Złote myśli Witolda Modzelewskiego

„Nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie, dlacze­go istotna część polskiej klasy politycznej i mediów z uporem godnym lepszej sprawy głosi na co dzień obowiązek nienawiści do Rosji i wszystkiego, co ro­syjskie. Stanowi to unikatowy przypadek nie tylko we współczesnym świecie, lecz również w naszej polskiej przeszłości”.

W ubiegłym, 2020 roku, ukazała się kolejna książka profesora Witolda Modzelewskiego z serii „Polska-Rosja” – z podtytułem: „Cud nad Wisłą – zwycięstwo zapowiadające katastrofę”. Jest to zbiór prawie pół setki felietonów dotyczących relacji polsko-rosyjskich w szerokim diapazonie czasowym – od wieku XIX po współczesność. Na ponad trzystu stronach książki Autor odnosi się do wielu aspektów relacji z naszym wschodnim sąsiadem. Politycznych, kulturowych i gospodarczych. Nowatorsko podchodzi do procesów historycznych wyjaśniając przyczyny konfliktów między naszymi narodami, upatrując je w grze interesów także narodów trzecich i obcych mocarstw – Anglii, Niemiec, Francji, USA, Turcji i innych. Analizuje przyczyny rusofobii w Polsce i wyjaśnia, jakie kraje stymulują ją po dziś dzień. Polska i Rosja nie mają wobec siebie żadnych roszczeń (terytorialnych ani finansowych), nasze gospodarki idealnie się uzupełniają, my moglibyśmy wysyłać tam ogromne ilości artykułów spożywczych i przemysłowych, jak to było w przeszłości – nabywając bezpośrednio i z bliskiej odległość rurociągami surowce, szczególnie te najbardziej strategiczne: gaz i ropę. Tylko czy wpisuje się to w niemiecki plan Mitteleuropy? Niemcy wolą sami nabywać rosyjskie surowce, odsprzedając je ze swoim zyskiem Polsce. A nasz kraj ma być rynkiem zbytu niemieckiego przemysłu maszynowego, źródłem taniej siły roboczej. Inne cele sponsorowania rusofobii w Polsce mają Stany Zjednoczone: im zależy na sprzedaży uzbrojenia do Polski, jak największych ilości samolotów, czołgów, rakiet itp. – bo na uzbrojeniu zarabia się najwięcej. A po to, by Polacy nabywali ogromne ilości broni w USA – muszą być zastraszani „rosyjskim agresorem”, który chce Polsce odebrać Hajnówkę i Supraśl.
Profesor Modzelewski wiele uwagi poświęca także krajom postradzieckim, które w przeszłości należały do Rzeczypospolitej. Analizuje w ciekawy sposób stosunek tych krajów, ich ludności i władz zarówno do Polski – jak i Rosji.
Książkę tę czytałem z ołówkiem w ręku. Jest ona bowiem pełna „złotych myśli”, bardzo celnych sformułowań, wniosków. Zebrałem je w całość, pogrupowałem – i zamiast opisywać – pozwolę sobie te cytaty zamieścić poniżej. Wybrałem je subiektywnie z różnych części książki, zupełnie nie kierując się kolejnością ich „wystąpienia”. I jestem przekonany, że po zapoznaniu się z tymi perełkami sięgniecie Państwo zarówno po tę pozycję, jak i poprzednie oraz kolejne z serii „Polska-Rosja” profesora Witolda Modzelewskiego.
Zapraszam zatem do lektury, a poniżej zebrane przeze mnie „złote myśli” Autora:
„Nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie, dlacze­go istotna część polskiej klasy politycznej i mediów z uporem godnym lepszej sprawy głosi na co dzień obowiązek nienawiści do Rosji i wszystkiego, co ro­syjskie. Stanowi to unikatowy przypadek nie tylko we współczesnym świecie, lecz również w naszej polskiej przeszłości”. (…)
(Po I wojnie) prowadzili­śmy beznadziejny i ostatecznie przegrany spór o ziemie położone między etniczną Polską a historycz­ną Rosją, czyli – jak kto woli – o „Kresy Wschodnie” albo o Białoruś, Ukrainę i Litwę, co mogło uzasadniać wzajemną niechęć lub wrogość. Dziś ten problem jest tylko zamkniętą raz na zawsze przeszłością, obie strony tego sporu przegrały go na rzecz nowych państw, które z istoty są zarówno antypolskie, jak i antyrosyjskie, ale jednocześnie są zaspokojone w swoich ambicjach terytorialnych. Co je łączy? Tylko jedno: obawa przed rewizjonizmem politycznym, a nawet terytorialnym dwóch (a nie tylko jednego) są­siadów – ze wschodu i zachodu, czyli również na­szych, o czym nie chcemy mówić.
Po co więc zużywamy się w bezsensownej nar­racji antyrosyjskiej i pilnujemy, aby nikt nie skorzystał z prawa do zdania odrębnego? Odpowiedź jest tylko jedna: komuś jest to potrzebne i ma ogromny wpływ na naszą oficjalną ideologię oraz jej przekaz. Aby go zidentyfikować, trzeba zrozumieć polski interes ge­ostrategiczny ostatnich dwustu lat. Faktyczną niepod­ległość uzyskuje się wtedy, gdy jest się państwem bogatym, silnym ekonomicznie i niezależnym gospo­darczo. Raz w historii udało się nam wejść na wyżyny światowego rozwoju – były to czasy ostatniego pięć­dziesięciolecia Kongresówki (lata 1865–1914), gdy rozwijał się w nieznanej w ówczesnych (i później­szych) czasach skali prywatny przemysł, a rosyjski rynek zbytu uczynił nas jednym z najbogatszych re­gionów świata. To wtedy wybudowano na tzw. suro­wym korzeniu wielkie miasta, setki tysięcy nowych budynków, w tym wiele bogatych kamienic i tysiące fabryk, tworzących istniejącą do dziś tkankę miejską centralnej Polski. (…)
Rozwój przemysłu, bezprecedensowy wzrost bogactwa i urbanizacja szły w parze z eksplozją de­mograficzną, co wzbudziło strach u polityków berliń­skich. (…)
W ciągu ostatnich trzydziestu lat mógłby się powtórzyć fenomen rozwoju polskiego przemysłu, bo nie ma już Związku Radzieckiego, rynek rosyjski jest chłonny, a polski przemysł mógłby osiągnąć taki sukces jak przed ponad stu laty mimo zniszczeń spo­wodowanych przez tzw. reformy Balcerowicza. Bo­gactwo daje siłę i niezależność. Byłoby to jednak sprzeczne z wizją naszego miejsca w Mitteleuropie jako nieważnego zaplecza, podporządkowanego in­teresom niemieckiej gospodarki. Trzeba więc cały czas psuć relacje polityczne między Polską a Rosją, odstra­szać polskich eksporterów od tego rynku, bo stanowi on dużo korzystniejszą alternatywę wobec roli pod­wykonawcy niemieckich zleceń. Stąd brednie o „ro­syjskiej agresji”, stanie „wojny hybrydowej”, w któ­rym (jakoby) jesteśmy z Rosją. Biznes nie lubi poli­tycznych kłótni. Na czyjeś (czyje?) życzenie wyelimi­nowano nas z tego rynku (nawet owoców), a jednocześnie pozostaliśmy odbiorcą rosyjskich surow­ców (ropy naftowej, gazu ziemnego, a ostatnio rów­nież węgla).
Ktoś dużo zainwestował w naszą rusofobię i jest to zapewne dla niego bardzo opłacalne. Pytaniem, na które nie znam odpowiedzi, jest to, kto tu odgrywa rolę pożytecznego idioty, a kto jest świadomym wy­konawcą tego zadania.
(…) Zrodził się polski, ale czy „prawdziwy kapitalizm”? Dopóki będzie otoczony przez zagraniczne i w większości wrogie „insty­tucje finansowe”, a zwłaszcza banki, będzie to bardzo trudne. Jedyną naszą wielką szansą było zdobycie rynków wschodnich, a przede wszystkim rosyjskiego, bo na zachodnim nikt nie pozwoli nam urosnąć do zbyt dużych rozmiarów. To wtedy nasi „partnerzy strategiczni” narzucili nam antyrosyjską retorykę i udział w sankcjach ekonomicznych, które na wiele lat wyeliminowały nas z tamtego rynku.
Nasz kapitalizm nie jest „okropny”, tylko zależ­ny. Gdy miejscowi, tzw. „nietransformacyjni” kapita­liści dostatecznie się wzbogacą, a państwo na rozkaz „zagranicznych inwestorów” nie będzie ich niszczyć, to mamy szansę wybić się na niepodległość i zakoń­czyć okres postkolonialny. Kapitalizm bez kapitału jest ustrojem patologicznym.
Zacznijmy od języka („narracji”), którym posłu­guje się polska polityka wschodnia. Jest to wrogi, podniecony język, wypełniony bez przerwy ostrzeżeniami przed „rosyjską agresją” lub „zagroże­niem rosyjskim”. Nie ma w nim czegokolwiek, co zasługiwałoby na miano tradycyjnie pojmowanej „polityki” w realiach międzynarodowych. Nie wia­domo również, do kogo adresowane są oświadczenia o „rosyjskim zagrożeniu”, „groźbie wojny hybrydo­wej”, „zielonych ludzikach” i „agresywnych zamia­rach Putina”. Mam wrażenie, że wszystkie te słowa służą tylko temu, aby je wypowiedzieć, i nie sięgajmy wyobraźnią dalej, a przede wszystkim nie wiemy, jaki mają wywołać skutek. Chyba jest on zupełnie nieważ­ny. Nie oczekujemy reakcji, akceptacji, a nawet pole­miki. Powiedzieliśmy swoje i już. Przyjęliśmy rolę osamotnionej Kasandry, której zupełnie nie obchodzi to, czy ktoś w ogóle słucha jej głosu.
Jeżeli dobrze rozumiem wizję nieszczęść, które czekają ten region świata, to namalowano ją w sposób następujący:
− Rosja po „agresji na Gruzję”, „aneksji Krymu” i „wschodniej Ukrainy” nie zatrzyma się w swoich apetytach, przez co zagraża (czym? Kolejną aneksją?) państwom bałtyckim, a nawet Polsce;
− my „nie oddamy ani guzika”, musimy budować swój arsenał, kupując od Stanów Zjednoczonych drogie uzbrojenie, a przede wszystkim umac­niać „wschodnią flankę NATO” (przeciw Rosji);
− sami nie umiemy się obronić (dlaczego?), ko­nieczne jest więc wprowadzenie na nasze tery­torium obcych wojsk, dlatego zabiegamy usilnie o stałą obecność wojsk państw NATO, najlepiej amerykańskich i brytyjskich, a nawet niemiec­kich, choć one już są obecne na naszych poligo­nach i trwale stacjonują na terytorium państw bałtyckich, co w świadomości (większości) Po­laków rodzi raczej złe skojarzenia;
− naszą rolą jest „mobilizowanie” światowej opi­nii publicznej przeciwko „rosyjskiemu zagroże­niu”, nieustawanie w wysiłkach (słownych) i epatowanie (bezskuteczne) o antyrosyjską soli­darność państw tego regionu.
(…) Zapominamy również, że w świadomości poli­tycznej nowych państw powstałych na wschód i północ od naszej wschodniej granicy, jesteśmy by­łym… agresorem (podobnie jak Rosja i Związek Ra­dziecki), którego poparcie dla ich niepodległościo­wych ambicji brzmi zupełnie niewiarygodnie. Ciągle jesteśmy skrycie podejrzewani o chęć powrotu na „ich” terytorium oraz zgłoszenia roszczeń terytorial­nych i majątkowych („walka o Kresy Wschodnie”). Z perspektywy Wilna czy Kijowa nasze bezwarunko­we wsparcie dla niepodległości tych państw jest czymś wręcz podejrzanym, dlatego że są to państwa ze swej istoty antypolskie, bo przecież nikt o zdrowych zmy­słach nie może w Polsce popierać ich niepodległościo­wych aspiracji. Największe obawy budzi powtórka pokoju ryskiego, czyli dogadanie się Polski z bolsze­wikami (tzw. czerwoną Rosją) i podział stref wpły­wów w tym regionie świata między dwóch najwięk­szych graczy. Państwa te nie chcą mieć z Polską nic do czynienia i obawiają się, że nad ich głowami Warszawa ugada się z Moskwą. Inaczej mówiąc, jak słusznie zauważyli polscy politycy przed stu laty, tylko bolszewicy mogą najwięcej dać na wschodzie, bo wszystkie nowo niepodległe państwa między Pol­ską a Rosją są obiektywnie równie antypolskie, co antyrosyjskie.
Chyba nie istnieje także jakaś koncepcja polity­ki gospodarczej naszego kraju w stosunku do państw tego regionu. Wiemy tylko, że:
− mamy uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji (ale już nie od dostaw ropy naftowej);
− ma powstać Via Carpatia, która połączy bałtyc­kie porty Litwy i Łotwy z południowo-wschod­nią Europą, czyli kosztem naszych bałtyckich interesów (jakiś nonsens);
− konsekwentnie likwidujemy obecność naszych towarów i firm na rynku rosyjskim poprzez nakładanie na naszych eksporterów sankcji wywozowych;
− poparcie polityczne dla pomajdanowej Ukrainy idzie w parze z utratą ukraińskich rynków;
− tolerujemy, a nawet wspieramy import rosyj­skiego węgla.
− należy uzasadnić złe relacje z danym państwem (czyli z Rosją) jakąś „racjonalną koniecznością”, każde zaś odstępstwo, a nawet wątpliwość co do prawdziwości tej tezy muszą być utożsamia­ne ze „ZDRADĄ” lub podejrzeniem roli „AGENTA WPŁYWU”;
− obywatele naszego kraju mają być przekonani, że narzucany obraz relacji z danymi państwami jest zgodny z ich interesami, i nawet gdy pono­szą z tego tytułu realne, widoczne gołym okiem szkody (np. utrata rynków zbytu dla producen­tów jabłek), to mają się z tym potulnie godzić, bo przecież „NIEPODLEGŁOŚĆ MA CENĘ, KTÓRĄ WARTO ZAPŁACIĆ”;
− beneficjanci tych działań profitują sobie ich koszt w postaci legalnej lub kryptolegalnej grabieży naszego majątku lub odebrania nam dochodów, np. w wyniku sprzedaży (za ciężkie pieniądze) uzbrojenia, które ma nas chronić przed „ROSYJ­SKĄ AGRESJĄ”.
Oczywiście domyślamy się, że większość anty­rosyjskiego jazgotu w naszych (?) mediach służy temu celowi, bo od ponad dwustu lat najpierw Prusy, a potem „Wielkie” Niemcy ogłupiały w tym duchu Polaków, gdyż konflikt polsko-rosyjski był, jest i bę­dzie celem strategicznym polityki naszego zachod­niego sąsiada.
Nie bardzo rozumiem, skąd się bierze publicz­nie wyrażany strach przed rzekomą agresją. Najczę­ściej stawiana jest teza, że idzie o lobbing firm amerykańskich, które chcą nam sprzedać produkowany przez siebie sprzęt wojskowy. Obywatele mogą przecież zadać pytanie (i pytają), po co mamy dać zarobić kilku wielkim koncernom, których obroty są zapewne większe od polskiego budżetu, np. kupując za grube miliardy złotych samoloty wojskowe. Prze­cież nas na to obiektywnie nie stać. Warto przeliczyć, o ile wzrosłyby świadczenia społeczne, o ile bylibyśmy bogatsi, gdyby te pieniądze zostały w kraju. Trzeba więc nas straszyć wyimaginowaną agresją rosyjską, aby pozwolić politykom kupić kilkanaście nowych zabawek.
Jest także inne, zapewne równie prawdziwe wytłumaczenie tego fenomenu. Od ponad dwustu lat w geopolitycznym interesie wielu państw jest stały konflikt polsko-rosyjski, a w latach 1944–1989 – pol­sko-sowiecki, przy czym właśnie my mamy być sta­łym inicjatorem złych relacji między naszymi pań­stwami. Przykładów jest tak dużo, że nie muszę ich przypominać. Wskażę tylko, w czyim interesie był wybuch Powstania Listopadowego (Francji), istnienie „rządów socjalistycznych” w Kongresówce (Niemiec) oraz działanie tzw. opozycji antykomunistycznej w latach Polski Ludowej (Niemiec i Stanów Zjednoczo­nych). Istotą tej koncepcji jest antyrosyjska lub anty­sowiecka dywersja, której sprawcą i ofiarą mają być właśnie Polacy. Rosja, a później Związek Sowiecki miały mieć stałe kłopoty właśnie na głównej osi stra­tegicznej wschód-zachód, miały się uwikłać w bez­sensowny konflikt, miała popłynąć „rzeka krwi” (oczywiście głównie polskiej), co wywołać miało nierozwiązywalny problem tych dwóch państw i narodów. Taki „kocioł bałkański”, tylko bardziej na północ. Dla autorów tej koncepcji przynosi ona same korzyści:
– osłabia pozycję międzynarodową Rosji (przej­ściowo Związku Sowieckiego), a osłabienie mocarstwa jest już sukcesem;
– można by było zaoferować pomoc w rozwiąza­niu „problemu polskiego”, a za to coś utargować od Rosji (Związku Sowieckiego);
– konflikt ten uniemożliwia najgroźniejszy dla wszystkich ważnych potęg europejskich sojusz polsko-rosyjski, którego obiektywnie boją się nie tylko Niemcy, ale i wszystkie państwa Eu­ropy;
– zimna i gorąca wojna polsko-rosyjska unicestwia wszystkie idee panslawistyczne, jednoczące tę część świata. (…)
Wniosek jest tylko jeden: nie bądźmy „poetami w polityce” (określenie Ottona von Bismarcka) i nie dajmy sobie narzucić roli antyrosyjskiego dywersan­ta nie swoich interesów.
Czy ktoś, kto przyjmuje rolę eksperta do spraw stosunków polsko-rosyjskich, nie wie, że nasz histo­ryczny spór z Rosją o ziemie trzech zaborów rosyjskich z lat 1773–1796 ostatecznie i definitywnie przegrali­śmy właśnie dlatego, że chcieliśmy zniszczyć prze­ciwnika, a niewiele brakowało, że to on zniszczyłby nas? Koszt naszej polityki wschodniej w ostatnim stuleciu, którą prowadziły tzw. siły niepodległościowe (czyli antyrosyjskie), był wręcz niewyobrażalny. Prze­graliśmy wszystko, co można było przegrać, wyho­dowaliśmy nowych, mniejszych wrogów, którzy przejęli od Związku Radzieckiego resztki naszego dziedzictwa, a my „przy okazji” byliśmy grabieni przez tych, którzy zawsze umacniali nas w antyrosyj­skich fobiach.
W interesie Polski i wszystkich (bez wyjątku) obywateli polskich oraz cudzoziemców mieszkających tutaj jest pokój, demokracja, rozwój ekonomiczny oraz stabilizacja polityczna i społeczna naszego kraju, któ­ry jest i długo będzie „na dorobku”, bo musi wyjść z biedy i degradacji zafundowanej nam nie tylko na początku tej epoki (ukłony dla twórcy „radykalnej transformacji”). Aby to osiągnąć, nie powinniśmy z nikim toczyć ani gorącej, ani nawet zimnej wojny, nie możemy prowadzić wrogiej polityki wobec kogokol­wiek, zwłaszcza wobec tych, którzy nie zgłaszają ja­kichkolwiek roszczeń do majątku naszego państwa czy jego obywateli. Rosja nie ma wobec nas roszczeń ekonomicznych i majątkowych, nie posiada w Polsce mniejszości narodowej, nie istnieje nawet partia poli­tyczna, którą można by nazwać prorosyjską – wszyst­kie są proniemieckie lub proamerykańskie, lub nie mają żadnego znaczenia. Nie mamy również sprzecz­nych interesów ekonomicznych i nic nam nie wiado­mo, aby istniał w Moskwie jakiś wrogi plan wobec Polski. Dlaczego więc szkodzimy sobie, hodując ko­lejnego wroga?
Doktryna (o manichejskim podziale między złą Rosją a dobrą Polską) jest nie tylko ahistoryczna, nie­zgodna z faktami i głupia – lecz przede wszystkim szkodliwa gospodarczo i politycz­nie. Co szczególnie istotne – powoduje ona izolację polityczną i osłabienie nas w relacjach z każdym państwem, które może ponad naszymi głowami się dogadać, oczywiście również naszym kosztem, wła­śnie z Rosją”.
Mam nadzieję, że powyższe wybrane fragmenty zachęciły Państwa do lektury książki Witolda Modzelewskiego pt. „Polska – Rosja. Cud nad Wisłą”, celnie i dokładnie analizującej źródła nakręcanej w Polsce rusofobii oraz stan relacji polsko-rosyjskich. Zachęcam także do zapoznania się z poprzednimi i kolejnymi książkami Autora serii „Polska-Rosja”.

