Nasz przyjaciel listonosz

Oczywiście nie pamiętam jak nazywał się listonosz, którego spotkałem jako pierwszego w swoim życiu. Zaś ten, którego dobrze zapamiętałem z dzieciństwa na pewno nie był pierwszym.

Panowie w uniformach budzili respekt jak u każdego dziecka. Prym wiedli niewątpliwie strażak, kominiarz, ale także elektryk, który co prawda nie miał specjalnego stroju, miał za to raki – nakładane na buty metalowe półobręcze wyposażone w ostre kolce. Dzięki nim, z pomocą specjalnego jeszcze pasa, mógł wdrapywać się na sam wierzchołek drewnianego słupa elektrycznego, aż tam gdzie były umieszczone porcelanowe izolatory, do których mocowano druty wysokiego napięcia. Tak mi imponowała jego praca, że pytany kim chciałbym zostać gdy dorosnę, najczęściej odpowiadałem, iż właśnie takim panem, który wspina się po słupach elektrycznych.

Później nieco zaimponował mi listonosz. Niekoniecznie chciałem nim być w przyszłości, ale w jakimś sensie podziwiałem jego pracę, widząc że jest szanowany przez tych, którym przynosi emeryturę, wszelkiego rodzaju przesyłki pocztowe, dobre i smutne wiadomości, którymi odbiorcy często dzielili się z listonoszem. Ten, który niemal codziennie odwiedzał nasz dom przynosił emeryturę dziadka Witolda i prenumerowaną przez niego prasę; pamiętam nieistniejące już w większości tytuły – Poznaj Świat, Poznaj Swój Kraj, Widnokręgi, Problemy, Świat, Przekrój… Przynosił także sporo listów z kolorowymi znaczkami, w tym od rozrzuconej (w konsekwencji II wojny) po świecie rodziny: Eugenii Korfantowej z USA, Neli Tomaszewskiej z Australii oraz Ireny i Tadeusza Sągajłłów z Londynu. Ci ostatni przysyłali także na każde święta paczuszkę z trudno wówczas w Polsce osiągalnymi delicjami: figi, daktyle, oliwa, czekolada, kawa… Zaś w okolicy Barbórki dziadek otrzymywał życzenia, w których tytułowany był „Szanownym Panem Prezesem” i „Nestorem polskiego górnictwa”.

Ten sam listonosz przyniósł mi przesyłkę z Polskiego Radia, nagrodę w konkursie historycznym dla dzieci. Po 60 latach pamiętam, iż zagadki w tej audycji zadawał Kazimierz Wichniarz, a otrzymana książka to „Szwedzi w Warszawie” Walerego Przyborowskiego.

Nasz pan listonosz bywał zapraszany na herbatę, a w dniu w którym przynosił emeryturę dziadka otrzymywał kilkuzłotową końcówkę z kwoty przekazu. Między listonoszem a moją rodziną wytworzył się rodzaj intymnej relacji, zbudowane zostało zaufanie; on wiedział w równym stopniu co adresaci, od kogo i jak często przychodzą listy, przekazy i innego rodzaju przesyłki. Odbiorcy zaś byli ufni, że listonosz wiedzę tę zatrzymuje dla siebie, bo przecież jeśli kogoś to interesowało, to wiedzę tę mógł posiąść i zapewne posiadał wcześniej. Listonosz był więc i jest nadal dla mnie osobą godną zaufania, godną wejścia w krąg osób bliskich, choć przecież obcych. Z listonoszem, bardziej niż na przykład ze sprzedawczynią w sklepie, czy pracownikami urzędów, wymieniamy się mniej lub bardziej okazjonalnymi wypowiedziami, czy uwagami nie tylko o pogodzie. Wtedy, przed sześćdziesięciu laty, było to więcej – rozmowy o zdrowiu, o rodzinie, choć bardziej listonosza niż naszej. O naszej wiedział on zapewne więcej z kopert, które przynosił, widząc kto do kogo pisał listy. Więcej wiedzy dostarczać mogły kartki pocztowe, z rosyjska zwane otkrytkami. Na kartkach tych, dziś już znacznie rzadziej używanych, treść korespondencji była dostępna dla każdego. Nie twierdzę, że nasz listonosz czytał treść tych kartek, ale nawet mimochodem jakaś część korespondencji, z założenie nie tajonej przecież przez nadawcę, w końcu świadomie wybrał tę formę, mogła być listonoszowi znana.

Tak czy siak, był listonosz kimś w rodzaju niemal domownika, osoby bliskiej, zaufanej, dopuszczanej do pewnych rodzinnych tajemnic, jak choćby wysokość emerytury dziadka, czy częstotliwość otrzymywanych listów zza żelaznej, jeszcze wtedy, kurtyny. A wówczas, sześćdziesiąt lat temu miało to pewne znaczenie. Taki stosunek do listonosza, utrwalony w dzieciństwie, pozostał mi do dziś. Nie chciałbym go zmieniać.

Gdy piszę ten felieton, nie wiem jeszcze w jakiej rzeczywistości znajdę się 10 maja. To niebywałe, że na mniej niż tydzień przed datą wyborów społeczeństwo nie wie nic o tym czy w ogóle i w jakiej konwencji odbędą się wybory. To znaczące, że informację o ewentualnej dymisji rezydenta Pałacu Prezydenckiego, niezależnie od tego czy prawdziwej czy nie, dementuje wicepremier. Pisałem poprzednio, że w praktyce politycznej PiS łamane są nie tylko zasady trójpodziału władzy, ale też zacierane kompetencje pomiędzy poszczególnymi ośrodkami władzy. Wicepremier wystąpił bowiem jako rzecznik prezydenta, lub nawet rzecznik prezesa. No ale skoro zastępuje już Państwową Komisję Wyborczą… I teraz ten właśnie wicepremier ma zadanie zmusić zaprzyjaźnionego pana listonosza by kontrolował on mój stosunek do obowiązków obywatelskich. By wymusił na mnie oczekiwane przez władzę zachowanie wobec naruszanego i manipulowanego prawa wyborczego.

