Dlaczego Chiny nie ustalają konkretnego celu wzrostu gospodarczego?

Chiny postanowiły nie wyznaczać konkretnego rocznego celu wzrostu gospodarczego na 2020 r. Jest to mądra, dalekowzroczna i odpowiedzialna decyzja, aby poradzić sobie ze skomplikowaną sytuacją w kraju i na świecie.

Nowa narracja w rządowym raporcie roboczym przedłożonym krajowemu prawodawcy ujawnia praktyczną zasadę przywództwa polegającą na dostosowywaniu się do niepewności i ogromnych trudności spowodowanych epidemią koronawirusa i globalną recesją
gospodarczą.
Epidemia mocno odbiła się na chińskiej gospodarce w pierwszym kwartale, powodując spadek produktu krajowego brutto o 6,8 procent w skali roku.
Chociaż gospodarka z pewnością zyska na wartości dzięki wspieranej przez rząd polityce, Chiny muszą w pełni uwzględnić trudności, ryzyko i niepewność oraz zwiększyć prędkość reagowania.
Cele wyznaczone przez rząd chiński w tym roku są bardziej elastyczne i wykonalne. Za sprawą koncepcji modelu zrównoważonego rozwoju, która nigdy nie dąży do krótkoterminowych zysków kosztem korzyści długoterminowych. Raport podkreśla wagę, jaką przywiązuje się do promowania zatrudnienia, zapewnienia pełnej gry podmiotom rynkowym i poprawy warunków życia ludzi.
Zatrudnienie należy ustabilizować, tworząc w tym roku ponad 9 milionów miejsc pracy, jak zauważa raport, podkreślając koncepcję stawiania ludzi na pierwszym miejscu.
Rok 2020 jest szczególnym rokiem dla Chin. Kraj ten chce wyeliminować ubóstwo i zbudować podstawy umiarkowanie zamożnego społeczeństwa. Oznacza to, że rząd musi zapewnić ludziom odpowiednie zakwaterowanie, usługi medyczne i inne usługi publiczne.
Fakt, że nie ustalono żadnego konkretnego celu, nie oznacza, że ​​Chiny porzuciły determinację, by osiągnąć stały wzrost w obliczu piętrzących się trudności. Aby osiągnąć te cele, Chiny muszą twardo trzymać się swojej polityki reform i otwarcia.
Nowa narracja pokazuje determinację Chin, by stać się bardziej realistycznym, elastycznym i dalekowzrocznym, z wizją innowacyjnego, skoordynowanego, zielonego i otwartego rozwoju dla wszystkich.
Chińska gospodarka wciąż ma dobre perspektywy. Zgodnie z najnowszym raportem Światowej Perspektywy Gospodarczej Międzynarodowego Funduszu Walutowego, pomimo przewidywanego spadku tempa wzrostu PKB, oczekuje się, że w Chinach, w tym roku nastąpi wzrost gospodarczy oraz silne odbicie w 2021 r.
Brak celu to dobry cel.

Na zakręcie

Niestety – obawiam się, że okres kampanii wyborczej kandydatów na prezydenta będzie sprzyjał dalszemu zaostrzeniu wymiany poglądów między zwolennikami i przeciwnikami obecnie łaskawie panującej władzy. Nasilą się zarzuty dotyczące przeszłości i osobiste wycieczki, poddające w wątpliwość walory intelektualne kontrkandydatów. Nie zabraknie także zwykłych, otwartych i ukrytych inwektyw. Sami kandydaci będą zapewne bardziej wstrzemięźliwi, ale ich sztaby i zwolennicy pokażą, co potrafią.

