniarskim reportaż, bo są one znane nad Wisłą jeszcze sprzed wojny. Naszą uwagę zwróciła w fabryce nie tyle nowoczesna produkcja, co stołówka pracownicza. Wystrój tej stołówki nie ustępował renomowanej restauracji, w czasie obiadu występowały znane zespoły rozrywkowe – wokalne i orkiestrowe. Poinformowano nas w czasie obiadu, że personel kierowniczy jada posiłki w odrębnej stołówce. W naszej wyobraźni natychmiast zrodziło się pytanie: skoro stołówka robotnicza jest na tak wysokim poziomie, to jak wygląda ta dla dyrekcji? Przekonaliśmy się, o tym następnego dnia. Dania w karcie te same, co w stołówce pracowniczej. Różnica polegała tylko na tym, że wystrój sali dla personelu kierowniczego był bardzo skromny, nie przygrywała orkiestra i posiłku nie umilały występy piosenkarek. To, po co ta odrębność? Ano po to, by nie tracić cennego czasu. W czasie obiadu można przecież rozmawiać o sprawach zakładu czy wymieniać poglądy na tematy zawodowe! Nie mieliśmy więcej pytań.
Imponujący przebieg miała wizyta Edwarda Gierka we Francji. Gazety na pierwszych stronach przypomniały, że Paryż wita po królewsku człowieka, którego w przeszłości wydalono z Francji. Ceremonia powitania z salwą armatnią odbyła się nie na lotnisku, a na Placu Inwalidów. Edward Gierek leciał helikopterem, a my, dziennikarze, jechaliśmy samochodem. Musieliśmy dotrzeć na miejsce przed Edwardem Gierkiem. Nigdy nie zapomnę tej jazdy. Naszego citroena eskortowali policjanci na motocyklach. Samochód cały czas pędził z włączoną syreną. To wprost niewiarygodne, na zakrętach pisk opon zagłuszał syrenę, pędziliśmy z zawrotną szybkością. Policjanci w okutych blachą butach torowali nam przejazd. Na karoseriach aut, które ociągały się ze zjechaniem na bok pozostawały ślady tych butów. To niesamowite, pewne odcinki ulic pokonywaliśmy pod prąd. Gdy minął pierwszy szok zacząłem obserwować kierowcę, który mógł pochodzić z Malezji bądź z Indonezji, siedziałem obok niego na przednim fotelu. Nie dostrzegłem na jego twarzy żadnego napięcia
Najbardziej lubiłem podróże z profesorem, Henrykiem Jabłońskim, przewodniczącym Rady Państwa. Chociaż obowiązywał ten sam protokół dyplomatyczny, nie wyczuwało się żadnej oficjalnej sztywności, Henryk Jabłoński był po prostu sobą – bardziej profesorem niż dostojnikiem.
Z pierwszego wyjazdu do Iraku zapadł mi w pamięci pobyt w Mosulu i w owianej sławą starożytnej Niniwie, położonej na lewym brzegu Tygrysu. Badacze historii odnotowują początki osadnictwa już w VI wieku p.n.e. Trzy wieki później władca, Sanherib, ustanowił Niniwę stolicą Asyrii. Za panowania Sanheriba i Aszurbanipala wybudowano tu imponujące pałace. Miasto, do którego prowadziło piętnaście bram, osiągnęło największy rozkwit w jego historii. Zniszczone przez Babilończyków, Medów i Persów w 612 roku p.n.e., już nigdy nie podźwignęło się z upadku. Mury obronne Niniwy i wykopaliska do dziś poruszają wyobraźnię współczesnych. W naszej świadomości Niniwa istnieje dzięki przekazom biblijnym.
W październiku 1975 roku prezydentem Iraku był Al-Bakr, ale już wtedy mówiło się nad Tygrysem o trzydziestoośmioletnim zastępcy przewodniczącego Rady Dowództwa Rewolucji, Saddamie Husajnie, jako o człowieku, którego czas szybko nadejdzie. Przyjął go na audiencji, po rozmowie w cztery oczy z prezydentem Al-Bakrem, przewodniczący Rady Państwa. Na taśmie utrwalił wizytę operator kroniki, Karol Szczeciński.
Cztery urocze dni spędziliśmy z Januszem Kreczmańskim obsługując oficjalną wizytę prof. Henryka Jabłońskiego w Austrii. Do dziś pamiętam pobyt w Operze Wiedeńskiej. Dawano „Eugeniusza Oniegina” Czajkowskiego, z udziałem Teresy Żylis-Gary w roli Tatiany.
Po raz trzeci miałem szczęście uczestniczyć w ekipie dziennikarskiej obsługującej oficjalną wizytę przewodniczącego Rady Państwa, prof. Henryka Jabłońskiego, w Meksyku i w Kostaryce. Była to podróż niesłychanie długa. Trzydzieści siedem i pół godziny przebywaliśmy w powietrzu, z międzylądowaniami w Santa Maria na Azorach i w Nassau na Bahamach, a w drodze powrotnej w Hawanie. Samolotem Ił-62M pokonaliśmy – bagatela – dwadzieścia sześć tysięcy sześćset dwadzieścia pięć kilometrów.
Wylądowaliśmy w Meridzie, stolicy stanu Jukatan, gdzie delegację polską powitali przedstawiciel prezydenta Meksyku i władze lokalne. Późnym popołudniem zwiedziliśmy Uxmal, dawne miasto-państwo Majów, które istniało „zaledwie” 450 lat (987-1441). Wielkie wrażenie wywarły na zwiedzających zabytki architektoniczne w Uxmal: Pałac Gubernatora, Dom Mniszek, Świątynia Czarownika, Wielka Piramida i Dom Żółwia oraz liczne płaskorzeźby i mozaiki zdobiące fasady zachowanych budynków. Wieczorem za sprawą światła i dźwięku przenieśliśmy się wśród tych ruin i ocalałych zabytków w świat duchów, dawnych mieszkańców miasta Majów, oglądając widowisko przygotowane dla turystów. Najmniej zadowolony był Sławek Sławkowski, operator kroniki – ciemności panujące w czasie spektaklu ograniczyły mu możliwości filmowania.
W stolicy – Ciudad de Mexico – profesora Jabłońskiego i jego małżonkę, powitał prezydent Meksyku, José López Portillo z małżonką. Od pierwszego dnia wizyty prof. Henryk Jabłoński zwrócił na siebie uwagę prasy meksykańskiej znajomością historii Meksyku. Andrzej Świecki z „Życia Warszawy”, który doskonale znał profesora, uchylił mi rąbka tajemnicy. Otóż, już rok przed wizytą, przewodniczący Rady Państwa sprowadził książki o Meksyku z biblioteki uniwersytetu w Oxfordzie i intensywnie je studiował. W Meksykańskiej Akademii Historii profesor Henryk Jabłoński wygłosił wykład (tekst, przetłumaczony na język hiszpański, rozdano przed pojawieniem się autora na mównicy) na temat „Tradycje i współczesność”. Został on bardzo dobrze przyjęty przez słuchaczy i był obszernie komentowany w prasie.
Teotihuacan ma wiele znaczeń: nazywane jest miastem bogów, miejscem, w którym ludzie poznali drogę bogów, miejscem, gdzie ludzie stają się bogami, miejscem, gdzie narodzili się bogowie. Jest z pewnością zabytkiem tajemniczym i magicznym. Początki miasta sięgają II wieku p.n.e. Teotihuacan z wieku na wiek stawało się centrum religijnym i administracyjnym ówczesnych ludów. Swoje ślady pozostawili tu Toltekowie i Aztekowie. Rozkwit Teotihuacan nastąpił w IV-VII wieku. Widok, jaki jawi się naszym oczom, gdy patrzymy na centralną arterię miasta, jest świadectwem wielkiej wyobraźni budowniczych, racjonalności i precyzji. Zbudowali oni Teotihuacan na planie prostokątnie przecinających się ulic, pomyśleli o zbiornikach wody deszczowej, tak cennej w tym klimacie, o targowiskach, teatrach, świątyniach. Imponują swoimi rozmiarami Piramidy Słońca i Księżyca. Aleja Umarłych prowadzi do placu piętnastu świątyń. Zadziwia świątynia Quetzalcoatla – Pierzastego Węża. Współcześni muszą zadać sobie pytanie, jakie siły sprawiły, że to potężne i piękne miasto upadło i zostało zapomniane. Czyżby opuścił mieszkańców Tlaloca – bóg deszczów? A może Tlatocatecutli, który trwał siedem razy po pięćdziesiąt dwa lata, bóg piekieł, wyludnił miasto i skazał je na zapomnienie? Na wiele pytań uczeni nie znajdują jeszcze odpowiedzi. Ważne, że Teotihuacan skłania do zadawania pytań i refleksji nad przemijaniem i dolą człowieczą.
Niezapomnianą atrakcją dla uczestników polskiej delegacji pozostanie zwiedzanie rozległej strefy archeologicznej w Teotihuacan.
Z Meksyku polecieliśmy do Kostaryki. Kostarykę odkrył w 1502 roku Krzysztof Kolumb podczas czwartej i ostatniej wyprawy. Sądził, że odkrył legendarną krainę złota, więc nazwał ją „bogatym wybrzeżem” – Costa Rica. Wylądowaliśmy w stolicy kraju, San José. Miasto, położone na wysokości 1272 m. nad poziomem morza, liczy około 400.000 mieszkańców i jest największym w Kostaryce.
Delegacja przeprowadziła oficjalne rozmowy. Podpisano umowę o współpracy kulturalnej i naukowej. Koncert muzyki chopinowskiej, podobnie jak w Meksyku, dał Piotr Paleczny. Delegacja polska zwiedziła plantację kawy.
1 listopada odlecieliśmy do Hawany, gdzie powitał przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego prezydent Kuby, Fidel Castro. Profesor wręczył Comandante ptasie mleczko, sądząc, że Fidelowi Castro tylko tego brakuje. A ja, z Romkiem Dobrzyńskim, dziennikarzem z TVP, wypiliśmy koktajl „Cuba Libre”, żałując, że wizyta w Hawanie trwała zbyt krótko. Odlecieliśmy, po ośmiu dniach tułaczki, do ojczyzny.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

 

Joy Bangla

Z PKF przez Polskę i świat

Do Kalkuty przylecieliśmy samolotem rejsowym Air India wraz z panem Jerzym Szpunarem, konsulem polskim w Dhace. Przez cztery dni konsul starał się zorganizować transport do Dhaki. Wreszcie dostał wiadomość, że w Kalkucie wyląduje samolot z Rawalpindi, którym będzie wracał z pakistańskiego więzienia do Dhaki szejk Mudżibur Rahman, przywódca zbuntowanych Bengalczyków, skazany przez sąd wojskowy w Islamabadzie na karę śmierci
Obiecano, że szejk Rahman po wylądowaniu w Kalkucie zabierze nas do Dhaki. Dla konsula ta wiadomość była zrozumiała, polska placówka bowiem pomagała rodzinie Mudżibura Rahmana, gdy Pakistańczycy przetrzymywali ją w areszcie domowym. Wicekonsul, Roman Polak, dostarczał wtedy żywność i leki, oczywiście nielegalnie. Niestety, samolot pojawił się nad lotniskiem, ale nie wylądował. Odlecieliśmy kilka godzin później wojskowym samolotem transportowym. Mieliśmy szczęście – z Kalkuty do Dhaki latały wówczas tylko samoloty wojskowe. Komunikacja cywilna, na początku stycznia 1972 roku nie istniała. Wylądowaliśmy w stolicy Bangladeszu późnym wieczorem
Nowe przyjaźnie
Lotnisko w Dhace praktycznie nie funkcjonowało i sprawiało wrażenie opustoszałego. W miejscu, gdzie kiedyś pracowali celnicy i służby graniczne, siedział jakiś znudzony mężczyzna z karabinem, długo szukał pieczątki, by podstemplować nasze paszporty. Nie spytał, co wwozimy, choć nie mógł nie zauważyć dość dużego bagażu służbowego (kamery w metalowej walizce, taśmy filmowej w specjalnych pojemnikach, statywu, kanistra ze spirytusem, do przemywania obiektywów, magnetofonu, zestawów oświetleniowych i trzech walizek osobistych: Sławka Sławkowskiego – operatora PKF, Bogdana Saganowskiego – asystenta i mojej – najmniejszej, oczywiście.
