Jeszcze wokół Okrągłego Stołu

Wśród licznych medialnych wypowiedzi z okazji kolejnej rocznicy zakończenia obrad Okrągłego Stołu dwie zasługują na wyjątkową uwagę. Pierwszą jest obszerny, świetnie udokumentowany i pogłębiony tekst prof. Jerzego Wiatra na łamach „Dziennik Trybuna” („Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat), a drugim, jego intelektualne zaprzeczenie, w wykonaniu także profesora, Tomasza Nałęcza (Jak Okrągły Stół stał się kwadratowy) w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej”.

Warto przypomnieć prof. Nałęczowi,

że przy Okrągłym Stole zasiadły trzy strony: koalicyjno-rządowa, opozycyjno-solidarnościowa i kościelna. Tę pierwszą we wspomnianym tekście Nałęcz – historyk na usługach obecnie obowiązującej ideologii – nazywa z uporem komunistami. I, jak w myśl cytowanego przez siebie przysłowia „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, tym razem wystąpił właśnie w tej roli trzymanego, zapominając zapewne przez przypadek, bo wymogi jego profesji temu zaprzeczają, że i on zaliczany jest do komunistów. W latach 1970-1990 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w 1990 został jednym z wiceprzewodniczących Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej i działał też aktywnie w Unii Pracy. A więc nie tylko pełny komuch w czasie obrad OS, ale nadto postkomunista. Rzetelność, nie tylko naukowa, stanowiąca zaprzeczenie propagandowych haseł wymaga uwzględniania obowiązującego nazewnictwa, bo np. Piłsudski byt Naczelnikiem Państwa, a nie jego Namiestnikiem, PPS to nie PSS (dla młodszych: Powszechna Spółdzielnie Spożywców), a Manifest był i Połaniecki, i Lipcowy.
Jednak w kontekście całego tekstu tego autora ta antykomunistyczna maniera to zupełny drobiazg, gdyż apologia strony opozycyjno-solidarnościowej – jej wszelakiej mądrości, przenikliwości i przewidywalności, którą „narzuciła komunistom bardziej podstępem”, determinacja i negocjacyjny kunszt – przekracza tu liczbę beczek z oliwą, wylewanych kiedyś na wzburzone morze, a obecnie służących m. in. do zaklajstrowaniu tamtej rzeczywistości.

Pisze Nałęcz:

„Politycy reprezentujący przy Okrągłym Stole stronę komunistyczną powtarzają nieprawdziwą tezę, że ich celem było pokojowe oddanie władzy, zdemontowanie systemu i przejście do ustroju demokratycznego”. Dobrą regułą, nie tylko w naukach historycznych, jest przy cytowaniu kontrowersyjnych poglądów powołanie się na ich autora. Nie jest bowiem znana powszechnie choćby jedna wypowiedź o „pokojowym oddaniu władzy”, co zresztą byłoby zaprzeczeniem sensu niełatwych negocjacji. Natomiast jest prawdą, że w centralnych i reformatorskich kręgach partyjnych dojrzewało przekonanie o konieczności zasadniczych zmian ustrojowych, które w niedługim czasie po Okrągłym Stole zaowocowało powszechnym na lewicy wyborem socjaldemokratycznej drogi. Słyszał więc p. Tomasz, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele.

Pisze dalej:

„W świetle wiedzy historycznej nie ulega wątpliwości, że celem proponujących Okrągły Stół komunistów nie było zdemontowanie systemu, tylko jego gruntowny remont, który miał im zapewnić dalsze, łatwiejszej już sprawowanie władzy.” Nie ma żadnych dowodów na to, aby podczas obrad OS ktokolwiek, nawet z opozycji, wypowiadał się na temat zdemontowania istniejącego systemu (w tej kwestii panowało z ich strony długo milczenie, zapewne także z bojaźni przed społeczną reakcją), a władza akceptująca rzeczywiste istnienie i wpływy opozycji nie tylko niczego sobie nie ułatwiała, a jedynie uznawała to za szansę nie tyle dla siebie, co przede wszystkim za możliwość wyprowadzenia kraju z impasu. Wiedza naukowca Nałęcza, sprowadzająca się do oceny władz zainteresowanych tylko swoimi stołkami, wpisuje się w znaną, powtarzaną obecnie śpiewkę, że „komuniści zabiegając o poparcie przeprowadzili reformę rolną i. t. p”. Nikt w latach późniejszych, poza chyba Nałęczem, nie słyszał lamentu byłych prominentów z powodu utraty władzy. Nota bene żadna z umawiających się stron OS nie miała klarownego obrazu dalszego przebiegu wydarzeń; dla wszystkich zapowiadał się natomiast, nieznany w czasie i nie bardzo rozpoznawalny, proces przemian całego życia społeczno-politycznego i gospodarczego Polski.