Autor napisał książkę „Jak budowaliśmy Rosję” – do nabycia w księgarniach i Internecie.

Autor w okopach

Utożsamione PZPR i PiS to tyle samo co wół do karety

Wiele było i jest nadal przyczyn, a nawet konieczności, podobnie jak w nadmiarze polityków i różnych innych, do opluwania Polski Ludowej od pierwszych dni III RP. Ostatnio porównywanie czasów PRL-u do rządzącego od sześciu lat PiS-u ma na celu podkreślenie, jakby mało jeszcze brakowało tego codziennego bezprawia, matactwa i wyjątkowego bezhołowia, że oba te okresy równe są sobie, a wiadomo przecież, że za komuny było tylko zło. A jeszcze gdy dodać przepoczwarzanie się partii Jarosława Kaczyńskiego w PZPR oraz ogrom dokonanych zmian w dzisiejszej Lewicy, to odsyłam do „Trybuny” (26-27.07.2021), w której ukazał się bardzo obszerny tekst Jacka Jaworskiego „PiS w opuszczonych okopach PZPR”.

Utożsamianie tych dwóch partii,

poza ich autorytarnym charakterem, co niewątpliwie istotne, jest błędne bowiem dzieli je nieskończoność Kosmosu, a łączy jedynie bliskość Księżyca. To samo dotyczy także kwestii ideologicznych i wszelkich zresztą innych.

Jeżeli nawet przypomnieć wymowne słowa Władysława Gomułki z 18 czerwca 1945 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, to jednak PPR, a później PZPR, co by nie powiedzieć najbardziej krytycznego o tamtym czasie, dokonały epokowego i bardzo wartościowego przeobrażenia kraju. Wiele przyczyn złożyło się na to, że ówczesna władza zaproponowała Okrągły Stół, a jeszcze później dokonała samo transformacji przyjmując socjaldemokratyczny charakter. To za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego Polska znalazła się w NATO i za premierostwa Leszka Millera w Unii Europejskiej zadomawiając jej wartości. To właśnie tamte przemiany i decyzje wyznaczyły kierunek współczesnej Lewicy i stad wcale nie musiała wykonać „ogromnej pracy”, jak chce autor.

Podobnie nie jest prawdą, że „PiS jednak przyjął kurs na drogę wstecz”, bowiem robi to co od początku zapowiadał. Po jego „osiągnięciach”, poza słusznym acz uproszczonym do granic absurdu i politycznie motywowanym, wsparciem typu 500+ i 13-14 emerytury, ale także wyjątkowym namotaniem w głowach Polaków i powszechnym skokiem na państwową kasę, pozostanie tylko spalona ziemia, na której nie sposób będzie postawić nie tylko okrągłego, ale i żadnego innego stołu. Nawet w okopach pana Jaworskiego.

Problem i stosunek do ludzi LGBT

jest dla autora kolejnym dowodem identyfikacji czasów PRL – PiS oraz chwały dla obecnej Lewicy. Pisze, że poza „stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną”. Nadto podpiera się milicyjną akcję „Hiacynt”, sam sobie zresztą zaprzeczając, gdyż uznaje ją za tzw. szukanie haków. Świadczyła ona nie „o głęboko tkwiącej w świadomości aparatczyków niechęci do środowiska LGBT”, a o ówczesnym stanie świadomości całego społeczeństwa i standardowej procedurze wszystkich na świecie służb, polujących zawsze na jakieś dysonanse, słabości czy też inne sytuacje umożliwiające szantaż.
Zmiana stosunku do odmienności seksualnej nawet w krajach demokratycznych była bardzo długim i pełnym dramatycznych wydarzeń procesem. A co dopiero w Polsce pod przemożnym wpływem w tej kwestii nie PZPR a Kościoła katolickiego. Dość przypomnieć radosny rechot licznych, męskich gęb i zapewne zatroskanie niektórych matek po (niezręcznych i niechcianych wywołać taki skutek) słowach sprawozdawcy sportowego Bohdana Tomaszewskiego: „Jadą. Cały peleton, kierownica koło kierownicy, pedał koło pedała” oraz „Szurkowski to cudowne dziecko dwóch pedałów”.

Jaworski po prostu nie dostrzega, że informacja o dokonanym właśnie coming out przez znaną polską sportsmenkę, o czym donosił Onet, dowodzi odwagi i przykładu, ale przede wszystkim nadal stanowi wyjątkowość zjawiska, co na Zachodzie na ogół już nikogo nie interesuje. Szacunek dla seksualnej odmienności przyszedł do Polski, także do Lewicy, akceptowany głównie przez młodych, wraz z otwarciem granic i świata, tyle tylko, że ten PRL-owski, z co najmniej jednej ważnej przyczyny był zamknięty. A, że PiS ponownie go zamyka, to już inna, acz oczywista sprawa.

Jest i sporo o polskim kościele,

na ogół powszechnie znane sprawy, ale warto przywołać cytat: „Pazerny kler, hierarchowie zabiegający o dobra doczesne, przywileje i wpływy na władzę…w toksycznym uścisku z politykami PiS, nieświadomie ściągają się wzajemnie na dno. Teraz komuchy widzicie jak kościół zagłaskać na śmierć, ale już za późno na nauki.”

Poza okresem stalinowskim ówczesna władza nie prowadziła państwowej ateizacji, w czasach Gomułki miało miejsce szereg starć z Kościołem, ale nigdy i w żaden sposób nie podważono jego istnienia, za Gierka te relacje obfitowały wręcz serdecznością wyrażającą się także w setkach nowych kościołów, w latach osiemdziesiątych stosunki gen. Jaruzelskiego z Janem Pawłem II należały do doskonałych, a nadto premier Rakowski ubogacił na lata polski Kościół stosowną ustawą. Jak się okazuje komuchy nie chciały uśmiercać Kościoła, a wyszło wręcz odwrotnie.

I jeszcze jeden: „Ten powrót do korzeni i cywilizowanych zasad działania kościoła proponowane przez Lewicę powinno być przez hierarchów przyjęte z wdzięcznością i uwagą, to właśnie, a nie pisowska służalczość wobec kościoła, może faktycznie zadziałać jak rzucone mu koło ratunkowe. Nie mam jednak złudzeń; z lewackiej rady pyszny kościół nie skorzysta, ale to i dobrze.”

Jaki powrót? Jakie korzenie ? Ale i dobrze ??? Chce pan, panie Jaworski uśmiercić Kościół ? Ja się po panu tego nie spodziewałem.

Z determinacją i wielkim poświeceniem

Jacek Jaworski atakuje PiS, głownie poprzez obnażanie całego zła okresu PRL. Metoda nie jest nowa, acz nowatorsko i okazale rozwinięta. Nowość polega na tym, że tradycyjnie tym sposobem prezentowano wyższość jakiegoś ustroju, okresu, polityki nad innym, tym gorszym, minionym słusznie, złym. Tak miało miejsce nie tylko z oceną II RP w pewnych latach PRL. A tu nowość: bezkompromisowy krytycyzm Prawa i Sprawiedliwości poprzez równie mocne obnażanie PRL-u.

Tragifarsa zbudowana jest na wybiórczym i często dalekim od prawdy, ale przystającym do wyobrażeń autora, przywoływaniu pewnych, często wybranych i jednostkowych wydarzeń, działań, sytuacji, a nawet na pomówieniach. Również w sprawie seksu, acz tu Jaworski, chyba z konieczności, posłużył się radzieckim przykładem: „W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją.”

Prezentowany tekst

pozbawiony jest elementarnych reguł: uwzględnienia pojęcie czasu, okresu i zmiany, także społecznej, uwarunkowań nie tylko politycznych czy ekonomicznych, również historycznych i kulturowych. Nadto zabarwiony biało-czarnymi ocenami, a wiec bez minimum obiektywizmu. Takim sposobem, bo przecież nie poważną analizą historyczno-politologiczną, posługuje się wspomniany przez autora IPN, tylko skąd to odwzorowywanie u gorącego zwolennika Lewicy?

Czytamy na koniec tych wywodów:

„PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić” i w naturalny sposób rodzi się pytanie w jakich to okopach, w twierdzy raczej, tkwi autor ze swoją wiedzą i oglądem świata. Jeżeli te pisowskie okopy mają mieć coś wspólnego z socjalizmem w ogóle, a nawet z tym jakże wypaczonym i ułomnym z okresu Polski Ludowej, to ja widocznie mieszkam na zupełnie innej planecie niż autor.

Takich i podobnych fragmentów znajdą Czytelnicy w tym tekście w nadmiarze. Nie jestem w stanie podjąć dalszej, poważnej polemiki z zaprezentowanym poziomem argumentacji, gdyż przypomina mi szereg wypowiedzi i publikacji z okresu festiwalu Solidarności.

Peany autora

wyrażone na temat współczesnej Lewicy, liczne, wielkie, z zachwytem i wszystkim innym – w kontekście całej wypowiedzi – jej nie pomogą i nikogo nie przekonają. Sukces odniesie, gdy upora się z wewnętrznymi problemami i zyska zdecydowanie większy elektorat.

„W trosce o prawdę historyczną”

Naszą uwagę zwrócił wywiad Ambasador Azerbejdżanu Pani Nargiz Gurbanovej opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 30.04.2021. W trosce o prawdę historyczną i zdecydowanie sprzeciwiając się fałszywej interpretacji faktów historycznych, czujemy się zobowiązani do przedstawienia szeregu wyjaśnień.