Bądźmy jednak życzliwi dla listonoszy, bo jak wieść niesie, oni akurat nie palą się do pomysłu wykorzystania ich jako pośrednika pomiędzy głosującym a… No właśnie, a kim? Bo do tej pory, głosując zawsze od kiedy nabyłem do tego prawo, wiedziałem do kogo trafi mój głos, kto weźmie do ręki wypełnioną przeze mnie kartę do głosowania. Teraz nie wiem, a podejrzenia są jak najgorsze. Dopóki się ich nie pozbędę, branie udziału w tak przygotowanych wyborach budzi moją głęboką odrazę.

Czy ktoś chroni nasze dane osobowe?

W dniu 2 maja br. posłowie na Sejm RP Hanna Gill-Piątek oraz Marek Rutka, złożyli wniosek o przeprowadzenie kontroli przez Najwyższą Izbę Kontroli w związku z bezczynnością Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Poczta Polska S.A. bez żadnej kontroli organów władzy publicznej otrzymała dostęp do 30 mln bazy rekordów danych PESEL oraz spisy i rejestry wyborców z części gmin. Pomimo wielu interwencji poselskich, w tym opisywanej na łamach „Dziennika Trybuna” interwencji posłanki Lewicy Hanny Gill-Piątek, Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych przejawia kompletną obojętność na ten fakt. Do reakcji nie przekonuje go też ogromne zainteresowanie mediów tematem wyborów i społecznej zaniepokojenie – ludzie zwyczajnie boją się, że ich dane mogłyby wpaść w niepowołane ręce! Spokojnemu przyglądaniu się przygotowaniom do takiego głosowania nie sprzyjają również doniesienia a to o pracowniku firmy kompletującej pakiety wyborcze, który zaraził się koronawirusem, a to o kartach, które w Głogowie wypadły na chodnik i musiała je zbierać policja…

W przekonaniu sejmowej Lewicy prezes UODO w takiej sytuacji powinien stanowczo zabrać głos,, a jednak zwyczajnie chowa głowę w piasek.
– Dlatego też składamy wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o kontrolę działań dotyczących ochrony danych osobowych Polek i Polaków będących w posiadaniu Poczty Polskiej S.A. oraz jej agentów – powiedziała posłanka Hanna Gill-Piątek

Poczta nie jest od wyborów

– Poczta Polska nie ma żadnych ustawowo określonych zadań w realizacji wyborów na urząd Prezydenta RP. Póki nie otrzyma takich uprawnień, samorządowcy mogą spać spokojnie. Postępują słusznie i w niekontrolowany sposób nie udostępniają spisu i rejestru wyborców pracownikom Poczty Polskiej S.A. – dodał poseł Marek Rutka.
W liście do prezesa NIK Mariana Banasia posłowie podkreślają, że powstał już szereg opinii prawnych, w myśl których pozyskiwanie, przetwarzanie i dalsze udostępnianie danych przez Pocztę Polską jest zwyczajnie bezprawne.

Dane osobowe zagrożone?

Posłanka Lewicy Hanna Gill-Piątek wnioskuje do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych o przeprowadzenie kontroli udostępniania i przetwarzania danych osobowych w związku z organizacją wyborów korespondencyjnych.

Do 23 kwietnia 2020 r. włodarze 2477 gmin w Polsce otrzymali żądanie udostępnienia rejestru i spisu wyborców przez Pocztę Polską S.A. na podstawie art. 99 ustawy z dnia 16 kwietnia 2020 r. o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2. Publiczny operator pocztowy otrzyma 30 mln rekordów zawierających dane osobowe wyborców (imię i nazwisko, nr PESEL, adres zamieszkania, data urodzenia). Jest to bez wątpienia jedna z największych baz danych w Polsce. Duża część autorytetów prawniczych stoi na stanowisku, iż żądania Poczty Polskiej S.A. o przekazaniu rejestru i spisy powszechnego wyborców są pozbawione podstaw.

Dane dla każdego

Kto będzie miał dostęp do jednej z największych w Polsce bazy danych? Jak się okazuje, szansę ma każdy. „Agentem pocztowym może zostać każdy przedsiębiorca – osoba fizyczna lub prawna, który zobowiązuje się w ramach umowy agencyjnej do zawierania umów na świadczeniu usług w imieniu Poczty Polskiej S.A.” – za stroną internetową Poczty Polskiej. Dlatego posłanka Lewicy zawnioskowała do prezesa UODO o przeprowadzenie pilnej kontroli.

– Już raz Poczta Polska S.A w podejrzany sposób otrzymała dane osobowe – szczególnie wrażliwe – osób będących w kwarantannie bez żadnej podstawy prawnej – przypomniała Hanna Gill-Piątek. Posłanka razem z grupą innych posłów Lewicy wystosowała w tej sprawie interpelację. – Doręczyciele i pracownicy bezpośrednio stykający się z przesyłkami, którzy jednocześnie mają wgląd do wykazu adresów osób znajdujących się w kwarantannie, mogą łatwo powiązać informacje i de facto mają w ten sposób dostęp do danych wrażliwych. W jaki sposób obywatele są zabezpieczeni przed nadużyciami związanymi z ewentualnym niewłaściwym użyciem tych danych? – czytamy w niej.

Wielki przeciek?

Teraz na cito 30 mln rekordów z danymi Polek i Polaków ma być przesyłanych w plikach tekstowych przez gminy do Poczty Polskiej. Nie wiemy kto ma mieć do nich dostęp, czy są powielane, w jaki sposób są przekazywane podwykonawcom Poczty Polskiej. Instytucje kontrolne państwa prawa abdykowały, dostęp do informacji publicznej został wstrzymany dla mediów i obywateli. Zostało jedynie kilkuset posłów opozycji. Część z nich niestety zajęta jest teraz paktowaniem z Gowinem – stwierdziła posłanka. Gill-Piątek oczekuje, że UODO sprawdzi, jak wygląda przekazywanie danych osobowych agentom pocztowym przez Pocztę Polską S.A. Chodzi wszak o setki podmiotów.