Pisze jeszcze Nałęcz:

„Owszem, „Solidarność” zgodziła się wejść w podyktowane przez komunistów koleiny władzy. Zaakceptowała wybory 4 czerwca 1989 r. na warunkach, które teoretycznie dawały ekipie Jaruzelskiego gwarancję dalszego sprawowania rządów. Wywalczyła jednak rzecz o wiele cenniejszą – obroniła swoją tożsamość i polityczną niezależność oraz zdolność do dalszego prowadzenia walki.” Te zasługi Solidarności są wątpliwe gdyż nie musiała przy OS ich bronić ani też wywalczać swej tożsamości i politycznej niezależności, bo nikt, nawet największy partyjny beton, nie oczekiwał od niej rezygnacji z tych wartości.

Dodaje Nałęcz:

„Dzięki temu posunięciu [chodzi o wybory w których Solidarność miała swoje komitety i listy wyborcze – Z.T.} nie udało się, jak chciała PZPR, ograniczyć Okrągłego Stołu do umowy wąskich grup polityków”. A to totalna bzdura, bo już same, nieutajnione przecież, obrady w Pałacu Namiestnikowskim wywołały powszechne społeczne zainteresowanie, i różne na nie reakcje, a więc tym bardziej o żadnych ograniczeniach przy powszechnych wyborach nie mogło być mowy.

Podsumowuje Nałęcz

swoje rozważania stwierdzeniami: „Choć komunistycznemu Kozakowi wydawało się, że schwytał solidarnościowego Tatarzyna, tak naprawdę to ten drugi był zwycięzcą okrągłostołowych podchodów”, i dalej: „udało się zamienić Okrągły Stół w „stół prostokątny”, przy którym opozycja siedziała po innej stronie niż obóz władzy”.
I takie to są prawdy Pana Profesora o polskim historycznym wydarzeniu, w czasie którego, bez względu na fundamentalne różnice dwóch obradujących stron, łączyło ich niewątpliwie przekonanie o wspólnym szukaniu dróg dla lepszej przyszłości tego kraju. Później niestety zapomniano o tym przesłaniu, obóz solidarnościowy przypisał sobie wszystkie sukcesy tamtych negocjacyjnych dni, stół stał się prostokątny, by wreszcie zostać postponowany i zniknąć jako rzadki symbol politycznej mądrości Polaków.
Na tle obszernej panoramy wydarzeń poprzedzających narodziny Okrągłego Stołu sytuuje to wydarzenie prof. Jerzy Wiatr. Uwagę zwracają fragmenty rozważań rzadko w innych opracowaniach podejmowane, a wyznaczające decyzje partyjne o konieczności podjęcia rozmów z opozycją. Na ogół traktuje się te kwestie w uproszczony sposób przywołując konieczność ich podjęcia złym stanem gospodarki i wzbierającymi cyklicznie falami strajków.

„Po stronie PZPR

– pisze Wiatr – kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją… Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.” A jeszcze wcześniej wspomina, że „Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno.”

Stan wojenny w Polsce

pozostawił głębokie podziały w społeczeństwie, a po jego zniesieniu nie zostały one zasypane bądź przynajmniej zniwelowane żadną ważącą inicjatywą polityczną lub projektem społeczno-ekonomicznym. Wszelkie podejmowane w latach 1983-1987 działania władzy sprawiały wrażenie ruchów pozornych, zupełnie nieprzystających do oczekiwań większości obywateli, którzy pragnęli unormowania sytuacji w kraju, a przynajmniej nadziei na normalizację. A jeżeli nawet rodziły się plany poważnych reform gospodarczych i politycznych, to z różnych powodów bądź nigdy nie zostały wprowadzone w życie, bądź nie przynosiły oczekiwanych zmian (reforma autorstwa prof. Zdzisława Krasińskiego, kolejne etapy reform ekonomicznych czy próby reform politycznych).