Twierdzenie azerskiego Ambasadora o „550. rocznicy nawiązania stosunków między Azerbejdżanem a Polską” stanowi absolutne wypaczenie i sprzeniewierzenie się historii.
Źródła historyczne z XV wieku nie wspominają nigdy o kontaktach polsko-azerbejdżańskich. W tym czasie Azerbejdżan był tylko nazwą geograficzną jednej z prowincji historycznej Persji. Nazwa pochodzi od Medii Atropatene (stąd średnioperskie Āturpātakān, później Ādurbādagān, a w końcu nowoperskie Ādarbāyjān, czyli Azerbejdżan). Tereny na północ od rzeki Araks i Kury (czyli obecny Azerbejdżan), nie były wówczas nazywane Azerbejdżanem.
Głównym ośrodkiem Ādarbāyjān było w XV wieku miasta Tebriz (Tabriz), w latach 1469-1501 stolica turkmeńskiego państwa Ak Kojunlu (czyli Białej Owcy). Państwo to jest uważane za prawnego protoplastę Persji Safawidów. Szach Ismail, założyciel imperium perskiego Safawidów był wnukiem po kądzieli Uzun Hasana, władcy państwa Ak Kojunlu.
Kontakty z Uzun Hasanem, władcą państwa Ak Kojunlu (1454-1478) zawsze uważano za początek kontaktów polsko-perskich, a nie polsko-azerbejdżańskich. W Europie Uzun Hasana nazywano królem Persów, a jego poselstwa – perskimi. W lipcu 1492 roku doktor medycyny Mikołaj z Marienwerder (dziś Kwidzyn) w liście do biskupa włocławskiego Piotra z Bnina pisał o Uzun Hasanie jako władcy Persów i Armenii .
Pierwsze ślady kontaktów między Polską a Persją sięgają lat 70. XV wieku. Od 1463 roku toczyła się wojna wenecko-turecka, do której Wenecja starała się pozyskać różnych sojuszników. W 1471 r. kanclerz Królestwa Polskiego Jakub z Dębna został wysłany do Rzymu w celu potwierdzenia przez papieża pokoju toruńskiego zawartego w 1466 roku między Polską a Zakonem Krzyżackim, a także akceptacji osadzenia na tronie czeskim syna króla Kazimierza Jagiellończyka. W drodze do Rzymu, w kwietniu 1471 roku, spotkał w Wenecji posła Uzun Hasana – Miratha.
Poseł króla Polski razem z [posłem] Uzun Hasana pojechali do papieża, aby zachęcić go do krucjaty (impresa) przeciw Turkowi (Mehmedowi II). Zostali dobrze pouczeni przez władze weneckie (Signoria) co mają powiedzieć papieżowi, aby zachęcić go do krucjaty”. Poselstwo perskie zostało uroczyście przyjęte w Rzymie w sierpniu. Nie wydaje się jednak, aby poseł polski bardzo się interesował propozycjami weneckimi. Cel jego misji do Rzymu, jak wspomniano, był zupełnie inny.
Dowiadujemy się o nim z Kroniki Jana Długosza. Pod rokiem 1472 kronikarz zapisał: Przybył bowiem z Persji z Niższej Armenii drugi sułtan (cesar) turecki imieniem Usun Hasan (który wywodząc się od człowieka nieznanego rodu, niemal nieznanego jemu samemu, wybił się na znakomitego męża, a odnosząc raz po raz zwycięstwa przy użyciu niewielkich sił, podporządkował sobie wiele krajów) przeciw niemu [sułtanowi Mehmedowi II] i jego synowi Mahmutowi [powinno być: Mustafie] (sam bowiem bał się podjąć otwartą walkę, żeby w razie niepowodzenia nie ucierpiała jego dobra opinia) i zadał mu ciężką klęskę [stoczona 19 VIII 1472 bitwa pod Kereli skończyła się naprawdę zwycięstwem Mustafy, a nie Uzun Hasana]. A syn sułtana i sam sułtan turecki Mahomet, żeby naprawić swą całkowitą, haniebną klęskę, zebrawszy większa liczbę wojska, ruszył ponownie z 400 tysiącami jazdy i wielkim mnóstwem piechoty przeciw Usun Hasanowi. Ten, mając posiłki od swoich krewnych: Karamana i chana tatarskiego, rozbił całe wojsko tureckie, zadając mu godną podziwu klęskę, a wkroczywszy do miasta Trapezunt w Azji, które sułtan turecki Mahumet zajął przed kilku laty, zabiszy cesarza Trapezuntu, Greka [Dawida], sprzymierzeńca tegoż Usun Hasana, zajął miasto z całym cesarstwem trapezunckim i pomścił niesłuszną śmierć swego zwolennika. Następnie z godną podziwu szybkością posiadł zdobyte miasto Synope w Anatolii i wezwawszy na pomoc Wenetów, rusza w kierunku Gallipoli, żeby je oblec [informacja mało prawdopodobna]. Posyła do króla Polski Kazimierza uroczyste poselstwo, które około połowy lipca przybyło do Krakowa, zabiegając o jego poparcie i pomoc przeciw sułtanowi tureckiemu Mahumetowi, czego mu nie odmówiono. Mahumet, czując to wszystko i wiedząc, że szykuje mu się zguba, zabiegając na próżno o pomoc sułtana Babilonii, zaczyna obwarowywać wszystkie swe miasta, a szczególnie nadmorskie”.
List Uzun Hasana do władców Zachodu (w tym do króla Kazimierza Jagiellończyka).
List Uzun Hasana do króla Kazimierza Jagiellończyka się nie zachował. Długosz wspomniał, że był pisany „po chaldejsku”, ale nie jest to prawda. Zachował się natomiast przekład na język włoski (wenecki) z 16 października 1673 roku. Opis tłumaczenia listu Uzun Hasana jest bardzo interesujący. Zapewne został napisany alfabetem arabskim (nie chaldejskim, jak uważał Długosz) po persku alfabetem arabskim, z domieszką słów arabskich i „tatarskich” (kipczackich). Poseł wenecki Catharino Zeno (co ciekawe siostrzeniec Teodory, żony Uzun Hasana, księżniczki z Trapezuntu), przybył do Kaffy i udał się do konsula kupców weneckich Christophoro de Calle. Konsul wezwał swego zaufanego człowieka, notariusza Constantio de Sarra, który miał sporządzić tłumaczenie listu Uzun Hasana na język łaciński i włoski (dialekt wenecki). Co ciekawe, list tłumaczył z arabskiego i perskiego Ormianin Coza Goli – człowiek uczony i biegły w tych językach, który tłumaczył list na język ormiański. Obecny był także zakonnik katolicki z kongregacji braci unitów (unitork) Georgius (Kework?), czyli także Ormianin, który tłumaczył z języka ormiańskiego i wyjaśniał słowa „tatarskie” w języku włoskim. Tłumaczono słowo po słowie, a gdy były trudności, szukano najbliższego znaczenia słowa arabskiego czy perskiego. Notariusz Constantio de Serra nadał przekładowi na język łaciński i włoski ostateczny kształt, ale przepisał go „na czysto” inny zaufany skryba. Pod tłumaczeniami podpisali się konsul wenecki i wyżej wspomniany notariusz „powagi cesarskiej” (auctoriatate imperiali). Konsul przywiesił pieczęć z wyobrażeniem św. Marka, notariusz – narysował swój znak notarialny. W ten sposób dokument został uwierzytelniony. Dowiadujemy się, że kopie przekładu łacińskiego zostały zrobione także dla papieża, cesarza, króla Sycylii, króla Polski, króla Węgier i samej Wenecji.
Niestety przekład łaciński się nie zachował, ale zapewne treść była taka sama jak w tłumaczeniu włoskim. Dokument Uzun Hasana miał sześć okrągłych znaków – jeden na końcu listu u dołu, pięć zaś na końcu listu po zewnętrznej stronie. Władca ten chwalił się swoimi zwycięstwami nad Turkami w okolicach Erzincan, zachęcając do współdziałania z nim władców europejskich, w tym króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka. Uzun Hasan przedstawia się jako władca: Frach : Ufars : Cremanth fin ala porta de Condustam e mio paexe Tabarsaram, Masenderam, Gilahum, Sarabath, Adir Baian, Bagdad. Pada więc tu nazwa Azerbejdżan [Adir Baian]. Nie ma jednak nic wspólnego z dzisiejszym Azerbejdżanem. Chodziło o dzisiejszy ostan Azerbejdżan Wschodni w północno-zachodnim Iranie. Wiemy bowiem, że stolicą Uzun Hasana był Tebriz.
List Uzun Hasana w języku perskim i przekładzie łacińskim
Po wyjeździe z Polski Katharinus Zeno dotarł do króla Węgier, Macieja (Mathiasa) Korwina. W dniu 8 czerwca 1474 roku król węgierski tak pisał do króla Polski – Kazimierza Jagiellończyka:
W liście tym król węgierski pisał, że w ostatnich dniach otrzymał list od księcia Uzun Hasana [Hassanibe], z którego dowiedział się, że władca ten wystąpił przeciw bezbożnemu sułtanowi tureckiemu i zachęca go do współpracy przeciw niemu. Podobne listy Uzun Hasan napisał do papieża, cesarza i do króla polskiego (w tekście: do waszej wysokości). List ten król węgierski otrzymał wraz z przekładem z języka perskiego na język łaciński, zrobionym w Kaffie, potwierdzonym notarialnie i pieczęcią Hieronima [Pannisari] łacińskiego biskupa Kaffy. Król Węgier pisze dalej, że wysłał przeciw Turkom wiele tysięcy ludzi, a wkrótce wyśle nowych, a także wyruszy sam. Zachęca króla polskiego do współdziałania z nim, a także z Uzun Hasanem.
Jest oczywiste, że dostępnych jest tylko kilka listów i twierdzenie, że między Uzunem Hasanem a polskim królem Kazimierzem Jagiellończykiem prowadzona była regularna korespondencja jest fałszywe. Co więcej, listy te były adresowane zbiorowo także do innych europejskich władców, a jedynym ich tematem było zawarcie sojuszu wojskowego przeciwko Turcji Osmańskiej. Listy były pisane po łacinie lub w języku perskim (z użyciem alfabetu arabskiego).
Odnośnie konfliktu w Górskim Karabachu. Wbrew zapewnieniom Nargiz Gurbanowej, konflikt o Górski Karabach nie jest rozwiązany. Oświadczenie podpisane 10 listopada 2020 roku wstrzymało zdradziecką ofensywę wojskową Azerbejdżanu, ale wiele bardzo ważnych kwestii pozostało nierozwiązanych. W wyniku azerskiej agresji, która przypominała działania z początku lat 90-tych, wspieranej przez Turcję i z udziałem tysięcy radykalnych islamskich najemników, doszło do ciężkich i masowych strat w ludności cywilnej w Górskim Karabachu. Znaczna część terytorium Górskiego Karabachu, w tym region Hadrut i miasto Shusi, znalazła się pod okupacją. Zasadnicza kwestia konfliktu, czyli status Górskiego Karabachu, nie została rozstrzygnięta. Dziesiątki tysięcy Ormian z Górskiego Karabachu straciło swoje domy i stało się uchodźcami. Członkowie społeczności międzynarodowej są zgodni co do tego, że współprzewodnictwo Grupy Mińskiej w OBWE powinno wznowić swoją działalność i pomóc w wynegocjowaniu prawdziwego i trwałego pokoju z pełnym poszanowaniem praw człowieka zbiorowości społecznej i prawa do samostanowienia narodu Górskiego Karabachu.
Ponadto działania azerskiego wojska w czasie 44-dniowej wojny bez wątpienia stanowią zbrodnię wojenną i powinno zostać przeprowadzone niezależne międzynarodowe śledztwo w celu ujawnienia wszystkich szczegółów popełnionych zbrodni i postawienia odpowiedzialnych przed wymiarem sprawiedliwości. Około 200 ormiańskich jeńców wojennych i cywilów wciąż pozostaje w areszcie w Azerbejdżanie pod fałszywymi zarzutami. Władze azerskie jawnie ignorują wezwania kierowane przez różne organizacje międzynarodowe i światowych przywódców do ich natychmiastowego i bezwarunkowego uwolnienia.
Po zawieszeniu broni Azerbejdżan rozpoczął na szeroką skalę niszczenie lub przekształcanie ormiańskiego dziedzictwa chrześcijańskiego na terytoriach znajdujących się obecnie pod ich kontrolą.
Dlatego też główną przeszkodą dla pokoju i stabilności w regionie są ciągłe działania destabilizujące ze strony Azerbejdżanu, antyormiańska retoryka i kultywowanie ormiańskich fobii na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci.
W ostatnim tygodniu Azerbejdżan dokonał otwartego wtargnięcia na suwerenne terytorium Armenii. Jak dotąd władze Armenii wykazały się powściągliwością, aby nie doprowadzić do dalszej eskalacji sytuacji. Jednak takie skandaliczne zachowania ze strony władz azerskich powinny zostać powstrzymane.

Odnośnie kaukaskiej Albanii i dziedzictwa chrześcijańskiego. Azerowie od dawna zabawiają się wymyślaniem własnej historii. Sztuczka jest prosta i prymitywna: Umieszczają nazwę “Azerbejdżan” przed jakimkolwiek pojęciem, a rzekomo staje się ono jego (narodową) własnością. Druga część tej sztuczki jest haniebna – dla wygody i bezwstydnie pomija się wzmianki o prawdziwych aktorach i faktach historycznych. To samo ma miejsce w przypadku kaukaskiej Albanii.
Aghuank (staroormiański: Ałuankʿ, współczesny ormiański Aġvank’) to ormiańska nazwa kaukaskiej Albanii. Ormiańscy autorzy wspominają, że nazwa ta wywodzi się od słowa „alu” oznaczającego sympatyczny w języku ormiańskim. Termin Aghuank jest polisemiczny i w źródłach ormiańskich używany jest również do określenia regionu między rzekami Kur i Arakses jako części Armenii. W tym ostatnim przypadku jest on czasami używany w formie „Armenian Aghuank” lub „Hay-Aghuank”.
Ormiański historyk zajmujący się tym regionem – Movses Kaghankatvatsi, który pozostawił jedyną mniej lub bardziej kompletną historyczną relację o tym terytorium, wyjaśnia nazwę Aghvank jako pochodną słowa alu (po ormiańsku słodki, miękki, delikatny), które, jak powiedział, było przezwiskiem pierwszego gubernatora Albanii Kaukaskiej Arrana i odnosiło się do jego łagodnej osobowości. Movses Kaghankatvatsi i inne starożytne źródła tłumaczą Arran lub Arhan jako imię legendarnego założyciela Albanii Kaukaskiej (Aghvan).
Według ormiańskich średniowiecznych historyków Movsesa Khorenatsi, Movsesa Kaghankatvatsi i Koryuna, alfabet kaukaskiej Albanii (ormiańska nazwa języka to Aghvank, rodzima nazwa języka jest nieznana) został stworzony przez Mesropa Mashtotsa, ormiańskiego mnicha, teologa i tłumacza, któremu przypisuje się również stworzenie języka ormiańskiego. Alfabet ten służył do zapisywania języka udi, który był prawdopodobnie głównym językiem kaukaskich Albańczyków.
Koryun, uczeń Mesroba Mashtotsa, w książce „Życie Mashtotsa” napisał o tym, jak jego nauczyciel stworzył alfabet:
Wtedy przyszedł i odwiedził ich pewien starszy człowiek, Albańczyk o imieniu Beniamin. A on (Mashtots) analizował i badał barbarzyńską dykcję języka albańskiego, a potem dzięki swej przyrodzonej, danej od Boga bystrości umysłu wymyślił alfabet, który dzięki łasce Chrystusa z powodzeniem ustanowił i skodyfikował.
Alfabet używany w kaukaskiej Albanii, składający się z pięćdziesięciu dwóch liter przypominających znaki gruzińskie, etiopskie i ormiańskie, przetrwał dzięki kilku inskrypcjom i ormiańskiemu manuskryptowi z XV wieku. Manuskrypt ten, Matenadaran (Instytut Starożytnych Manuskryptów, Erewań) nr 7117, po raz pierwszy opublikowany przez Ilia Abuladze w 1937 roku jest podręcznikiem językowym przedstawiającym porównawczo różne alfabety – alfabet ormiański, grecki, łaciński, syriacki, gruziński, koptyjski i kaukaski a wśród nich albański. Alfabet został nazwany: „Ałuanicʿ girn ē” (co znaczy: „To są albańskie litery”).
Ormiańska polityka, kultura i cywilizacja odegrały decydującą rolę w całej historii kaukaskiej Albanii (w języku ormiańskim Aghvank). Wynikało to z faktu, że po podziale Królestwa Armenii pomiędzy Persję i Bizancjum w 387 r. n.e., ormiańskie prowincje Artsakh i Utik zostały odłączone od królestwa ormiańskiego i włączone przez Persów do jednej prowincji (marzpanatu) o nazwie Aghvank (Arran). Ta nowa jednostka obejmowała pierwotną Albanię Kaukaską położoną między rzeką Kurą a Wielkim Kaukazem, plemiona żyjące wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego, a także Artsakh i Utik, – dwa terytoria odłączone od Armenii.
Ormiański średniowieczny atlas Aszcharatsuits (Mapa Świata) opracowany w VII wieku przez ormiańskiego uczonego Ananię Szirakatsiego, zalicza Artsakh i Utik do prowincji Armenii, pomimo ich przypuszczalnego odłączenia od Królestwa Armenii i ich politycznego związku z kaukaską Albanią i Persją w czasie, gdy powstawał atlas. Shirakatsi precyzuje, że Artsakh i Utik są „teraz odłączone” od Armenii i włączone do „Aghvank”, i stara się odróżnić tę nową jednostkę terytorialną od dawnego „w ścisłym znaczeniu Aghvank”, położonego na północ od rzeki Kura. Ponieważ był on bardziej jednorodny i lepiej rozwinięty niż pierwotne plemiona na północ od Kury, wpływ ormiański odcisnął piętno na życiu politycznym kaukaskiej Albanii i doprowadził do stopniowego narzucenia języka i kultury.
Ormiańska ludność Artsakh i Utik pozostała na miejscu, podobnie jak cała polityczna, społeczna, kulturalna i wojskowa struktura prowincji. Wczesnośredniowieczny historyk Movses Khorenatsi potwierdzał w V wieku, że ludność Artsakh i Utik mówiła po ormiańsku, a rzeka Kura, według jego słów, wyznaczała „granicę ormiańskiej mowy”.
Szczątkowe informacje o kaukaskiej Albanii po 387 r. n.e. pochodzą ze staroormiańskiego tekstu „Historii ziemi Aghvank” ormiańskiego autora Movsesa Kaghankatvatsi, który w istocie jest historią ormiańskich prowincji Artsakh i Utik. W Historii Kaghankatvatsi i w historycznym tekście wczesnośredniowiecznego ormiańskiego autora Agathangelos, system feudalny Królestwa Aghvank, w tym stosowana terminologia polityczna, były pochodzenia ormiańskiego. Podobnie jak w Armenii, szlachta Aghvank była określana terminami nakharars (minister), azats (szlachta), hazarapets (dowódca wojskowy), marzpets (gubernator), shinakans (chłop), itp.
Wkrótce po tym, jak Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako religię państwową (301 r. n.e.), król Urnayr udał się do siedziby Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, aby przyjąć chrzest z rąk św. Grzegorza Iluminatora, założyciela i pierwszego katolikosa Armenii.
Po śmierci Urnyra, kaukascy Albańczycy poprosili, aby wnuk św. Grzegorza – św. Grzegorz w wieku 15 lat został wyświęcony na biskupa Albanii Kaukaskiej i Iberii i aby pielgrzymował po tych ziemiach głosząc chrześcijaństwo. Zbudował on trzeci znany kościół w Albanii Kaukaskiej w mieście Tsri, w Utiķ. Podczas pobytu w krainie Maskoutów w północno-wschodniej kaukaskiej Albanii, św. Grzegorz został zaatakowany przez rozwścieczony tłum czcicieli bożków, a następnie przywiązany do konia i rozczłonkowany. Jego szczątki zostały pochowane w pobliżu klasztoru Amaras (obecnie w prowincji Martuni w Republice Górskiego Karabachu).
Prawdopodobnie na początku V wieku miejscowy biskup o imieniu Jeremi przetłumaczył Pismo Święte na język kaukaskich Albańczyków, czyli język staroudiński. Najwcześniejsze zachowane fragmenty tłumaczeń fragmentów Biblii na język staroudiński pochodzą z VII wieku i opierały się głównie na przekładach ormiańskich.
Powyżej przedstawiono dowody na to, jak bezpodstawne i nieuczciwe są azerskie twierdzenia o byciu „strażnikami wielokulturowości i zbawcami chrześcijańskiego dziedzictwa”.
Należy również dodać najnowsze świadectwa. Przypadki naruszeń wolności religijnej i bezczeszczenie miejsc kultu religijnego przez Azerbejdżan i Turcję, w szczególności w odniesieniu do narodu ormiańskiego, zostały zarejestrowane w Międzynarodowym Raporcie o Wolności Religijnej z 2020, wydanym w środę, 12 maja 2021 r. przez Komisję Stanów Zjednoczonych ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej (USCIRF).  
W 108-stronicowym raporcie zalecono umieszczenie Azerbejdżanu i Turcji na „Specjalnej liście obserwacyjnej USCIRF” z powodu rażących naruszeń wolności religijnej w obu krajach, w tym „ostatnich naruszeń popełnionych w obliczu wznowionego konfliktu o Górski Karabach i otaczające go terytoria”.
W części dotyczącej Azerbejdżanu, raport wyszczególnia ustalenia w kontekście aktywnych walk o Górski Karabach pod koniec września 2020 r., które „wywołały poważne obawy o zachowanie ormiańskich miejsc kultu i innych miejsc kultu religijnego na tych obszarach”, w tym katedry Ghazanchetsots w Shushi, która została „dwukrotnie namierzona i ostrzelana” przez siły azerskie, „co spowodowało rozległe uszkodzenia tego budynku i prawdopodobnie stanowiło zbrodnię wojenną”.
Pomimo porozumienia o zawieszeniu broni z listopada 2020 roku, raport stanowi, że „niedawna dewastacja i zniszczenie ormiańskich cmentarzy i nagrobków” przez Azerbejdżan zostały udokumentowane przez media.

