O polskim „Indianie Jonesie” opowieść

Skojarzenie z bohaterem filmowego cyklu Stevena Spielberga granym przez Harrisona Forda jest zapewne mocno przesadzone, a mimo to nie pozbawione uzasadnienia. Przygody Arkadego Fiedlera nie były aż tak nieprawdopodobne jak tamtego, ale na niektórych fotografiach, polski podróżnik, rosły, męski, w ubraniu i kapeluszu przypominającym przyodziewek amerykańskiego awanturnika, rzeczywiście do złudzenia go przypomina. Gdyby to było choć na jotę prawdopodobne, gotów byłbym przypuścić, że twórca kostiumu dla Indiany Jonesa oglądał fotografie z egzemplarza „Ryb śpiewających w Ukajali”.

Powieści Arkadego Fiedlera sytuowałem w swojej dziecięco-młodzieńczej wyobraźni w jednym, długim szeregu gatunku przygodowo-podróżniczego z powieściami Daniela Defoe, Juliusza Verne, Karola Maya, Roberta Louisa Stevensona, Jamesa Fenimore Coopera, Thomasa Mayne Reida, także z innymi Polakami, Henrykiem Sienkiewiczem („W pustyni i w puszczy”), Alfredem Szklarskim (seria „Tomków”) czy Władysławem Umińskim i wieloma innymi, lepszymi czy słabszymi pisarzami rozmaitych nacji, jak G.H. Kingstone czy również polska, powojenna Nora Szczepańska. Byli to pisarze rozmaitego autoramentu i talentu, ale łączył ich duch przygody i podróży. Nie przepadałem tylko za powieściami Aliny i Czesława Centkiewiczów czy Jamesa Curwooda, dobrych pisarzy, ale zajmujących się tematyką tchnącą… mrozem, śniegiem i lodem, choć akurat „Najdziksze serca” i „Szara wilczyca” tego ostatniego czy „Zew krwi” Jacka Londona bardzo mnie wzruszyły. Generalnie wybrałem jednak klimaty ciepłe, a nawet gorące, z bujną florą i fauną.
Namiętność do egzotycznej, w tym tropikalnej aury powieści Fiedlera sprawiła, że nie wydany w największej liczbie egzemplarzy i będący szkolną lekturą „Dywizjon 303”, lecz „Orinoko”, „Mały Bizon” i „Wyspa Robinsona” były moimi ulubionymi powieściami tego pisarza. Jako że jednak lektury dziecięce i wczesnomłodzieńcze praktykuje się sauté, „na surowo”, bez zabarwienia latami lektur i literacką świadomością, a przy tym na ogół bez zainteresowania postacią autora, więc opowieść biograficzną Piotra Bojarskiego „Fiedler. Głód świata” czytałem odkrywając nieznany mi dotąd ani na jotę krajobraz barwnego życia pisarza, wszystkich jego węzłowych wydarzeń, sprzeczności, blasków i cieni, tajemnic.
Od razu zaznaczę, że czyta się opowieść Bojarskiego znakomicie. Ta szybkość w ocenie naprawdę wynika z faktu, że czytało mi się ją z tzw. „wypiekami na policzkach”. Szczęśliwie nie zastosował autor żadnej nowomodnej metody portretowania postaci.
Metoda ta ma zazwyczaj tę wadę, że na siłę kierując postać ku percepcji współczesnego, zwłaszcza młodego „targetu” czytelniczego, zaciera związki bohatera z epoką, w której żył i tworzył. Bojarski ustrzegł się tej pułapki „uwspółcześniania” postaci i osadził ją zarówno w sytuacyjnym, faktograficznym, jak i w kulturowo-psychologicznym polu epoki. Pierwsza partia książki, poświęcona dzieciństwu i młodości Fiedlera, jest jednocześnie bardzo interesującym portretem jego rodzinnego Poznania z przełomu XIX i XX wieku oraz pierwszych dziesięcioleci II Rzeczypospolitej. W 1914 roku 20-letni Arkady Fiedler został zmobilizowany do armii niemieckiej i znalazł się na froncie francuskim, ale w następnym roku został przeniesiony do Poznania do służby sanitarnej.
Ożywienie nadziei niepodległościowych w 1918 roku sprawiło, że Arkady zaangażował się w działalność Polskiej Organizacji Wojskowej i znalazł się w jej kierownictwie zaboru pruskiego. Wziął też udział w Powstaniu Wielkopolskim i uczestniczył w opanowaniu gmachu Prezydium Policji w Poznaniu. Lata powojenne to czas zawarcia małżeństwa, prowadzenie rodzinnego zakładu chemigraficznego i życie romansowe, które zawsze było ważnym aspektem egzystencji Fiedlera.
W tym też czasie obudziło się w nim marzenie o dalekich, egzotycznych podróżach i wyprawach. Czyni pierwsze, wstępne starania o stworzenie sobie takiej możliwości. Marzy o zobaczeniu kanionu Colorado w USA, ale na razie musi mu wystarczyć podróż nad Dniepr, której owocem jest jego pierwsza publikacja, broszura „Przez wiry i porohy Dniestru” (1926).
Inspirowany reporterskimi książkami Chrostowskiego i Lepeckiego o brazylijskiej Paranie i „Panem Balcerem w Brazylii” Marii Konopnickiej, coraz bardziej obsesyjnie marzy o wyprawie. Udaje mu się to w 1928 roku i we francuskim porcie Hawr wstępuje na pokład statku, który popłynie do Rio de Janeiro. Wrażenia z pierwszego zetknięcia z brazylijskim portem zapisał tak: „Z pierwszego dnia utkwiły mi w pamięci dwa wrażenia: przejmująca woń wilgotnej, rozgrzanej zieleni, uderzająca w nozdrza jak kapryśne perfumy zwariowanej kokoty, oraz widok barwnej chmary kilkuset motyli na niewielkiej, podmokłej polanie wśród palm na przedmieściu stolicy. Miało to posmak surrealizmu”.