Taki stan rzeczy

zależał, jak to nazwał w swym znanym memoriale Mieczysław Rakowski: „przede wszystkim od «stanu ducha» ekipy kierowniczej, tj. czy wierzy ona, że jest w stanie dokonać rewolucyjnych w swej istocie zmian w istniejącym systemie społeczno-gospodarczym”. Tak się jednak złożyło, że tej ekipy nie było stać na to, gdyż zabrakło w niej m. in. rozgromionej wcześniej, a rozbudzonej intelektualnie opcji reformatorskiej i to nie tylko we władzach centralnych. Zastąpili ich w poważnej części ludzie, których największą i jedyną zaletą było zdyscyplinowanie. Przypominam sobie generała zajmującego jedno z najwyższych stanowisk partyjnych, którego bezradność i brak wyobraźni miały wręcz charakter porażający.

Te rozważania nie prowadzą

do postawienia tezy, że mogłoby w ogóle nie dojść od Okrągłego Stołu, bowiem wyczerpanie się możliwości rozwojowych tamtego ustroju było oczywiste, a jedyną drogą wyjścia była zasadnicza, w miarę szybkimi etapami, jego przebudowa w kierunku gospodarki rynkowej, a ustroju w demokrację parlamentarną. Pragnąc zrealizować taki program PZPR musiała by także podjąć rozmowy z polityczna opozycją, tyle tylko, że już nie jako hegemon, a partia socjaldemokratyczna, posiadająca w ręku inicjatywę i mocne atuty w okrągłostołowych negocjacjach.

Paradygmat Okrągłego Stołu

dla Tomasza Nałęcza nie istnieje, także dla Zbigniewa Bujaka zaproszonego przez Społeczny Komitet Lewicy 100-lecia Niepodległości, Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Stowarzyszenie Ordynacka, Inicjatywa 30. ROK WOLNOŚCI na spotkanie w 30-tą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego stołu. W programie tego wydarzenia zaplanowano jego wystąpienie, obok innych uczestników OS, a jednocześnie niedawno oświadczył: „To co Polska może wnieść do Europy to doświadczenie i kultura „Solidarności”. A co wnosi Miller? Co on sobą reprezentuje?”
Arogancja i głupota zaprezentowana przez Bujaka przekracza wszelkie normy, zadufanie w skompromitowaną postsolidarnościową politykę także wszelką miarę, niedocenienie roli byłego premiera wprowadzającego Polskę do Wspólnoty Europejskiej przez ewentualnego europosła poraża, a to wszystko okraszone jest brakiem elementarnej kultury.
Jeśli dobrze pamiętam, to na szczęście nie wypowiadał się pan Bujak przy Okrągłym Stole, a może mu głosu po prostu nie udzielono?

SLD: ni pies ni wydra…

Chciałbym odpowiedzieć Wincentemu Elsnerowi na jego materiał „Bo do tanga trzeba dwojga…” innym znanym tekstem zespołu Homo Homini- „ Sam ze sobą na sam, najlepiej się mam..”. Uważam bowiem, że łączenie się z mocną dominującą na opozycji partią jest tragicznym błędem, zwłaszcza że jest to PO i na dodatek „Nowoczesna”. Postaram się to uzasadnić.