Głosowanie jednak pocztowe

Wybory korespondencyjne zaklepane przez Sejm. Wciąż jednak nie znamy ich dokładnego terminu. A plany Kaczyńskiemu może pokrzyżować zarówno Senat, jak i pocztowcy, którzy, jeśli zdecydują się na strajk, może uniemożliwić przeprowadzenie głosowania.

Za przyjęciem ustawy – z trzema poprawkami PiS – opowiedziało się 230 posłów, 226 było przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu. Projekt poparło 230 posłów PiS. Przeciwko zagłosowały kluby: Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, PSL-Kukiz’15, koło Konfederacji, jeden poseł niezrzeszony oraz dwóch posłów zasiadających w klubie PiS, a wywodzących się z Porozumienia Jarosława Gowina: Wojciech Maksymowicz oraz Michał Wypij. Wstrzymały się od głosu zasiadające w klubie PiS, a wywodzące się z Porozumienia posłanki: Iwona Michałek oraz Magdalena Sroka. W głosowaniu nie wzięli udziału lider Porozumienia Jarosław Gowin, który przez ostatnie dni próbował zbić kapitał polityczny na negowaniu ustawy, oraz poseł KO Krystyna Skowrońska.

Kiedy zatem odbędą się wybory? Konstytucja stanowi, że wybory Prezydenta Rzeczypospolitej zarządza Marszałek Sejmu na dzień przypadający nie wcześniej niż na 100 dni i nie później niż na 75 dni przed upływem kadencji urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej. 100 dni przed upływem kadencji prezydenta wypada we wtorek, 28 kwietnia 2020 r., 75 dni przed upływem kadencji to sobota, 23 maja. Oznacza to, że wybory prezydenckie mogą odbyć się w jedną z niedziel maja: 3, 10, 17.

Teraz ustawa trafi do Senatu, który będzie mieć 30 dni na wniesienie swoich poprawek. Jest niemal pewne, że do ponownego procedowania w Sejmie wróci 7 maja, a więc zaledwie trzy dni przez planowanymi wyborami. W tej sytuacji wątpliwym wydaje się by Poczta Polska zdążyła rozesłać karty do głosowania tak, aby 10 maja znalazły się w skrzynkach wszystkich obywateli. Według litery ustawy, wszystkim uprawnionym do głosowania mają być dostarczone tzw. pakiety wyborcze.

Przegłosowane w Sejmie przepisy zakładają, że wybory prezydenckie w 2020 r. zostaną przeprowadzone wyłącznie w drodze głosowania korespondencyjnego. To samo rozwiązanie będzie miało zastosowanie w drugiej turze wyborów. Głosowanie będzie odbywać się bez przerwy od godziny 6 do godziny 20.

W dniu głosowania wyborcy będą musieli umieścić kopertę z kartą w przygotowanej do tego urnie pocztowej. Gdzie takie skrzynki zostaną ustawione? Nie jest to jeszcze jasne, możliwe, że w czynnych tego dnia sklepach, a więc niewykluczone, że w lokale wyborcze zostaną zamienione Żabki.

Tymczasem wśród pracowników poczty narasta niezadowolenie. Listonosze uważają, że rząd traktuje ich jak „mięso armatnie” i zwracają uwagę na niedostateczny stopnień zabezpieczenia ich przez zarażeniem. W ich szeregach coraz częściej pojawia się postulat przeprowadzenia dzikiego strajku – spontanicznej odmowy pracy w dniu wyborów.

W walce z wirusem Poczta będzie otwierać listy?

Tarcza antykryzysowa, czy raczej antypracownicza, obowiązuje dopiero od niedawna, a rząd już szykuje następną. Sejm zajmie się projektem nowelizacji 59 ustaw, w tym być może da Poczcie Polskiej prawo do otwierania przesyłek.

Do projektu „drugiej tarczy antykryzysowej” dotarły Rzeczpospolita i  Gazeta Wyborcza. Gdy Polki i Polacy spędzali kolejny weekend w warunkach społecznej izolacji, między ministerstwami trwały konsultacje, by na początku tego tygodnia Sejm otrzymał projekty nowelizacji 59 różnych ustaw.

Rząd chciałby m.in. przyznać zasiłek w wysokości 50 proc. płacy minimalnej rolnikom, którzy w związku z epidemią trafili do szpitala, na kwarantannę lub zostali objęci nadzorem epidemiologicznym. Chce również dać możliwość zwolnienia ze składek ZUS przedsiębiorstwom, które zatrudniają do 49 osób, z tym, że zwolnienie miałoby dotyczyć jedynie 9 pracowników. Ponadto do zera ma zostać obniżona stawka VAT na urządzenia elektroniczne dla uczniów i nauczycieli, próbujących w obecnych warunkach wykonywać rozporządzenie MEN o prowadzeniu lekcji na odległość.

Największe kontrowersje budzi jednak pomysł wprowadzenia tzw. przesyłki hybrydowej. Innymi słowy – Poczta Polska miałaby otrzymać prawo (czy wręcz obowiązek) otwierania części korespondencji. Listy z sądów, od komorników, z urzędu skarbowego czy wysyłane w toku postępowań administracyjnych miałyby być otwierane, następnie skanowane i gdy tylko to możliwe – przesyłane do adresatów pocztą elektroniczną. Jeśli nie będzie to możliwe – poczta spakuje pismo do nowej koperty i skieruje do adresata.

Prawo nie miałoby obejmować prywatnej korespondencji, bo teoretycznie przepis ma dotyczyć sytuacji, gdy przepisy przewidują bieg terminów od daty doręczenia pisma. I tak jednak pomysł budzi kontrowersje nawet w rządzie. Tym bardziej, że został sformułowany w czasie, gdy PiS forsuje korespondencyjne głosowanie w wyborach prezydenckich 10 maja. Dotychczasowy prezes Poczty Polskiej Przemysław Sypniewski, któremu wizja pocztowego głosowania wcale się nie podobała, został odwołany i zastąpiony dotychczasowym wiceministrem obrony narodowej Tomaszem Zdzikotem.