W tym fragmencie, jak w soczewce objawia się Fiedler w swoich trzech najważniejszych rolach: zafascynowanego podróżnika, kobieciarza i pisarz-artysty.
Kilka lat później ukazała się książka-owoc tej brazylijskiej wyprawy: „Zwierzęta lasu dziewiczego”. Fiedler wraca do Europy i Polski ogarniętej już kryzysem będącym efektem październikowego krachu na giełdzie nowojorskiej z 1929 roku.
I znów opisuje Bojarski poznańskie życie Arkadego, śmierć nieletniej córeczki, zaangażowanie się w życie kulturalne, w tym kabaretowe Poznania, no i oczywiście niesłabnące życie romansowe młodego mężczyzny. W 1933 roku udał się na wyprawę do Amazonii, a jego regularnie stamtąd wysyłane do prasy korespondencje ułożą się później w książkę „Ryby śpiewają w Ukajali”.
Rządowa „Gazeta Polska” początkowo nie była zainteresowana publikacją relacji z Amazonii. Jednak dzięki wsparciu redaktora naczelnego prorządowego „Dziennika Poznańskiego”, Józefa Winiewicza (przyszłego wiceministra spraw zagranicznych w PRL w rządzie Józefa Cyrankiewicza, w czasach Gomułki) na publikowanie korespondencji Fiedlera decyduje się naczelny „Gazety Polskiej” Ignacy Matuszewski. Popularność korespondencji „znad Amazonii i znad Ukajali” sprawia, że w przyszłości, kolejny redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Bogusław Miedziński zaproponuje Arkademu Fiedlerowi podróż na Madagaskar jako „rekonesans” związany z planami „kolonialnymi” i osiedleńczymi Polski na tej wyspie.
Były to megalomańskie rojenia, obejmujące także m.in. Kamerun, a ich głównym eksponentem była tzw. Liga Morska i Kolonialna, na czele które stał generał Gustaw Orlicz-Dreszer. Poczytność i sława „egzotycznych” korespondencji Fiedlera sprawiła, że stał się on znanym dziennikarzem i „celebrytą”, a Polskę ogarnęła moda na „egzotykę”, „tropiki”, na ciemny kolor skóry.
Znajdowało to odzwierciedlenie m.in. w pojawieniu się mody na opaleniznę, na „egzotyczne” akcenty we wzornictwie odzieżowym i takie też akcesoria w wystroju mieszkań. Motywy „egzotyczne” pojawiały się w filmach (m.in. motywy afrykańskich tańców), a także w reklamie.
Było to pierwsze w polskiej kulturze popularnej tak szerokie otwarcie się na obcość i inność. Nie ominęła też popularności Fiedlera aura humoru. Krążyły zabawne wierszyki („Ile Fiedler miał Murzynek, ile posad miał Rusinek…”, Janusz Minkiewicz, czy „Z krokodylem szuka zwady (…) Któż to? Fiedler to Arkady”). Same zaś „Ryby śpiewają w Ukajali” zostały nominowane do prestiżowego konkursu „Wiadomości Literackich” na najlepszą książkę roku 1935 i rywalizowały z „Solą ziemi” Józefa Wittlina, „Cudzoziemką” Marii Kuncewiczowej i „Granicą” Zofii Nałkowskiej.
Chwilę później Fiedler wyprawia się do „Kanady pachnącej żywicą” i już jako pełnokrwisty „celebryta” bierze udział w dziewiczym rejsie transatlantyku „Batory”, na którym poznaje Monikę Żeromską, córkę twórcy „Popiołów”, młodą aktorkę Irenę Eichlerównę, Andrzeja Struga, Melchiora Wańkowicza i broni się przed intensywnymi amorami ze strony Beli Gelbard znanej też jako Izabela Czajka-Stachowicz, pierwowzór Heli Bertz z „622 upadków Bunga” Witkacego. Przed wybuchem wojny zdołał jeszcze Fiedler wyprawić się na Madagaskar (1937-1938) i na Tahiti (1939), gdzie zastaje go 1 września. Stamtąd przedostaje się do Francji i Anglii, a pobyt w tej ostatniej wiąże się z powierzoną mu przez generała Władysława Sikorskiego misją napisania opowieści na chwałę polskich lotników walczących w bitwie o Anglię w 1940 roku.
„Dywizjon 303” stał się jego najbardziej znaną powieścią i po 1956 roku znalazł się na liście lektur szkolnych w PRL, co było jednym z paradoksów, jako że dywizjon należał do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, przynależnych do formacji ideologicznie wrogiej wobec Polski Ludowej. Z angielską przygodą Fiedlera wiąże się jego konflikt z innym znanym pisarzem zajmującym się czynami polskiego lotnictwa wojskowego, Januszem Meissnerem, autorem m.in. „Żądła Genowefy” i „L jak Lucy”.
By nie uszczknąć czytelnikom nawet odrobiny satysfakcji z tej fascynującej lektury, nie będę ze szczegółami relacjonował zawartości tej barwnie i wartko napisanej książki, której dalsza za część poświęcona jest życiu i perypetiom Arkadego Fiedlera w PRL. Już nie tak malowniczym, ale też bardzo interesującym.
Gorąco rekomenduję tę znakomitą lekturę.
Piotr Bojarski – „Fiedler. Głód świata”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020, str. 432, ISBN 978-83-66431-34-8

