Ciocia Janina. Demagogia i nieuczciwość intelektualna

O „Ludowej historii Polski” Adama Leszczyńskiego.

Lewica nie znosi polemik. Ostatnio nawet Bolesław Jaszczuk (junior) zajmując stanowisko w sprawie Grudnia 70 rozpoczął swoją wypowiedz od znaczącej deklaracji: „Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w „Trybunie”, ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania własnego zdania”.

Co by nie powiedzieć o „prawie do wyrażania własnego zdania” ma ono to do siebie, że w praktyce musi mieć ono bardzo warunkowy charakter, ponieważ nie wszystkie zdania są ze sobą równoważne. Co więcej nie wszystkie powinny być wyrażane jako, że istnieją zdania niekompetentne i niepoważne, których wyrażanie jest wyrazem osobliwego samozadowolenia autorów a niekiedy stanowią cyniczną manipulację. Są one pozbawione obiektywnej wartości a czasem wręcz wołają o przysłowiową „pomstę do nieba”. Tak się jednak składa, że w takich sprawach niebiosa milczą i może to nawet lepiej, bo gdyby np. pana Leszczyńskiego za rzeczy, które wypisuje w swojej ”Ludowej historii Polski” dopadł „grom z jasnego nieba” to byłoby nieludzkie nawet jeżeli byłoby głęboko sprawiedliwe. Milczenie niebios składa na śmiertelników obowiązek poszukiwania prawdy nawet jeżeli to wywołuje znienawidzoną przez lewicę dyskusję, czy o zgrozo, polemikę.

Tak się złożyło, że ze względów merytorycznych w książkę pana Leszczyńskiego się zaopatrzyłem, zapoznałem z nią, a nawet pomyślałem aby w wolnej chwili coś o niej napisać. Niestety przyroda nie znosi próżni i oto w „Trybunie” z 25-26 stycznia na stronie 12 pan Krzysztof Lubczyński zachwycił się opracowaniem pana Leszczyńskiego. To co spisał pan Lubczyński spowodowało, że poczułem się wręcz „zgwałcony” do zabrania głosu. To co jestem w stanie napisać w biegu, oczywiście, jest dalekie od doskonałości ale mam nadzieję, że cokolwiek wyjaśni.

Chciałbym stwierdzić na wstępie, że pan Lubczyński ma prawo zachwycać się książką pana Leszczyńskiego. Książka ta uderza w czuły punkt współczesnych konfliktów społecznych. Leszczyński stara się w niej rozegrać po swojej myśli bezsilną wściekłość współczesnego prekariatu wobec wyzysku realizowanego pod auspicjami wielkich korporacji. Książka ma się podobać panu Lubczyńskiemu i się mu podoba.

Tak więc pan Lubczyński ma pełne prawo zachwycać się opracowaniem pana Leszczyńskiego, nie ma natomiast prawa określać, tego czegoś, jako uprawiania nauki ani tym bardziej jako jakiegoś osiągnięcia naukowego bo na nauce najwyraźniej się nie zna i nie ma pojęcia o czym mówi, co będzie przedmiotem dalszych rozważań.

Nieprawdziwa jest w odniesieniu do „zagadnień metodologicznych historiografii” już teza wyjściowa recenzji: „Koncentrowanie się na wielkiej polityce – sojuszach, przemarszach armii, paktach, sejmach i dyplomatycznych intrygach – usuwa w cień to, co jest fundamentalne w przeszłości: odsłonienie przed oczami czytelnika postaw społeczeństwa, zorganizowanych wokół systematycznej przemocy i ucisku oraz ekonomicznej gry związanej z podziałem władzy i zasobów”.

Po pierwsze istnieją od dawna takie obszary historii jak historia społeczna i historia gospodarcza zajmująca się tymi kwestiami i mające uznany dorobek. Po drugie co najmniej dyskusyjną jest teza, że „fundamentalne w przeszłości (jest): odsłonienie przed oczami czytelnika postaw społeczeństwa, zorganizowanych wokół systematycznej przemocy i ucisku oraz ekonomicznej gry związanej z podziałem władzy i zasobów”. Jeżeli coś jest tu fundamentalne to nie tylko „podział władzy i zasobów” ale również ich wytwarzanie.

Co byśmy nie powiedzieli o historii wyzysku i przemocy to jedno jest pewne, że mają one znaczenie również dla wytwarzania dóbr i co więcej właśnie jako czynnik sprzyjający ich wytwarzania znajdują swoje najbardziej oczywiste uzasadnienie. Nie trzeba sięgać do żadnych mitów, żeby się dowiedzieć, że to dzięki wyzyskowi stały się możliwe cywilizacja i kultura. Że, to wyzyskiwacze stworzyli świat, w którym osiągnęliśmy obecny poziom rozwoju społecznego, poziom wiedzy, techniki, kultury, itd. itp.

W sumie w dzisiejszym świecie o wiele łatwiej jest uzasadnić przemoc i wyzysk niż je zakwestionować. Znane z czasów rewolucji francuskiej powiedzenie „niech zginą sztuki piękne jeżeli stoją na drodze równości” (wolny przekład) jest raczej wyrazem bezsilności radykałów niż sensowną alternatywą dla istniejących stosunków. Żeby sensownie uzasadnić zniesienie stosunków wyzysku i przemocy, jak pokazuje wysiłek teoretyczny Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, trzeba się było solidnie napracować. Stworzyć metodologię, analizować rożne wymiary życia społecznego itp. itd. Warto też zwrócić uwagę że uzasadnienia wyzysku i przemocy były i są tworzone nieustannie na gruncie tak filozofii jak i nauk społecznych. Kpiną w żywe oczy z wszelkich naukowych standardów jest udawane że tego wszystkiego nie ma i, że dyskusja ogranicza się do przypowieści ze Starego Testamentu o ukaraniu Chama i archaicznych mitologii podboju.

Gdy chodzi o przemoc i wyzysk to przedmiotem dyskusji jest z reguły nie samo ich istnienie ale zakres i sens (racjonalność). Tak się bowiem składa, że a Zachodzie Europy mamy do czynienia z walką klas (niekoniecznie uciskanych z uciskającymi ale również grup wyzyskiwaczy np. feudałów z burżuazją), która stymulowała rozwój gospodarczy i cywilizacyjny. W przeciwieństwie do tej sytuacji w Polsce mamy do czynienia z modelem, w którym eskalacja wyzysku i przemocy prowadziła do irracjonalnego wręcz marnotrawstwa i samounicestwienia struktur państwa mającego to panowanie gwarantować. Można powiedzieć, że marnotrawny wyzysk feudalny zastąpiły w Polsce wyzysk i przemoc ze strony kapitału „nie mającego ojczyzny”, który dużą część wyzyskanych środków wywoził z kraju i jeżeli inwestował to już gdzie indziej. Ten obszar historii w poważnej polskiej historiografii opisywany był i jest wielokrotnie poczynając od pierwszego tomu „Historii Polski w zarysie” Michała Bobrzyńskiego prezentującego feudalny wymiar tej historii, po najnowsze badania Tadeusza Klementewicza analizującego kwestie uzależnień kapitalistycznych.

Zasadniczy problem metodologiczny tzw. „Ludowej historii Polski” pana Leszczyńskiego polega na jej dziennikarskiej metodzie narracji. Autor opisuje setki konkretnych przykładów uznawanych przez siebie za istotne zjawisk przemycając jakieś uogólnienia w tle i komentarzach. Opis tego rodzaju umożliwia „bardzo swobodne” operowanie faktami i bardzo swobodne operowanie czasem historycznym. Autor konstruuje swoje „narracje” w sposób całkowicie dowolny uniemożliwiając przy tym jakąkolwiek ich obiektywizację. Rzekome „bogactwo” faktograficzne jest jedynie ostentacyjnym lekceważeniem jakiejkolwiek dyscypliny intelektualnej, rzetelności naukowej a nawet zwykłej przyzwoitości. Zajmowanie się szczegółami wymagałoby tomu, nie mniejszego rozmiarami, niż rzeczone „dzieło” pana Leszczyńskiego.

Warto jednak zwrócić uwagę, że apogeum tych operacji koncentruje się na PRL. Ponieważ PRL (1944-1989) jest okresem w „historii ludowej” Polski najbardziej niezwykłym i najbardziej dynamicznym pan Leszczyński wkłada najwięcej wysiłku, żeby wpisać go w swoją tezę że w ciągu ostatnich dwustu lat w sytuacji ludu niewiele się w Polsce zmieniło i był on ciągle był przez elity wykorzystywany, wyzyskiwany i traktowany paternalistycznie.
Mamy więc wstrząsający obraz przemysłu PRL jako machiny eksploatacji gorszej niż przed wojną! Płace były niższe, świadczenia symboliczne a opisywana przez Milovana biurokracja Dżilasa tarzała się w dobrobycie i przywilejach „za żółtymi firankami”.. Problem tego, że przed ową wojną robotnicy przemysłowi stanowili niezbyt liczną grupę społeczną będącą w sumie elitą robotników natomiast ogromna część robotników z PRL to ludzie, przed wojną, na wsi zbędni, którzy przed wojną stanowili ukrytą armię bezrobotnych, i z tej chociażby, perspektywy poziom życia przed wojną i po wojnie wygląda zupełnie inaczej panu Leszczyńskiemu umyka. Industrializacja i historyczne przekroczenia granicy między społeczeństwem rolniczo-przemysłowym a przemysłowo-rolniczym to też rzeczy niegodne poważnych rozważań z punktu widzenia „historii ludowej” skupionej na wyzysku i przemocy.

Kwestią zlekceważoną, jako tzw. „wojenna obsesja bloku socjalistycznego” (s.484) jest też to, że istnienie Polski w powojennej Europie kosztowało. I to bardzo dużo. I musiało kosztować. Hilary Minc ponoć lubił powtarzać nawiązując do 1939 roku „Dzisiaj nasze niebo nie jest puste”. W październiku 1956 roku o kierunku rozwoju wydarzeń w Polsce nie zadecydowała wola Sekretarza KPZR Chruszczowa, ale konfrontacja między polskimi wojskami pancernymi a polskim lotnictwem. To wszystko kosztowało bardzo dużo, ale czyniło PRL w stosunku do II RP, państwem zdolnym do życia i żyjącym. Nie był to ideał ludowego dobrobytu z grafomańskiego „Listu” panów Kuronia i Modzelewskiego ale państwo, które trwale zakorzeniło się w Europie. Do dzisiaj od tego „peerelowskiego wyzysku” odcinamy kupony. To nie zrobiło się samo. To że „elita” czy też „biurokracja”, czy też „komuniści” byli pierwszą grupą przywódczą od pięciuset lat, która popchnęła Polskę do przodu odwracając dziejowy trend niemożności i nieudacznictwa, też okazuje mało istotne w historii cierpiącego katusze polskiego ludu.

To co pan Leszczyński wypisuje o industrializacji to przysłowiowe „małe miki” w stosunku do rozdziału „reforma rolna i kolektywizacja”, który sugeruje, że nieudana kolektywizacja zakończyła historię wsi z PRL-u gdyż potem już wiele się nie zdarzyło. To że historia ludu wiejskiego w PRL kończy się na nieudanej kolektywizacji jest niczym wobec tego czym się zaczyna. A zaczyna się opowieścią o nieszczęsnej „Cioci Janinie” (s. 497) właścicielce ziemskiej majątku przejętego pod przymusowy zarząd przez Niemców, znoszącej swój los z chrześcijańską pokorą i arystokratycznym wdziękiem. Historia o „Cioci Janinie” budzi nieodparte skojarzenia z historią pudla Gagi w pałacu na Ukrainie, opowiedzianej w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego, nie ma w niej jednak ironicznego komentarza Cezarego Baryki, a pełna grobowa powaga.

Zejście „Cioci Janiny” ze sceny historycznej było tylko częścią większej historycznej zmowy „totalitaryzmów”!: „ W ten sposób dokonywał się ostatni akt wielowiekowej historii polskiego ziemiaństwa: Na Kresach wywłaszczyli je ostatecznie po upadku II RP sowieci (oczywiście z małej litery – A.C.), na ziemiach wcielonych do Rzeszy – hitlerowcy, a reszty „likwidacji klasy wyzyskiwaczy” dokonała reforma rolna przeprowadzana od lata 1944 przez zwycięskich komunistów”(s. 498). No cóż biedni „wyzyskiwacze” (oczywiście w pazurkach). Nec Hercules contra plures. Z taka szatańską nawałą nie potrafiła sobie poradzić nawet arystokratyczna dobroć i godność „Cioci Janiny” a co dopiero jakieś obrzyny „żołnierzy wyklętych”.

Tego, co wyprawiali komuniści z reformą rolną nie sposób nawet streścić i masochistom pozostaje to przeczytać. Generalnie komuniści nad ludem wiejskim podobnie jak nad robotniczym znęcali się, mówiąc słowami pewnego PRL-owskiego pisarza jak „małpa nad sałatą”. Na szczęście z przysłowiowych czterech czarnych liter PRL lud roboczy wyzwoliła nowa idea. Jak pisze w ostatnich dwu zdaniach podstawowej narracji opracowania autor: „Komitet Obrony Robotników, założony przez grupę inteligenckich dysydentów po zamieszkach w Radomiu i Ursusie 1976 r., mówił o prawdziwym interesie robotników i opresji władzy. „Solidarność” zaadoptowała dużą część tych ideałów uczyniła z nich paliwo masowego, który zadał reżimowi śmiertelny cios” (s. 523).

Niestety w tym fascynującym miejscu narracja się urywa gdyż zdaniem autora zaczyna dotyczyć faktów zbyt świeżych i zbyt znanych, żeby o nich pisać. No cóż, być może jest to kwestia wrodzonej skromności autora a być może, nie umiejętności przestawienia się z obrazów niedoli i cierpień na obrazy radosnej szczęśliwości wynikającej z realizacji „prawdziwych interesów” nie tylko robotników, ale w ogóle „Ludu pracującego miast i wsi” wypływającej z nieśmiertelnego dorobku intelektualnego Komitetu Obrony Robotników. Czyż bowiem można sobie wyobrazić bardziej służący „prawdziwemu interesowi” robotników niż nieśmiertelny „plan Balcerowicza” i większe szczęście niż zapychanie „kuroniówki”?