Nazajutrz rano, gdy udaliśmy się do centrum miasta usłyszeliśmy okrzyki manifestujących mieszkańców Dhaki: „Joy Bangla, Joy Bangla” – raduj się Bengalio! Przez cały czas pobytu będziemy słyszeć to zawołanie.
„Joy Bangla” – pozdrawiają nas uczniowie, „Joy Bangla” – wołają manifestujący żebracy, „Joy Bangla” – rozlega się na zatłoczonych drogach i rzecznych przeprawach. Tłumy Bengalczyków wyrażają w ten sposób radość z odzyskania niepodległości i przepędzenia Pakistańczyków, traktowanych od początku powstania Pakistanu Wschodniego jak okupantów, bowiem oprócz religii nic ich z Pakistanem nie łączyło.
Przez pierwsze dziesięć dni byliśmy w Dhace jedyną zagraniczną ekipą filmową. Zamierzaliśmy nawet wysłać do Warszawy z Chittagongu (tylko to portowe miasto utrzymywało łączność ze światem) naeksponowaną (naświetloną) taśmę, ale pomysłu nie zrealizowaliśmy, z powodów czysto prozaicznych. Prywatny samolot, który woził pocztę, pobierał opłatę w dolarach amerykańskich, a my dysponowaliśmy tylko niewymienialnymi wtedy w Bangladeszu na żadną zachodnią walutę, rupiami indyjskimi.
W Dhace konsul Szpunar zaproponował, żeby zrezygnować z hotelu. Sławek i Bogdan rozlokowali się w pokoju gościnnym konsulatu, a ja skorzystałem z uprzejmości wicekonsula Romana Polaka. Jego mieszkanie świeciło pustką, bowiem żony i rodziny pracowników wyjechały do kraju, gdy rozpoczęła się dziewięciomiesięczna wojna z Pakistanem. Pracownicy placówki: konsul, wicekonsul, szyfrant i pan, który zajmował się zakupami juty, zwany „juciarzem” stanowili cały personel.
Pierwszy wieczór, zaraz po przylocie, spędziliśmy w konsulacie opowiadając o kraju, bo tu wieści znad Wisły nie docierały przez cały czas wojny. Na wspólnej kolacji, przekonałem się, że Sławek Sławkowski to nie tylko utalentowany operator filmowy, ale i zaradny życiowo człowiek. Kiedy na stole nasi gospodarze rozstawili egzotyczne potrawy, Sławek wparadował do salonu z butelką złocistego płynu w ręce i przeprosił wszystkich za zaniedbanie, którego się dopuścił, przywożąc spirytus bez soku z mazowieckich wiśni. Piliśmy więc „grejpfrutówkę”, która naszym rodakom smakowała prawie tak samo jak wiśniówka.
Uprzedzę tu pewne fakty. Spirytus przeznaczony do przemywania sprzętu, okazał się środkiem bezcennym. Otwierał wiele drzwi, ułatwiał kontakty dyplomatyczne i towarzyskie. Grejpfrutówka smakowała szczególnie konsulowi radzieckiemu – składał często przyjacielskie wizyty tak długo, aż zakomunikowaliśmy mu, że spirytusu już nie ma. Wtedy nasze więzy bardzo się rozluźniły. Sławek ponadto był mistrzem w nawiązywaniu bliskich kontaktów z przedstawicielami różnych nacji, jego szeroko otwarta dusza słowiańska zjednywała mu przyjaciół w armii indyjskiej, wśród oddziałów Mukti Bahini, urzędników kancelarii premiera i wojskowych bengalskich.
Pewien Sikh, pułkownik armii indyjskiej, zaprosił nas nawet do siebie na kolację, nie tylko nas, ale także przedstawicieli armii bengalskiej, jak również cywilów ze sfer zbliżonych do demokratycznego rządu. Na przyjęciu nie było ani jednej damy. „Same chłopy!” Sławek oczywiście przyniósł flaszeczkę mazowieckiej „grejpfrutówki.” Napój wywarł nadspodziewanie piorunujące skutki. W takt indyjskiej i bengalskiej muzyki rozpoczęły się tańce. Pamiętam, że tańczyłem z hinduskim pułkownikiem, miał on na głowie gustowny turban, więc się prezentował bardzo efektownie.
Mazowiecka grejpfrutówka (podejrzewam, że nie była to jedna butelka) rozweseliła i wprawiła naszych nowych przyjaciół w doskonały nastrój. Piliśmy bruderszafty i przysięgaliśmy sobie dozgonną przyjaźń. Sławek nie zwlekając zapytał pułkownika, kiedy pojawią się damy. Zjawiły się natychmiast: siostry, kuzynki, a nawet żony, no może nie te pierwsze, ale drugie z pewnością, bawiliśmy się wszak w świecie muzułmańskim, a muzułmanie są gościnni tak samo jak chrześcijanie! A może nawet bardziej gościnni.
Pierwszy dzień wolności
Następnego dnia w wielkiej sali pałacu gubernatora (spotkaliśmy tu wielu naszych nowych przyjaciół) filmujemy uroczystość zaprzysiężenia rządu. Sędzia, w ogromnej jasnej peruce na głowie, przyjmuje od premiera wolnego Bangladeszu, Mudżibura Rahmana, uroczystą przysięgę. Ale to nie sędzia w angielskiej peruce wzbudza powszechne zainteresowanie. Oczy zgromadzonych w tej sali zwrócone są na szejka Rahmana, który pokieruje państwem, zwanym do niedawna Pakistanem Wschodnim, a teraz Bangladeszem. Zebrani wiedzą, że jest to zadanie gigantyczne, zważywszy, że tylko 18 procent tego 75-milionowego społeczeństwa umie czytać i pisać! Ten pięćdziesięciodwuletni mężczyzna jest nie tylko przywódcą kraju, ale autentycznym bohaterem narodu, symbolem walki o niepodległość. To on uzmysłowił prawdę Bengalczykom mówiąc, „że dotychczas byliśmy traktowani [przez Pakistan przyp. M.Ch.] jak kolonia i rynek zbytu”.
Szejk Rahman cieszy się pełnym zaufaniem większości Bengalczyków. Z dziecinną wiarą i miłością nadali mu przydomek „Bangabundhu” – ojciec narodu. Miłość do premiera jest tak widoczna i ogromna, że w duchu stawiam sobie pytanie: czy jeden człowiek sprosta pokładanym w nim nadziejom? Filmowaliśmy Bangladesz dosłownie w pierwszych dniach wolności. Udzielały się nam ich radość i uniesienie, jednocześnie przerażało to, co zapisywaliśmy na taśmie.
Krajobraz po wojnie
Wojna z Pakistanem trwająca dziewięć miesięcy pogrążyła ten najbiedniejszy kraj świata w niespotykanej nędzy. Za wolność kraju ludność Bangladeszu zapłaciła ośmioma tysiącami spalonych wsi, prawie trzema milionami ubitych sztuk bydła, siedmiuset pięćdziesięcioma zniszczonymi fabrykami, trzystoma zburzonymi mostami, tysiącami spalonych szkół, i dziesięcioma tysiącami zamordowanych nauczycieli. Wszystkich zabitych nie zdołano jeszcze wtedy policzyć. Szacowano, że było ich około cztery miliony. Cztery miliony istnień ludzkich w ciągu dziewięciu miesięcy! I prawie dziesięć milionów uchodźców, którzy znaleźli schronienie w Indiach.
Na początku stycznia 1972 roku, na wiecu w Dhace, gdzie zgromadziło się ponad milion ludzi, Mudżibur Rahman mówił o zbrodni ludobójstwa, jakiego dopuściła się armia Jahyi Khana.
Harikarparę nazywają wsią grozy. Wody Burigangi, przez cały kwiecień 1971 roku, miały kolor czerwony od krwi. Żołnierze pakistańscy mordowali tu ludzi od świtu do zmierzchu. Początkowo strzelając z karabinów. Później – dla oszczędności amunicji – wiązano przeznaczonych na śmierć sznurami z juty po ośmiu, po dziesięciu, z rękami wykręconymi do tyłu, potem rozcinano im brzuchy i wrzucano do rzeki. Naoczni świadkowie zbrodni, stara kobieta i jej mąż, mówią nam: nocami, kiedy zapadała cisza, słychać było jęki umierających. Żołnierze wymordowali niemal wszystkich mieszkańców wsi. Zwozili tu Bengalczyków z innych miejscowości. W kwietniu ubiegłego roku, zamordowali w Harikarparze dwadzieścia tysięcy ludzi! Nie kopano grobów, wody rzeki pochłaniały ciała pomordowanych. Idziemy brzegiem Burigangi, co kilka kroków leżą sczerniałe od mułu ludzkie czaszki i szkielety.
Harikarpara nie jest wyjątkiem. Czaszki ludzi widziałem na brzegu rzeki w Narayanganj, na ryżowiskach Tangail i na łąkach w pobliżu Dhaki. Ludzie zobojętnieli tu na śmierć. Z twarzami przysłoniętymi białymi chustami zbierają szczątki pomordowanych. Mnie brzegi Gangesu, Burigangi i Jamuny długo się jeszcze śniły. Egzotyczne krajobrazy przesłaniały mi zgliszcza bengalskich wsi.
Kwiaty, które oglądałem w Bengalii – wielobarwne, o baśniowych kształtach – nie cieszyły moich oczu. Do dziś, po tylu latach, nie mogę zapomnieć nędzy uchodźców, rozognionych oczu dzieci umierających tak wprost na ziemi, w obozowiskach, pod gołym niebem.
W Comilli, mieście położonym nad granicą z Indiami, komendant policji wiezie nas do zacisznej doliny otoczonej niewielkimi wzniesieniami, nad którą unosi się mdlący zapach ekshumowanych zwłok. Ludzie odkopujący zbiorowe groby z ledwością wytrzymują upał i trupi zapach. Nie pomagają zawiązane na twarzy chusty, co pół godziny muszą się zmieniać. Przywołano nas tu na świadków ludobójstwa. Nikt nie potrafił, nawet w przybliżeniu, określić liczby zamordowanych w tej zacisznej dolinie. Nieopodal, w koszarach inne zbiorowe groby. Zachowały się jeszcze mundury, czapki, dystynkcje. Bez sądu, bez wyroku Pakistańczycy zabijali tu oficerów pochodzenia bengalskiego.