Polacy wierzą w kolej

Nie odstraszają nas opóźnienia, awarie, remonty, odwołane połączenia. Stopniowo rośnie liczba podróżnych wybierających PKP.

Nasz dalekobieżny przewoźnik PKP Intercity spodziewa się, że w te wakacje z jego usług skorzysta statystycznie więcej niż co trzeci mieszkaniec Polski (czyli innymi słowy, co najmniej 34 mln rodaków).
Jeśli do tego dojdzie, to tegoroczne lato może być rekordowe pod względem liczby przewiezionych pasażerów oraz zrealizowanej pracy przewozowej.

Chcą jednak jeździć

W ubiegłym roku w okresie wakacji pociągami PKP podróżowało blisko 13,5 mln podróżnych. Spółka przewiduje, że wyniki tegorocznego lata mogą być lepsze. Na jakiej podstawie?
Otóż, jak twierdzą przedstawiciele PKP Intercity, wyniki osiągnięte od początku czerwca 2019 roku pokazują, że podróżowanie pociągami dalekobieżnymi jest coraz popularniejsze.
– Według wstępnych danych, w pierwszych 23 dniach czerwca przewieziono nimi o prawie 6 procent pasażerów więcej niż rok temu. To oznacza, że tendencja wzrostowa w dalszym ciągu się utrzymuje – mówi Marek Chraniuk, prezes zarządu PKP Intercity. Jak widać, nasi podróżni jakoś tolerują spóźnienia, awarie i wyłączenia z ruchu szeregu tras.