To, ze autor nie potrafi oddać niepowtarzalności smaku kuroniówki wynika z kolejnego dość istotnego błędu metodologicznego, czy też ewidentnej niedoskonałości warsztatowej. Otóż pojęcie lud zrobiło karierę dzięki rewolucji francuskiej i ludowym powstaniom przeciwko armiom Napoleona. Tym co było wspólne obu tym zjawiskom była wyraźna podmiotowość warstw niższych, która rozbudziła różne nadzieje i obawy. Lud stał się przedmiotem intensywnych badań naukowych. W naukach społecznych, ekonomicznych, historycznych i politycznych bliższe przyjrzenie się „ludowi” doprowadziło do rozczarowania gdyż „lud” okazał się formacją o rozbieżnych, często sprzecznych interesach, nie zdolną do sensownych działań na dłuższą metę. W konsekwencji „lud” stracił znaczenie teoretyczne na rzecz znacznie efektywniejszych kategorii jak klasy i warstwy. (Stąd zresztą obecna moda na „lud” w naukach społecznych czy politycznych jest oczywistym regresem).

Inaczej jednak potoczyła się historia „ludu” w naukach o kulturze. Tutaj lud rozgościł się na trwałe i zajął uprzywilejowaną pozycję. Badania kultury ludowej, poezji ludowej, literatury ludowej, obyczajowości ludowej, muzyki ludowej, mentalności ludowej, wyobraźni ludowej, sprawiedliwości ludowej, religijności ludowej, antysemityzmu ludowego itd. itp. stało się obszarem niezwykle płodnych badań ukazujących, rzeczywiście pewne cechy wspólne charakterystyczne dla warstw niższych przynależących do danego społeczeństwa.

Jest rzeczą znamienną, że całe to wręcz niewyobrażalne bogactwo nie znajduje książce pana leszczyńskiego żadnego odbicia. Lud cierpi podlega wyzyskowi, przemocy, ale nie mówi, nie myśli, nie śpiewa, nie kładzie uszu po sobie, nawet nie warczy jak w „Ferdydurke” Gombrowicza. Za lud mówią najczęściej „Ciocie Janiny” albo dokumenty. Ta oczywista słabość ma nie tylko historyczny wymiar i dotyczy nie tylko pana Leszczyńskiego.
Kiedy na gruncie nauk społecznych czy politycznych mówimy dzisiaj o „populizmie” jakoś omawiając specyfikę tego zjawiska nie zwracamy uwagi na to że nazwa bezpośrednio odsyła nas do naszego drogiego „ludu”. Ten odsyłacz w przypadku rozumienia współczesnej polityki czyni ją bardzo bliską dorobkowi nawet niekoniecznie najnowszej etnografii i etnologii.
To w populizmie mamy odrodzony wściekły lud ujawniający swoje wszystkie niezbyt sympatyczne cechy sięgające od fascynującej Brzozowskiego ludowej reakcji 1799 po niedawny szturm na Kapitol.
Gdyby pan Leszczyński spojrzał na lud i ludowa historię polski oczami etnografa czy etnologa zobaczyłby taki właśnie wściekły lud, któremu akuratnie nie posmakowała kuroniowka i nie przekonały wzniosłe idee Adama Michnika. Zobaczyłby ludową „biopolitykę” pięćset plusa, zobaczyłby ludowe prawo i ludową sprawiedliwość. Ludową muzykę disco-polo. Ludowy nacjonalizm i ludową” plemienność”. Ludowy antysemityzm i ludową religijność. Januszów i Grażyny, Sebiksów i Dżesiki którzy wreszcie ruszyli po swoje.

Gdyby pan Leszczyński poważnie traktował swoje dzieło zauważył by coś jeszcze co niby klamra spina jego wizję dziejów. Rozpoczyna on historię ludu od przekleństwa spadającego na biblijnego Chama i jego potomków. Tym co dzieje się na naszych oczach jest zdjęcie tej historycznej klątwy. Mamy oto Prezydenta Maliniaka, Premier Szydło i Premiera Pinokio, Prezesa Obajtka, stare i młode chamstwo w dowolnych wyborach i konfiguracjach, chamstwo w mediach, chamstwo w kulturze. Brakuje nam tylko nowego Adama Ważyka, który do starego wiersza „Lud wejdzie do śródmieścia” dodałby wchodzącego tam Chama.

Nie wiem jak długo potrwa obecny karnawał Ludowości sprowokowany przez głupotę antysocjalistycznej opozycji, której się wydawało i wydaje, ze sprawowanie władzy to sama przyjemność i bebefity ale sadząc po ostatnich prośbach o powrót Donalda Tuska może to jeszcze potrwać.
Niezależnie od dalszego rozwoju wydarzeń książka pana Leszczyńskiego jest żałosną karykaturą przyzwoitego uprawiania nauki.

Natomiast, jak sądzę, warto pamiętać o jednej rzeczy. Nie każdy lubi publiczne wspominki o tym, jak to go silniejsi chłopcy bili na podwórku, jak to musiał się opłacać w szkole żeby mu dano spokój itd. itp. Być może polski lud nie lubi jak mu się wypomina dawną słabość i cierpienia i woli słuchać zupełnie innych bajek, jaki to był piękny i młody, jak to tłukł wszystkich w okolicy, iluż to bohaterskich czynów dokonał itd. itp. Może wyjść z założenia, ze klient nasz Pan i poszukać jakiejś nowej formuły politycznej pisaniny.

Jeszcze o grudniu 1970 r.

Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w Trybunie ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania swojego własnego zdania.. Jednakże w przypadku, gdy w grę wchodzą fakty, to czuję się zobligowany do ich skorygowania. Dlatego też pozwalam sobie zabrać głos w kontekście publikacji prof. Jerzego J. Wiatra pt. „Kryzys grudniowy 1970: przyczyny i konsekwencje”.

Również dlatego, że zostało tam przywołane nazwisko mojego ojca Bolesława Jaszczuka, sekretarza KC PZPR w latach 1963-70. Uważam zatem za celowe dokonanie pewnych sprostowań na podstawie zarówno relacji moich rodziców, jak i w oparciu o własne obserwacje.

Po pierwsze, w roku 1968 nie tylko na Węgrzech ale też w niektórych innych KS podjęto próby reformowania systemu ekonomicznego. W CSRS rozpoczęto wprowadzanie rachunku ekonomicznego, nazywanego tam rosyjskim terminem chozraščot, co jednak zostało przyhamowane po interwencji wojsk Układu Warszawskiego. Mimo to czechosłowacka gospodarka nie tylko się rozwijała lecz także była w wysokim stopniu samowystarczalna oraz pozbawiona zmory bezrobocia – wręcz na odwrót, sprowadzano tam masowo pracowników nie tylko z Polski ale i z Kuby – a także niemal zerowym poziomem inflacji dzięki czemu wzrost płac nominalnych automatycznie przekładał się na wzrost płacy realnej. W końcu lat 80. pracowałem w Czechosłowacji w sumie ponad pół roku i mogłem to obserwować z bliska. Sklepy były znakomicie zaopatrzone we wszystkie towary poczynając od szerokiego wyboru mięsa i wędlin po artykuły przemysłowe w przeważającej większości produkcji krajowej. Z towarów importowanych w sklepach można było wypatrzyć co najwyżej jakieś trunki czy albańskie owoce. Dewizami gospodarowano bardzo oszczędnie wydając je na wybrane artykuły konsumpcyjne, np. w Bratysławie funkcjonował sklep z renomowanymi francuskimi kosmetykami. Nie odczuwało się też braków w zaopatrzeniu. Kiedy jednego dnia w jednej z dzielnic Bratysławy zabrakło proszków do prania to zrobiła się afera na cały kraj. Ponadto czechosłowackie towary były atrakcyjne cenowo dla gości zagranicznych. Jugosłowianie masowo kupowali meble. Osobiście widziałem jak Węgrzy w jednym z największych sklepów wykupili cały zapas kawy. Jednakże już następnego dnia kawa ponownie się w sklepie pojawiła. Dobrze prosperowały też Zjednoczone Spółdzielnie Rolnicze, które w odróżnieniu od zakładów przemysłowych były obciążone znacznie mniejszą ilością obowiązkowych wskaźników. Przytoczone przeze mnie przykłady świadczą to tym, że gospodarka może całkiem nieźle funkcjonować bez wprowadzania reform. Jednak tylko do czasu aż system nie wyczerpie swoich możliwości. W 1988 r. moi czechosłowaccy rozmówcy zwracali uwagę na to, że system oparty o wielość obowiązkowych wskaźników jest skostniały i wymaga zmian. Jednak podobnie jak w 1968 r. ingerencja zewnętrzna nie pozwoliła na wdrożenie w życie bardziej demokratycznego modelu socjalizmu, tak w 31 lat później zmiana ustroju doprowadziła do zahamowania gospodarki i pojawienia się takich niespotykanych tam zjawisk, jak bezrobocie, bezdomność a nawet nędza, choć obszar biedy, jak wynikało z moich osobistych obserwacji w latach 90., był znacznie mniejszy niż na Węgrzech. Nowy mechanizm zaczęto też wprowadzać w ZSRR jednak jego promotor, ówczesny premier Aleksiej Kosygin był za słaby aby pokonać opór biurokracji. W efekcie w latach 70. namnożyła się liczba resortów gospodarczych. Powstawały np. ministerstwa budowy maszyn dla przemysłu lekkiego i oddzielne takie ministerstwa dla innych gałęzi przemysłu. Panowanie biurokracji na różnych szczeblach władzy nie tylko ekonomicznej doprowadziło w końcu do takiego stanu, że niezbędna stała się pieriestrojka. Jednak jej przebieg i skutki to już odrębny, szeroki temat.

Również w Polsce w końcówce lat 60. na najwyższych szczeblach władzy dostrzegano konieczność zmiany mechanizmów gospodarczych. Zespół ekspertów pilotowany przez mojego ojca pracował nad przygotowaniem nowych zasad funkcjonowania gospodarki czego efektem było wypracowanie systemu bodźców mającego na celu powiązanie wynagrodzeń z efektywnością produkcji. Był on być może nazbyt skomplikowany – może dlatego, że był przygotowany przez naukowców – jednak była to jakaś realna próba reformowania gospodarki co stoi w sprzeczności z tezą prof. Wiatra, iż pod koniec lat sześćdziesiątych prowadzono błędną politykę gospodarczą, „której źródło tkwiło w stanie ośrodka kierowniczego”. Po roku 1970 nowa ekipa odeszła od wdrażania mechanizmów ekonomicznych i postawiła na rozwój nowych technologii, co było przejawem przewagi strategii technicznej nad ekonomiczną. Jak trafnie zauważa prof. Wiatr, pokolenie, które przejęło władzę w większości „ tkwiło w okowach myślenia technokratycznego i dalekie było od śmielszych koncepcji reformatorskich”.

Należy też wspomnieć o tym, że sam Gomułka dostrzegał potrzebę zmian o czym może świadczyć fakt, iż w lutym 1968 r. zaproponował strategię selektywnego rozwoju. Z grubsza miała ona polegać na rozwoju przyszłościowych i proeksportowych gałęzi gospodarki kosztem przemysłu ciężkiego i wydobywczego. Nie trzeba być specjalnie domyślnym aby zauważyć, że tego typu strategia uderzała w lobby węglowe i hutnicze ulokowane głównie na Śląsku. Część aktywu i aparatu partyjnego czuła się ponadto znudzona władzą Gomułki i upatrywała w Edwardzie Gierku kogoś w rodzaju odnowiciela. Szczególnym tego dowodem było zebranie warszawskiego aktywu partyjnego w 1968 r., gdy z inspiracji ówczesnego I Sekretarza KD PZPR Warszawa-Wola grupa uczestniczących w nim osób skandowała głośno: Gierek! Gierek!

Władysław Gomułka był też niemile widziany przez niektórych działaczy ponieważ przy nim nie wypadało się bogacić. Gomułka co prawda nie wtrącał się w życie osobiste partyjnych i państwowych funkcjonariuszy sam jednak mieszkał w zwykłym mieszkaniu w zwykłym bloku. W podobnych warunkach mieszkały też inne osoby z najwyższych pięter władzy co może potwierdzić Józef Tejchma, który wraz z żoną i dwiema córkami zajmował trzypokojowe mieszkanie w pięciokondygnacyjnym budynku bez windy. Dlatego też innym nie wypadało budować sobie ekskluzywnych wilii. Oficer BOR przydzielony do ochrony sekretarza KC Ryszarda Strzeleckiego pisał w swoich wspomnieniach, że Strzelecki odmówił zamieszkania w zaproponowanej mu wilii. Skoro już mowa o ówczesnym BOR, to warto wspomnieć, że ochrona przysługiwała osobom wchodzącym w skład Biura Politycznego ale już nie sekretarzom KC. Artur Starewicz jeździł na wczasy wraz z rodziną bez kierowcy i sam zasiadał z kierownicą. Wspominam o tych faktach mimo tego, że nie dotyczą bezpośrednio głównego tematu publikacji prof. Wiatra, jednak ukazują one pewne niestandardowe na tle innych krajów reguły mające odniesienie do politycznego kierownictwa państwa.

Tak więc kilka czynników plus polityczne ambicje niektórych liczących się postaci jak choćby Mieczysław Moczar musiało w końcu doprowadzić do usunięcia Gomułki w czym zresztą sam sobie pomógł przez ową feralną podwyżką cen. O ile mi wiadomo, Gomułka wahał się nad wprowadzeniem tych podwyżek akurat w najmniej odpowiednim ku temu momencie. Jednak niektórzy współtowarzysze z Biura Politycznego przekonywali go, że sytuacja znajduje się pod kontrolą i ludzi ze zrozumieniem przyjmą podwyżkę cen. Podstawowym błędem Gomułki było to, że naiwnie uwierzył w te zapewnienia. Jednak gdyby nie ów tragiczny grudzień 1970 wcześniej czy później doszłoby do zmiany władzy na najwyższym szczeblu, gdyż takie były okoliczności oraz wola dużej części aktywu partyjnego. Przyznał to prywatnie jeden z ówczesnych nie żyjących już działaczy z najwyższych pięter władzy. Tak więc przyczyny kryzysu 1070 są o wiele bardziej złożone niż wynikałoby to z publikacji Jerzego Wiatra, a także z moich powyższych spostrzeżeń i wniosków. Sprawa ta być może będzie przedmiotem badań historyków i politologów co pozwoli nam zbliżyć się do lepszego poznania przyczyn a także politycznych kulisów tych wydarzeń.

„Nie samym chlebem żyje człowiek…

…lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4b) Kilka uwag na temat artykułu prof. Tadeusza Klementewicza „Polak, katolik, obywatel – suweren. Ile pracownika w pracowniku?” („Trybuna” Nr 7-8 grudnia 2020r.)

