Ktoś podsłuchiwał prezesa PZPN

W siedzibie PZPN, a konkretnie w gabinecie prezesa Cezarego Kuleszy, odkryto podsłuch. Urządzenie odkryto w piątek podczas kontroli przeprowadzonej przez firmę zewnętrzną. Znajdowało się w obudowie grzejnika i było aktywne. Wezwano policję, która wszczęła dochodzenie, ale z wstępnych ustaleń wynika, że znalezienie sprawcy nie będzie łatwe.

Gwoli przypomnienia – Cezary Kulesza jest prezesem PZPN od 18 sierpnia tego roku. Zastąpił na tym stanowisku Zbigniewa Bońka, który zgodnie z polskim prawem po odbyciu dwóch kadencji nie mógł już ponownie ubiegać się o reelekcję. W wyborczych szrankach Kulesza pokonał Marka Koźmińskiego. Podsłuch w jego gabinecie zapewne nie zostałby wykryty, gdyby nie zlecono kontroli stanu bezpieczeństwa siedziby związku mieszczącej się w Warszawie w biurowcu przy ulicy Bitwy Warszawskiej. Podsłuch typu radiowego zasilany na baterie miał zasięg do 700 metrów i był aktywny, co zdaniem ekspertów oznacza, że musiał zostać zainstalowany najwyżej kilka tygodni temu. Wkrótce po ujawnieniu tej informacji PZPN wydał w tej sprawie oświadczenie. „W piątek, 8 października 2021 roku w godzinach wieczornych, podczas rutynowej kontroli w biurze prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej Cezarego Kuleszy, wykryte zostało urządzenie podsłuchowe. Sprawa została przekazana odpowiednim organom, które zabezpieczyły ślady i rozpoczęły dalsze czynności. O sprawie będziemy informować w kolejnych komunikatach”.
„Zleciłem zewnętrznej firmie sprawdzenie pomieszczeń PZPN pod kątem urządzeń podsłuchowych. Nie miałem żadnych podejrzeń. To było rutynowe działanie. Na początku sprawdzono mój gabinet i okazało się, że ktoś założył podsłuch. Nie mam pojęcia kto za tym stoi, ale na pewno nie spodziewałem się, że coś zostanie znalezione. Na tę chwilę nie wiem czy to jedyny taki aparat w siedzibie związku, bo reszta biur na razie nie została przeszukana. Czuję się zawsze bezpiecznie, bo nic takiego co robię nie sprawia, że mógłbym się obawiać podsłuchów. Ale to przykre, że w moim gabinecie po półtora miesiąca mojej prezesury coś takiego znajdujemy. Nie obwiniam nikogo, nie oskarżam. Nie wiem kto chciał mnie podsłuchiwać. W biurze prowadzimy rozmowy, czasem typowo męskie, ale nie mamy nic do ukrycia. Nie jesteśmy jako związek uwikłani w żadne niejasne sprawy, na nikim z nas nie ciążą podejrzenia o przestępstwo, więc nie mamy nic do ukrycia i nie mam też podejrzeń, kto mógł to zrobić. Policja prowadzi dochodzenie i spokojnie czekam na jego wynik” – powiedział mediom prezes Kulesza.
Według ustaleń portalu Interia.pl podsłuch znaleziono podczas rutynowej kontroli gabinetu, która została zlecona zewnętrznej firmie. Kontrola została przeprowadzona w piątek w godzinach wieczornych i nocnych, po tym jak pracownicy PZPN skończyli pracę i udali się na weekend. Funkcjonariusze policji pojawili się w siedzibie PZPN w sobotę w godzinach porannych. Przesłuchano obecnych w biurze pracowników, m.in. dyrektora biura zarządu PZPN Piotra Szefera.
Podsłuch wykryto skanując częstotliwości radiowe emitowane w jego gabinecie. W ten sposób trafiono na nadajnik pracujący na częstotliwości 418 Mhz, działający ze stabilizacją kwarcową. Dźwięk jest nadawany drogą radiową. Teraz bardziej popularne są nowocześniejsze nadajniki wyposażone w kartę SIM, nadające z pomocą technologii GSM, lecz nadajnik radiowy ma tę przewagę, że zagłuszarka sygnału na sygnał nadawany drogą radiową nie wpływa.
Urządzenie znalezione u prezesa PZPN miało krótką antenę, przełącznik on/off i było zasilane trzema bateriami AA, więc przy takiej konfiguracji sprzętu nie można podsłuchu wyłączyć zdalnie, musi zatem pracować w trybie ciągłym aż do wyczerpania baterii, zatem w praktyce jego maksymalny czas pracy nie jest dłuższy jak miesiąc. Zasięg, z którego można było odbierać dźwięki nagrane w gabinecie prezesa PZPN, eksperci oceniają od 200 do 1500 metrów. Nie trzeba jednak tkwić przy odbiorniku w tej odległości. Żeby wiedzieć co mówiono w podsłuchiwanym gabinecie, wystarczyło w okolicy, na zewnątrz lub wewnątrz budynku, umieścić dyktafon podłączony do odbiornika i nagrać wszystko, co podczas podsłuchu przekazał nadajnik. Eksperci podkreślali jednak zgodnie, iż namierzenie odbiorcy nagrań będzie praktycznie niemożliwe, jeśli w nadajniku nie było karty SIM, a wszystko na to wskazuje, nie takowej w nim nie było. „Pluskwa” w gabinecie Kuleszy to amatorska zabawka, którą można kupić w wyspecjalizowanych w sprzedaży takich gadżetów sklepach za kilkaset złotych. Ale już nadajnik z zasięgiem do 1500 metrów, odbiornikiem i dyktafonem może kosztować do dwóch tysięcy złotych, co dla zarabiający po kilkanaście i więcej tysięcy złotych pracowników PZPN nie jest wydatkiem ponad stan. A ewidentnie sprawa wygląda na próbę znalezienia jakichś „haków” na Kuleszę i jego najbliższych
współpracowników.