W ostatnich tygodniach pocztowcy domagali się nie dodatkowych kompetencji, ale wzmocnienia środków ochronnych w urzędach pocztowych i węzłach ekspedycyjno-rozdzielczych. Z kraju dochodzą kolejne doniesienia o listonoszach, którzy w trakcie wykonywania swoich obowiązków zarazili się koronawirusem, a w placówkach pocztowych brakuje środków dezynfekujących i rękawiczek dla pracowników. O tym, że wybory korespondencyjne 10 maja to absurd, mówi wprost szef OPZZ na poczcie Sławomir Redmer. Część pracowników wzywa nawet do akcji strajkowej.

Prezydent nie pomoże zwolnionemu związkowcowi

Przed świętami związek zawodowy Związkowa Alternatywa starał się zainteresować prezydenta Andrzeja Dudę sprawą Piotra Moniuszki, zwolnionego z pracy na Poczcie Polskiej lidera Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty. Bezskutecznie.

Niby można się było tego spodziewa, ale kolejny dowód na to, jak polskie władze ignorują i problemy pracowników, i sygnały o patologiach w państwowych spółkach, jednak martwi i oburza.
W piśmie, które do kierownictwa ZA dotarło po Bożym Narodzeniu, przeczytać można, że „Kancelaria Prezydenta RP z powagą podchodzi do problemów zgłaszanych przez korespondentów Głowie Państwa”. Niestety, takie zagajenie nie oznaczało, że Andrzej Duda zamierza pochylić się nad związkowcem, którego zwolnienie bez zgody organizacji zakładowej jest co najmniej kontrowersyjne. Kancelaria RP stwierdziła, że prezydent może działać jedynie w ramach swoich konstytucyjnych uprawnień, a sprawy pracownicze do nich nie należą. „Uprzejmie informujemy, że wszystkie decyzje kadrowe (w tym w sprawie dalszego zatrudnienia pracownika) należą do wyłącznej właściwości pracodawców” – pouczono związkowców.

Centrala, do której należy również Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty, przypominała w swoim liście, że prezes Poczty Polskiej nie tylko zignorował stanowisko związku, ale nawet nie zgodził się na rozmowę z Piotrem Moniuszką. Zauważyła także, że jako przyczynę „dyscyplinarki” wręczonej działaczowi wskazuje się jego wpis na Facebooku, w którym sugerował możliwość ogłoszenia przez pocztę upadłości. Tymczasem kilka tygodni później Centrum Analiz Strategicznych również wyraziło obawę o utratę płynności przez spółkę…

– Duda nie miał podobnych wątpliwości, gdy przed końcem procesu ułaskawiał swojego kolegę, Mariusza Kamińskiego albo gdy blokował zaprzysiężenie legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kilka dni temu znalazł też czas, aby spotkać się z Janem Śpiewakiem. Gdy trzeba pomóc zwolnionemu dyscyplinarnie pracownikowi, to nagle okazuje się, że prezydent nic nie może – nie bez rozgoryczenia komentuje sprawę Piotr Szumlewicz, przewodniczący ZA.

Nie tylko prezydent ignoruje sygnały płynące z organizacji pracowniczych. – Pisaliśmy w tej sprawie również do ministra Jacka Sasina, ale spotkaliśmy się z obojętnością. Podobne było stanowisko ministrów odnośnie patologii w Państwowych Portach Lotniczych – również pisali nam, że prawa pracownicze są poza obszarem ich kompetencji. Partia rządząca wraz z prezydentem lekceważy patologie w spółkach skarbu państwa i odsyła nas do sądów, które notabene krytykuje – podsumowuje Piotr Szumlewicz.

Jestem gotowy na długą walkę

Z Piotrem Moniuszką, liderem Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, zrzeszonego w centrali Związkowa Alternatywa, rozmawia Piotr Szumlewicz.

Dwa miesiące temu zostałeś zwolniony dyscyplinarnie przez zarząd Poczty Polskiej SA. Jakie były przyczyny Twojego zwolnienia?

Według treści wręczonego mi wypowiedzenia umowy o pracę, chodziło o wpis na Facebooku dotyczący ewentualnego złożenia przez zarząd Poczty Polskiej wniosku o upadłość. W mojej ocenie, faktyczne i prawdziwe przyczyny są inne, jednak nie chciałbym obecnie wypowiadać się na ten temat z uwagi na mój pozew przeciwko Poczcie złożony do sądu pracy. Mam nadzieję, że w sądzie będzie mi dane poznać prawdziwe przyczyny zwolnienia.

Kilka tygodni temu Centrum Analiz Strategicznych rządu wyraziło obawę o płynność finansową Poczty, wyrażając de facto tę samą opinię, co Ty. Jak zarząd spółki reaguje na kolejne doniesienia o jego złej kondycji? Czy wyrzucenie Ciebie było próbą ukrycia wiedzy o kłopotach firmy?

Informacje, które podało CAS, były mi już wcześniej znane, stąd moja publikacja na profilu facebookowym. W dużej mierze na tych informacjach oparłem swój wpis. Przecież utrata płynności finansowej z automatu wiąże się z upadłością!

Zarząd Poczty Polskiej po moim zwolnieniu z pracy nabrał wody w usta i nawet ze strony spółki brak jakichkolwiek komentarzy, czy podawania informacji o kondycji finansowej firmy. Myślę, że zwolnienie mnie z pracy na Poczcie miało mnie odciąć od bieżącej sytuacji w firmie. Jednak na niewiele to się zda. Kontakty i dojścia do wielu informacji mam nadal. Obecnie trwa zaciskanie pasa, poprzez blokadę zatrudnienia zawieszenie wszelkich niezbędnych inwestycji. Co będzie po nowym roku? Nie wiem. Tym bardziej, że teraz Poczta Polska podlega już pod nowy resort – Ministerstwo Aktywów Państwowych. Nie można wykluczyć zmian w zarządzie firmy.

Jak wyglądają obecnie Twoje relacje z firmą? Wciąż jesteś przewodniczącym WZZPP. Jak Poczta przyjęła decyzję związku, że zostajesz na stanowisku przewodniczącego?