Zasadniczym problemem niniejszego tekstu jest to, że bardzo lubię i cenię profesora Tadeusza Klementewicza. Uważam go za wybitnego lewicowego ekonomistę, autora wielu cennych analiz w skali makroekonomicznej Autora wspaniałej, wydanej w zeszłym roku, książki „Kapitalizm na rozdrożu. Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój”. Tak się jednak składa, że w dzisiejszym świecie wiedza o życiu społecznym i mechanizmach rozwoju społecznego jest wiedzą obejmującą wiele dyscyplin i obszarów badawczych. Często specjaliści z jednej dziedziny przenosząc swoje rozważania na inne niezbyt dobrze znane obszary produkują poczwarki i potworki zadziwiające swoja osobliwa urodą, ale nie wnoszące niczego konstruktywnego do dyskusji.

Do klasycznych obszarów powstawania owych osobliwości należy pogranicze między ekonomią a antropologią i historią. Te dzikie pola intelektualnych poszukiwań stały się wylęgarnią stworków określanych potocznie jako „homo economicus” a więc osobliwych wywodów mówiących o tym jak ekonomista wyobraża sobie człowieka, o którego działaniach i historii pozaekonomicznych, z reguły niezbyt dużo wie.
„Homoekonomikus” jak można go już, ze względu na popularność w naszym kraju, nazywać jest zjawiskiem w nauce codziennym. Co chwila jakiś ekonomista wyprowadza swojego „homoeka” na spacer po bulwarach debaty publicznej. Fakt, że kolejny wybitny ekonomista dochował się swojego „homoeka” byłby zabawny gdyby nie fakt, że ów nowy intelektualny „sobotwór” zgłasza roszczenia do organizowania myśli programowej polskiej lewicy.

Ponieważ, jeżeli lewica ma już mieć program, (co stanowi prawdziwa rewolucję na polskim gruncie gdzie lewica od bardzo już dawna jest bezpruderyjnie teoretyczna) to warto, być może, oprzeć go na poważnej debacie odwołującej się do faktów a nie radosnej twórczości ekonomistów biorących się za historię czy antropologię. Ośmielam się więc przedstawić kilka uwag opartych na wiedzy z dziedzin ekonomistom najczęściej ekonomistom obcych. Żeby nie być oskarżonym o nieuprawnione uogólnienia zmuszony jestem przytoczyć opis „homoeka”, który jest przedmiotem niniejszej dyskusji.

Przechodząc do rzeczy stwierdzić należy, że rzeczony osobnik narodził się zdaniem swego duchowego ojca w wyniku konieczności modyfikacji dzieła Karola Marksa, który nie zrozumiał zasadniczego problemu swojej i nie tylko swojej współczesności jakim jest „znaczenie potocznej świadomości klas ludowych”. Niezależnie od niezwykle ciekawego problemu czym są zdaniem autora tzw. „klasy ludowe” przypomnijmy zasadnicze punkty wywodu:

Po pierwsze więc: „Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego.”

Po drugie: „W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika.”

Jak sądzę nie trzeba tutaj chyba specjalnej przenikliwości żeby rozpoznać w owym „potocznie myślącym” przedstawicielu „klas ludowych” starego poczciwego „homoeka” najlepsze jednak Dopiero prze nami, albowiem: „Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD.”

Za pewne podsumowanie niniejszych wywodów można uznać wytłuszczony wniosek: „DOMINACJA WIEDZY POTOCZNEJ STANOWI BARIERĘ UNIEMOŻLIWIAJĄCĄ NARRACJOM TEORETYCZNYM, BY REALNIE WPŁYNĄĆ NA PERCEPCJĘ INTERESU KLASOWEGO I SOLIDARNOŚCI W JEGO REALIZACJI.”

Ponieważ jesteśmy ludźmi lewicy zacznijmy od Marksa i rzekomego braku w jego analizach należytego uwzględniania czegoś co nazwane zostało „potoczną świadomością klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności” nazywanej w tekście „mądrością”. Nie nazywając tego zjawiska „mądrością” Marks mający, jak sądzę, dość bliskie kontakty z robotnikami (a nie mówimy tutaj o Engelsie, badającym położenie klasy robotniczej, pracującym, co prawda nie jako robotnik, w fabryce, a nawet utrzymującego osobiste bardzo intymne stosunki z niektórymi robotnicami) operował tutaj rozróżnieniem na „klasę w sobie” i „klasę dla siebie”. A więc grona ludzi żyjących, niezależnie od siebie, zgodnie z logiką systemu i tych samych ludzi jako grupy mającej poczucie wspólnoty interesów i usiłujących system zgodnie z nimi zmieniać. „Świadomość potoczna” pozbawiona co prawda wzniosłej retoryki robiącej z niej „mądrość” należy do tego pierwszego obszaru. Trudno zresztą zrozumieć sens głównego dzieła Marksa „Kapitału” jeżeli nie traktuje się go jako wielkiej próby odpowiedzi na pytanie: jak muszą zmienić się warunki społeczno-gospodarcze, żeby klasa robotnicza została przez nie zmuszona do porzucenia stanu bycia „klasą w sobie” i stania się „klasą dla siebie”, a więc do wprowadzenia komunizmu? To, że Marksowi nie udało się odpowiedzieć na to pytanie, jest w sumie rzeczą drugorzędną jako, że jeżeli w ogóle o nim pamiętamy to nie ze względu na doskonałość jego teorii ale ze względu na zainicjowanie przez niego masowego ruchu robotniczego, którego rozwój wyraźnie świadczy, że wbrew poglądowi wyrażonemu w krytykowanym teście, owi robotnicy interesowali się czymś więcej niż tylko swoimi dochodami, karierami i wyprzedażami pozwalającymi się obłowić.
To czym interesowali się i interesują przedstawiciele „klas ludowych” stanie się głównym tematem dalszych rozważań. Dla porządku odnotujmy tylko, że na Marksie i Engelsie rozważania nad świadomością potoczną i świadomością teoretyczną „klas ludowych” się nie zakończyły. Z niegdyś znanych można tu wskazać na rozróżnienie „świadomości tradeunionistycznej” i „świadomości klasowej” zaproponowane przez Włodzimierza Uljanowa ps. Lenin, „Rozważania o przemocy” Georgesa Sorela, czy „Psychologię socjalizmu” Henri de Mana. Problem świadomości owych „klas ludowych” był wśród myślicieli lewicowych przedmiotem rozważań, z których udałoby się skompletować całą bibliotekę. Nie to jest jednak zasadniczym problemem.

Zasadniczym problemem jest rzekoma dominacja owego „myślenia potocznego” czy też wiedzy potocznej nad „myśleniem teoretycznym” (nazywanym przez Autora „narracjami teoretycznymi”) w myśleniu „klas ludowych”.

Zasadniczy problem polega na tym, że wbrew przekonaniu Autora w praktyce rzecz polega na tym, że ludzie nie tyle „myślą żeby żyć” ale „żyją żeby myśleć”. Deklaracja ta sprawia wrażenie bardzo idealistycznej, ale problem ma, bardzo konkretny i materialny wymiar. Przewodnikiem w tej materii może być, u samych podstaw zagadnienia, znany francuski nonkonformista antropolog Edgar Morin. W swojej zapomnianej niestety pracy „Zagubiony paradygmat natura ludzka” wychodząc od obserwacji, że ludzki mózg charakteryzuje wyraźna nadzłożoność w stosunku do życiowych potrzeb człowieka, uzasadnia tezę że człowiek z produktami owej nadzłożoności tj. nadprodukcją myśli rodzących się owym mózgu nie radzi sobie najlepiej, a często w ogóle sobie nie radzi stając się ich niewolnikiem i wpadając w pułapki zastawiane przez własną świadomość. Magia, religia, podejrzliwość, zazdrość, perfidia (którą w Polsce zajmował się Mirosław Karwat) i różne inne przejawy uznawane za jego chorobliwe patologie obce zwierzętom okazują się wytworami tego właśnie mechanizmu. Reasumując można przyjąć, że w świetle zreferowanych rozważań myślenie określane, w krytykowanym tekście, jako „potoczne” nastawione na bezpośrednią efektywność jest domeną zwierząt, podczas gdy myślenie ludzkie jest niestety radykalnym przekroczeniem tych horyzontów i pojawieniem się w nim mechanizmów radykalnie nowych i kłopotliwych.

Na płaszczyźnie historii owa nadzłożoność przybiera, jak sądzę, postać czegoś co bardzo trafnie ujął Claude Levi Strauss w tytułowej formule swojej klasycznej pracy „Myśl nieoswojona” (w oryginale La pensée sauvage – więc „myśl dzika”). Myśl dzika to myśl pierwotna, spontaniczna i bezrefleksyjna, która charakteryzuje się nieograniczoną dynamiką, żywiołowością, brakiem hamulców i refleksyjności. Jest to myśl „zdolna do wszystkiego” i raczej nieposkromiona niż „nieoswojona”.

Ksiązka Levi-Straussa stała się przedmiotem dwoistej refleksji. Z jednej strony moralnej, ukazujących zbrodniczość i intencjonalność owego myślenia rozwinięta przez Rene Girarda w „Koźle ofiarnym”. Z drugiej intelektualnej, ukazującej drogi ograniczania myśli dzikiej, przez wypracowywanie myślenia teoretycznego, przedstawione przez Jacka Goody’ego w znanej pracy „Poskromienie myśli nieoswojonej” (tytuł oryginału The Domestication of the Savage Mind mówi o udomowieniu).
Ten drugi nurt jak sądzę tworzy właściwe pole dla rozumienia sensu tego co określamy jako myślenie teoretyczne, (czy też jak chce Autor „narracje teoretyczne”). Jest ono wynikiem dokonującego się w trakcie rozwoju cywilizacji procesu racjonalizacji, porządkowania, weryfikacji, dyscyplinowania owej pierwotnej, spontanicznej myślowej „dziczyzny” będącej efektem owego „defektu” ewolucyjnego jakim jest nadzłożoność. Są więc efektem narastającego sprzeciwu wobec myślowych ekscesów mitu, magii, religii, objawień, teorii spiskowych i prześladowczych i całego tego nieskończonego bogactwa najdziwaczniejszych wytworów ludzkiego umysłu, z którym nieustannie mamy do czynienia. Znajduje ono wyraz nie tylko w nauce ale również literaturze i innych formułach refleksyjności i dystansowania od spontaniczności czego bardzo dobrym przykładem była chociażby powieść grozy zmieniająca metafizyczne lęki w literacką grę a nawet zabawę. Zawsze też warto pamiętać, że twórca nowoczesnej metody naukowej nauk społecznych i humanistycznych – ośmieszony przez znanego z perwersji intelektualnych sado-masochistę Michaela Foucaulta jako twórca tzw. „władzowiedzy” – Francis Bacon za motto swoich rozważań przyjął zasadę głoszącą, iż „umysłowi ludzkiemu nie skrzydeł trzeba ale ołowiu”.

Myślenie dzikie chociaż towarzyszy ludzkości od najdawniejszych czasów, nie jest bynajmniej zjawiskiem, które kiedykolwiek zamarło, co więcej jest myśleniem dominującym tradycyjnie wśród „klas ludowych”. Klasy te wbrew pozorom nigdy nie żyły jedynie owym myśleniem potocznym skoncentrowanym na T =>P =>T` i promocjach makaronu w Lidlu (sam śledzę raczej promocje w Auchanie, a jako osoba w wieku przedemerytalnym zastanawiam się jak dorobić na emeryturze). Wystarczy sobie popatrzeć na historię chrześcijaństwa, owego wytworu ludzi prostych uznawanego nawet w swoich początkach za religię „niewolników”, żeby zobaczyć, że „klasy ludowe” wykazują się niezwykłą kreatywnością w zakresie zagadnień oderwanych od bezpośrednich potrzeb życiowych. Najprzeróżniejsze ruchy ludowe rozwijające się w jego łonie – herezje i sekty o ludowej proweniencji są tego najlepszym świadectwem. Wystarczy popatrzeć z jakim zapałem prości ludzie rzucili się na interpretowanie Biblii w przededniu wojny chłopskiej w szesnastowiecznych Niemczech i do czego to doprowadziło. Warto zauważyć, ze Marks i Engels ze swoją teorią też nie działali w próżni ale wręcz przeciwnie, na gruncie tak płodnym we wszelkie pomysły naprawiania świata, że trzeba było się w tym towarzystwie bardzo mocno rozpychać łokciami, żeby w ogóle dojść do głosu.

Historia ta bynajmniej się nie zakończyła na czasach pierwszej fazy rozwoju rewolucji przemysłowej. Wszelkie kryzysy i zaburzenia życia społecznego owocowały i owocują eksplozjami owej myśli nieoswojonej. Niewątpliwie jej najbardziej spektakularnym przejawem stały zjawiska prawicowych reakcji na wielki kryzys w postaci nazizmu, faszyzmu, rasizmu, antysemityzmu i wszelkiej maści zjawisk pokrewnych znajdujących dość powszechną aprobatę a nawet budzących fanatyczne fascynacje wśród licznych przedstawicieli „klas ludowych”. Owo myślenie dzikie, raz było na wozie ,raz pod wozem, ale nigdy nie zamarło nawet w najbardziej „ponurych” czasach powojennego, niestety często powierzchownego, racjonalizmu.

Czasy współczesne to okres niebywałego rozkwitu myśli nieposkromionej związanego z gwałtownym rozwojem coraz bardziej wymykającego się wszelkim próbom racjonalizacji i refleksyjności świata nowych mediów. Internet jest imperium Wielkiego Zdziczenia Myśli, osobliwym Wielkim Powrotem do świata pierwotnego a być może nawet spektakularnym, intelektualnym samobójstwem cywilizowanej ludzkości. Byłoby jednak przesadą niedostrzeganie tego, że jak na razie, jest przede wszystkim polem walki „nowych dzikich” z cywilizowaną przeszłością. Ci „nowi dzicy” odradzający myśl nieoswojoną to ludzie uważający się za „konserwatystów” i równie nieodpowiedzialni neoliberałowie. Wielka wojna z nowoczesnym państwem socjalnym rozpoczęta przez te dwie siły uderzeniowe wielkiego kapitału zburzyła powojenny ład i poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie wyzwalając w sposób nie mniej radykalny niż w latach dwudziestych zeszłego stulecia wszystkie wydawałoby się zamknięte na siedem pieczęci chorobliwe i prześladowcze idiotyzmy. (Wydaje mi się, w tym kontekście, że nie można mówić o myśleniu współczesnych „klas ludowych” bez przyswojenia sobie lekcji Thomasa Franka zawartej w opracowaniu „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki.”)