Uff, jak gorąco

PKP Intercity w wakacje uruchamiają średnio około 420 pociągów każdego dnia. To około 40 składów więcej niż poza sezonem letnim. W związku z panującymi wysokimi temperaturami, jednym z ważniejszych w tym okresie udogodnień byłaby klimatyzacja. Z nią jednak wciąż jest nie najlepiej. Klimatyzację mają tylko elektryczne zespoły trakcyjne Pendolino, Flirt3 oraz PesaDart. ART. Brakuje jej natomiast w pociągach TLK (Twoich Linii Kolejowych). Należy o tym pamiętać planując wakacyjną podróż.
Wyposażenie w klimatyzację tak szybko się nie poprawi. PKP Intercity obiecuje, że za 4 lata klimatyzacja ma być dostępna w 94 proc. ich taboru. Cóż, zobaczymy.

Mieliśmy marzenie

Przedstawiciele PKP Intercity cieszą się, że w sobotę 29 czerwca pociągiem z Przemyśla do Kijowem swoją podróż odbył milionowy pasażer. Od momentu uruchomienia w 2016 r. połączenia przez Lwów zainteresowanie tym kierunkiem stopniowo rośnie.
Przedstawiciele władzy centralnej oraz PKP Intercity oświadczyli, że starają się przywrócić coraz lepsze połączenia ze Wschodem.
– Myśleliśmy o wielkim transeuropejskim ekspresie na wzór tego, który jeździł od Stambułu aż do stolicy Francji. Ziściło się. Na razie na linii Przemyśl – Kijów – stwierdził marszałek sejmu Marek Kuchciński.
Jak widać, marzenie ziściło się w nader mizernym wymiarze. Przedstawicielom obecnej władzy oraz PKP Intercity warto zaś przypomnieć, że jeszcze nie tak dawno, bo za poprzedników rządu PiS, nasze koleje państwowe zapewniały bezpośrednie połączenia m.in. z Wilnem, Niceą, Paryżem, Warną, Brukselą, Hanowerem a nawet Saratowem. Ech, gdzie te czasy…

15 lat polskiej turystyki w UE

Jak otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.