Będziemy świadkami zarówno czołobitnych deklaracji wierności, jak i nerwowych „dyskusji” na wiecach i spotkaniach, a także – co jest naszą wyjątkową specjalnością – na pogrzebach znanych osób. Mam nadzieję, że tej ostatniej okazji w okresie przedwyborczym nie będzie, ale przecież nie można tego wykluczyć.
Zmiana zachowań
W ostatnich latach, czyli za rządów Prawa i Sprawiedliwości, zauważyłem niekorzystną zmianę naszych zachowań i publicznego artykułowania poglądów. Różnice politycznych ocen zaczynają być zbyt osobiste, zmieniają się w prywatną nienawiść do tych, którzy są po drugiej stronie. Jestem daleki od twierdzenia, że to grozi wojną domową, albo w masowej skali przybierze objawy indywidualnej zemsty – w rodzaju tragicznego morderstwa prezydenta Adamowicza. Ale uważam, że będzie procentowało wzmożonymi zachowaniami świadczącymi zarówno o lekceważeniu osób o innych poglądach jak i o chamskich cechach charakteru, nieskutecznie przykrywanych zdobytym wykształceniem. A przy okazji także o braku zrozumienia zasad demokracji.
Klinicznym przykładem inicjującym przedwyborczy okres takich zachowań było przedarcie i wyrzucenie projektu uchwały sędziów sądu rejonowego w Olsztynie przez jego prezesa. To symbol czasu – wielokrotnie powtarzany przez telewizję. I słusznie powtarzany. Bo w demokracji każda grupa osób może się zebrać i podjąć uchwałę, prezentującą wspólne poglądy w dowolnych sprawach. Można się z nimi nie zgadzać. Ale nie można ich ostentacyjnie lekceważyć. Jeśli się tak postępuje, to posiadacze bardziej wyczulonych nosów mogą powiedzieć, że czują zapach odradzającego się faszyzmu.
Przy tej okazji przypomniały mi się zachowania niektórych ludzi w czasie pogrzebów ważnych polityków i generałów rządzących Polską w okresie PRLu. U wielu bezpośrednich obserwatorów i telewidzów budziły nie tylko niechęć, ale i zdziwienie. Zdziwienie, że można tak się zachowywać w ogóle przed kościołem i na cmentarzu – nawet, jeżeli uznaje się kogoś za osobistego wroga. W tym przypadku zresztą ta osobista wrogość występowała chyba w sporadycznych wypadkach. Zdecydowana większość krzyczących, plujących i machających transparentami na pewno nie znała zmarłych, a nawet nie żyła w okresie, w którym oni byli „trzymającymi władzę”. Tą manifestowaną nienawiść wynieśli więc albo z domu, albo ze szkoły, albo z kościoła. Gnębi mnie pytanie, – kto lub co spowodowało, że szlacheckie tradycje Polaków zmieniają się czasem w zwykłe chamstwo?
W sklerotycznej pamięci zaciera mi się wiele obrazów. Ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż nie widziałem takich zachowań ani w II RP, – czyli przed wojną – ani czasach PRL. Byłem z moim ojcem – jako niewyrośnięty chłopiec – na pogrzebie Piłsudskiego. Ojciec był oficerem II Brygady Legionów, więc uważał go za bohatera. Ale nie wpadał w euforię, odnosił się krytycznie do zamachu majowego, kazał mi pamiętać o liczbie jego ofiar (379) i o błędach rządów pomajowych. Wiele osób kontestowało ten pogrzeb, ale nikt nie zachowywał się w sposób przypominający „osiągnięcia” protestujących na pogrzebach w okresie III Rzeczpospolitej. Nikt też nie stosował zmasowanego hejtu. Wprawdzie stosowanie tego instrumentu walki politycznej nasiliło się dopiero po upowszechnieniu Internetu, ale i przed tym był sporadycznie stosowany w prasie, radiu i telewizji.
Szkoła
Powtórzmy więc pytanie – skąd obecnie biorą się takie zachowania?Sądzę, że jednym ze źródeł tej zmiany jest szkoła. Uczymy historii współczesnej z wyraźnym akcentowaniem jej „białych” i „czarnych” stron. W podręcznikach i interpretacjach nauczycieli brakuje szarości. Jeśli gimnazjalista i licealista potrafi nazwać polityka „zdrajcą” i nie umie nawet sprecyzować, kogo lub czego – to znaczy, że bezmyślnie powtarza to, co musiał usłyszeć w szkole lub domu. To, co jest szare – jak przynajmniej część okresu PRL – przedstawiane jest jako skrajnie czarne. W rezultacie młody człowiek opuszczający szkołę często identyfikuje ten okres wyłącznie ze stanem wojennym i octem na półkach. Tylko takie opowiadania słyszy zresztą w telewizorze z ust tych, którzy na stare lata przyznają się do tego, że zawsze byli opozycjonistami i „walczyli z reżimem”. Nikt więc stojąc w błocie nie budował fundamentów Nowej Huty, nie odbudowywał Warszawy po zniszczeniach wojennych, nie zagospodarowywał „ziem odzyskanych”, nie studiował i nie pisał książek. Nikt nie opowiada, że w tym – w końcu blisko 50 – letnim okresie – bywało strasznie, ale bywało też wesoło, rozkwitały teatry i kabarety, śmiano się z siebie oglądając filmy Barei, a Wajda „nakręcił” arcydzieło, jakim niewątpliwie był „Popiół i diament”.