Zagubiłem się w tych uwagach na marginesie

O każdej książkowej wypowiedzi snuć można wiele różnych uwag, ale litości, są granice czytelniczej percepcji, nie wspominając już o jasności i wartości wywodu. Stąd pogubiłem się zupełnie w tak przedstawionej wersji lat Polski Ludowej.

„Zagrabiona historia Solidarności ? ” to prawie pięciokolumnowy, a więc bardzo duży tekst Edwarda Karolczuka prezentujący liczne uwagi, nie koniecznie zresztą na temat książki Bruno Drwąskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit”, opublikowany w „Dzienniku-Trybunie” 16-18 kwietnia br.
Zaczynają się – jak sam autor je nazwał – te uwagi na marginesie od przedstawienia pracy i jej autora, który m.in. „jest zwolennikiem mocno udokumentowanej i zgodnej z prawdą tezy, że warunki do przemian po 1989 roku zostały przygotowane przez ekipę Jaruzelskiego przez całe lata osiemdziesiąte. Pisze on, że Zmiana ustroju politycznego, gospodarczego i społecznego, oficjalnie wprowadzona w 1989 roku. faktycznie rozpoczęła się w roku 1987 wraz z uruchomieniem czegoś, co nazwano drugim etapem reformy gospodarczej, i przyśpieszyła wraz ze sformułowaniem we wrześniu 1988 roku rządu Mieczysława Rakowskiego, dziennikarza opowiadającego się od lat 60. po stronie najbardziej liberalnej frakcji PZPR. Nastąpiła wówczas pełna legalizacja rozwoju sektora własności burżuazyjnej.”
I jeszcze : „O klęsce „realnego socjalizmu” nie przesądziło więc powstanie ani „pierwszej”, ani „drugiej” Solidarności, czy imperialistyczny spisek Papieża z Reganem i dywersja, czy błędy kierownictwa partii i jej I sekretarza, lecz nierozpoznane sprzeczności w ramach własności społecznej, konflikty interesów, prywatyzowanie własności ogólnospołecznej przez poszczególne kolektywy pracownicze i osoby zatrudnione w państwowych zakładach pracy…Formalna własność społeczna została zniszczona przez realne procesy prywatyzacyjne w jej własnych ramach”. „
Spisek nie obalił socjalizmu,
gdyż nie był „żadnym odrębnym ustrojem społeczno-ekonomicznym, lecz okresem walki pomiędzy stosunkami burżuazyjnymi i komunistycznymi we wszystkich sferach życia społecznego. Ma to swoje konsekwencje teoretyczne i praktyczne…. jedną z przyczyn upadku „realnego socjalizmu”, miały swoje źródła w istniejących burżuazyjnych stosunkach społeczno-ekonomicznych i wymusiły w konsekwencji rozwiązania, które zaostrzyły sprzeczności społeczne w „realnym socjalizmie” na tyle, że został on obalony rękoma klasy robotniczej.” Miał się dokonać także poprzez niejako porozumienia ekip partyjnych z „z burżuazyjną kontrrewolucją.”
Ten dominujący wątek,
szeroko rozwijany w tekście artykułu, dotyczy poczynań, winy, chyba i zdrady rożnych PZPR-owskich elit, doradców i przywódców, począwszy od 1956 roku kiedy „budowa socjalizmu (komunizmu) została nie tylko w Polsce praktycznie poniechana”. I dalej: „Należy porzucić złudzenia, że za czasów Gierka rozwijano i umacniano w Polsce socjalizm. A stan wojen­ny w myśl jego twórców skiero­wany był przeciwko PZPR, gdyż musiano ją sparaliżować, aby przygotowanie warunków do jaw­nej kapitalistycznej transformacji było możliwe.”
Powyżej przedstawiłem
w największym, możliwym skrócie główne tezy i opinie Edwarda Karolczuka – kto chce i starczy mu sił oraz cierpliwości, może to skonfrontować z całym tekstem. Zanim jednak przejdę do zasadniczych kwestii koniczne są dwa zastrzeżenia.
Przede wszystkim panu Karolczukowi serdecznie dziękuję za tę wyrażoną, wspaniałą budowę socjalizmu w Polsce we wcześniejszych latach pięćdziesiątych, która tylko zapewne w jego wyobraźni zasługuje na żałość po jej zaprzestaniu. I nie mam tu oczywiście na myśli rewolucyjnych, zasadniczych reform społecznych i zmian ustrojowych, a polityczną praktykę ich realizacji, wiążącą się m. in. z łamaniem zapowiedzi zawartych w Manifeście Lipcowym, treściach referendum ludowego z 1946 roku i obowiązującego prawa oraz całe odium wszechogarniającego zła, które niósł ze sobą w tym czasie stalinizm w Polsce. Nie wiem czego to „poniechanie” miło dotyczyć – zatrzymania tworzonych powszechnie pod przymusem spółdzielni produkcyjnych na wsi, skromnego dopuszczenia prywatnej inicjatywy głownie w usługach, zaprzestania państwowej indoktrynacji społeczeństwa, ateizacji i walki z Kościołem? Tego autor, doktor historii z wykształcenia, niestety nie wyjaśnia, podobnie nie uszczegóławia swojej wizji socjalizmu (komunizmu), ale wyżala się, że „komunistów usuwano systematycznie ze stanowisk w partii, państwie i gospodarce po 1956 roku.” Nie będę autorowi podpowiadał, a czytelników absorbował prostą odpowiedzią jak to się toczyło i dlaczego miało miejsce.
Pomijam nadto wszystkie, osobiste „wycieczki autora” pod adresem Władysława Gomułki, a później Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego oraz szeregu innych, prominentnych partyjnych działaczy , także rozliczne przypuszczenia o bardziej lub mniej sprawczej roli organów bezpieczeństwa, gdyż w gruncie rzeczy wszystkie one nic nie wnoszą do dominującej tezy autora o błędzie zaniechania budowy socjalizmu (komunizmu),a następnie realnego socjalizmu.
W okresie
ponad trzydziestu ostatnich lat wystarczająco dużo, często i kompetentnie rozważano i pisano o przyczynach klęski realnego socjalizmu w Polsce i nierealnego komunizmu w ZSRR. Równie sporo o licznych inicjatywach i próbach naprawy, zmiany i przekształcenia tego ustroju na lepszy i bardziej efektywny, podejmowanych tak przez kolejne ekipy rządzące, tzw. środowiska rewizjonistyczne czy też grupy reformatorskie. Działo się to z częściowo i tylko chwilowo pozytywnym skutkiem, w dalszej perspektywie nie rozwiązywało szeregu podstawowych problemów. Dodać tu koniecznie należy, że źródła niepowodzeń tych wszystkich poczynań leżały zupełnie gdzieś indziej, nie wiążąc się z zaklinaną diagnozą o „nierozpoznaniu sprzeczności w ramach własności społecznej” i „istniejących burżuazyjnych stosunkach społeczno-ekonomicznych.” To wszystko zwalnia mnie od polemiki z tymi bardzo kontrowersyjnymi opiniami autora recenzji.
Nie oznacza, że w jednym, i to w sumie dużo ważniejszym, niż tytułowe zagrabienie takiej czy innej historii Solidarności, jesteśmy zgodni. Dotyczy to, co pośrednio wynika z omawianego tekstu, krytycznej oceny autora kapitalistycznej, polskiej rzeczywistości, gdyż próbuje szukać dróg jej zmiany. Tylko tu jesteśmy jednomyślni, ale ja nie widzę jej w powrocie do przeszłych idei, a jako konieczność stałego definiowania aktywnej i sprawczej roli lewicy we współczesnym, ciągle zmieniającym się świecie.
Dodać przy tym należy, że w takich staraniach nie pomagają oczywiście panu Karolczukowi wyrażone przez niego opinie o autorze wspomnianej książki: „nie zajmuje się analizą rzeczywistych stosunków społeczno-ekonomicznych w Polsce, ani ich odniesieniem do etapu rozwoju socjalizmu i komunizmu. Dlatego ciągle napotyka sprzeczności, na które znajduje wyjaśnienia logiczne, ale one mają się nijak do rzeczywistości. Może to też wynikać z jego „zewnętrznego”, czysto logicznego oglądu problemów.” Z logiką jest jednak tak panie doktorze, że nie ma ona ani zewnętrznego, ideologicznego czy też jakiegoś innego oglądu. Powyższe dotyczy również wyjaśniania minionej rzeczywistości.
Podobnie jest z fragmentem tekstu: „Pytanie do Gierka czy nie jest on powiązany z antysocjalistycz­ną opozycją, z uwagi na udział w DiP [Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” – Z. T.] jego doradców, nie jest więc takie absurdalne, jak się początkowo wydawało. Nie ma zapewne nic dziwnego w tym, że publicysta „Die Zeit” napisał, że DiP – to dysydenci w sa­mym aparacie”. O związkach Jaruzelskiego z podejrzanymi osobnikami też można przeczytać, co w sumie oznacza, że autor tekstu okopał się w warownej twierdzy swoich wyobrażeń, podejrzeń i fobii nie mając nadal zamiaru wychylić się z niej na inne oceny, poszukiwania i poglądy, a przede wszystkim na realnie wtedy istniejący świat.
Ostatnio powróciły
podobne niejako rozważania niedawnej przeszłości w tekście Wojciecha Pomykały (Festiwal Michaiła Gorbaczowa we współczesnej Polsce, „Dziennik-Trybuna”, 14.03.2021). To odwołanie do dużo wcześniejszych opinii o zaniechaniu wyboru przez PZPR chińskiej drogi przeobrażenia ustroju. Poza zwracaniem uwagi na azjatycką specyfikę i tamtą szczególną sytuację nikt jednak nigdy, łącznie ze wspomnianym autorem, nie potrafił wskazać konkretnych metod i sposobów powtórzenia jej w Polsce. Zapewne dlatego, że w odróżnieniu od Europejczyków Chińczycy mają żółtą karnację skóry i skośne oczy.

Ciocia Janina. Demagogia i nieuczciwość intelektualna

O „Ludowej historii Polski” Adama Leszczyńskiego.

Lewica nie znosi polemik. Ostatnio nawet Bolesław Jaszczuk (junior) zajmując stanowisko w sprawie Grudnia 70 rozpoczął swoją wypowiedz od znaczącej deklaracji: „Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w „Trybunie”, ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania własnego zdania”.

Co by nie powiedzieć o „prawie do wyrażania własnego zdania” ma ono to do siebie, że w praktyce musi mieć ono bardzo warunkowy charakter, ponieważ nie wszystkie zdania są ze sobą równoważne. Co więcej nie wszystkie powinny być wyrażane jako, że istnieją zdania niekompetentne i niepoważne, których wyrażanie jest wyrazem osobliwego samozadowolenia autorów a niekiedy stanowią cyniczną manipulację. Są one pozbawione obiektywnej wartości a czasem wręcz wołają o przysłowiową „pomstę do nieba”. Tak się jednak składa, że w takich sprawach niebiosa milczą i może to nawet lepiej, bo gdyby np. pana Leszczyńskiego za rzeczy, które wypisuje w swojej ”Ludowej historii Polski” dopadł „grom z jasnego nieba” to byłoby nieludzkie nawet jeżeli byłoby głęboko sprawiedliwe. Milczenie niebios składa na śmiertelników obowiązek poszukiwania prawdy nawet jeżeli to wywołuje znienawidzoną przez lewicę dyskusję, czy o zgrozo, polemikę.

Tak się złożyło, że ze względów merytorycznych w książkę pana Leszczyńskiego się zaopatrzyłem, zapoznałem z nią, a nawet pomyślałem aby w wolnej chwili coś o niej napisać. Niestety przyroda nie znosi próżni i oto w „Trybunie” z 25-26 stycznia na stronie 12 pan Krzysztof Lubczyński zachwycił się opracowaniem pana Leszczyńskiego. To co spisał pan Lubczyński spowodowało, że poczułem się wręcz „zgwałcony” do zabrania głosu. To co jestem w stanie napisać w biegu, oczywiście, jest dalekie od doskonałości ale mam nadzieję, że cokolwiek wyjaśni.

Chciałbym stwierdzić na wstępie, że pan Lubczyński ma prawo zachwycać się książką pana Leszczyńskiego. Książka ta uderza w czuły punkt współczesnych konfliktów społecznych. Leszczyński stara się w niej rozegrać po swojej myśli bezsilną wściekłość współczesnego prekariatu wobec wyzysku realizowanego pod auspicjami wielkich korporacji. Książka ma się podobać panu Lubczyńskiemu i się mu podoba.

Tak więc pan Lubczyński ma pełne prawo zachwycać się opracowaniem pana Leszczyńskiego, nie ma natomiast prawa określać, tego czegoś, jako uprawiania nauki ani tym bardziej jako jakiegoś osiągnięcia naukowego bo na nauce najwyraźniej się nie zna i nie ma pojęcia o czym mówi, co będzie przedmiotem dalszych rozważań.

Nieprawdziwa jest w odniesieniu do „zagadnień metodologicznych historiografii” już teza wyjściowa recenzji: „Koncentrowanie się na wielkiej polityce – sojuszach, przemarszach armii, paktach, sejmach i dyplomatycznych intrygach – usuwa w cień to, co jest fundamentalne w przeszłości: odsłonienie przed oczami czytelnika postaw społeczeństwa, zorganizowanych wokół systematycznej przemocy i ucisku oraz ekonomicznej gry związanej z podziałem władzy i zasobów”.

Po pierwsze istnieją od dawna takie obszary historii jak historia społeczna i historia gospodarcza zajmująca się tymi kwestiami i mające uznany dorobek. Po drugie co najmniej dyskusyjną jest teza, że „fundamentalne w przeszłości (jest): odsłonienie przed oczami czytelnika postaw społeczeństwa, zorganizowanych wokół systematycznej przemocy i ucisku oraz ekonomicznej gry związanej z podziałem władzy i zasobów”. Jeżeli coś jest tu fundamentalne to nie tylko „podział władzy i zasobów” ale również ich wytwarzanie.

Co byśmy nie powiedzieli o historii wyzysku i przemocy to jedno jest pewne, że mają one znaczenie również dla wytwarzania dóbr i co więcej właśnie jako czynnik sprzyjający ich wytwarzania znajdują swoje najbardziej oczywiste uzasadnienie. Nie trzeba sięgać do żadnych mitów, żeby się dowiedzieć, że to dzięki wyzyskowi stały się możliwe cywilizacja i kultura. Że, to wyzyskiwacze stworzyli świat, w którym osiągnęliśmy obecny poziom rozwoju społecznego, poziom wiedzy, techniki, kultury, itd. itp.

W sumie w dzisiejszym świecie o wiele łatwiej jest uzasadnić przemoc i wyzysk niż je zakwestionować. Znane z czasów rewolucji francuskiej powiedzenie „niech zginą sztuki piękne jeżeli stoją na drodze równości” (wolny przekład) jest raczej wyrazem bezsilności radykałów niż sensowną alternatywą dla istniejących stosunków. Żeby sensownie uzasadnić zniesienie stosunków wyzysku i przemocy, jak pokazuje wysiłek teoretyczny Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, trzeba się było solidnie napracować. Stworzyć metodologię, analizować rożne wymiary życia społecznego itp. itd. Warto też zwrócić uwagę że uzasadnienia wyzysku i przemocy były i są tworzone nieustannie na gruncie tak filozofii jak i nauk społecznych. Kpiną w żywe oczy z wszelkich naukowych standardów jest udawane że tego wszystkiego nie ma i, że dyskusja ogranicza się do przypowieści ze Starego Testamentu o ukaraniu Chama i archaicznych mitologii podboju.