Szok „poogórkowy”w Sojuszu Lewicy Demokratycznej trwa. Wynik wyborczy do sejmików samorządowych województw w wysokości 6,7 proc. to według władz SLD sporo, a tak naprawdę to zaledwie 11 mandatów w całym kraju. Szefostwo SLD twierdzi, że po przeliczeniu dało to 1,1 miliona głosów. No i co z tego skoro nawet w jednym województwie nie będziemy mieli jakiegokolwiek wpływu na tworzenie zarządów i prezydiów sejmików. To nie sukces lewicy, a dotkliwa porażka. Ten wynik sytuuje SLD już praktycznie na trwałe w sieci politycznego planktonu.
Rodzi się rzecz jasna pytanie dlaczego tak się dzieje. Pozwolę sobie na pewną metaforę. Otóż dzisiejsze SLD można porównać do siedemdziesięciolatka, który postawił siwe włosy w punkowy czub, pomalował go na zielono, założył modne poszarpane spodnie i bluzę z kapturem. Młodzi ludzie biorą go za dziwaka, rówieśnicy za niespełna rozumu. Wprawdzie nikt mu krzywdy nie robi, ale wszyscy śmieją się z niego na boku. Tak jest w tej chwili z SLD.

Partyjne doły nie mają nic do powiedzenia

Jestem, a może raczej byłem prominentnym działaczem lewicy, sekretarzem Rady Wojewódzkiej SLD na Podkarpaciu, a także szefem SLD w powiecie bieszczadzkim. Rozczarowany stylem sprawowania władzy w SLD na Podkarpaciu postanowiłem kandydować na szefa SLD w województwie. Miałem świadomość, że mieszkam ponad sto kilometrów od Rzeszowa, ale miałem też szczery zamiar walczyć o nowe SLD. Jak się okazało już na dwa miesiące przed zjazdem wojewódzkim dostawałem sygnały telefoniczne, a także odwiedził mnie były poseł radząc bym zrezygnował z kandydowania na szefa, proponując poparcie w starcie na funkcję sekretarza SLD. Po namyśle wyraziłem na to zgodę. No i tak się stało. Wybrano nowego szefa, a ja zostałem sekretarzem struktur wojewódzkich. Bardzo szybko przekonałem się, że wskoczyłem -wbrew przysłowiu – do tej samej rzeki. Nie było mowy o jakichkolwiek zmianach. Pierwsze uderzenie to machina biurokratyczna. To nie ja decydowałem o tym ilu członków SLD mam w powiecie, ale decydowała o tym Warszawa. Co jakiś czas przesyłano mi bazę członków. Machina biurokratyczna w całej okazałości wkroczyła do partii. Ciągle dostawaliśmy polecenia o tworzeniu bazy członków, uzupełniania tej bazy, o zsyłaniu comiesięcznych raportów kasowych. Bezduszna biurokratyczna maszyna zabijała jakikolwiek entuzjazm i chęć społecznego działania. Przestał liczyć się efekt pracy, a liczyła się sprawozdawcza poprawność no i fikcja.