To jednostronne naświetlenie PRLu powoduje, że młodzież i nieco starsze pokolenie uważa ten okres za „zdradę narodu” i wszystkich, którzy coś w tym okresie robili za „złych”, których trzeba przy każdej okazji potępiać. Nie wiedzą lub nie pamiętają, że znaczna ich część dzieciństwo spędziła w małych mieszkaniach masowo budowanych za Gomułki i Gierka i przydzielanych ich rodzicom za symboliczne pieniądze.
Bezsensowne podziały
Kto jeszcze jest winien? Nieco starsze i całkiem stare pokolenia, które doprowadziły do powstania nie tylko politycznych podziałów, (bo to się wszędzie zdarza), ale także do podziałów mentalnych związanych z indywidualnymi losami poszczególnych ludzi. Rozbiliśmy nawet piękną ideę skautingu. Zasłużony w 20 letnim okresie między wojennym, zasłużony w walce z okupantem Związek Harcerstwa Polskiego musieliśmy „uzupełnić” drugim związkiem – Związkiem Harcerstwa Rzeczypospolitej. Nie znam podobnego rozwiązania w europejskim skautingu. Moi polegli koledzy z harcerskich batalionów AK walczących w konspiracji i Powstaniu Warszawskim nigdy nie przypuszczali, że będzie potrzeba tworzenia konkurencyjnego harcerstwa.
Ale to małe piwo. Jeszcze gorzej jest z kombatantami. Bezpośrednio po wojnie utworzono jeden związek kombatancki – Związek Uczestników Walki Zbrojnej. Miło było patrzeć, jak na spotkaniach kół tego związku siedzieli przyjaźnie do siebie nastawieni ludzie w adaptowanych do cywilnych potrzeb drelichowych, zielonych mundurach I i II Armii WP, porządniejszych bluzach angielskich, niekiedy wzbogacanych niebieskawymi mundurami sił powietrznych Jego Królewskiej Mości (RAF), a nawet w amerykańskich bateldresach. To jednak komuś przeszkadzało najpierw po lewej, a potem po prawej stronie. Dzisiaj mamy znacznie mniej żyjących uczestników walki zbrojnej, ale za to ponad 70 Związków i stowarzyszeń kombatantów „o ogólnokrajowym zakresie działania”. Większość z nich jest ideologicznie „po prawej stronie mocy”, gniewa się na tych bardziej po lewej, nie chce ich pomników i nazywa postkomunistami.. Nic więc dziwnego, że jest np. wielu uczestników Powstania Warszawskiego (łącznie z autorem tego tekstu), którzy przestali brać udział w „imprezach patriotycznych” i nie czują się związani z żadnym związkiem. Nie chcą być identyfikowani z tymi, którzy innych kombatantów uważają za „gorszych” i – mówiąc patetycznie – różnicują krew przelaną przez Polaków w II wojnie światowej.
Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni
Część odpowiedzialności ponosi także kościół katolicki, który – niestety – cicho lub głośno sprzyja podziałowi społeczeństwa, wspierając określone partie polityczne, lub określone zachowania polityków. W wielkich aglomeracjach wpływ Kościoła jest mniejszy, ale na wsi i w miasteczkach poglądy proboszcza są niekiedy decydujące, w istotny sposób wpływając na postawę zwłaszcza mniej wykształconej części lokalnej społeczności. Jeśli proboszcz powie, że określony kandydat na prezydenta jest bezbożnikiem i na pewno pójdzie do piekła – to mu wierzą. Jeśli powie, że jest głęboko wierzącym katolikiem – to też wierzą. I w obu przypadkach są gotowi manifestować swoje poparcie kartką wyborczą.
Swój udział we wprowadzaniu nowych zachowań Polaków mają także media – zwłaszcza elektroniczne. Poświęca się wiele czasu – i słusznie – Warszawskiemu Powstaniu, bitwie pod Monte Cassino, dywizji generała Maczka, ale nie wspomina się o rocznicach bitwy pod Lenino, w Kołobrzegu czy też bitwie o Berlin, w której zginęło 8900 naszych żołnierzy. To powoduje, że u nielicznych już uczestników tych bitew i ciągle bardzo licznych ich rodzin, powstaje poczucie społecznego wykluczenia.
Kto więc ostatecznie ponosi winę za to, że tak niekorzystnie zmieniają się nasze zachowania? My wszyscy. „My naród” jak powiedział Lech Wałęsa w Kongresie USA, powtarzając sformułowanie z ich konstytucji. „My naród” nie sprawdzamy się na razie w warunkach demokracji.
Mam wrażenie, że teraz, w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie, jesteśmy na historycznym zakręcie, z którego możemy wyjechać w kierunku naprawiania demokracji, ale możemy też wybrać kierunek autokracji, dyskretnie nawiązującej do socjalizmu – i to tego bardziej narodowego. I wtedy może nam być rzeczywiście nie po drodze z Unią Europejską.