Siłą napędową współczesnego populizmu jest myśl „nieoswojona”. Współczesny przedstawiciel „klas ludowych” to niestety najczęściej nie tylko chłopek roztropek kalkulujący korzyści z wyprzedaży mrożonej ryby zagrożonej przeterminowaniem, czy awans na majstra, ani szewc pilnujący kopyta. To człowiek myślący w kategoriach zawrotnych perspektyw światowego spisku Żyda Sorosa, walczący z dążeniem światowych elit do wyludnienia planety odpowiednio do swoich potrzeb, Klubem Bilderberg, rządami reptilian, masonami, elgbtem, dżenderem, tęczową zarazą, marksizmem kulturowym i wielu innymi przerażającymi zagrożeniami jego codziennego bytu. Nie z każdym o tym rozmawia, bo diabeł nie śpi, ale swoje wie. Uczestniczy też we wspólnocie, która go podtrzymuje w gotowości do działania. Do obrony Prezesa i jego jedynie słusznych wizji szczęśliwej przyszłości.

To, że obecnie w rządach tej paranoi obserwujemy kryzys byłoby optymistyczne gdyby istniała jakaś alternatywa nadająca na podobnych falach i potrafiąca wkroczyć na tereny myśli nieoswojonej proponując sensowna alternatywę. W dawnych czasach takie mechanizmy istniały w ruchu robotniczym, intelektualiści pisywali nie tylko wiekopomne traktaty ,ale przede wszystkim byli publicystami potrafiącymi odwoływać się do emocji wyobrażeń normalnych ludzi. Brudził sobie w ten sposób ręce nawet Karol Marks pisząc chociażby „18 brumaire’a”. Takim intelektualistą był Fryderyk Engels, którego polemiki i broszury: ”Anty-During”, „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa’, „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki” itp. stanowiły rzeczywista podstawę upowszechniania marksizmu. Ale też nie jest przypadkiem, że Engels budzi od dziesięcioleci prawdziwe obrzydzenie wśród prawdziwych „teoretyków” jako wulgaryzator „prawdziwego marksizmu”, którego poszukiwanie stało się zabawą jeszcze popularniejszą niż onegdaj poszukiwanie Świętego Grala a nieco później poszukiwanie Eldorado. Nie należy ukrywać, że na drodze wkraczania ruchu robotniczego na tereny myśli nieoswojonej zdarzały się nadużycia, nawet katastrofy, jak chociażby stalinizm, ale nie jest to powód do popełniania politycznego samobójstwa i zamykania się w świecie, w którym nie ma nadużyć bo nie ma życia.

Nikt na lewicy jakoś nie potrafi dostrzec, że prawicowy populizm nie jest podtrzymywany przez oficjalne instytucje, ale dynamicznym ruchem instytucji nieformalnych skupionym wokół think tanków, czasopism, klubów, fundacji, rozgłośni radiowych (Radio Maryja) czy telewizyjnych (TV Republika) itd. Jedyną bodajże oficjalną instytucją jest tutaj IPN. Nawet zawłaszczona przez PiS telewizja publiczna działa w oparciu o aktyw z owego niesformalizowanego świata. Jest to środowisko żywe, nie bojące się dyskusji, polemik i debat a nawet awantur. To ta olbrzymia machina buduje od kilku już dziesięcioleci umysłowe zaplecze prawicowego populizmu w społeczeństwie.

W tym kontekście wyobrażenia do których odwołuje się Autor artykułu porażają anachronizmem. Przekonanie, że hegemonię klasowa budują „Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie”. (Autor mówi o „hegemonii kulturowej” nawiązując do myśli Antonia Gramsciego, którego wątpliwe pomysły odegrały doniosłą rolę w pogrążeniu w niebycie Włoskiej Partii Komunistycznej i zresztą nie tyko jej. Ale jest to już temat na inną dyskusję.)

Niezależnie natomiast od oceny Gramsciego warto zwrócić uwagę, że ani szkoła ani ambona ani tym bardziej akademie nigdy nie tworzyły realnego mechanizmu umacniającej czyjąkolwiek i jakąkolwiek hegemonię. Żadna idea, która obecnie rządzi umysłami nie zrodziła się ani w szkołach ani w akademiach. Poczynając od neoliberalnych bredni a na „żołnierzach wyklętych” kończąc, zawsze w punkcie wyjścia mamy nieformalną grupę typu Mont Pelerin z której dopiero z czasem i nie bez trudności nowa formuła rozpełza się na szkoły i akademie i nie zawsze właśnie tam najmocniej się zakorzenia. Szkoła natomiast przez rutynę i formalizację jest w stanie ośmieszyć i skompromitować każdą ideę o czym mieliśmy okazję przekonać się nie tylko poprzez doświadczenie wychowania socjalistycznego w PRL ale i później obserwując kompromitację nauczania w tych placówka tzw. religii. Obecnie, muszę przyznać, z wypiekami na twarzy oczekuję efektów upowszechniania osiągnięć poetyckich i intelektualnych dokonań Karola Wojtyły (Jana Pawła II) gdyż jeżeli idea zostanie potraktowana poważnie możne być ciekawie.

Chociaż w przeciwieństwie do szkoły i akademii o ambonie mam dość mgliste wyobrażenie towarzyszy mi jednak przekonanie, że o wpływie Kościoła na ład społeczny nigdy nie decydowała ambona ale zawsze kruchta (za słownikiem PWN: 1. «przedsionek kościoła».2. lekcew. «środowisko i mentalność ludzi mających bezkrytyczny stosunek do Kościoła i jego nauk»). Obecnie mamy, zresztą, okazję obserwować, że i na ambonie nad podziw łatwo się poślizgnąć.

Tak na marginesie warto też zwrócić uwagę, że gdy mówimy o znaczeniu owej „kruchty” dla świadomości robotniczej, to momentem kluczowym, nie jest tu rewolucja 1905 roku. Klasa robotnicza ukształtowana przez te wydarzenia zanikła z różnych względów po roku 1945. Chociaż nie sposób zanegować faktu, że na Śląsku czy w Poznańskim, których rewolucja 1905 roku nie objęła robotnicy znaleźli się pod wpływami kościoła już przed drugą wojną światowa, to klerykalizacja środowisk robotniczych dawnej Kongresówki (i Galicji) była efektem wielkiej migracji ze wsi do miast po drugiej wojnie światowej. To te dwa miliony zbędnych ludzi ze wsi, które w miastach w osiągnięciu statusu robotnika zobaczyły swoją życiowa szansę stworzyły tę nową klasę robotniczą. Stały się one, tym znanym nam, powojennym robotnikiem budującym koszmarne architektonicznie kościoły na każdym nowym osiedlu, posyłającym dzieci na religię i samorealizującym się w klerykalno-nacjonalistycznych odlotach przy każdej nadarzającej się okazji. To oni w końcu stworzyli tę Kaczą Polskę własnych marzeń, która akurat zaczyna sypać się w gruzy. To pojawienie się tych robotników podsumowywała znana anegdota o powstającym w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia na ANS PZPR doktoracie zatytułowanym „Lech Wałęsa jako przykład awansu społecznego robotnika w PRL”. Dla tego robotnika Rewolucja 1905 i jej doświadczenia są bardziej abstrakcyjne niż świat „Wojen Gwiezdnych”. Była ona bowiem jeszcze dawniej i jeszcze w odleglejszej galaktyce.

Problemem nie jest już dzisiaj ten odchodzący w przeszłość robotnik o solidarnościowo-wiejskiej, klerykalnej mentalności. Problemem jest stworzenie dla lewicy miejsca w świecie gwałtownych wstrząsów i konfliktów, w którym od pewnego czasu żyjemy i którego horyzont zaczynają wyznaczać nowi ludzie, którzy, jak widać, zaczynają wykraczać poza, umysłową, klerykalną wiochę potransformacyjnej Niepodległej Rzeczpospolitej. Problem polega jednak na tym, że żeby się z nimi spotkać lewica musi opuścić swoją własną równie koszmarną, intelektualną wiochę w której, niestety czuje się aż za dobrze.

Świat współczesny określany często jako świat dynamicznych przemian i szans jest przede wszystkim światem destabilizacji i narastającego poczucia zagrożenia. Starałem się powyżej ukazać że nie jest i co więcej nigdy nie była prawdą teza, że członkowie tzw. „klas ludowych” są przytłoczeni i zdominowani przez życiową codzienność która zamyka ich w kręgu bezpośrednich i pracowniczych zainteresowań i trzeba do nich docierać przez swoisty intelektualny „mały realizm” ekonomicznej codzienności i autorytet ekspertów, którzy w głębokich wywodach udzielają „klasowym ludowym” swojej teoretycznej mądrości nieskończenie niedostępnej dla zajętych śledzeniem promocji i wyprzedaży prostaczków.

Odnoszę wrażenie, że dla samych uczestników związkowej codzienności gąszcz prawniczych i organizacyjnych zagadnień jest po prostu nużący i nudny, podobnie jak fascynujące ekonomistów potoki danych i analiz ekonomicznych, czy oczywiście zrozumiała dla osób lgbt wyrafinowana subtelność gejowskich traum, uczuć i dylematów. Jak sądzę poważne racje merytoryczne wskazują, że tego typu horyzont poznawczy odrywa się od najważniejszego procesu, intelektualnego współczesności, czegoś, co w języku postmodernizm nazwać można powrotem „Wielkich Narracji”, które miały rzekomo zaniknąć w tzw. „świecie ponowoczesnym” raz na zawsze.
Ten Wielki Powrót „Wielkich Narracji” zgotowany nam przez wielki kapitał wymaga czegoś więcej niż „ekspertów i mediów”. Potrzebna jest sieć instytucji skupiających nie tylko pożal się Boże „ekspertów” ale przede wszystkim ludzi nie bojących się dyskusji polemiki, konfliktu, itd. na podobieństwo obecnej prawicy.

Życie intelektualne obecnej polskiej lewicy przypomina niestety spokojny spacer po niedzielnym obiedzie na pobliskim zabytkowym cmentarzyku. Okazję do odwiedzenia ukochanych bliskich, którzy co prawda zmarli już kilkadziesiąt lat temu ale dla nas są żywi jak byśmy rozstali się z nimi dopiero wczoraj, do poplotkowania, co tam za granicą, a co u sąsiadów. Oczywista jest cisza, spokój i dostojeństwo. Najważniejsze jest, żeby broń Boże nie podnieść głosu, nie dyskutować, a już kłótnia czy skandal na cmentarzu to już zupełnie niewyobrażalne i niewybaczalne chamstwo i prostactwo.

Niestety, żywi przyciągają żywych, martwi martwych i jak na razie mamy to co mamy.

Rewolucja Rosyjska – refleksje polemiczne

Obszerny tekst Zbigniewa Wiktora („103 rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej”, Dziennik Trybuna 9-12 listopada 2020) sprawił mi prawdziwą przyjemność, gdyż przeniósł mnie na chwilę w czasy mojej (zamierzchłej) młodości, gdy tak właśnie pisano o tym wydarzeniu. W moim wieku to nie lada przyjemność. Temat jest jednak zbyt poważny, by go zbyć żartem.

Autor podchodzi do rocznicy rewolucji rosyjskiej z pozycji ortodoksyjnie komunistycznych, do czego – rzecz prosta – ma prawo, ale co nie zwalnia go od obowiązku przestrzegania pewnych podstawowych reguł analizy historycznej. Należy do nich obowiązek przedstawiania złożonych wydarzeń politycznych w sposób możliwie obiektywny, a więc bez ukrywania ciemniejszych stron omawianego wydarzenia. Zbigniew Wiktor wybrał inną drogę. W jego obszernym (dwie pełne kolumny) tekście nie ma ani słowa o zbrodniach stalinizmu, w tym o klęsce głodu wywołanej bezsensowną i źle przeprowadzoną kolektywizacją rolnictwa, o wymordowaniu niemal całej kadry starych bolszewików (około 80 % składu Komitetu Centralnego wybranego w 1934 roku), a także trzonu dowódczego Armii Czerwonej, w tym Marszałka Tuchaczewskiego, któremu nie udał się – ku żalowi autora – „pochód za Wisłę”, jak w swoich wykładach nazwał kampanię 1920 roku. Autor wspomina o „rozwiązaniu KPP” w 1938 roku, ale nieoczytany czytelnik może sądzić, że to była jakaś zwykła decyzja organizacyjna – nie zaś wymordowanie kwiatu polskiego ruchu komunistycznego, z którym autor , jak się wydaje, powinien czuć się solidarny.

System stworzony dzięki rewolucji 1917 roku upadł – zdaniem Zbigniewa Wiktora – w wyniku rewolucji naukowo-technicznej oraz „wzrostu oportunizmu, reformizmu, rewizjonizmu i odradzającego się nacjonalizmu w ruchu robotniczym”. Jako jeden z tych, którzy w swoim czasie byli oskarżani o te zbrodnie przez oficjalną prasę radziecką okresu Nikity Chruszczowa i Leonida Breżniewa, mógłbym to stwierdzenie potraktować jako niezamierzony komplement. Prawda jest jednak inna: to nie my („rewizjoniści”) doprowadziliśmy do upadku poststalinowskiego systemu. Zawalił się on sam pod ciężarem nierozwiązywalnych sprzeczności, których komunistyczni ortodoksi nie rozumieli i – sądząc z omawianego tu tekstu – nadal nie pojmują.

Prawdziwe przyczyny upadku systemu stworzonego przez rewolucję rosyjską 1917 roku i przeniesionego do państw Europy środkowo-wschodniej w wyniku zwycięstwa ZSRR w drugiej wojnie światowej tkwiły w trzech wadach kardynalnych tego systemu: (1) w niewydolności gospodarki, nadmiernie scentralizowanej i w konsekwencji przegrywającej rywalizację światową,(2) w braku wolności ( nie tylko politycznej, ale także intelektualnej) i (3) w zlekceważeniu aspiracji narodowych (tak nierosyjskich narodów ZSRR, jak i narodów żyjących w „radzieckiej strefie wpływów” w Europie). To te sprzeczności, a nie knowania „oportunistów” i „rewizjonistów” przywiodły system idealizowany przez Zbigniewa Wiktora na kraj przepaści.