Obecnie nadal działam w WZZPP, pełnię funkcję przewodniczącego, pracuję tak samo jak przed zwolnieniem z pracy. Tu się nic nie zmieniło, prócz tego, że ze ścisłym kierownictwem spółki nie mam bezpośredniego kontaktu. Jako związek utrzymujemy relacje z władzami firmy i naciskamy na wdrażanie rozwiązań dobrych dla pracowników. Zarazem od chwili rozwiązania umowy o pracę ze mną, czyli od 7 października bieżącego roku, mamy mocno pod górkę. Na wiele naszych wystąpień pisemnych nie uzyskujemy żadnych odpowiedzi, nie otrzymujemy szeregu informacji, które są przekazywane wszystkim innym związkom zawodowym, uniemożliwia się mi branie udziału w spotkaniach ze ścisłym kierownictwem firmy, nie wymienia się nam uszkodzonego sprzętu komputerowego. Niemniej, pomimo tych celowych działań ze strony zarządu Poczty, radzimy sobie. Jednak jeśli bojkot naszego związku będzie trwał nadal, to złożymy doniesienie do prokuratury z tytułu utrudniania nam prowadzenia działalności związkowej zgodnie z ustawą o związkach zawodowych. Póki co, dajemy firmie czas na zreflektowanie się.

A jakie są obecnie Wasze główne postulaty?

One się nie zmieniły. Nadal oczekujemy prac nad nowym Zakładowym Układem Zbiorowym Pracy, zlikwidowania dysproporcji płacowych, poprawienia warunków pracy tysięcy pracowników. W tym zakresie nasze postulaty są niezmienne, a my nie zamierzamy się poddawać.

Kilka tygodni temu Poczta wręczyła Ci pismo, zgodnie z którym w ciągu dwóch tygodni miałeś się wyprowadzić z mieszkania, które wynajmowałeś od firmy. Udało się wtedy nagłośnić próbę pozbawienia Cię mieszkania w trybie natychmiastowym. Jak obecnie wygląda ta sprawa? Czy zarząd Poczty wycofał się z wniosku o eksmisję?

Po nagłośnieniu sprawy, nastała dziwna cisza. Nikt z firmy w sprawie mieszkania się ze mną nie kontaktuje, żadnych pism, wezwań, a ja ze swojej strony reguluję na bieżąco wszelkie zobowiązania wynikające z zajmowania mieszkania na warunkach ostatniej umowy. Nie chcę, by mi zarzucono, że zalegam z jakimikolwiek płatnościami.

Od razu po tym, jak zarząd Poczty zwolnił Cię dyscyplinarnie, zgłosiłeś sprawę do sądu. Na jakim etapie jest sprawa sądowa? Kiedy możemy spodziewać się wyroku?

Tydzień po rozwiązaniu umowy o pracę, złożyłem pozew do sądu pracy. Teraz pozostało mi tylko czekać na odpowiedź na pozew ze strony Poczty i wyznaczenie terminu pierwszej sprawy przez sąd. Według mojej wiedzy obecnie sąd pracy we Wrocławiu wyznacza terminy spraw na marzec 2020 r., co nie napawa optymizmem odnośnie szybkiego zakończenia procesu.
Na tyle, na ile znam Pocztę Polską, zrobi ona co tylko będzie w jej mocy, by sprawa sądowa trwała jak najdłużej. Oczywiście chciałbym, by sąd moją sprawę rozpatrzył jak najszybciej i rozstrzygnął przyczyny i okoliczności mojego zwolnienia z pracy. Kiedy to będzie? Z pewnością, nie szybko. Ale jestem gotowy na długą walkę.

Bigos tygodniowy

Po co ta gra pozorów z przeprowadzaniem ustaw przez tzw. parlament? Dlaczego PiS nie rządzi bez osłonek rozporządzeniami rządu? Byłoby prościej, szybciej i bez zarywania nocek. I tak to z czym mamy do czynienia, to już nie jest prawo, bo ono nie polega na tym, że zmienia się je co tydzień pod dowolnym pretekstem. Skoro w trybie ekspresowym wprowadzili tzw. ustawę maturalną, zastępującą uprawnienia rad pedagogicznych uprawnieniami urzędników (niech uczniów klasyfikuje jednoosobowo miejscowy starosta), że tylko oplucie pisowca i księdza jest przestępstwem, a już oplucie niepisowca i nieksiędza nim nie jest. Nic nie stoi na przeszkodzie.

Widok młodego w końcu posła prawicy Bortniczuka, jak z wielkim wysiłkiem walczy z sennością, wywracając białkami oczu, był nie do przecenienia. Paweł Kukiz ostrzegł, że to się kiedyś może źle skończyć, bo wśród posłów są ludzie starsi i niezdrowi. Jak ktoś kojfnie na sali sejmowej w czasie nocnych obrad zaordynowanych przez PiS – to dopiero będzie jazda. Co na to PIP?

Po zakończeniu strajku nauczycieli władza zorganizowała tzw. debatę o edukacji czyli fasadowy show na Stadionie Narodowym przy okrągłym stole. Okrągły stół miał kształt prostokąta, a przykryty białym obrusem z falbaną wyglądał jak stół weselny. Młody Morawiecki, Szydło, Kopcińska, Gowin, Zalewska bardzo słabo skrywali silne znudzenie udziałem w tej fikcji, tej litanii pobożnych życzeń i siedzieli z ponurymi minami. Sama Zalewska milczała jak grób i nie uśmiechała się. Była zamyślona? Może jej myśli krążyły wokół brukselskiego Sikającego Chłopca (Manneken – nomen omen – Pis). Głos zabierało – na ogół, poza nielicznymi wyjątkami – lizusostwo, a wśród niego jeden młodzian, którego wypowiedź składała się głównie z hołdowniczych podziękowań kierowanych m.in. do Młodego Morawieckiego i Zalewskiej. Ciekawe, czy chłopakowi złożono już propozycję?