Kobiety – ofiary konfliktu
Styczeń w Dhace można nazwać miesiącem radości i nadziei, ale także miesiącem liczenia strat i żałoby. Oto zupełnie przypadkiem spotykamy pochód kobiet. W długiej kolumnie przemarszu ustawiły się matki z maleńkimi, nagimi dziećmi na rękach i młode piętnasto – szesnastoletnie dziewczyny. Co jakiś czas z magnetofonu zainstalowanego na rikszy rozlegają się hasła, kobiety podnoszą ręce w górę i skandują najgłośniej jak tylko można , ale nie radosne „Joy Bangla” tak popularne w tych dniach w całym kraju, lecz słowa twarde, słowa rozpaczy. Kobiety oskarżają barbarzyńską armię pakistańską. Nad ich głowami powiewają czarne flagi, choć nie jest to pochód anarchistek, a słabych i bezbronnych kobiet, ofiar wojny.
Zdemoralizowana armia Jahyi Khana dopuściła się nie tylko zbrodni ludobójstwa. Żołnierze przysłani tu przez Islamabad plądrowali domy, grabili mieszkania. Urządzali łapanki, uprowadzali córki od ojców i żony od mężów, wywozili do koszar i tam gwałcili – w całym kraju spotkało to ponad dwieście tysięcy kobiet. Teraz, gdy inni cieszą się wolnym państwem, one nie mogą wrócić do swoich rodzin. Tradycja muzułmańska na to nie pozwala. Ojcowie nie wpuściliby do domów skalanych córek, mężowie – żon. Bez dachu nad głową, bez środków do życia przeklinają prześladowców i manifestują swoją rozpacz! Wiele dni później, na spotkaniu z bengalskimi działaczkami społecznymi, dowiemy się, że tysiące kobiet, nie chcąc żyć z piętnem hańby, popełniło samobójstwo.
Na spotkanie działaczek zaprosiła nas pani Murjahan Murshed. W czasie wojny schroniła się w Indiach. Jako deputowana do zgromadzenia narodowego Bangladeszu, z ramienia Ligi Awami, wystąpiła w indyjskim parlamencie w New Delhi, za co w Islamabadzie otrzymała wyrok.
Przyszły na to spotkanie kobiety ze wszystkich warstw społecznych. Swoją przedstawicielkę delegował także związek zawodowy żebraczek. Spotkanie odbywało się w ogrodzie Murjahan Murshed. Bengalki debatowały, jak się zorganizować, by uczestniczyć w tworzeniu demokratycznego państwa. W czasie bardzo ożywionej dyskusji, kiedy przemawiała pani Taslima Abed, z wieży pobliskiego meczetu rozległ się głos mułły, wzywający wiernych do modlitwy. Taslima Abed natychmiast zamilkła i kornie skłoniła głowę przed Allahem. Ręce zebranych tu kobiet przysłoniły twarze lśniącym jedwabiem… W rezolucji skierowanej do premiera Rahmana panie zażądały dla swojej przedstawicielki stanowiska w rządzie, zaproponowały aby – jak mężczyźni – mogły przechodzić przeszkolenie wojskowe.
Po spotkaniu zostaliśmy zaproszeni na herbatę, by w wąskim gronie wymienić poglądy. Organizatorki debaty zasypały nas pytaniami o pozycję kobiet w Polsce, o szkolnictwo, służbę zdrowia, pracę zawodową.
Nurunnessa Chowdury, poetka i dziennikarka, autorka zbiorów wierszy („Czekanie na gwiazdę”, „Płonący las” i „Echo”) gdy podzieliłem się z nią swoimi spostrzeżeniami na temat zachowania kobiet w czasie pieśni mułły, gorąco mnie przekonywała, że nie religia lecz warunki społeczne i analfabetyzm są największymi przeszkodami na drodze wyzwolenia kobiet.
Bojownicy wolności
Przed konsulatem polskim pewnego dnia zgromadziła się liczna grupa młodych mężczyzn, uzbrojonych w karabiny i granaty. Przyszli zademonstrować swoją sprawność i odwagę. Był to oddział Mukti Bahini – bojowników wolności. Formacje Mukti Bahini odegrały w walce z armią pakistańską ważną rolę.
W szeregi bojowników wolności wstępowali ludzie młodzi, przede wszystkim studenci, młodzież robotnicza i chłopska. Prawdziwa partyzantka, licząca ponad sto tysięcy bojowników. Wysadzali pociągi, likwidowali posterunki policji, dezorganizowali sprawność pakistańskiej armii. Zwalczali przeciwników i kolaborantów. Nie byli jedyną formacją, ale najsilniejszą i najliczniejszą. Teraz, gdy ustały walki, stali się radykalną siłą polityczną. Ocalili nam życie, gdy w drodze do Jessore zostaliśmy ostrzelani przez grupę zbłąkanych Pakistańczyków. Oddział Mukti Bahini szedł tropem niedobitków i odpowiedział ogniem.
Bangabundhu wezwał wszystkie uzbrojone formacje do złożenia broni. Wyznaczył dziesięciodniowy termin. Część oddziałów Mukti Bahini postawiła warunki i zażądała gwarancji: dla studentów, członków Mukti Bahini – bezpłatnych studiów, dla robotników – pracy, dla tych, którzy nadal zechcą nosić broń – służby w policji i wojsku. Premier musiał przedłużyć terminy.
Inauguracyjne, uroczyste składanie broni odbędzie się w Tangail, w mieście oddalonym od Dhaki o 75 kilometrów. Wybrano to miasto nieprzypadkowo. Oddziałami Mukti Bahini dowodził w tym rejonie sławny na cały kraj Kader Siddiki – „Tiger Tangail”. Zasłynął odwagą i nadzwyczajną szybkością działania podległych mu formacji, stąd ten przydomek. Ze stolicy wyjechaliśmy zaraz po wschodzie słońca. Na całej trasie stały już niezliczone tłumy. Bengalczycy przyszli tu, by zobaczyć na własne oczy szejka Mudżibura Rahmana. Pierwszy raz w życiu widzę wzdłuż drogi, ciągnącej się przez siedemdziesiąt pięć kilometrów tysiące, mężczyzn i kobiet. Przyszli witać Bangabundhu już o wschodzie słońca, choć wiedzą, że pojedzie tędy dopiero po południu.
W Tangail, na polach za miastem, gromadzi się ludzkie mrowisko. Pytam Sławka i Bogdana, ile osób stoi na placu? Czterysta, może pięćset tysięcy, a wskazówki zegarka pokazują dopiero 9,30. Przed trybuną czeka szesnaście tysięcy walecznych ludzi. Równo, w długich szeregach ustawili karabiny i moździerze, leżą granaty. Tuż obok stoją Mukti Bahini. W zielonych mundurach, boso, z automatycznymi pistoletami przewieszonymi na piersiach. Na trybunie organizatorzy widowiska co pewien czas wznoszą okrzyki: „Joy Bangla!” – raduj się Bengalio! Wchodzimy na trybunę, by z podwyższenia zrobić zdjęcia w ogólnym planie. Sławek Sławkowski podchodzi do wznoszącego okrzyki, wyjmuje mu z ręki mikrofon i woła z całych sił: „Joy Bangla!” Odpowiada mu to samo pięćset tysięcy gardeł. Aż trzęsie się trybuna. Kiedy Sławek mówi, że jesteśmy z Polski wybucha huragan oklasków! O Polsce wiedzą tu jedynie, że głosowała w ONZ za uznaniem Bangladeszu i że panuje u nas socjalizm.
Nieopodal trybuny zebrali się bengalscy harcerze. Ćwiczą właśnie musztrę pod rozkazami starszych braci z Mukti Bahini, tyle że zamiast karabinów używają bambusowych patyków. Wymowna jest symbolika tych dwóch scen. Gdy starsi oddają broń, najmłodsi uczą się nią władać. Nikt, żaden Pakistańczyk nie nazwie ich już „tchórzliwymi Bengalczykami.”
Służby porządkowe zaczynają usuwać z trybuny dziennikarzy bengalskich i zagranicznych. Zamierzamy opuścić podium jak inni, ale powstrzymuje nas szef całej uroczystości. Wy możecie zostać, jesteście naszymi gośćmi i przyjaciółmi. Zastanawiam się, czemu zawdzięczamy to wyróżnienie. Wicekonsul, który zna doskonale mentalność Bengalczyków, mówi: to proste, nie zdarzyło się jeszcze na żadnym wiecu, by przybysz z Europy czy Ameryki, słowem biały człowiek, wznosił okrzyki na cześć Bangladeszu.
Z prawej strony dobiega do nas narastający szum. Zebrany tłum zaczyna falować. Okrzyki „Joy Bangla” potężnieją. Nadjeżdża właśnie Mudżibur Rahman, towarzyszy mu najsławniejszy bojownik, Tiger Siddiki. Patrzę na niego pierwszy raz w życiu, ale mam uczucie, że już go gdzieś widziałem. Ależ tak, gdyby zamiast kapelusza miał na głowie beret…sposobem poruszania się, fryzurą i sylwetką przypomina Che Guevarę. Widocznie wszyscy bojownicy – rewolucjoniści mają jakieś wspólne cechy.
Bangabundhu i Tiger przechodzą przed stojącymi na baczność oddziałami Mukti Bahini. Zaczyna się uroczystość zdawania broni. W stronę Mudżibura Rahmana i Kader Siddikiego sprężystym krokiem, z karabinem w obu rękach wyciągniętymi do przodu, zbliża się żołnierz z Mukti Bahini. Przekazuje karabin swojemu dowódcy, Kader Siddiki klęka przed premierem Rahmanem i składa u jego stóp karabin – symbol. Bangabundhu schyla się po broń, podnosi ją z ziemi i w obu rękach unosi w górę, nad głowę. Potem obejmuje po kolei Siddikiego i towarzyszących mu dowódców, przytula mocno do piersi i jak ojciec synów całuje w czoło. Jest w tej scenie coś, co ściska gardło i zmusza do refleksji, nie tylko przez swą uroczystą a niezwyczajną oprawę, ale przede wszystkim przez swoją treść. Oto Bangladesz stawia pierwszy krok w kierunku stabilizacji i likwidacji chaosu.
Organizuje się życie
Poruszamy się po Bangladeszu fiatem 125p, udostępnionym przez konsulat. Samochód nadspodziewanie dobrze zdaje w tym klimacie egzamin, przez cały czas pobytu ani razu się nie zepsuł. Na drogach obowiązuje ruch lewostronny, ale nie to stanowi niebezpieczeństwo, tylko kierowcy. Pakistańczycy uciekając w pośpiechu z Bangladeszu pozostawili samochody. Natychmiast przejęli je Bengalczycy, nie wszyscy mają prawa jazdy i oni stanowią pierwszy i największy problem. Drugim są przeprawy na rzekach. Mosty zburzyła armia pakistańska, do promów więc ustawiają się długie kolejki. Nie wszyscy kierowcy opanowali sztukę wjeżdżania na prom. Obserwujemy jak pewien Bengalczyk usiłuje pokonać podwyższony wjazd volkswagenem – garbusem i za każdym razem zjeżdża do tyłu. Ludzie zgromadzeni na brzegu rzeki obserwują te wysiłki ze stoickim spokojem. Tylko nasz Sławek nerwowo nie wytrzymuje. Kiedy niefortunny kierowca po raz kolejny zsuwa się ze stromego podjazdu, podchodzi zdecydowanym krokiem do volkswagena, prosi właściciela, by wysiadł, siada za kierownicą, dodaje gazu i niemal wskakuje na pokład. Ludzie czekający na przeprawę nagradzają go oklaskami i pozwalają, by poza kolejką, własnym pojazdem, wjechał na prom. Trudno odmówić, z takiej propozycji Sławek nie zrezygnuje, natychmiast dodaje gazu i już jest, wychodzi z fiata i klaszcząc w dłonie dziękuje za uprzejmość i brawa, pozdrawia zebranych już swojskim: „Joy Bangla” ! Nasze zdziwienie sięgnie zenitu dopiero przy następnej przeprawie. Po dwudziestu kilometrach jazdy znowu ustawiamy się w kolejce oczekujących samochodów. I tu następuje niespodzianka. Po kilku minutach oczekiwania podchodzi do nas Bengalczyk, z urzędową miną , proponuje opuszczenie kolejki i zaprasza na prom. Ustępuję mu miejsca, siadam z tyłu przy Bogdanie i ruszamy. Kiedy dojeżdżamy już do brzegu, Bengalczyk wysiada z fiata i pokazuje Sławkowi, aby ustawił się na pierwszym miejscu. Zadajemy sobie pytanie, co się stało? Przecież z poprzedniej przeprawy nie mogli zadzwonić i opowiedzieć kolegom, jak Sławek pokonał stromy wjazd. Łączność telefoniczna nie istnieje. Nie ma też na brzegu żadnego budynku, są tylko zwalone przęsła mostu. Tego dnia wszystkie przeprawy pokonywaliśmy poza kolejnością.