Rewolucja rosyjska zasługuje na poważną – a nie laurkową – analizę. W jej stulecie brałem udział w bardzo ciekawej konferencji międzynarodowej zorganizowanej w Lublanie przez Instytut Historii Współczesnej. Jeden z uczestników tej konferencji – wybitny politolog słoweński Anton Bebler – poruszył w swym referacie kwestię percepcji rewolucji 1917 roku w Rosji i w świecie. Postawił tezę, że o dzisiejszym stosunku do tej rewolucji decyduje zdyskredytowanie jej dorobku przez totalitarne i posttotalitarne reżymy w ZSRR i państwach od niego zależnych. Zgadzając się z tą interpretacją podkreślam jednak, że owa degeneracja systemu zrodzonego z rewolucji nie była czymś przypadkowym, lecz raczej konsekwencją szczególnego splotu okoliczności: niezwykle głębokiej polaryzacji będącej wynikiem wojny domowej, osamotnienia w wyniku niepowodzenia rewolucji europejskiej i patologicznych cech „wodza” – Józefa Stalina.
Nie zmienia to faktu, że stworzony w wyniku rewolucji 1917 roku reżym był w stanie wyzwolić wielkie siły narodowego oporu przeciw hitlerowskiemu najazdowi, wygrać wojnę i przynieść – także nam – wyzwolenie, ratunek przed zniewoleniem i zagładą. Gdy w listopadzie 1917 roku byłem w Moskwie, nie obchodzono tam stulecia rewolucji, ale w telewizji poszedł film pokazujący defiladę wojskową z 7 listopada 1941 – defiladę, z której wojsko szło wprost na front znajdujący się bardzo blisko stolicy ZSRR. To jest ten moment historyczny, który stanowi dziś ideowe spoiwo rosyjskiego poczucia państwowego.

Czy zwycięstwo 1945 roku byłoby możliwe bez dramatu rewolucji 1917 roku? Na to pytanie nie ma i zapewne nigdy nie będzie jednoznacznej odpowiedzi.

Nie akceptuję wypowiedzi

…z lewej bądź z prawej strony, rozmijających się z faktami, pozbawionych głębszego namysłu i krytycznej refleksji.

Także tych trzecich, których czytanie przenosi do zamierzchłych, dawno potępionych lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, w których jakakolwiek odstępstwo od wszechobowiązującej ideologicznej doktryny i jej propagandowego wyrazu uznawane było co najmniej za wrogość, a dziś szokuje samym faktem pojawienia się w publicznym obiegu.

Nie ma oczywiście wątpliwości, że rocznica, która by nie była, wybuchu Rewolucji Październikowej w Rosji zasługuje na przypomnienie i omówienie, gdyż to historyczne wydarzenie i jego dalsze konsekwencje miały liczący się wpływ na losy ludzi i narodów świata. Z takim oczekiwaniem podjąłem trud przyswojenia sobie dwukolumnowego tekstu Zbigniewa Wiktora pt. „103 Rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej” („Dziennik-Trybuna, 9-12.11.2020).

Już sam tytuł

wprowadził mnie w zdziwienie, a nadto wątpliwości co do rozumienia określonych pojęć. Nie wiem dlaczego autor musi pisać z dużej litery słowo „Rocznica”, tak jakby nie wystarczała mu ta „Wielka”, a jeszcze bardziej „Socjalistyczna”, co dowodzi wyjątkowego przywiązania do kiedyś używanej nazwy. Brak jednak i tu, i w całym teście, świadomości, że istnieją jeszcze, wywodzące się z XIX wiecznych poszukiwań lepszego społeczeństwa równych szans, socjaldemokracja, socjalizm demokratyczny, także socjalizm rewolucyjny i inne kierunki. Nie wspominam o bogatej, światowej literaturze definiującej ten termin, również krytycznej w stosunku do niektórych form jego materializacji. Stąd także, ale głównie za sprawą w szczególny sposób realizowanego tzw. realnego socjalizmu nie tylko w Związku Radzieckim, przyjęło się powszechnie nie nazywać tego rewolucyjnego wydarzenia socjalistycznym. Obecnie w Rosji również, ale z innych, niejako miejscowych, powodów odchodzi się od powyższego określenia nazywając ciąg politycznych wydarzeń od lutego do października 1917 roku Wielką Rewolucją Rosyjską.

Do wyjaśnienia i poważnego skorygowania

należy szereg stwierdzeń autora dotyczących kwestii ogólnych, jak też spraw szczegółowych.

„Rewolucja Październikowa była praktycznym potwierdzeniem teoretycznych ustaleń Marksa i Engelsa… o możliwości i konieczności obalenia kapitalizmu… Jej główną słabością jednak było, że nie zwyciężyła w skali światowej (jak prognozował Lenin) ani nawet w głównych „cytadelach kapitalizmu.”

Nie Lenin, a dużo wcześniej Marks i Engels uważali, że jej zwycięstwo mieć będzie miejsce w najbardziej rozwiniętych krajach kapitalistycznych. Wybuch rewolucji właśnie w Rosji ze względu na zaistniałą „sytuacje rewolucyjną”, w dalszej konsekwencji i skutkach odbiegał zasadniczo od szczytnych ideałów.

„W wyniku rewolucji proletariat rosyjski rozpoczął budowę podstaw socjalizmu w Rosji, a od 1922 r. w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, który rozwijał się, umacnia! i trwa! do 1991 r. W tym czasie lud pracujący ZSRR stał się suwerenem, główną formą demokracji były rady jego delegatów…”

Autor chyba sobie żartuje pisząc o suwerenie, gdyż w praktyce w Związku Radzieckim jedynym „suwerenem” była monopartia, a przede wszystkim jej kierownicze gremia, natomiast realizowany rodzaj fasadowej demokracji bardziej przypominał tę ateńską, w której obywatele z prawem głosu, czyli decyzji, stanowili około 40 tysięcy, spośród około 120 tysięcy mieszkańców tamtego miasta.

„Powstała nowa socjalistyczna kultura, w której człowiek pracy, jego potrzeby i marzenia stały w centrum zainteresowań twórców kultury. W ZSRR prawidłowo rozwiązywano kwestię narodową w obliczu istnienia ponad 100 narodów, (narodowości i mniejszych grup etnicznych, budując ją na fundamencie internacjonalizmu proletariackiego, patriotyzmu radzieckiego, i prawa do samostanowienia i równorzędności narodów wielkich i małych.”

Przede wszystkim przypominam, że nie ma ani kultury kapitalistycznej, ani też socjalistycznej, a to co autor nazywa kulturą nosi miano socrealizmu i pomimo jego niewielkich pozytywów oceniany jest powszechnie jako propagandowe narzędzie partii, w omawianym przypadku WKPb i KPZR. Najlepszym dowodem „prawidłowego rozwiązania kwestii narodowej” i powstania narodu radzieckiego był rozpad ZSRR i powstanie na jego terytorium licznych, suwerennych państw narodowych.

„1 września 1939 r. hitlerowskie Niemcy napadły zdradziecko na Polskę…”
Autor zapomniał, zapewne przez zupełny przypadek, dodać, że w tym samym miesiącu ZSRR także zdradziecko napadł na Polskę. A może w tym lukrowanym obrazie nie mieści się pakt Ribbentrop-Mołotow ?

„W okresie 2. wojny światowej ZSRR był głównym obrońcą ludzkości przed niemieckim faszyzmem, co m.in. znalazło wyraz w tym, że 60-70% wysiłku zbrojnego 3. Rzeszy w czasie wojny skierowane było na Front wschodni. W 1945 r. bohaterski naród radziecki za cenę wielkich ofiar ludzkich i materialnych odniósł historyczne zwycięstwo nad faszystowskimi Niemcami i japońskimi militarystami.”

Nie podważając znaczenia wielkiego wysiłku zbrojnego Związku Radzieckiego na rzecz pokonania III Rzeszy dodać by jednak wypadało, że łączne straty (żołnierze i cywile) wynoszące ok. 20 mln. osób spowodowane były także tzw. czystką od 1937 roku w korpusie oficerskim Armii Czerwonej i prowadzoną przez Stalina polityką. To, a propos informacji w innym miejscu tego tekstu, że „Konstanty Rokossowski, Karol Świerczewski stali się czołowymi przywódcami i generałami Rewolucji i kierownikami socjalistycznego państwa”. Pierwszy był okrutnie torturowany, żonę z córką zesłano do Armawiru w Kraju Krasnodarskim, drugi w tym czasie siedział w radzieckim więzieniu. Nie byli oczywiście żadnymi przywódcami Rewolucji, a stopnie generała majora otrzymali w kwietniu 1940 roku.
Nadto „obrońcami ludzkości” w tym czasie była cala antyhitlerowska koalicja, w skład której wchodził ZSRR, jego udział w zwycięstwie nad Japonią był stosunkowo mały, bo wojnę z nią prowadził od 9 sierpnia – 2 września 1945.

O Polsce

„Siły polskiego proletariatu w tym czasie [w 1918, a może i w 1920 roku – nadzwyczaj enigmatycznie formułuje autor swoje myśli – Z.T] okazały się niewystarczające wobec sił reakcji, która pod wodzą Józefa Piłsudskiego, wspomaganego przez imperialistów Zachodu, wykorzystując nastroje nacjonalistyczno-patriotyczne polskiego ludu…zdławiły polski ruch rewolucyjny tego okresu. Komunistyczna Partia Polski musiała przejść do podziemia, ale cieszyła się do rozwiązania w 1938 r. rosnącym poparciem robotników i innych ludzi pracy.”

Pan Wiktor wiedzieć jednak powinien, że poparcia Piłsudskiemu, nie raz zresztą, udzielił proletariat zrzeszony w Polskiej Partii Socjalistycznej, a w czasie ewentualnego zagrożenia odzyskanej tak niedawno niepodległości cały naród. Zdławiony ruch rewolucyjny to zapewne losy Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Białymstoku w czasie wojny w 1920 roku. Byłoby nieźle gdyby jeszcze autor chciał objaśnić z jakich to powodów została rozwiązana, ciesząca się wg niego, rosnącym poparciem KPP. Ja to wiem.

„W jej wyniku [II wojny światowej – Z.T.] w lipcu 1944 r. na ziemiach wyzwolonych przez Armię Radziecką i Ludowe Wojsko Polskie na wschodnich terenach Polski powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego…co stanowiło urzeczywistnienie wielkich! ideałów Rewolucji Październikowej w polskich warunkach narodowych. Było to także wyrazem nowych warunków historycznych…”

To trochę prawda, ale te „nowe warunki historyczne” oznaczały w praktyce, że nasz kraj znalazł się, w myśl porozumień wielkich mocarstw, w radzieckich sferach wpływu. I nic nie odbierając oczekiwaniom Polaków na lepszą i sprawiedliwą Polskę, dodać jeszcze trzeba koniecznie, że nie miała być ona odwzorowaniem radzieckiej dyktatury proletariatu.

Przyczyny upadku

„Obecnie doświadczamy czasowego upadku socjalizmu na obszarach d. ZSRR i Europy, w tym także Polski. Nie jest to nic nowego (w rozwoju dziejowym, który nie posuwa się ruchem jednostajnie przyspieszonym}. Regulują go prawa dialektyki, a więc sprzeczności, cofanie się, podciąganie tyłów, walka i jedność przeciwieństw, przechodzenie zmian ilościowych w jakościowe…”

I dalej: „Niestety te szanse w dalszych latach zostały zmarnowane głównie za sprawą przezwyciężenia kryzysu w krajach kapitalistycznych i rozwoju nowych sił wytwórczych (rewolucja naukowo-techniczna), a także wzrostu oportunizmu, reformizmu, rewizjonizmu i odradzającego się nacjonalizmu w ruchu robotniczym, szczególnie zerwania współpracy między ZSRR a ChRL, co w latach 80-90- tych za sprawą erozji ideowo-politycznej partii komunistycznych, w szczególności ich grup kierowniczych, doprowadziło do ich upadku i rozpadu realnego socjalizmu w ZSRR i Europie”.

No comment, za dużo by to Panu wytłumaczyć w jednym polemicznym tekście.

Co dalej?

„…klasa robotnicza i wszyscy ludzie pracy muszą wyciągnąć z tej klasowej klęski właściwe wnioski i odbudować rewolucyjne partie komunistyczne i proletariackie, nawiązujące programowo i historycznie do dziedzictwa Rewolucji Październikowej i „realnego socjalizmu” i wyrażających klasowe wyzwania uciskanych mas w warunkach obecnego globalnego kapitalizmu i imperializmu.”

Raczej bym się wstrzymywał od przejmowania tego spadku.

„Nie oznacza to kopiowania instytucji i form byłych socjalistycznych państw, inne bowiem są warunki społeczno-gospodarcze, inne wymagania polityczne i zagrożenia.”

Nie wiem czy te wskazania nie pachną u autora jakimś rewizjonizmem lub innym izmem.

Nadzieja w Chinach

„Obecnie wielką nadzieją i oporą postępu są pozostałe państwa socjalistyczne, Kuba, Wietnam, KRLD a przede wszystkim Chiny, których imperializm nie był w stawie zniszczyć, głównie dlatego, że rządzące tam partie komunistyczne zawczasu przewidziały i przezwyciężyły grożące im niebezpieczeństwa…”

Szczególnie zafrapowała mnie Korea Północna jako nadzieja i opora postępu.

„Powstała mieszana gospodarka, nazywana „kapitalizmem państwowym”, ale realizowana za przyzwoleniem i pod kierownictwem Komunistycznej Partii i Chin. Towarzysze chińscy twórczo rozwijają marksizm, dostosowują go do swych narodowych warunków i chińskiej cywilizacji, idą własną drogą, która nie zawsze ze zrozumieniem przyjmowana jest przez zachodnich komunistów, np. wykorzystanie humanistycznych wartości konfucjanizmu… Tak czy inaczej Chińczycy nawet przy pewnej odrębności kontynuują drogę Rewolucji Październikowej, czym się szczycą…”
I jeszcze: „W Chinach są zupełnie inne uwarunkowania wewnętrzne i międzynarodowe, które umożliwiają im, mówiąc obrazowo, dalsze oszukiwanie kapitalistów i osłabianie ich własną bronią. O tym, że tak jest świadczy ich dotychczasowa strategia, Chiny rozwijają się w szybkim tempie i każdy Chińczyk jest beneficjentem Jego rozwoju (choć w nierównym [stopniu). A jak będzie dalej, pokażą najbliższe lata. Czas ten można nazwać okresem przejściowym od kapitalizmu do socjalizmu, który w Chinach ma trwać nawet 100 lat.”