Okres mojej pracy w Polskiej Organizacji Turystycznej w latach 2002-2005, a wcześniej w Gromadzie i działalności w Polskiej Izbie Turystyki stanowił dla mnie ważne doświadczenie. Należałem do grona osób , którym dane było uczestniczenie w tworzeniu warunków do działalności turystycznej w nowej rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. Korzystaliśmy przy tym z własnych doświadczeń oraz wiedzy i doświadczeń innych krajów europejskich odgrywających dominującą rolę w europejskiej i światowej turystyce.
Dla mnie niezmiernie cenna była wiedza i praktyka nabyta podczas pracy w Ambasadzie (zwłaszcza zajmowanie się problematyką współpracy regionalnej i przygranicznej) oraz spółce Gromady w Berlinie, współpraca z niemieckim samorządem turystycznym, w tym zwłaszcza Deutscher Reiseverband (DRV), czy udział w gremiach kierowniczych międzynarodowych organizacji turystycznych.
Czynnikiem, który niewątpliwie przyspieszył i ułatwił przenoszenie dobrych wzorców na polski rynek turystyczny , było dążenie Polski do członkostwa w Unii Europejskiej i związana z tym konieczność dostosowania polskiego prawa do norm obowiązujących w krajach Unii. Przygotowywaliśmy polską turystykę do funkcjonowania w UE. Realizując program promocji w latach 2003-2004 i ciesząc się ze wzrostu przyjazdów niemal ze wszystkich rynków walczyliśmy o większy budżet, dodatkowe środki niezbędne na promocję. Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, ze mamy korzystną sytuację, dobrą koniunkturę dla polskiej turystyki – mamy „swoje pięć minut” i musimy je maksymalnie wykorzystać, że ten efekt nowości związany z wstępowaniem i członkostwem w UE nie będzie trwał długo . Jeśli nie zrobimy więcej, to „pięć minut” minie i znów nastąpi okres stagnacji czy spadków. Przez promocję można temu przeciwdziałać. Wiedzieliśmy także, że nasi sąsiedzi Czesi, Węgrzy, Rumunii zwiększają środki na promocję turystyki i otwierają nowe ośrodki zagraniczne.
Nie dysponując środkami na przeprowadzenie kampanii reklamowych, stale poszerzaliśmy formy i wprowadzaliśmy nowe narzędzia promocyjne. Bardzo udaną była organizowana jesienią 2003 r. podróż studyjna połączona z workshopem grupy ok. 100 touroperatorów z krajów Unii Europejskiej i Węgier. Wielu z nich było w Polsce po raz pierwszy. Już pierwszego dnia podczas powitalnego lunchu w hotelu Mariott w Warszawie powiedzieli nam o swoim pozytywnym zaskoczeniu Polską i Warszawą – „że Polska to nie Syberia, że Warszawa, lotnisko w Warszawie bardzo im się podobają, że nie sądzili, że będą mogli wymienić pieniądze w bankomatach, że mogą się dodzwonić za pośrednictwem sieci telefonów komórkowych”. Tak daleki był brak wiedzy o naszym kraju – to były opinie organizatorów turystyki z Belgii, Wielkiej Brytanii, a nawet Niemiec. Byli zachwyceni koncertem „Mazowsza” z niezapomnianym „furmanem” – Stanisławem Jopkiem, duże wrażenie wywarła na nich wizyta w Parlamencie i otwarte spotkanie z ówczesnym marszałkiem Senatu – prof. Longinem Pastusiakiem. Dążąc do pokazania tej części Polski , której nie znają zabraliśmy ich na Podlasie do „Dworku nad Łąkami”. Była regionalna biesiada, a następnie przy wspaniałej pogodzie typowej dla „złotej polskiej jesieni” w malowniczej scenerii ,pełen przygód, radości i śmiechu spływ kajakami po Narwi.
Promocja naszej oferty – w tym szczególnie polskich uzdrowisk – w berlińskim centrum handlowym „Pod Arkadami” wiosną 2004 r. przyciągnęła 1,3 mln osób. Otwierałem ją wspólnie z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem Cimoszewiczem. Zainteresowanie gości niemieckich naszą wystawą i ta forma promocji wywarły duże wrażenie na ministrze. Wykorzystałem nadarzającą się okazję do poskarżenia się i interwencji w kwestii przedłużającej się akceptacji przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów przyznanej POT kwoty 3,2 mln złotych z rezerwy celowej na dodatkowe zadania promocyjne związane z członkostwem Polaki w UE. Minister poprosił o notatkę i sprawa wkrótce została załatwiona.
Otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.
Spektakularnym tego wyrazem była promocja naszych atrakcji turystycznych i regionów w Brukseli w dni bezpośrednio poprzedzające wstąpienie i po wstąpieniu (zorganizowana przy dużym zaangażowaniu i dzięki dobrym kontaktom ówczesnego dyrektora POIT – Krzysztofa Turowskiego), w tym koncert, który organizowaliśmy w centralnym punkcie w Brukseli na Grand Place w wieczór i noc 30.04./1.05.2004 r. z udziałem naszych gwiazd: Andrzeja Sikorowskiego z córką, Natalii Kukulskiej z zespołem oraz zespołu „Blue Cafe”, dla którego miał to być występ promocyjny i szlif przed festiwalem Eurowizji. Ta noc, kiedy zegar wybił punktualnie godz. 24.00 w nocy na wypełnionym wielojęzyczną publicznością centralnym placu w stolicy europejskiej była dla nas niezapomniana, w jednym momencie staliśmy się i poczuliśmy się Europejczykami. To była polska noc w Brukseli. Scenografię tego koncertu przygotowywał wspaniały Marek Grabowski z Krakowa z firmą „Mała Wytwórnia Wielkich Snów – Maxmedia Group”. Następnie miał miejsce Koncert Galowy adresowany przede wszystkim do elit europejskich w wykonaniu fantastycznych Małgorzaty Walewskiej i Michała Bajora z udziałem polskich ambasadorów Marka Greli w Unii Europejskiej i Iwo Byczewskiego w Królestwie Belgii.