Na brzegach rzek, przy promowych przeprawach natychmiast organizuje się życie. Chłopcy sprzedają w tym upale zimną coca – colę, a dziewczynki żebrzą. Można tu kupić posiłek, a nawet żywe ryby, trzymane przez rybaków na sznurkach przewleczonych przez skrzela.
W Dhace prawie codziennie odbywają się różnego rodzaju pochody. W miarę upływu czasu zmienia się ich charakter, już nie słychać radosnego: „Joy Bangla”! Manifestanci zgłaszają teraz postulaty pod adresem rządu: bezrobotni żądają pracy, żebracy – żywności, chorzy – lekarstw. Bangladesz jest zaliczany do najbiedniejszych krajów świata. Jak rząd Mudżibura Rahmana sprosta temu morzu potrzeb? Bez pomocy bogatych państw nie jest to możliwe.
Na jednym ze skwerów miasta umierają ludzie chorzy na cholerę. Na chodnikach ulic pełno żebraków z wyłupionymi oczami, bez nóg, bez rąk. W tym najbiedniejszym kraju świata dzieciom, zaraz po urodzeniu, nędzarze łamią rączki bądź nóżki, by gdy podrosną wzbudzały większą litość, kiedy zaczną żebrać. Ich los przesądza się zaraz po urodzeniu. Nie dostają od życia żadnych szans, nawet tego złudzenia, iż są równi wobec prawa. Będą jak ich rodzice, żebrakami. Żebractwo w Bangladeszu jest społecznie akceptowane. Istnieje tu związek zawodowy żebraków. Przed siedzibą lokalnego komitetu partii komunistycznej na chodniku leżą ludzie okaleczeni i proszą o wsparcie. Działacze komitetu objaśniają, że są to członkowie partii, którzy dzielą się użebranymi pieniędzmi z partią właśnie. Partia komunistyczna, zdelegalizowana przez władze Pakistanu, teraz działa legalnie i zyskuje wpływy w najbiedniejszych warstwach społeczeństwa. Czerwone flagi z sierpem i młotem wiszące na budynkach czy niesione w manifestacjach nie należą w Bangladeszu do rzadkości. Wpływy partii w społeczeństwie zwykło tu się mierzyć liczbą ludzi zgromadzonych na wiecach. Na pierwszy wiec w Dhace, zwołany przez komunistów, przyszło ponad trzydzieści tysięcy ludzi.
Pierwsze samoloty z pomocą, jakie wylądowały na lotnisku w stolicy Bangladeszu, przyleciały ze Związku Radzieckiego. W styczniu 1972 roku istniała w tym kraju tylko jedna partia komunistyczna, można ją nazwać proradziecką. Czy powstanie prochińska?
Odra w Dhace
W czasie robienia zdjęć na ulicach Dhaki podszedł do nas młody człowiek prosząc o wsparcie. Był schludnie ubrany, nie widać było na nim śladów zaniedbań, ani biedy. Dostrzegłszy nasze zdziwienie, szybko wyjaśnił, iż jest studentem miejscowego uniwersytetu i aby rozwiać do reszty nasze wątpliwości pokazał dokument, w którym napisano, że jest biednym studentem i władze miasta pozwalają mu żebrać. Gdy dowiaduje się, że przyjechaliśmy z Polski, informuje, że na jego uczelni, na wydziale fizyki, pracuje polski komputer i prowadzi nas na uniwersytet. W dużej sali stoi urządzenie o rozmiarach kilku szaf. Bogdan Saganowski pierwszy dostrzega napis: „Odra.” Jest to rzeczywiście komputer znad Odry, wyprodukowany we Wrocławiu. Nie ulega wątpliwości, że go sfilmujemy, by w ramach „propagandy sukcesu nakazanej nam przez partię”, jak to się teraz mawia, pokazać go nad Wisłą. Że to ciekawostka? Nie ma żadnych ciekawostek! Jest tylko propaganda. Szukamy kogoś, kto uruchomi tę szafę, bo migające światełka zawsze ubarwiają obraz. Uprzejmy student, który udał się na poszukiwania człowieka obsługującego komputer, po kilku minutach wraca ze smutną miną. Okazuje się, że dwaj technicy, którzy przeszli przeszkolenie w Polsce, już tu nie pracują. Zostali zatrudnieni w warsztacie naprawy samochodów, bo tam więcej zarabiają. Sławek wyraża głośno swoje wątpliwości, przecież umiejętność obsługiwania komputera nie daje kwalifikacji potrzebnych przy naprawie samochodu. Student patrzy na Sławka zdumiony. Ty chyba żartujesz – mówi – człowiek, który potrafi naprawić tak skomplikowane urządzenie jak ten komputer, z łatwością poradzi sobie z każdym samochodem.
Bengalczycy są ludźmi bardzo gościnnymi i uprzejmymi. Student żebrak okazał nam tyle życzliwości – nie przesadzę, gdy napiszę serdeczności – że nie wiedzieliśmy jak się z nim rozstać. Nie wypadało dać mu kilka rupii. Zbliżała się pora obiadu, więc zaprosiliśmy go do chińskiej restauracji prowadzonej przez pana Minga, w której się stołowaliśmy od samego początku pobytu w Dhace. Poprosiliśmy naszego cicerone, aby wybrał jakieś bengalskie danie, które lubi najbardziej. Zamówił rosół z ryby, a na drugie duszonego węża z ryżem i sałatką z młodych pędów bambusa, kha-nun, i avocado, przybraną ananasem.
Sławek spostrzegł, że Bogdan nie ma rozradowanej miny, pocieszył więc swojego asystenta: bądź zadowolony, że nie zamówił jednego z tych piesków, które biegają po podwórku.
Pan Ming, człowiek nadzwyczaj uprzejmy, wiedząc że jesteśmy łasi na wszelkie wiadomości odpowiadał chętnie na wszystkie pytanie. Zrozumiałe, że najwięcej mówił o własnej firmie. Przed wojną dziewięciomiesięczną z Pakistanem, jego restauracja była zaliczana do piątki najlepszych w Dhace. Wojna doprowadziła go na krawędź ruiny, bo nie ma nic gorszego niż wojna połączona z rewolucją. Przed rokiem bywała w jego restauracji wytworna klientela, biznesmeni, dziennikarze, oficerowie i artyści, ma się rozumieć także wyżsi urzędnicy państwowi i prawnicy. W ciągu tych fatalnych dla pana Minga miesięcy ograbiono lokal prawie doszczętnie. Zabrano dwa telewizory, lodówkę, nawet fotele. Proszę spojrzeć, dodawał ze smutkiem pan Ming, na ścianach są widoczne jeszcze miejsca po obrazach, które tu wisiały. Nie były to żadne falsyfikaty a obrazy malowane przez znanych artystów w Chinach i tu sprowadzone. Dalej gospodarz wyrażał nadzieję, że teraz, gdy Bangladesz ma już legalny rząd, a na jego czele stoi szejk Rahman, znowu wrócą normalne czasy. Pan Ming nie jest wyjątkiem, podobnie jak większość Bengalczyków wiąże swoje nadzieje na przyszłość z Mudżiburem Rahmanem.
Przywódcy na trudne czasy
Tymczasem premier Rahman zdaje sobie sprawę z tego, w jak trudnym położeniu znajduje się jego kraj i nie obiecuje społeczeństwu zbyt wiele, w każdym razie nic konkretnego nic, czego nie mógłby wykonać. Gwarantuje rządy demokratyczne, pokój i świecki charakter państwa. Państwo świeckie to niezmiernie istotna zmiana, wszak Pakistan Wschodni był częścią Islamskiej Republiki Pakistanu. Brytyjczycy opuszczając Indie utworzyli nowe państwo – Pakistan, według kryteriów wyznaniowych. W swoich przemówieniach wspomina o demokratycznym socjalizmie, ale bliżej nie precyzuje, co przez to rozumie. Na pytania dziennikarzy dotyczące problemów kraju odpowiada: poczekajcie, wkrótce zobaczycie. Nie określa też dokładnie zasad, na jakich zostanie oparty model gospodarczy nowego państwa. Uruchomienie przemysłu i odbudowa kraju, uniknięcie klęski głodu są przedmiotem największej troski Rahmana. Pierwsza konferencja prasowa premiera zgromadziła jeszcze więcej dziennikarzy z całego świata niż ceremonia zaprzysiężenia rządu. Wiele ekip filmowych i telewizyjnych dojechało tymczasem do Dhaki. Na tarasie, gdzie odbędzie się konferencja, robi się coraz tłoczniej. Stolik, przy którym za chwilę usiądzie premier Rahman, nie może pomieścić mikrofonów. Nie dla wszystkich dziennikarzy starcza krzeseł. Operatorzy instalują około czterdzieści kamer filmowych i telewizyjnych. Ledwo Mudżibur Rahman pojawił się w drzwiach, dziesiątki aparatów fotograficznych odezwało się trzaskiem migawek i błyskiem fleszów. Mudżibur Rahman odczytuje oświadczenie rozdane uprzednio dziennikarzom. Do tekstu drukowanego wprowadza tylko jedną zmianę. Po podziękowaniu Indiom, ZSRR, Polsce i innym krajom za poparcie walki Bengalczyków dziękuje tej części amerykańskiego społeczeństwa, która solidaryzowała się z ruchem narodowo-wyzwoleńczym jego kraju. Z sali natychmiast pada pytanie, czy premier widzi różnice między postawami amerykańskiego rządu i społeczeństwa? „A pan nie widzi?” – pada odpowiedź.
Konferencję kończy Mudżibur Rahman oskarżeniem armii Pakistanu, która w ślepym obłędzie nienawiści mordowała bezbronną ludność, burzyła szkoły i paliła wsie. Niedziela, szesnastego stycznia, została ogłoszona Dniem Narodowej Pamięci. Na dziedzińcu uniwersytetu w Dhace odbył się wiec. W miastach i wsiach przeszły pochody z flagami Bangladeszu przybranymi krepą. W miejscach mordów ludzie składali kwiaty i zawieszali tablice z nazwiskami pomordowanych. Dopiero tej niedzieli zobaczyliśmy, ile jest grobów na ulicach Dhaki. Jak w Warszawie !