Gdy chodzi o przemoc i wyzysk to przedmiotem dyskusji jest z reguły nie samo ich istnienie ale zakres i sens (racjonalność). Tak się bowiem składa, że a Zachodzie Europy mamy do czynienia z walką klas (niekoniecznie uciskanych z uciskającymi ale również grup wyzyskiwaczy np. feudałów z burżuazją), która stymulowała rozwój gospodarczy i cywilizacyjny. W przeciwieństwie do tej sytuacji w Polsce mamy do czynienia z modelem, w którym eskalacja wyzysku i przemocy prowadziła do irracjonalnego wręcz marnotrawstwa i samounicestwienia struktur państwa mającego to panowanie gwarantować. Można powiedzieć, że marnotrawny wyzysk feudalny zastąpiły w Polsce wyzysk i przemoc ze strony kapitału „nie mającego ojczyzny”, który dużą część wyzyskanych środków wywoził z kraju i jeżeli inwestował to już gdzie indziej. Ten obszar historii w poważnej polskiej historiografii opisywany był i jest wielokrotnie poczynając od pierwszego tomu „Historii Polski w zarysie” Michała Bobrzyńskiego prezentującego feudalny wymiar tej historii, po najnowsze badania Tadeusza Klementewicza analizującego kwestie uzależnień kapitalistycznych.

Zasadniczy problem metodologiczny tzw. „Ludowej historii Polski” pana Leszczyńskiego polega na jej dziennikarskiej metodzie narracji. Autor opisuje setki konkretnych przykładów uznawanych przez siebie za istotne zjawisk przemycając jakieś uogólnienia w tle i komentarzach. Opis tego rodzaju umożliwia „bardzo swobodne” operowanie faktami i bardzo swobodne operowanie czasem historycznym. Autor konstruuje swoje „narracje” w sposób całkowicie dowolny uniemożliwiając przy tym jakąkolwiek ich obiektywizację. Rzekome „bogactwo” faktograficzne jest jedynie ostentacyjnym lekceważeniem jakiejkolwiek dyscypliny intelektualnej, rzetelności naukowej a nawet zwykłej przyzwoitości. Zajmowanie się szczegółami wymagałoby tomu, nie mniejszego rozmiarami, niż rzeczone „dzieło” pana Leszczyńskiego.

Warto jednak zwrócić uwagę, że apogeum tych operacji koncentruje się na PRL. Ponieważ PRL (1944-1989) jest okresem w „historii ludowej” Polski najbardziej niezwykłym i najbardziej dynamicznym pan Leszczyński wkłada najwięcej wysiłku, żeby wpisać go w swoją tezę że w ciągu ostatnich dwustu lat w sytuacji ludu niewiele się w Polsce zmieniło i był on ciągle był przez elity wykorzystywany, wyzyskiwany i traktowany paternalistycznie.
Mamy więc wstrząsający obraz przemysłu PRL jako machiny eksploatacji gorszej niż przed wojną! Płace były niższe, świadczenia symboliczne a opisywana przez Milovana biurokracja Dżilasa tarzała się w dobrobycie i przywilejach „za żółtymi firankami”.. Problem tego, że przed ową wojną robotnicy przemysłowi stanowili niezbyt liczną grupę społeczną będącą w sumie elitą robotników natomiast ogromna część robotników z PRL to ludzie, przed wojną, na wsi zbędni, którzy przed wojną stanowili ukrytą armię bezrobotnych, i z tej chociażby, perspektywy poziom życia przed wojną i po wojnie wygląda zupełnie inaczej panu Leszczyńskiemu umyka. Industrializacja i historyczne przekroczenia granicy między społeczeństwem rolniczo-przemysłowym a przemysłowo-rolniczym to też rzeczy niegodne poważnych rozważań z punktu widzenia „historii ludowej” skupionej na wyzysku i przemocy.

Kwestią zlekceważoną, jako tzw. „wojenna obsesja bloku socjalistycznego” (s.484) jest też to, że istnienie Polski w powojennej Europie kosztowało. I to bardzo dużo. I musiało kosztować. Hilary Minc ponoć lubił powtarzać nawiązując do 1939 roku „Dzisiaj nasze niebo nie jest puste”. W październiku 1956 roku o kierunku rozwoju wydarzeń w Polsce nie zadecydowała wola Sekretarza KPZR Chruszczowa, ale konfrontacja między polskimi wojskami pancernymi a polskim lotnictwem. To wszystko kosztowało bardzo dużo, ale czyniło PRL w stosunku do II RP, państwem zdolnym do życia i żyjącym. Nie był to ideał ludowego dobrobytu z grafomańskiego „Listu” panów Kuronia i Modzelewskiego ale państwo, które trwale zakorzeniło się w Europie. Do dzisiaj od tego „peerelowskiego wyzysku” odcinamy kupony. To nie zrobiło się samo. To że „elita” czy też „biurokracja”, czy też „komuniści” byli pierwszą grupą przywódczą od pięciuset lat, która popchnęła Polskę do przodu odwracając dziejowy trend niemożności i nieudacznictwa, też okazuje mało istotne w historii cierpiącego katusze polskiego ludu.

To co pan Leszczyński wypisuje o industrializacji to przysłowiowe „małe miki” w stosunku do rozdziału „reforma rolna i kolektywizacja”, który sugeruje, że nieudana kolektywizacja zakończyła historię wsi z PRL-u gdyż potem już wiele się nie zdarzyło. To że historia ludu wiejskiego w PRL kończy się na nieudanej kolektywizacji jest niczym wobec tego czym się zaczyna. A zaczyna się opowieścią o nieszczęsnej „Cioci Janinie” (s. 497) właścicielce ziemskiej majątku przejętego pod przymusowy zarząd przez Niemców, znoszącej swój los z chrześcijańską pokorą i arystokratycznym wdziękiem. Historia o „Cioci Janinie” budzi nieodparte skojarzenia z historią pudla Gagi w pałacu na Ukrainie, opowiedzianej w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego, nie ma w niej jednak ironicznego komentarza Cezarego Baryki, a pełna grobowa powaga.

Zejście „Cioci Janiny” ze sceny historycznej było tylko częścią większej historycznej zmowy „totalitaryzmów”!: „ W ten sposób dokonywał się ostatni akt wielowiekowej historii polskiego ziemiaństwa: Na Kresach wywłaszczyli je ostatecznie po upadku II RP sowieci (oczywiście z małej litery – A.C.), na ziemiach wcielonych do Rzeszy – hitlerowcy, a reszty „likwidacji klasy wyzyskiwaczy” dokonała reforma rolna przeprowadzana od lata 1944 przez zwycięskich komunistów”(s. 498). No cóż biedni „wyzyskiwacze” (oczywiście w pazurkach). Nec Hercules contra plures. Z taka szatańską nawałą nie potrafiła sobie poradzić nawet arystokratyczna dobroć i godność „Cioci Janiny” a co dopiero jakieś obrzyny „żołnierzy wyklętych”.

Tego, co wyprawiali komuniści z reformą rolną nie sposób nawet streścić i masochistom pozostaje to przeczytać. Generalnie komuniści nad ludem wiejskim podobnie jak nad robotniczym znęcali się, mówiąc słowami pewnego PRL-owskiego pisarza jak „małpa nad sałatą”. Na szczęście z przysłowiowych czterech czarnych liter PRL lud roboczy wyzwoliła nowa idea. Jak pisze w ostatnich dwu zdaniach podstawowej narracji opracowania autor: „Komitet Obrony Robotników, założony przez grupę inteligenckich dysydentów po zamieszkach w Radomiu i Ursusie 1976 r., mówił o prawdziwym interesie robotników i opresji władzy. „Solidarność” zaadoptowała dużą część tych ideałów uczyniła z nich paliwo masowego, który zadał reżimowi śmiertelny cios” (s. 523).

Niestety w tym fascynującym miejscu narracja się urywa gdyż zdaniem autora zaczyna dotyczyć faktów zbyt świeżych i zbyt znanych, żeby o nich pisać. No cóż, być może jest to kwestia wrodzonej skromności autora a być może, nie umiejętności przestawienia się z obrazów niedoli i cierpień na obrazy radosnej szczęśliwości wynikającej z realizacji „prawdziwych interesów” nie tylko robotników, ale w ogóle „Ludu pracującego miast i wsi” wypływającej z nieśmiertelnego dorobku intelektualnego Komitetu Obrony Robotników. Czyż bowiem można sobie wyobrazić bardziej służący „prawdziwemu interesowi” robotników niż nieśmiertelny „plan Balcerowicza” i większe szczęście niż zapychanie „kuroniówki”?

To, ze autor nie potrafi oddać niepowtarzalności smaku kuroniówki wynika z kolejnego dość istotnego błędu metodologicznego, czy też ewidentnej niedoskonałości warsztatowej. Otóż pojęcie lud zrobiło karierę dzięki rewolucji francuskiej i ludowym powstaniom przeciwko armiom Napoleona. Tym co było wspólne obu tym zjawiskom była wyraźna podmiotowość warstw niższych, która rozbudziła różne nadzieje i obawy. Lud stał się przedmiotem intensywnych badań naukowych. W naukach społecznych, ekonomicznych, historycznych i politycznych bliższe przyjrzenie się „ludowi” doprowadziło do rozczarowania gdyż „lud” okazał się formacją o rozbieżnych, często sprzecznych interesach, nie zdolną do sensownych działań na dłuższą metę. W konsekwencji „lud” stracił znaczenie teoretyczne na rzecz znacznie efektywniejszych kategorii jak klasy i warstwy. (Stąd zresztą obecna moda na „lud” w naukach społecznych czy politycznych jest oczywistym regresem).

Inaczej jednak potoczyła się historia „ludu” w naukach o kulturze. Tutaj lud rozgościł się na trwałe i zajął uprzywilejowaną pozycję. Badania kultury ludowej, poezji ludowej, literatury ludowej, obyczajowości ludowej, muzyki ludowej, mentalności ludowej, wyobraźni ludowej, sprawiedliwości ludowej, religijności ludowej, antysemityzmu ludowego itd. itp. stało się obszarem niezwykle płodnych badań ukazujących, rzeczywiście pewne cechy wspólne charakterystyczne dla warstw niższych przynależących do danego społeczeństwa.

Jest rzeczą znamienną, że całe to wręcz niewyobrażalne bogactwo nie znajduje książce pana leszczyńskiego żadnego odbicia. Lud cierpi podlega wyzyskowi, przemocy, ale nie mówi, nie myśli, nie śpiewa, nie kładzie uszu po sobie, nawet nie warczy jak w „Ferdydurke” Gombrowicza. Za lud mówią najczęściej „Ciocie Janiny” albo dokumenty. Ta oczywista słabość ma nie tylko historyczny wymiar i dotyczy nie tylko pana Leszczyńskiego.
Kiedy na gruncie nauk społecznych czy politycznych mówimy dzisiaj o „populizmie” jakoś omawiając specyfikę tego zjawiska nie zwracamy uwagi na to że nazwa bezpośrednio odsyła nas do naszego drogiego „ludu”. Ten odsyłacz w przypadku rozumienia współczesnej polityki czyni ją bardzo bliską dorobkowi nawet niekoniecznie najnowszej etnografii i etnologii.
To w populizmie mamy odrodzony wściekły lud ujawniający swoje wszystkie niezbyt sympatyczne cechy sięgające od fascynującej Brzozowskiego ludowej reakcji 1799 po niedawny szturm na Kapitol.
Gdyby pan Leszczyński spojrzał na lud i ludowa historię polski oczami etnografa czy etnologa zobaczyłby taki właśnie wściekły lud, któremu akuratnie nie posmakowała kuroniowka i nie przekonały wzniosłe idee Adama Michnika. Zobaczyłby ludową „biopolitykę” pięćset plusa, zobaczyłby ludowe prawo i ludową sprawiedliwość. Ludową muzykę disco-polo. Ludowy nacjonalizm i ludową” plemienność”. Ludowy antysemityzm i ludową religijność. Januszów i Grażyny, Sebiksów i Dżesiki którzy wreszcie ruszyli po swoje.

Gdyby pan Leszczyński poważnie traktował swoje dzieło zauważył by coś jeszcze co niby klamra spina jego wizję dziejów. Rozpoczyna on historię ludu od przekleństwa spadającego na biblijnego Chama i jego potomków. Tym co dzieje się na naszych oczach jest zdjęcie tej historycznej klątwy. Mamy oto Prezydenta Maliniaka, Premier Szydło i Premiera Pinokio, Prezesa Obajtka, stare i młode chamstwo w dowolnych wyborach i konfiguracjach, chamstwo w mediach, chamstwo w kulturze. Brakuje nam tylko nowego Adama Ważyka, który do starego wiersza „Lud wejdzie do śródmieścia” dodałby wchodzącego tam Chama.

Nie wiem jak długo potrwa obecny karnawał Ludowości sprowokowany przez głupotę antysocjalistycznej opozycji, której się wydawało i wydaje, ze sprawowanie władzy to sama przyjemność i bebefity ale sadząc po ostatnich prośbach o powrót Donalda Tuska może to jeszcze potrwać.
Niezależnie od dalszego rozwoju wydarzeń książka pana Leszczyńskiego jest żałosną karykaturą przyzwoitego uprawiania nauki.

Natomiast, jak sądzę, warto pamiętać o jednej rzeczy. Nie każdy lubi publiczne wspominki o tym, jak to go silniejsi chłopcy bili na podwórku, jak to musiał się opłacać w szkole żeby mu dano spokój itd. itp. Być może polski lud nie lubi jak mu się wypomina dawną słabość i cierpienia i woli słuchać zupełnie innych bajek, jaki to był piękny i młody, jak to tłukł wszystkich w okolicy, iluż to bohaterskich czynów dokonał itd. itp. Może wyjść z założenia, ze klient nasz Pan i poszukać jakiejś nowej formuły politycznej pisaniny.

Jeszcze o grudniu 1970 r.

Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w Trybunie ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania swojego własnego zdania.. Jednakże w przypadku, gdy w grę wchodzą fakty, to czuję się zobligowany do ich skorygowania. Dlatego też pozwalam sobie zabrać głos w kontekście publikacji prof. Jerzego J. Wiatra pt. „Kryzys grudniowy 1970: przyczyny i konsekwencje”.

Również dlatego, że zostało tam przywołane nazwisko mojego ojca Bolesława Jaszczuka, sekretarza KC PZPR w latach 1963-70. Uważam zatem za celowe dokonanie pewnych sprostowań na podstawie zarówno relacji moich rodziców, jak i w oparciu o własne obserwacje.

Po pierwsze, w roku 1968 nie tylko na Węgrzech ale też w niektórych innych KS podjęto próby reformowania systemu ekonomicznego. W CSRS rozpoczęto wprowadzanie rachunku ekonomicznego, nazywanego tam rosyjskim terminem chozraščot, co jednak zostało przyhamowane po interwencji wojsk Układu Warszawskiego. Mimo to czechosłowacka gospodarka nie tylko się rozwijała lecz także była w wysokim stopniu samowystarczalna oraz pozbawiona zmory bezrobocia – wręcz na odwrót, sprowadzano tam masowo pracowników nie tylko z Polski ale i z Kuby – a także niemal zerowym poziomem inflacji dzięki czemu wzrost płac nominalnych automatycznie przekładał się na wzrost płacy realnej. W końcu lat 80. pracowałem w Czechosłowacji w sumie ponad pół roku i mogłem to obserwować z bliska. Sklepy były znakomicie zaopatrzone we wszystkie towary poczynając od szerokiego wyboru mięsa i wędlin po artykuły przemysłowe w przeważającej większości produkcji krajowej. Z towarów importowanych w sklepach można było wypatrzyć co najwyżej jakieś trunki czy albańskie owoce. Dewizami gospodarowano bardzo oszczędnie wydając je na wybrane artykuły konsumpcyjne, np. w Bratysławie funkcjonował sklep z renomowanymi francuskimi kosmetykami. Nie odczuwało się też braków w zaopatrzeniu. Kiedy jednego dnia w jednej z dzielnic Bratysławy zabrakło proszków do prania to zrobiła się afera na cały kraj. Ponadto czechosłowackie towary były atrakcyjne cenowo dla gości zagranicznych. Jugosłowianie masowo kupowali meble. Osobiście widziałem jak Węgrzy w jednym z największych sklepów wykupili cały zapas kawy. Jednakże już następnego dnia kawa ponownie się w sklepie pojawiła. Dobrze prosperowały też Zjednoczone Spółdzielnie Rolnicze, które w odróżnieniu od zakładów przemysłowych były obciążone znacznie mniejszą ilością obowiązkowych wskaźników. Przytoczone przeze mnie przykłady świadczą to tym, że gospodarka może całkiem nieźle funkcjonować bez wprowadzania reform. Jednak tylko do czasu aż system nie wyczerpie swoich możliwości. W 1988 r. moi czechosłowaccy rozmówcy zwracali uwagę na to, że system oparty o wielość obowiązkowych wskaźników jest skostniały i wymaga zmian. Jednak podobnie jak w 1968 r. ingerencja zewnętrzna nie pozwoliła na wdrożenie w życie bardziej demokratycznego modelu socjalizmu, tak w 31 lat później zmiana ustroju doprowadziła do zahamowania gospodarki i pojawienia się takich niespotykanych tam zjawisk, jak bezrobocie, bezdomność a nawet nędza, choć obszar biedy, jak wynikało z moich osobistych obserwacji w latach 90., był znacznie mniejszy niż na Węgrzech. Nowy mechanizm zaczęto też wprowadzać w ZSRR jednak jego promotor, ówczesny premier Aleksiej Kosygin był za słaby aby pokonać opór biurokracji. W efekcie w latach 70. namnożyła się liczba resortów gospodarczych. Powstawały np. ministerstwa budowy maszyn dla przemysłu lekkiego i oddzielne takie ministerstwa dla innych gałęzi przemysłu. Panowanie biurokracji na różnych szczeblach władzy nie tylko ekonomicznej doprowadziło w końcu do takiego stanu, że niezbędna stała się pieriestrojka. Jednak jej przebieg i skutki to już odrębny, szeroki temat.

