Ojciec Stachowiaka: Igora zamordowano!

Ojciec ofiary policyjnej przemocy – Igor Stachowiaka domaga się zmiany kwalifikacji czynu wobec czwórki eks-policjatnów.

Chodzi o to, aby byli funkcjonariusze nie byli sądzeni za ewentualne nadużycie uprawnień i znęcanie się, lecz za zabójstwo w zamiarze ewentualnym. Ich proces w pierwszej instancji zakończył się w czerwcu. Zostali oni skazani na kary bezwzględnego więzienia od dwóch do dwóch i pół roku.
Zamiary ojca Igora Stachowiaka ujawnia portal Onet.
– Całe dotychczasowe postępowanie sądowe sprowadzało się niemal wyłącznie do tego, co działo się w toalecie, a przecież już na Rynku użyto wobec Igora przemocy – powiedział dziennikarzom ojciec ofiary Maciej Stachowiak.
– Sąd powinien orzec, czy policjanci spowodowali śmierć mojego syna. Ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Uważam, że mój syn został zamordowany na komisariacie. W czerwcowym wyroku brakuje stwierdzenia, że Igor był torturowany, a przecież jak inaczej to nazwać – dodał.
Maciej Stachowiak ma też uwagi, co do przebiegu procesu w sądzie pierwszej instancji. Twierdzi, że nie zostali przesłuchani ratownicy medyczni, którzy pierwsi dotarli na komisariat przy ul. Trzemeskiej we Wrocławiu.
Przypomnijmy. Do tragedii doszło 15 maja 2016 r. Policjanci zatrzymali Igora Stachowiaka na wrocławskim rynku, skąd przewieźli go na komisariat. Tam był poddany wyjątkowo brutalnym torturom. Między innymi rażono go paralizatorem po genitaliach, gdy był w toalecie i był skuty kajdankami. Wkrótce zmarł. Sprawa wywołała poważną, acz krótkotrwałą dyskusję na temat nadużyć przemocy ze strony policji. Wielu aktywistów uważa je za powszechne i oskarża system sprawiedliwości o sprzyjanie funkcjonariuszom-sadystom.

Krew

To nie była żadna ustawka, żadna demonstracja lub kontrdemonstracja. Oto przypadkowe spotkanie dwóch nieznanych sobie ludzi we Wrocławiu.

Jeden z nich posłyszał krytyczny komentarz drugiego na temat homofobicznych, antylewicowych napisów opatrzonych znakami Autonomicznych Nacjonalistów, które „zdobią” nadodrzańskie bulwary we Wrocławiu. Posłyszał i zaatakował. Poważnie pobił zupełnie nieznanego sobie człowieka, jak się później okazało Przemysława Witkowskiego, jednego z komentatorów „Krytyki Politycznej”. Odchodząc bandyta zagroził pobitemu śmiercią i zapowiedział: „wszystkich was dopadnę”.
Do dzisiaj akty fizycznej agresji nazioli miały miejsce głównie podczas różnego rodzaju demonstracji. Dzisiejszy akt bandytyzmu był indywidualną akcją faszystowskiego aktywisty. Pewnie przechwala się właśnie swoim bohaterskim, patriotycznym wyczynem, chleje piwsko i zbiera wyrazy uznania współtowarzyszy.
Spotkanie było przypadkowe, ale działanie bandyty już nie. To efekt wieloletniej pobłażliwości dla tych środowisk ze strony PiS, Jarosława Kaczyńskiego, Tadeusza Rydzyka, niektórych hierarchów. Nie tylko pobłażliwości ale czasami wręcz zachęty i dopingu dla skrajnej polskiej prawicy żarliwie modlącej się na Jasnej Górze. To ich oskarżam o tą zbrodnię. To owoc ich działalności.
Właściwie to wszyscy spodziewali się, że kiedyś przekroczona zostanie i ta granica, że indywidualne napaści, pobicia na tle politycznym staną się faktem. To „kiedyś” to właśnie dzisiaj. We Wrocławiu.
Ale lewica zastraszyć się nie da. Nie może, gdyż jak uczy historia tylko lewica jest w stanie poskromić faszystowską bestię.
Mam głęboko w nosie wszelkie uroczyste deklaracje i zapewnienia że sprawca zostanie ukarany itp. itd. To nie chodzi o tego jednego nieszczęśnika, to chodzi o cały system starannie pielęgnowany w Polsce od dziesięcioleci. Potrzeba radykalnych zmian w polityce państwa, zmian, których PiS, ani żadna prawicowa partia nie chce, a może już i nie jest w stanie dokonać. Dlatego fotografię pobitego lewicowego dziennikarza powinien mieć przed oczami każdy podejmujący decyzję przy urnie wyborczej. Jutro to możesz być ty.

Śmieszne żarciki z narodzin dyktatury

Mężczyźni w mundurach pobili Dawida Winiarskiego. Wykręcili mu ręce, podduszali, rzucali na ściany i po podłodze.