Od paru dni Dhaka przygotowywała się do powitania proroka bengalskich chłopów, maulany Abdul Hamida Khana Bashaniego. Bashani wracał z wygnania do ojczyzny. Powstał nawet komitet, który zajął się organizacją powitania sędziwego przywódcy najbiedniejszych chłopów, a gazety opublikowały wiadomość, że rząd przygotował dla Bashaniego miejsce w szpitalu. Nie pojechaliśmy na lotnisko, ze źródeł związanych z premierem dowiedzieliśmy się, że Bashani nie wyląduje w Dhace. Wyruszyliśmy do Shantos, rodzinnej wsi maulany – nauczyciela. Zdążyliśmy w samą porę. Właśnie na plac wtaczała się ogromna ciężarówka z dobytkiem Bashaniego i podarkami, jakie w drodze powrotnej z Indii otrzymywał od chłopów. Bashaniego, sędziwego, osiemdziesięciodziewięcioletniego przywódcę z długą, białą brodą patriarchy otoczył tłum ludzi. W zgiełku orkiestr chłopskich trudno było usłyszeć jego głos, głos nauczyciela. Nie wyglądał na człowieka schorowanego, choć rzeczywiście cierpiał na cukrzycę i towarzyszył mu w podróży lekarz. Do Shantos ściągnęły tysiące bezrolnych chłopów. To właśnie do nich maulana powiedział: „Allah nie pomoże temu, kto sobie sam nie pomoże”. W kilka dni po powrocie ogłosił, że przechodzi do opozycji i skrytykował rząd za sojusz z Indiami. Tylko on mógł sobie na to pozwolić, nikt bowiem nie równał się z nim w zasługach, jakie wniósł, budząc narodową świadomość wśród bengalskich chłopów.
Życie w Dhace wróciło do normalności, Air India wznowiła loty samolotów do Kalkuty, Karim, dwudziestoczteroletni służący wicekonsula, u którego mieszkałem, pewnego wieczoru poprosił swojego pracodawcę o tydzień urlopu, otrzymał bowiem radosną wiadomość, że żona urodziła mu syna. Zdumiony wicekonsul zapytał: „Wybacz Karimie, o ile pamiętam od dwóch lat nie byłeś w domu?” „ To prawda, panie, ale w domu jest przecież mój brat. Syn jest mój, bo żona należy do mnie”.
Nie wiem, czy Karim okazywałby taką radość, gdyby jego żona powiła córkę? Córce, ojciec musi zapewnić posag! A to pod tą szerokością geograficzną stanowi poważny problem. Gdy pracownikowi polskiego konsulatu, Bengalczykowi, urodziła się piąta córka, przez kilka dni, ze zmartwienia, nie zamienił z nikim ani jednego słowa.
Powrót
My też zaczęliśmy myśleć o powrocie do Indii, gdzie to na dwutygodniowy pobyt zaprosiła ekipę Polskiej Kroniki Filmowej pani premier Indira Gandhi.
W Bangladeszu czekało nas jeszcze spotkanie z premierem Mudżiburem Rahmanem. Wywiad z premierem Bangladeszu Mudżiburem Rahmanem przeprowadzaliśmy pod gołym niebem. W ogrodzie przed jego domem zasiadła cała rodzina: syn i starsza córka, zięć, żona premiera i sędziwy ojciec. Nie pojawiła się tylko najmłodsza, niezamężna córka, przepiękna młoda dama, bowiem zwyczaj na to nie pozwalał. Spotkaliśmy ją wcześniej na bazarze kupującą owoce. Premier podziękował Polsce za wsparcie i pomoc, zapewnił, że Bangladesz będzie korzystał z naszych doświadczeń w rozwiązywaniu własnych problemów. Już po skończonym wywiadzie zapytał nas o wrażenia. Odpowiedzieliśmy, że mamy bogaty materiał filmowy o pierwszych dniach wolności Bangladeszu. Nie udało nam się zrobić jedynie zdjęć z lotu ptaka. Pożegnaliśmy się z premierem i jego rodziną.
W przeddzień odlotu do konsulatu nadeszła wiadomość, że samolot pasażerski bengalskiej armii czeka na nas na lotnisku w Dhace. Od pilota dowiedzieliśmy się, że jest to jedyny samolot, jakim dysponują siły lotnicze Bangladeszu. Mieliśmy szczęście, zrobiliśmy zdjęcia Bangladeszu z lotu ptaka!
Kiedy samolot Air India wzniósł się w powietrze, przypomniałem sobie słowa prezydenta Pakistanu, Jahyi Khana, które wypowiedział o swoim więźniu, Mudżiburze Rahmanie, opublikowane w „Newsweeku” w listopadzie 1971 roku: „Wiele osób – powiedział dziennikarzowi – może mi nie wierzyć, lecz sądzę, że gdyby Rahman powrócił do Wschodniego Pakistanu, zabiliby go jego właśni ludzie. Uważają, że jest on odpowiedzialny za ich cierpienia…”
Oglądałem ten powrót! Triumfalny przejazd ulicami Dhaki i drogami kraju. Słyszałem jak miliony ludzi, aż do zachrypnięcia, skandowały: „Joy Bangla!” To prawda, Szejk Mudżibur Rahman, nie wracał do Pakistanu Wschodniego, a do wolnego Bangladeszu. Widzowie Polskiej Kroniki Filmowej mieli możność obejrzeć na ekranach narodziny nowego państwa – Bangladeszu. Także w kolorowym filmie pt. „Bengalia.”
P S. W trzy dni po naszym powrocie do kraju w prasie ukazała się wiadomość PAP, że jedyny samolot, jakim dysponowała armia Bangladeszu, rozpadł się w czasie lotu.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

 

Z PKF przez Polskę i Świat – Podróże kształcą (III)

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL – wyprawa na „Lechistanie II”: Bliski Wschód

W nocy z trzydziestego kwietnia na pierwszy maja kotwica „Lechistanu II” sięgnęła morskiego dna… staliśmy na redzie w Lattakii. Pierwszego maja 1971 roku Ryszard Golc nie mógł sfilmować pochodu w Lattakii. Wprawdzie z miasta dolatywały dźwięki orkiestr, okrzyki i wiwaty, my jak zwykle, staliśmy na redzie. Ale załoga nie chciała wziąć udziału w święcie pracy, marynarze nie znali idei internacjonalizmu, nie zamierzali stracić po powrocie do kraju wolnego dnia. My z Golcem mieliśmy tak skwaszone miny, że bosman wyciągnął ostatnią skrzynkę prawdziwego „żywca”, przechowywaną pieczołowicie przez pięć tygodni rejsu!
„Bankiet na rufie” i marynarskie opowieści o rejsach do Japonii złagodziły trochę nasz żal. Resztę dnia urozmaicił przyjazd z lądu lekarza, którego wezwano przez radio do chorego marynarza. Majtek po badaniu i zastrzyku szybko powrócił do zdrowia, lekarz zaś zasiadł w messie oficerskiej i popijał polską wiśniówkę – tutaj zwaną „cherry cordial”. Pewnie tak mu smakowała, że zapomniał i o Koranie i naukach proroka. Opuścił pokład przed zachodem słońca na nieco miękkich i niepewnych nogach. A że Allah jest wielki i miłosierny przymknął z pewnością oko na postępek swego wyznawcy.
W końcu „Lechistan II” zacumował przy nabrzeżu portu w Lattakii, gdzie powitał nas serdecznie dr Gabriel A. Abouhamad – przedstawiciel PLO, Syryjczyk, którego łączyły z Polską nie tylko interesy handlowe. Często odwiedzał nasz kraj i za każdym razem coś go zadziwiało i głęboko wzruszało.
Poznaliśmy rodzinę pana Abouhamada. Dzieci doktora, córeczka i synek, powitały nas polskim „dzen-dobhry, ale próba powiedzenia „stół z powyłamywanymi nogami” nie powiodła się, mimo determinacji dzieci. Piękna i gościnna żona doktora podejmowała nas w domu i raczyła syryjskimi przysmakami. Jeden dzień spędziliśmy na plaży, delektując się krewetkami łowionymi na naszych oczach przez miejscowych chłopców, w morzu. Słowem, pobyt w Lattakii, dzięki gościnności państwa Abouhamadów, potraktowaliśmy wypoczynkowo. Odbyliśmy także krótką podróż przez Syrię w towarzystwie rodziny doktora.
„Propaganda sukcesu”
W Lattakii, gdzie polscy architekci wygrali konkurs na budowę nowych dzielnic, najbardziej zaskakującym widokiem były kobiety w czarczafach, i to nie te w narodowych strojach, lecz te, ubrane po europejsku. Dziwne, że one właśnie ukryły twarze pod czarnymi zasłonami. Może to jakiś rodzaj kokieterii? Jadąc przez Syrię, zahaczyliśmy o Hamie, gdzie nasi specjaliści wygrali przetarg na projekt i budowę walcowni stali. Pierwsza grupa polskich specjalistów (ponad stu inżynierów i techników) przybyła tu w 1969 roku.
Czym prędzej sfilmowaliśmy wielkie zębate koło z napisem „Centrozap” stojące w Damaszku na centralnym placu miasta. Odwiedziliśmy też dwie fabryki włókiennicze wyposażone w maszyny z Bielska i Zielonej Góry. Wpadliśmy po drodze do Aleppo, tu polscy specjaliści montowali polskie urządzenia, ale nie spotkaliśmy nikogo, jako że obchodzono w mieście lokalne muzułmańskie święto. Nie ukrywam, że te wszystkie „polonica” spotykane w Syrii cieszyły nasze oczy i dzieliliśmy się tą radością z widzami w kraju. Dziś, w wolnej Polsce tematy z Syrii zostaną zaliczone do „propagandy sukcesu”.
Państwo Abouhamadowie zawieźli nas do Ugarit, miasta zamierzchłej cywilizacji, którego nie znajdziecie na żadnej mapie. Po ruinach tego kananejskiego miasta sprzed pięciu tysięcy lat p.n.e. oprowadzał nas przewodnik Ismail Abduihak.
Na centralnym placu zachowały się mury świątyń Dagana i Baala, ruiny królewskiego pałacu, łaźnie i baseny. Przetrwały do naszych czasów domy z piaskowca, wodociągi, grobowce królów i proroków. Ugarit w tamtych zamierzchłych czasach był portem morskim, dziś morze odsunęło się od ruin. Ekspedycja archeologiczna znalazła tu najstarsze, w pełni wykształcone pismo klinowe, a w królewskiej bibliotece, obok pism urzędowych, poematy i eposy, do 1971 roku jeszcze nieodczytane. Doktora Gabriela A. Abouhamada, z którym przez wiele lat korespondowałem, wspominam zawsze z wielką sympatią Podobnie jak jego brata, który gościł nas w Bejrucie.