Natomiast wyśmiewane przez pisowską propagandę lekkie formy nauczycielskiego strajku w postaci amatorskiej twórczości wokalno-muzycznej, fragmentami nawet luzackie i delikatnie kontrkulturowe w treści, podobały mi się. W moich szkolnych czasach nauczycielstwo było, na ogół, bardziej sieriozne i tę zmianę obyczajowo-kulturową w tym środowisku uważam generalnie za pozytywną. Może dzięki nim szkoła coraz mniej będzie przypominać tę z „Ferdydurke” Gombra. A propos sztuki – dyrektor Muzeum Narodowego Miziołek usunął z ekspozycji kobietę z bananem. Nie będzie miziania i seksualizacji na narodowej niwie. Tym bardziej, że banan nie członek, usta nie pochwa, więc poczęcia tam nie ma.

Dobrze, że nawet rządowi nie szafowali nadmiernie argumentem misji nauczycielskiej, bo nic mnie tak nie wpienia, jak gadanie, że wykonawcom misji nie trzeba rzetelnie płacić. Nauczyciel to zawód jak każdy inny. Spróbujcie nie zapłacić hydraulikowi czy stolarzowi. Z miejsca bierzecie w dziób.

Nauczycielski strajk zawieszony do września. Na horyzoncie rysuje się natomiast protest płacowy fizjoterapeutów i Poczty Polskiej. Ten pierwszy to dla władzy pikuś, skoro poradzili sobie z niepełnosprawnymi. Z pocztowcami, którzy chcą połowę tego, co nauczyciele, czyli 500 złotych, nieco trudniej, ale w razie potrzeby do roznoszenia przesyłek można będzie zmobilizować tysiące pisowskich wolontariuszy. PiS da radę.

Natomiast radzę nie wierzyć Schetynie, że gdyby wrócił do władzy, to bez bicia podwyższyłby pensje nauczycielskie o ten tysiąc złotych. Gustlik z „Pancernych” mawiał: „Jedzie mi tu czołg?”. Panie Przewodniczący SLD, być może przyszły współkoalicjancie PO do wyborów jesiennych: nie wątpię, że ma Pan to na uwadze. Zatem „Sława, panie Włodzimierzu” – jak pisał Wyspiański w „Weselu”.

Po zbesztaniu ministra spraw wewnętrznych Brudzińskiego za jego krytyczną ocenę epizodu z biciem Judasza („Odwal się pan, panie Brudziński”), jeden z najgorliwszych funkcjonariuszy szczujni TVPiS Klarenbach został schowany do szafy, nie wiadomo na jak długo. „Dosyć, ile można znosił te połajanki od Żydów!?” – nie, to już nie Klarenbach, to Robert Winnicki, jeden z liderów Konfederacji. Po koleżeńsku wyręczył Klarenbacha, który tego jednak wprost wyrazić się nie odważył. Na – pewnie chwilowej odstawce starszego kolegi – zyskał gorliwy młody, uliczny żołnierz TVPiS, Bartłomiej Graczak, bo to on go teraz zastępuje. Ale kudy Graczakowi do tej charakterystycznej, jowialnej, fajniackiej, „z waszecia za pan brat” swady Klarenbacha. Ot, taki młody, sztywny, przylizany krawaciarz.

Radosław Sikorski to dalece nie jest mój bohater, ale gdy stwierdził: „Reżimowe radio zaprosiło mnie do regionalnej debaty, w której bezstronnym moderatorem ma być p. Michał Rachoń, bezwstydny pisowski propagandysta. Sami sobie debatujcie w takim gronie. Kandyduję między innymi po to, aby kiedyś media publiczne uwolnić od takich kreatur”, to nie mogę nie przyznać mu racji”. Właśnie: „bezwstydny pisowski propagandysta”. Taki jak Klarenbach, Holecka, Świątek i inni.

Doskonali się elokwencja i metaforyka propisowskich propagandystów. W portalu „Do rzeczy” zareagowano na kpinki jednego z tygodników z książki „Utopia europejska”, napisanej przez Krzysztofa Szczerskiego. W owym tygodniku napisano, że z tego pełnego mesjanistycznych bredni wypracowania nacjonalistyczno-klerykalnego „ubaw mieli internauci”. Na to publicysta Sosnowski: „Media są armatami XXI w. Żadne państwo nie pozwoliłby na to, by na jego terytorium buszowało, siało spustoszenie obce, wrogie wojsko”. Witold Gadowski napisał w „karnowskich sieciach”, że „dziś księżowska sutanna coraz częściej staje się rycerską zbroją”.

W Poznaniu odbyła się konwencja PiS. Z entuzjazmem skandowano „Jarosław, Jarosław” i „Mateusz, Mateusz”. Tym razem Wódz obiecywał tylko lepsze proszki do prania, jak u Niemców. Popieram. To się Polsce należy. Także lepsza herbata ekspresowa niż ta sprzedawana u nas, siano bez smaku i zapachu.

Ja tam nic nie wiem w tej sprawie, ale na moje psychologiczne wyczucie (absolwent psychologii 1982) reakcja Kuchcika na rewelacje Wojciecha J. ujawnione przez tygodnik „Nie”, to reakcja człowieka zdrętwiałego ze strachu i zaskoczonego, że to po latach jednak wyszło. Mogę się mylić, ale nie mogę uwolnić się od takiego wrażenia.

I jeszcze o zawieszonym strajku nauczycielskim. Wymiana argumentów między strajkującymi a rządem przypominała grę w „pomidora”. Na kolejne korekty postulatów płacowych, rząd odpowiadał: „pomidor”. Z zamierzchłych czasów pochodzi wierszyk-wyliczanka: „Zupa – pomidorowa, demokracja – ludowa, nie damy – Odry Nysy, Cyrankiewicz – łysy”.

Walka o godność na poczcie

O zmaganiach listonoszy o ludzkie warunki pracy i płacy i o tym, jak kierownictwo Poczty Polskiej stara się ich złamać pozwami sądowymi, roszcząc sobie prawo do nietykalności, Paweł Jaworski (strajk.eu) rozmawia z Jakubem Żaczkiem, działaczem Związku Syndykalistów Polski.