Sorry, ale nie doczekam.

Znaczenie Rewolucji Październikowej

i powstałego w jej wyniku ZSRR, odgrywającego poważną rolę na światowej arenie jest z historycznego, politologicznego i socjologicznego, nie wspominając o innych naukach, punktu widzenia zagadnieniem bardzo poważnym, skomplikowanym i wielowymiarowym. Nie można więc sprowadzać go do poziomu okolicznościowego referaciku sprzed półwiecza, pełnego pustych frazesów, naciąganych bądź przemilczanych faktów i haseł typu: „Twórczym przykładem i drogowskazem był Czerwony Sztandar Rewolucji Październikowej.”

Rozumiem intencje

jakimi kierowała się redakcja zamieszczając powyższy tekst. Otwartość tytułu na różne teorie i poglądy (tym razem skrajnie lewicowe i dogmatyczne) odnajduje się również w moim polemicznym stanowisku.

Przeczytajcie

koniecznie na stronach 4-5 artykuły Bartosza Rydlińskiego i Macieja Wiśniowskiego.


Dostaje się tam redakcji „Trybuny”, i mnie zwłaszcza, za jawne poparcie kandydatury Rafała Trzaskowskiego. Co autorzy uznali za jawne polityczne włażenie w dupę Trzaskowskiego.
Przeczytajcie i oceńcie sami.Ja mogę mojemu wieloletniemu przyjacielowi ideowemu Maćkowi Wiśniowskiemu i przyjacielowi ideowemu Bartoszowi Rydlińskiemu krotochwilnie rzec, że czasem „Lepiej być w Trzaskowskiego dupie, niż u prezesa Kaczyńskiego w ciupie”.
Poważnie zaś mogę rzec, że jeśli lewica chce walczyć o prawa pracownicze to dziś może to czynić robiąc rewolucję albo broniąc państwo prawa. Bez poszanowania elementarnego prawa nie ma praw pracowniczych też.Działanie na rzec państwa prawa nie musi oznaczać wyrzeczenia się rewolucji.
Lewica przegrała niedawne wybory prezydenckie, co każdy widzi. Można odreagować przegraną przyziemną racjonalizacją, co czynię lub radykalizacją, co czynią moi towarzysze – polemiści. Nucąc czysto lewicowym głosem: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach”.
Czas pokaże co warto było.

Nienormalna normalność

bliższa jest niektórym, stąd nie widzą potrzeby zmiany świata i naszego kraju, zainfekowanego nie tylko przez COVID-19.

Pomimo licznych opinii płynących z odmiennych politycznych, ekonomicznych, społecznych czy też filozoficznych stron Wojciech Maziarski twierdzi, że świat po koronawirusie będzie taki sam jak przed nim („Na lewo. Na prawo. Ku świetlanej przyszłości” – „GW”, 21.05.2020). Swoje przekonanie buduje na polemice z przeszłością i pozornej historycznej analogii.
Na lewo,
to krytyka wypowiedzi Joanny Kusiak, która zaproponowała pomoc państwa osobom nie mającym możliwości, w związku z pandemią, spłaty kredytu mieszkaniowego. Państwo wykupywało by takie mieszkania, a następnie wynajmowało obecnym mieszkańcom, już tylko lokatorom. Pomysł jak pomysł, jak wiele innych, w czasach zarazy szukających przede wszystkim rożnych dróg pomocy i ratunku dla osób nią dotkniętych.
Ale nie dla Maziarskiego, który zrobił z tego wielkie larum typu PRL wraca, autorkę nazywając skrajną antykapitalistką („nazwałbym ją „komunistką ”, gdyby nie to, że słowo to stało się obelgą, podobnie jak „neoliberał”). Publicysta „Gazety Wyborczej” wykazał nie tylko czujność ortodoksy w obronie idealnego, jego zdaniem, ustroju, ale nadto pomylił następstwa i z przyczynami. Ostatnimi komunistami w naszym kraju byli członkowie przedwojennej Komunistycznej Partii Polski, a więc to określenie jest używane bez żadnej podstawy, jedynie jako następstwo, i swoista broń, w trwającej w Polsce wojnie politycznej. Natomiast od początku III RP liczne i wpływowe gremia realizowały neoliberalną politykę, a jej rozliczne skutki stanowią przyczynę obecnej, powszechnej krytyki. Zaprezentowany przez Maziarskiego symetryzm, jak się jeszcze raz jeden okaże, ma się tu jak pięść do nosa.
Wracając do oceny pomysłu p. Kusiak, to – czytamy – chce ona mieć znowu system upaństwowiony, „Głosicielom tej ideologii nie przeszkadza to, że nie zdała ona testu praktyki – system oparty na państwowej własności okazał się nieskuteczny w zaspokajaniu ludzkich potrzeb.” Dodał jeszcze „Nie przypadkiem więc w polskiej konstytucji zapisano gwarancje dla gospodarki opartej na rynku i prywatnej własności.”
Jakoś w tej obronie prywatnej własności zupełnie umknęła autorowi sytuacja, że zaniechanie spłaty bankowego, hipotecznego kredytu kończy się wyrzuceniem niedoszłych właścicieli na bruk.
Jeżeli niewinny w sumie projekt, pozbawiony ideologicznej otoczki, wymagający zapewne licznych analiz, być może poważnych zmian albo nawet zarzucenia, wywołał taką furię, to nie trudno sobie wyobrazić jaki stosunek do poważnych, systemowych propozycji, nie tylko zresztą lewicy, może mieć Maziarski. Tym samym dał stanowczy odpór poszukiwaniom bardziej udanej, po pandemii, rzeczywistości.
Na prawo,
bo z braku lepszego określenia „rządzącą pisowską sitwę” nazywa „prawicą”, i na podstawie powszechnie znanych przykładów dokonuje jej zasadnej krytyki. I na to ostatnie zgoda, acz cała ta konstrukcja z przeciwstawnymi sobie lewicą i prawicą jest pozbawiona nie tylko poznawczego, ale i logicznego sensu.
Używając słów Maziarskiego, nazywanie Prawa i Sprawiedliwości prawicą jest dla niej obelgą, a przywłaszczenie przez Kaczyńskiego tego określenia w nazwie Zjednoczona Prawica kolejnym nadużyciem. Rzeczywista prawica w suwerennym państwie, abstrahując od jej społeczno-ekonomicznych paradygmatów, była na ogół propaństwowa i przestrzegająca norm prawa, jakie by ono nie było, natomiast PiS potraktował państwo jak swój feudalny folwark, a obowiązujące prawo jak świstek zbędnego papieru.
Budowanie symetryzmu lewica – PiS, przez Maziarskiego, jest także najzwyklejszą manipulacją, gdyż to lewica dziś w Polsce, poza swoim społeczno-ekonomicznym programem, stoi na gruncie obowiązującej Konstytucji z wolnym rynkiem i prywatną własnością, praworządnego państwa, swobód obywatelskich, w odróżnieniu od partii Kaczyńskiego.
Nie można zrozumieć tego elementarnego braku wiedzy i sposobu rozumowania, chyba, że tłumaczy go obrona przebrzmiałych idei oraz nienawiść do współczesnych priorytetów polskiej lewicy, które są widocznie na tyle atrakcyjne, że świat Maziarskiego czuje się zagrożony.
„Po każdym wielkim wydarzeniu
histo­rycznym – kontynuuje Maziarski – wmawiano nam – czy też wma­wialiśmy sami sobie – że teraz już świat będzie inny niż wcześniej. Po każdej dżu­mie, czarnej ospie, hiszpance. Po każdej wojnie mówiliśmy: „Nigdy więcej wojny”…Po upadku komunizmu miały się nie odro­dzić kolektywistyczne ideologie…I co?”
Ta pozornie słuszna argumentacja, oparta na zdroworozsądkowej, potocznej wiedzy, napotyka jednak na zasadniczą przeszkodę, jaką jest trwający, a czasem przyśpieszający, proces ewolucyjnych zmian tak w przyrodzie jak i cywilizacji, czyli naszego świata, który ulega ciągłym przemianom. Nawet wydarzenia o pozornie nadzwyczajnym charakterze w przyrodzie, jak i w ludzkich poczynaniach, w rzeczywistości narastały w ewolucyjny sposób. Obrazowo: wielka powódź mogła się wydarzyć poprzez zablokowanie nurtu rzeki przez podmywane przez dziesięciolecia stoki skalne, a jakiś ustrojowy przełom był wynikiem rodzącego się, także przez dziesięciolecia, buntu i społecznego niezadowolenia. Natomiast eskalacja tych procesów dokonuje się poprzez wydarzenia wyjątkowe, takie jak np. gwałtowna zmiana klimatu czy klęska ponoszona przez carską Rosję w czasie I światowej wojny, która przyśpieszyła kolejne rewolucje: lutową i październikową. A obecnie przez trwającą pandemię.
Odpowiedzią jest także artykuł dr Adama Izdebskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego na portalu „Kultura Liberalna” Nr 593 z 18 maja 2020 r. pt. „Pożytki z katastrofy, czyli co wynika z historycznych kryzysów”: „to, co jest dla wielu niespodziewanym efektem albo zaskoczeniem przy okazji pandemii koronawirusa, czyli ogromne zróżnicowanie w jej społecznych kosztach, jest dla historyka środowiskowego jej oczywistym skutkiem. Może zatem warto na tyle, na ile to możliwe, przygotować się do tego zawczasu, zanim przyjdzie kolejna pandemia, trwająca tygodniami fala upałów albo wieloletnia susza. A przyjdą… Przyglądanie się kryzysom przyrodniczym z przeszłości… jest jednym z lepszych sposobów na to, żeby przewidywać złożoność czekających nas wyzwań i być na nie przygotowanym.”
Dodać jeszcze należy, że w pojęciu „inny świat” nie jest zawarta a priori jakakolwiek ocena przyszłości – jedni liczyć i dążyć będą do programów naprawczych czy też zasadniczych przemian, inni do walki o obecne status quo, pozostali pogodzą się niejako z „determinizmem” zjawisk przyrodniczych i społecznych, natomiast, jak chce Maziarski, o żadnej „świetlanej przyszłości” nie ma tu mowy.
Kończy swoje wywody
autor z „GW”: „Świat po koronawirusie nie będzie już taki sam jak przed nim – to hasło ma podsycać panikę i budować prze­konanie, że w obliczu nieuchronne­go kataklizmu tylko wypowiadają­cy te słowa ma niezawodną receptę na zbawienie. Powinniśmy więc ślepo mu zawierzyć i iść w kierunku, który nam wskazuje.”
To hasło nie podsyca żadnej paniki, bo wystarczająco dużą przynoszą zbyt liczne niezborne i nieodpowiedzialne decyzje rządowe. Nie buduje żadnego przekonania, że ktoś posiada receptę na zbawienie, bo jedyną i nadzwyczaj skuteczną mają tylko robiący interesy na pandemii. Wywołuje natomiast, w obliczu masowego zagrożenia ludzkiego życia i równie wielkiej bojaźni o byt milionów ludzi, najzwyklejsze pytanie: Czy tak musiało się stać i co zawiodło?
Zadają je sobie zapewne obywatele Stanów Zjednoczonych – największej potęgi ekonomicznej świata – których dotknęła już śmierć 100 tysięcy osób i pracy pozbawiła dziesiątki milionów oraz Polski, w której spłaszczona pandemia zabrała ponad 1000 obywateli i zlikwidowała dziesiątki tysięcy firm A od takiego pytania wiedzie prosta droga do poszukiwania nie tylko winnych – mechanizmów rządzących tym światem – ale i wypatrywania rady na przyszłość. I takiej zmiany, która jest w stanie chronić ludzi w pandemicznej czy podobnej sytuacji.
„Demokratyczne państwo,
które kieruje się zasadami sprawiedliwości społecznej – to słowa Izdebskiego – powinno starać się przewidywać, które grupy społeczne poniosą koszty dostosowania się do nadchodzącej katastrofy…zanim…nadejdą ekstremalne wydarzenia pogodowe, które zachwieją naszą codziennością i obiegiem gospodarczym co najmniej tak silnie jak koronawirus.” Nie wiem jakim kolejnym epitetem określił by autora tych słów Wojciech Maziarski, ale może przynajmniej uważnie przeczyta opinię prof. Waltera Scheidela z Uniwersytetu Stanforda („Newsweek”, 25-31.05,2020).
Profesor udowadnia,
czemu Maziarski z niewiedzy zaprzecza, że minione epidemie czarnej śmierci czy też dżumy miały bardzo daleko idące skutki społeczno-polityczno-ekonomiczne i przyczyniły się do wielu istotnych przekształceń.
Co prawda nie wierzy w możliwe dziś tak daleko idące zmiany, ale „Jeśli wirus nie zostanie opanowany lub załamanie gospodarcze okaże się mimo wszystko trwalsze, konieczne będzie sięg­nięcie po radykalniejsze środki. Będzie więcej interwencji państwa w sektor pry­watny, więcej nacjonalizacji, więcej regu­lacji biznesu. Podwyższone zostaną też podatki, żeby zatkać coraz większe dziury w budżecie albo z powodów politycznych, bo wyborcy będą się domagali większej sprawiedliwości społecznej. Sektor zdro­wia może zostać głęboko przekształcony Zapewniona zostanie większa ochro­na bezrobotnym i ludziom stanowiącym część prekariatu. Jeśli będzie napraw­dę źle, idea minimalnego gwarantowane­go dochodu wejdzie do głównego nurtu i zostanie wprowadzona w życie…
Największe zróżni­cowania
będzie można zobaczyć w grupie krajów bogatych. W Skandynawii nie­wiele się zmieni, bo już teraz mają tam państwo dobrobytu, wysokie podatki. Pa­radoksalnie to demokracje, w których są największe nierówności – takie jak USA, Wielka Brytania czy Australia – mogą doświadczyć najdalej idących zmian, bo tam jest najwięcej do nadrobienia. Naj­bardziej gwałtowny charakter te zmiany będą miały w USA.”
O tym ile jest w Polsce do nadrobienia lepiej nie pisać, bo każdy, poza Wojciechem Maziarskim, tego doświadczył, a więc wie.