Walka dobra ze złem i szejkowie
Gabinet Abouhamada wyposażony w przepiękne gdańskie meble wywierał ogromne wrażenie, świadczył, że jego właściciel prowadził z Polską Ludową i wieloma innymi krajami rozległe interesy. W jego kasie pancernej leżały paszporty dyplomatyczne wielu europejskich krajów. W czasie pobytu w Bejrucie pan Abouhamad zafundował nam wieczór w „Casino du Liban.” Założone w 1959 roku, stało się szybko centrum rozrywki całego Bliskiego Wschodu i symbolem jego żywotności. Niszczone wielokroć przez wojny odradzało się i rozkwitało. Zjeżdżali tu szejkowie ze wszystkich krajów arabskich. Tancerki z baletu „Casino du Liban” długością nóg i krągłością piersi nie ustępowały paryskim koleżankom z „Lido” i „Moulin Rouge”, a widowiska tu wystawiane z powodzeniem konkurowały z najsławniejszymi na świecie. Mieliśmy szczęście, trafiliśmy na nowy spektakl, wystawienie którego kosztowało wówczas siedem milionów dolarów i ściągnęło do Bejrutu tysiące widzów z całego ziemskiego globu! Widowisko zaczynało się wietnamską apokalipsą. Na bocznych ekranach rozgrywały się filmowe sceny wojenne z helikopterami, napalmem, zabijanymi ludźmi. Fragmenty wojny stopniowo zaczęły zanikać, wtedy na scenie pojawił się balet symbolizujący swoim tańcem walkę Dobra ze Złem. A gdy słabe Dobro zwyciężyło wszechpotężne Zło wyposażone w helikoptery, napalm i bomby na widowni rozległy się długo niemilknące oklaski. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, po której stronie stała w „Casino du Liban,”wytworna publiczność Bliskiego Wschodu. Tu w Bejrucie, gdzie żarzył się prawie niewidoczny płomień wojny występ tego wspaniałego baletu wprawił nas w prawdziwe oszołomienie.
Przyjechaliśmy z kraju, gdzie najlepsze zespoły taneczne widywaliśmy na występach Mazowsza i Śląska, a najlepszy balet kojarzył się z klasycznym „Jeziorem Łabędzim” Czajkowskiego. Tymczasem w kasynie naszym oczom objawił się współczesny, nowoczesny balet z tancerkami z odsłoniętymi piersiami, balet żywioł, rozszalały w tańcu. Jezioro łabędzie też na tej scenie obejrzeliśmy w wykonaniu… „Mortalesów”, polskiego zespołu rozrywkowego. Ten występ rodaków, oklaskiwany gorąco przez widownię, uzmysłowił nam, że Polak nie jest taki ponury jak go malują. Dopiero po spektaklu, gdy w towarzystwie dyrektora „Casino du Liban” zwiedzaliśmy bajeczne wnętrza, dowiedzieliśmy się, że jego żona jest Polką, a córka z libańsko-polskiego małżeństwa zdobyła tytuł Miss Libanu.
Dyrektor pokazywał nam kolejno sale gier: amerykańskiej ruletki, Black Jack’a , Punto Banco i błagał, aby nas czasami nie skusiło zagrać, bo w tym kasynie jeszcze nikt nie wygrał… Z sympatii do przybyszów znad Wisły dyrektor zabronił wchodzenia do kasyna gry członkom zespołu „Mortales”, nie mógł bowiem dopuścić do tego, by artyści zostawili tu ciężko zarobione pieniądze. Dowiedzieliśmy się od niego, że nawet najwięksi hazardziści muszą trzymać swoje temperamenty na wodzy, bo graczowi, który przegra wieczorem więcej niż wynosi zwyczajowa stawka, żaden bank nie udzieli następnego ranka kredytu bez specjalnych zabezpieczeń.
Dzięki uprzejmości naszego libańskiego cicerone, mogliśmy zobaczyć prawdziwych szejków w otoczeniu pięknych roześmianych kobiet. Tylko jedna cudowna blondynka wydała nam się smutna i melancholijna. Nasz przewodnik natychmiast potwierdził trafność tej obserwacji. Ta młoda i piękna dama jest tu po raz ostatni – objaśnił. Jutro opuszcza Bejrut, rozstaje się z szejkiem i wraca do swojej północnej ojczyzny. Jej smutek jest więc zrozumiały. Szejk okazał swojej sezonowej przyjaciółce dużo zrozumienia i przekazał na jej konto 100 000 dolarów, nie licząc różnych wartościowych prezentów. Młode damy towarzyszące królom szybów naftowych, władcom arabskich pustyń i ropodajnych zatok, oglądane z bliska, wywierały na przybyszach z północnego kraju, jeszcze większe wrażenie niż roznegliżowane girlsy na scenie. Ale tej przepięknej blondynce, którą znudził się szejk, chyba trochę współczuliśmy, a myśl, że już jutro odleci z tego bajkowego świata do północnej szarości wywoływała smutną refleksję o przemijającej ulotności beztroskiego życia.
Rozstanie
Ze smutkiem schodziliśmy z pokładu „Lechistanu II”. W Bejrucie kończyliśmy morską przygodę. Przyrzekliśmy załodze, że pojawimy się w Gdańsku, gdy dostaniemy wiadomość o ich powrocie. To wprawiło przyjaciół z „Lechistanu” w dobre humory. Jeśli będziecie filmować powrót to, może „czarna brygada” (tak marynarze nazywali grupę celników) nie będzie nas tak bezwzględnie kontrolować. Zapewniliśmy, że zdjęcia musimy zrobić dla kolorowej relacji z tego rejsu. A co do przemytu mieliśmy już na ten temat własne zdanie. Marynarze pływający pod polską banderą nie mieli takich zasobów finansowych, aby uprawiać przemyt na wielką skalę. Towary, jakie przywozili, wyrównywały zaledwie różnice między zarobkami naszych wilków morskich i dochodami załóg pływających pod banderami państw zachodnich. Statki handlowe krajów zachodnich nie tkwiły na redzie, gdy przypływały do portu w dni świąteczne i niedziele. Piosenka o tym, że „marynarz w noc się bawi w hamaku we dnie śpi” była od początku do końca nieprawdziwa. I gdyby nie powstała w II Rzeczypospolitej, na pewno gorliwi żurnaliści umieściliby ją w arsenale propagandy sukcesu!
Opuszczając statek obawialiśmy się, że celnicy w Bejrucie zechcą otworzyć nam pudełka z naświetloną taśmą filmową. Znalazł się i na to sposób. Ponieważ w czasie całego rejsu nie kupowaliśmy w sklepiku alkoholu w ilościach wskazujących na cele handlowe (nabyliśmy raptem trzy półlitrowe butelki naszej dumy narodowej), wdzięczny ochmistrz odstąpił nam dwie buteleczki wody kolońskiej o nazwie „Prastara”, oplecione koszyczkiem z wikliny. Wręczyliśmy je szefowi celników. I w ten sposób uniknęliśmy otwierania pudełek z taśmą. „Prastara” w tym rejonie świata była bowiem bardzo ceniona. Produkowana na polskim spirytusie, zastępowała prawdziwy alkohol. Wszak nigdzie, w żadnej księdze nie napisano, że wyznawcom Allaha nie wolno pić polskiej wody kolońskiej!” O magicznym działaniu tego słowiańskiego płynu przekonałem się na granicy dwu państw regionu Middle East.
„Co chcecie osiągnąć?”
Po opuszczeniu statku w Bejrucie zakotwiczyliśmy się w mieszkaniu mojego przyjaciela, któremu obiecałem, że nigdy nie ujawnię jego nazwiska. Przyrzekłem mu to uroczyście i doprawdy nie wiem, dlaczego tego ode mnie zażądał. Pomógł nam bardzo w realizowaniu reportaży z Bejrutu i okolic. Nie zniechęcił się do nas nawet wtedy, gdy naraziliśmy go na niebezpieczeństwo. Byliśmy umówieni w obozie dla uchodźców palestyńskich. Mieliśmy się spotkać z Palestyńczykami o godzinie 16.
W niedzielę rano pojechaliśmy do Dżubail – starożytnego Byblos. Miejscowość położona nad Morzem Śródziemnym wzbudza nieustające zainteresowanie turystów z całego świata. Tu można spotkać ślady różnych epok, cywilizacji i kultur. O chlubnej historii Byblos świadczą wykopaliska prowadzone przez archeologów, resztki wiekowych budowli, rzymskiej kolumnady, forteca zbudowana przez krzyżowców i świątynia z II wieku p.n.e. Stąd bierze swój początek słowo – biblia.
Mieliśmy spory zapas czasu, więc bez pośpiechu wsiedliśmy do samochodu. Z Byblos jedzie się do Bejrutu trzydzieści minut. Nie przewidzieliśmy, że w drodze powrotnej złapiemy gumy, i to aż dwie gumy! Zaskoczyła mnie uprzejmość libańskich kierowców, w czasie zmieniania zapasowego koła zatrzymywali się i pytali w czym mogą pomóc. Przyjaciel dziękował informując, że to tylko zmiana koła na zapasowe. Nie ujechaliśmy nawet kilometra, gdy złapaliśmy następną gumę. I zaczęły się „schody”. Właściciel pierwszego samochodu, który się zatrzymał, obiecał przysłać pomoc. Wtedy nie istniały jeszcze telefony komórkowe. Pomoc pojawiła się po dwudziestu minutach. Przywieźli zapasowe koło i pomogli je wymienić. Przed bramę obozu dla uchodźców palestyńskich dotarliśmy z ponad godzinnym spóźnieniem. Wpuszczono nas za bramę i zaczęło się prawdziwe przesłuchanie. Dlaczego się spóźniliśmy? Skąd przyjechaliśmy? Z kim rozmawialiśmy? Kto pomógł nam wymienić koło, czy pamiętamy napis na samochodzie? Nie pamiętaliśmy, nie mieliśmy nawet rachunku za udzieloną pomoc. W końcu po licznych rozmowach telefonicznych zaprowadzono nas do sztabu palestyńskich bojowników. We wnętrzu nie pozwolono nam nic filmować. Ani portretu Stalina, ani plakatu z Che Guevarą. Nasz rozmówca też się nie przedstawił. Rozmowa toczyła się na tarasie domu. Na moje pytanie, dlaczego porywają samoloty pasażerskie i zabijają niewinnych ludzi, usłyszałem: – Naszych braci, choć byli niewinni, zabijali silniejsi od nas. – Nie boicie się, że opinia publiczna was potępi? – Nie potępiła naszych katów, to dlaczego ma potępić nas? – Co chcecie osiągnąć, wysadzając samoloty? – Pragniemy zwrócić uwagę uczciwego świata na naszą walkę, przypomnieć o naszym istnieniu i o naszych prawach. Pozwolono nam zrobić kilka ujęć z tarasu domu i sfotografować sylwetkę naszego rozmówcy, a także, po zakończeniu rozmowy, sfilmować fragmenty osiedla i ludzi znajdujących się na ulicach.
Niewiele ujęć zdążył zrobić Golc. Przy pryzmie śmieci spotkaliśmy grupę dzieci. Była wśród nich pięcio-, może sześcioletnia dziewczynka. Tak piękna, że natychmiast przykuła uwagę operatora. Główkę jej otaczały czarne, lekko pofalowane włosy, a wielkie, niewinne czarne oczy wpatrywały się w terkoczącą kamerę z zaciekawieniem. Rysiek natychmiast ją sfilmował.