Byliśmy w tych momentach i szczęśliwi i dumni.
Ale w czasie pobytu w Belgii miały miejsce i zabawne momenty i nowe zaskakujące „doświadczenia europejskie”.
Nowe doświadczenie europejskie zdobywaliśmy w czasie pobytu w czterogwiazdkowym hotelu Mariott, w którym mieszkaliśmy w Brukseli. Ponieważ po koncercie galowym wróciliśmy późną nocą do hotelu, następnego dnia na śniadanie, które było wydawane do godz. 10.00 rano udałem się, podobnie jak większość polskiej ekipy ok. godz. 9.40. Okazało się, ze do konsumpcji ze „szwedzkiego stołu” pozostało zaledwie kilka plasterków sera i podrzędnej kiełbasy oraz kilka jabłek. Zaskoczony i ja i pozostałe osoby z Polski, wiedzieliśmy bowiem jak wygląda prawdziwy „szwedzki stół” w Polsce, skromnie zaczęliśmy konsumować to, co pozostało. Ale ok. godz. 9.55 przyszła na śniadanie Małgorzata Walewska, kiedy na „szwedzkim stole” pozostały już tylko dwa jabłka i w sposób zdecydowany upomniała się u obsługujących kelnerów o przysługujące jej i innym gościom hotelowym z Polski śniadanie. Przy okazji poinformowała ich, że w Polsce , która dopiero wstąpiła do Unii Europejskiej, „szwedzki stół” w hotelu określonej kategorii wygląda zupełnie inaczej, jest tak samo obfity przez cały okres wydawania śniadania i podobna sytuacja w czterogwiazdkowym hotelu jest nie do pomyślenia. Oczywiście, reakcja na taką reklamację polskiej gwiazdy była natychmiastowa i dzięki temu wszyscy nieco zszokowani, ale zadowoleni zjedliśmy wraz z Małgorzatą Walewską prawdziwe śniadanie.
Cechą niewątpliwie wyróżniającą ten okres kształtowania nowej turystycznej rzeczywistości była harmonijna, czasami wręcz entuzjastyczna współpraca centralnych i terenowych organów władzy państwowej z powstającymi i działającymi organizacjami samorządu turystycznego. Każda ze stron miała na względzie przede wszystkim szeroko rozumiany interes polskiej turystyki, nie gubiąc z pola widzenia, rzadko z nim kolidującego, interesu własnego. Wprowadzane w życie rozwiązania organizacyjne i prawne były wypracowywane w drodze spotkań , sporów i dyskusji branży ze stroną rządową. Przy czym nadrzędnym celem był interes polskiej turystyki, branży turystycznej i w imię realizacji, czy obrony tego celu byliśmy gotowi na wszystko, nie zważając na to, czy to się podoba opcji politycznej sprawującej władzę, czy też nie i pracując w agendzie rządowej jaką była POT, poniesiemy za to konsekwencje osobiste. Posłużę się przy tym dwoma przykładami.
Dzięki takiej postawie udało nam się obronić samodzielność Polskiej Organizacji Turystycznej, nie dopuszczając do realizacji projektu ówczesnego v-ce premiera Jerzego Hausnera połączenia POT z PAIZ-em i utworzenia jednej agencji promocji gospodarczej. Uważaliśmy takie rozwiązanie za błędne , niezgodne ze standardami europejskimi , szkodliwe dla promocji turystycznej.
Przygotowany wówczas przeze mnie materiał broniący POT i podkreślający znaczenie narodowych organizacji turystycznych w ponad 100 krajach świata był wykorzystywany także przy kolejnym „zamachu na POT” w latach 2006-2007. Ale byliśmy wyczuleni także na to, aby wprowadzane rozwiązania unijne nie szkodziły polskiej turystyce. Takim działaniem było niedopuszczenie do bezkrytycznej implementacji przez polski rząd dyrektywy 77 UE ws. podatku VAT( od całości obrotu, a nie od marży) w turystyce przyjazdowej do Polski, co spowodowałoby, że polska oferta przestałaby być konkurencyjna wobec oferty innych krajów europejskich. Ministerstwo Finansów argumentowało takie stanowisko tym, ze dla Polski priorytetem jest członkostwo w Unii Europejskiej, dlatego będzie implementować tę dyrektywę. Na szczęście do tego nie doszło, po prostu nie pozwoliliśmy na to. Będąc przekonanymi do swych racji i broniąc obu wyżej wymienionych kwestii byliśmy gotowi na wszystko. Dla sprawy tej pozyskaliśmy partie będące wówczas w opozycji – Samoobronę i PSL.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy 15 lat naszego członkostwa na korzyści, które osiągnęła polska turystyka dzięki obecności w UE, warto przypomnieć nazwiska osób (z pewnością nie wszystkie za co przepraszam)z którymi współpracując i działając w tym okresie w polskiej turystyce wprowadzaliśmy ją do Unii Europejskiej: Andrzej Kozłowski, Katarzyna Sobierajska, Rafał Szmytke, dr Jerzy Walasek, Zbigniew Kowal, Andrzej Saja, dr hab. Michał Słoniewski, Jan Korsak, Franciszek Ciemny, Tadeusz Milik, Józef Ratajski, Stanisław Piśko, Kazimierz Kowalski, Jan Błoński, Waldemar Błaszczuk, Jerzy Szegidewicz, prof. dr hab. Aleksander Ronikier, Barbara Tutak, Magdalena Krucz, Anna Maciąga, Dorota Zadrożna, Jacek Janowski, Sławomir Wróblewski, Irena Sokołowska, Marek Szczepański, Wojciech Kodłubański. Nie do przecenienia były tu także zaangażowanie i kreatywność dyrektorów ośrodków zagranicznych.