Również w Polsce w końcówce lat 60. na najwyższych szczeblach władzy dostrzegano konieczność zmiany mechanizmów gospodarczych. Zespół ekspertów pilotowany przez mojego ojca pracował nad przygotowaniem nowych zasad funkcjonowania gospodarki czego efektem było wypracowanie systemu bodźców mającego na celu powiązanie wynagrodzeń z efektywnością produkcji. Był on być może nazbyt skomplikowany – może dlatego, że był przygotowany przez naukowców – jednak była to jakaś realna próba reformowania gospodarki co stoi w sprzeczności z tezą prof. Wiatra, iż pod koniec lat sześćdziesiątych prowadzono błędną politykę gospodarczą, „której źródło tkwiło w stanie ośrodka kierowniczego”. Po roku 1970 nowa ekipa odeszła od wdrażania mechanizmów ekonomicznych i postawiła na rozwój nowych technologii, co było przejawem przewagi strategii technicznej nad ekonomiczną. Jak trafnie zauważa prof. Wiatr, pokolenie, które przejęło władzę w większości „ tkwiło w okowach myślenia technokratycznego i dalekie było od śmielszych koncepcji reformatorskich”.

Należy też wspomnieć o tym, że sam Gomułka dostrzegał potrzebę zmian o czym może świadczyć fakt, iż w lutym 1968 r. zaproponował strategię selektywnego rozwoju. Z grubsza miała ona polegać na rozwoju przyszłościowych i proeksportowych gałęzi gospodarki kosztem przemysłu ciężkiego i wydobywczego. Nie trzeba być specjalnie domyślnym aby zauważyć, że tego typu strategia uderzała w lobby węglowe i hutnicze ulokowane głównie na Śląsku. Część aktywu i aparatu partyjnego czuła się ponadto znudzona władzą Gomułki i upatrywała w Edwardzie Gierku kogoś w rodzaju odnowiciela. Szczególnym tego dowodem było zebranie warszawskiego aktywu partyjnego w 1968 r., gdy z inspiracji ówczesnego I Sekretarza KD PZPR Warszawa-Wola grupa uczestniczących w nim osób skandowała głośno: Gierek! Gierek!

Władysław Gomułka był też niemile widziany przez niektórych działaczy ponieważ przy nim nie wypadało się bogacić. Gomułka co prawda nie wtrącał się w życie osobiste partyjnych i państwowych funkcjonariuszy sam jednak mieszkał w zwykłym mieszkaniu w zwykłym bloku. W podobnych warunkach mieszkały też inne osoby z najwyższych pięter władzy co może potwierdzić Józef Tejchma, który wraz z żoną i dwiema córkami zajmował trzypokojowe mieszkanie w pięciokondygnacyjnym budynku bez windy. Dlatego też innym nie wypadało budować sobie ekskluzywnych wilii. Oficer BOR przydzielony do ochrony sekretarza KC Ryszarda Strzeleckiego pisał w swoich wspomnieniach, że Strzelecki odmówił zamieszkania w zaproponowanej mu wilii. Skoro już mowa o ówczesnym BOR, to warto wspomnieć, że ochrona przysługiwała osobom wchodzącym w skład Biura Politycznego ale już nie sekretarzom KC. Artur Starewicz jeździł na wczasy wraz z rodziną bez kierowcy i sam zasiadał z kierownicą. Wspominam o tych faktach mimo tego, że nie dotyczą bezpośrednio głównego tematu publikacji prof. Wiatra, jednak ukazują one pewne niestandardowe na tle innych krajów reguły mające odniesienie do politycznego kierownictwa państwa.

Tak więc kilka czynników plus polityczne ambicje niektórych liczących się postaci jak choćby Mieczysław Moczar musiało w końcu doprowadzić do usunięcia Gomułki w czym zresztą sam sobie pomógł przez ową feralną podwyżką cen. O ile mi wiadomo, Gomułka wahał się nad wprowadzeniem tych podwyżek akurat w najmniej odpowiednim ku temu momencie. Jednak niektórzy współtowarzysze z Biura Politycznego przekonywali go, że sytuacja znajduje się pod kontrolą i ludzi ze zrozumieniem przyjmą podwyżkę cen. Podstawowym błędem Gomułki było to, że naiwnie uwierzył w te zapewnienia. Jednak gdyby nie ów tragiczny grudzień 1970 wcześniej czy później doszłoby do zmiany władzy na najwyższym szczeblu, gdyż takie były okoliczności oraz wola dużej części aktywu partyjnego. Przyznał to prywatnie jeden z ówczesnych nie żyjących już działaczy z najwyższych pięter władzy. Tak więc przyczyny kryzysu 1070 są o wiele bardziej złożone niż wynikałoby to z publikacji Jerzego Wiatra, a także z moich powyższych spostrzeżeń i wniosków. Sprawa ta być może będzie przedmiotem badań historyków i politologów co pozwoli nam zbliżyć się do lepszego poznania przyczyn a także politycznych kulisów tych wydarzeń.

„Nie samym chlebem żyje człowiek…

…lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4b) Kilka uwag na temat artykułu prof. Tadeusza Klementewicza „Polak, katolik, obywatel – suweren. Ile pracownika w pracowniku?” („Trybuna” Nr 7-8 grudnia 2020r.)

Zasadniczym problemem niniejszego tekstu jest to, że bardzo lubię i cenię profesora Tadeusza Klementewicza. Uważam go za wybitnego lewicowego ekonomistę, autora wielu cennych analiz w skali makroekonomicznej Autora wspaniałej, wydanej w zeszłym roku, książki „Kapitalizm na rozdrożu. Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój”. Tak się jednak składa, że w dzisiejszym świecie wiedza o życiu społecznym i mechanizmach rozwoju społecznego jest wiedzą obejmującą wiele dyscyplin i obszarów badawczych. Często specjaliści z jednej dziedziny przenosząc swoje rozważania na inne niezbyt dobrze znane obszary produkują poczwarki i potworki zadziwiające swoja osobliwa urodą, ale nie wnoszące niczego konstruktywnego do dyskusji.

Do klasycznych obszarów powstawania owych osobliwości należy pogranicze między ekonomią a antropologią i historią. Te dzikie pola intelektualnych poszukiwań stały się wylęgarnią stworków określanych potocznie jako „homo economicus” a więc osobliwych wywodów mówiących o tym jak ekonomista wyobraża sobie człowieka, o którego działaniach i historii pozaekonomicznych, z reguły niezbyt dużo wie.
„Homoekonomikus” jak można go już, ze względu na popularność w naszym kraju, nazywać jest zjawiskiem w nauce codziennym. Co chwila jakiś ekonomista wyprowadza swojego „homoeka” na spacer po bulwarach debaty publicznej. Fakt, że kolejny wybitny ekonomista dochował się swojego „homoeka” byłby zabawny gdyby nie fakt, że ów nowy intelektualny „sobotwór” zgłasza roszczenia do organizowania myśli programowej polskiej lewicy.

Ponieważ, jeżeli lewica ma już mieć program, (co stanowi prawdziwa rewolucję na polskim gruncie gdzie lewica od bardzo już dawna jest bezpruderyjnie teoretyczna) to warto, być może, oprzeć go na poważnej debacie odwołującej się do faktów a nie radosnej twórczości ekonomistów biorących się za historię czy antropologię. Ośmielam się więc przedstawić kilka uwag opartych na wiedzy z dziedzin ekonomistom najczęściej ekonomistom obcych. Żeby nie być oskarżonym o nieuprawnione uogólnienia zmuszony jestem przytoczyć opis „homoeka”, który jest przedmiotem niniejszej dyskusji.

Przechodząc do rzeczy stwierdzić należy, że rzeczony osobnik narodził się zdaniem swego duchowego ojca w wyniku konieczności modyfikacji dzieła Karola Marksa, który nie zrozumiał zasadniczego problemu swojej i nie tylko swojej współczesności jakim jest „znaczenie potocznej świadomości klas ludowych”. Niezależnie od niezwykle ciekawego problemu czym są zdaniem autora tzw. „klasy ludowe” przypomnijmy zasadnicze punkty wywodu:

Po pierwsze więc: „Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego.”

Po drugie: „W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika.”

Jak sądzę nie trzeba tutaj chyba specjalnej przenikliwości żeby rozpoznać w owym „potocznie myślącym” przedstawicielu „klas ludowych” starego poczciwego „homoeka” najlepsze jednak Dopiero prze nami, albowiem: „Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD.”

Za pewne podsumowanie niniejszych wywodów można uznać wytłuszczony wniosek: „DOMINACJA WIEDZY POTOCZNEJ STANOWI BARIERĘ UNIEMOŻLIWIAJĄCĄ NARRACJOM TEORETYCZNYM, BY REALNIE WPŁYNĄĆ NA PERCEPCJĘ INTERESU KLASOWEGO I SOLIDARNOŚCI W JEGO REALIZACJI.”

Ponieważ jesteśmy ludźmi lewicy zacznijmy od Marksa i rzekomego braku w jego analizach należytego uwzględniania czegoś co nazwane zostało „potoczną świadomością klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności” nazywanej w tekście „mądrością”. Nie nazywając tego zjawiska „mądrością” Marks mający, jak sądzę, dość bliskie kontakty z robotnikami (a nie mówimy tutaj o Engelsie, badającym położenie klasy robotniczej, pracującym, co prawda nie jako robotnik, w fabryce, a nawet utrzymującego osobiste bardzo intymne stosunki z niektórymi robotnicami) operował tutaj rozróżnieniem na „klasę w sobie” i „klasę dla siebie”. A więc grona ludzi żyjących, niezależnie od siebie, zgodnie z logiką systemu i tych samych ludzi jako grupy mającej poczucie wspólnoty interesów i usiłujących system zgodnie z nimi zmieniać. „Świadomość potoczna” pozbawiona co prawda wzniosłej retoryki robiącej z niej „mądrość” należy do tego pierwszego obszaru. Trudno zresztą zrozumieć sens głównego dzieła Marksa „Kapitału” jeżeli nie traktuje się go jako wielkiej próby odpowiedzi na pytanie: jak muszą zmienić się warunki społeczno-gospodarcze, żeby klasa robotnicza została przez nie zmuszona do porzucenia stanu bycia „klasą w sobie” i stania się „klasą dla siebie”, a więc do wprowadzenia komunizmu? To, że Marksowi nie udało się odpowiedzieć na to pytanie, jest w sumie rzeczą drugorzędną jako, że jeżeli w ogóle o nim pamiętamy to nie ze względu na doskonałość jego teorii ale ze względu na zainicjowanie przez niego masowego ruchu robotniczego, którego rozwój wyraźnie świadczy, że wbrew poglądowi wyrażonemu w krytykowanym teście, owi robotnicy interesowali się czymś więcej niż tylko swoimi dochodami, karierami i wyprzedażami pozwalającymi się obłowić.
To czym interesowali się i interesują przedstawiciele „klas ludowych” stanie się głównym tematem dalszych rozważań. Dla porządku odnotujmy tylko, że na Marksie i Engelsie rozważania nad świadomością potoczną i świadomością teoretyczną „klas ludowych” się nie zakończyły. Z niegdyś znanych można tu wskazać na rozróżnienie „świadomości tradeunionistycznej” i „świadomości klasowej” zaproponowane przez Włodzimierza Uljanowa ps. Lenin, „Rozważania o przemocy” Georgesa Sorela, czy „Psychologię socjalizmu” Henri de Mana. Problem świadomości owych „klas ludowych” był wśród myślicieli lewicowych przedmiotem rozważań, z których udałoby się skompletować całą bibliotekę. Nie to jest jednak zasadniczym problemem.

Zasadniczym problemem jest rzekoma dominacja owego „myślenia potocznego” czy też wiedzy potocznej nad „myśleniem teoretycznym” (nazywanym przez Autora „narracjami teoretycznymi”) w myśleniu „klas ludowych”.

Zasadniczy problem polega na tym, że wbrew przekonaniu Autora w praktyce rzecz polega na tym, że ludzie nie tyle „myślą żeby żyć” ale „żyją żeby myśleć”. Deklaracja ta sprawia wrażenie bardzo idealistycznej, ale problem ma, bardzo konkretny i materialny wymiar. Przewodnikiem w tej materii może być, u samych podstaw zagadnienia, znany francuski nonkonformista antropolog Edgar Morin. W swojej zapomnianej niestety pracy „Zagubiony paradygmat natura ludzka” wychodząc od obserwacji, że ludzki mózg charakteryzuje wyraźna nadzłożoność w stosunku do życiowych potrzeb człowieka, uzasadnia tezę że człowiek z produktami owej nadzłożoności tj. nadprodukcją myśli rodzących się owym mózgu nie radzi sobie najlepiej, a często w ogóle sobie nie radzi stając się ich niewolnikiem i wpadając w pułapki zastawiane przez własną świadomość. Magia, religia, podejrzliwość, zazdrość, perfidia (którą w Polsce zajmował się Mirosław Karwat) i różne inne przejawy uznawane za jego chorobliwe patologie obce zwierzętom okazują się wytworami tego właśnie mechanizmu. Reasumując można przyjąć, że w świetle zreferowanych rozważań myślenie określane, w krytykowanym tekście, jako „potoczne” nastawione na bezpośrednią efektywność jest domeną zwierząt, podczas gdy myślenie ludzkie jest niestety radykalnym przekroczeniem tych horyzontów i pojawieniem się w nim mechanizmów radykalnie nowych i kłopotliwych.

Na płaszczyźnie historii owa nadzłożoność przybiera, jak sądzę, postać czegoś co bardzo trafnie ujął Claude Levi Strauss w tytułowej formule swojej klasycznej pracy „Myśl nieoswojona” (w oryginale La pensée sauvage – więc „myśl dzika”). Myśl dzika to myśl pierwotna, spontaniczna i bezrefleksyjna, która charakteryzuje się nieograniczoną dynamiką, żywiołowością, brakiem hamulców i refleksyjności. Jest to myśl „zdolna do wszystkiego” i raczej nieposkromiona niż „nieoswojona”.

Ksiązka Levi-Straussa stała się przedmiotem dwoistej refleksji. Z jednej strony moralnej, ukazujących zbrodniczość i intencjonalność owego myślenia rozwinięta przez Rene Girarda w „Koźle ofiarnym”. Z drugiej intelektualnej, ukazującej drogi ograniczania myśli dzikiej, przez wypracowywanie myślenia teoretycznego, przedstawione przez Jacka Goody’ego w znanej pracy „Poskromienie myśli nieoswojonej” (tytuł oryginału The Domestication of the Savage Mind mówi o udomowieniu).
Ten drugi nurt jak sądzę tworzy właściwe pole dla rozumienia sensu tego co określamy jako myślenie teoretyczne, (czy też jak chce Autor „narracje teoretyczne”). Jest ono wynikiem dokonującego się w trakcie rozwoju cywilizacji procesu racjonalizacji, porządkowania, weryfikacji, dyscyplinowania owej pierwotnej, spontanicznej myślowej „dziczyzny” będącej efektem owego „defektu” ewolucyjnego jakim jest nadzłożoność. Są więc efektem narastającego sprzeciwu wobec myślowych ekscesów mitu, magii, religii, objawień, teorii spiskowych i prześladowczych i całego tego nieskończonego bogactwa najdziwaczniejszych wytworów ludzkiego umysłu, z którym nieustannie mamy do czynienia. Znajduje ono wyraz nie tylko w nauce ale również literaturze i innych formułach refleksyjności i dystansowania od spontaniczności czego bardzo dobrym przykładem była chociażby powieść grozy zmieniająca metafizyczne lęki w literacką grę a nawet zabawę. Zawsze też warto pamiętać, że twórca nowoczesnej metody naukowej nauk społecznych i humanistycznych – ośmieszony przez znanego z perwersji intelektualnych sado-masochistę Michaela Foucaulta jako twórca tzw. „władzowiedzy” – Francis Bacon za motto swoich rozważań przyjął zasadę głoszącą, iż „umysłowi ludzkiemu nie skrzydeł trzeba ale ołowiu”.