Opowieści Pinokia

Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Premier zafundował nam powtórkę z rozrywki, tyle, że niezbyt śmieszną.

W swoim exposé Mateusz Morawiecki w dużej mierze powtórzył swoją standardową narrację o mesjańskiej roli PiS w historii III RP. Szansa („moment dziejowy”), przed jaką stanęła Polska w 1989 roku, została „tylko częściowo wykorzystana”. Co gorsza, „neoliberalizm spowodował mętlik pojęciowy i bałagan w systemie wartości” – mówił premier. I chociaż kraj się trochę rozwinął, a nawet „udało się przezwyciężyć wiele bolączek PRL”, to przy okazji „wyprzedaliśmy srebra rodowe”, utraciliśmy przemysł i uzależniliśmy się od zagranicy.
Jak mówił, realizowano u nas „model rozwoju oparty na przekonaniu, że Polska ma dostarczać taniej siły roboczej” – model, który „pasował innym, ale podcinał gałąź nam”. Jednak w 2015 roku nastąpił przełom: niepodzielną władzę zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, „złapaliśmy w żagle wiatr historii” i „przebiliśmy rozwojowy szklany sufit”. Rząd pod przewodnictwem Morawieckiego „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.
Potem premier przeszedł do kolejnego etapu: tworzenia „Polski wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju”, tworzenia „potencjału, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Bajeczki dla naiwnych