 

Tak żeby go bolało. Tak żeby bał się o życie. Ich było kilku, on był jeden. Bawiła ich bezdyskusyjna przewaga i bezradność ofiary. Kiedy uznali, że sadystyczny seans dobiegł końca, Dawid musiał został przewieziony do szpitala. Zdjęcie młodego chłopaka leżącego w kołnierzu ortopedycznym stało się symbolem brutalnych i całkowicie nieuzasadnionych represji stosowanych przez aparat państwowy wobec uczestników protestów przeciwko likwidacji polskiej demokracji. Trudno ich nazywać „policjantami”. To są zwykłe bandziory, a do tego zdrajcy. Typy w mundurach zdradzili podwójnie – społeczeństwo, któremu przysięgali służyć oraz konstytucje, której przyrzekali bronić. Wczoraj bili ludzi, którzy występowali w imię tej konstytucji. Bo taki dostali rozkaz – bić mocno. Pobity Dawid, dwa dni wcześniej poszarpana, zakuta w kajdany Klementyna Suchanow. Dziesiątki innych – poturbowanych, z siniakami, guzami i obtarciami. PiS stosuje oręż intensyfikacji lęku. Władza celowo (nad)używa przemocy, tak aby zasiać strach w umysłach tych, którzy mogliby przyjść protestować kolejnego dnia. Wykręcanie ramion, zakładanie dźwigni, zadawanie bólu – to wszystko miało zostać zarejestrowane i opisane.
Jeszcze rok temu protesty w obronie niezależności sądownictwa ściągnęły na ulice setki tysięcy obywateli. Oburzonych i zdeterminowanych. Dotarło do nich, że PiS posunął się za daleko, a celem reformy wymiaru sprawiedliwości jest podporządkowanie go władzy politycznej. Pewnie większość z tych protestujących nie miała dobrych doświadczeń z sądami. Bo te w III RP faktycznie żałośnie rzadko stawały po stronie zwykłych ludzi. Ale zastąpienie dysfunkcyjnego systemu takim, w którym za wszystkie sznurki pociąga Ziobro było wizją wystarczająco sugestywną i przerażającą. Dlaczego więc obecnie, kiedy PiS dopina swego – przejmują kontrolę nad sądami, pod Sejmem protestuje jedynie garstka dzielnych ludzi? Odpowiedź jest prosta – obywatele są zmęczeni. Kaczyński ich wyczekał. Protestowali wiele miesięcy, a jedyna świadomość jaka się w tym czasie wykluła, to świadomość tego, że PiS i tak zrobi co będzie chciał. Bezradność, poczucie braku sensu i celu uczestnictwa w ulicznych wystąpieniach. Apatia i rezygnacja aktywnej i świadomej części społeczeństwa – to największy sukces Prawa i Sprawiedliwości.
Partia Kaczyńskiego wkracza w decydującą fazę budowania w Polsce dyktatury w stylu tureckim. Sądy ma już w kieszeni, w tym Sąd Najwyższy, który przyklepuje wynik wyborów. Trybunał Konstytucyjny padł już ponad dwa lata temu. Prokuratura, media publiczne, korzystna ordynacja – wszystko załatwione na cacy. Wkrótce przekonamy się, że w tym kraju nie ma już miejsca na wolne związki zawodowe i protesty pracownicze. Zresztą – sprawa brutalnych represji wobec przewodniczącej związku stewardess i pilotów w LOT już nam to unaoczniła. Lewica przepadnie w wyborach do europarlamentu, bo zmiana zasad przeliczania głosów na mandaty podwyższyła próg wyborczy do ok 15 proc., a więc granicy o przekroczeniu której możemy sobie pomarzyć. Nieciekawy i przygnębiający to pejzaż.
Są jednak tacy, co bawią się świetnie. Łukasz Moll drze łacha z Klementyny Suchanow, tej, którą przedwczoraj po raz piąty za czasów „dobrej zmiany” skończyła skuta kajdankami i poturbowana. Moll nazywa uczestniczkę protestów „jaśnie panią artystką” i zarzuca jej brak aktywności, kiedy neoliberałowie gnoili lud pracujący. „Zachowuje się jak mieszczka, która w 2018 roku, dowiedziała się, że „odbierają nam wolność”. Gdzie była gdy pałowano górników? Ignorowano pielęgniarki? Szykanowano nauczycieli? Terroryzowano rolników w gminach łupkowych? Pacyfikowano KDT? Zamykano huty i stocznie? Nie wpuszczano związkowców do Sejmu? Oszukiwano emerytów ws. OFE pod palmami? Prywatyzowano mieszkania zakładowe?” – stwierdza Moll. Wtóruje mu niejaki Remigiusz Okraska. „W kraju biedy z nędzą, problemów z pracą, śmieciówek, milionowej emigracji zarobkowej, trzydziestoletnich kredytów na byle klitkę, zapaści całych mieścin i regionów w Polsce B, pani artystka bohatersko broni „demokracji” i sądzi, że jest taka arcyodważna” – pisze naczelny Nowego Obywatela. W dalszej części tych żenujących podrygów wychodzi na jaw, że obaj stratedzy walki klasowej nie mają zielonego pojecia kim jest osoba, która stanowi dla nich ucieleśnienie odrealnionej warszawski. Nie wiedzą, że w 2012 roku jako redaktorka „Przekroju”, którego naczelnym był Roman Kurkiewicz, mieszała z błotem wszystkie dogmaty neolibu i występowała w obronie pokrzywdzonych przez kapitalizm. W tym samym okresie Okraska kończył swój flircik z naziolami, a Moll pisywał dla „Zielonych Wiadomości”. Moll z Okraską nie widzą powodu by protestować. Przerzucają się żarcikami o styropianie i dyktaturze. Lud siedzi w domach, więc oni razem z nim gnuśnieją i głupieją solidarnie. A Kaczyński realizuje swoje marzenie o polskim autorytaryzmie.