Paweł Jaworski: Poczta Polska ściga cię sądownie. Sugerują nawet, że jesteś zagrożeniem dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa. Naprawdę jesteś taki groźny?
Jakub Żaczek: Też się zastanawiam. Nigdy nie przypuszczałem, że jestem aż tak wpływowy i niebezpieczny. Czytanie aktu oskarżenia Poczty Polskiej jest pewnym zastrzykiem dla ego, choć jest tam oczywiście przesada. Mój wpływ nie był taki, jak zostało to opisane.
To prawda, że [jako Związek Syndykalistów Polski] już od dłuższego czasu interesujemy się tym, co się dzieje na poczcie. Fora elektroniczne na ten temat prowadziliśmy już od 2006 r. Pod postem na temat strajku na Poczcie Polskiej wiele lat wypowiadały się osoby tam pracujące. To jest archiwum zawierające dobre dziesięć lat komentarzy. Od początku było ono cierniem w oku dyrekcji Poczty Polskiej. Przez długi czas starali się dowiedzieć, kto to prowadzi i doprowadzić do zamknięcia strony. Później, kiedy cały ruch społecznościowy przeniósł się z portali na Facebook, powstała znana w branży strona Listonosze Polska. Nagłaśniamy tam problemy występujące na poczcie. Miała też duży wpływ na protesty, które miały miejsce dwa lata temu, na wywalczenie podwyżek – symbolicznych, ale jednak –oraz pewnych ustępstw na polu rozliczania nadgodzin, weryfikację obciążeń listonoszy i ich rejonizacji. To zmiany niewystarczające, dlatego protesty były kontynuowane. Ostatnio był to tzw. tydzień dbałości o swoje zdrowie…

Czyli branie zwolnień L4, jak w przypadku pielęgniarek i pracowników sądowych, policjantów…
Tak, wśród listonoszy zapanowała “grypa gołębi pocztowych” i zmusiła ich do zadbania o swoje zdrowie. Zachęcaliśmy do tego również na stronie Listonosze Polska. Każdy ma prawo myśleć o zdrowiu, dlatego listonosze udali się do lekarza, sprawdzili swój stan zdrowia i odpowiednio zareagowali.
Czemu akurat teraz Poczta Polska wytoczyła ci proces? Przecież twoja aktywność trwa już dwa lata…
To nie jest tak, że dopiero teraz zareagowali. Dwa lata temu zorganizowaliśmy ogólnopolskie protesty pocztowców, m.in. demonstrację w Warszawie, w której uczestniczyło około 2 tys. osób, głównie listonoszy. To dużo, biorąc pod uwagę ogólną liczbę 20 tys. listonoszy w kraju.

Byłem organizatorem tamtej demonstracji. Dyrekcja skierowała wtedy do prokuratury doniesienie o przestępstwie, gdzie przypisywano mi m.in. pomówienie, na podstawie słów, które padły na innej, wcześniejszej demonstracji, organizowanej przez inną osobę. Nie dbali za bardzo o konsekwencję. Nie mieli dowodów na autorstwo wpisów w internecie, które przypisywali mi, a z których wiele było zamieszczanych przez samych listonoszy. Ich pozew został dwukrotnie umorzony przez prokuraturę. Złożyli w końcu prywatny akt oskarżenia. Rok trwała przepychanka między sądami w Śródmieściu i na Mokotowie o właściwość miejscową mojego “przestępstwa” i teraz, 9 kwietnia, w końcu odbędzie się proces.

Co ci konkretnie zarzucają?
Oskarżają mnie głównie o rzekomo nieprawdziwe zarzuty pod adresem kierownictwa. W tego typu procesie ciężar dowodu spoczywa niestety na oskarżonym, więc my musimy udowodnić, że to, co mówiłem, jest prawdą. Z tym nie będzie problemu. Natomiast ktoś z klientów poczty zamieścił w internecie komentarz, że listy są niedoręczone na czas, na co ja odpowiedziałem: “Pogadamy o tym po rewolucji, OK?” Oni to zinterpretowali jako wezwanie do zaprowadzenia krwawych porządków na poczcie. A to był zwykły żart – żadnych gilotyn nie ustawiałem pod zarządem.

Ciekawe w tej sprawie jest to, że związki zawodowe na poczcie nie są zainteresowane losem pocztowców tak jak ZSP…
NSZZ “Solidarność” współpracuje z zarządem Poczty przeciwko pracownikom. Tak było np. w sprawie Klaudiusza Wieczorka (pracownik Poczty Polskiej zwolniony dyscyplinarnie – przyp. red.), gdzie akt oskarżenia przeciwko niemu, autorstwa Poczty Polskiej, zawierał też stwierdzenie, że obraził pocztową “Solidarność”. Dyrekcja wystąpiła w obronie “S”. Na stronie internetowej “S” pojawiają się komentarze, z których wynika, że mają dostęp do akt oskarżenia.

Co dokładnie dyrekcja uznała za pomówienie?
Zarzucaliśmy kierownictwu firmy niewypłacanie nadgodzin, co jest potwierdzone w procesach sądowych przez wielu świadków. Nie ma wystarczającej obsady. Pensje nie rosną tak, jak twierdzi zarząd, który czasem podaje jakieś super optymistyczne dane, z których wynika, że listonosze zarabiają 3-4 tys. zł. To nieprawda, zarabiają niewiele ponad pensję minimalną. Podwyżki pozorne wynikają z właśnie ze wzrostu wynagrodzenia minimalnego, a rzeczywiste to podwyżki o 150 zł, które zostały wywalczone przez protesty plus jednorazowe premie w wysokości kilkuset złotych.

Czy cokolwiek się zmieniło na lepsze?
Nie. Teraz, w wyniku “grypy gołębi pocztowych” inne związki się obudziły i też żądają podwyżek. Protesty trzeba kontynuować, bo listonosze są traktowani źle. Są np. podpisywane umowy z Alibabą na dostarczanie przesyłek komercyjnych. To powoduje, że doręczyciel zamiast nosić listy polecone, taszczy pudełka z butami i nie może się wyrobić ze swoimi normalnymi obowiązkami. Poczta podpisała dodatkowe kontrakty i nie chce się dzielić z pracownikami dodatkowymi zyskami, a także wymusza na nich dodatkową pracę i uniemożliwia im spełnianie ich podstawowych obowiązków, bo tych zadań nie da się wykonać w przewidzianym czasie.