Przedstawiona przez Morawieckiego interpretacja historii Polski po 1989 roku mija się z faktami. Polska jest liderem wzrostu gospodarczego spośród wszystkich krajów transformacji i mimo odziedziczonej po PRL spuścizny, szybko nadrabiała zaległości rozwojowe względem najbogatszych krajów, nie natrafiając po drodze na żaden „rozwojowy szklany sufit”.
Po 2015 r. polityka gospodarcza PiS nie dała impulsu rozwojowego rzekomo pogrążonej w stagnacji Polski. Działania PiS w rzeczywistości podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu. Jednak dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce światowej Polacy mogli się dalej cieszyć poprawą poziomu życia (która postępowała przez poprzednie 25 lat).
Zmiana stanu finansów publicznych w okresie rządów PiS to efekt przede wszystkim dobrej koniunktury. Jeśli chodzi o malejący dług publiczny, należy zaznaczyć, że w latach 2015–2019 dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto zmniejszyło poza Polską 25 krajów Unii Europejskiej. Z kolei „zrównoważony budżet” na 2020 rok opiera się na dochodach jednorazowych (1 proc. PKB) i dotyczy wyłącznie budżetu państwa, który stanowi zaledwie połowę całego sektora finansów publicznych.
Po wyeliminowaniu dochodów jednorazowych i uwzględnieniu całości wydatków publicznych, deficyt wyniesie 1,2 proc. PKB (w roku, w którym połowa krajów UE będzie miała nadwyżkę). Rząd PiS do „zrównoważenia” budżetu stosuje też różne sztuczki: np. w celu sfinansowania trzynastej emerytury chce sięgnąć po pieniądze z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych
Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 r., w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego. W długim okresie oznacza to zahamowanie dotychczasowej konwergencji.

Megalomania i demagogia

Morawiecki stwierdził, że rządy PiS „naprawiają polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”. To już zakrawa na megalomanię. Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych. PiS natomiast swoimi działaniami (obniżającymi aktywność zawodową, ograniczającymi wolność gospodarczą i zwiększającymi rozmiar upolitycznionego sektora państwowego w gospodarce) ogranicza potencjał budowany przez poprzednie 25 lat.
W czasie rządów PiS Polska nie przebiła wcale „rozwojowego szklanego sufitu” – dlatego że wcześniej w taki „rozwojowy szklany sufit” nie uderzyła. Od 1992 r. Polska stale nadrabiała dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, dochodząc w bieżącym roku do poziomu 62 proc. PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) krajów grupy G7 (podobny trend wzrostowy można zaobserwować w zestawieniu z każdą rozwiniętą gospodarką lub zbiorem takich gospodarek).
W konsekwencji nieprzerwanego od niemal trzech dekad doganiania Zachodu, obecnie dochody Polaków w stosunku do dochodów mieszkańców najbogatszych krajów są najwyższe w historii – nie ma w tym jednak zasługi PiS. Ponadto nie wiadomo, czy Polsce uda się ostatecznie osiągnąć poziom rozwoju najbogatszych krajów, co wynika z tego, że powoli wyczerpują się dotychczasowe rezerwy wzrostu, a coraz większym problemem staje się struktura demograficzna polskiego społeczeństwa. Nie zważając na to, PiS podjęło wiele działań, które wpłyną negatywnie na dalszy rozwój gospodarczy (np. odwróciło reformę stopniowo podnoszącą wiek emerytalny).
Demagogiczną tezę, że w Polsce realizuje się model bazujący na „taniej sile roboczej”, słyszymy od lat. Powtarzają ją ci politycy, którzy liczą na zdobycie poparcia wśród osób nierozumiejących tego, że płace są pochodną wydajności pracy, która w zacofanej za sprawą dziesięcioleci realnego socjalizmu Polsce była po prostu niska – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PiS nie skończyło z modelem „taniej siły roboczej”, bo takiego modelu nigdy w Polsce nie stosowano. Kiedy dzięki udanym reformom rynkowym wydajność zaczęła szybko rosnąć, wraz z nią zaczęły rosnąć płace.
Morawiecki dodał też, że ów model „pasował innym, ale podcinał gałąź pod nami, dlatego z tym skończyliśmy”, sugerując istnienie jakiegoś spisku. Nie wiadomo, kogo miał on na myśli, mówiąc o „innych”, jeśli jednak chodziło mu o inwestorów zagranicznych, to nie można się z tym zgodzić – bo jak wskazuje FOR, za sprawą konkurencji firmy płacą swoim pracownikom tyle, ile są w stanie. A dzięki kolejnym inwestycjom firmy zagraniczne były w stanie płacić polskim pracownikom coraz więcej.