Gdyby nie góra śmieci, z pewnością nikt nie zwróciłby na to zdarzenie uwagi. Kiedy jednak zaczął filmować, ową nieszczęsna górę, natychmiast otoczyli nas mężczyźni z karabinami i pistoletami w rękach. Zabrali kamerę i krzycząc zasypali nas pytaniami. Na szczęście, nie tylko oni obserwowali naszą pracę. Po chwili pojawił się młody mężczyzna. Rozmowa z uzbrojonymi ludźmi trwała, a może nam się tak tylko wydawało, parę minut. Ryszardowi zwrócono kamerę i pozwolono nam odejść w towarzystwie wybawcy. Szef, nasz rozmówca, przeprosił za incydent. – W tym obozie znajduje się kilka różnych ugrupowań, widocznie nie wszystkie udało się powiadomić o waszej wizycie…
Na drodze do Damaszku
W dwa dni po wizycie w obozie Palestyńczyków wybraliśmy się do Damaszku. Wizy syryjskie były jeszcze ważne, nic więc nie stało na przeszkodzie, by jeszcze raz zobaczyć to historyczne miasto. Ryszard miał już zaplanowane „dokrętki”. Droga do granicy wiodła przez góry. Górskie serpentyny, nasz dobroczyńca, i zarazem przewodnik, pokonywał z niebywałą szybkością. Opony volvo wydawały niesamowite dźwięki: pisk pomieszany z głośnym odgłosem tarcia przy hamowaniu. Nie wypadało krzyczeć, siedziałem więc z zaciśniętymi zębami i kurczowo prawą ręką trzymałem się uchwytu znajdującego się nad oknem samochodu.
Prowadzący volvo dostrzegł widocznie moje przerażenie, bo zmniejszył szybkość, a po chwili zatrzymał się na placyku przeznaczonym dla aut osobowych. Stał tam już jeden samochód, a dwie turystki, panie nadzwyczaj urodziwe, około trzydziestki, najspokojniej w świecie paliły nargile. Powitały nas życzliwie i z dużym zainteresowaniem. Gdy dowiedziały się, że jesteśmy z Polski, zaprosiły do palenia fajki. Ryszard odmówił, a ja kurtuazyjnie i z ciekawości, pociągnąłem kilkanaście razy, początkowo nic nadzwyczajnego nie odczuwałem, dopiero po pewnym czasie, gdy zbliżaliśmy się do granicy syryjskiej świat zaczął przybierać kolor różowy, czułem się bardzo lekko, a wierzchołki libańskich cedrów poruszane wiatrem szumiały niebiańsko.
Na granicy libańsko-syryjskiej spotkaliśmy długi sznur eleganckich samochodów. To nasi „znajomi” szejkowie, z „Casino du Liban” z żonami, dziećmi, nianiami, guwernantkami i przyjaciółkami wracali do swoich domowych pieleszy. Niestety, musieliśmy czekać. Gdy nadeszła nasza kolej, przyjaciel wyciągnął cały kartonik „Prastarej” i wręczył go celnikowi. Kontrola graniczna stała się zwykłą formalnością. Nawet nasze polskie paszporty, ani kamera na tylnym siedzeniu nie wzbudziły zainteresowania celników i służby granicznej.
Po upływie kilkunastu minut, już na terytorium Syrii, mój przyjaciel zatrzymał samochód, otworzył bagażnik…, z którego wygramolił się młody Palestyńczyk. – Nie zadawaj żadnych pytań – uprzedził – nie otrzymasz odpowiedzi.
Do dziś dręczy mnie pytanie – kiedy ów pasażer ukrył się w bagażniku? Nie widziałem, by ktokolwiek w Bejrucie, kręcił się koło samochodu, w drodze do Syrii zatrzymaliśmy się tylko raz, w górach, gdzie spotkaliśmy dwie piękne panie palące nargile, na samej granicy nikt z nas nawet z wozu nie wysiadł. No cóż, w drodze do Damaszku nie takie cuda się zdarzały…
Ostatni dzień pobytu w Bejrucie, w mieście nazywanym Paryżem Bliskiego Wschodu, postanowiliśmy spędzić bez kamery. Żadnych dokrętek, nowych ujęć, żadnego fotografowania. Dzień na luzie z pewnością się nam należał. Pracowaliśmy intensywnie przez cały czas rejsu po Morzu Śródziemnym. Staraliśmy się zaprezentować widzom kroniki różnorodny świat, widziany polskimi oczami. Więc jeden dzień poświęciliśmy turystyce bez kamery.
14 maja 1971 roku, samolotem PLL „Lot” odlecieliśmy do Warszawy. Sześciotygodniowy rejs na pokładzie „Lechistanu II” był dla mnie ważnym doświadczeniem. Umocnił mnie w przeświadczeniu, że arystotelesowska dewiza, by o wszystkim wątpić, jest ciągle żywa i aktualna i ma przed sobą wielką przyszłość. Przez sześć tygodni stykałem się z różnymi ludźmi, różnymi poglądami. Spostrzegłem, że to, co w jednym kraju może być zakazane, w innym bywa dozwolone.
Utwierdziła mnie ta podróż w przekonaniu, że świat nie jest jednobarwny i od początku do końca jednowymiarowy. Świadczy o tym najlepiej różnorodność kultur, z którymi w ciągu sześciu tygodni się zetknąłem. Słowem, sporo nauczyłem się w tak krótkim czasie. Sprawdziło się powiedzenie, że podróże kształcą.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Na Chełmskiej 21

Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

Moja koleżanka z czasów studiów, Basia Gardowska, z którą pracowaliśmy w jednej redakcji, zapytała mnie, gdy piliśmy kawę w „stołówce sejmowej” (tak to się wówczas nazywała, obecnie wytworna restauracja) czy chciałbym zmienić pracę? Byłem zaskoczony pytaniem, więc po chwili namysłu odpowiedziałem, że musiałbym się zastanowić. Michał (mąż Basi, redaktor naczelny) ma zamiar zaproponować ci pracę na stanowisku swojego zastępcy w Polskiej Kronice Filmowej.
– Ile czasu potrzebujesz do namysłu?
– Dwa, trzy dni – odpowiedziałem.
Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że Michał Gardowski pewnie rozmyślił się i zrezygnował z propozycji, od rozmowy z jego żoną upłynęło, bowiem sporo czasu, a Basia nie wróciła już więcej do tego tematu. Aż tu pewnego dnia w stołówce sejmowej, dokąd Michał wpadał czasami na obiad, poinformował mnie bym się zgłosił pierwszego lipca (1969 r.) na Chełmską 21 „do roboty”.
Praca w tygodniku „Rada Narodowa” nie dawała mi już satysfakcji. Pisywałem, więc do innych gazet, współpracowałem m.in. z „Polityką.” Zdawałem sobie sprawę z tego, że przejście do Polskiej Kroniki Filmowej na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego uniemożliwi mi współpracę z najlepszym tygodnikiem w socjalistycznej Europie. I trochę mi było tego żal. Kierownik działu krajowego „Polityki” Józef Śmietański, gdy się go radziłem w sprawie zmiany redakcji, przedstawił mi wszystkie „za i przeciw” związane z pracą w kronice… Prawdopodobnie posłuchałbym jego rad, gdyż Śmietańskiego bardzo ceniłem, a i on był zadowolony z moich artykułów, ale w kilka dni później dowiedziałem się, od niego z resztą, że wyjeżdża z Polski. Ta wiadomość przesądziła o decyzji.
Na Chełmskiej przyjęto mnie, jak każdego nowicjusza, z pewnym zaciekawieniem. Pani Jadwiga Zaiczek, utalentowana i sławna montażystka, wyciągnęła z kosza kawałek taśmy i objaśniła, do czego służy i co to jest emulsja, co miało świadczyć o jej dla mnie życzliwości. Nie wiedziała, bo i skąd, że moje zdjęcia już od lat ukazywały się w prasie, a w telewizji też kilka razy mignęło moje nazwisko. Przyznaję, że byłem trochę rozczarowany. Redakcja mieściła się w czterech pokojach, z „gabinetem” redaktora naczelnego włącznie, co nie odpowiadało sile oddziaływania Polskiej Kroniki Filmowej. Kończyliśmy właśnie pić z Michałem kawę, gdy do „gabinetu” wszedł wysoki, uśmiechnięty, przystojny pan, Zygmunt Kniaziołucki, dyrektor Wytwórni Filmów Dokumentalnych, jak go przedstawił Gardowski. Dyrektor przyjrzał mi się dokładnie, jak to się mówi „zlustrował mnie od stóp do głów” i orzekł, że nie wyglądam na rzeźnika, więc współpraca powinna nam się dobrze ułożyć. Uśmiechnąłem się zakłopotany, bo nie wiedziałem, czy przyjąć jego słowa za komplement czy impertynencję. Dyrektor długo nie zabawił. Po jego wyjściu Michał dodał, że nie jest to nasz przełożony, ale trzeba go traktować poważnie, bo może, jeśli zechce, utrudnić życie. Szefa prawdziwego zobaczysz za godzinę –poinformował.
Pojechaliśmy więc do „Białego Domu”, czyli do KC PZPR. Choć do partii należałem już dwadzieścia lat, w tym gmachu byłem po raz pierwszy. Najpierw biuro przepustek, potem windą na drugie piętro i znaleźliśmy się w Wydziale Prasy, Radia i Telewizji KC. Tu stanąłem przed obliczem towarzysza Jana Symonika. Sprawiał on wrażenie człowieka surowego i wymagającego. Teraz, gdy o tym piszę, myślę, że moje pierwsze wrażenia okazały się trafne, wspomnę tylko jeszcze, że ludzi oceniał sprawiedliwie i traktował życzliwie, mimo surowości zasad, jakim hołdował. Wymagania egzystencjalne miał niewielkie i, jak słyszałem, prowadził rzeczywiście ascetyczny tryb życia. Wśród wielu chwalebnych cech miał jedną nadzwyczaj ludzką – nie wylewał za kołnierz – co ułatwiało rozmowę z nim i porozumienie. Rozpisałem się o towarzyszu Janie z sympatią, bo zasłużył się on kronice, jego jedna bardzo ważna decyzja została już doceniona przez historię, a nawet przez tych, co dziś z niepojętą zaciekłością zwalczają nieistniejącą już Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, miast tę energię skierować na organizowanie życia w kraju, w taki sposób, by nie było głodnych, bezrobotnych i wykluczonych. Nie chcę przez to powiedzieć, iż pragnę, by działo się w Polsce tak jak za nieboszczki nieomylnej, nie, broń Boże. O decyzji towarzysza Jana opowiem za chwilę. Teraz pora wrócić na Chełmską 21.