Finanse partyjne kryte przed partyjnymi dołami

Po wyborze nowych władz partyjnych dowiedzieliśmy się całej prawdy o długach partii. Było tego ponad 4 miliony zł. Tylko jeden z prominentnych młodych działaczy SLD-owskich wydał na swoją wyborczą promocję blisko 700 tysięcy zł. Teraz oczywiście zasilił szeregi PO. Nie mogliśmy o tym nikomu mówić, bo partia miała być jednolita w medialnym przekazie. Prominentni działacze SLD, którzy długów narobili od dawna siedzą w PO, a my spłacamy pieniądze przez nich niefrasobliwie wydane. Dlaczego mówię my? Bo zabrakło skromniutkich dotacji dla organizacji powiatowych, które szły między innymi na utrzymanie biur. Panowie z partyjnego świecznika nie zdają sobie sprawy czym dla powiatowej organizacji jest własne biuro. Świadczy ono o prestiżu partii, o jej lokalnym znaczeniu. Członkowie powiatowych struktur zaczęli się spotykać w prywatnych mieszkaniach, restauracjach. To śmieszne i żenujące. Nie dziw więc, że na Podkarpaciu , praktycznie uległo likwidacji kilkanaście SLD-owskich organizacji partyjnych, w tym w tak dużych powiatach jak Jasielski, Tarnobrzeski, Leski, Strzyżowski. Na dodatek nie ma żadnych szans na pomoc centrali dla powiatów bo na tegoroczne wybory zaciągnie się nowe kredyty, które trzeba będzie spłacać, a doły dostaną przysłowiową figę. Boli to że – według Wincentego Elsnera – pieniądze pójdą na promowanie koalicji PO, Nowoczesna, SLD, a nie na samo SLD. W zamian partia dostanie kilka dobrych miejsc na koalicyjnych list dla prominentów z SLD. Doły będą musiały lepić plakaty, wieszać banery, rzecz jasna za swoje pieniądze. Nie wiem jak myślą inni, ale mnie się wydaje, że partyjne góra powoli alienuje się od reszty członków dbając jedynie o swój interes.
Koalicja z mocną partią, to śmierć dla mniejszego koalicjanta
Wincenty Elsner twierdzi, że łączenie się dajmy na to z PO to szansa na wprowadzenie kilku, czy kilkunastu posłów, to szansa na odsunięcie od władzy PiS. Pomijam już fakt, że dla większości członków SLD pomiędzy PiS, a PO nie ma żadnej różnicy, to jeszcze na dodatek szef PO i wielu jego przybocznych traktowało i traktuje SLD jako siedlisko postkomuny, jako ludzi którym mniej wolno. Przypomnę Wincentemu Elsnerowi losy małych koalicjantów łączących się z dużą partią. Proszę mi powiedzieć gdzie są koalicjanci PiS, czyli Samoobrona, Liga Polskich Rodzin. Ilu członków straciła Nowoczesna „idąc do tanga z PO”. Jaki los spotkał Palikota gdy połączył się z mocniejszym wtedy SLD? To tak jak w kosmosie większe obiekty kosmiczne przyciągają siłą grawitacji mniejsze, a na koniec niszczą je całkowicie. SLD czeka taki sam los. Nawet gdy wprowadzimy kilkunastu posłów w ramach koalicji, to przed kolejnymi wyborami posłowie ci będą woleli startować już spod szyldu dominującej partii.

Lewicowa partia z arcyliberalnym obliczem

Biorąc pod lupę program SLD widać wyraźnie, że rozmija się od lat z praktycznym działaniem partii. To lewicowy prezydent podpisał wiernopoddańczy konkordat z Watykanem. To lewicowy rząd łatał dziurę budżetową Bauca powstałą po rządach AWS. Wreszcie totalny liberał Marek Belka pozbawiał studentów dopłat do komunikacji, dotacji dla barów mlecznych. Za każdym tym posunięciem oddalaliśmy się od lewicowych ideałów, tracąc systematycznie poparcie wyborców. W końcu doszło totalne zakłamanie w politycznej walce. Zarzucaliśmy PiS-owi błędy w polityce oświatowej, polegające na likwidacji gimnazjów, a przecież walczyliśmy z AWS gdy te gimnazja tworzył. Ludzie to pamiętają i nienawidzą obłudy. Stawiamy na sztandarach sprawy związane ze środowiskiem LGBT, walczymy z zakazami aborcji, jesteśmy za powszechną dostępnością kobiet do zapładniania metodą in vitro. To dobrze, ale to dotyczy promili osób biorących udział w głosowaniach. Nie potrafimy zaś wyeksponować znakomitego pomysłu na emeryturę wdowią, ograniczenie dotacji 500 plus do rodzin faktycznie tej pomocy potrzebujących, wprowadzenia najwyższej stawki podatkowej dla finansowych krezusów, faktycznego rozdzielenia kościoła od państwa, reformy niesprawnego molocha jakim jest ZUS,służba zdrowia, likwidacji transferu dochodów przez zagraniczne firmy działające w Polsce i wielu jeszcze dobrych lewicowych pomysłów. Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem starszym, zwolennikiem działań PiS. Stwierdził on- dlaczego nie chwalicie się pomysłem emerytury wdowiej, toż nawet bacie PiS-ówki dałyby głos na was. No cóż sam nie wiem czego tak się dzieje.