Zwijanie inwestycji

Wielu ekonomistów od lat wskazuje na niską stopę inwestycji jako hamulec dla dalszego wzrostu polskiej gospodarki. W lutym 2016 roku, ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział: „Inwestycje mają stanowić powyżej 25 proc. PKB. Będziemy dążyć w tym kierunku”.
Jednak za rządów PiS stopa inwestycji spadła, co pokazuje, jak odstraszająco na inwestorów wpłynęły nieprzewidywalne zmiany prawa oraz atak na niezależność sądów. W 2017 r. stopa inwestycji osiągnęła najniższy poziom od 1995 r. Pomimo nieznacznego odbicia w ostatnich kwartałach wciąż jest ona o ok. 2 proc. PKB niższa niż w 2015 r. Przez cztery lata rządów PiS wzrósł za to istotnie stan należności z tytułu kredytów konsumpcyjnych – aż o 26,3 proc. (wobec wzrostu o 6,5 proc. w ostatnich czterech latach rządów PO-PSL).
Morawiecki niejednokrotnie już przedstawiał fałszywy obraz działań inwestorów zagranicznych w Polsce w latach 90. Np. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ubiegłym roku stwierdził, że całość dywidend wypłacanych inwestorom zagranicznym jest czerpana przez „ten kapitał z prywatyzacji”.
To nieprawda. Inwestorzy zagraniczni kupowali prywatyzowane przedsiębiorstwa, ale nie na tym skupiali swoją działalność: większość lokowanych w Polsce środków przeznaczali na tworzenie inwestycji od podstaw, rozbudowę już posiadanych zakładów czy przejęcia prywatnych firm.
Wcześniejsze rządy chętnie przyjmowały inwestycje zagraniczne, jednak nie w celu rzekomej „wyprzedaży polskich sreber rodowych”, lecz po to, by dzięki nim zwiększać produktywność polskiej gospodarki.
Ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział też, że wydatki na badania i rozwój wzrosną do 2 proc. PKB w 2020 r. Oprócz tego przedstawił wówczas także osiem innych kryteriów, które miałyby zostać spełnione do 2020 r.
Podczas exposé w żaden sposób nie nawiązał do celów zapowiedzianych 3,5 roku wcześniej. Pochwalił się tylko tymi wskaźnikami, które wzrosły.
Udział wydatków na badania i rozwój w PKB rośnie od lat, a w ubiegłym roku wyniósł 1,21 proc. – wciąż to jednak daleko do zapowiadanego w planie Morawieckiego, a w exposé przemilczanego, celu 2 proc.
Morawiecki pochwalił się też wzrostem liczby oddawanych mieszkań: „W latach 2011–2014 oddawano do użytku średnio 143 tysięcy mieszkań. W latach 2017–2020 będzie to ponad 200 tysięcy mieszkań”. To prawda, że w ostatnim czasie jesteśmy świadkami boomu budowlanego i liczba oddawanych mieszkań rośnie. Nie jest to jednak zasługa programu „Mieszkanie+”. W ramach tego programu oddano do tej pory zaledwie 867 mieszkań (co być może nie jest jednak złą wiadomością, biorąc pod uwagę, że państwowy PFR buduje w małych miejscowościach, które Polacy opuszczają w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach).
W marcu 2017 r. rząd przyjął „Plan Rozwoju Elektromobilności”, który roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r.”.
Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 lecz do 2030 roku. W exposé Morawiecki oświadczył jednak, że rząd program elektromobilności rozwija. Rozwój ten przedstawia się tak, że w ostatnich czterech kwartałach zarejestrowano w Polsce 2291 nowych elektrycznych samochodów pasażerskich, które stanowiły 0,4 proc. ogółu zarejestrowanych nowych samochodów pasażerskich w Polsce (przy średniej dla 24 krajów UE, dla których dostępne są dane, na poziomie 2,7 proc.).