Kierownictwo twierdzi, że to nieprawda?
Tak: że to jest pomówienie i że to my jesteśmy źródłem niezadowolenia wśród pocztowców, bo gdyby nie my, to nie byłoby problemu.

W akcie oskarżenia szeregowi listonosze są traktowani wyłącznie jako ofiary waszej propagandy. Kierownictwo wydaje się twierdzić, że wszystko zostało wymyślone przez was i to wy wmawiacie listonoszom ich niezadowolenie.
To paranoiczna konstrukcja i nie wiem, na ile sama dyrekcja w nią wierzy. Skargi na Pocztę docierały do nas już od 2006 r. Wszystko, o czym mówiliśmy, miało źródło w doniesieniach o konkretnych urzędach, od konkretnych osób. Mamy świadków, wszystko są to pracownicy Poczty Polskiej – aktualni lub byli, bo zdarzały się zwolnienia za działalność pod różnymi pretekstami.
Odbywały się już procesy. Jeden z nich zakończył się ugodą, dwa inne nadal trwają. Żądamy przywrócenia do pracy osób niesłusznie zwolnionych. Jeden pracownik, Zbyszek został już przywrócony do pracy po strajku w 2006 r., ale sądy nie wykazywały się raczej zrozumieniem, więc nie mamy pewności, czy tak samo będzie z innymi.

Dyrekcja zarzuca ci radykalne działania, których jedynym celem jest jakoby wyrządzenie szkody spółce. Poza tym, podobno zagrażasz bezpieczeństwu kraju, bo narażasz Pocztę, która jest w myśl prawa przedsiębiorstwem “o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym”.
To bzdura, bo moją jedyną motywacją jest poprawa warunków pracy pracowników Poczty. Jestem anarchistą, mam określone poglądy, ale czy wykonałem jakieś konkretne radykalne działania zagrażające bezpieczeństwu kraju? Bardzo wątpię. Tak samo nie działałem na szkodę Poczty Polskiej. Tak naprawdę na jej szkodę działa zarząd, odmawiając ludzkiego traktowania pracowników, powodując, że odchodzą z pracy, że nie są w stanie wykonywać obowiązków, że jest ich za mało. Firma, która tak funkcjonuje, nie ma szans na przetrwanie. Zrzucanie winy na pracowników, którzy mówią o tym wprost i chcą poprawy sytuacji, jest stawianiem sprawy na głowie.

Do aktu oskarżenia dołączony jest też raport wewnętrzny Poczty Polskiej sprzed dwóch lat na temat działalności ZSP. Czujecie się inwigilowani?
W tym raporcie była sugestia, żeby naszą sprawę zgłosić do ABW. Dotychczas nikt do mnie nie pukał o piątej nad ranem, więc nie mam pojęcia, czy się mną zajmują. Podejrzewam, że jednak nie. Co do inwigilacji, to wiem już, że każdy wpis na FB może być pretekstem do kolejnej sprawy i często mi się zdarza, że różne firmy i czyściciele kamienic interesują się moimi wpisami. Nasza działalność nie jest tajna. Zmierza ona do egzekwowania uprawnień pracowników, m.in. zaległych pensji, wypłat za nadgodziny. Tak należy rozumieć nadal toczące się sprawy sądowe, m.in. Rafała Czerskiego, który żąda zapłaty. Chodzi nam też o to, żeby w ramach walki o konkretne sprawy pracownicy łączyli się i działali razem, również w ZSP. To miały na celu nasze działania: pomogliśmy im mieć spójne hasła, spójny program, a poza tym rozpoznawalną markę, jaką się stali Listonosze Polska. To wszystko by nie istniało, gdyby nie było potrzeby poprawy sytuacji listonoszy.

Jak możecie być skuteczni, skoro ZSP ani nie ma osobowości prawnej, bo nie ma was w KRS, ani w ogóle nie chcecie tworzyć związków zawodowych?
Nie do końca. Jako ZSP nie jesteśmy zarejestrowani, bo nie widzimy takiej potrzeby, ale mamy inną strukturę widniejącą w KRS, którą posługujemy się jako narzędziem. Przydaje się np. żeby móc reprezentować pracowników w procesach sądowych. Bierzemy też pod uwagę tworzenie takich struktur na poczcie. Być może ogłosimy to w najbliższych miesiącach.

Zarówno ZSP jak i sami listonosze podkreślają, że związki zawodowe na poczcie działają w interesie kierownictwa, więc jaką praktycznie oferujecie im alternatywę?
W polskich warunkach w przedsiębiorstwie takim jak Poczta Polska spór zbiorowy i legalny strajk są praktycznie niemożliwe. Nie jest w stanie go przeprowadzić ani “Solidarność”, ani nikt inny. Główne związki blokują takie rozwiązanie, bo są zblatowane z zarządem. Inne związki w myśl prawa nie są reprezentatywne, więc też go nie mogą rozpocząć. Realna siła przetargowa pracowników jest zależna nie od ich legalnego umocowania, tylko od ich możliwości strajkowych. Braliśmy udział w strajku w szpitalu wojewódzkim w Bełchatowie, gdzie w ciągu jednego dnia 50 kobiet, wcześniej na outsourcingu, wywalczyło umowy o pracę. Było to możliwe, bo następnego dnia szpital miał być już ewakuowany – dyrekcja musiała podjąć taką decyzję. Wszystko zależy od siły nacisku i determinacji.

Czy w okresie od czasu pamiętnej demonstracji pocztowców coś się zmieniło w warunkach pracy i płacy?
Mam informacje, że w okresie od czerwca do sierpnia 2018 r. zostało wypłacone dodatkowe 172 zł netto, była też premia czasowo-jakościowa 210 zł brutto. Gdzieniegdzie zostały wprowadzone płatne nadgodziny i reorganizacja rejonów. To natomiast nie wszędzie zostało uregulowane i nie zatrzymało odchodzących osób. Były więc pewne efekty naszych działań, trudno jednak powiedzieć, że spełniono postulaty.