Marketing , „pijar”i populizm to dziś droga do sukcesu

Nie mamy dostępu do mediów, a jednocześnie oba lewicowe tytuły czyli „Trybuna”i „Przegląd”zwolenników nam nie przyczyniają. Ja należę do pokolenia, które za media uważają papierowe wydanie gazety, telewizyjne lub radiowe wiadomości. Niestety młodzi papierowej prasy nie czytają. Facebook, Twitter to dominująca forma przekazywania informacji dla i przez młodych. Jeśli informacja przekracza cztery, pięć zdań żaden młody człowiek jej nie przeczyta. Czytam „Trybunę”, „Przegląd”, ale sam nie jestem w stanie przebrnąć przez czterokolumnowe materiały. Ja wiem, że pisma te kierowane są do wyrobionego czytelnika, ale jego nie trzeba przekonywać do lewicy. Do lewicowych pomysłów trzeba przekonywać młodych w sposób im przystępny.

Na lewicy dalej pustka

Polityczna dwubiegunowość do której dążą PiS i PO to ideologiczna fikcja. Obie te partie niczym się nie różnią. No może PiS klęczy na dwóch kolanach przed kościelną hierarchią, a PO na jednym. Lewicowych postulatów jest nawet więcej w PiS niż w PO. Dlatego też SLD powinno zmierzać w stronę bardziej radykalnych lewicowych postulatów. W politycznej walce o miejsce na politycznej scenie nie ma miejsca na delikatność i przymykanie oka. Fałsz w działaniach zostaje szybko wykryty, bo nie lubią go starsi, a i młodzi też nie. W najbliższym czasie nie zdobędziemy gremialnego poparcia wśród młodych, ale możemy zapobiec utracie elektoratu wśród starszych. Tylko samodzielny start w wyborach do europarlamentu i Sejmu nie zaprowadzi nas w polityczny niebyt. Zapotrzebowanie na lewicę rośnie w całej Europie, także i u nas, tylko partyjna góra nie powinna się tego wstydzić. Krygowanie się, mrużenie oka do PO i Nowoczesnej oznaczające, że my to nie taka straszna postkomuna prowadzi do samozagłady. By przetrwać musimy być lewicowo wyraziści i bezkompromisowi w swych działaniach, a do wyborów iść pod swoim szyldem, rzecz jasna z opcją przyjęcia pod te skrzydła także innych bliskich nam ideowo podmiotów.

ZaPiSani

To się musiało tak skończyć. Rafał Woś pierwszy otwarcie zaczął nawoływać do współpracy z PiS, która tak zbawiennie ma zadziałać na polską lewicę.

 