Ważny głos w dyskusji o szkole

Prof. dr hab. Wojciech Pomykało to znany i poważany autor prac i badań nad ideałem wychowywania i kształcenia oraz kierunkami rozwoju edukacji ogólnej, zawodowej i akademickiej. Takim osiągnięciem jest również praca „Człowiek przyszłości-kształtowanie człowieka w nowożytnej historii-zarys metodologii”.

Profesor jest również autorem oryginalnej koncepcji wyższej szkoły akademickiej, z siecią placówek regionalnych i telewizyjną edukacja dydaktyczną (WSSE plus „Edusat”). Ma nie tylko swoje poglądy, ale także osiągnięcia redakcyjne i wydawnicze („Encyklopedia Pedagogiczna”’ „Encyklopedia Psychologii” i inne prace). Współpracował naukowo z takimi specjalistami, jak profesorowie B .Suchodolski, W. Szewczyk, A. Janowski, A. Jaczewski, ale także zderzył się z betonem naukowym i politycznym, który deprecjonował i niszczył jego propozycje, poglądy i osiągnięcia.
Prof. Wojciech Pomykało, jak znany bohater Hemingwaya, nie dal się zniszczyć i pokonać. Trwałe są jego publikacje i pamięć o uczelni, wydawnictwie i „Edusacie”. Nadal kontynuuje dyskusję o potrzebie nowego ideału wychowawczego i kultury, zwłaszcza w dobie transformacji politycznej i rozwijania nowej siły ustrojowej, jaka jest niewątpliwie Chińska Republika Ludowa, z nowa reforma państwa i gospodarki od dalszego rozwoju jej kultury i edukacji.

Profesor oczekuje szybszego i szerszego rozwoju edukacji oraz przełomu w pedagogice. Zwraca uwag na wyrazisty zastój w poglądach o wychowaniu, odchodzenie od wskazań B. Suchodolskiego i fałszowanie prawd i poglądów, lekceważenia dorobku tych którzy przełamywali zastój polskiej myśli pedagogicznej, ale i krytycznego odniesienia się do tych , którzy zwalczali nowe propozycje i nie dopuszczali do rozwoju nowoczesnej pedagogiki.

W tekście wyraźnie wykazuje rolę wielkiego kapitału, jego wpływ na rozwój edukacji oraz brak skonkretyzowanego, odnowionego i rozwiniętego ideału wychowania i kształcenia który jest dziś niezbędny dla dalszego skutecznego rozwoju edukacji. Wyraźnie piętnuje, zachowawcze rozumienie pedagogiki i ograniczenie jej do nauki o szkolnym kształceniu oraz realizowaniu ewentualnych wskazań, tradycyjnego ideału i metod kształcenia.

Polemika profesora z tradycjonalistami jest dynamiczna i konkretna. Dobrze wskazuje konkretne szkodliwe działania swych oponentów, którzy także dawali się poznać innym autorom i organizatorom prac, na rzecz reformy edukacji.

Taki tekst, z argumentacją zbudowaną pod potrzeby dla wywierania, czy nawet otwierania dyskusji nad polska edukacja a także pedagogiką, wydaje się całkowicie słuszny i bardzo współcześnie potrzebny. Mogę dodać do tych oddziaływań, swoje starania o upodmiotowienie i rozwiniecie kształcenia wielostronnego, które budowałem w sporze z tendencjami w tym zakresie jakie wskazał w swych opracowaniach dotychczasowych prof. Wincenty Okoń. Taka możliwość dynamicznego rozwoju nowoczesnej dydaktyki, także została zaniedbana a opublikowane często współczesne propozycje z zakresu teorii kształcenia, opierają się w wielu wypadkach na starych podstawach teoretycznych i metodologicznych. Podobnie brak w dydaktyce i pedagogice, powrotu do podstaw aksjologicznych, które są zastępowane, przez uwzględnianie bieżących podstaw kształcenia i wąsko pragmatycznie rozumianych zadań szkół i nauczycieli . Nie zostały natomiast rozwinięte w system edukacji polskiej, a także innych krajów, podstawy kształcenia ustawicz nego, które od 1975 roku, propaguje w swych postulatach i raportach UNESCO. Te zagadnienia, wraz z rozwinięciem edukacji cało kształceniowej, wzbogaconej komputeryzacją – to ważne zadanie i kierunki modernizacji edukacyjnej, w której odnotowany jest współcześnie nie tylko zastój, ale wyraźny regres, jak chociażby, w postaci likwidacji w naszym kraju gimnazjów. Nie chodzi o nazwę, tylko o specyficzny zakres i właściwości oddziaływań wychowawczych na młodzież, w wieku gimnazjalnym.

To ważne, że trzy etapy funkcjonowania szkoły zachowano w Chinach i aktualnie rozwija się je, wzbogacając oraz modernizując ich funkcjonowanie zwłaszcza na poziomie gimnazjalnym. Przykład Chin, a także rozwój tego systemu w Stanach Zjednoczonych oraz Francji, musi budzić potrzebę refleksji w środowiskach uczelnianych reformatorów i poszukiwaczy racjonalnej reformy edukacji w naszej ojczyźnie.
Propozycje prof. Pomykało, w pełni zasługują na przedyskutowanie i rozwinięcie. Edukacja i pedagogika, znalazły się współcześnie bowiem, w zapomnieniu i regresie, a nawet w wewnętrznym chaosie i na razie nie widać, nie tylko prób wyjścia z tej sytuacji, ale nawet konstruowania wartościowych zamierzeń i tendencji w dziedzinie modernizacji współczesnej edukacji. W takiej sytuacji, podjęcie prób konstruowania wartościowych zamierzeń i tendencji modernizacji, wymaga każdorazowo wywołania na ten temat rzeczowej dyskusji. Kuriozalna jest też niechęć, a nawet ataki ad persona, o czym wyraźnie pisze w swym opracowaniu prof. Wojciech Pomykało dawniej i obecnie na osoby inicjujące takie dyskusje.
Pole dyskusji i poszukiwań naprawienia sytuacji edukacyjnych, jest duże i wielostronne. Na kształt edukacji, nie tylko oddziałuje wielki kapitał, ale także tradycja kultury i rozwoju konkretnych społeczeństw. Takie potrzeby różnych środowisk, zwłaszcza terenów wiejskich środowisk, biedy materialnej i duchowej rodzin zaniedbanych, które rzadko staja się przedmiotem takiego zainteresowania wielkiego kapitału, który nie daje im szansy wyjścia z osobowego i osobowościowego kryzysu też we współczesnych czasach.

Autor taki jak prof. W. Pomykało, dobrze wywołuje i opisuje problemy i tereny, konieczne dziś, do szerszej analizy pedagogicznej. Jego tekst jest potrzebny dla inicjowania analiz i wskazywania kierunku potrzeb zmian, konicznych dla realizacji rozwoju procesu wychowania i kształcenia oraz teorii pedagogicznych. Takie opracowanie, w pełni zasługuje na opublikowanie, upowszechnienie w dyskusjach oraz analizach problemów, które podejmuje wspomniany autor w omawianym dziele.

Jeszcze wokół Okrągłego Stołu

Wśród licznych medialnych wypowiedzi z okazji kolejnej rocznicy zakończenia obrad Okrągłego Stołu dwie zasługują na wyjątkową uwagę. Pierwszą jest obszerny, świetnie udokumentowany i pogłębiony tekst prof. Jerzego Wiatra na łamach „Dziennik Trybuna” („Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat), a drugim, jego intelektualne zaprzeczenie, w wykonaniu także profesora, Tomasza Nałęcza (Jak Okrągły Stół stał się kwadratowy) w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej”.

Warto przypomnieć prof. Nałęczowi,

że przy Okrągłym Stole zasiadły trzy strony: koalicyjno-rządowa, opozycyjno-solidarnościowa i kościelna. Tę pierwszą we wspomnianym tekście Nałęcz – historyk na usługach obecnie obowiązującej ideologii – nazywa z uporem komunistami. I, jak w myśl cytowanego przez siebie przysłowia „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, tym razem wystąpił właśnie w tej roli trzymanego, zapominając zapewne przez przypadek, bo wymogi jego profesji temu zaprzeczają, że i on zaliczany jest do komunistów. W latach 1970-1990 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w 1990 został jednym z wiceprzewodniczących Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej i działał też aktywnie w Unii Pracy. A więc nie tylko pełny komuch w czasie obrad OS, ale nadto postkomunista. Rzetelność, nie tylko naukowa, stanowiąca zaprzeczenie propagandowych haseł wymaga uwzględniania obowiązującego nazewnictwa, bo np. Piłsudski byt Naczelnikiem Państwa, a nie jego Namiestnikiem, PPS to nie PSS (dla młodszych: Powszechna Spółdzielnie Spożywców), a Manifest był i Połaniecki, i Lipcowy.
Jednak w kontekście całego tekstu tego autora ta antykomunistyczna maniera to zupełny drobiazg, gdyż apologia strony opozycyjno-solidarnościowej – jej wszelakiej mądrości, przenikliwości i przewidywalności, którą „narzuciła komunistom bardziej podstępem”, determinacja i negocjacyjny kunszt – przekracza tu liczbę beczek z oliwą, wylewanych kiedyś na wzburzone morze, a obecnie służących m. in. do zaklajstrowaniu tamtej rzeczywistości.

Pisze Nałęcz:

„Politycy reprezentujący przy Okrągłym Stole stronę komunistyczną powtarzają nieprawdziwą tezę, że ich celem było pokojowe oddanie władzy, zdemontowanie systemu i przejście do ustroju demokratycznego”. Dobrą regułą, nie tylko w naukach historycznych, jest przy cytowaniu kontrowersyjnych poglądów powołanie się na ich autora. Nie jest bowiem znana powszechnie choćby jedna wypowiedź o „pokojowym oddaniu władzy”, co zresztą byłoby zaprzeczeniem sensu niełatwych negocjacji. Natomiast jest prawdą, że w centralnych i reformatorskich kręgach partyjnych dojrzewało przekonanie o konieczności zasadniczych zmian ustrojowych, które w niedługim czasie po Okrągłym Stole zaowocowało powszechnym na lewicy wyborem socjaldemokratycznej drogi. Słyszał więc p. Tomasz, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele.

Pisze dalej:

„W świetle wiedzy historycznej nie ulega wątpliwości, że celem proponujących Okrągły Stół komunistów nie było zdemontowanie systemu, tylko jego gruntowny remont, który miał im zapewnić dalsze, łatwiejszej już sprawowanie władzy.” Nie ma żadnych dowodów na to, aby podczas obrad OS ktokolwiek, nawet z opozycji, wypowiadał się na temat zdemontowania istniejącego systemu (w tej kwestii panowało z ich strony długo milczenie, zapewne także z bojaźni przed społeczną reakcją), a władza akceptująca rzeczywiste istnienie i wpływy opozycji nie tylko niczego sobie nie ułatwiała, a jedynie uznawała to za szansę nie tyle dla siebie, co przede wszystkim za możliwość wyprowadzenia kraju z impasu. Wiedza naukowca Nałęcza, sprowadzająca się do oceny władz zainteresowanych tylko swoimi stołkami, wpisuje się w znaną, powtarzaną obecnie śpiewkę, że „komuniści zabiegając o poparcie przeprowadzili reformę rolną i. t. p”. Nikt w latach późniejszych, poza chyba Nałęczem, nie słyszał lamentu byłych prominentów z powodu utraty władzy. Nota bene żadna z umawiających się stron OS nie miała klarownego obrazu dalszego przebiegu wydarzeń; dla wszystkich zapowiadał się natomiast, nieznany w czasie i nie bardzo rozpoznawalny, proces przemian całego życia społeczno-politycznego i gospodarczego Polski.

Pisze jeszcze Nałęcz:

„Owszem, „Solidarność” zgodziła się wejść w podyktowane przez komunistów koleiny władzy. Zaakceptowała wybory 4 czerwca 1989 r. na warunkach, które teoretycznie dawały ekipie Jaruzelskiego gwarancję dalszego sprawowania rządów. Wywalczyła jednak rzecz o wiele cenniejszą – obroniła swoją tożsamość i polityczną niezależność oraz zdolność do dalszego prowadzenia walki.” Te zasługi Solidarności są wątpliwe gdyż nie musiała przy OS ich bronić ani też wywalczać swej tożsamości i politycznej niezależności, bo nikt, nawet największy partyjny beton, nie oczekiwał od niej rezygnacji z tych wartości.

Dodaje Nałęcz:

„Dzięki temu posunięciu [chodzi o wybory w których Solidarność miała swoje komitety i listy wyborcze – Z.T.} nie udało się, jak chciała PZPR, ograniczyć Okrągłego Stołu do umowy wąskich grup polityków”. A to totalna bzdura, bo już same, nieutajnione przecież, obrady w Pałacu Namiestnikowskim wywołały powszechne społeczne zainteresowanie, i różne na nie reakcje, a więc tym bardziej o żadnych ograniczeniach przy powszechnych wyborach nie mogło być mowy.

Podsumowuje Nałęcz

swoje rozważania stwierdzeniami: „Choć komunistycznemu Kozakowi wydawało się, że schwytał solidarnościowego Tatarzyna, tak naprawdę to ten drugi był zwycięzcą okrągłostołowych podchodów”, i dalej: „udało się zamienić Okrągły Stół w „stół prostokątny”, przy którym opozycja siedziała po innej stronie niż obóz władzy”.
I takie to są prawdy Pana Profesora o polskim historycznym wydarzeniu, w czasie którego, bez względu na fundamentalne różnice dwóch obradujących stron, łączyło ich niewątpliwie przekonanie o wspólnym szukaniu dróg dla lepszej przyszłości tego kraju. Później niestety zapomniano o tym przesłaniu, obóz solidarnościowy przypisał sobie wszystkie sukcesy tamtych negocjacyjnych dni, stół stał się prostokątny, by wreszcie zostać postponowany i zniknąć jako rzadki symbol politycznej mądrości Polaków.
Na tle obszernej panoramy wydarzeń poprzedzających narodziny Okrągłego Stołu sytuuje to wydarzenie prof. Jerzy Wiatr. Uwagę zwracają fragmenty rozważań rzadko w innych opracowaniach podejmowane, a wyznaczające decyzje partyjne o konieczności podjęcia rozmów z opozycją. Na ogół traktuje się te kwestie w uproszczony sposób przywołując konieczność ich podjęcia złym stanem gospodarki i wzbierającymi cyklicznie falami strajków.

„Po stronie PZPR

– pisze Wiatr – kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją… Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.” A jeszcze wcześniej wspomina, że „Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno.”