Kronika była dla mnie nowym rodzajem dziennikarstwa, musiałem jak najszybciej przestawić się z warsztatu pisanego na obrazkowy, wejść w odmienny rytm pracy i korzystać z innych narzędzi niż długopis, maszyna do pisania i aparat fotograficzny. Właściwie nie posługiwałem się bezpośrednio ani kamerą, ani stołem montażowym, ani też magnetofonem, ponieważ każde z owych narzędzi obsługiwały osoby profesjonalnie do tego przygotowane: operatorzy, montażyści obrazu i dźwięku oraz różni technicy. Dwa razy w tygodniu w gabinecie redaktora naczelnego odbywała się t.zw. „układka” kroniki. Szef podawał do wiadomości zebranych osób tematy, jakie wejdą do najbliższego wydania, a każdy uczestnik tego spotkania mógł zgłosić swoją propozycję. Na układce obowiązkowo musiała być obecna osoba, która miała kronikę montować, osoba przygotowująca muzykę i podkładająca dźwięk. Operatorzy i redaktorzy nie musieli uczestniczyć w tym obrządku, jeśli nie mieli ochoty. Michał zawsze informował zebranych o idei, jaka mu przyświecała przy doborze tematów. Montażystki – przeważnie panie – (jedynym wyjątkiem był pan Wacław Kaźmierczak – zasłużony człowiek i ceniony fachowiec) miały całkowitą swobodę i od nich zależało, jak temat, zostanie zmontowany. Często w montażowni spotykało się operatorów i dziennikarzy, gdy ich temat „wchodził” właśnie na stół, asystowali przy montażu, zgłaszali propozycje. Zmontowaną kronikę oglądał na stole szef, któremu prawie zawsze towarzyszyłem, on to przecież był „reżyserem” wydania PKF. Słowa „reżyser” nigdy jednak nie używaliśmy, ponieważ zwyczajowo zastrzeżone było dla dokumentalistów, oni bowiem socjalistycznej rzeczywistości nadawali w swoich filmach własny, przetworzony artystycznie kształt i niepowtarzalną wymowę. „Kronikarzy”, czyli nas traktowali, nie wszyscy, to prawda, tak jak prawdziwy artysta traktuje rzemieślnika. Zdarzało się, że szef wyjeżdżał za granicę, albo na urlop, wtedy ja układałem kronikę i na mnie spadała odpowiedzialność, mimo że na planszy widniało nazwisko Gardowskiego… Świadczyło to o jego do mnie zaufaniu, tak to wtedy odbierałem. Gdy kronika została przyjęta przez szefa, przyjeżdżał autor tekstu, aby ją obejrzeć. Projekcja odbywała się w sali B, autor otrzymywał dokumentację do każdego tematu i listę montażową zawierającą kolejność ujęć i ich długość i oczywiście opis zdjęć. Dokumentacja składała się z karty przygotowanej przez operatora, tekstu dziennikarza, jeśli uczestniczył w realizacji tematu, oraz wycinków z prasy: notatek, informacji, artykułów. Następnego dnia rano autor przywoził komentarz do redakcji i rozstawiał go na stole montażowym, czyli dopasowywał tekst do obrazu. Miejsce, w którym „wchodził” tekst, zaznaczało się na taśmie filmowej białymi iksami, po to, by na nagraniu właśnie w tym miejscu lektor zaczął czytać komentarz. Wszystkich autorów obowiązywała zasada: nie opowiada się o tym, co znajduje się na ekranie jedynie obraz się komentuje. To między innymi odróżniało kronikę od telewizji. Karol Małcużyński nie przywoził tekstu osobiście, przysyłał go przez kierowcę. Jego teksty idealnie przystawały do obrazu i z rozstawieniem nie było nigdy trudności. Tekst rozstawiony i przepisany dostarczało się na ulicę Mysią do cenzury. Nagranie wydania PKF zawsze rozpoczynało się o godzinie 14-tej, we wtorek i w czwartek.
Do sali nagrań przychodził wtedy redaktor prowadzący, szef redakcji, członek kolegium PKF, montażyści obrazu i dźwięku, osoba prowadząca nagranie, najczęściej inżynier Zbigniew Wolski, obecny był cenzor, a w kabinie technicy. Następnego dnia rano redakcja oglądała pierwszą, jeszcze ciepłą, kopię. Dalsze kopie każdego wydania kroniki wykonywano w Łódzkich Zakładach Kopii Filmowych i rozsyłano do kin w całym kraju.
Redaktor naczelny Polskiej Kroniki Filmowej powoływał kolegium, które było jego ciałem doradczym; kolegium składało się z przedstawicieli Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Urzędu Rady Ministrów, Komitetu Warszawskiego PZPR i KC.
Nie były to osoby delegowane przez wymienione instytucje, lecz zaproszone przez redaktora naczelnego PKF do współpracy. Michał Gardowski powołał, na przykład, do kolegium Dobrosława Kobielskiego, redaktora naczelnego „Perspektyw.” Pragnę zaznaczyć, że kolegium nie podejmowało żadnych decyzji, było wszak ciałem doradczym. Przebieg spotkań tego grona miał charakter raczej towarzyski, powiedziałbym nawet plotkarski, co w pracy dziennikarskiej też się liczy..
Przed pierwszym ważnym wyzwaniem stanąłem w grudniu 1970 r. Michał Gardowski wyjechał do Londynu i siłą rzeczy musiałem w tym czasie podejmować decyzje. Do PKF zadzwonił wtedy Jan Symonik i poprosił, abym pojechał z nim do telewizji, na Plac Powstańców, gdzie mieściła się wówczas Redakcja Dziennika. Obejrzeliśmy tam zdjęcia z zaczynającego się strajku w stoczni szczecińskiej. Wywarły one na nas bardzo silne wrażenie. W drodze powrotnej poprosiłem Symonika o zgodę na wyjazd ekipy PKF do Szczecina i mój wyjazd do Gdańska, gdzie przebywali akurat dwaj nasi operatorzy, którzy notabene zamiast filmować siedzieli przestraszeni w hotelu. Jan Symonik po powrocie do KC zgodę na wyjazd wyraził. Musiałem tylko podać nazwiska wyjeżdżających osób i numery rejestracyjne samochodów. Listę zawiozłem osobiście. Dyrektor WFD, gdy go o tym poinformowałem, powiedział, że nie możemy jechać, bo ma zakaz wysyłania ekip na Wybrzeże. Moje zapewnienie, że PKF otrzymała zgodę z Komitetu Centralnego nie przekonały go, musiał zadzwonić osobiście Symonik.
Do Szczecina wysłałem operatora Janusza Kreczmańskiego, a ja wraz z kierowcą ruszyłem samochodem służbowym do Gdańska. Wyjechaliśmy parę minut po 14-tej. Po raz pierwszy uzbrojony patrol zatrzymał nas w Ostródzie. Im bliżej Wybrzeża, tym kontrolowano nas częściej. Za każdym razem posterunki skrupulatnie sprawdzały nasze dokumenty i numery rejestracyjne samochodu. Do Gdańska wjeżdżaliśmy już w całkowitych ciemnościach. Im bliżej centrum miasta, tym więcej spotykaliśmy czołgów i samochodów pancernych (skotów) i więcej uzbrojonych patroli. Wyludnione, źle oświetlone ulice, ciemne sylwety czołgów i niesamowita cisza… Gdańsk wyglądał jak miasto upiorów. Nie wiedziałem wtedy jeszcze o tragicznych wydarzeniach… Na chwilę wszedłem do hotelu, by porozmawiać z operatorami Witoldem Jabłońskim i Józefem Bakalarskim. Powiedziałem im, że rano będziemy filmować miasto. Kierowca zawiózł mnie do Orłowa, gdzie mieszkała moja ciotka. Od niej dostałem dość dokładne informacje o wydarzeniach w Gdyni.
O świcie poszedłem do sztabu w Gdańsku, tu otrzymałem zgodę na filmowanie. Na widok kamery dowódcy patroli reagowali ostro i stanowczo, żądali dokumentów. Z każdym z nich witałem się wyciągając rękę, w przyjaznym geście. Pamiętam, że wszyscy mieli nowe brązowe rękawiczki. Zanim oficer zdjął rękawiczkę mijało kilkanaście sekund, co łagodziło napięcie. Najpierw filmowaliśmy: podpalony budynek komitetu partii, sklepy z powybijanymi szybami i pustkę na ulicach. Potem dostaliśmy się do stoczni gdańskiej. Tu, podobnie jak na ulicach, musieliśmy poddać się kilku kontrolom. Strajkujący przyglądali się nam w milczeniu, nieufnie. Dopiero na wydziale K-2 atmosfera znormalniała. Spostrzegłem, że większość załogi to ludzie młodzi. Ktoś krzyknął: dlaczego nazywacie nas chuliganami?! Odpowiedziałem, że jesteśmy z Polskiej Kroniki Filmowej i dopiero kręcimy materiał… Ktoś inny dodał, że widział i słyszał to w telewizji. I tak zaczęła się nasza rozmowa, najpierw ostra, potem z upływem czasu łagodniejąca. Jeden z tych młodych robotników zwrócił się do mnie pojednawczo: – No dobrze, wy jesteście z kroniki, ale kto wie, co tam nawygadujecie. Jest pan redaktorem, to niech nam pan wyjaśni, dlaczego w telewizji nazwali nas chuliganami?
– Nie wiem, może, dlatego, że macie takie długie włosy?
– Być może – usłyszałem – ale w takim razie, kto wyrządził więcej szkód krajowi, łysi czy długowłosi? Inny stoczniowiec stojący nieco z boku zapytał sarkastycznie: – A pamięta pan, jakie włosy miał Marks? To, czego się czepiacie! – Panowie –uspokajałem – nie oskarżajcie Polskiej Kroniki Filmowej, bo o Gdańsku nic się jeszcze nie ukazało na ekranach kin.
I od tego momentu, coś się przełamało w rozmowie, zaczęliśmy w miarę spokojnie mówić o związkach zawodowych, które nie bronią robotników, o partii robotniczej, która nie wie, co robotnicy myślą. Nie wiadomo, jak długo trwałaby wymiana poglądów, gdyby trzech panów w cywilu nam jej nie przerwało. Zabrano nas do budynku dyrekcji, posadzono w jakimś pokoju i kazano czekać. Nie pamiętam, jak długo przebywaliśmy w tym „areszcie.” W pewnej chwili usłyszeliśmy krzyki… wyjrzeliśmy przez okno, na placu stało dwieście, może trzysta osób. Skandowali: „Wypuścić kronikę!” Byliśmy wolni… I usatysfakcjonowani. Po Nowym Roku, w pierwszych dniach stycznia z Ryszardem Golcem – operatorem, znanym w Gdańsku, bo to on filmował Gdańsk i województwo od wielu lat, także Stocznię im. Lenina i Witoldem Popkiewiczem – operatorem dźwięku, wróciliśmy do stoczni. Wtedy podziękowałem robotnikom z wydziału K-2 za okazaną Polskiej Kronice Filmowej pomoc.
W grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w drodze powrotnej do Warszawy, zastanawiałem się, jak zmontujemy temat o Gdańsku. Jednego byłem pewien, wiedziałem, że po tym, co zobaczyłem i po przeżyciach w stoczni nie zgodzę się na tekst potępiający robotników. Wiedziałem też, że zdjęcia czołgów i skotów nie ukażą się na ekranie; robiliśmy je dla historii, taka była umowa z Janem Symonikiem.
Janusz Kreczmański przywiózł ze Szczecina wstrząsające zdjęcia, zwłaszcza kilka ujęć nakręconych z góry, chyba z okna jakiegoś budynku sfilmował biegnącego mężczyznę, który pada na ziemię, trafiony kulą… W tym kadrze widać także strzelającego. Już w czasie stanu wojennego, gdy żegnałem się z osobami współpracującymi z Polską Kroniką Filmową, pani Agnieszka Bojanowska (montowałem z nią m.in. film o dojściu Edwarda Gierka do władzy pt. „Pomożemy” przeznaczony dla polskich placówek za granicą), spytała: czy pan wie, że tego ujęcia ze Szczecina, nakręconego przez Janusza, nie ma już w archiwum? Nie wiedziałem. I nie mogłem już sprawdzić.
Nie musiałem przekonywać Michała Gardowskiego, by w wydaniu kroniki nie krytykować stoczniowców, wystarczyła mu moja relacja z tego, co widziałem oraz zdjęcia z Trójmiasta i ze Szczecina. Temat o wydarzeniach w Gdańsku zamieszczony w Kronice nie pokazywał w całości prawdziwych wydarzeń, zaledwie migawki, ale materiał przetrwał, jest dziś świadectwem naszej historii i to jest najważniejsze.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.