Myślenie dzikie chociaż towarzyszy ludzkości od najdawniejszych czasów, nie jest bynajmniej zjawiskiem, które kiedykolwiek zamarło, co więcej jest myśleniem dominującym tradycyjnie wśród „klas ludowych”. Klasy te wbrew pozorom nigdy nie żyły jedynie owym myśleniem potocznym skoncentrowanym na T =>P =>T` i promocjach makaronu w Lidlu (sam śledzę raczej promocje w Auchanie, a jako osoba w wieku przedemerytalnym zastanawiam się jak dorobić na emeryturze). Wystarczy sobie popatrzeć na historię chrześcijaństwa, owego wytworu ludzi prostych uznawanego nawet w swoich początkach za religię „niewolników”, żeby zobaczyć, że „klasy ludowe” wykazują się niezwykłą kreatywnością w zakresie zagadnień oderwanych od bezpośrednich potrzeb życiowych. Najprzeróżniejsze ruchy ludowe rozwijające się w jego łonie – herezje i sekty o ludowej proweniencji są tego najlepszym świadectwem. Wystarczy popatrzeć z jakim zapałem prości ludzie rzucili się na interpretowanie Biblii w przededniu wojny chłopskiej w szesnastowiecznych Niemczech i do czego to doprowadziło. Warto zauważyć, ze Marks i Engels ze swoją teorią też nie działali w próżni ale wręcz przeciwnie, na gruncie tak płodnym we wszelkie pomysły naprawiania świata, że trzeba było się w tym towarzystwie bardzo mocno rozpychać łokciami, żeby w ogóle dojść do głosu.

Historia ta bynajmniej się nie zakończyła na czasach pierwszej fazy rozwoju rewolucji przemysłowej. Wszelkie kryzysy i zaburzenia życia społecznego owocowały i owocują eksplozjami owej myśli nieoswojonej. Niewątpliwie jej najbardziej spektakularnym przejawem stały zjawiska prawicowych reakcji na wielki kryzys w postaci nazizmu, faszyzmu, rasizmu, antysemityzmu i wszelkiej maści zjawisk pokrewnych znajdujących dość powszechną aprobatę a nawet budzących fanatyczne fascynacje wśród licznych przedstawicieli „klas ludowych”. Owo myślenie dzikie, raz było na wozie ,raz pod wozem, ale nigdy nie zamarło nawet w najbardziej „ponurych” czasach powojennego, niestety często powierzchownego, racjonalizmu.

Czasy współczesne to okres niebywałego rozkwitu myśli nieposkromionej związanego z gwałtownym rozwojem coraz bardziej wymykającego się wszelkim próbom racjonalizacji i refleksyjności świata nowych mediów. Internet jest imperium Wielkiego Zdziczenia Myśli, osobliwym Wielkim Powrotem do świata pierwotnego a być może nawet spektakularnym, intelektualnym samobójstwem cywilizowanej ludzkości. Byłoby jednak przesadą niedostrzeganie tego, że jak na razie, jest przede wszystkim polem walki „nowych dzikich” z cywilizowaną przeszłością. Ci „nowi dzicy” odradzający myśl nieoswojoną to ludzie uważający się za „konserwatystów” i równie nieodpowiedzialni neoliberałowie. Wielka wojna z nowoczesnym państwem socjalnym rozpoczęta przez te dwie siły uderzeniowe wielkiego kapitału zburzyła powojenny ład i poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie wyzwalając w sposób nie mniej radykalny niż w latach dwudziestych zeszłego stulecia wszystkie wydawałoby się zamknięte na siedem pieczęci chorobliwe i prześladowcze idiotyzmy. (Wydaje mi się, w tym kontekście, że nie można mówić o myśleniu współczesnych „klas ludowych” bez przyswojenia sobie lekcji Thomasa Franka zawartej w opracowaniu „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki.”)

Siłą napędową współczesnego populizmu jest myśl „nieoswojona”. Współczesny przedstawiciel „klas ludowych” to niestety najczęściej nie tylko chłopek roztropek kalkulujący korzyści z wyprzedaży mrożonej ryby zagrożonej przeterminowaniem, czy awans na majstra, ani szewc pilnujący kopyta. To człowiek myślący w kategoriach zawrotnych perspektyw światowego spisku Żyda Sorosa, walczący z dążeniem światowych elit do wyludnienia planety odpowiednio do swoich potrzeb, Klubem Bilderberg, rządami reptilian, masonami, elgbtem, dżenderem, tęczową zarazą, marksizmem kulturowym i wielu innymi przerażającymi zagrożeniami jego codziennego bytu. Nie z każdym o tym rozmawia, bo diabeł nie śpi, ale swoje wie. Uczestniczy też we wspólnocie, która go podtrzymuje w gotowości do działania. Do obrony Prezesa i jego jedynie słusznych wizji szczęśliwej przyszłości.

To, że obecnie w rządach tej paranoi obserwujemy kryzys byłoby optymistyczne gdyby istniała jakaś alternatywa nadająca na podobnych falach i potrafiąca wkroczyć na tereny myśli nieoswojonej proponując sensowna alternatywę. W dawnych czasach takie mechanizmy istniały w ruchu robotniczym, intelektualiści pisywali nie tylko wiekopomne traktaty ,ale przede wszystkim byli publicystami potrafiącymi odwoływać się do emocji wyobrażeń normalnych ludzi. Brudził sobie w ten sposób ręce nawet Karol Marks pisząc chociażby „18 brumaire’a”. Takim intelektualistą był Fryderyk Engels, którego polemiki i broszury: ”Anty-During”, „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa’, „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki” itp. stanowiły rzeczywista podstawę upowszechniania marksizmu. Ale też nie jest przypadkiem, że Engels budzi od dziesięcioleci prawdziwe obrzydzenie wśród prawdziwych „teoretyków” jako wulgaryzator „prawdziwego marksizmu”, którego poszukiwanie stało się zabawą jeszcze popularniejszą niż onegdaj poszukiwanie Świętego Grala a nieco później poszukiwanie Eldorado. Nie należy ukrywać, że na drodze wkraczania ruchu robotniczego na tereny myśli nieoswojonej zdarzały się nadużycia, nawet katastrofy, jak chociażby stalinizm, ale nie jest to powód do popełniania politycznego samobójstwa i zamykania się w świecie, w którym nie ma nadużyć bo nie ma życia.

Nikt na lewicy jakoś nie potrafi dostrzec, że prawicowy populizm nie jest podtrzymywany przez oficjalne instytucje, ale dynamicznym ruchem instytucji nieformalnych skupionym wokół think tanków, czasopism, klubów, fundacji, rozgłośni radiowych (Radio Maryja) czy telewizyjnych (TV Republika) itd. Jedyną bodajże oficjalną instytucją jest tutaj IPN. Nawet zawłaszczona przez PiS telewizja publiczna działa w oparciu o aktyw z owego niesformalizowanego świata. Jest to środowisko żywe, nie bojące się dyskusji, polemik i debat a nawet awantur. To ta olbrzymia machina buduje od kilku już dziesięcioleci umysłowe zaplecze prawicowego populizmu w społeczeństwie.

W tym kontekście wyobrażenia do których odwołuje się Autor artykułu porażają anachronizmem. Przekonanie, że hegemonię klasowa budują „Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie”. (Autor mówi o „hegemonii kulturowej” nawiązując do myśli Antonia Gramsciego, którego wątpliwe pomysły odegrały doniosłą rolę w pogrążeniu w niebycie Włoskiej Partii Komunistycznej i zresztą nie tyko jej. Ale jest to już temat na inną dyskusję.)

Niezależnie natomiast od oceny Gramsciego warto zwrócić uwagę, że ani szkoła ani ambona ani tym bardziej akademie nigdy nie tworzyły realnego mechanizmu umacniającej czyjąkolwiek i jakąkolwiek hegemonię. Żadna idea, która obecnie rządzi umysłami nie zrodziła się ani w szkołach ani w akademiach. Poczynając od neoliberalnych bredni a na „żołnierzach wyklętych” kończąc, zawsze w punkcie wyjścia mamy nieformalną grupę typu Mont Pelerin z której dopiero z czasem i nie bez trudności nowa formuła rozpełza się na szkoły i akademie i nie zawsze właśnie tam najmocniej się zakorzenia. Szkoła natomiast przez rutynę i formalizację jest w stanie ośmieszyć i skompromitować każdą ideę o czym mieliśmy okazję przekonać się nie tylko poprzez doświadczenie wychowania socjalistycznego w PRL ale i później obserwując kompromitację nauczania w tych placówka tzw. religii. Obecnie, muszę przyznać, z wypiekami na twarzy oczekuję efektów upowszechniania osiągnięć poetyckich i intelektualnych dokonań Karola Wojtyły (Jana Pawła II) gdyż jeżeli idea zostanie potraktowana poważnie możne być ciekawie.

Chociaż w przeciwieństwie do szkoły i akademii o ambonie mam dość mgliste wyobrażenie towarzyszy mi jednak przekonanie, że o wpływie Kościoła na ład społeczny nigdy nie decydowała ambona ale zawsze kruchta (za słownikiem PWN: 1. «przedsionek kościoła».2. lekcew. «środowisko i mentalność ludzi mających bezkrytyczny stosunek do Kościoła i jego nauk»). Obecnie mamy, zresztą, okazję obserwować, że i na ambonie nad podziw łatwo się poślizgnąć.

Tak na marginesie warto też zwrócić uwagę, że gdy mówimy o znaczeniu owej „kruchty” dla świadomości robotniczej, to momentem kluczowym, nie jest tu rewolucja 1905 roku. Klasa robotnicza ukształtowana przez te wydarzenia zanikła z różnych względów po roku 1945. Chociaż nie sposób zanegować faktu, że na Śląsku czy w Poznańskim, których rewolucja 1905 roku nie objęła robotnicy znaleźli się pod wpływami kościoła już przed drugą wojną światowa, to klerykalizacja środowisk robotniczych dawnej Kongresówki (i Galicji) była efektem wielkiej migracji ze wsi do miast po drugiej wojnie światowej. To te dwa miliony zbędnych ludzi ze wsi, które w miastach w osiągnięciu statusu robotnika zobaczyły swoją życiowa szansę stworzyły tę nową klasę robotniczą. Stały się one, tym znanym nam, powojennym robotnikiem budującym koszmarne architektonicznie kościoły na każdym nowym osiedlu, posyłającym dzieci na religię i samorealizującym się w klerykalno-nacjonalistycznych odlotach przy każdej nadarzającej się okazji. To oni w końcu stworzyli tę Kaczą Polskę własnych marzeń, która akurat zaczyna sypać się w gruzy. To pojawienie się tych robotników podsumowywała znana anegdota o powstającym w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia na ANS PZPR doktoracie zatytułowanym „Lech Wałęsa jako przykład awansu społecznego robotnika w PRL”. Dla tego robotnika Rewolucja 1905 i jej doświadczenia są bardziej abstrakcyjne niż świat „Wojen Gwiezdnych”. Była ona bowiem jeszcze dawniej i jeszcze w odleglejszej galaktyce.

Problemem nie jest już dzisiaj ten odchodzący w przeszłość robotnik o solidarnościowo-wiejskiej, klerykalnej mentalności. Problemem jest stworzenie dla lewicy miejsca w świecie gwałtownych wstrząsów i konfliktów, w którym od pewnego czasu żyjemy i którego horyzont zaczynają wyznaczać nowi ludzie, którzy, jak widać, zaczynają wykraczać poza, umysłową, klerykalną wiochę potransformacyjnej Niepodległej Rzeczpospolitej. Problem polega jednak na tym, że żeby się z nimi spotkać lewica musi opuścić swoją własną równie koszmarną, intelektualną wiochę w której, niestety czuje się aż za dobrze.

Świat współczesny określany często jako świat dynamicznych przemian i szans jest przede wszystkim światem destabilizacji i narastającego poczucia zagrożenia. Starałem się powyżej ukazać że nie jest i co więcej nigdy nie była prawdą teza, że członkowie tzw. „klas ludowych” są przytłoczeni i zdominowani przez życiową codzienność która zamyka ich w kręgu bezpośrednich i pracowniczych zainteresowań i trzeba do nich docierać przez swoisty intelektualny „mały realizm” ekonomicznej codzienności i autorytet ekspertów, którzy w głębokich wywodach udzielają „klasowym ludowym” swojej teoretycznej mądrości nieskończenie niedostępnej dla zajętych śledzeniem promocji i wyprzedaży prostaczków.

Odnoszę wrażenie, że dla samych uczestników związkowej codzienności gąszcz prawniczych i organizacyjnych zagadnień jest po prostu nużący i nudny, podobnie jak fascynujące ekonomistów potoki danych i analiz ekonomicznych, czy oczywiście zrozumiała dla osób lgbt wyrafinowana subtelność gejowskich traum, uczuć i dylematów. Jak sądzę poważne racje merytoryczne wskazują, że tego typu horyzont poznawczy odrywa się od najważniejszego procesu, intelektualnego współczesności, czegoś, co w języku postmodernizm nazwać można powrotem „Wielkich Narracji”, które miały rzekomo zaniknąć w tzw. „świecie ponowoczesnym” raz na zawsze.
Ten Wielki Powrót „Wielkich Narracji” zgotowany nam przez wielki kapitał wymaga czegoś więcej niż „ekspertów i mediów”. Potrzebna jest sieć instytucji skupiających nie tylko pożal się Boże „ekspertów” ale przede wszystkim ludzi nie bojących się dyskusji polemiki, konfliktu, itd. na podobieństwo obecnej prawicy.

Życie intelektualne obecnej polskiej lewicy przypomina niestety spokojny spacer po niedzielnym obiedzie na pobliskim zabytkowym cmentarzyku. Okazję do odwiedzenia ukochanych bliskich, którzy co prawda zmarli już kilkadziesiąt lat temu ale dla nas są żywi jak byśmy rozstali się z nimi dopiero wczoraj, do poplotkowania, co tam za granicą, a co u sąsiadów. Oczywista jest cisza, spokój i dostojeństwo. Najważniejsze jest, żeby broń Boże nie podnieść głosu, nie dyskutować, a już kłótnia czy skandal na cmentarzu to już zupełnie niewyobrażalne i niewybaczalne chamstwo i prostactwo.

Niestety, żywi przyciągają żywych, martwi martwych i jak na razie mamy to co mamy.

Rewolucja Rosyjska – refleksje polemiczne

Obszerny tekst Zbigniewa Wiktora („103 rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej”, Dziennik Trybuna 9-12 listopada 2020) sprawił mi prawdziwą przyjemność, gdyż przeniósł mnie na chwilę w czasy mojej (zamierzchłej) młodości, gdy tak właśnie pisano o tym wydarzeniu. W moim wieku to nie lada przyjemność. Temat jest jednak zbyt poważny, by go zbyć żartem.

Autor podchodzi do rocznicy rewolucji rosyjskiej z pozycji ortodoksyjnie komunistycznych, do czego – rzecz prosta – ma prawo, ale co nie zwalnia go od obowiązku przestrzegania pewnych podstawowych reguł analizy historycznej. Należy do nich obowiązek przedstawiania złożonych wydarzeń politycznych w sposób możliwie obiektywny, a więc bez ukrywania ciemniejszych stron omawianego wydarzenia. Zbigniew Wiktor wybrał inną drogę. W jego obszernym (dwie pełne kolumny) tekście nie ma ani słowa o zbrodniach stalinizmu, w tym o klęsce głodu wywołanej bezsensowną i źle przeprowadzoną kolektywizacją rolnictwa, o wymordowaniu niemal całej kadry starych bolszewików (około 80 % składu Komitetu Centralnego wybranego w 1934 roku), a także trzonu dowódczego Armii Czerwonej, w tym Marszałka Tuchaczewskiego, któremu nie udał się – ku żalowi autora – „pochód za Wisłę”, jak w swoich wykładach nazwał kampanię 1920 roku. Autor wspomina o „rozwiązaniu KPP” w 1938 roku, ale nieoczytany czytelnik może sądzić, że to była jakaś zwykła decyzja organizacyjna – nie zaś wymordowanie kwiatu polskiego ruchu komunistycznego, z którym autor , jak się wydaje, powinien czuć się solidarny.

System stworzony dzięki rewolucji 1917 roku upadł – zdaniem Zbigniewa Wiktora – w wyniku rewolucji naukowo-technicznej oraz „wzrostu oportunizmu, reformizmu, rewizjonizmu i odradzającego się nacjonalizmu w ruchu robotniczym”. Jako jeden z tych, którzy w swoim czasie byli oskarżani o te zbrodnie przez oficjalną prasę radziecką okresu Nikity Chruszczowa i Leonida Breżniewa, mógłbym to stwierdzenie potraktować jako niezamierzony komplement. Prawda jest jednak inna: to nie my („rewizjoniści”) doprowadziliśmy do upadku poststalinowskiego systemu. Zawalił się on sam pod ciężarem nierozwiązywalnych sprzeczności, których komunistyczni ortodoksi nie rozumieli i – sądząc z omawianego tu tekstu – nadal nie pojmują.

Prawdziwe przyczyny upadku systemu stworzonego przez rewolucję rosyjską 1917 roku i przeniesionego do państw Europy środkowo-wschodniej w wyniku zwycięstwa ZSRR w drugiej wojnie światowej tkwiły w trzech wadach kardynalnych tego systemu: (1) w niewydolności gospodarki, nadmiernie scentralizowanej i w konsekwencji przegrywającej rywalizację światową,(2) w braku wolności ( nie tylko politycznej, ale także intelektualnej) i (3) w zlekceważeniu aspiracji narodowych (tak nierosyjskich narodów ZSRR, jak i narodów żyjących w „radzieckiej strefie wpływów” w Europie). To te sprzeczności, a nie knowania „oportunistów” i „rewizjonistów” przywiodły system idealizowany przez Zbigniewa Wiktora na kraj przepaści.