Do tej pory takie wstawki, o niebo jednak bardziej subtelne, pobrzmiewały w wystąpieniach Ikonowicza, facebookowych enuncjacjach Łukasza Molla czy na łamach „Nowego Obywatela” Remigiusza Okraski.
Nie wiedzieć czemu wszyscy ci komentatorzy na subtelnej przesłance, że PiS kiwnął paluszkiem w stronę ich elektoratu, starają się zbudować fundamenty porozumienia politycznego. Chybotliwa to będzie budowla.
Po pierwsze, Woś w swoim tekście „Lewico, czas na współpracę z PiS” nie zauważa, że dobry pan Kaczyński jednym paluszkiem głaszcze lud pracujący po głowach i rzuca weń pięćsetplusami, ale pozostałymi czterema palcami daje mu bolesne prztyczki. Morawiecki przytula do piersi bankierów, i ogradza państwo specjalną strefą ekonomiczną. Zaś nawet świadczenia mające wspierać polską rodzinę przesiąknięte są konserwatywną ideologią jak gąbka.
Dając 500 plus PiS skutecznie zamknął usta wszystkim lewicowym komentatorom, pragnącym dowiedzieć się, co realnie ów dodatek zrobił z kobietami: wzmocnił czy osłabił ich rolę w rodzinie i społeczeństwie? Tym, którzy jeszcze maja odwagę wytknąć niesprawiedliwość świadczenia (próg dochodowy w przypadku samotnych matek jedynaków) i tym, którzy zauważają, że jednak 500+ w dłuższej perspektywie ubezwłasnowolnia kobiety i czyni je ekonomicznie zależnymi od partnerów – inni lewicowcy, tacy jak właśnie Woś czy Okraska, zatykają usta w trymiga historiami wszystkich Franków i Zoś, które pierwszy raz w tym roku zobaczyły morze. Z tego powodu nie wolno zadawać pytań o wpływ na kobiety, bo wszak stare dobre prawicowe założenie głosi, że dziecko jest od kobiety zawsze ważniejsze.
LGBT, ekologia, świeckość? Red. Woś naprawdę myśli, że w tych kwestiach „wychowa” pod siebie prawicę?
A skąd w ogóle śmiały pomysł, że Kaczyński chce być wychowywany i w ogóle potrzebuje jakiejkolwiek lewicy żeby się z nią „dogadywać”? To jakieś odpryski fałszywego przeświadczenia młodej lewicy o swoim znaczeniu, fakcie tak istotnym, że Kaczyński będzie musiał przedstawić ofertę.
Lewica wreszcie powinna się wybudzić i przestać fantazjować o klasie pracującej (nie są nią zastępy klonów Andrzeja Leppera), o klasie średniej (nie są nią prekariusze zasuwający na 3 etatach na kredyt na 40-metrowe mieszkanie, który tylko część z nich zdoła szczęśliwie spłacić w wieku przedemerytalnym) i wreszcie o trzeciej drodze (nie jest nią do cholery próba dialogu z PiS, bo PiS sobie tego dialogu nie życzy).
Nic nas z PiS nie łączy. Żebyśmy się za radą Roberta Biedronia naprzytulali i nacykali fotek za wszystkie czasy – jesteśmy zbiorami rozłącznymi. Jedyne, na czym komentatorzy liżący metaforyczne tyły Kaczyńskiego próbują budować to to, że PiS wykonał kilka gestów w stronę robotników i zasiłkowiczów, a my będziemy z tego powodu rwać głowy do końca świata. „Czemu żeśmy na to nie wpadli?” – rwie włosy z głowy lewica.
Podejrzewam nieśmiało, że ktoś jednak wpadł, sęk w tym, że nie rządził od 2005.
I właściwie na co? Na kupowanie sobie wyborców? Na to nie jest trudno wpaść. Tylko rzeczywiście PiS zbudowało nową jakość w tym sensie, że się na taką blagę odważyło w biały dzień. Ewentualne negatywne skutki i tak będą odroczone w czasie. O tym, że produkowanie nowych rzesz ubogich ludzi bez godnej pracy nie jest rozwiązanie problemów tego kraju, przekonamy się dopiero za lat naście lub więcej.
Co robić? Oczywiście, że przedstawiać konsekwentnie własną ofertę dla ludzi pracy. Systemową, nie z kartonu. Cóż z tego, że „trzecia droga” Rafała Wosia, czyli sojusz z PiS pozwoli wykonać skok do przodu – skoro będzie to skok prosto do paszczy lwa?
To koniunkturalizm pod płaszczykiem wallenrodyzmu. Coś jak Joanna Erbel w strukturach warszawskiego PO-ratusza. Choć i ona ma lepszy niż Woś glejt na przeproszenie się z krytykowaną wcześniej władzą – specjalista w wąskiej dziedzinie zawsze ma w naturalny sposób więcej pola manewru nawet pod ciężkim dyrektorskim butem.
Fantazjuje też Maciej Gdula, piszący w swojej polemice do Wosia, że dogadywać to się można z Warzechą. Dogadywać to się można z Ludwikiem Dornem. Z Rafałem Matyją. Bo to są ludzie zdolni zweryfikować własne ewentualne potknięcia ideologiczne. I to Matyja, człowiek, który stworzył pojęcie IV RP, jako jedyny do tej pory trafnie w moim pojęciu zlokalizował źródło rychłej porażki PiS:
„Zerwanie dialogu z centrum sceny politycznej. To zabiło dialog, który dla PiS był zbawienny przed wyborami – z ludźmi, którzy stoją w centrum i są niezależni. Kaczyński wysłał sygnał do własnych szeregów: nie gadajcie z nimi”.
Idźcie wy się wszyscy klaszczący zapiszcie już do tego PiS. Wyrychtujcie CV i listy motywacyjne. Tylko już nie zajmujcie łamów akrobacjami intelektualnymi przypominającymi podwójne salto nad Wielkim Kanionem na grzbiecie konia jadącego na żółwiu.