Podniebny szał

Marszałka Kuchcińskiego. Kto by nie chciał lecieć na weekend na Podkarpacie… odrzutowcem.

40 tys. zł – tyle według „Faktu” kosztowała podróż Marszałka Kuchcińskiego do Rzeszowa rządowym odrzutowcem, Gulfstream G550. Na pokład zabrał przy okazji dwoje partyjnych kolegów: posłankę Krystynę Wróblewską i posła Stanisława Piotrowicza. Opozycja nie ma wątpliwości: mamy do czynienia z aerotaxi!
Internauci natomiast zwracają uwagę na cnoty takie jak skromność, umiar, służba państwu i wyborcom. Leżą one dość daleko od wykorzystystywania maszyn dla VIP-ów na wyjazd do remizy. Bo tam właśnie zdążała posłanka Wróblewska na spotkanie z samorządowcami z Lipia spod Rzeszowa. Jak podała WP, „przy herbatnikach, butelce napoju i wodzie mineralnej dyskutowano o dużym natężeniu ruchu samochodowego we wsi”.
Cały Facebook i Twitter oszalały, kiedy posłanka wrzuciła do społecznościówki pamiątkowe zdjęcie z Gulfstreama. Ponieważ celu swojej wizyty marszałek Kuchciński nie chciał zdradzić, a na jego stronie nie znaleziono żadnych informacji o eventach z jego udziałem w okolicy Rzeszowa – Wirtualna Polska zrobiła swoje śledztwo. I redaktorom wyszło, że nawet nie jeden, ale dwa odrzutowce brały udział w głośnej wyprawie!
Informację tę potwierdził suweren: miłośnicy fotografowania samolotów, czatujący pod lotniskiem w Rzeszowie. Okazało się, że jeden samolot wrócił do Warszawy, a drugi skoczył jeszcze na chwilkę do Wrocławia.
Koszty podróży mogły sięgnąć nawet 100 tys. zł.
Natomiast Centrum Informacyjne Sejmu podało w oficjalnym oświadczeniu, że była to podróż służbowa – i że w zasadzie o co wam pismaki chodzi, w końcu podróż odrzutowcem do remizy „jest to najbezpieczniejszy i najkorzystniejszy logistycznie sposób na pogodzenie licznych obowiązków drugiej osoby w państwie”.
Od połowy 2017 r. odrzutowce Gulfstream 550 są do dyspozycji prezydenta, premiera i marszałków Sejmu i Senatu.
„W niemal każdej podróży służbowej Marszałkowi Sejmu towarzyszą reprezentanci Izby, pracownicy Kancelarii Sejmu oraz funkcjonariusze Służby Ochrony Państwa. Takie rozwiązania nie wpływają na koszt przelotu, a umożliwiają sprawną realizację programu” – upierało się Centrum Informacyjne. Ale sama posłanka Wróblewska nie była tak pewna siebie. Szybko usunęła zdjęcia z Facebooka, gdyż, jak stwierdziła, „padła ofiarą hejtu, a nic złego nie zrobiła”.
Nikomu nie chodzi o to, czy Kuchciński oszczędził, zabierając kolegów czy koleżanki na pokład – czy wręcz przeciwnie. Powstaje pytanie, czy wybór akurat takiego środka transportu w ogóle był adekwatny w momencie, gdy w zasadzie nie wiemy, po co marszałek udał się w rodzinne strony i czy na pewno służbowo.