Rewolucja rosyjska zasługuje na poważną – a nie laurkową – analizę. W jej stulecie brałem udział w bardzo ciekawej konferencji międzynarodowej zorganizowanej w Lublanie przez Instytut Historii Współczesnej. Jeden z uczestników tej konferencji – wybitny politolog słoweński Anton Bebler – poruszył w swym referacie kwestię percepcji rewolucji 1917 roku w Rosji i w świecie. Postawił tezę, że o dzisiejszym stosunku do tej rewolucji decyduje zdyskredytowanie jej dorobku przez totalitarne i posttotalitarne reżymy w ZSRR i państwach od niego zależnych. Zgadzając się z tą interpretacją podkreślam jednak, że owa degeneracja systemu zrodzonego z rewolucji nie była czymś przypadkowym, lecz raczej konsekwencją szczególnego splotu okoliczności: niezwykle głębokiej polaryzacji będącej wynikiem wojny domowej, osamotnienia w wyniku niepowodzenia rewolucji europejskiej i patologicznych cech „wodza” – Józefa Stalina.
Nie zmienia to faktu, że stworzony w wyniku rewolucji 1917 roku reżym był w stanie wyzwolić wielkie siły narodowego oporu przeciw hitlerowskiemu najazdowi, wygrać wojnę i przynieść – także nam – wyzwolenie, ratunek przed zniewoleniem i zagładą. Gdy w listopadzie 1917 roku byłem w Moskwie, nie obchodzono tam stulecia rewolucji, ale w telewizji poszedł film pokazujący defiladę wojskową z 7 listopada 1941 – defiladę, z której wojsko szło wprost na front znajdujący się bardzo blisko stolicy ZSRR. To jest ten moment historyczny, który stanowi dziś ideowe spoiwo rosyjskiego poczucia państwowego.

Czy zwycięstwo 1945 roku byłoby możliwe bez dramatu rewolucji 1917 roku? Na to pytanie nie ma i zapewne nigdy nie będzie jednoznacznej odpowiedzi.

Nie akceptuję wypowiedzi

…z lewej bądź z prawej strony, rozmijających się z faktami, pozbawionych głębszego namysłu i krytycznej refleksji.

Także tych trzecich, których czytanie przenosi do zamierzchłych, dawno potępionych lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, w których jakakolwiek odstępstwo od wszechobowiązującej ideologicznej doktryny i jej propagandowego wyrazu uznawane było co najmniej za wrogość, a dziś szokuje samym faktem pojawienia się w publicznym obiegu.

Nie ma oczywiście wątpliwości, że rocznica, która by nie była, wybuchu Rewolucji Październikowej w Rosji zasługuje na przypomnienie i omówienie, gdyż to historyczne wydarzenie i jego dalsze konsekwencje miały liczący się wpływ na losy ludzi i narodów świata. Z takim oczekiwaniem podjąłem trud przyswojenia sobie dwukolumnowego tekstu Zbigniewa Wiktora pt. „103 Rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej” („Dziennik-Trybuna, 9-12.11.2020).

Już sam tytuł

wprowadził mnie w zdziwienie, a nadto wątpliwości co do rozumienia określonych pojęć. Nie wiem dlaczego autor musi pisać z dużej litery słowo „Rocznica”, tak jakby nie wystarczała mu ta „Wielka”, a jeszcze bardziej „Socjalistyczna”, co dowodzi wyjątkowego przywiązania do kiedyś używanej nazwy. Brak jednak i tu, i w całym teście, świadomości, że istnieją jeszcze, wywodzące się z XIX wiecznych poszukiwań lepszego społeczeństwa równych szans, socjaldemokracja, socjalizm demokratyczny, także socjalizm rewolucyjny i inne kierunki. Nie wspominam o bogatej, światowej literaturze definiującej ten termin, również krytycznej w stosunku do niektórych form jego materializacji. Stąd także, ale głównie za sprawą w szczególny sposób realizowanego tzw. realnego socjalizmu nie tylko w Związku Radzieckim, przyjęło się powszechnie nie nazywać tego rewolucyjnego wydarzenia socjalistycznym. Obecnie w Rosji również, ale z innych, niejako miejscowych, powodów odchodzi się od powyższego określenia nazywając ciąg politycznych wydarzeń od lutego do października 1917 roku Wielką Rewolucją Rosyjską.

Do wyjaśnienia i poważnego skorygowania

należy szereg stwierdzeń autora dotyczących kwestii ogólnych, jak też spraw szczegółowych.

„Rewolucja Październikowa była praktycznym potwierdzeniem teoretycznych ustaleń Marksa i Engelsa… o możliwości i konieczności obalenia kapitalizmu… Jej główną słabością jednak było, że nie zwyciężyła w skali światowej (jak prognozował Lenin) ani nawet w głównych „cytadelach kapitalizmu.”

Nie Lenin, a dużo wcześniej Marks i Engels uważali, że jej zwycięstwo mieć będzie miejsce w najbardziej rozwiniętych krajach kapitalistycznych. Wybuch rewolucji właśnie w Rosji ze względu na zaistniałą „sytuacje rewolucyjną”, w dalszej konsekwencji i skutkach odbiegał zasadniczo od szczytnych ideałów.

„W wyniku rewolucji proletariat rosyjski rozpoczął budowę podstaw socjalizmu w Rosji, a od 1922 r. w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, który rozwijał się, umacnia! i trwa! do 1991 r. W tym czasie lud pracujący ZSRR stał się suwerenem, główną formą demokracji były rady jego delegatów…”

Autor chyba sobie żartuje pisząc o suwerenie, gdyż w praktyce w Związku Radzieckim jedynym „suwerenem” była monopartia, a przede wszystkim jej kierownicze gremia, natomiast realizowany rodzaj fasadowej demokracji bardziej przypominał tę ateńską, w której obywatele z prawem głosu, czyli decyzji, stanowili około 40 tysięcy, spośród około 120 tysięcy mieszkańców tamtego miasta.

„Powstała nowa socjalistyczna kultura, w której człowiek pracy, jego potrzeby i marzenia stały w centrum zainteresowań twórców kultury. W ZSRR prawidłowo rozwiązywano kwestię narodową w obliczu istnienia ponad 100 narodów, (narodowości i mniejszych grup etnicznych, budując ją na fundamencie internacjonalizmu proletariackiego, patriotyzmu radzieckiego, i prawa do samostanowienia i równorzędności narodów wielkich i małych.”

Przede wszystkim przypominam, że nie ma ani kultury kapitalistycznej, ani też socjalistycznej, a to co autor nazywa kulturą nosi miano socrealizmu i pomimo jego niewielkich pozytywów oceniany jest powszechnie jako propagandowe narzędzie partii, w omawianym przypadku WKPb i KPZR. Najlepszym dowodem „prawidłowego rozwiązania kwestii narodowej” i powstania narodu radzieckiego był rozpad ZSRR i powstanie na jego terytorium licznych, suwerennych państw narodowych.

„1 września 1939 r. hitlerowskie Niemcy napadły zdradziecko na Polskę…”
Autor zapomniał, zapewne przez zupełny przypadek, dodać, że w tym samym miesiącu ZSRR także zdradziecko napadł na Polskę. A może w tym lukrowanym obrazie nie mieści się pakt Ribbentrop-Mołotow ?

„W okresie 2. wojny światowej ZSRR był głównym obrońcą ludzkości przed niemieckim faszyzmem, co m.in. znalazło wyraz w tym, że 60-70% wysiłku zbrojnego 3. Rzeszy w czasie wojny skierowane było na Front wschodni. W 1945 r. bohaterski naród radziecki za cenę wielkich ofiar ludzkich i materialnych odniósł historyczne zwycięstwo nad faszystowskimi Niemcami i japońskimi militarystami.”

Nie podważając znaczenia wielkiego wysiłku zbrojnego Związku Radzieckiego na rzecz pokonania III Rzeszy dodać by jednak wypadało, że łączne straty (żołnierze i cywile) wynoszące ok. 20 mln. osób spowodowane były także tzw. czystką od 1937 roku w korpusie oficerskim Armii Czerwonej i prowadzoną przez Stalina polityką. To, a propos informacji w innym miejscu tego tekstu, że „Konstanty Rokossowski, Karol Świerczewski stali się czołowymi przywódcami i generałami Rewolucji i kierownikami socjalistycznego państwa”. Pierwszy był okrutnie torturowany, żonę z córką zesłano do Armawiru w Kraju Krasnodarskim, drugi w tym czasie siedział w radzieckim więzieniu. Nie byli oczywiście żadnymi przywódcami Rewolucji, a stopnie generała majora otrzymali w kwietniu 1940 roku.
Nadto „obrońcami ludzkości” w tym czasie była cala antyhitlerowska koalicja, w skład której wchodził ZSRR, jego udział w zwycięstwie nad Japonią był stosunkowo mały, bo wojnę z nią prowadził od 9 sierpnia – 2 września 1945.

O Polsce

„Siły polskiego proletariatu w tym czasie [w 1918, a może i w 1920 roku – nadzwyczaj enigmatycznie formułuje autor swoje myśli – Z.T] okazały się niewystarczające wobec sił reakcji, która pod wodzą Józefa Piłsudskiego, wspomaganego przez imperialistów Zachodu, wykorzystując nastroje nacjonalistyczno-patriotyczne polskiego ludu…zdławiły polski ruch rewolucyjny tego okresu. Komunistyczna Partia Polski musiała przejść do podziemia, ale cieszyła się do rozwiązania w 1938 r. rosnącym poparciem robotników i innych ludzi pracy.”

Pan Wiktor wiedzieć jednak powinien, że poparcia Piłsudskiemu, nie raz zresztą, udzielił proletariat zrzeszony w Polskiej Partii Socjalistycznej, a w czasie ewentualnego zagrożenia odzyskanej tak niedawno niepodległości cały naród. Zdławiony ruch rewolucyjny to zapewne losy Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Białymstoku w czasie wojny w 1920 roku. Byłoby nieźle gdyby jeszcze autor chciał objaśnić z jakich to powodów została rozwiązana, ciesząca się wg niego, rosnącym poparciem KPP. Ja to wiem.

„W jej wyniku [II wojny światowej – Z.T.] w lipcu 1944 r. na ziemiach wyzwolonych przez Armię Radziecką i Ludowe Wojsko Polskie na wschodnich terenach Polski powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego…co stanowiło urzeczywistnienie wielkich! ideałów Rewolucji Październikowej w polskich warunkach narodowych. Było to także wyrazem nowych warunków historycznych…”

To trochę prawda, ale te „nowe warunki historyczne” oznaczały w praktyce, że nasz kraj znalazł się, w myśl porozumień wielkich mocarstw, w radzieckich sferach wpływu. I nic nie odbierając oczekiwaniom Polaków na lepszą i sprawiedliwą Polskę, dodać jeszcze trzeba koniecznie, że nie miała być ona odwzorowaniem radzieckiej dyktatury proletariatu.

Przyczyny upadku

„Obecnie doświadczamy czasowego upadku socjalizmu na obszarach d. ZSRR i Europy, w tym także Polski. Nie jest to nic nowego (w rozwoju dziejowym, który nie posuwa się ruchem jednostajnie przyspieszonym}. Regulują go prawa dialektyki, a więc sprzeczności, cofanie się, podciąganie tyłów, walka i jedność przeciwieństw, przechodzenie zmian ilościowych w jakościowe…”

I dalej: „Niestety te szanse w dalszych latach zostały zmarnowane głównie za sprawą przezwyciężenia kryzysu w krajach kapitalistycznych i rozwoju nowych sił wytwórczych (rewolucja naukowo-techniczna), a także wzrostu oportunizmu, reformizmu, rewizjonizmu i odradzającego się nacjonalizmu w ruchu robotniczym, szczególnie zerwania współpracy między ZSRR a ChRL, co w latach 80-90- tych za sprawą erozji ideowo-politycznej partii komunistycznych, w szczególności ich grup kierowniczych, doprowadziło do ich upadku i rozpadu realnego socjalizmu w ZSRR i Europie”.

No comment, za dużo by to Panu wytłumaczyć w jednym polemicznym tekście.

Co dalej?

„…klasa robotnicza i wszyscy ludzie pracy muszą wyciągnąć z tej klasowej klęski właściwe wnioski i odbudować rewolucyjne partie komunistyczne i proletariackie, nawiązujące programowo i historycznie do dziedzictwa Rewolucji Październikowej i „realnego socjalizmu” i wyrażających klasowe wyzwania uciskanych mas w warunkach obecnego globalnego kapitalizmu i imperializmu.”

Raczej bym się wstrzymywał od przejmowania tego spadku.

„Nie oznacza to kopiowania instytucji i form byłych socjalistycznych państw, inne bowiem są warunki społeczno-gospodarcze, inne wymagania polityczne i zagrożenia.”

Nie wiem czy te wskazania nie pachną u autora jakimś rewizjonizmem lub innym izmem.

Nadzieja w Chinach

„Obecnie wielką nadzieją i oporą postępu są pozostałe państwa socjalistyczne, Kuba, Wietnam, KRLD a przede wszystkim Chiny, których imperializm nie był w stawie zniszczyć, głównie dlatego, że rządzące tam partie komunistyczne zawczasu przewidziały i przezwyciężyły grożące im niebezpieczeństwa…”

Szczególnie zafrapowała mnie Korea Północna jako nadzieja i opora postępu.

„Powstała mieszana gospodarka, nazywana „kapitalizmem państwowym”, ale realizowana za przyzwoleniem i pod kierownictwem Komunistycznej Partii i Chin. Towarzysze chińscy twórczo rozwijają marksizm, dostosowują go do swych narodowych warunków i chińskiej cywilizacji, idą własną drogą, która nie zawsze ze zrozumieniem przyjmowana jest przez zachodnich komunistów, np. wykorzystanie humanistycznych wartości konfucjanizmu… Tak czy inaczej Chińczycy nawet przy pewnej odrębności kontynuują drogę Rewolucji Październikowej, czym się szczycą…”
I jeszcze: „W Chinach są zupełnie inne uwarunkowania wewnętrzne i międzynarodowe, które umożliwiają im, mówiąc obrazowo, dalsze oszukiwanie kapitalistów i osłabianie ich własną bronią. O tym, że tak jest świadczy ich dotychczasowa strategia, Chiny rozwijają się w szybkim tempie i każdy Chińczyk jest beneficjentem Jego rozwoju (choć w nierównym [stopniu). A jak będzie dalej, pokażą najbliższe lata. Czas ten można nazwać okresem przejściowym od kapitalizmu do socjalizmu, który w Chinach ma trwać nawet 100 lat.”

Sorry, ale nie doczekam.

Znaczenie Rewolucji Październikowej

i powstałego w jej wyniku ZSRR, odgrywającego poważną rolę na światowej arenie jest z historycznego, politologicznego i socjologicznego, nie wspominając o innych naukach, punktu widzenia zagadnieniem bardzo poważnym, skomplikowanym i wielowymiarowym. Nie można więc sprowadzać go do poziomu okolicznościowego referaciku sprzed półwiecza, pełnego pustych frazesów, naciąganych bądź przemilczanych faktów i haseł typu: „Twórczym przykładem i drogowskazem był Czerwony Sztandar Rewolucji Październikowej.”

Rozumiem intencje

jakimi kierowała się redakcja zamieszczając powyższy tekst. Otwartość tytułu na różne teorie i poglądy (tym razem skrajnie lewicowe i dogmatyczne) odnajduje się również w moim polemicznym stanowisku.

Przeczytajcie

koniecznie na stronach 4-5 artykuły Bartosza Rydlińskiego i Macieja Wiśniowskiego.


Dostaje się tam redakcji „Trybuny”, i mnie zwłaszcza, za jawne poparcie kandydatury Rafała Trzaskowskiego. Co autorzy uznali za jawne polityczne włażenie w dupę Trzaskowskiego.
Przeczytajcie i oceńcie sami.Ja mogę mojemu wieloletniemu przyjacielowi ideowemu Maćkowi Wiśniowskiemu i przyjacielowi ideowemu Bartoszowi Rydlińskiemu krotochwilnie rzec, że czasem „Lepiej być w Trzaskowskiego dupie, niż u prezesa Kaczyńskiego w ciupie”.
Poważnie zaś mogę rzec, że jeśli lewica chce walczyć o prawa pracownicze to dziś może to czynić robiąc rewolucję albo broniąc państwo prawa. Bez poszanowania elementarnego prawa nie ma praw pracowniczych też.Działanie na rzec państwa prawa nie musi oznaczać wyrzeczenia się rewolucji.
Lewica przegrała niedawne wybory prezydenckie, co każdy widzi. Można odreagować przegraną przyziemną racjonalizacją, co czynię lub radykalizacją, co czynią moi towarzysze – polemiści. Nucąc czysto lewicowym głosem: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach”.
Czas pokaże co warto było.