Wciąż emigrujemy (nie do Anglii)

Morawiecki porównał emigrację milionów Polaków do „wielkiej daniny, którą Polska zapłaciła bogatym krajom Zachodu” – a następnie dodał, że „taka danina od biednych dla bogatych nie jest normalna”. Podsumowując temat, powiedział, „państwo wysokich standardów musi z tym skończyć”.
Oczywiście emigracja jest indywidualną decyzją ludzi, którzy pragną poprawić warunki swojego życia. Państwo może ograniczyć emigrację na dwa sposoby: prowadząc politykę służąca rozwojowi gospodarczemu, która owoce przyniesie po latach, albo, wzorem NRD, postawić na granicy mur.
Obecny poziom rozwoju Polski nie jest jeszcze na tyle wysoki, by emigrację zatrzymać, a tym bardziej cofnąć. Przyczyn spadku liczby emigrantów w ubiegłym roku (według Głównego Urzędu Statystycznego o 85 tysięcy) należy szukać zatem w innych czynnikach.
Przyglądając się zmianom liczby polskich emigrantom w poszczególnych krajach, zauważymy, że istotnie zmniejszyła się ona tylko w Wielkiej Brytanii (o blisko 100 tysięcy), natomiast w innych krajach zmiany były niewielkie (przy czym liczba polskich emigrantów w tych krajach wzrosła o 13 tysięcy). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy wydaje niepewność związana z brexitem.
W perspektywie najbliższych dekad Polska staje przed nowymi wyzwaniami, które mogą zahamować proces doganiania Zachodu. Problemem staje się zwłaszcza demografia. Co prawda w exposé mogliśmy usłyszeć zapowiedź „wielkiej strategii demograficznej”, ale nawet jeśli nie okaże się ona równie bałamutna jak „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, to jej pozytywny wpływ na rynek pracy odczujemy nie wcześniej niż za 20 lat. Tymczasem w obliczu spadającej liczby Polaków w wieku produkcyjnym rząd odwrócił reformę stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego. Dlatego nawet jeśli w najbliższych latach uda się wysoki na tle strefy euro wzrost utrzymać (chociaż Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje inaczej), to w dłuższej perspektywie przy niezmienionej polityce społecznej i gospodarczej Polska przestanie doganiać Zachód.

W uścisku zakazów

Przez ostatnie cztery lata PiS zajmowało się wprowadzaniem nowych ograniczeń, takich jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenia w otwieraniu nowych aptek czy ograniczenia w obrocie ziemią rolną. Zapowiadając w 2017 r. podczas Kongresu 590 słynną „konstytucję biznesu”, która miała określać „fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności gospodarczej”, Morawiecki zagroził przedsiębiorcom: „Tylko nie posuwajcie się za daleko, żeby nie dać nam pretekstu do nowelizacji prawa karnego”.
Podczas exposé Morawiecki powiedział, że „obowiązkiem państwa jest tworzenie przewidywalnego prawa pozwalającego na planowanie inwestycji”. Symbolem nieprzewidywalności PiS w tworzeniu prawa jest ustawa ustanawiająca dniem wolnym 12 listopada 2018 roku. Projekt poselski trafił do Sejmu na trzy tygodnie przed planowanym dniem wolnym i został szybko przegłosowany, a następnie podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. Innym symbolem jest zniesienie tzw. 30-krotności. Dopiero w drugiej połowie listopada wyjaśniło się, że od 1 stycznia 2020 roku jednak nie wzrosną składki na ZUS dla najlepiej zarabiających pracowników. Nic dziwnego, że w ostatnich latach pogarsza się wcześniej stopniowo poprawiana pozycja Polski w rankingach konkurencyjności i wolności gospodarczej (mimo że podobno „Bank Światowy docenia nowy polski model rozwoju”).
O ekspansji międzynarodowej, mającej przejawiać się we wzroście inwestycji zagranicznych polskich przedsiębiorstw, Morawiecki mówił już w lutym 2016 r., gdy ogłaszał „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Od tego czasu stan polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych zmniejszył się o 14 proc. Biorąc pod uwagę ów wynik, możemy w obliczu tej zapowiedzi spodziewać się dalszych spadków.
W każdym razie, do osiągnięcia deklarowanego w planie Morawieckiego celu, polskim inwestorom zagranicznym jest, według ostatnich danych, dalej niż przed przejęciem władzy przez PiS.