Stan wojenny w Polsce

pozostawił głębokie podziały w społeczeństwie, a po jego zniesieniu nie zostały one zasypane bądź przynajmniej zniwelowane żadną ważącą inicjatywą polityczną lub projektem społeczno-ekonomicznym. Wszelkie podejmowane w latach 1983-1987 działania władzy sprawiały wrażenie ruchów pozornych, zupełnie nieprzystających do oczekiwań większości obywateli, którzy pragnęli unormowania sytuacji w kraju, a przynajmniej nadziei na normalizację. A jeżeli nawet rodziły się plany poważnych reform gospodarczych i politycznych, to z różnych powodów bądź nigdy nie zostały wprowadzone w życie, bądź nie przynosiły oczekiwanych zmian (reforma autorstwa prof. Zdzisława Krasińskiego, kolejne etapy reform ekonomicznych czy próby reform politycznych).

Taki stan rzeczy

zależał, jak to nazwał w swym znanym memoriale Mieczysław Rakowski: „przede wszystkim od «stanu ducha» ekipy kierowniczej, tj. czy wierzy ona, że jest w stanie dokonać rewolucyjnych w swej istocie zmian w istniejącym systemie społeczno-gospodarczym”. Tak się jednak złożyło, że tej ekipy nie było stać na to, gdyż zabrakło w niej m. in. rozgromionej wcześniej, a rozbudzonej intelektualnie opcji reformatorskiej i to nie tylko we władzach centralnych. Zastąpili ich w poważnej części ludzie, których największą i jedyną zaletą było zdyscyplinowanie. Przypominam sobie generała zajmującego jedno z najwyższych stanowisk partyjnych, którego bezradność i brak wyobraźni miały wręcz charakter porażający.

Te rozważania nie prowadzą

do postawienia tezy, że mogłoby w ogóle nie dojść od Okrągłego Stołu, bowiem wyczerpanie się możliwości rozwojowych tamtego ustroju było oczywiste, a jedyną drogą wyjścia była zasadnicza, w miarę szybkimi etapami, jego przebudowa w kierunku gospodarki rynkowej, a ustroju w demokrację parlamentarną. Pragnąc zrealizować taki program PZPR musiała by także podjąć rozmowy z polityczna opozycją, tyle tylko, że już nie jako hegemon, a partia socjaldemokratyczna, posiadająca w ręku inicjatywę i mocne atuty w okrągłostołowych negocjacjach.

Paradygmat Okrągłego Stołu

dla Tomasza Nałęcza nie istnieje, także dla Zbigniewa Bujaka zaproszonego przez Społeczny Komitet Lewicy 100-lecia Niepodległości, Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Stowarzyszenie Ordynacka, Inicjatywa 30. ROK WOLNOŚCI na spotkanie w 30-tą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego stołu. W programie tego wydarzenia zaplanowano jego wystąpienie, obok innych uczestników OS, a jednocześnie niedawno oświadczył: „To co Polska może wnieść do Europy to doświadczenie i kultura „Solidarności”. A co wnosi Miller? Co on sobą reprezentuje?”
Arogancja i głupota zaprezentowana przez Bujaka przekracza wszelkie normy, zadufanie w skompromitowaną postsolidarnościową politykę także wszelką miarę, niedocenienie roli byłego premiera wprowadzającego Polskę do Wspólnoty Europejskiej przez ewentualnego europosła poraża, a to wszystko okraszone jest brakiem elementarnej kultury.
Jeśli dobrze pamiętam, to na szczęście nie wypowiadał się pan Bujak przy Okrągłym Stole, a może mu głosu po prostu nie udzielono?

SLD: ni pies ni wydra…

Chciałbym odpowiedzieć Wincentemu Elsnerowi na jego materiał „Bo do tanga trzeba dwojga…” innym znanym tekstem zespołu Homo Homini- „ Sam ze sobą na sam, najlepiej się mam..”. Uważam bowiem, że łączenie się z mocną dominującą na opozycji partią jest tragicznym błędem, zwłaszcza że jest to PO i na dodatek „Nowoczesna”. Postaram się to uzasadnić.

Szok „poogórkowy”w Sojuszu Lewicy Demokratycznej trwa. Wynik wyborczy do sejmików samorządowych województw w wysokości 6,7 proc. to według władz SLD sporo, a tak naprawdę to zaledwie 11 mandatów w całym kraju. Szefostwo SLD twierdzi, że po przeliczeniu dało to 1,1 miliona głosów. No i co z tego skoro nawet w jednym województwie nie będziemy mieli jakiegokolwiek wpływu na tworzenie zarządów i prezydiów sejmików. To nie sukces lewicy, a dotkliwa porażka. Ten wynik sytuuje SLD już praktycznie na trwałe w sieci politycznego planktonu.
Rodzi się rzecz jasna pytanie dlaczego tak się dzieje. Pozwolę sobie na pewną metaforę. Otóż dzisiejsze SLD można porównać do siedemdziesięciolatka, który postawił siwe włosy w punkowy czub, pomalował go na zielono, założył modne poszarpane spodnie i bluzę z kapturem. Młodzi ludzie biorą go za dziwaka, rówieśnicy za niespełna rozumu. Wprawdzie nikt mu krzywdy nie robi, ale wszyscy śmieją się z niego na boku. Tak jest w tej chwili z SLD.

Partyjne doły nie mają nic do powiedzenia

Jestem, a może raczej byłem prominentnym działaczem lewicy, sekretarzem Rady Wojewódzkiej SLD na Podkarpaciu, a także szefem SLD w powiecie bieszczadzkim. Rozczarowany stylem sprawowania władzy w SLD na Podkarpaciu postanowiłem kandydować na szefa SLD w województwie. Miałem świadomość, że mieszkam ponad sto kilometrów od Rzeszowa, ale miałem też szczery zamiar walczyć o nowe SLD. Jak się okazało już na dwa miesiące przed zjazdem wojewódzkim dostawałem sygnały telefoniczne, a także odwiedził mnie były poseł radząc bym zrezygnował z kandydowania na szefa, proponując poparcie w starcie na funkcję sekretarza SLD. Po namyśle wyraziłem na to zgodę. No i tak się stało. Wybrano nowego szefa, a ja zostałem sekretarzem struktur wojewódzkich. Bardzo szybko przekonałem się, że wskoczyłem -wbrew przysłowiu – do tej samej rzeki. Nie było mowy o jakichkolwiek zmianach. Pierwsze uderzenie to machina biurokratyczna. To nie ja decydowałem o tym ilu członków SLD mam w powiecie, ale decydowała o tym Warszawa. Co jakiś czas przesyłano mi bazę członków. Machina biurokratyczna w całej okazałości wkroczyła do partii. Ciągle dostawaliśmy polecenia o tworzeniu bazy członków, uzupełniania tej bazy, o zsyłaniu comiesięcznych raportów kasowych. Bezduszna biurokratyczna maszyna zabijała jakikolwiek entuzjazm i chęć społecznego działania. Przestał liczyć się efekt pracy, a liczyła się sprawozdawcza poprawność no i fikcja.

Finanse partyjne kryte przed partyjnymi dołami

Po wyborze nowych władz partyjnych dowiedzieliśmy się całej prawdy o długach partii. Było tego ponad 4 miliony zł. Tylko jeden z prominentnych młodych działaczy SLD-owskich wydał na swoją wyborczą promocję blisko 700 tysięcy zł. Teraz oczywiście zasilił szeregi PO. Nie mogliśmy o tym nikomu mówić, bo partia miała być jednolita w medialnym przekazie. Prominentni działacze SLD, którzy długów narobili od dawna siedzą w PO, a my spłacamy pieniądze przez nich niefrasobliwie wydane. Dlaczego mówię my? Bo zabrakło skromniutkich dotacji dla organizacji powiatowych, które szły między innymi na utrzymanie biur. Panowie z partyjnego świecznika nie zdają sobie sprawy czym dla powiatowej organizacji jest własne biuro. Świadczy ono o prestiżu partii, o jej lokalnym znaczeniu. Członkowie powiatowych struktur zaczęli się spotykać w prywatnych mieszkaniach, restauracjach. To śmieszne i żenujące. Nie dziw więc, że na Podkarpaciu , praktycznie uległo likwidacji kilkanaście SLD-owskich organizacji partyjnych, w tym w tak dużych powiatach jak Jasielski, Tarnobrzeski, Leski, Strzyżowski. Na dodatek nie ma żadnych szans na pomoc centrali dla powiatów bo na tegoroczne wybory zaciągnie się nowe kredyty, które trzeba będzie spłacać, a doły dostaną przysłowiową figę. Boli to że – według Wincentego Elsnera – pieniądze pójdą na promowanie koalicji PO, Nowoczesna, SLD, a nie na samo SLD. W zamian partia dostanie kilka dobrych miejsc na koalicyjnych list dla prominentów z SLD. Doły będą musiały lepić plakaty, wieszać banery, rzecz jasna za swoje pieniądze. Nie wiem jak myślą inni, ale mnie się wydaje, że partyjne góra powoli alienuje się od reszty członków dbając jedynie o swój interes.
Koalicja z mocną partią, to śmierć dla mniejszego koalicjanta
Wincenty Elsner twierdzi, że łączenie się dajmy na to z PO to szansa na wprowadzenie kilku, czy kilkunastu posłów, to szansa na odsunięcie od władzy PiS. Pomijam już fakt, że dla większości członków SLD pomiędzy PiS, a PO nie ma żadnej różnicy, to jeszcze na dodatek szef PO i wielu jego przybocznych traktowało i traktuje SLD jako siedlisko postkomuny, jako ludzi którym mniej wolno. Przypomnę Wincentemu Elsnerowi losy małych koalicjantów łączących się z dużą partią. Proszę mi powiedzieć gdzie są koalicjanci PiS, czyli Samoobrona, Liga Polskich Rodzin. Ilu członków straciła Nowoczesna „idąc do tanga z PO”. Jaki los spotkał Palikota gdy połączył się z mocniejszym wtedy SLD? To tak jak w kosmosie większe obiekty kosmiczne przyciągają siłą grawitacji mniejsze, a na koniec niszczą je całkowicie. SLD czeka taki sam los. Nawet gdy wprowadzimy kilkunastu posłów w ramach koalicji, to przed kolejnymi wyborami posłowie ci będą woleli startować już spod szyldu dominującej partii.

Lewicowa partia z arcyliberalnym obliczem

Biorąc pod lupę program SLD widać wyraźnie, że rozmija się od lat z praktycznym działaniem partii. To lewicowy prezydent podpisał wiernopoddańczy konkordat z Watykanem. To lewicowy rząd łatał dziurę budżetową Bauca powstałą po rządach AWS. Wreszcie totalny liberał Marek Belka pozbawiał studentów dopłat do komunikacji, dotacji dla barów mlecznych. Za każdym tym posunięciem oddalaliśmy się od lewicowych ideałów, tracąc systematycznie poparcie wyborców. W końcu doszło totalne zakłamanie w politycznej walce. Zarzucaliśmy PiS-owi błędy w polityce oświatowej, polegające na likwidacji gimnazjów, a przecież walczyliśmy z AWS gdy te gimnazja tworzył. Ludzie to pamiętają i nienawidzą obłudy. Stawiamy na sztandarach sprawy związane ze środowiskiem LGBT, walczymy z zakazami aborcji, jesteśmy za powszechną dostępnością kobiet do zapładniania metodą in vitro. To dobrze, ale to dotyczy promili osób biorących udział w głosowaniach. Nie potrafimy zaś wyeksponować znakomitego pomysłu na emeryturę wdowią, ograniczenie dotacji 500 plus do rodzin faktycznie tej pomocy potrzebujących, wprowadzenia najwyższej stawki podatkowej dla finansowych krezusów, faktycznego rozdzielenia kościoła od państwa, reformy niesprawnego molocha jakim jest ZUS,służba zdrowia, likwidacji transferu dochodów przez zagraniczne firmy działające w Polsce i wielu jeszcze dobrych lewicowych pomysłów. Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem starszym, zwolennikiem działań PiS. Stwierdził on- dlaczego nie chwalicie się pomysłem emerytury wdowiej, toż nawet bacie PiS-ówki dałyby głos na was. No cóż sam nie wiem czego tak się dzieje.

Marketing , „pijar”i populizm to dziś droga do sukcesu

Nie mamy dostępu do mediów, a jednocześnie oba lewicowe tytuły czyli „Trybuna”i „Przegląd”zwolenników nam nie przyczyniają. Ja należę do pokolenia, które za media uważają papierowe wydanie gazety, telewizyjne lub radiowe wiadomości. Niestety młodzi papierowej prasy nie czytają. Facebook, Twitter to dominująca forma przekazywania informacji dla i przez młodych. Jeśli informacja przekracza cztery, pięć zdań żaden młody człowiek jej nie przeczyta. Czytam „Trybunę”, „Przegląd”, ale sam nie jestem w stanie przebrnąć przez czterokolumnowe materiały. Ja wiem, że pisma te kierowane są do wyrobionego czytelnika, ale jego nie trzeba przekonywać do lewicy. Do lewicowych pomysłów trzeba przekonywać młodych w sposób im przystępny.

Na lewicy dalej pustka

Polityczna dwubiegunowość do której dążą PiS i PO to ideologiczna fikcja. Obie te partie niczym się nie różnią. No może PiS klęczy na dwóch kolanach przed kościelną hierarchią, a PO na jednym. Lewicowych postulatów jest nawet więcej w PiS niż w PO. Dlatego też SLD powinno zmierzać w stronę bardziej radykalnych lewicowych postulatów. W politycznej walce o miejsce na politycznej scenie nie ma miejsca na delikatność i przymykanie oka. Fałsz w działaniach zostaje szybko wykryty, bo nie lubią go starsi, a i młodzi też nie. W najbliższym czasie nie zdobędziemy gremialnego poparcia wśród młodych, ale możemy zapobiec utracie elektoratu wśród starszych. Tylko samodzielny start w wyborach do europarlamentu i Sejmu nie zaprowadzi nas w polityczny niebyt. Zapotrzebowanie na lewicę rośnie w całej Europie, także i u nas, tylko partyjna góra nie powinna się tego wstydzić. Krygowanie się, mrużenie oka do PO i Nowoczesnej oznaczające, że my to nie taka straszna postkomuna prowadzi do samozagłady. By przetrwać musimy być lewicowo wyraziści i bezkompromisowi w swych działaniach, a do wyborów iść pod swoim szyldem, rzecz jasna z opcją przyjęcia pod te skrzydła także innych bliskich nam ideowo podmiotów.