Bariera dla rozwoju

Zaczerpnięty z programu Koalicji Obywatelskiej tzw. estoński CIT, czyli przesunięcie poboru podatku dochodowego od osób prawnych na moment wypłaty przez nie zysku, jest sam w sobie dobrym pomysłem. Wątpliwości budzi natomiast to, że taką konstrukcję Morawiecki chce zastosować tylko wobec mikro – i małych spółek kapitałowych. Od niedawna płacą one niższy CIT na poziomie 9 proc., czym premier nie omieszkał się w exposé pochwalić.
Rzecz jednak w tym, że zmiana ta, zamiast normalnej progresji, wprowadziła dwie zależne od obrotu liniowe stawki CIT. Jeśli spółka przekroczy próg 2 milionów euro przychodów rocznie, to będzie musiała od całego zysku zapłacić CIT według stawki 19 proc. Tym samym powstała zniechęcająca do rozwijania firm luka, w której (przy stałej rentowności sprzedaży) wzrost zysku brutto przekłada się na spadek zysku netto. Prezentując „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zadeklarował: „Chcemy, żeby te mikro stawały się małe, małe coraz większe, ale te większe żeby stawały się naprawdę międzynarodowymi graczami”. Postawił też cel „wzrostu udziału tych dużych i średnich firm do poziomu powyżej 22 tysięcy” w 2020 r. Z drugiej strony wprowadza rozwiązania zniechęcające firmy do wzrostu. Nie inaczej zadziała tzw. estoński CIT, jeśli jego obowiązywanie będzie ograniczone tylko do mniejszych firm. A do osiągnięcia celu z planu Morawieckiego, jest obecnie równie daleko jak przed dojściem PiS do władzy.

Nierychliwe i niesprawiedliwe

PiS zaczęło walkę z niezależnością wymiaru sprawiedliwości jeszcze pod koniec 2015 roku. Sądy jednak nie zaczęły za sprawą kolejnych ataków obozu rządzącego pracować lepiej. Wręcz przeciwnie.
Pogłębił się, istniejący jeszcze przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, problem przewlekłości postępowań. Średni czas trwania postępowania w sądach powszechnych wzrósł z 4,2 miesiąca w 2015 r. do 5,4 miesiąca w ubiegłym roku. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw nie rozwiąże problemów, które stworzyło PiS przez ostatnie cztery lata.
O jakości wymiaru sprawiedliwości świadczy nie tylko szybkość działania sądów, lecz także ich niezależność (w rankingu „Doing Business” pod względem szybkości sądowego egzekwowania umów wyprzedzają Polskę takie kraje jak Uzbekistan, Białoruś, Azerbejdżan i Rosja, które trudno uznać za wzór do naśladowania, jeśli chodzi o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości). A co do tego, nie można oczekiwać, że PiS cofnie wprowadzone w poprzedniej kadencji zmiany
Reasumując: działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki.